Śledztwo - Stanisław Lem - ebook
lub
Opis

Scotland Yard bada budzące grozę przypadki przemieszczania się zwłok w kostnicach południowej Anglii. “Śledztwo” to na pierwszy rzut oka tradycyjny kryminał w stylu angielskim, jednak lawinowy wzrost współzależności we współczesnym świecie powoduje rozsadzenie uporządkowanej literackiej konwencji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 248

Popularność


Sta­ni­sław Lem

„Śledz­two”

© Co­py­ri­ght by To­masz Lem, 2016

pro­jekt okład­ki: Anna Ma­ria Su­cho­dol­ska

zdję­cie na okład­ce: © Cze­sław Cza­pliń­ski/FO­TO­NO­VA

© Co­py­ri­ght for this edi­tion: Pro Auc­to­re Woj­ciech Ze­mek

www.lem.pl

ISBN 978-83-63471-14-9

Kra­ków, 2019 (wy­da­nie dru­gie po­pra­wio­ne)

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Stanisław Lem

ŚLEDZTWO

Spis treści

Roz­dział I

Roz­dział II

Roz­dział III

Roz­dział IV

Roz­dział V

Roz­dział VI

Roz­dział VII

Rozdział I

Sta­ro­świec­ka win­da o szy­bach wy­rzy­na­nych w kwiat­ki su­nę­ła w górę. Sły­chać było mia­ro­we szczę­ka­nie kon­tak­tów na pię­trach. Sta­nę­ła. Czte­rej męż­czyź­ni szli ko­ry­ta­rzem, mimo dnia pa­li­ły się lam­py.

Obi­te skó­rą drzwi się otwar­ły.

– Po­zwól­cie, pa­no­wie – po­wie­dział sto­ją­cy w nich czło­wiek.

Gre­go­ry wszedł za dok­to­rem ostat­ni. I tu było pra­wie ciem­no. Za oknem sta­ły we mgle na­gie ga­łę­zie drze­wa.

Głów­ny In­spek­tor wró­cił do biur­ka – czar­ne­go, wy­so­kie­go, z rzeź­bio­ną ba­lu­strad­ką. Miał przed sobą dwa te­le­fo­ny i pła­ski mi­kro­fon we­wnętrz­nej in­sta­la­cji. Na wy­po­le­ro­wa­nej pły­cie le­ża­ła jego faj­ka, oku­la­ry i pła­tek za­mszu, nic wię­cej. Sia­da­jąc z boku w głę­bo­kim fo­te­lu, Gre­go­ry do­strzegł twarz kró­lo­wej Wik­to­rii pa­trzą­cą z ma­łe­go por­tre­ci­ku nad gło­wą Głów­ne­go In­spek­to­ra. Ten spoj­rzał na nich ko­lej­no, jak­by ich li­czył czy przy­po­mi­nał so­bie ich twa­rze. Bocz­ną ścia­nę za­kry­wa­ła wiel­ka mapa po­łu­dnio­wej An­glii, na­prze­ciw sta­ła dłu­ga, czar­na pół­ka z książ­ka­mi.

– Pa­no­wie orien­tu­je­cie się w tej spra­wie – po­wie­dział In­spek­tor – któ­rą ja znam tyl­ko z pro­to­ko­łów. Dla­te­go chcę pro­sić o krót­ką re­ka­pi­tu­la­cję fak­tów. Może pan za­cznie, ko­le­go Fa­rqu­art.

– Tak, pa­nie in­spek­to­rze, ale po­czą­tek ja też znam tyl­ko z pro­to­ko­łów.

– Na  s a m y m  po­cząt­ku na­wet pro­to­ko­łów nie było – za­uwa­żył Gre­go­ry nie­co za gło­śno. Wszy­scy spoj­rze­li na nie­go. Z prze­sad­ną non­sza­lan­cją, ener­gicz­ny­mi ru­cha­mi jął prze­trzą­sać kie­sze­nie w po­szu­ki­wa­niu pa­pie­ro­sów.

Fa­rqu­art wy­pro­sto­wał się w swo­im fo­te­lu.

– Rzecz za­czę­ła się mniej wię­cej w po­ło­wie li­sto­pa­da ubie­głe­go roku. Być może pierw­sze wy­pad­ki za­szły wcze­śniej, ale były ba­ga­te­li­zo­wa­ne. Pierw­szy mel­du­nek po­li­cyj­ny do­sta­li­śmy na trzy dni przed Bo­żym Na­ro­dze­niem i do­pie­ro o wie­le póź­niej, bo w stycz­niu, skru­pu­lat­ne do­cho­dze­nia wy­ka­za­ły, że te hi­sto­rie ze zwło­ka­mi zda­rza­ły się już po­przed­nio. Pierw­szy mel­du­nek po­cho­dził z En­gen­der. Miał on, ści­śle rzecz bio­rąc, cha­rak­ter pół­ofi­cjal­ny. Nad­zor­ca kost­ni­cy, Plays, skar­żył się ko­men­dan­to­wi miej­skie­go po­ste­run­ku, któ­ry, na­wia­sem mó­wiąc, jest jego szwa­grem, że ktoś ru­szał w nocy zwło­ki.

– Na czym po­le­ga­ło to ru­sza­nie?

In­spek­tor czy­ścił me­to­dycz­nie oku­la­ry.

– Na tym, że zwło­ki znaj­do­wa­ły się rano w in­nych po­zy­cjach niż po­przed­nie­go wie­czo­ra. Ści­śle mó­wiąc, cho­dzi­ło o jed­ne tyl­ko zwło­ki, zda­je się, pew­ne­go to­piel­ca, któ­ry…

– „Zda­je się”? – wciąż tak samo obo­jęt­nym to­nem po­wtó­rzył Głów­ny In­spek­tor.

Fa­rqu­art jesz­cze bar­dziej wy­pro­sto­wał się w fo­te­lu.

– Wszyst­kie ze­zna­nia są wtór­ny­mi re­kon­struk­cja­mi, bo pod­ów­czas nikt nie przy­wią­zy­wał do nich wagi – wy­ja­śnił. – Nad­zor­ca kost­ni­cy nie jest te­raz zu­peł­nie pew­ny, czy szło wła­śnie o zwło­ki tego to­piel­ca, czy ja­kieś inne. Za­szła w sa­mej rze­czy nie­for­mal­ność: ko­men­dant po­ste­run­ku w En­gen­der, Gib­son, nie za­pro­to­ko­ło­wał tego do­nie­sie­nia, bo my­ślał…

– Nie bę­dzie­my chy­ba wda­wa­li się w po­dob­ne szcze­gó­ły? – rzu­cił ze swe­go fo­te­la męż­czy­zna sie­dzą­cy pod pół­ką z książ­ka­mi. Przy­brał on naj­swo­bod­niej­szą pozę. Nogę za­ło­żył na nogę tak wy­so­ko, że wi­dać było żół­te skar­pet­ki i pa­sek na­giej skó­ry nad nimi.

– Oba­wiam się, że to ko­niecz­ne – od­parł oschle Fa­rqu­art, nie pa­trząc na nie­go. Głów­ny In­spek­tor na­ło­żył wresz­cie szkła i jego twarz, do­tąd jak­by nie­obec­na, na­bra­ła przy­chyl­ne­go wy­ra­zu.

– Stro­nę for­mal­ną śledz­twa mo­że­my so­bie da­ro­wać, przy­naj­mniej na ra­zie. Pro­szę, niech pan mówi, ko­le­go Fa­rqu­art.

– Tak, pa­nie in­spek­to­rze. Dru­gi mel­du­nek mie­li­śmy z Plan­ting w osiem dni po pierw­szym. Tak­że i tam szło o to, że ktoś ru­szał w nocy zwło­ki w kost­ni­cy cmen­tar­nej. Zmar­łym był ro­bot­nik por­to­wy na­zwi­skiem Thic­ker, któ­ry cho­ro­wał od dłuż­sze­go cza­su i sta­no­wił cię­żar dla ro­dzi­ny.

Fa­rqu­art spoj­rzał ką­tem oka na Gre­go­ry’ego, któ­ry po­ru­szył się nie­cier­pli­wie.

– Po­grzeb miał się od­być rano. Człon­ko­wie ro­dzi­ny, zja­wiw­szy się w kost­ni­cy, za­uwa­ży­li, że zwło­ki leżą na twa­rzy, to zna­czy ple­ca­mi do góry, i mia­ły po­nad­to po­roz­rzu­ca­ne ręce, co wy­wo­ła­ło wra­że­nie, że ten czło­wiek… ożył. To zna­czy, tak są­dzi­ła ro­dzi­na. W oko­li­cy po­czę­ły krą­żyć plot­ki o le­tar­gu; mó­wio­no, że Thic­ker zbu­dził się z po­zor­nej śmier­ci i tak się prze­ląkł tego, że leży w trum­nie, że umarł, tym ra­zem już na do­bre.

– Były to oczy­wi­ście baj­ki – pod­jął Fa­rqu­art. – Zgon zo­stał stwier­dzo­ny przez miej­sco­we­go le­ka­rza po­nad wszel­ką wąt­pli­wość. Gdy jed­nak plot­ki ro­ze­szły się po oko­licz­nych miej­sco­wo­ściach, zwró­co­no uwa­gę, że o tak zwa­nym ru­sza­niu zwłok, a w każ­dym ra­zie o znaj­dy­wa­niu ich po upły­wie nocy w zmie­nio­nej po­zy­cji, lu­dzie mó­wi­li już od nie­ja­kie­go cza­su.

– Od „nie­ja­kie­go”, to zna­czy? – spy­tał In­spek­tor.

– Tego nie­po­dob­na usta­lić. Plot­ki od­no­si­ły się do Shal­tam i Dip­per. Z po­cząt­kiem stycz­nia prze­pro­wa­dzo­no pierw­sze jako tako sys­te­ma­tycz­ne śledz­two si­ła­mi miej­sco­wy­mi, gdyż spra­wa nie wy­da­wa­ła się po­waż­na. Ze­zna­nia miej­sco­wej lud­no­ści były czę­ścio­wo prze­sa­dzo­ne, czę­ścio­wo sprzecz­ne, wy­ni­ki śledz­twa wła­ści­wie bez war­to­ści. W Shal­tam szło o cia­ło Sa­mu­ela Fil­theya, zmar­łe­go na udar ser­ca. Miał się „prze­wró­cić w trum­nie” w noc Bo­że­go Na­ro­dze­nia. Gra­barz, któ­ry tak twier­dzi, jest zna­ny jako na­ło­go­wy al­ko­ho­lik, jego słów nikt nie mógł po­twier­dzić. W Dip­per znów szło o zwło­ki umy­sło­wo cho­rej ko­bie­ty zna­le­zio­ne rano na zie­mi obok trum­ny w kost­ni­cy. Mó­wio­no, że wy­rzu­ci­ła je pa­sier­bi­ca, któ­ra za­kra­dła się w nocy do kost­ni­cy, a uczy­ni­ła to z nie­na­wi­ści. Do­praw­dy nie­po­dob­na zo­rien­to­wać się w tych wszyst­kich plot­kach i po­gło­skach. Ogra­ni­cza­ły się do po­da­wa­nia na­zwi­ska rze­ko­mo na­ocz­ne­go świad­ka, ten zaś od­sy­łał znów do ko­goś in­ne­go.

– Spra­wę odło­ży­ło­by się pew­nie ad acta – Fa­rqu­art mó­wił te­raz szyb­ciej – lecz 16 stycz­nia z kost­ni­cy w Tre­akhill zni­kły zwło­ki nie­ja­kie­go Ja­me­sa Tray­le’a. Spra­wę tę pro­wa­dził sier­żant Peel, od­ko­men­de­ro­wa­ny przez nasz CIC. Zwło­ki usu­nię­to z kost­ni­cy mię­dzy dwu­na­stą w nocy a pią­tą rano, kie­dy to przed­się­bior­ca po­grze­bo­wy wy­krył ich nie­obec­ność. Zmar­ły był męż­czy­zną… lat bo­daj­że czter­dzie­stu pię­ciu…

– Pan nie jest pew­ny? – za­gad­nął Głów­ny In­spek­tor. Sie­dział z po­chy­lo­ną gło­wą, jak­by się przy­glą­dał so­bie w lu­strza­nej po­li­tu­rze. Fa­rqu­art od­kaszl­nął.

– Je­stem pew­ny. Tak mi się po­wie­dzia­ło… Otóż zmarł on wsku­tek za­tru­cia ga­zem świetl­nym. Był to nie­szczę­śli­wy wy­pa­dek.

– Sek­cja? – pod­niósł brwi Głów­ny In­spek­tor. Po­chy­liw­szy się w bok, po­cią­gnął za rę­ko­jeść, któ­ra od­my­ka­ła luf­ci­ki. W nie­ru­cho­me, na­grza­ne po­wie­trze po­ko­ju wpły­nął wil­got­ny po­wiew.

– Sek­cji nie było, ale o tym, że to był nie­szczę­śli­wy wy­pa­dek, prze­ko­na­li­śmy się do­kład­nie. W sześć dni póź­niej, 22 stycz­nia, za­szedł dru­gi wy­pa­dek, w Spit­to­on. Zni­kły tam zwło­ki 28-let­nie­go Joh­na Ste­ven­sa, ro­bot­ni­ka, któ­ry uległ śmier­tel­ne­mu za­tru­ciu dzień wcze­śniej, czysz­cząc ko­cioł w go­rzel­ni. Zgon na­stą­pił koło trze­ciej po po­łu­dniu, cia­ło od­tran­spor­to­wa­no do kost­ni­cy, gdzie po raz ostat­ni wi­dział je do­zor­ca o dzie­wią­tej wie­czo­rem. Rano go już nie było. I tę spra­wę pro­wa­dził sier­żant Peel, jak w pierw­szym wy­pad­ku, rów­nież bez wy­ni­ków. Po­nie­waż w tym cza­sie nie bra­li­śmy jesz­cze pod uwa­gę moż­li­wo­ści za­zę­bia­nia się tych dwu wy­pad­ków z po­przed­ni­mi…

– Może ze­chce pan na ra­zie wstrzy­mać się od ko­men­ta­rzy, do­brze? To uła­twi nam prze­gląd fak­tów – za­uwa­żył Głów­ny In­spek­tor. Uśmiech­nął się uprzej­mie do Fa­rqu­ar­ta. Su­chą, lek­ką rękę po­ło­żył na biur­ku. Gre­go­ry za­pa­trzył się mimo woli w tę star­czą dłoń bez ry­sun­ku żył, zu­peł­nie bez­kr­wi­stą.

– Trze­ci wy­pa­dek za­szedł w Lo­ve­ring. To jest już w ob­rę­bie Wiel­kie­go Lon­dy­nu – mó­wił da­lej Fa­rqu­art ma­to­wym gło­sem, jak­by stra­cił ocho­tę do kon­ty­nu­owa­nia swej przy­dłu­giej re­la­cji. – Wy­dział le­kar­ski ma tam swo­je nowe pro­sek­to­ria. Zgi­nę­ły z nich zwło­ki 50-let­nie­go Ste­war­ta Alo­neya, zmar­łe­go na prze­wle­kłą cho­ro­bę tro­pi­kal­ną, któ­rej na­ba­wił się jako ma­ry­narz pod­czas rej­su do Bang­ko­ku. Wy­pa­dek ten zda­rzył się je­de­na­ście dni po dru­gim znik­nię­ciu, 2 lu­te­go, to zna­czy w nocy z 2 na 3. Tym ra­zem śledz­two ob­jął Yard. Pro­wa­dził je po­rucz­nik Gre­go­ry, któ­ry po­tem ob­jął jesz­cze jed­ną spra­wę znik­nię­cia zwłok z kost­ni­cy pod­miej­skie­go cmen­ta­rza w Brom­ley. Sta­ło się to 12 lu­te­go, cho­dzi­ło o zwło­ki ko­bie­ty zmar­łej po ope­ra­cji raka.

– Dzię­ku­ję panu – po­wie­dział Głów­ny In­spek­tor. – Dla­cze­go sier­żant Peel jest nie­obec­ny?

– Cho­ru­je, pa­nie in­spek­to­rze. Leży w szpi­ta­lu – ode­zwał się Gre­go­ry.

– Tak? A co mu jest?

Po­rucz­nik się za­wa­hał.

– Nie je­stem pew­ny, ale zda­je mi się, że coś z ner­ka­mi.

– Pa­nie po­rucz­ni­ku, może pan stre­ści nam te­raz prze­bieg śledz­twa?

– Tak, pa­nie in­spek­to­rze.

Gre­go­ry od­chrząk­nął, za­czerp­nął tchu i strze­pu­jąc po­piół obok po­piel­nicz­ki, po­wie­dział nie­spo­dzia­nie ci­cho:

– Nie mam się czym po­szczy­cić. Zwło­ki zni­kły we wszyst­kich przy­pad­kach w cią­gu nocy. Na miej­scu nie było żad­nych śla­dów ani oznak wła­ma­nia. W kost­ni­cach było to zresz­tą nie­po­trzeb­ne. Na ogół nie są za­my­ka­ne albo tak, że otwo­rzy je dziec­ko zgię­tym gwoź­dziem…

– Pro­sek­to­rium  b y ł o  za­mknię­te – ode­zwał się po raz pierw­szy le­karz po­li­cyj­ny Sören­sen. Sie­dział z gło­wą od­rzu­co­ną do tyłu, ucho­dził wów­czas uwa­gi jej nie­mi­ły kan­cia­sty kształt. Ma­so­wał de­li­kat­nie pal­cem pod­pu­chłą skó­rę pod ocza­mi.

Gre­go­ry zdą­żył po­my­śleć, że Sören­sen do­brze zro­bił, obie­ra­jąc za­wód, w któ­rym prze­sta­je prze­waż­nie z nie­bosz­czy­ka­mi. Skło­nił się z dwor­ską nie­mal uprzej­mo­ścią przed dok­to­rem.

– Wy­jął mi pan to z ust, dok­to­rze. Na sali, z któ­rej zni­kły zwło­ki, od­kry­li­śmy otwar­te okno. To zna­czy, było przy­mknię­te, ale nie za­mknię­te, jak­by ktoś przez nie wy­szedł.

– Pier­wej mu­siał wejść – nie­cier­pli­wie rzu­cił Sören­sen.

– To świet­ne spo­strze­że­nie – od­pa­lił Gre­go­ry, po­ża­ło­wał tego i zer­k­nął na Głów­ne­go, któ­ry mil­czał nie­ru­cho­my, jak­by nic nie sły­szał.

– Sala ta mie­ści się na par­te­rze – pod­jął po­rucz­nik po se­kun­dzie nie­zręcz­ne­go mil­cze­nia. – Wie­czo­rem okno było za­mknię­te jak inne, tak brzmią ze­zna­nia słu­żą­ce­go, któ­ry ob­sta­wał przy tym, że wszyst­kie okna były za­mknię­te. Sam to spraw­dzał, po­nie­waż brał mróz i oba­wiał się, że mogą za­mar­z­nąć ka­lo­ry­fe­ry. Tam i tak mało palą, jak to w pro­sek­to­riach. Pro­fe­sor Ha­rvey, za­wia­du­ją­cy ka­te­drą, wy­sta­wił słu­żą­ce­mu naj­lep­szą opi­nię. Ma to być czło­wiek wręcz nad­mier­nie pe­dan­tycz­ny. Moż­na mu bez­względ­nie wie­rzyć.

– Gdzie moż­na się ukryć w tym pro­sek­to­rium? – spy­tał Głów­ny In­spek­tor. Po­pa­trzył na ze­bra­nych, jak­by na nowo uprzy­tom­nił so­bie ich obec­ność.

– Więc to… jest wła­ści­wie wy­klu­czo­ne, pa­nie in­spek­to­rze. Wy­ma­ga­ło­by to wspól­nic­twa słu­żą­ce­go. Poza sto­ła­mi sek­cyj­ny­mi nie ma tam żad­nych me­bli, ciem­nych ką­tów, schow­ków… Są szaf­ki w ścia­nach na płasz­cze stu­den­tów i na­rzę­dzia, ale w żad­nej na­wet dziec­ko by się nie zmie­ści­ło.

– Czy pan ro­zu­mie to do­słow­nie?

– Pro­szę?

– Więc – dziec­ko też nie? – spy­tał spo­koj­nie In­spek­tor.

– No… – po­rucz­nik zmarsz­czył brwi. – Dziec­ko, pa­nie in­spek­to­rze, zmie­ści­ło­by się, ale naj­wy­żej sied­mio-, ośmio­let­nie.

– Czy pan mie­rzył te szaf­ki?

– Tak – pa­dła na­tych­mia­sto­wa od­po­wiedź. – Mie­rzy­łem wszyst­kie, bo my­śla­łem, że któ­raś jest może więk­sza, ale nie. Żad­na. Poza tym są ubi­ka­cje, to­a­le­ta, sale do ćwi­czeń, w piw­ni­cy – chłod­nia i ma­ga­zyn pre­pa­ra­tów, a na pię­trze – po­ko­je asy­sten­tów i ga­bi­net pro­fe­so­ra. Wszyst­kie te po­miesz­cze­nia słu­żą­cy ob­cho­dzi wie­czo­rem, na­wet po kil­ka razy, z wła­snej gor­li­wo­ści, że tak po­wiem. Mó­wił mi o tym pro­fe­sor. Nikt nie mógł się tam ukryć.

– A gdy­by dziec­ko…? – pod­dał mięk­ko In­spek­tor. Zdjął oku­la­ry, jak­by roz­bra­jał ostrość spoj­rze­nia. Gre­go­ry po­trzą­snął ener­gicz­nie gło­wą.

– Nie, to nie­moż­li­we. Dziec­ko nie otwo­rzy­ło­by okna. To są bar­dzo wiel­kie, wy­so­kie okna z dwo­ma zam­ka­mi, na gó­rze i na dole, któ­re uru­cha­mia tkwią­ca we fra­mu­dze dźwi­gnia. Po­dob­nie jak tu­taj – Gre­go­ry wska­zał na okno, z któ­re­go cią­gnął zim­ny wiew. – Te dźwi­gnie cho­dzą bar­dzo cięż­ko, słu­żą­cy skar­żył się na­wet na to. Sam zresz­tą pró­bo­wa­łem.

– On zwra­cał uwa­gę na to, jak cięż­ko cho­dzą? – po­wie­dział Sören­sen ze swym ta­jem­ni­czym uśmiesz­kiem, któ­re­go Gre­go­ry nie cier­piał. Prze­mil­czał­by to py­ta­nie, ale Głów­ny In­spek­tor pa­trzał na nie­go wy­cze­ku­ją­co, od­rzekł więc nie­chęt­nie:

– Słu­żą­cy po­wie­dział mi o tym, do­pie­ro gdy przy nim otwie­ra­łem i za­my­ka­łem okna. Jest to nie tyl­ko pe­dant, ale po­rząd­ny nu­dziarz. Zrzę­da – oświad­czył do­bit­nie Gre­go­ry, pa­trząc niby to przy­pad­kiem na Sören­se­na. Był z sie­bie za­do­wo­lo­ny. – To zresz­tą na­tu­ral­ne w tym wie­ku – do­dał po­jed­naw­czo – koło sześć­dzie­siąt­ki, skle­ro… – Urwał zmie­sza­ny. In­spek­tor nie był młod­szy. Pró­bo­wał roz­pacz­li­wie wy­ma­new­ro­wać z ostat­nich słów, ale nie umiał. Obec­ni trwa­li w ab­so­lut­nej nie­ru­cho­mo­ści. Gre­go­ry wziął im to za złe. Głów­ny In­spek­tor na­ło­żył oku­la­ry.

– Czy pan skoń­czył?

– Tak – Gre­go­ry się wa­hał – wła­ści­wie tak. To zna­czy, co się ty­czy tych trzech wy­pad­ków. W ostat­nim zwró­ci­łem szcze­gól­ną uwa­gę na oto­cze­nie, mam na my­śli przede wszyst­kim noc­ny ruch w oko­li­cy pro­sek­to­rium. Kon­sta­ble, któ­rzy mie­li w tym re­jo­nie służ­bę, nie za­uwa­ży­li nic po­dej­rza­ne­go. Kie­dy ob­ją­łem spra­wę, do­wie­dzia­łem się moż­li­wie do­kład­nie o szcze­gó­łach po­przed­nich wy­pad­ków za­rów­no od sier­żan­ta Pe­ela, jak i bez­po­śred­nio: by­łem w tych wszyst­kich miej­sco­wo­ściach. Nie zna­la­złem jed­nak żad­nej nici, żad­ne­go śla­du. Nic, zu­peł­nie nic. Ko­bie­ta, któ­ra zmar­ła na raka, zni­kła z kost­ni­cy w po­dob­nych oko­licz­no­ściach jak ów ro­bot­nik. Rano, gdy przy­szedł ktoś z ro­dzi­ny, trum­na była pu­sta.

– Tak – po­wie­dział Głów­ny In­spek­tor. – Na ra­zie dzię­ku­ję panu. Ko­le­go Fa­rqu­art, może pan te­raz?

– Mam przejść do na­stęp­nych? Tak, pa­nie in­spek­to­rze.

„Po­wi­nien słu­żyć w ma­ry­nar­ce, za­cho­wu­je się jak przy po­ran­nym pod­no­sze­niu fla­gi, i to przez całe ży­cie” – po­my­ślał Gre­go­ry. Za­chcia­ło mu się wes­tchnąć.

– Na­stęp­ne znik­nię­cie na­stą­pi­ło w Le­wes sie­dem dni póź­niej, 19lu­te­go. Szło o mło­de­go ro­bot­ni­ka por­to­we­go, któ­ry uległ wy­pad­ko­wi sa­mo­cho­do­we­mu. Do­znał we­wnętrz­ne­go krwo­to­ku wsku­tek pęk­nię­cia wą­tro­by. Był ope­ro­wa­ny z suk­ce­sem, jak mó­wi­li le­ka­rze… ale nie wy­trzy­mał ope­ra­cji. Zwło­ki zni­kły nad ra­nem. Czas mo­gli­śmy okre­ślić z wy­jąt­ko­wą do­kład­no­ścią, po­nie­waż koło trze­ciej nad ra­nem zmarł nie­ja­ki Bur­ton, któ­re­go sio­stra (on miesz­kał z sio­strą) tak bała się po­zo­sta­wać z nie­bosz­czy­kiem w jed­nym miesz­ka­niu, że po­sta­wi­ła na nogi wła­ści­cie­la za­kła­du po­grze­bo­we­go. Zwło­ki za­wie­zio­no więc do kost­ni­cy wła­śnie o trze­ciej nad ra­nem. Dwaj pra­cow­ni­cy tego za­kła­du po­ło­ży­li cia­ło obok cia­ła tego ro­bot­ni­ka…

– Pan chciał coś po­wie­dzieć? – pod­dał Głów­ny In­spek­tor.

Fa­rqu­art przy­gryzł nie­znacz­nie wąs.

– Nie… – po­wie­dział wresz­cie.

Nad gma­chem dał się sły­szeć prze­cią­gły, na­ra­sta­ją­cy mia­ro­wo grzmot mo­to­rów lot­ni­czych. Nie­wi­dzial­ny sa­mo­lot prze­le­ciał na po­łu­dnie. Szy­by ode­zwa­ły się ci­chym uni­so­no.

– To zna­czy… – zde­cy­do­wał się Fa­rqu­art – skła­da­jąc przy­nie­sio­ne zwło­ki, je­den z po­słu­ga­czy prze­su­nął tru­pa tego ro­bot­ni­ka, gdyż utrud­niał mu do­stęp. Otóż… on twier­dzi, że to cia­ło – nie było zim­ne.

– Mhm – przy­tak­nął Głów­ny In­spek­tor, jak­by szło o rzecz naj­zwy­klej­szą w świe­cie. – Nie było zim­ne? A jak on to okre­ślił? Czy po­tra­fi pan po­wtó­rzyć jego sło­wa?

– Po­wie­dział, że nie było zim­ne – Fa­rqu­art mó­wił nie­chęt­nie, ro­biąc prze­rwy mię­dzy sło­wa­mi. – To brzmi idiot… to jest bez­sen­sow­ne, ale ten po­słu­gacz upie­rał się, że tak było. Twier­dzi, że po­wie­dział to swe­mu to­wa­rzy­szo­wi, ale tam­ten o ni­czym nie pa­mię­ta. Gre­go­ry prze­słu­chi­wał ich obu, osob­no, dwa razy…

Głów­ny In­spek­tor bez sło­wa zwró­cił twarz ku po­rucz­ni­ko­wi.

– Cóż, to bar­dzo ga­da­tli­wy i nie­zbyt wia­ry­god­ny czło­wiek, ten po­słu­gacz – po­spie­szył z ob­ja­śnie­niem Gre­go­ry. – Ta­kie od­nio­słem wra­że­nie. Fa­cet z ga­tun­ku głu­pich, co to ogrom­nie lu­bią sku­piać na so­bie uwa­gę, go­tów w od­po­wie­dzi na każ­de py­ta­nie opo­wia­dać hi­sto­rię świa­ta. Upie­rał się, że to był le­targ „albo jesz­cze go­rzej” – to jego wy­ra­że­nie. Ską­d­inąd zdzi­wi­ło mnie to, bo lu­dzie za­wo­do­wo pra­cu­ją­cy przy zwło­kach w le­tar­gi nie wie­rzą, temu prze­czy ich do­świad­cze­nie.

– A co mó­wią le­ka­rze?

Gre­go­ry mil­czał, od­da­jąc głos Fa­rqu­ar­to­wi, któ­ry, jak­by nie­za­do­wo­lo­ny, że bła­ho­st­ce po­świę­ca się tyle uwa­gi, rzekł, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi:

– Zgon na­stą­pił po­przed­nie­go dnia. Wy­stą­pi­ły pla­my opa­do­we, stę­że­nie po­śmiert­ne… był nie­ży­wy jak ka­mień.

– Czy jesz­cze coś…?

– Tak. Po­dob­nie jak w po­przed­nich wy­pad­kach zwło­ki te były ubra­ne do po­chów­ku. Tyl­ko zwło­ki Tray­le’a, któ­re zni­kły w Tre­akhill, nie były ubra­ne. Przed­się­bior­ca po­grze­bo­wy miał się tym za­jąć do­pie­ro na­za­jutrz. Sta­ło się tak dla­te­go, po­nie­waż ro­dzi­na nie chcia­ła zra­zu dać ubra­nia. To zna­czy, za­bra­ła je. A kie­dy przy­nie­śli inne, cia­ła już nie było…

– A w in­nych wy­pad­kach, po­wia­da pan?

– Zwło­ki tej ko­bie­ty też były ubra­ne. Tej po ope­ra­cji raka.

– Jak?

– No… w suk­nię.

– A bu­ci­ki? – spy­tał Głów­ny In­spek­tor tak ci­cho, że Gre­go­ry po­chy­lił się do przo­du.

– Bu­ci­ki też mia­ła…

– A ostat­nie?

– Te ostat­nie… otóż, nie były ubra­ne, ale rów­no­cze­śnie (jak moż­na są­dzić) zni­kła za­sło­na, któ­ra od­gra­dza­ła nie­wiel­ką wnę­kę w głę­bi kost­ni­cy. Była to czar­na płach­ta po­ru­sza­ją­ca się na prę­cie, a za­wie­szo­na na me­ta­lo­wych kół­kach, do któ­rych była przy­szy­ta jak por­tie­ra. Na tych kół­kach zo­sta­ły strzę­py płót­na.

– Zo­sta­ła zdar­ta?

– Nie. Pręt jest cien­ki i nie wy­trzy­mał­by moc­ne­go szarp­nię­cia. Ten strzęp…

– Pan pró­bo­wał zła­mać ten pręt?

– Nie.

– Więc skąd pan wie, że nie wy­trzy­mał­by?

– Tak, na oko…

Głów­ny In­spek­tor za­da­wał py­ta­nia spo­koj­nie, wpa­tru­jąc się w szkło szaf­ki od­bi­ja­ją­ce pro­sto­kąt okien­ny, czy­nił to, jak­by my­śląc o czymś in­nym, a jed­nak pa­da­ły one po so­bie szyb­ko, tak szyb­ko, że Fa­rqu­art le­d­wo na­dą­żał z od­po­wie­dzia­mi.

– Do­brze – za­kon­klu­do­wał Głów­ny In­spek­tor. – Czy te strzę­py były ba­da­ne?

– Tak. Dok­tor Sören­sen…

Le­karz prze­stał ma­so­wać swój spi­cza­sty pod­bró­dek.

– Płót­no zo­sta­ło prze­rwa­ne czy ra­czej prze­tar­te ze znacz­nym mo­zo­łem, a nie od­cię­te. To pew­ne. Tak jak­by je… jak­by je ktoś od­gryzł. Zro­bi­łem na­wet parę prób. Ob­raz mi­kro­sko­po­wy jest taki sam.

W krót­kim mil­cze­niu, któ­re za­pa­no­wa­ło, ode­zwał się da­le­ko sil­nik sa­mo­lo­to­wy stłu­mio­ny przez mgłę.

– Czy oprócz tej za­sło­ny jesz­cze coś zgi­nę­ło? – spy­tał wresz­cie In­spek­tor.

Dok­tor spoj­rzał na Fa­rqu­ar­ta, któ­ry ski­nął gło­wą.

– Tak. Rol­ka pla­stra, duża rol­ka pla­stra, za­po­mnia­na na sto­li­ku przy drzwiach wej­ścio­wych.

– Pla­ster? – uniósł brwi In­spek­tor.

– Oni go uży­wa­ją do pod­trzy­ma­nia bro­dy… żeby szczę­ka nie opa­da­ła – wy­ja­śnił Sören­sen. – Ko­sme­ty­ka gro­bu – do­dał z sar­do­nicz­nym uśmie­chem.

– To wszyst­ko?

– Tak.

– No a zwło­ki z pro­sek­to­rium? Czy też były ubra­ne?

– Nie. Ale tę spra­wę… o tym wy­pad­ku mó­wił już Gre­go­ry…

– Za­po­mnia­łem o tym po­wie­dzieć – za­czął szyb­ko po­rucz­nik z nie­mi­łym uczu­ciem, że przy­ła­pa­no go na roz­tar­gnie­niu. – Cia­ło było nie­ubra­ne, ale słu­żą­cy nie mógł się do­ra­cho­wać jed­ne­go płasz­cza le­kar­skie­go i paru bia­łych płó­cien­nych spodni, ja­kich stu­den­ci uży­wa­ją w le­cie. Po­dob­no bra­kło też kil­ku par tek­tu­ro­wych tre­pów. Co praw­da, mó­wił mi, że tych rze­czy ni­g­dy nie może się do­li­czyć, po­dej­rze­wał pracz­kę o nie­dbal­stwo, a na­wet o kra­dzież.

In­spek­tor ode­tchnął głę­bo­ko i stuk­nął oku­la­ra­mi w biur­ko.

– Dzię­ku­ję. Dok­to­rze Sciss, czy mogę te­raz pana pro­sić?

Sciss nie zmie­nił swej non­sza­lanc­kiej pozy. Mruk­nął coś nie­wy­raź­nie, koń­cząc po­spiesz­nie no­to­wać w otwar­tej tecz­ce, któ­rą pod­trzy­my­wał ostrym, wy­so­ko unie­sio­nym ko­la­nem.

Prze­krzy­wiw­szy pta­sią gło­wę, tro­chę już ły­sie­ją­cą, z roz­ma­chem za­mknął tecz­kę. Scho­wał ją pod fo­tel, wy­dłu­żył cien­kie war­gi, jak­by chciał gwizd­nąć, i wstał, za­cie­ra­jąc ręce o wy­dat­nych, ar­tre­tycz­nych sta­wach.

– Za­pro­sze­nie mnie trak­tu­ję jako po­ży­tecz­ne no­vum – po­wie­dział wy­so­kim gło­sem za­trą­ca­ją­cym o fal­set. – Z na­tu­ry rze­czy po­pa­dam ła­two w ton wy­kła­du, co może pa­nom nie od­po­wia­dać, ale jest to nie do unik­nię­cia. Se­rię, o któ­rej mowa, zba­da­łem – o ile było to moż­li­we. Kla­sycz­ne me­to­dy śledz­twa – ko­lek­cjo­no­wa­nie śla­dów i po­szu­ki­wa­nie mo­ty­wów – za­wio­dły zu­peł­nie. Mu­sia­łem za­tem użyć me­to­dy sta­ty­stycz­nej. Cóż ona daje? Na miej­scu prze­stęp­stwa moż­na czę­sto okre­ślić, jaki fakt ma z nim zwią­zek, a jaki nie. Na przy­kład kształ­ty krwa­wych plam w po­bli­żu zwłok za­mor­do­wa­ne­go mają zwią­zek ze zbrod­nią i mogą spo­ro rzec o jej prze­bie­gu. Na­to­miast fakt, czy w dniu za­bój­stwa pły­nę­ły nad do­mem cu­mu­lu­sy czy cir­ro­stra­tu­sy, albo też czy dru­ty te­le­fo­nicz­ne przed do­mem są z alu­mi­nium czy z mie­dzi, moż­na uznać za nie­istot­ny. Co się na­to­miast ty­czy na­szej se­rii, to z góry nie­po­dob­na w ogó­le okre­ślić, ja­kie fak­ty to­wa­rzy­szą­ce były zwią­za­ne z prze­stęp­stwem, a ja­kie nie.

– Gdy­by za­szedł je­den tyl­ko wy­pa­dek – cią­gnął Sciss – by­li­by­śmy bez­rad­ni. Szczę­śli­wie zda­rzy­ło się ich wię­cej. Oczy­wi­ste, że ilość przed­mio­tów i zja­wisk, ja­kie w kry­tycz­nym cza­sie znaj­do­wa­ły się czy za­cho­dzi­ły w po­bli­żu miej­sca wy­da­rzeń, jest prak­tycz­nie nie­skoń­czo­na. Że jed­nak mamy przed sobą se­rię, mu­si­my oprzeć się na tych głów­nie fak­tach, któ­re to­wa­rzy­szy­ły wszyst­kim bądź pra­wie wszyst­kim wy­pad­kom. Bę­dzie­my za­tem po­stę­po­wa­li me­to­dą sta­ty­stycz­ne­go ze­sta­wia­nia zja­wisk. Me­to­da ta nie była do­tąd pra­wie sto­so­wa­na w śledz­twie i rad je­stem, że mogę pa­nom ją dzi­siaj przed­sta­wić – wraz z pierw­szy­mi jej wy­ni­ka­mi…

Dok­tor Sciss, któ­ry stał do­tąd za swo­im fo­te­lem jak za ka­te­drą, zro­bił na dłu­gich no­gach kil­ka kro­ków w stro­nę drzwi, za­wró­cił nie­spo­dzie­wa­nie, prze­krzy­wił gło­wę i cią­gnął, pa­trząc w prze­strzeń mię­dzy sie­dzą­cy­mi:

– Otóż po pierw­sze, mie­li­śmy przed zja­wi­skiem wła­ści­wym sta­dium – na­zwie­my je tak umow­nie – „zwia­stu­nów”. Zwło­ki zmie­nia­ły po­zy­cję. Jed­ne ob­ró­co­no ple­ca­mi do góry, inne na bok, inne znów zna­le­zio­no na zie­mi obok trum­ny.

Po dru­gie, wszyst­kie, któ­re zni­kły, z jed­nym wy­jąt­kiem, były zwło­ka­mi męż­czyzn w sile wie­ku.

Po trze­cie, za każ­dym ra­zem, z wy­jąt­kiem znów pierw­sze­go, za­trosz­czo­no się o ja­kieś okry­cie dla cia­ła. Dwa razy było to ubra­nie, raz praw­do­po­dob­nie płaszcz le­kar­ski i bia­łe spodnie, a raz – czar­na płó­cien­na za­sło­na.

Po czwar­te, za­wsze były to zwło­ki nie­pod­da­ne sek­cji, do­brze za­cho­wa­ne i moż­li­wie nie­usz­ko­dzo­ne. Od śmier­ci upły­nę­ło w każ­dym przy­pad­ku nie wię­cej niż trzy­dzie­ści go­dzin. I to god­ne jest uwa­gi.

Po pią­te, wszyst­kie wy­pad­ki, zno­wu z wy­jąt­kiem jed­ne­go, na­stą­pi­ły w kost­ni­cy cmen­tar­nej ma­łe­go mia­stecz­ka, do któ­rej do­stęp jest z re­gu­ły dość ła­twy. Nie daje się tyl­ko włą­czyć tu znik­nię­cia cia­ła z pro­sek­to­rium.

Sciss zwró­cił się do In­spek­to­ra:

– Po­trzeb­ny mi jest sil­ny re­flek­tor. Czy mogę do­stać coś ta­kie­go?

In­spek­tor włą­czył mi­kro­fon i po­wie­dział ci­cho kil­ka słów. W za­le­głym mil­cze­niu Sciss wy­do­by­wał po­wo­li ze swej ob­szer­nej jak miech skó­rza­nej tor­by zło­żo­ny wie­lo­krot­nie ar­kusz kal­ki po­kry­tej ko­lo­ro­wy­mi ry­sun­ka­mi. Gre­go­ry przy­pa­try­wał się temu, od­czu­wa­jąc mie­sza­ni­nę nie­chę­ci i cie­ka­wo­ści. Draż­ni­ła go wyż­szość, jaką oka­zy­wał im na­uko­wiec. Zdu­sił pa­pie­ro­sa i usi­ło­wał na próż­no zo­rien­to­wać się, co kry­je płach­ta kal­ki sze­lesz­czą­ca w nie­po­rad­nych rę­kach Scis­sa.

Ten nad­darł ją z boku, po­ło­żył na biur­ku, wy­gła­dził przed no­sem In­spek­to­ra, niby go nie do­strze­ga­jąc, pod­szedł do okna i za­czął wy­glą­dać na uli­cę, trzy­ma­jąc się jed­no­cze­śnie pal­ca­mi jed­nej ręki za prze­gub dru­giej, jak­by li­czył ude­rze­nia pul­su.

Drzwi się otwar­ły, wszedł po­li­cjant z alu­mi­nio­wym re­flek­to­rem na wy­so­kim sta­ty­wie i włą­czył go do kon­tak­tu. Sciss za­świe­cił lam­pę, za­cze­kał, aż drzwi za­mkną się za po­li­cjan­tem, i skie­ro­wał moc­ny krąg świa­tła na wiel­ką mapę An­glii. Po­tem na­krył kal­ką mapę. Po­nie­waż mapa nie prze­zie­ra­ła spod mlecz­ne­go pa­pie­ru, za­brał się do prze­su­wa­nia re­flek­to­ra. Zdjął też mapę ze ścia­ny (przy czym nie­bez­piecz­nie za­chwiał się na krze­śle) i nie­zgrab­nie roz­wie­sił ją na wie­sza­ku, któ­ry prze­cią­gnął z kąta na śro­dek po­ko­ju. Re­flek­tor umie­ścił z tyłu, tak że te­raz jego blask prze­świe­tlał na wy­lot mapę i na­ło­żo­ną na nią kal­kę, któ­rą trzy­mał w sze­ro­ko roz­po­star­tych rę­kach. Była to po­zy­cja – z wy­pro­sto­wa­ny­mi i wznie­sio­ny­mi ra­mio­na­mi – nad wy­raz nie­wy­god­na.

Sciss prze­su­nął jesz­cze sto­jak nogą, wresz­cie znie­ru­cho­miał. Trzy­ma­jąc kal­kę u sa­mej góry, ode­zwał się, od­wra­ca­jąc gło­wę w bok:

– Pro­szę zwró­cić uwa­gę na oko­li­cę, w któ­rej zda­rzy­ły się na­sze wy­pad­ki.

Głos dok­to­ra był jesz­cze wyż­szy niż przed­tem, może z po­wo­du sta­ran­nie ukry­wa­ne­go wy­sił­ku.

– Pierw­sze znik­nię­cie na­stą­pi­ło w Tre­akhill 16 stycz­nia. Pro­szę za­pa­mię­tać miej­sca i daty. Dru­gie – 22 stycz­nia – w Spit­to­on. Trze­cie – w Lo­ve­ring 2 lu­te­go. Czwar­te – w Brom­ley 12 lu­te­go. 19 lu­te­go w Le­wes za­szedł wy­pa­dek ostat­ni. Je­że­li za punkt wyj­ścio­wy przyj­mie­my miej­sce pierw­sze­go wy­pad­ku i za­to­czy­my wo­kół nie­go ro­sną­cym pro­mie­niem koła, to stwier­dzi­my to, co przed­sta­wia ry­su­nek na mo­jej kal­ce.

Pla­ma świa­tła moc­no i wy­raź­nie od­gra­ni­cza­ła część po­łu­dnio­wej An­glii przy­le­ga­ją­cą do Ka­na­łu. Pięć współ­środ­ko­wych kół obej­mo­wa­ło pięć miej­sco­wo­ści za­zna­czo­nych czer­wo­ny­mi krzy­ży­ka­mi. Pierw­szy wid­niał w cen­trum, na­stęp­ne co­raz da­lej ku ob­wo­do­wi naj­więk­sze­go koła.

Gre­go­ry zmę­czył się już nie­mal ocze­ki­wa­niem na ob­ja­wy znu­że­nia Scis­sa, któ­re­go ręce wznie­sio­ne w górę i trzy­ma­ją­ce brzeg kal­ki na­wet nie za­drża­ły.

– Je­że­li pa­no­wie będą so­bie tego ży­czy­li – po­wie­dział ostrym gło­sem Sciss – to mogę póź­niej przed­sta­wić szcze­gó­ły mych ob­li­czeń. Te­raz po­dam tyl­ko ich wy­nik. Każ­dy wy­pa­dek na­stę­po­wał w ten spo­sób, że im póź­niej się zda­rzał, tym da­lej był po­ło­żo­ny od ośrod­ka, to jest miej­sca pierw­sze­go. Wy­stę­pu­je nad­to dru­ga pra­wi­dło­wość: cza­sy mię­dzy po­szcze­gól­ny­mi wy­pad­ka­mi są, li­cząc od pierw­sze­go, co­raz dłuż­sze, nie tak co praw­da, aby mia­ły się do sie­bie w ja­kiejś okre­ślo­nej pro­por­cji. Je­że­li jed­nak uwzględ­nić do­dat­ko­wy czyn­nik – tem­pe­ra­tu­rę – to oka­że się, że za­cho­dzi pew­na nowa re­gu­lar­ność. Mia­no­wi­cie ilo­czyn cza­su, jaki upły­nął mię­dzy dwo­ma wy­pad­ka­mi, i od­le­gło­ści dzie­lą­cej dwa ko­lej­ne miej­sca znik­nię­cia ciał od cen­trum sta­je się wiel­ko­ścią sta­łą – gdy po­mno­żyć go przez róż­ni­cę pa­nu­ją­cej w obu ra­zach tem­pe­ra­tu­ry…

– W ten spo­sób – pod­jął po chwi­li Sciss – otrzy­mu­je­my licz­bę sta­łą o wiel­ko­ści pięć do dzie­wię­ciu cen­ty­me­trów na se­kun­dę i sto­pień. Mó­wię pięć do dzie­wię­ciu, po­nie­waż do­kład­ny mo­ment znik­nię­cia nie zo­stał w żad­nym wy­pad­ku stwier­dzo­ny. Za­wsze mamy do czy­nie­nia z sze­ro­kim, kil­ku­go­dzin­nym prze­dzia­łem cza­su w cią­gu nocy, albo ści­ślej: w dru­giej po­ło­wie nocy. Je­że­li za war­tość rze­czy­wi­stą sta­łej przyj­mie­my śred­nią sie­dem cen­ty­me­trów, to wów­czas po do­ko­na­niu ob­li­czeń, któ­re zro­bi­łem, ude­rza cie­ka­wa rzecz. Przy­czy­na zja­wi­ska, któ­re po­su­wa­ło się mia­ro­wo od środ­ka ku ob­wo­do­wi tego ob­sza­ru, nie leży w Tre­akhill, ale jest prze­su­nię­ta w stro­nę za­chod­nią ku miej­sco­wo­ściom Tim­brid­ge-Wells, En­gen­der i Dip­per… to zna­czy tam, gdzie krą­ży­ły po­gło­ski o „ru­sza­niu” tru­pów. Je­śli zaś wa­żyć się na eks­pe­ry­ment po­le­ga­ją­cy na zu­peł­nie już ści­słym umiej­sco­wie­niu punk­tu sta­no­wią­ce­go geo­me­trycz­ne cen­trum zja­wi­ska, to znaj­dzie się on nie w żad­nej kost­ni­cy, ale osiem­na­ście mil na po­łu­dnio­wy za­chód od Shal­tam – na te­re­nie mo­cza­rów i nie­użyt­ków Chin­chess…

In­spek­tor Fa­rqu­art, któ­ry słu­chał tego wy­wo­du z czer­wie­nie­ją­cym co­raz bar­dziej kar­kiem, nie wy­trzy­mał.

– Czy pan chce przez to po­wie­dzieć – wy­buch­nął – że z tych prze­klę­tych ba­gien wy­lazł ja­kiś duch, któ­ry pły­nąc po­wie­trzem, nie­wi­dzial­ny, po­ry­wał ko­lej­no jed­ne zwło­ki za dru­gi­mi?!

Sciss zwi­jał po­wo­li swój ru­lon. W świe­tle ukry­te­go re­flek­to­ra, chu­dy i czar­ny na tle zie­lon­ka­wo ja­śnie­ją­cej mapy, po­dob­ny był bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek do pta­ka (ba­gien­ne­go – do­dał w du­chu Gre­go­ry). Scho­wał sta­ran­nie kal­kę do swej prze­pa­ści­stej tecz­ki i wy­pro­sto­waw­szy się, z twa­rzą na­zna­czo­ną czer­wo­ny­mi pla­ma­mi po­pa­trzył zim­no na In­spek­to­ra.

– Nic nie chcę po­wie­dzieć poza tym, co wy­ni­ka ze sta­ty­stycz­nej ana­li­zy – oświad­czył. – Ist­nie­ją związ­ki bli­skie, na przy­kład mię­dzy jaj­ka­mi, wę­dzon­ką i żo­łąd­kiem, oraz związ­ki od­le­głe, trud­niej do­strze­gal­ne, na przy­kład mię­dzy po­li­tycz­nym ustro­jem kra­ju a prze­cięt­nym wie­kiem za­wie­ra­nia mał­żeństw. Za­wsze jed­nak cho­dzi o okre­ślo­ną ko­re­la­cję da­ją­cą pod­sta­wy do mó­wie­nia o skut­kach i przy­czy­nach.

Dużą, sta­ran­nie zło­żo­ną chust­ką do nosa wy­tarł drob­ne kro­pel­ki potu znad gór­nej war­gi, scho­wał chust­kę do kie­sze­ni i cią­gnął da­lej:

– Ta se­ria wy­pad­ków jest trud­na do wy­ja­śnie­nia. Na­le­ży się po­wstrzy­mać od ja­kich­kol­wiek uprze­dzeń. Je­śli­bym miał się spo­tkać z nimi ze stro­ny pa­nów, zmu­szo­ny będę po­rzu­cić tę spra­wę, jak i współ­pra­cę z Yar­dem.

Wy­cze­kał chwi­lę, jak­by w na­dziei, że ktoś po­dej­mie rzu­co­ną rę­ka­wi­cę, po czym, pod­szedł­szy do ścia­ny, zga­sił re­flek­tor. Zro­bi­ło się pra­wie zu­peł­nie ciem­no. Sciss szu­kał przez chwi­lę kon­tak­tu, wo­dząc ręką po ścia­nie.

Blask su­fi­to­wej lam­py zmie­nił po­kój. Stał się po­zor­nie mniej­szy, a ośle­pio­ny, mru­ga­ją­cy ocza­mi Głów­ny In­spek­tor przez mgnie­nie przy­po­mniał Gre­go­ry’emu jego sta­re­go wuja. Sciss wró­cił do mapy.

– Gdy pod­ją­łem ba­da­nia, od pierw­szych dwu wy­pad­ków upły­nę­ło już tyle cza­su, albo żeby nie upięk­szać, po­li­cja po­świę­ci­ła im w swych „do­ssiers” tak mało uwa­gi, że ści­sła re­kon­struk­cja fak­tów po­zwa­la­ją­ca stwier­dzić, co się dzia­ło go­dzi­na po go­dzi­nie, była rze­czą nie­moż­li­wą. Ogra­ni­czy­łem się za­tem do po­zo­sta­łych trzech wy­pad­ków. We wszyst­kich trzech pa­no­wa­ła mgła – dwa razy gę­sta, a raz nad­zwy­czaj gę­sta. Nad­to w pro­mie­niu kil­ku­set me­trów prze­jeż­dża­ły roz­ma­ite sa­mo­cho­dy – nie było co praw­da żad­nych „po­dej­rza­nych”, ale nie bar­dzo wiem, na czym mia­ło­by się ta­kie po­dej­rze­nie oprzeć. Prze­cież nikt nie wy­bie­rał­by się na po­dob­ną wy­pra­wę au­tem z na­pi­sem „prze­wóz skra­dzio­nych ciał”. Auto mo­gło­by ewen­tu­al­nie par­ko­wać w dość znacz­nej na­wet od­le­gło­ści od miej­sca kra­dzie­ży. Wresz­cie do­wie­dzia­łem się, że we wszyst­kich trzech wy­pad­kach w okre­sie zmierz­chu (przy­po­mi­nam, że znik­nię­cie na­stę­po­wa­ło za­wsze nocą) za­uwa­żo­no w po­bli­żu… – Sciss zro­bił ma­leń­ką prze­rwę i gło­sem ci­chym, lecz do­bit­nym za­koń­czył: – …ja­kieś zwie­rzę do­mo­we, któ­re­go tam nor­mal­nie nie spo­ty­ka­no, a przy­naj­mniej, któ­re­go moi roz­mów­cy nie zna­li i ni­g­dy tam nie wi­dzie­li. Dwa razy był to kot, a raz pies.

Roz­legł się krót­ki śmiech, któ­ry prze­szedł za­raz w li­chą imi­ta­cję kasz­lu. Śmiał się Sören­sen. Fa­rqu­art ani się nie po­ru­szył, ani nie ode­zwał, na­wet gdy Sciss ro­bił wąt­pli­we dow­ci­py na te­mat „po­dej­rza­nych” sa­mo­cho­dów.

Przez uła­mek se­kun­dy Gre­go­ry po­chwy­cił spoj­rze­nie, któ­re Głów­ny In­spek­tor skie­ro­wał na Sören­se­na. Nie było w nim na­po­mnie­nia, nie było na­wet su­ro­wo­ści, tyl­ko aż fi­zycz­nie wy­czu­wal­ny cię­żar.

Dok­tor kaszl­nął raz jesz­cze dla ura­to­wa­nia po­zo­rów i na­sta­ła ci­sza. Sciss pa­trzał nad ich gło­wa­mi w ciem­nie­ją­ce okno.

– Sta­ty­stycz­na waż­kość ostat­nie­go spo­strze­że­nia jest po­zor­nie nie­wiel­ka – cią­gnął, po­pa­da­jąc co­raz czę­ściej w fal­set. – Stwier­dzi­łem jed­nak, że w tych oko­li­cach bez­dom­ne psy lub koty prak­tycz­nie ni­g­dy się nie­mal nie włó­czą. Poza tym jed­no z tych zwie­rząt – mia­no­wi­cie psa – zna­le­zio­no nie­ży­we w czwar­tym dniu po znik­nię­ciu zwłok. Bio­rąc to pod uwa­gę, po­zwo­li­łem so­bie ogło­sić w ostat­nim wy­pad­ku, w któ­rym po­ja­wił się wie­czo­rem kot, na­gro­dę za wy­kry­cie zwłok tego stwo­rze­nia. Dziś rano otrzy­ma­łem wia­do­mość, któ­ra uczy­ni­ła mnie uboż­szym o pięt­na­ście szy­lin­gów. Kot le­żał pod śnie­giem w kę­pie krza­ków, zna­la­zły go dzie­ci szkol­ne – w od­le­gło­ści nie­ca­łych dwu­stu kro­ków od cmen­tar­nej kost­ni­cy.

Sciss pod­szedł do okna zwró­co­ny ple­ca­mi do po­ko­ju, jak­by chciał wyj­rzeć na dwór, ale tam nic już nie było wi­dać oprócz lam­py ulicz­nej chwie­ją­cej się w po­ry­wach wia­tru, mia­ro­wo prze­bły­sku­ją­cej zza cie­nia rzu­ca­ne­go przez gru­by ko­nar drze­wa.

Za­milkł na do­bre. Koń­ca­mi pal­ców gła­dził brzeg swej zbyt luź­nej, sza­rej ma­ry­nar­ki.

– Czy pan skoń­czył, dok­to­rze?

Na głos Shep­par­da Sciss się od­wró­cił. Ni­kły, chło­pię­cy pra­wie uśmiech od­mie­nił znie­nac­ka jego małą twarz, w któ­rej wszyst­kie rysy były nie­pro­por­cjo­nal­ne, z drob­ny­mi po­du­szecz­ka­mi po­licz­ków pod sza­ry­mi ocza­mi, pra­wie bez pod­bród­ka, tak cof­nię­tą miał szczę­kę.

„Ależ to po pro­stu chło­piec, wiecz­ny nie­do­ro­stek… i jaki miły!” – ze zdu­mie­niem po­my­ślał Gre­go­ry.

– Chciał­bym jesz­cze po­wie­dzieć parę słów, ale jako ostat­ni – rzekł Sciss i wró­cił na swo­je miej­sce.

In­spek­tor zdjął oku­la­ry. Oczy miał zmę­czo­ne.

– Do­brze. Ko­le­go Fa­rqu­art, pro­szę, je­że­li ma pan coś do po­wie­dze­nia w tej spra­wie.

Fa­rqu­art ode­zwał się nie­chęt­nie:

– Praw­dę mó­wiąc, nie­wie­le. Tra­dy­cyj­nie i po sta­re­mu za­sta­na­wiam się nad tą całą „se­rią”, jak ją na­zy­wa dok­tor Sciss. My­ślę, że nie­któ­re, przy­naj­mniej nie­któ­re po­gło­ski mu­sia­ły być praw­dzi­we. Rzecz chy­ba pro­sta – spraw­ca chciał w Shal­tam czy gdzie in­dziej ukraść zwło­ki, ale zo­stał spło­szo­ny. Uda­ło mu się do­pie­ro w Tre­akhill. Był wte­dy jesz­cze „no­wi­cju­szem”, cia­ło zni­kło na­gie. Wi­dać nie orien­to­wał się, że trans­port w ta­kim sta­nie musi na­strę­czyć siłą rze­czy znacz­nych trud­no­ści, więk­szych w każ­dym ra­zie niż prze­wie­zie­nie nie­rzu­ca­ją­cych się tak w oczy zwłok ubra­nych. To wła­śnie spo­wo­do­wa­ło, że zmie­nił tak­ty­kę, sta­ra­jąc się o przy­odzie­wek. Po­nad­to i wy­bór zwłok nie był za pierw­szym ra­zem „naj­lep­szy” – my­ślę o tym, co dok­tor Sciss okre­ślił jako po­szu­ki­wa­nie cia­ła „w do­brym sta­nie”. Kost­ni­ca w Tre­akhill mie­ści­ła in­ne­go jesz­cze zmar­łe­go, czło­wie­ka mło­de­go, za­cho­wa­ne­go le­piej od tego, któ­ry znik­nął. To chy­ba wszyst­ko…

– Po­zo­sta­je mo­ty­wa­cja dzia­ła­nia – pod­jął po chwi­li. – Wi­dzę ta­kie moż­li­wo­ści: ne­kro­fi­lia, obłęd bądź dzia­ła­nie ja­kie­goś, ja­kie­goś, po­wiedz­my, na­ukow­ca. Wo­lał­bym, żeby się w tej spra­wie wy­po­wie­dział dok­tor Sören­sen.

– Nie je­stem psy­cho­lo­giem ani psy­chia­trą – pra­wie opry­skli­wie rzu­cił dok­tor. – Ne­kro­fi­lię moż­na w każ­dym ra­zie wy­klu­czyć. Do­tknię­ci nią by­wa­ją wy­łącz­nie osob­ni­cy cięż­ko upo­śle­dze­ni umy­sło­wo, de­bi­le, kre­ty­ni, na pew­no nie­zdol­ni do pla­no­wa­nia ja­kiejś bar­dziej skom­pli­ko­wa­nej ak­cji. To nie ule­ga wąt­pli­wo­ści. Da­lej, obłęd, moim zda­niem, moż­na wy­klu­czyć. Nic nie po­zo­sta­wio­no przy­pad­ko­wi, za dużo skru­pu­lat­no­ści, żad­nych po­tknięć – ta­kiej lo­gi­ki dzia­ła­nia obłą­ka­ni na ogół nie wy­ka­zu­ją.

– Pa­ra­no­ja? – ci­cho pod­dał Gre­go­ry. Le­karz spoj­rzał na nie­go nie­chęt­nie. Przez chwi­lę zda­wał się sma­ko­wać z po­wąt­pie­wa­niem to sło­wo na ję­zy­ku, po­tem wy­krzy­wił cien­kie, ża­bie usta.

– Nie. To zna­czy, nie wy­da­je mi się – osła­bił ka­te­go­rycz­ność swe­go sprze­ci­wu. – Obłęd nie jest, pro­szę pa­nów, wor­kiem, do któ­re­go moż­na pa­ko­wać wszyst­kie czy­ny ludz­kie o nie­po­ję­tych dla nas mo­ty­wach. Obłęd ma swo­ją struk­tu­rę, swo­ją lo­gi­kę po­stę­po­wa­nia. Na upar­te­go nie da się wy­klu­czyć ewen­tu­al­no­ści, że ja­kiś cięż­ki psy­cho­pa­ta, tak, psy­cho­pa­ta, wła­śnie psy­cho­pa­ta mógł­by być spraw­cą. To je­dy­na moż­li­wość…

– Psy­cho­pa­ta ze skłon­no­ścia­mi do ma­te­ma­ty­ki – za­uwa­żył niby od nie­chce­nia Sciss.

– Jak pan to ro­zu­mie?

Sören­sen za­glą­dał w twarz Scis­so­wi z głu­pa­wo-szy­der­czym uśmiesz­kiem, w któ­rym było coś ob­raź­li­we­go. Nie do­mknął ust.

– No, psy­cho­pa­ta, któ­ry ob­li­czył so­bie, jak to bę­dzie za­baw­nie, je­że­li ilo­czyn z od­le­gło­ści i cza­su mię­dzy ko­lej­ny­mi wy­pad­ka­mi, po­mno­żo­ny przez róż­ni­cę tem­pe­ra­tur, bę­dzie pew­ną sta­łą, con­stans.

Sören­sen ner­wo­wym ru­chem gła­skał się po ko­la­nie, po­tem za­bęb­nił po nim pal­ca­mi.

– Bo ja wiem… Moż­na mno­żyć i dzie­lić przez sie­bie róż­ne rze­czy, dłu­gość la­sek przez sze­ro­kość ka­pe­lu­szy, i mogą z tego wy­nik­nąć róż­ne sta­łe albo nie­sta­łe.

– Pan są­dzi, że ośmie­sza w ten spo­sób ma­te­ma­ty­kę? – za­czął Sciss. Wi­dać było, że ma na ję­zy­ku coś ostre­go.

– Prze­pra­szam. Chciał­bym usły­szeć pana zda­nie o trze­cim moż­li­wym mo­ty­wie – Shep­pard pa­trzył na Sören­se­na jak przed­tem.

– O tym uczo­nym? Któ­ry krad­nie zwło­ki? Nie. Ależ skąd, co zno­wu. Taki uczo­ny, któ­ry do­ko­nu­je eks­pe­ry­men­tów na tru­pach? Ni­g­dy w świe­cie! Po­mysł ro­dem z trze­cio­rzęd­ne­go fil­mu. Po cóż kraść tru­pa, kie­dy moż­na go do­stać w byle pro­sek­to­rium, i to bez naj­mniej­szej trud­no­ści, albo i od ro­dzi­ny od­ku­pić? Zda­rza­ją się ta­kie rze­czy. Poza tym ża­den uczo­ny nie pra­cu­je dziś sam i gdy­by na­wet ukradł tru­pa (nie wiem tyl­ko po co), nie mógł­by ukryć tego przed ko­le­ga­mi, współ­pra­cow­ni­ka­mi. Ten mo­tyw moż­na spo­koj­nie wy­klu­czyć.

– Co więc we­dług pana po­zo­sta­je? – spy­tał Shep­pard. Jego asce­tycz­na twarz była bez wy­ra­zu. Gre­go­ry zła­pał się na tym, że wpa­tru­je się w swe­go prze­ło­żo­ne­go do im­per­ty­nen­cji – jak­by stu­dio­wał ob­raz. Czy on na­praw­dę taki jest, czy też to po pro­stu znu­dze­nie i ru­ty­na?

My­ślał tak w cięż­kim, nie­mi­łym mil­cze­niu, któ­re za­pa­no­wa­ło po ostat­nich sło­wach Głów­ne­go In­spek­to­ra. Znów da­le­ki sil­nik ode­zwał się w głę­bi za­okien­nych ciem­no­ści, prze­pły­nął ba­so­wym ło­sko­tem w gó­rze i ścichł. Szy­by drża­ły.

– Psy­cho­pa­tia albo nic – po­wie­dział na­raz dok­tor Sciss. Uśmie­chał się, był na­praw­dę w do­brym hu­mo­rze. – Jak roz­sąd­nie orzekł dok­tor Sören­sen, dzia­ła­nie psy­cho­pa­ty wy­glą­da za­zwy­czaj od­mien­nie, ce­chu­je je im­pul­syw­ność, nie­do­my­śle­nia wy­wo­ła­ne emo­cjo­nal­nym zwę­że­niem pola uwa­gi, błę­dy. Po­zo­sta­je nam więc – nic. To zna­czy, że te wy­pad­ki nie mo­gły się zda­rzyć.

– Jest pan nad wy­raz dow­cip­ny – burk­nął Sören­sen.

– Pa­no­wie – ode­zwał się Shep­pard – jest rze­czą zdu­mie­wa­ją­cą, jak ła­god­nie do­tąd trak­tu­je nas pra­sa. Na­le­ża­ło to przy­pi­sać kon­flik­to­wi ma­ło­azja­tyc­kie­mu, jak my­ślę. Opi­nia pu­blicz­na zbyt była za­ję­ta tą spra­wą – ale do cza­su. Obec­nie mo­że­my ocze­ki­wać na­gon­ki na Yard. Otóż, co się ty­czy stro­ny czy­sto for­mal­nej – śledz­two musi biec da­lej. Chciał­bym się do­wie­dzieć, co już zo­sta­ło zro­bio­ne, a zwłasz­cza, ja­kie kro­ki pod­ję­to, aby od­na­leźć skra­dzio­ne cia­ła.

– To jest rzecz po­rucz­ni­ka – po­wie­dział Fa­rqu­art. – Do­stał od nas peł­no­moc­nic­twa dwa ty­go­dnie temu i od tej pory wszyst­ko ro­bił sam.

Gre­go­ry przy­tak­nął, uda­jąc, że nie do­sły­szał wy­rzu­tu tkwią­ce­go w tych sło­wach.

– Po­cząw­szy od trze­cie­go wy­pad­ku – po­wie­dział – za­sto­so­wa­li­śmy bar­dzo ra­dy­kal­ne środ­ki. Bez­po­śred­nio po mel­dun­ku o za­gi­nię­ciu zwłok za­mknę­li­śmy całą oko­li­cę w pro­mie­niu bez mała stu ki­lo­me­trów, po­sił­ku­jąc się wszyst­ki­mi si­ła­mi miej­sco­wy­mi, jak po­ste­run­ka­mi dro­go­wy­mi i lot­ny­mi, oraz ścią­gnę­li­śmy z Lon­dy­nu dwa od­dzia­ły wo­zów ra­dio­wych z cen­tra­lą tak­tycz­ną w Chi­che­ster. Wszyst­kie skrzy­żo­wa­nia, prze­jaz­dy ko­le­jo­we, ro­gat­ki, wy­lo­ty au­to­strad i dróg z za­mknię­te­go ob­sza­ru były kon­tro­lo­wa­ne – bez re­zul­ta­tu. Za­trzy­ma­li­śmy przy tej oka­zji pię­ciu lu­dzi po­szu­ki­wa­nych za róż­ne spraw­ki, ale co się ty­czy na­sze­go pro­ble­mu, wy­ni­ków nie było. Chciał­bym zwró­cić przy tym uwa­gę na ostat­ni wy­pa­dek. Za­my­ka­nie te­re­nu w pro­mie­niu stu ki­lo­me­trów jest na­der uciąż­li­we i prak­tycz­nie nie daje stu pro­cent gwa­ran­cji, że oczka sie­ci są wy­star­cza­ją­co małe, by wy­klu­czyć moż­li­wość prze­śliź­nię­cia się spraw­cy. Jest praw­do­po­dob­ne, że w wy­pad­kach po­przed­nich, to zna­czy dru­gim i trze­cim, spraw­ca opu­ścił te­ren za­mknię­ty, za­nim wszyst­kie na­sze po­ste­run­ki rze­czy­wi­ście go za­mknę­ły. Miał bo­wiem spo­ro cza­su, raz bo­daj sześć, a dru­gi raz oko­ło pię­ciu go­dzin nocy. Za­kła­dam na­tu­ral­nie, że dys­po­no­wał au­tem. W ostat­nim jed­nak wy­pad­ku znik­nię­cie na­stą­pi­ło mię­dzy trze­cią a czwar­tą pięć­dzie­siąt rano. Spraw­ca miał mak­sy­mal­nie go­dzi­nę i trzy kwa­dran­se na uciecz­kę. Otóż była to noc z ty­po­wą mar­ców­ką, na prze­mian wi­chu­ra i śnie­ży­ca po wie­czor­nej mgle, wszyst­kie dro­gi były do po­łu­dnia na­stęp­ne­go dnia za­sy­pa­ne i za­ta­ra­so­wa­ne za­spa­mi. Spraw­ca mu­siał­by chy­ba użyć po­tęż­ne­go trak­to­ra. Wiem coś o tym, bo mie­li­śmy nie­sły­cha­ne trud­no­ści z wy­cią­ga­niem na­szych wo­zów pa­tro­lo­wych za­rów­no miej­sco­wych, jak i tych, któ­re spie­szy­ły na na­sze we­zwa­nie z re­jo­nu Wiel­kie­go Lon­dy­nu, z re­zer­wy wy­zna­czo­nej przez Cri­me In­ve­sti­ga­tion De­part­ment.

– Więc pan twier­dzi, że ża­den sa­mo­chód nie mógł się wy­do­stać do po­łu­dnia z oko­li­cy Le­wes?

– Tak.

– A san­ki?

– Tech­nicz­nie by­ło­by to moż­li­we, ale nie w cza­sie, któ­ry spraw­ca miał do dys­po­zy­cji. San­ki nie uja­dą prze­cież wię­cej niż kil­ka­na­ście ki­lo­me­trów na go­dzi­nę, a w ta­kim śnie­gu le­d­wo kil­ka. Na­wet naj­lep­szy­mi koń­mi nie wy­rwał­by się do po­łu­dnia z koła o pro­mie­niu osiem­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów.

– Do­brze, po­rucz­ni­ku, ale sam pan mó­wił prze­cież, że ta­kie za­my­ka­nie te­re­nu nie daje bez­względ­nej pew­no­ści – ła­god­nie po­wie­dział Shep­pard. – Stu­pro­cen­to­wa kon­tro­la jest tyl­ko ide­ałem, do któ­re­go dą­ży­my…

– On mógł zresz­tą wy­nieść zwło­ki w wor­ku, pie­szo, idąc po­la­mi na prze­łaj – za­uwa­żył Fa­rqu­art.

– Upie­rał­bym się przy tym, że to nie­moż­li­we – po­wie­dział Gre­go­ry. Chciał być spo­koj­ny, ale czuł już pa­ła­nie po­licz­ków. Miał ogrom­ną ocho­tę wstać, le­d­wo się od tego po­wstrzy­mał.

– Po szó­stej rano ża­den po­jazd nie mógł się wy­do­stać ze stre­fy za­mknię­tej, za to mogę rę­czyć – oświad­czył. – Przez śnie­gi mógł się w koń­cu prze­bić pie­chur, ale nie z ta­kim cię­ża­rem, jaki przed­sta­wia cia­ło do­ro­słe­go czło­wie­ka. Ra­czej by je rzu­cił…

– Może i rzu­cił – za­uwa­żył Sören­sen.

– My­śla­łem i o tym. Prze­trzą­snę­li­śmy całą oko­li­cę, uła­twi­ła nam pra­cę od­wilż, któ­ra roz­po­czę­ła się za­raz na­za­jutrz. Nic nie zna­le­zio­no.

– Pań­skie ro­zu­mo­wa­nie nie jest tak bez za­rzu­tu, jak pan są­dzi – wtrą­cił się znie­nac­ka do roz­mo­wy Sciss. – Po pierw­sze, nie zna­leź­li­ście zde­chłe­go kota, co na­stą­pi­ło­by, gdy­by­ście szu­ka­li dość skru­pu­lat­nie…

– Pan wy­ba­czy, ale my­śmy szu­ka­li ludz­kich zwłok, a nie zde­chłe­go kota – oświad­czył Gre­go­ry.

– Do­brze. Zbyt wie­le jest jed­nak moż­li­wo­ści ukry­cia zwłok w tak roz­le­głym te­re­nie, by moż­na orzec, że ich tam na pew­no nie ma.