Pamiętnik znaleziony w wannie - Stanisław Lem - ebook + książka

Pamiętnik znaleziony w wannie ebook

Stanisław Lem

4,2

Opis

Pamiętnik znaleziony w wannie” to opowieść pracownika wywiadu, który błąka się w gmachu swej wywiadowczej centrali, szukając instrukcji działania. Stopniowo orientujemy się, że jego groteskowe przygody to metafora ludzkiego życia, w trakcie którego także na próżno szukamy istoty, sensu świata i własnej działalności. Historia nasycona jest groteskowym komizmem, a jednocześnie ma cechy sennego koszmaru, z którego – tak jak z Gmachu – nie ma wyjścia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 285

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (13 ocen)
6
4
2
1
0

Popularność




„Pa­mięt­nik zna­le­zio­ny w wan­nie”

Sta­ni­sław Lem

© Co­py­ri­ght by To­masz Lem, 2016

pro­jekt okład­ki: Anna Ma­ria Su­cho­dol­ska

zdję­cie na okład­ce: © EAST NEWS/PIOTR JA­SKOW

© Co­py­ri­ght for this edi­tion: Pro Auc­to­re Woj­ciech Ze­mek

www.lem.pl

ISBN 978-83-63471-21-7

Kra­ków, 2019 (wy­da­nie dru­gie po­pra­wio­ne)

Stanisław Lem

PAMIĘTNIK ZNALEZIONY W WANNIE

Spis treści

Wstęp

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

I

…po­ko­ju o nu­me­rze, na któ­ry opie­wa­ła prze­pust­ka, nie mo­głem zna­leźć. Tra­fi­łem naj­pierw do Wy­dzia­łu We­ry­stycz­ne­go, po­tem do Wy­dzia­łu Dez­in­for­ma­cji, gdzie ja­kiś urzęd­nik z Sek­cji Ci­śnień po­le­cił mi udać się na ósme pię­tro, lecz tam nikt nie chciał na­wet ze mną mó­wić; błą­dzi­łem po­śród mnó­stwa szarż, każ­dy ko­ry­tarz pe­łen był ener­gicz­ne­go stą­pa­nia, strze­la­nia drzwia­mi i ob­ca­sa­mi, a w te mar­so­we od­gło­sy wni­ka­ły szkla­ną mu­zy­ką da­le­kie dzwo­necz­ki, jak­by san­ko­wych jan­cza­rów. Od cza­su do cza­su woź­ni prze­no­si­li pa­ru­ją­ce im­bry­ki, wcho­dzi­łem omył­ko­wo do to­a­let, w któ­rych ma­lo­wa­ły się śpiesz­nie se­kre­tar­ki, prze­bra­ni za win­dzia­rzy agen­ci uci­na­li ze mną po­ga­węd­ki – je­den ze sztucz­ną pro­te­zą in­wa­lidz­ką wo­ził mnie tyle razy z pię­tra na pię­tro, że ki­wał mi już z da­le­ka, a na­wet prze­stał mnie fo­to­gra­fo­wać apa­ra­tem za­tknię­tym w kla­pę jako goź­dzik. Koło po­łu­dnia za­czął mnie już ty­kać i po­ka­zał swo­ją sła­bost­kę – scho­wa­ny pod pod­ło­gą win­dy ma­gne­to­fon – ale, w co­raz gor­szym hu­mo­rze, nie mia­łem do tego gło­wy.

Cho­dzi­łem upar­cie od po­ko­ju do po­ko­ju i jak na­ję­ty za­da­wa­łem py­ta­nia, na któ­re udzie­la­no mi fał­szy­wych od­po­wie­dzi; znaj­do­wa­łem się wciąż na ze­wnątrz oży­wia­ją­cej Gmach nie­ustan­nej cyr­ku­la­cji taj­no­ści, ale mu­sia­łem prze­cież, u li­cha, wnik­nąć w nią w któ­rymś miej­scu – dwa razy do­sta­łem się mimo woli do pod­ziem­ne­go skarb­ca i prze­rzu­ci­łem le­żą­ce na wierz­chu taj­ne akta, ale i w nich nie od­na­la­złem naj­mniej­szej dla sie­bie wska­zów­ki. Po kil­ku go­dzi­nach, po­rząd­nie już roz­draż­nio­ny i głod­ny, bo mi­nę­ła pora obia­do­wa, a nie uda­ło mi się zna­leźć na­wet kan­ty­ny, po­sta­no­wi­łem za­sto­so­wać tak­ty­kę od­mien­ną.

Pa­mię­ta­łem, że naj­wię­cej wy­so­kich, si­wych szarż prze­by­wa­ło na czwar­tym pię­trze, po­je­cha­łem więc tam, przez drzwi z na­pi­sem TYL­KO PO ZA­MEL­DO­WA­NIU do­sta­łem się do pod­se­kre­ta­ria­tu, chwi­lo­wo pu­ste­go, z nie­go – przez bocz­ne wyj­ście, opa­trzo­ne ha­słem PU­KAĆ – do sali peł­nej schną­cych pla­nów mo­bi­li­za­cyj­nych, i tu sta­ną­łem wo­bec pro­ble­mu, bo wio­dło z niej dwo­je drzwi – jed­ne z ta­blicz­ką WY­ŁĄCZ­NIE DLA BA­LAN­SJE­RÓW, na dru­gich wid­niał na­pis NIE MA PRZEJ­ŚCIA. Po na­my­śle otwar­łem te dru­gie i oka­za­ło się, że do­brze zro­bi­łem, zna­la­złem się bo­wiem w se­kre­ta­ria­cie głów­no­do­wo­dzą­ce­go, ko­men­de­ra­ła Ka­shen­bla­de. Po­nie­waż wsze­dłem owy­mi drzwia­mi, ofi­cer dy­żur­ny, o nic nie py­ta­jąc, za­pro­wa­dził mnie pro­sto do do­wód­cy.

I tu drgał w po­wie­trzu szkla­ny, ła­god­ny dźwięk. Ka­shen­bla­de mie­szał her­ba­tę. Był to po­tęż­ny, łysy sta­rzec. Twarz ob­wi­sły­mi jak far­tuch po­licz­ka­mi i fał­dzi­stą skó­rą spod bro­dy spo­czy­wa­ła na wy­ło­gach mun­du­ru o na­szyw­kach w kształ­cie ga­lak­tyk. Na biur­ku sta­ły przed nim dwo­ma sze­re­ga­mi te­le­fo­ny, po ich bo­kach – apa­ra­ty zwia­dow­cze, po­środ­ku zaś – sło­je no­szą­ce ety­kie­ty roz­ma­itych oka­zów, wsze­la­ko oprócz spi­ry­tu­su ni­cze­go w nich nie do­strze­głem. Z na­brzmia­łą ży­ła­mi ły­si­ną za­ję­ty był na­ci­ska­niem gu­zi­ków, któ­re po­wo­do­wa­ły za­milk­nię­cie roz­dzwa­nia­ją­ce­go się aku­rat te­le­fo­nu. Gdy od­zy­wa­ły się po kil­ka na­raz, ude­rzał pię­ścią w całą kla­wia­tu­rę. Na mój wi­dok pal­nął we wszyst­kie. Na­sta­ła ci­sza, w któ­rej czas ja­kiś po­dźwię­ki­wał ły­żecz­ką.

– A, to wy! – rzu­cił. Głos miał po­tęż­ny.

– Tak jest, to ja – od­par­łem.

– Cze­kaj­cie, nie mó­wić, już ja mam pa­mięć – mruk­nął, przy­pa­tru­jąc mi się spod krza­cza­sto na­wi­słych brwi. – X-27 re­trans­pul­sja kon­tra­stel­lar­na Cy­gni Eps, hę?

– Nie – po­wie­dzia­łem.

– Nie? A! No! Ba!! Mor­bi­la­trynx B-KuK osiem­dzie­siąt je­den, koma, ope­ra­cja Gwóz­dek? Bi jak Bi­pro­po­da?

– Nie – po­wie­dzia­łem, pró­bu­jąc pod­su­nąć mu przed oczy moje we­zwa­nie, lecz od­trą­cił je nie­chęt­nie.

– Nnnie?… – mruk­nął. Wy­glą­dał na ura­żo­ne­go w swej du­mie. Za­my­ślił się. Za­mie­szał her­ba­tę. Te­le­fon dźwięk­nął. Zdła­wił go lwim ru­chem.

– Pla­sty­ko­wy? – rzu­cił mi na­gle w twarz.

– Niby ja? – spy­ta­łem. – Nie, ra­czej nie – zwy­czaj­ny…

Ka­shen­bla­de jed­nym ude­rze­niem zdu­sił ha­ła­su­ją­ce od chwi­li te­le­fo­ny i przyj­rzał mi się raz jesz­cze.

– Ope­ra­cja Hy­per­bóg… Mam­ma­cy­klo­ga­stro­zaur… enta-ma, pen­ta-kla… – pró­bo­wał jesz­cze, nie chcąc po­go­dzić się z nie­spo­dzia­ną luką w swej nie­omyl­no­ści, a gdy nie od­po­wia­da­łem, oparł się po­tęż­ny­mi dłoń­mi o kla­wi­sze i huk­nął:

– Jaz­da!!!

Wy­glą­da­ło na to, że i on wy­rzu­ca mnie za drzwi, ale by­łem zbyt zde­ter­mi­no­wa­ny – a tak­że zbyt cy­wil­ny – aby usłu­chać bez sprze­ci­wu. Sta­łem da­lej z wy­cią­gnię­tą przed sie­bie ręką, w któ­rej trzy­ma­łem we­zwa­nie. Ka­shen­bla­de wziął je wresz­cie, nie pa­trząc, niby nie­chcą­cy wrzu­cił do szcze­li­ny sto­ją­ce­go przy nim apa­ra­tu, ten za­szu­miał i za­czął doń szep­tać. Ka­shen­bla­de słu­chał, słu­chał, chmu­ry szły mu przez twarz, bły­ski mi­go­ta­ły w źre­ni­cach. Zer­k­nął na mnie spode łba i jął na­ci­skać gu­zi­ki. Naj­pierw roz­dzwo­ni­ły się te­le­fo­ny w ta­kiej licz­bie, że po­wsta­ła z tego kon­kret­na mu­zy­ka; wy­ci­szył ją i da­lej na­ci­skał. Oka­la­ją­ca go bry­ga­da apa­ra­tów na wy­ści­gi prze­krzy­ki­wa­ła się cy­fra­mi i kryp­to­ni­ma­mi. Trwał, na­sę­pio­ny, wsłu­cha­ny, z drga­ją­cą po­wie­ką, ale wi­dzia­łem już, że bu­rza po­szła bo­kiem. Ze­su­płał brwi i wark­nął:

– Da­waj­cie ten wasz świ­stek!

– Da­łem już…

– Komu?

– Wam.

– Nam?

– Panu ko­men­de­ra­ło­wi.

– Kie­dy, gdzie?!

– Przed se­kun­dą, tu go pan wrzu… – za­czą­łem, ale ugry­złem się w ję­zyk.

Ko­men­de­rał łyp­nął na mnie i wy­szarp­nął spodnią szu­flad­kę apa­ra­tu. Była pu­sta. Bóg ra­czy wie­dzieć, do­kąd za­wę­dro­wał już mój do­ku­ment; oczy­wi­ście ani mi w gło­wie po­sta­ło, że wrzu­cił go tam nie­opatrz­nie. Już od pew­ne­go cza­su po­dej­rze­wa­łem, że Do­wódz­two Okrę­gu Ko­smicz­ne­go, naj­wi­docz­niej zbyt roz­ro­słe, aby pi­lo­to­wać in­dy­wi­du­al­nie każ­dą z try­lio­na pro­wa­dzo­nych spraw, prze­szło na sys­tem dzia­łań lo­so­wych, wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, iż krą­żąc mię­dzy mi­ria­da­mi jego biu­rek, każ­dy akt musi wresz­cie tra­fić na wła­ści­we. Po­dob­ną me­to­dą, cza­so­chłon­ną, ale i nie­za­wod­ną, dzia­ła sam Ko­smos; dla in­sty­tu­cji rów­nie jak on nie­prze­mi­jal­nej – a taką był prze­cież Gmach – tem­po owych ob­ro­tów i per­tur­ba­cji nie mo­gło się na­tu­ral­nie li­czyć.

Jak­kol­wiek mia­ły się rze­czy, we­zwa­nie zni­kło. Ka­shen­bla­de, za­trza­snąw­szy z im­pe­tem szu­flad­kę, pa­trzał na mnie czas ja­kiś, mru­ga­jąc. Sta­łem bez ru­chu, z opusz­czo­ny­mi rę­ka­mi, nie­przy­jem­nie od­czu­wa­jąc ich pust­kę. Mru­gał co­raz na­tar­czy­wiej – ja nic; za­mru­gał z pa­sją – od­mru­gną­łem wów­czas, i to go jak­by uspo­ko­iło.

– Nna… – za­mru­czał. Za­czął na­ci­skać gu­zi­ki. W apa­ra­tach się za­ko­tło­wa­ło. Róż­no­ko­lo­ro­we ta­śmy jęły wy­peł­zać z nich na biur­ko. Od­dzie­rał z nich po ka­wał­ku, od­czy­ty­wał, a cza­sem nie pa­trząc, ci­skał do in­nych apa­ra­tów, któ­re ro­bi­ły ko­pie, ory­gi­na­ły zaś szły do au­to­ma­tycz­ne­go ko­sza. Na­resz­cie z jed­ne­go wy­la­zła bia­ła fo­lia z na­dru­kiem DO IN­STRUK­TA­ŻU B – 66 – PA­PRA – ŁEBŁ – zło­żo­nym tak wiel­ki­mi li­te­ra­mi, że od­czy­ta­łem je po­przez biur­ko.

– Bę­dzie­cie… de­le­go­wa­ni… w Mi­sji… Spe­cjal­nej – rzu­cał mia­ro­wo ko­men­de­rał. – Głę­bo­ka pe­ne­tra­cja, spra­wa o ro­bo­tę wy­wro­to­wą; by­li­ście tam już? – spy­tał i mru­gnął.

– Gdzie?

– Tam.

Pod­niósł gło­wę i raz jesz­cze za­trze­po­tał po­wie­ka­mi. Nie od­zy­wa­łem się.

Po­pa­trzał na mnie z po­gar­dą.

– Ajent – po­wie­dział wresz­cie. – Ajent, co?… Ajent… dzi­siej­szy ajent…

Z wol­na za­sę­piał się. Prze­cią­gał to sło­wo tak i owak, szy­dził nim, po­świ­sty­wał, prze­pusz­czał przez dziu­rę w zę­bie, znę­cał się nad zgło­ska­mi, na­raz zdła­wił ner­wo­wo te­le­fo­ny i wy­buch­nął:

– Wszyst­ko trze­ba wam tłu­ma­czyć! Ga­zet nie czy­ta­cie?! Gwiaz­dy! No! Co gwiaz­dy? Co ro­bią? No?!

– Świe­cą – rze­kłem nie­pew­nie.

– I to ma być ajent!!! Świe­cą! Ba! Jak?! Jak świe­cą? Co? No?!

Da­wał mi zna­ki po­wie­ka­mi.

– M… mru­ga­ją – rze­kłem, zni­ża­jąc mimo woli głos.

– Jaki do­myśl­ny! Na­resz­cie! Mru­ga­ją! Tak! Pod­mru­gu­ją! A kie­dy? Co?! Nie wie­cie?! Na­tu­ral­nie!!! Taki ma­te­riał mi tu przy­sy­ła­ją! Nocą! Nocą!!! Mru­ga­ją, trzę­są się, po ciem­ku! Co to jest? Kto mru­ga?! Kto nocą?! Kto się trzę­sie?!

Ry­czał jak lew. Sta­łem bla­dy, wy­pro­sto­wa­ny jak stru­na, cze­ka­jąc, aż bu­rza przej­dzie, ale nie prze­cho­dzi­ła. Ka­shen­bla­de, po­si­nia­ły, obrzę­kły, z na­pu­czo­ną ły­si­ną, grzmiał na cały ga­bi­net, na cały gmach:

– A uciecz­ka mgła­wic?! Co?! Nie sły­sze­li­ście?! Uciecz­ka!!! Co to jest?! Kto ucie­ka?! To jest po­dej­rza­ne, wię­cej – to jest przy­zna­nie się do winy!!!

Zdru­zgo­tał mnie wzro­kiem, bez tchu, na­resz­cie opu­ścił cięż­ko po­wie­ki i ci­snął zde­cy­do­wa­nie sta­lo­wym gło­sem:

– Bał­wan!

– Pan się za­po­mi­na, pa­nie ko­men­de­ra­le! – wy­pa­li­łem.

– Co? Co?! Pan się… a? Pan się zapo… Co to jest? A! Ha­sło! Ha­sło, do­brze. Tak – to co in­ne­go. Ha­sło to ha­sło…

Po­czął gwał­tow­nie wbi­jać pal­ce w kla­wia­tu­rę. Apa­ra­ty za­szu­mia­ły jak deszcz na bla­sza­nym da­chu. Wy­la­ty­wa­ły z nich wstę­gi zie­lo­ne i zło­te, drżąc, skrę­ca­ły się w zwo­je na biur­ku. Sta­rzec czy­tał je za­chłan­nie.

– Do­brze! – za­kon­klu­do­wał, mnąc wszyst­kie. – Wa­sza mi­sja: zba­dać na miej­scu, spraw­dzić, prze­szu­kać, ewen­tu­al­nie spro­wo­ko­wać, do­nieść. Krop­ka. W dniu N o go­dzi­nie en­tej, w en­tym sek­to­rze en­te­go re­jo­nu zo­sta­nie­cie wy­en­to­wa­ni z po­kła­du jed­nost­ki N. Krop­ka. Gru­pa upo­sa­że­nio­wa kryp­to­nim Ber­beć, die­ty pla­ne­tar­ne z cu­la­gą tle­no­wą, roz­ra­chu­nek spo­ra­dycz­ny, w za­leż­no­ści od wagi do­nie­sień. Mel­do­wać bie­żą­co. Łącz­ność en-lu-me­nicz­na, ma­skow­nik for­ma­tu Lyra-PiP, je­śli po­le­gnie­cie w ak­cji – po­śmiert­ne od­zna­cze­nie Or­de­rem Taj­ne­go Stop­nia, peł­ne ho­no­ry, sa­lut, pły­ta ku czci, z wcią­gnię­ciem po­chwal­nym do akt… Bę­dzie?! – ci­snął ostat­nie sło­wo.

– A je­śli nie po­le­gnę?… – spy­ta­łem.

Sze­ro­ki, po­błaż­li­wy uśmiech roz­ja­śnił twarz ko­men­de­ra­ła.

– Re­zo­ner – po­wie­dział. – Re­zo­ner, co? He, he… re­zo­ner… je­śli tego, to ten… Dość! U mnie nie ma „je­śli”! Mi­sję do­sta­łeś? Do­sta­łeś! Ba­sta! A wiesz ty, co to jest? Hę?! – wy­rzu­cił z sze­ro­kiej pier­si. Po­licz­ki za­fa­lo­wa­ły mu ła­god­nie, blask prze­szedł przez zło­te czwo­ro­bo­ki or­de­rów. – Mi­sja to wiel­ka rzecz! No, a Spe­cjal­na – ba! Spe­cjal­na! No! W do­brej en­tej go­dzi­nie! Ru­szaj, chłop­cze, a nie daj się zgno­ić!

– Będę się sta­rał – od­par­łem – a moje za­da­nie?

Na­ci­snął kil­ka gu­zi­ków, za­słu­chał się w dzwon­ki te­le­fo­nów, wy­ga­sił je. Po­ciem­nia­ła przed­tem ły­si­na ró­żo­wia­ła po­wo­li. Pa­trzał na mnie do­bro­tli­wie jak oj­ciec.

– Na­der! – rzekł. – Na­der nie­bez­piecz­ne! Ale nic to! Nie dla sie­bie! Nie ja wy­sy­łam! Ogół! Do­bro! Oj, ty, ty… enty… trud­na spra­wa… trud­ne cia­ło do­sta­łeś! Zo­ba­czysz! Trud­ne, ale trze­ba, bo, bo ten…

– Służ­ba – pod­da­łem szyb­ko.

Roz­pro­mie­nił się. Wstał. Za­ko­ły­sa­ły się u pier­si or­de­ry, za­dzwo­ni­ły, apa­ra­ty i te­le­fo­ny umil­kły, świa­teł­ka zga­sły. Cią­gnąc za sobą splą­ta­ne róż­no­ko­lo­ro­we ka­bel­ki, pod­szedł do mnie i po­dał mi po­tęż­ną, owło­sio­ną, star­czą dłoń stra­te­ga. Na­wier­cał mnie ocza­mi, pró­bo­wał, brwi ze­su­nę­ły mu się, two­rząc wy­pu­kłe wzgór­ki, pod­par­te fał­da­mi mniej­szy­mi nie­co, i tak sta­li­śmy spo­je­ni uści­skiem – głów­no­do­wo­dzą­cy i taj­ny ku­rier.

– Służ­ba! – rzekł. – Twar­da. Służ­ba, mój chłop­cze! Służ­ba… by­waj!!!

Za­sa­lu­to­wa­łem, zro­bi­łem zwrot w tył i wy­sze­dłem, sły­sząc jesz­cze u drzwi, jak pije wy­zię­błą her­ba­tę. Po­tęż­ny to był sta­rzec – Ka­shen­bla­de…