Solaris - Stanisław Lem - ebook + książka

Solaris ebook

Stanisław Lem

4,2

24 osoby interesują się tą książką

Opis

Najsłynniejsza powieść Lema, należąca do kanonu literatury XX wieku, przetłumaczona na 40 języków i wydana w łącznym nakładzie kilkunastu milionów egzemplarzy. Pomimo dwóch nakręconych z rozmachem filmowych adaptacji pozostaje książką nieustannie odkrywaną na nowo przez kolejne pokolenia czytelników. Przejmująca historia kontaktu z obcą inteligencją stanowi tło dla rozważań o ograniczeniach naszego umysłu i specyfice ludzkiego poznania. Dla jednych historia miłosna, dla innych traktat filozoficzny – arcydzieło Lema wymyka się wszelkim ostatecznym interpretacjom.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 283

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (126 ocen)
60
43
17
6
0

Popularność




Sta­ni­sław Lem

"So­la­ris"

© Co­py­ri­ght by To­masz Lem, 2016

pro­jekt okład­ki: Anna Ma­ria Su­cho­dol­ska

zdję­cie na okład­ce: © Cze­sław Cza­pliń­ski/FO­TO­NO­VA

© Co­py­ri­ght for this edi­tion: Pro Auc­to­re Woj­ciech Ze­mek

www.lem.pl

ISBN 978-83-63471-02-6

Kra­ków

2019

wy­da­nie dru­gie po­pra­wio­ne

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Stanisław Lem

SOLARIS (frag­ment)

Spis treści

Przy­bysz

So­la­ry­ści

Go­ście

Sar­to­rius

Ha­rey

Mały apo­kryf

Na­ra­da

Po­two­ry

Płyn­ny tlen

Roz­mo­wa

My­śli­cie­le

Sny

Suk­ces

Sta­ry mi­mo­id

PRZYBYSZ

O dzie­więt­na­stej cza­su po­kła­do­we­go ze­sze­dłem, mi­ja­jąc sto­ją­cych wo­kół stud­ni, po me­ta­lo­wych szcze­blach do wnę­trza za­sob­ni­ka. Było w nim aku­rat tyle miej­sca, aby unieść łok­cie. Po wkrę­ce­niu koń­ców­ki w prze­wód wy­sta­ją­cy ze ścia­ny ska­fan­der się wy­dął i od­tąd nie mo­głem już wy­ko­nać naj­mniej­sze­go ru­chu. Sta­łem – czy ra­czej wi­sia­łem – w po­wietrz­nym łożu ze­spo­lo­ny w jed­ną ca­łość z me­ta­lo­wą sko­ru­pą.

Pod­nió­sł­szy oczy, zo­ba­czy­łem przez wy­pu­kłą szy­bę ścia­ny stud­ni i, wy­żej, schy­lo­ną nad nią twarz Mod­dar­da. Zni­kła za­raz i za­pa­dła ciem­ność, bo z góry na­ło­żo­no cięż­ki ochron­ny sto­żek. Sły­sza­łem ośmio­krot­nie po­wtó­rzo­ny świst mo­to­rów elek­trycz­nych, któ­re do­cią­ga­ły śru­by. Po­tem – syk wpusz­cza­ne­go do amor­ty­za­to­rów po­wie­trza. Wzrok przy­wy­kał do ciem­no­ści. Wi­dzia­łem już se­le­dy­no­wy kon­tur je­dy­ne­go wskaź­ni­ka.

– Go­tów, Ke­lvin? – roz­le­gło się w słu­chaw­kach.

– Go­tów, Mod­dard – od­po­wie­dzia­łem.

– Nie troszcz się o nic. Sta­cja cię od­bie­rze – po­wie­dział. – Szczę­śli­wej dro­gi!

Nim zdą­ży­łem od­po­wie­dzieć, coś zgrzyt­nę­ło w gó­rze i za­sob­nik drgnął. Na­pią­łem od­ru­cho­wo mię­śnie, lecz nic wię­cej się nie sta­ło.

– Kie­dy start? – spy­ta­łem i usły­sza­łem szmer, jak­by zia­ren­ka naj­drob­niej­sze­go pia­sku sy­pa­ły się na mem­bra­nę.

– Le­cisz już, Ke­lvin. Bądź zdrów! – od­po­wie­dział bli­ski głos Mod­dar­da. Za­nim w to uwie­rzy­łem, na wprost mo­jej twa­rzy roz­war­ła się sze­ro­ka szcze­li­na, przez któ­rą zo­ba­czy­łem gwiaz­dy. Na próż­no usi­ło­wa­łem od­szu­kać alfę Wod­ni­ka, ku któ­rej od­la­ty­wał Pro­me­te­usz. Nie­bo tych stron Ga­lak­ty­ki nic mi nie mó­wi­ło, nie zna­łem ani jed­nej kon­ste­la­cji, w wą­skim okien­ku trwał roz­iskrzo­ny kurz. Cze­ka­łem, kie­dy pierw­sza gwiaz­da za­fi­lu­je. Nie do­strze­głem tego. Za­czę­ły tyl­ko słab­nąć i zni­ka­ły, roz­pły­wa­jąc się w ru­dzie­ją­cym tle. Zro­zu­mia­łem, że je­stem już w wierzch­nich war­stwach at­mos­fe­ry. Sztyw­ny, otu­lo­ny pneu­ma­tycz­ny­mi po­dusz­ka­mi, mo­głem pa­trzeć tyl­ko przed sie­bie. Wciąż jesz­cze nie było ho­ry­zon­tu. Le­cia­łem i le­cia­łem, wca­le tego nie czu­jąc, tyl­ko po­wo­li, pod­stęp­nie cia­ło moje ob­le­wał żar. Na ze­wnątrz zbu­dził się ci­chy, prze­ni­kli­wy świer­got jak­by me­ta­lu po mo­krym szkle. Gdy­by nie cy­fry wy­ska­ku­ją­ce w otwo­rze wskaź­ni­ka, nie zda­wał­bym so­bie spra­wy z gwał­tow­no­ści upad­ku. Gwiazd już nie było. Prze­zier­nik wy­peł­nia­ła ruda ja­sność. Sły­sza­łem cięż­ki chód wła­sne­go tęt­na, twarz pa­li­ła, na kar­ku czu­łem zim­ny po­wiew kli­ma­ty­za­to­ra; ża­ło­wa­łem, że nie uda­ło mi się zo­ba­czyć Pro­me­te­usza – mu­siał być już poza za­się­giem wi­docz­no­ści, kie­dy au­to­ma­tycz­ne urzą­dze­nie otwar­ło prze­zier­nik.

Za­sob­nik za­dy­go­tał raz i dru­gi, za­wi­bro­wał nie­zno­śnie, drże­nie to prze­szło przez wszyst­kie po­wło­ki izo­la­cyj­ne, przez po­wietrz­ne po­dusz­ki i wtar­gnę­ło w głąb mego cia­ła – se­le­dy­no­wy kon­tur wskaź­ni­ka roz­ma­zał się. Pa­trza­łem na to bez stra­chu. Nie przy­le­cia­łem z tak da­le­ka, aby zgi­nąć u celu.

– Sta­cja So­la­ris – po­wie­dzia­łem. – Sta­cja So­la­ris, Sta­cja So­la­ris! Zrób­cie coś. Zda­je się, że tra­cę sta­bi­li­za­cję. Sta­cja So­la­ris, tu przy­bysz. Od­biór.

I zno­wu prze­ga­pi­łem waż­ny mo­ment uka­za­nia się pla­ne­ty. Roz­po­star­ła się ol­brzy­mia, pła­ska; z roz­mia­ru smug na jej po­wierzch­ni mo­głem się zo­rien­to­wać, że je­stem jesz­cze da­le­ko. A wła­ści­wie – wy­so­ko, bo mi­ną­łem już tę nie­po­chwyt­ną gra­ni­cę, u któ­rej od­le­głość od cia­ła nie­bie­skie­go sta­je się wy­so­ko­ścią. Spa­da­łem. Wciąż spa­da­łem. Czu­łem to te­raz, na­wet za­mknąw­szy oczy. Otwar­łem je na­tych­miast, bo chcia­łem jak naj­wię­cej wi­dzieć.

Wy­cze­ka­łem kil­ka­dzie­siąt se­kund ci­szy i po­no­wi­łem we­zwa­nia. I tym ra­zem nie otrzy­ma­łem od­po­wie­dzi. W słu­chaw­kach sal­wa­mi po­wta­rza­ły się trza­ski at­mos­fe­rycz­nych wy­ła­do­wań. Ich tłem był szum, tak głę­bo­ki i ni­ski, jak­by sta­no­wił głos sa­mej pla­ne­ty. Po­ma­rań­czo­we nie­bo w prze­zier­ni­ku za­szło biel­mem. Jego szkło ściem­nia­ło; od­ru­cho­wo skur­czy­łem się, na ile po­zwo­li­ły pneu­ma­tycz­ne ban­da­że, za­nim w na­stęp­nej se­kun­dzie po­ją­łem, że to chmu­ry. Jak zdmuch­nię­ta, ła­wi­ca ich ule­cia­ła w górę. Szy­bo­wa­łem da­lej raz w słoń­cu, raz w cie­niu, za­sob­nik ob­ra­cał się wzdłuż pio­no­wej osi i ol­brzy­mia, jak­by spuch­nię­ta, tar­cza sło­necz­na mia­ro­wo prze­pły­wa­ła przed moją twa­rzą, po­ja­wia­jąc się z le­wej i za­cho­dząc po pra­wej. Na­raz po­przez szum i trza­ski pro­sto w ucho za­czął ga­dać da­le­ki głos:

– Sta­cja So­la­ris do przy­by­sza, Sta­cja So­la­ris do przy­by­sza. Wszyst­ko w po­rząd­ku. Przy­bysz pod kon­tro­lą Sta­cji. Sta­cja So­la­ris do przy­by­sza, przy­go­to­wać się na lą­do­wa­nie w chwi­li zero, po­wta­rzam, przy­go­to­wać się do lą­do­wa­nia w chwi­li zero, uwa­ga, za­czy­nam. Dwie­ście pięć­dzie­siąt, dwie­ście czter­dzie­ści dzie­więć, dwie­ście czter­dzie­ści osiem…

Po­szcze­gól­ne sło­wa prze­dzie­lo­ne były ułam­ko­wy­mi miauk­nię­cia­mi świad­czą­cy­mi o tym, że nie mówi czło­wiek. To było co naj­mniej dziw­ne. Nor­mal­nie, kto żyw, bie­gnie na lot­ni­sko, kie­dy przy­by­wa ktoś nowy, i do tego jesz­cze pro­sto z Zie­mi. Nie mo­głem się jed­nak dłu­żej nad tym za­sta­na­wiać, bo ogrom­ny krąg, jaki za­ta­cza­ło wo­kół mnie słoń­ce, sta­nął dęba wraz z rów­ni­ną, ku któ­rej le­cia­łem; po tym prze­chy­le na­stą­pił dru­gi, w prze­ciw­ną stro­nę; ko­ły­sa­łem się jak cię­żar ol­brzy­mie­go wa­ha­dła i wal­cząc z za­wro­tem gło­wy, zo­ba­czy­łem na wsta­ją­cym jak ścia­na prze­stwo­rzu pla­ne­ty – prę­go­wa­nym brud­no­li­lio­wy­mi i czar­nia­wy­mi smu­ga­mi – drob­niut­ką sza­chow­ni­cę bia­łych i zie­lo­nych kro­pek – znak orien­ta­cyj­ny Sta­cji. Za­ra­zem z trza­skiem ode­rwa­ło się coś od wierz­chu za­sob­ni­ka – dłu­gi na­szyj­nik pier­ścien­ne­go spa­do­chro­nu, któ­ry za­fur­ko­tał gwał­tow­nie; w od­gło­sie tym było coś nie­wy­po­wie­dzia­nie ziem­skie­go – pierw­szy po tylu mie­sią­cach szum praw­dzi­we­go wia­tru.

Wszyst­ko za­czę­ło się dziać bar­dzo szyb­ko. Do­tąd wie­dzia­łem tyl­ko, że spa­dam. Te­raz to zo­ba­czy­łem. Bia­ło-zie­lo­na sza­chow­ni­ca ro­sła gwał­tow­nie, wie­dzia­łem już, że jest wy­ma­lo­wa­na na wy­dłu­żo­nym, wie­lo­ry­bim, sre­brzy­ście lśnią­cym kor­pu­sie, z wy­sta­ją­cy­mi po bo­kach igła­mi ra­da­ro­wych czuj­ni­ków, ze szpa­le­ra­mi ciem­niej­szych otwo­rów okien­nych, że ten me­ta­lo­wy ko­los nie spo­czy­wa na po­wierzch­ni pla­ne­ty, lecz wisi nad nią, cią­gnąc po atra­men­to­wo­czar­nym tle swój cień, elip­tycz­ną pla­mę ciem­no­ści jesz­cze głęb­szej. Rów­no­cze­śnie do­strze­głem na­bie­głe fio­le­tem bruz­dy oce­anu, któ­re ujaw­ni­ły sła­by ruch, na­raz chmu­ry ode­szły wy­so­ko, ob­ję­te na obrze­żach ośle­pia­ją­cym szkar­ła­tem, nie­bo mię­dzy nimi sta­nę­ło da­le­kie i pła­skie, bu­ro­po­ma­rań­czo­we i wszyst­ko się roz­ma­za­ło: wpa­dłem w kor­ko­ciąg. Nim zdą­ży­łem się ode­zwać, krót­kie ude­rze­nie przy­wró­ci­ło za­sob­ni­ko­wi pio­no­wą po­zy­cję, w prze­zier­ni­ku roz­iskrzył się rtę­cio­wym świa­tłem sfa­lo­wa­ny aż po dym­ny ho­ry­zont oce­an; war­czą­ce liny i pier­ście­nie spa­do­chro­nu od­cze­pi­ły się na­gle i po­le­cia­ły nad fa­la­mi, nie­sio­ne wia­trem, a za­sob­nik za­huś­tał się mięk­ko, owym szcze­gól­nym, zwol­nio­nym ru­chem, jak zwy­kle w sztucz­nym si­ło­wym polu, i ob­su­nął się w dół. Ostat­nią rze­czą, jaką zdą­ży­łem zo­ba­czyć, były kra­to­we ka­ta­pul­ty lot­ni­cze i dwa wzno­szą­ce się chy­ba na kil­ka pię­ter lu­stra ażu­ro­wych ra­dio­te­le­sko­pów. Coś unie­ru­cho­mi­ło za­sob­nik z prze­raź­li­wym dźwię­kiem sta­li ude­rza­ją­cej sprę­ży­ście o stal, coś ode­mknę­ło się pode mną i z prze­cią­głym, sa­pli­wym wes­tchnie­niem me­ta­lo­wa łu­pi­na, w któ­rej tkwi­łem wy­pro­sto­wa­ny, za­koń­czy­ła swo­ją stu­osiem­dzie­się­cio­ki­lo­me­tro­wą po­dróż.

– Sta­cja So­la­ris. Zero i Zero. Lą­do­wa­nie skoń­czo­ne. Ko­niec – usły­sza­łem mar­twy głos kon­tro­l­ne­go urzą­dze­nia. Obie­ma rę­ka­mi (czu­łem nie­wy­raź­ny ucisk na pier­si, a wnętrz­no­ści sta­ły się wy­czu­wal­ne jako nie­mi­ły cię­żar) ują­łem rę­ko­je­ści na wprost bar­ków i roz­łą­czy­łem kon­tak­ty. Za­ja­śniał zie­lo­ny na­pis ZIE­MIA i ścia­na za­sob­ni­ka się otwar­ła; pneu­ma­tycz­ne łoże pchnę­ło mnie lek­ko w ple­cy, tak że mu­sia­łem, aby nie upaść, zro­bić krok na­przód.

Z ci­chym sy­kiem po­dob­nym do zre­zy­gno­wa­ne­go wes­tchnie­nia po­wie­trze opu­ści­ło zwoj­ni­ce ska­fan­dra. By­łem wol­ny.

Sta­łem pod wy­so­kim jak nawa, sre­brzy­stym le­jem. Po ścia­nach scho­dzi­ły pęki ko­lo­ro­wych rur, zni­ka­jąc w okrą­głych stu­dzien­kach. Od­wró­ci­łem się. Wen­ty­la­cyj­ne szy­by hu­cza­ły, wcią­ga­jąc reszt­ki tru­ją­cej at­mos­fe­ry pla­ne­tar­nej, któ­re wtar­gnę­ły tu pod­czas lą­do­wa­nia. Pu­ste jak roz­pę­kły ko­kon cy­ga­ro za­sob­ni­ka sta­ło na wpusz­czo­nej w sta­lo­we wznie­sie­nie cza­szy. Jego ze­wnętrz­ne bla­chy osma­li­ły się na brud­no­brą­zo­wy ko­lor. Ze­sze­dłem po ma­łej po­chyl­ni. Da­lej na me­tal na­spa­wa­no war­stwę chro­pa­we­go pla­sty­ku. Wy­tar­ła się do go­łej sta­li w miej­scach, wzdłuż któ­rych to­czy­ły się zwy­kle wóz­ko­we pod­no­śni­ki ra­kiet. Na­raz sprę­żar­ki wen­ty­la­to­rów za­mil­kły i na­sta­ła zu­peł­na ci­sza. Ro­zej­rza­łem się tro­chę bez­rad­nie, ocze­ki­wa­łem po­ja­wie­nia się ja­kie­goś czło­wie­ka, ale wciąż nikt nie nad­cho­dził. Tyl­ko neo­no­wa strza­ła po­ka­zy­wa­ła, pło­nąc, su­ną­cy bez­gło­śnie ta­śmo­wy prze­no­śnik. Wsze­dłem na jego płasz­czy­znę. Strop hali pięk­ną pa­ra­bo­licz­ną li­nią spły­wał w dół, prze­cho­dząc w rurę ko­ry­ta­rza. W jego wnę­kach wzno­si­ły się sto­sy bu­tli na sprę­żo­ne gazy, po­jem­ni­ków, pier­ścien­nych spa­do­chro­nów, skrzyń, wszyst­ko zwa­lo­ne w nie­ła­dzie, byle jak. To tak­że mnie za­sta­no­wi­ło. Prze­no­śnik koń­czył się u okrą­głe­go roz­sze­rze­nia ko­ry­ta­rza. Pa­no­wał tu jesz­cze więk­szy nie­po­rzą­dek. Pod zwa­łem bla­sza­nych ba­niek roz­cie­kła się ka­łu­ża ole­iste­go pły­nu. Nie­mi­ła, sil­na woń wy­peł­nia­ła po­wie­trze. W róż­ne stro­ny szły śla­dy bu­tów wy­raź­nie od­ci­śnię­te w owej lep­kiej cie­czy. Po­mię­dzy bla­szan­ka­mi, jak gdy­by wy­mie­cio­ne z ka­bin, wa­la­ły się zwo­je bia­łych taśm te­le­gra­ficz­nych, po­szar­pa­ne pa­pie­ry i śmie­ci. I zno­wu za­ja­śniał zie­lo­ny wskaź­nik, kie­ru­jąc mnie ku środ­ko­wym drzwiom. Za nimi biegł ko­ry­tarz tak wą­ski, że dwu lu­dzi le­d­wo by się w nim mi­nę­ło. Oświe­tle­nie da­wa­ły gór­ne okna, wy­ce­lo­wa­ne w nie­bo, o so­czew­ko­wa­tych szkłach. Jesz­cze jed­ne drzwi, po­ma­lo­wa­ne w bia­ło-zie­lo­ną sza­chow­ni­cę. Były uchy­lo­ne. Wsze­dłem do środ­ka. Na poły ku­li­sta ka­bi­na mia­ła jed­no wiel­kie pa­no­ra­micz­ne okno; pło­nę­ło w nim za­wle­czo­ne mgłą nie­bo. W dole prze­su­wa­ły się bez­gło­śnie czar­nia­we pa­gó­ry fal. W ścia­nach peł­no było po­otwie­ra­nych sza­fek. Wy­peł­nia­ły je in­stru­men­ty, książ­ki, szklan­ki z za­schłym osa­dem, za­ku­rzo­ne ter­mo­sy. Na brud­nej pod­ło­dze sta­ło pięć czy sześć me­cha­nicz­nych kro­czą­cych sto­li­ków, mię­dzy nimi kil­ka fo­te­li, okla­płych, bo wy­pusz­czo­no z nich po­wie­trze. Tyl­ko je­den był wy­dę­ty, z opar­ciem od­chy­lo­nym w tył. Sie­dział w nim mały, chu­der­la­wy czło­wiek z twa­rzą spa­lo­ną słoń­cem. Skó­ra zła­zi­ła mu ca­ły­mi pła­ta­mi z nosa i ko­ści po­licz­ko­wych. Zna­łem go. To był Snaut, za­stęp­ca Gi­ba­ria­na, cy­ber­ne­tyk. W swo­im cza­sie za­mie­ścił kil­ka wca­le ory­gi­nal­nych ar­ty­ku­łów w al­ma­na­chu so­la­ry­stycz­nym. Ni­g­dy go jesz­cze nie wi­dzia­łem. Miał na so­bie siat­ko­wą ko­szu­lę, przez któ­rej oczka wy­su­wa­ły się po­je­dyn­cze siwe wło­sy pła­skiej pier­si, i on­giś bia­łe, po­pla­mio­ne na ko­la­nach i spa­lo­ne od­czyn­ni­ka mi płó­cien­ne spodnie z licz­ny­mi kie­sze­nia­mi jak u mon­te­ra. W ręku trzy­mał pla­sty­ko­wą grusz­kę, taką, z ja­kich pije się na stat­kach po­zba­wio­nych sztucz­nej gra­wi­ta­cji. Pa­trzał na mnie jak­by po­ra­żo­ny ośle­pia­ją­cym świa­tłem. Z roz­luź­nio­nych pal­ców wy­pa­dła mu grusz­ka i pod­sko­czy­ła kil­ka razy jak ba­lo­nik. Wy­la­ło się z niej tro­chę prze­zro­czy­ste­go pły­nu. Po­wo­li cała krew od­pły­nę­ła mu z twa­rzy. By­łem zbyt za­sko­czo­ny, żeby się ode­zwać, i ta mil­czą­ca sce­na trwa­ła, aż jego strach udzie­lił mi się w ja­kiś nie­po­ję­ty spo­sób. Zro­bi­łem krok. Skur­czył się w fo­te­lu.

– Snaut… – szep­ną­łem. Drgnął, jak ude­rzo­ny. Pa­trząc na mnie z nie­opi­sa­ną od­ra­zą, wy­chry­piał:

– Nie znam cię, nie znam cię, cze­go chcesz…?

Roz­la­ny płyn szyb­ko pa­ro­wał. Po­czu­łem woń al­ko­ho­lu. Pił? Był pi­ja­ny? Ale cze­mu tak się bał? Sta­łem wciąż na środ­ku ka­bi­ny. Mia­łem mięk­kie ko­la­na, a uszy jak za­tka­ne watą. Ucisk pod­ło­gi pod sto­pa­mi przyj­mo­wa­łem jako coś nie­zu­peł­nie jesz­cze pew­ne­go. Za wy­gię­tą szy­bą okna mia­ro­wo po­ru­szał się oce­an. Snaut nie spusz­czał ze mnie prze­krwio­nych oczu. Strach ustę­po­wał z jego twa­rzy, ale nie zni­ka­ło z niej nie­wy­mow­ne obrzy­dze­nie.

– Co ci jest…? – spy­ta­łem pół­gło­sem. – Cho­ry je­steś?

– Trosz­czysz się… – po­wie­dział głu­cho. – Aha. Bę­dziesz się trosz­czył, co? Ale dla­cze­go o mnie? Nie znam cię.

– Gdzie jest Gi­ba­rian? – spy­ta­łem. Na se­kun­dę stra­cił dech, jego oczy zno­wu sta­ły się szkli­ste, coś się w nich za­pa­li­ło i zga­sło.

– Gi… giba – wy­ją­kał – nie! nie!!!

Za­trząsł się od bez­gło­śne­go, idio­tycz­ne­go chi­cho­tu, któ­ry na­gle ucichł.

– Przy­sze­dłeś do Gi­ba­ria­na…? – po­wie­dział pra­wie spo­koj­nie. – Do Gi­ba­ria­na? Co chcesz z nim zro­bić?

Pa­trzał na mnie, jak gdy­bym prze­stał na­raz być dla nie­go groź­ny; w jego sło­wach, a jesz­cze bar­dziej w ich to­nie, było coś nie­na­wist­nie obe­lży­we­go.

– Co ty mó­wisz… – wy­beł­ko­ta­łem ogłu­szo­ny. – Gdzie on jest?

Osłu­piał.

– Nie wiesz…?

Jest pi­ja­ny – po­my­śla­łem. Pi­ja­ny do nie­przy­tom­no­ści. Ogar­niał mnie ro­sną­cy gniew. Wła­ści­wie po­wi­nie­nem był wyjść, ale moja cier­pli­wość pry­sła.

– Oprzy­tom­nij! – huk­ną­łem. – Skąd mogę wie­dzieć, gdzie jest, je­że­li przy­le­cia­łem przed chwi­lą! Co się z tobą dzie­je, Snaut!!!

Szczę­ka mu opa­dła. Zno­wu stra­cił na chwi­lę od­dech, ale ja­koś ina­czej, na­gły błysk po­ja­wił się w jego oczach. Trzę­są­cy­mi się rę­ka­mi chwy­cił po­rę­cze fo­te­la i wstał z tru­dem, aż za­trzesz­cza­ły mu sta­wy.

– Co? – po­wie­dział pra­wie wy­trzeź­wia­ły. – Przy­le­cia­łeś? Skąd przy­le­cia­łeś?

– Z Zie­mi – od­par­łem wście­kły. – Sły­sza­łeś może o niej? Wy­glą­da na to, że nie!

– Z Zie… wiel­kie nie­ba… to ty je­steś – Ke­lvin?!

– Tak. Cze­go tak pa­trzysz? Co w tym dziw­ne­go?

– Nic – po­wie­dział, mru­ga­jąc szyb­ko po­wie­ka­mi. – Nic.

Po­tarł czo­ło.

– Ke­lvin, prze­pra­szam, to nic, wiesz, po pro­stu za­sko­cze­nie. Nie spo­dzie­wa­łem się.

– Jak to nie spo­dzie­wa­łeś się? Prze­cież do­sta­li­ście wia­do­mość przed mie­sią­ca­mi, a Mod­dard te­le­gra­fo­wał jesz­cze dziś z po­kła­du Pro­me­te­usza…

– Tak. Tak… za­pew­ne, tyl­ko wi­dzisz, pa­nu­je tu pe­wien… roz­gar­diasz.

– Ow­szem – od­par­łem su­cho. – Trud­no tego nie wi­dzieć.

Snaut ob­szedł mnie do­ko­ła, jak­by spraw­dzał wy­gląd mego ska­fan­dra, naj­zwy­klej­sze­go w świe­cie, z uprzę­żą prze­wo­dów i ka­bli na pier­si. Za­kasz­lał kil­ka razy. Do­tknął ko­ści­ste­go nosa.

– Chcesz może wziąć ką­piel…? To ci do­brze zro­bi – błę­kit­ne drzwi po prze­ciw­nej stro­nie.

– Dzię­ku­ję. Znam roz­kład Sta­cji.

– Może je­steś głod­ny…?

– Nie. Gdzie Gi­ba­rian?

Pod­szedł do okna, jak­by nie usły­szał mego py­ta­nia. Od­wró­co­ny ple­ca­mi, wy­glą­dał znacz­nie sta­rzej. Krót­ko ostrzy­żo­ne wło­sy były siwe, kark, spa­lo­ny słoń­cem, zna­czy­ły zmarszcz­ki głę­bo­kie jak cię­cia. Za oknem po­ły­ski­wa­ły grzbie­ty fal wzno­szą­cych się i opa­da­ją­cych tak po­wo­li, jak­by oce­an krzepł. Pa­trząc tam, od­no­si­ło się wra­że­nie, że Sta­cja prze­su­wa się nie­znacz­nie bo­kiem, jak­by ze­śli­zgu­jąc się z nie­wi­dzial­nej pod­sta­wy. Po­tem wra­ca­ła do rów­no­wa­gi i tak samo le­ni­wym prze­chy­łem szła w dru­gą stro­nę. Ale to było chy­ba złu­dze­nie. Pła­ty ślu­zo­wej pia­ny o bar­wie ko­ści zbie­ra­ły się w ko­tli­nach mię­dzy fa­la­mi. Przez mgnie­nie czu­łem w doł­ku mdlą­cy ucisk. Oschły ład po­kła­dów Pro­me­te­usza wy­dał mi się czymś cen­nym, bez­pow­rot­nie utra­co­nym.

– Słu­chaj… – ode­zwał się nie­spo­dzie­wa­nie Snaut – chwi­lo­wo tyl­ko ja… – Od­wró­cił się. Za­tarł ner­wo­wo ręce. – Bę­dziesz się mu­siał za­do­wo­lić moim to­wa­rzy­stwem. Na ra­zie. Mów mi Szczur. Znasz mnie tyl­ko z fo­to­gra­fii, ale to nic, tak wszy­scy mó­wią. Oba­wiam się, że na to nie ma rady. Kie­dy się zresz­tą mia­ło ro­dzi­ców o tak ko­smicz­nych aspi­ra­cjach jak ja, do­pie­ro Szczur za­czy­na brzmieć jako tako…

– Gdzie jest Gi­ba­rian? – spy­ta­łem upar­cie jesz­cze raz. Za­mru­gał.

– Przy­kro mi, że cię tak przy­ją­łem. To… nie tyl­ko moja wina. Za­po­mnia­łem zu­peł­nie, tu się wie­le dzia­ło, wiesz…

– Ach, w po­rząd­ku – od­par­łem. – Zo­staw­my to. Więc co z Gi­ba­ria­nem? Nie ma go na Sta­cji? Po­le­ciał gdzieś?

– Nie – od­parł. Pa­trzał w kąt za­sta­wio­ny szpu­la­mi ka­bla. – Ni­g­dzie nie po­le­ciał. I nie po­le­ci. Przez to wła­śnie… mię­dzy in­ny­mi…

– Co? – spy­ta­łem. Wciąż mia­łem za­tka­ne uszy i zda­wa­ło mi się, że go­rzej sły­szę. – Co to ma zna­czyć? Gdzie on jest?

– Prze­cież już wiesz – po­wie­dział cał­kiem in­nym to­nem. Pa­trzał mi w oczy zim­no, aż prze­szły mnie ciar­ki. Może i był pi­ja­ny, ale wie­dział, co mówi.

– Nie sta­ło się…?

– Sta­ło się.

– Wy­pa­dek?

Kiw­nął gło­wą. Nie tyl­ko przy­ta­ki­wał, apro­bo­wał za­ra­zem moją re­ak­cję.

– Kie­dy?

– Dziś o świ­cie.

Dziw­na rzecz, nie od­czu­łem wstrzą­su. Cała ta krót­ka wy­mia­na mo­no­sy­la­bo­wych py­tań i od­po­wie­dzi uspo­ko­iła mnie ra­czej swo­ją rze­czo­wo­ścią. Wy­da­ło mi się, że poj­mu­ję już jego nie­zro­zu­mia­łe po­przed­nio za­cho­wa­nie.

– W jaki spo­sób?

– Prze­bierz się, upo­rząd­kuj rze­czy i wróć tu… za… po­wiedz­my, za go­dzi­nę.

Wa­ha­łem się chwi­lę.

– Do­brze.

– Cze­kaj – po­wie­dział, kie­dy zwra­ca­łem się ku drzwiom. Pa­trzał na mnie w szcze­gól­ny spo­sób. Wi­dzia­łem, że to, co chce po­wie­dzieć, nie prze­cho­dzi mu przez usta.

– Było nas trzech i te­raz, z tobą, zno­wu jest trzech. Znasz Sar­to­riu­sa?

– Jak cie­bie, z fo­to­gra­fii.

– Jest w la­bo­ra­to­rium na gó­rze i nie przy­pusz­czam, żeby wy­szedł stam­tąd przed nocą, ale… w każ­dym ra­zie roz­po­znasz go. Gdy­byś zo­ba­czył ko­goś in­ne­go, ro­zu­miesz, nie mnie ani Sar­to­riu­sa, ro­zu­miesz, to…

– To co?

Nie wie­dzia­łem, czy śnię. Na tle czar­nych fal po­ły­sku­ją­cych krwa­wo w ni­skim słoń­cu usiadł w fo­te­lu z opusz­czo­ną gło­wą jak przed­tem i pa­trzał w bok, na szpu­le zwi­nię­te­go ka­bla.

– To… nie rób nic.

– Kogo mogę zo­ba­czyć? Du­cha?! – wy­buch­ną­łem.

– Ro­zu­miem. My­ślisz, że zwa­rio­wa­łem. Nie. Nie zwa­rio­wa­łem. Nie po­tra­fię ci tego po­wie­dzieć ina­czej… na ra­zie. Zresz­tą może… nic się nie sta­nie. W każ­dym ra­zie pa­mię­taj. Ostrze­głem cię.

– Przed czym!? O czym ty mó­wisz?

– Pa­nuj nad sobą – mó­wił upar­cie swo­je. – Za­cho­wuj się, jak­by… bądź przy­go­to­wa­ny na wszyst­ko. To nie­moż­li­we, wiem. Mimo to spró­buj. To je­dy­na rada. In­nej nie znam.

– Ale CO zo­ba­czę!!! – krzyk­ną­łem pra­wie. Le­d­wo po­wstrzy­ma­łem się od po­rwa­nia go za ra­mio­na i po­rząd­ne­go wstrzą­śnię­cia, kie­dy tak sie­dział wpa­trzo­ny w kąt z umę­czo­ną, spa­lo­ną słoń­cem twa­rzą i z wi­docz­nym wy­sił­kiem wy­du­szał z sie­bie po­je­dyn­cze sło­wa.

– Nie wiem. W pew­nym sen­sie to za­le­ży od cie­bie.

– Ha­lu­cy­na­cje?

– Nie. To jest – re­al­ne. Nie… ata­kuj. Pa­mię­taj.

– Co ty mó­wisz?! – ode­zwa­łem się nie­swo­im gło­sem.

– Nie je­ste­śmy na Zie­mi.

– Po­ly­the­ria? Ależ one nie są w ogó­le po­dob­ne do lu­dzi! – za­wo­ła­łem. Nie wie­dzia­łem, co ro­bić, żeby go wy­trą­cić z tego za­pa­trze­nia, z któ­re­go zda­wał się wy­czy­ty­wać mro­żą­cy krew w ży­łach bez­sens.

– Dla­te­go wła­śnie to ta­kie strasz­ne – po­wie­dział ci­cho. – Pa­mię­taj: miej się na bacz­no­ści!

– Co się sta­ło z Gi­ba­ria­nem?

Nie od­po­wie­dział.

– Co robi Sar­to­rius?

– Przyjdź za go­dzi­nę.

Od­wró­ci­łem się i wy­sze­dłem. Otwie­ra­jąc drzwi, po­pa­trza­łem na nie­go raz jesz­cze. Sie­dział z twa­rzą w rę­kach, mały, skur­czo­ny, w po­pla­mio­nych spodniach. Za­uwa­ży­łem do­pie­ro te­raz, że na kost­kach obu rąk ma za­pie­kłą krew.

SOLARYŚCI

Ru­ro­wy ko­ry­tarz był pu­sty. Sta­łem chwi­lę przed za­mknię­ty­mi drzwia­mi, na­słu­chu­jąc. Ścia­ny mu­sia­ły być cien­kie, z ze­wnątrz do­cho­dzi­ło za­wo­dze­nie wia­tru. Na pły­cie drzwi wid­niał przy­le­pio­ny tro­chę sko­sem, nie­dba­le, pro­sto­kąt­ny ka­wa­łek pla­stra z ołów­ko­wym na­pi­sem: „Czło­wiek”. Pa­trza­łem na to na­gry­zmo­lo­ne nie­wy­raź­nie sło­wo. Przez chwi­lę chcia­łem wró­cić do Snau­ta, ale zro­zu­mia­łem, że to nie­moż­li­we.

Obłęd­ne ostrze­że­nie brzmia­ło mi jesz­cze w uszach. Po­ru­szy­łem się i ra­mio­na zgiął nie­zno­śny cię­żar ska­fan­dra. Ci­cho, jak­bym się krył bez­wied­nie przed nie­wi­dzial­nym ob­ser­wa­to­rem, wró­ci­łem do okrą­głe­go po­miesz­cze­nia o pię­ciu drzwiach. Znaj­do­wa­ły się na nich ta­blicz­ki: Dr Gi­ba­rian, Dr Snaut., Dr Sar­to­rius. Na czwar­tych nie było żad­nej. Za­wa­ha­łem się, po­tem na­ci­sną­łem lek­ko klam­kę i otwo­rzy­łem je po­wo­li. Gdy się od­chy­la­ły, do­zna­łem gra­ni­czą­ce­go z pew­no­ścią uczu­cia, że tam ktoś jest. Wsze­dłem do środ­ka.

Nie było ni­ko­go. Ta­kie samo, tyl­ko mniej­sze wy­pu­kłe okno wy­ce­lo­wa­ne w oce­an, któ­ry tu­taj – pod słoń­ce – lśnił tłu­sto, jak­by z fal spły­wa­ła za­czer­wie­nio­na oli­wa. Szkar­łat­ny od­blask wy­peł­niał cały po­kój po­dob­ny do okrę­to­wej ka­bi­ny. Z jed­nej stro­ny sta­ły pół­ki z książ­ka­mi, mię­dzy nimi, przy­tro­czo­ne pio­no­wo do ścia­ny, na kar­da­nach umo­co­wa­ne łóż­ko, z dru­giej peł­no było sza­fek, wi­sia­ły mię­dzy nimi na ni­klo­wych ram­kach po­skle­ja­ne pa­sa­mi lot­ni­cze zdję­cia, w me­ta­lo­wych uchwy­tach kol­by i pro­bów­ki po­za­ty­ka­ne watą, pod oknem w dwa rzę­dy usta­wio­no ema­lio­wa­ne bia­ło pu­dła, że le­d­wo moż­na było mię­dzy nimi przejść. Po­kry­wy nie­któ­rych były od­chy­lo­ne – wy­peł­nia­ło je mnó­stwo na­rzę­dzi, pla­sty­ko­wych węży, w obu ką­tach znaj­do­wa­ły się kra­ny, wy­ciąg dy­mo­wy, za­mra­żal­ni­ki, mi­kro­skop stał na pod­ło­dze, nie było już dla nie­go miej­sca na du­żym sto­le obok okna. Kie­dy się od­wró­ci­łem, tuż przy drzwiach wej­ścio­wych zo­ba­czy­łem się­ga­ją­cą stro­pu, nie­do­mknię­tą sza­fę peł­ną kom­bi­ne­zo­nów, ro­bo­czych i ochron­nych far­tu­chów, na pół­kach – bie­li­znę, mię­dzy cho­le­wa­mi prze­ciw­pro­mien­nych bu­tów po­ły­ski­wa­ły alu­mi­nio­we bu­tel­ki do prze­no­śnych apa­ra­tów tle­no­wych. Dwa apa­ra­ty wraz z ma­ska­mi zwi­sa­ły za­cze­pio­ne o po­ręcz unie­sio­ne­go łóż­ka. Wszę­dzie pa­no­wał taki sam, z grub­sza tyl­ko, jak­by w po­śpie­chu, byle jak upo­rząd­ko­wa­ny cha­os. Wcią­gną­łem ba­daw­czo po­wie­trze, wy­czu­łem sła­bą woń od­czyn­ni­ków che­micz­nych i ślad ostre­go za­pa­chu – czyż­by to był chlor? Od­ru­cho­wo po­szu­ka­łem ocza­mi krat­ko­wa­nych wy­lo­tów wen­ty­la­cyj­nych w pod­su­fi­to­wych ką­tach. Przy­le­pio­ne do ich ra­mek pa­ski pa­pie­ru wa­chlo­wa­ły ła­god­nie na znak, że sprę­żar­ki dzia­ła­ją, utrzy­mu­jąc nor­mal­ny obieg po­wie­trza. Prze­nio­słem książ­ki, apa­ra­ty i na­rzę­dzia z dwu krze­seł w kąty, po­upy­cha­łem je, jak się dało, aż wo­kół łóż­ka mię­dzy sza­fą a pół­ka­mi po­wsta­ła względ­nie pu­sta prze­strzeń. Przy­cią­gną­łem sto­jak, żeby po­wie­sić na nim ska­fan­der, wzią­łem w pal­ce uchwy­ty zam­ków bły­ska­wicz­nych, ale za­raz je pu­ści­łem. Nie mo­głem się ja­koś zde­cy­do­wać na zrzu­ce­nie ska­fan­dra, jak­bym miał się przez to stać bez­bron­ny. Raz jesz­cze ogar­ną­łem wzro­kiem cały po­kój, spraw­dzi­łem, czy drzwi są do­brze za­trza­śnię­te, a że nie było w nich zam­ka, po krót­kim wa­ha­niu po­pchną­łem ku nim dwa naj­cięż­sze pu­dła. Za­ba­ry­ka­do­waw­szy się tak pro­wi­zo­rycz­nie, trze­ma szarp­nię­cia­mi wy­swo­bo­dzi­łem się z mo­jej cięż­kiej, po­skrzy­pu­ją­cej po­wło­ki. Wą­skie lu­stro na we­wnętrz­nej po­wierzch­ni sza­fy od­bi­ja­ło część po­ko­ju. Ką­tem oka po­chwy­ci­łem tam ja­kiś ruch, po­de­rwa­łem się, ale to było moje wła­sne od­bi­cie. Try­kot pod ska­fan­drem był prze­po­co­ny. Zrzu­ci­łem go i pchną­łem sza­fę. Od­su­nę­ła się, we wnę­ce za nią za­lśni­ły ścia­ny mi­nia­tu­ro­wej ła­zien­ki. Na pod­ło­dze pod tu­szem spo­czy­wa­ła spo­ra, pła­ska ka­se­ta. Wy­nio­słem ją nie bez tru­du do po­ko­ju. Kie­dy sta­wia­łem ją na pod­ło­dze, wie­ko od­sko­czy­ło jak na sprę­ży­nie i zo­ba­czy­łem prze­gród­ki wy­peł­nio­ne dzi­wacz­ny­mi eks­po­na­ta­mi: peł­no ska­ry­ka­tu­ro­wa­nych czy na­szki­co­wa­nych z grub­sza w ciem­nym me­ta­lu na­rzę­dzi, po czę­ści ana­lo­gicz­nych do tych, któ­re le­ża­ły w szaf­kach. Wszyst­kie były nie do użyt­ku, nie­do­kształ­co­ne, za­okrą­glo­ne, nad­to­pio­ne, jak­by wy­nie­sio­ne z po­ża­ru. Naj­dziw­niej­sze, że taki sam kształt znisz­cze­nia no­si­ły na­wet ce­ra­mi­to­we, więc prak­tycz­nie nie­to­pli­we, rę­ko­je­ści. W żad­nym pie­cu la­bo­ra­to­ryj­nym nie­po­dob­na by osią­gnąć tem­pe­ra­tu­ry ich pła­wie­nia – chy­ba we­wnątrz sto­su ato­mo­we­go. Z kie­sze­ni mego roz­wie­szo­ne­go ska­fan­dra wy­do­by­łem mały wskaź­nik pro­mie­ni­sty, ale czar­ny pysz­czek mil­czał, kie­dy zbli­ży­łem go do szcząt­ków.

Mia­łem na so­bie tyl­ko sli­py i siat­ko­wą ko­szul­kę. Jed­no i dru­gie rzu­ci­łem na pod­ło­gę jak szma­ty i nagi sko­czy­łem pod tusz. Ude­rze­nie wody od­czu­łem jak ulgę. Wi­łem się pod ule­wą twar­dych, go­rą­cych stru­mie­ni, ma­so­wa­łem cia­ło, par­ska­łem, wszyst­ko ja­koś prze­sad­nie, jak­bym wy­trzą­sał, wy­rzu­cał z sie­bie całą tę męt­ną, za­ra­ża­ją­cą po­dej­rze­nia­mi nie­pew­ność, któ­ra prze­peł­nia­ła Sta­cję.

Wy­szu­ka­łem w sza­fie lek­ki strój tre­nin­go­wy, któ­ry moż­na tak­że no­sić pod ska­fan­drem, prze­ło­ży­łem do kie­sze­ni cały mój ską­py do­by­tek; po­mię­dzy kart­ka­mi no­tat­ni­ka wy­czu­łem coś twar­de­go, był to, nie wia­do­mo jak za­wie­ru­szo­ny tam, klucz od mego ziem­skie­go miesz­ka­nia, któ­ry ob­ra­ca­łem chwi­lę w pal­cach, nie wie­dząc, co z nim po­cząć. W koń­cu po­ło­ży­łem go na sto­le. Przy­szło mi na myśl, że być może będę po­trze­bo­wał ja­kiejś bro­ni. Na pew­no nie był nią uni­wer­sal­ny scy­zo­ryk, ale nie mia­łem nic in­ne­go, a nie znaj­do­wa­łem się jesz­cze w ta­kim sta­nie du­cha, żeby roz­po­cząć po­szu­ki­wa­nia ja­kie­goś mio­ta­cza pro­mie­ni lub cze­goś w tym ro­dza­ju. Usia­dłem na me­ta­lo­wym krze­seł­ku po­środ­ku pu­stej prze­strze­ni, z dala od wszyst­kich rze­czy. Chcia­łem być sam. Z za­do­wo­le­niem stwier­dzi­łem, że mam jesz­cze po­nad pół go­dzi­ny cza­su; trud­no, skru­pu­lat­ność w prze­strze­ga­niu wszel­kich, wszyst­ko jed­no – waż­nych czy nie­istot­nych – zo­bo­wią­zań jest moją na­tu­rą. Wska­zów­ki na dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzin­nej tar­czy ze­ga­ra sta­ły na siód­mej. Słoń­ce za­cho­dzi­ło. Siód­ma cza­su miej­sco­we­go to była dwu­dzie­sta po­kła­dów Pro­me­te­usza. So­la­ris mu­sia­ła już zma­leć na ekra­nach Mod­dar­da do roz­mia­rów iskry i nie od­róż­nia­ła się ni­czym od gwiazd. Cóż mógł mnie jed­nak ob­cho­dzić Pro­me­te­usz? Za­mkną­łem oczy. Pa­no­wa­ła zu­peł­na ci­sza, je­śli nie li­czyć roz­le­ga­ją­ce­go się w re­gu­lar­nych od­stę­pach cza­su miau­ka­nia rur. Woda cy­ka­ła ci­cho w ła­zien­ce, ka­piąc na por­ce­la­nę.

Gi­ba­rian nie żył. Je­śli do­brze zro­zu­mia­łem, co mó­wił Snaut, to od jego śmier­ci mi­nę­ło le­d­wo kil­ka­na­ście go­dzin. Co zro­bi­li z cia­łem? Czy po­cho­wa­li je? Praw­da, na tej pla­ne­cie nie moż­na było tego zro­bić. Za­sta­na­wia­łem się nad tym rze­czo­wo przez dłuż­szą chwi­lę, jak­by los mar­twe­go był naj­waż­niej­szy, aż uświa­do­miw­szy so­bie non­sen­sow­ność tych roz­my­ślań, wsta­łem i za­czą­łem cho­dzić po prze­kąt­nej po­ko­ju, trą­ca­jąc koń­cem sto­py bez­ład­nie roz­rzu­co­ne książ­ki, ja­kąś małą, pu­stą tor­bę po­lo­wą; po­chy­li­łem się i pod­nio­słem ją. Nie była pu­sta. Za­wie­ra­ła flasz­kę z ciem­ne­go szkła, tak lek­ką, jak­by była wy­dmu­cha­na z pa­pie­ru. Po­pa­trzy­łem przez nią w okno, w po­nu­ro czer­wie­nie­ją­ce, za­dy­mio­ne brud­ny­mi mgła­mi ostat­nie świa­tło za­cho­du. Co się ze mną dzia­ło? Dla­cze­go zaj­mo­wa­łem się byle bzdu­rą, byle wpa­da­ją­cym w rękę nie­waż­nym dro­bia­zgiem?

Drgną­łem, bo za­pa­li­ło się świa­tło. Oczy­wi­ście, fo­to­ko­mór­ka wraż­li­wa na za­pa­da­ją­cy zmierzch. Pe­łen by­łem ocze­ki­wa­nia, na­pię­cie na­ra­sta­ło do tego stop­nia, że w koń­cu nie chcia­łem mieć za sobą pu­stej prze­strze­ni. Po­sta­no­wi­łem z tym wal­czyć. Przy­su­ną­łem krze­sło do pó­łek. Wy­cią­gną­łem aż nad­to do­brze mi zna­ny dru­gi tom sta­rej mo­no­gra­fii Hu­ghe­sa i Eu­gla Hi­sto­ria So­la­ris i za­czą­łem go wer­to­wać, wsparł­szy gru­by, sztyw­ny grzbiet na ko­la­nie.

Od­kry­cie So­la­ris na­stą­pi­ło nie­mal na sto lat przed moim uro­dze­niem. Pla­ne­ta krą­ży wo­kół dwu słońc – czer­wo­ne­go i nie­bie­skie­go. Przez czter­dzie­ści lat z górą nie zbli­żył się do niej ża­den sta­tek. W owych cza­sach teo­ria Ga­mo­wa-Sha­pleya o nie­moż­li­wo­ści po­wsta­nia ży­cia na pla­ne­tach gwiazd po­dwój­nych ucho­dzi­ła za pew­nik. Or­bi­ty ta­kich pla­net bez­u­stan­nie zmie­nia­ją się wsku­tek gra­wi­ta­cyj­nej gry za­cho­dzą­cej pod­czas wza­jem­ne­go okrą­ża­nia się pary słońc.

Po­wsta­ją­ce per­tur­ba­cje na prze­mian kur­czą i roz­cią­ga­ją or­bi­tę pla­ne­ty i pier­wo­ci­ny ży­cia, je­śli po­wsta­ną, ule­ga­ją znisz­cze­niu przez pro­mie­ni­sty żar bądź lo­do­wa­te zim­no. Zmia­ny te za­cho­dzą w okre­sie mi­lio­nów lat, więc – we­dle ska­li astro­no­micz­nej czy bio­lo­gicz­nej (bo ewo­lu­cja wy­ma­ga se­tek mi­lio­nów, je­śli nie mi­liar­da lat) – w cza­sie bar­dzo krót­kim.

So­la­ris mia­ła we­dług pier­wot­nych ob­li­czeń zbli­żyć się w cią­gu pię­ciu­set ty­się­cy lat na od­le­głość po­ło­wy jed­nost­ki astro­no­micz­nej do swe­go czer­wo­ne­go słoń­ca, a po dal­szym mi­lio­nie – spaść w jego roz­ża­rzo­ną ot­chłań.

Ale już po kil­ku­na­stu la­tach prze­ko­na­no się, że jej tor nie wy­ka­zu­je wca­le ocze­ki­wa­nych zmian, zu­peł­nie jak gdy­by był sta­ły, tak sta­ły jak tory pla­net na­sze­go Ukła­du Sło­necz­ne­go.

Po­wtó­rzo­no, te­raz już z naj­wyż­szą do­kład­no­ścią, ob­ser­wa­cje i ob­li­cze­nia, któ­re po­twier­dzi­ły tyl­ko to, co było zna­ne: że So­la­ris po­sia­da or­bi­tę nie­trwa­łą.

Z jed­nej z kil­ku­set od­kry­wa­nych rok­rocz­nie pla­net, któ­re kil­ku­wier­szo­wy­mi no­tat­ka­mi, po­da­ją­cy­mi ele­men­ty ich ru­chu, zo­sta­ją wcią­gnię­te do wiel­kich sta­ty­styk, So­la­ris awan­so­wa­ła wów­czas do ran­gi cia­ła god­ne­go szcze­gól­nej uwa­gi.

Ja­koż w czte­ry lata po tym od­kry­ciu okrą­ży­ła ją wy­pra­wa Ot­ten­skjol­da, któ­ry ba­dał pla­ne­tę z La­oko­ona i dwu to­wa­rzy­szą­cych stat­ków po­sił­ko­wych. Wy­pra­wa ta mia­ła cha­rak­ter pro­wi­zo­rycz­ne­go, za­im­pro­wi­zo­wa­ne­go zwia­du, tym bar­dziej że nie była zdol­na lą­do­wać. Wpro­wa­dzi­ła na or­bi­ty rów­ni­ko­we i bie­gu­no­we więk­szą ilość au­to­ma­tycz­nych sa­te­li­tów-ob­ser­wa­to­rów, któ­rych głów­nym za­da­niem były po­mia­ry po­ten­cja­łów gra­wi­ta­cyj­nych. Po­nad­to zba­da­no po­wierzch­nię pla­ne­ty nie­mal w ca­ło­ści po­kry­tą oce­anem i nie­licz­ne, wzno­szą­ce się nad jego po­ziom pła­sko­wy­że. Ich łącz­na po­wierzch­nia nie do­rów­nu­je ob­sza­ro­wi Eu­ro­py, choć So­la­ris ma śred­ni­cę o dwa­dzie­ścia pro­cent więk­szą od Zie­mi. Te skraw­ki ska­li­ste­go i pu­styn­ne­go lądu, roz­sia­ne nie­re­gu­lar­nie, sku­pia­ją się głów­nie na pół­ku­li po­łu­dnio­wej. Po­zna­no też skład at­mos­fe­ry, po­zba­wio­nej tle­nu, i do­ko­na­no na­der do­kład­nych po­mia­rów gę­sto­ści pla­ne­ty, jak rów­nież al­be­da i in­nych ele­men­tów astro­no­micz­nych. Jak to było ocze­ki­wa­ne, nie od­na­le­zio­no żad­nych śla­dów ży­cia ani na lą­dach, ani też nie do­strze­żo­no ich w oce­anie.

W cią­gu dal­szych dzie­się­ciu lat So­la­ris, te­raz już znaj­du­ją­ca się w ośrod­ku uwa­gi wszyst­kich ob­ser­wa­to­riów tego re­gio­nu, wy­ka­zy­wa­ła zdu­mie­wa­ją­cą ten­den­cję do za­cho­wa­nia swo­jej po­nad wszel­ką wąt­pli­wość gra­wi­ta­cyj­nie nie­trwa­łej or­bi­ty. Przez ja­kiś czas spra­wa pach­nia­ła skan­da­lem, gdyż winą za taki wy­nik ob­ser­wa­cji pró­bo­wa­no obar­czyć (w tro­sce o do­bro na­uki) już to pew­nych lu­dzi, już to ma­szy­ny ra­chu­ją­ce, któ­ry­mi się po­słu­gi­wa­li.

Brak fun­du­szy opóź­nił wy­sła­nie wła­ści­wej eks­pe­dy­cji so­la­rycz­nej o dal­sze trzy lata, aż do chwi­li, kie­dy Shan­na­han, skom­ple­to­waw­szy za­ło­gę, uzy­skał od in­sty­tu­tu trzy jed­nost­ki o to­na­żu C, kla­sy ko­smo­dro­micz­nej. Pół­to­ra roku przed przy­by­ciem eks­pe­dy­cji, któ­ra wy­star­to­wa­ła z ob­sza­ru alfy Wod­ni­ka, dru­ga flo­ta eks­plo­ra­cyj­na wpro­wa­dzi­ła z ra­mie­nia in­sty­tu­tu au­to­ma­tycz­ny Sa­te­lo­id – Lunę 247 – na oko­ło­so­la­rycz­ną or­bi­tę. Sa­te­lo­id ten po trzech ko­lej­nych re­kon­struk­cjach od­dzie­lo­nych od sie­bie dzie­siąt­ka­mi lat pra­cu­je do dzi­siaj. Dane, któ­re ze­brał, po­twier­dzi­ły osta­tecz­nie spo­strze­że­nie eks­pe­dy­cji Ot­ten­skjol­da o ak­tyw­nym cha­rak­te­rze ru­chów oce­anu.

Je­den sta­tek Shan­na­ha­na po­zo­stał na wy­so­kiej or­bi­cie, dwa zaś po wstęp­nych przy­go­to­wa­niach wy­lą­do­wa­ły na ska­li­stym skraw­ku lądu, któ­ry zaj­mu­je oko­ło sze­ściu­set mil kwa­dra­to­wych u po­łu­dnio­we­go bie­gu­na So­la­ris. Pra­ce eks­pe­dy­cji za­koń­czy­ły się po osiem­na­stu mie­sią­cach, prze­bie­ga­jąc po­myśl­nie, z wy­jąt­kiem jed­ne­go nie­szczę­śli­we­go wy­pad­ku spo­wo­do­wa­ne­go wa­dli­wym dzia­ła­niem apa­ra­tów. W ło­nie eki­py na­uko­wej przy­szło jed­nak do roz­ła­mu na dwa zwal­cza­ją­ce się obo­zy. Przed­mio­tem spo­ru stał się oce­an. Uzna­no go na pod­sta­wie ana­liz za twór or­ga­nicz­ny (na­zwać go ży­wym nikt jesz­cze pod­ów­czas nie śmiał). Gdy jed­nak bio­lo­go­wie wi­dzie­li w nim twór pry­mi­tyw­ny – coś w ro­dza­ju gi­gan­tycz­nej ze­spól­ni, a więc jak gdy­by jed­ną spo­twor­nia­łą w swym wzro­ście płyn­ną ko­mór­kę (ale na­zy­wa­li go „for­ma­cją pre­bio­lo­gicz­ną”), któ­ra cały glob oto­czy­ła ga­la­re­to­wa­tym płasz­czem, o głę­bo­ko­ści się­ga­ją­cej miej­sca­mi kil­ku mil – to astro­no­mo­wie i fi­zy­cy twier­dzi­li, że musi to być struk­tu­ra nad­zwy­czaj wy­so­ko zor­ga­ni­zo­wa­na, być może bi­ją­ca za­wi­ło­ścią bu­do­wy or­ga­ni­zmy ziem­skie, sko­ro po­tra­fi w czyn­ny spo­sób wpły­wać na kształ­to­wa­nie or­bi­ty pla­ne­tar­nej. Żad­nej bo­wiem in­nej przy­czy­ny wy­ja­śnia­ją­cej za­cho­wa­nie się So­la­ris nie wy­kry­to, po­nad­to zaś pla­ne­to­fi­zy­cy wy­kry­li zwią­zek po­mię­dzy pew­ny­mi pro­ce­sa­mi pla­zma­tycz­ne­go oce­anu a mie­rzo­nym lo­kal­nie po­ten­cja­łem gra­wi­ta­cyj­nym, któ­ry zmie­niał się w za­leż­no­ści od oce­anicz­nej „prze­mia­ny ma­te­rii”.

Tak więc fi­zy­cy, a nie bio­lo­go­wie, wy­su­nę­li pa­ra­dok­sal­ne sfor­mu­ło­wa­nie „ma­szy­na pla­zma­tycz­na”, ro­zu­mie­jąc przez to twór w na­szym zna­cze­niu może i nie­oży­wio­ny, ale zdol­ny do po­dej­mo­wa­nia ce­lo­wych dzia­łań na ska­lę – do­daj­my od razu – astro­no­micz­ną.

W spo­rze tym, któ­ry jak wir wcią­gnął w cią­gu ty­go­dni wszyst­kie naj­wy­bit­niej­sze au­to­ry­te­ty, dok­try­na Ga­mo­wa-Sha­pleya za­chwia­ła się po raz pierw­szy od osiem­dzie­się­ciu lat.

Ja­kiś czas usi­ło­wa­no jesz­cze bro­nić jej twier­dze­niem, że oce­an nie ma nic wspól­ne­go z ży­ciem, że nie jest na­wet two­rem „para-” czy też „pre­bio­lo­gicz­nym”, lecz geo­lo­gicz­ną for­ma­cją, za­pew­ne nie­zwy­kłą, lecz zdol­ną je­dy­nie do utrwa­la­nia or­bi­ty So­la­ris po­przez zmia­ny siły cią­że­nia; po­wo­ły­wa­no się przy tym na re­gu­łę Le Cha­te­lie­ra.

Na prze­kór temu kon­ser­wa­ty­zmo­wi wy­ra­sta­ły hi­po­te­zy gło­szą­ce, jak choć­by jed­na z le­piej opra­co­wa­nych Ci­vi­ta-Vit­ty, że oce­an jest wy­ni­kiem dia­lek­tycz­ne­go roz­wo­ju: oto od swej po­sta­ci pier­wot­nej, od pra­oce­anu, roz­two­ru le­ni­wie re­agu­ją­cych ciał che­micz­nych, zdo­łał pod na­ci­skiem wa­run­ków (to zna­czy za­gra­ża­ją­cych jego ist­nie­niu zmian or­bi­ty), bez po­śred­nic­twa wszyst­kich ziem­skich szcze­bli roz­wo­ju, więc omi­ja­jąc po­wsta­nie jed­no- i wie­lo­ko­mór­kow­ców, ewo­lu­cję ro­ślin­ną i zwie­rzę­cą, bez na­ro­dzin sys­te­mu ner­wo­we­go, mó­zgu, prze­sko­czyć na­tych­miast w sta­dium „oce­anu ho­me­osta­tycz­ne­go”. Ina­czej mó­wiąc, nie przy­sto­so­wy­wał się jak or­ga­ni­zmy ziem­skie przez set­ki mi­lio­nów lat do oto­cze­nia, aby do­pie­ro po tak ol­brzy­mim cza­sie dać po­czą­tek ra­sie ro­zum­nej, ale za­pa­no­wał nad swym oto­cze­niem od razu.

Było to wca­le ory­gi­nal­ne, tyl­ko że w dal­szym cią­gu nikt nie wie­dział, jak sy­ro­po­wa­ta ga­la­re­ta może sta­bi­li­zo­wać or­bi­tę cia­ła nie­bie­skie­go. Od wie­ku nie­mal zna­ne były urzą­dze­nia stwa­rza­ją­ce sztucz­ne pola si­ło­we i gra­wi­ta­cyj­ne – gra­wi­to­ry – ale nikt nie wy­obra­żał so­bie na­wet, jak re­zul­ta­tu, bę­dą­ce­go – w gra­wi­to­rach – wy­ni­kiem skom­pli­ko­wa­nych re­ak­cji ją­dro­wych i ol­brzy­mich tem­pe­ra­tur, może do­piąć bez­po­sta­cio­wa maź. W ga­ze­tach za­chły­stu­ją­cych się pod­ów­czas ku za­cie­ka­wie­niu czy­tel­ni­ków i ku zgro­zie uczo­nych naj­nie­wy­bred­niej­szy­mi wy­my­sła­mi na te­mat „ta­jem­ni­cy So­la­ris” nie bra­kło i ta­kich twier­dzeń, że oce­an pla­ne­tar­ny jest da­le­kim krew­nym ziem­skich wę­go­rzy elek­trycz­nych.

Gdy pro­blem uda­ło się, w ja­kiejś przy­naj­mniej mie­rze, roz­wi­kłać, oka­za­ło się, że wy­ja­śnie­nie, jak to nie­raz po­tem by­wa­ło z So­la­ris, na miej­sce jed­nej za­gad­ki pod­sta­wi­ło inną, może jesz­cze bar­dziej zdu­mie­wa­ją­cą.

Ba­da­nia wy­ka­za­ły, że oce­an nie dzia­ła by­naj­mniej na za­sa­dzie na­szych gra­wi­to­rów (co by­ło­by zresz­tą rze­czą nie­moż­li­wą), ale po­tra­fi bez­po­śred­nio mo­de­lo­wać me­try­kę cza­so­prze­strze­ni, co pro­wa­dzi mię­dzy in­ny­mi do od­chy­leń w po­mia­rze cza­su na jed­nym i tym sa­mym po­łu­dni­ku So­la­ris. Tak więc oce­an nie tyl­ko znał w pew­nym sen­sie, ale po­tra­fił na­wet (cze­go o nas nie moż­na po­wie­dzieć) wy­ko­rzy­stać kon­se­kwen­cje teo­rii Ein­ste­ina-Bo­evie­go.

Gdy to zo­sta­ło po­wie­dzia­ne, wy­bu­chła w świe­cie na­uko­wym jed­na z naj­gwał­tow­niej­szych burz na­sze­go stu­le­cia. Naj­czci­god­niej­sze, po­wszech­nie uzna­ne za praw­dzi­we teo­rie wa­li­ły się w gruz, w li­te­ra­tu­rze na­uko­wej po­ja­wia­ły się naj­bar­dziej he­re­tyc­kie ar­ty­ku­ły, al­ter­na­ty­wa zaś „ge­nial­ny oce­an” czy „gra­wi­ta­cyj­na ga­la­re­ta” roz­pa­li­ła wszyst­kie umy­sły.

Wszyst­ko to dzia­ło się na do­bre kil­ka­na­ście lat przed moim uro­dze­niem. Kie­dy cho­dzi­łem do szko­ły, So­la­ris – za spra­wą po­zna­nych póź­niej fak­tów – po­wszech­nie już była uzna­na za pla­ne­tę ob­da­rzo­ną ży­ciem – tyle że po­sia­da­ją­cą jed­ne­go tyl­ko miesz­kań­ca…

Dru­gi tom Hu­ghe­sa i Eu­gla, któ­ry kart­ko­wa­łem wciąż nie­mal bez­myśl­nie, roz­po­czy­nał się od sys­te­ma­ty­ki, ty­leż ory­gi­nal­nie po­my­śla­nej, co za­baw­nej. Ta­bli­ca kla­sy­fi­ka­cyj­na pre­zen­to­wa­ła ko­lej­no: Typ – Po­ly­the­ria, Rząd – Syn­cy­tia­lia, Kla­sa – Me­ta­mor­pha.

Zu­peł­nie jak gdy­by­śmy zna­li Bóg wie ile eg­zem­pla­rzy ga­tun­ku, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści wciąż był tyl­ko je­den, co praw­da wagi sie­dem­na­stu bi­lio­nów ton.

Pod pal­ca­mi prze­fru­wa­ły mi ko­lo­ro­we dia­gra­my, barw­ne wy­kre­sy, ana­li­zy i wid­ma spek­tral­ne de­mon­stru­ją­ce typ i tem­po prze­mia­ny pod­sta­wo­wej i jej re­ak­cje che­micz­ne. Im da­lej za­głę­bia­łem się w zwa­li­sty tom, tym wię­cej prze­my­ka­ło na kre­do­wych stro­ni­cach ma­te­ma­ty­ki; moż­na było są­dzić, że na­sza wie­dza o tym przed­sta­wi­cie­lu kla­sy Me­ta­mor­pha, któ­ry le­żał spo­wi­ty ciem­no­ścią czte­ro­go­dzin­nej nocy kil­ka­set me­trów pod sta­lo­wym dnem Sta­cji, jest zu­peł­na.

W rze­czy­wi­sto­ści nie wszy­scy byli jesz­cze zgod­ni co do tego, czy to jest „isto­ta”, nie mó­wiąc już o tym, czy moż­na na­zwać oce­an ro­zum­nym. Wsta­wi­łem z trza­skiem wiel­ki tom na pół­kę i wy­do­by­łem na­stęp­ny. Dzie­lił się na dwie czę­ści. Pierw­sza była po­świę­co­na stresz­cze­niu pro­to­ko­łów eks­pe­ry­men­tal­nych wszyst­kich owych nie­zli­czo­nych przed­się­wzięć, któ­rych ce­lem było na­wią­za­nie kon­tak­tu z oce­anem. To na­wią­za­nie kon­tak­tu było, pa­mię­ta­łem aż na­zbyt do­brze, źró­dłem nie­koń­czą­cych się aneg­dot, kpin i dow­ci­pów w cza­sie stu­diów; śre­dnio­wiecz­na scho­la­sty­ka wy­da­wa­ła się kla­row­nym, ja­śnie­ją­cym oczy­wi­sto­ścią wy­kła­dem wo­bec dżun­gli, jaką zro­dzi­ło to za­gad­nie­nie. Dru­gą część tomu, li­czą­cą pra­wie ty­siąc trzy­sta stron, zaj­mo­wa­ła sama tyl­ko bi­blio­gra­fia przed­mio­tu. Ory­gi­nal­na li­te­ra­tu­ra na pew­no nie zmie­ści­ła­by się w po­ko­ju, w któ­rym sie­dzia­łem.

Pierw­sze pró­by kon­tak­tu od­by­wa­ły się za po­śred­nic­twem spe­cjal­nych apa­ra­tów elek­tro­no­wych trans­for­mu­ją­cych bodź­ce prze­sy­ła­ne w obie stro­ny. Oce­an brał przy tym ak­tyw­ny udział w kształ­to­wa­niu tych apa­ra­tów. Ale wszyst­ko to dzia­ło się w zu­peł­nej ciem­no­ści. Co zna­czy­ło, że „brał udział”? Mo­dy­fi­ko­wał pew­ne ele­men­ty za­nu­rza­nych weń urzą­dzeń, wsku­tek cze­go za­pi­sy­wa­ne ryt­my wy­ła­do­wań się zmie­nia­ły, apa­ra­tu­ry re­je­stru­ją­ce utrwa­la­ły mro­wie sy­gna­łów, jak gdy­by strzę­py ja­kichś ol­brzy­mich dzia­łań wyż­szej ana­li­zy, ale co to wszyst­ko zna­czy­ło? Może były to dane o chwi­lo­wym sta­nie po­bu­dze­nia oce­anu? Może im­pul­sy po­wo­du­ją­ce po­wsta­wa­nie jego ol­brzy­mich two­rów, gdzieś o ty­sią­ce mil od ba­da­czy? Może prze­ło­żo­ne na nie­do­cie­czo­ne kon­struk­ty elek­tro­no­we – od­zwier­cie­dle­nia od­wiecz­nych prawd tego oce­anu? Może jego dzie­ła sztu­ki? Któż to mógł wie­dzieć, sko­ro nie­po­dob­na było uzy­skać dwa razy ta­kiej sa­mej re­ak­cji na bo­dziec? Sko­ro raz od­po­wie­dzią był wy­buch im­pul­sów, nie­omal roz­sa­dza­ją­cych apa­ra­ty, a raz głu­che mil­cze­nie? Sko­ro żad­ne­go do­świad­cze­nia nie­po­dob­na było po­wtó­rzyć? Wciąż wy­da­wa­ło się, że sto­imy o krok od roz­szy­fro­wa­nia tego nie­ustan­nie po­więk­sza­ją­ce­go się mo­rza za­pi­sów; spe­cjal­nie prze­cież w tym celu bu­do­wa­no mó­zgi elek­tro­no­we o prze­twór­czej mocy in­for­ma­cyj­nej, ja­kich nie wy­ma­gał do­tych­czas ża­den pro­blem. Istot­nie, uzy­ska­no pew­ne re­zul­ta­ty. Oce­an – źró­dło elek­trycz­nych, ma­gne­tycz­nych, gra­wi­ta­cyj­nych im­pul­sów – prze­ma­wiał jak gdy­by ję­zy­kiem ma­te­ma­ty­ki; pew­ne se­kwen­cje jego prą­do­wych wy­ła­do­wań moż­na było kla­sy­fi­ko­wać, po­słu­gu­jąc się naj­bar­dziej abs­trak­cyj­ny­mi ga­łę­zia­mi ziem­skiej ana­li­zy, teo­rii mno­go­ści, po­ja­wia­ły się tam ho­mo­lo­gi struk­tur zna­nych z tej dzie­dzi­ny fi­zy­ki, któ­ra zaj­mu­je się roz­wa­ża­niem wza­jem­ne­go sto­sun­ku ener­gii i ma­te­rii, wiel­ko­ści skoń­czo­nych i nie­skoń­czo­nych, czą­stek i pól – to wszyst­ko skła­nia­ło uczo­nych do prze­ko­na­nia, że mają przed sobą my­ślą­ce­go po­two­ra, że jest to ro­dzaj mi­lio­no­krot­nie roz­ro­słe­go opa­su­ją­ce­go całą pla­ne­tę pro­to­pla­zma­tycz­ne­go mo­rza-mó­zgu, któ­ry tra­wi czas na nie­sa­mo­wi­tych w swej roz­pię­to­ści teo­re­tycz­nych roz­wa­ża­niach nad isto­tą wszech­rze­czy, a wszyst­ko to, co wy­chwy­tu­ją na­sze apa­ra­ty, sta­no­wi drob­ne, przy­pad­ko­wo pod­słu­cha­ne strzę­py owe­go to­czą­ce­go się wie­ku­iście w głę­bi­nach, prze­ra­sta­ją­ce­go wszel­ką moż­li­wość na­sze­go poj­mo­wa­nia gi­gan­tycz­ne­go mo­no­lo­gu.

Tyle ma­te­ma­ty­cy. Hi­po­te­zy ta­kie okre­śla­ne były przez jed­nych jako wy­raz lek­ce­wa­że­nia ludz­kich moż­li­wo­ści, jako pa­da­nie na twarz przed czymś, cze­go jesz­cze nie ro­zu­mie­my, ale co da się zro­zu­mieć jako wy­do­by­wa­nie z gro­bu sta­rej dok­try­ny „igno­ra­mus et igno­ra­bi mus”; inni uwa­ża­li znów, że są to szko­dli­we i ja­ło­we ba­ję­dy, że w tych hi­po­te­zach ma­te­ma­ty­ków prze­ja­wia się mi­to­lo­gia na­szych cza­sów wi­dzą­ca w mó­zgu ol­brzy­mim – elek­tro­no­wym czy pla­zma­tycz­nym, to wszyst­ko jed­no – naj­wyż­szy cel ist­nie­nia – sum­mę bytu.

A inni jesz­cze… Ale ba­da­czy i po­glą­dów były le­gio­ny. Cóż zresz­tą sta­no­wi­ła cała dzie­dzi­na prób „na­wią­za­nia kon­tak­tu” w po­rów­na­niu z in­ny­mi ga­łę­zia­mi so­la­ry­sty­ki, w któ­rych spe­cja­li­za­cja tak się po­su­nę­ła, zwłasz­cza na prze­strze­ni ostat­nie­go ćwierć­wie­cza, że so­la­ry­sta-cy­ber­ne­tyk nie mógł pra­wie po­ro­zu­mieć się z so­la­ry­stą-sy­me­tria­do­lo­giem. „Jak mo­że­cie się po­ro­zu­mieć z oce­anem, je­że­li nie po­tra­fi­cie już tego uczy­nić mię­dzy sobą?” – za­py­tał kie­dyś żar­to­bli­wie Veu­be­ke, któ­ry był wte­dy, pod­czas mo­ich stu­diów, dy­rek­to­rem in­sty­tu­tu; w tym żar­cie było wie­le praw­dy.

Bo też oce­an nie­przy­pad­ko­wo za­sze­re­go­wa­no do kla­sy Me­ta­mor­pha. Jego fa­lu­ją­ca po­wierzch­nia mo­gła da­wać po­czą­tek naj­bar­dziej róż­nią­cym się od sie­bie, do ni­cze­go ziem­skie­go nie­po­dob­nym for­mom, przy czym ce­lo­wość ad­ap­ta­cyj­na, po­znaw­cza czy ja­ka­kol­wiek inna – owych gwał­tow­nych nie­raz erup­cji pla­zma­tycz­nej „twór­czo­ści” – była zu­peł­ną za­gad­ką.

Od­sta­wia­jąc na pół­kę tom, tak cięż­ki, że mu­sia­łem przy­trzy­mać go obie­ma rę­ka­mi, po­my­śla­łem, że na­sza wie­dza o So­la­ris wy­peł­nia­ją­ca bi­blio­te­ki jest bez­u­ży­tecz­nym ba­la­stem i trzę­sa­wi­skiem fak­tów i znaj­du­je­my się w ta­kim sa­mym miej­scu, w któ­rym po­czę­to ją gro­ma­dzić przed sie­dem­dzie­się­ciu ośmiu laty, a wła­ści­wie sy­tu­acja jest o wie­le gor­sza, po­nie­waż cały trud tych lat oka­zał się da­rem­ny.

To, co­śmy wie­dzie­li do­kład­nie, obej­mo­wa­ło same tyl­ko za­prze­cze­nia. Oce­an nie po­słu­gi­wał się ma­szy­na­mi ani ich nie bu­do­wał, cho­ciaż w pew­nych oko­licz­no­ściach wy­da­wał się do tego zdol­ny, gdyż po­wie­lał czę­ści nie­któ­rych za­nu­rzo­nych w nim apa­ra­tów, ale czy­nił to tyl­ko w pierw­szym i dru­gim roku prac eks­plo­ra­cyj­nych; po­tem igno­ro­wał wszel­kie po­na­wia­ne z be­ne­dyk­tyń­ską cier­pli­wo­ścią pró­by, jak­by stra­cił dla na­szych urzą­dzeń i pro­duk­tów (a wy­ni­ka­ło­by, że tak­że i dla nas…) wszel­kie za­in­te­re­so­wa­nie. Nie po­sia­dał – kon­ty­nu­uję wy­li­cze­nie na­szych „ne­ga­tyw­nych wia­do­mo­ści” – żad­ne­go sys­te­mu ner­wo­we­go ani ko­mó­rek, ani struk­tu­ry przy­po­mi­na­ją­cej biał­ko­wą; nie za­wsze re­ago­wał na bodź­ce, na­wet naj­po­tęż­niej­sze (tak na przy­kład cał­ko­wi­cie „zi­gno­ro­wał” ka­ta­stro­fę po­moc­ni­cze­go ra­kie­tow­ca dru­giej eks­pe­dy­cji Gie­se­go, któ­ry ru­nął z wy­so­ko­ści trzy­stu ki­lo­me­trów na po­wierzch­nię pla­ne­ty, nisz­cząc ją­dro­wą eks­plo­zją swych ato­mo­wych sto­sów pla­zmę w pro­mie­niu pół­to­rej mili).

Po­wo­li w krę­gach na­ukow­ców „spra­wa So­la­ris” brzmieć za­czę­ła jak „spra­wa prze­gra­na”, zwłasz­cza w sfe­rach na­uko­wej ad­mi­ni­stra­cji in­sty­tu­tu, gdzie pod­no­si­ły się w la­tach ostat­nich gło­sy do­ma­ga­ją­ce się ob­cię­cia do­ta­cji na dal­sze ba­da­nia. O cał­ko­wi­tym zli­kwi­do­wa­niu Sta­cji nikt się do­tąd nie ośmie­lił mó­wić; by­ło­by to zbyt jaw­nym przy­zna­niem się do klę­ski. Zresz­tą nie­któ­rzy w roz­mo­wach pry­wat­nych po­wia­da­li, że wszyst­ko, cze­go nam trze­ba, to stra­te­gia moż­li­wie „ho­no­ro­we­go” wy­co­fa­nia się z „afe­ry So­la­ris”.

Dla wie­lu jed­nak, szcze­gól­nie zaś dla mło­dych, „afe­ra” ta sta­wa­ła się z wol­na czymś w ro­dza­ju ka­mie­nia pro­bier­cze­go wła­snej war­to­ści: „w grun­cie rze­czy – mó­wi­li – idzie o staw­kę więk­szą ani­że­li o zgłę­bie­nie so­la­ryj­skiej cy­wi­li­za­cji, gra to­czy się bo­wiem o nas sa­mych, o gra­ni­ce ludz­kie­go po­zna­nia”.

Przez pe­wien czas po­pu­lar­ny był (roz­po­wszech­nia­ny gor­li­wie przez pra­sę co­dzien­ną) po­gląd, że my­ślą­cy oce­an, któ­ry opły­wa całą So­la­ris, jest gi­gan­tycz­nym mó­zgiem prze­wyż­sza­ją­cym na­szą cy­wi­li­za­cję o mi­lio­ny lat roz­wo­ju, że to ja­kiś „ko­smicz­ny yoga”, mę­drzec, upo­sta­cio­wa­na wszech­wie­dza, któ­ra daw­no już po­ję­ła płon­ność wszel­kie­go dzia­ła­nia i dla­te­go za­cho­wu­je wo­bec nas ka­te­go­rycz­ne mil­cze­nie. Była to po pro­stu nie­praw­da, bo żywy oce­an dzia­ła, i to jak jesz­cze – tyle że we­dług in­nych ani­że­li ludz­kie wy­obra­żeń, nie bu­du­je więc miast ani mo­stów, ani ma­chin la­ta­ją­cych; nie pró­bu­je też zwy­cię­żyć prze­strze­ni ani jej prze­kro­czyć (w czym nie­któ­rzy obroń­cy wyż­szo­ści czło­wie­ka za wszel­ką cenę upa­try­wa­li bez­cen­ny dla nas atut), zaj­mu­je się na­to­miast ty­sią­cz­ny­mi prze­kształ­ce­nia­mi – „au­to­me­ta­mor­fo­zą on­to­lo­gicz­ną”; już to uczo­nych ter­mi­nów nie brak na kar­tach dzieł so­la­ry­stycz­nych! Po­nie­waż, z dru­giej stro­ny czło­wie­ka upo­rczy­wie wczy­tu­ją­ce­go się we wszyst­kie moż­li­we so­la­ria­na ogar­nia nie­prze­par­te wra­że­nie, iż ma przed sobą ułam­ki in­te­lek­tu­al­nych kon­struk­cji, być może ge­nial­nych, prze­mie­sza­ne bez ładu i skła­du z pło­da­mi ja­kie­goś kom­plet­ne­go, gra­ni­czą­ce­go z obłę­dem głup­tac­twa, po­wsta­ła jako an­ty­te­za kon­cep­cji „oce­anu-yogi” myśl o „oce­anie-de­bi­lu”.

Hi­po­te­zy te wy­do­by­ły z gro­bu i oży­wi­ły je­den z naj­star­szych pro­ble­mów fi­lo­zo­ficz­nych – sto­sun­ku ma­te­rii i du­cha, świa­do­mo­ści. Trze­ba było nie­ma­łej od­wa­gi, aby po raz pierw­szy – jak du Ha­art – przy­pi­sać oce­ano­wi świa­do­mość. Pro­blem ten przez me­to­do­lo­gów uzna­ny po­spiesz­nie za me­ta­fi­zycz­ny tlił się na dnie wszyst­kich nie­omal dys­ku­sji i spo­rów. Czy moż­li­we jest my­śle­nie bez świa­do­mo­ści? Ale czy za­cho­dzą­ce w oce­anie pro­ce­sy moż­na na­zwać my­śle­niem? Czy góra to bar­dzo wiel­ki ka­mień? Czy pla­ne­ta to ogrom­na góra?

Moż­na uży­wać tych nazw, ale nowa ska­la wiel­ko­ści wpro­wa­dza na sce­nę nowe pra­wi­dło­wo­ści i nowe zja­wi­ska.

Pro­blem ten stał się kwa­dra­tu­rą koła na­szych cza­sów. Każ­dy sa­mo­dziel­ny my­śli­ciel usi­ło­wał wnieść w skarb­ni­ce so­la­ry­sty­ki swój wkład; mno­ży­ły się teo­rie gło­szą­ce, że mamy przed sobą pro­dukt de­ge­ne­ra­cji, uwstecz­nie­nia, któ­re na­stą­pi­ło po mi­nio­nej fa­zie „in­te­lek­tu­al­nej świet­no­ści” oce­anu, już to, że oce­an jest w sa­mej rze­czy no­wo­two­rem-gle­ja­kiem, któ­ry, na­ro­dziw­szy się w ob­rę­bie ciał daw­nych miesz­kań­ców pla­ne­ty, po­żarł je wszyst­kie i po­chło­nął, sta­pia­jąc szcząt­ki w po­stać wiecz­nie trwa­ją­ce­go, sa­mo­odm­ła­dza­ją­ce­go się po­nad­ko­mór­ko­we­go ży­wio­łu.

W bia­łym, po­dob­nym do ziem­skie­go, świe­tle ja­rze­nió­wek zdją­łem ze sto­łu apa­ra­ty i książ­ki, któ­re na nim le­ża­ły, i roz­ło­żyw­szy na pla­sty­ko­wej pły­cie mapę So­la­ris, pa­trza­łem w nią, opie­ra­jąc się rę­ka­mi o me­ta­lo­we li­stwy na kra­wę­dziach. Żywy oce­an po­sia­dał swo­je pły­ci­zny i głę­bie, a jego wy­spy, okry­te na­lo­tem wie­trze­ją­cych mi­ne­ra­łów, świad­czy­ły o tym, że kie­dyś sta­no­wi­ły jego dno – czy re­gu­lo­wał tak­że wy­ła­nia­nie się i za­pa­da­nie for­ma­cji skal­nych za­nu­rzo­nych w swym ło­nie? Było to zu­peł­nie ciem­ne. Pa­trzy­łem na ol­brzy­mie, po­ma­lo­wa­ne róż­ny­mi to­na­mi fio­le­tu i błę­ki­tu pół­ku­le na ma­pie, do­zna­jąc, nie wiem po raz któ­ry już w ży­ciu, zdu­mie­nia rów­nie wstrzą­sa­ją­ce­go jak owo pierw­sze, za­zna­ne, kie­dy jako chło­piec do­wie­dzia­łem się w szko­le o ist­nie­niu So­la­ris.

Nie wiem, jak to się sta­ło, że oto­cze­nie wraz z czu­wa­ją­cą w nim ta­jem­ni­cą śmier­ci Gi­ba­ria­na, że na­wet moja nie­wia­do­ma przy­szłość wy­da­ła mi się na­raz nie­waż­na, i nie my­śla­łem o ni­czym za­to­pio­ny w oglą­da­niu tej prze­ra­ża­ją­cej każ­de­go czło­wie­ka mapy.

Po­szcze­gól­ne po­ła­cie ży­wo­two­ru no­si­ły na­zwy od ba­da­czy, któ­rzy po­świę­ci­li się ich eks­plo­ra­cji. Wpa­try­wa­łem się w opły­wa­ją­cy rów­ni­ko­we ar­chi­pe­la­gi gle­jo­ma­syw The­xal­la, kie­dy po­czu­łem czyjś wzrok.

Wciąż jesz­cze sta­łem nad mapą, ale już jej nie wi­dzia­łem, by­łem jak spa­ra­li­żo­wa­ny. Drzwi mia­łem na wprost sie­bie; były za­sta­wio­ne skrzyn­ka­mi i przy­su­nię­tą do nich szaf­ką. To ja­kiś au­to­mat – po­my­śla­łem – cho­ciaż żad­ne­go nie było przed­tem w po­ko­ju, a nie mógł wejść nie­zau­wa­żo­ny prze­ze mnie. Skó­ra na kar­ku i ple­cach za­czy­na­ła mnie piec, uczu­cie cięż­kie­go, nie­ru­cho­me­go wzro­ku sta­wa­ło się nie do znie­sie­nia. Nie zda­wa­łem so­bie spra­wy z tego, że wcią­ga­jąc gło­wę w ra­mio­na, co­raz moc­niej opie­ram się o stół, któ­ry za­czął wol­no su­nąć po pod­ło­dze; ten ruch jak gdy­by wy­zwo­lił mnie. Od­wró­ci­łem się gwał­tow­nie.

Po­kój był pu­sty. Przede mną zia­ło tyl­ko czer­nią wiel­kie pół­ko­li­ste okno. Wra­że­nie nie ustę­po­wa­ło. Ciem­ność pa­trza­ła na mnie, bez­po­sta­cio­wa, ol­brzy­mia, bez­oka, po­zba­wio­na gra­nic. Mro­ku za szy­ba­mi nie roz­wid­nia­ła żad­na gwiaz­da. Za­cią­gną­łem świa­tłosz­czel­ne za­sło­ny. Nie by­łem na Sta­cji ani go­dzi­ny, a za­czy­na­łem już ro­zu­mieć, dla­cze­go zda­rza­ły się na niej wy­pad­ki ma­nii prze­śla­dow­czej. Po­łą­czy­łem to od­ru­cho­wo ze śmier­cią Gi­ba­ria­na. Zna­jąc go, my­śla­łem do­tąd, że nic nie mo­gło­by za­bu­rzyć jego umy­słu. Prze­sta­łem być tego pew­ny.

Sta­łem na środ­ku po­ko­ju obok sto­łu. Od­dech uspo­ko­ił się, czu­łem jak pot, któ­ry wy­stą­pił mi na czo­ło, sty­gnie. O czym to po­my­śla­łem przed chwi­lą? Praw­da – o au­to­ma­tach. To, że nie na­po­tka­łem żad­ne­go w ko­ry­ta­rzu ani w po­ko­jach, było bar­dzo dziw­ne. Gdzie się wszyst­kie po­dzia­ły? Je­dy­ny, z któ­rym się ze­tkną­łem – na od­le­głość – na­le­żał do me­cha­nicz­nej ob­słu­gi lot­ni­ska. A inne?

Spoj­rza­łem na ze­ga­rek. Wła­ści­wie po­wi­nie­nem już pójść do Snau­ta.

Wy­sze­dłem. Ko­ry­tarz oświe­tla­ły dość sła­bo świe­tlów­ki bie­gną­ce pod su­fi­tem. Mi­ną­łem dwo­je drzwi, aż do­sze­dłem do tych, na któ­rych wid­nia­ło na­zwi­sko Gi­ba­ria­na. Sta­łem przed nimi dłu­go. Sta­cję wy­peł­nia­ła ci­sza. Ują­łem klam­kę. Wła­ści­wie wca­le nie chcia­łem tam wejść. Ugię­ła się, drzwi od­su­nę­ły się o cal, po­wsta­ła szpa­ra, przez mgnie­nie czar­na, po­tem za­pa­li­ło się tam świa­tło. Te­raz mógł­by mnie doj­rzeć każ­dy prze­cho­dzą­cy ko­ry­ta­rzem. Prze­kro­czy­łem szyb­ko próg i za­mkną­łem drzwi za sobą bez­gło­śnie i moc­no. Po­tem się od­wró­ci­łem.

Sta­łem, do­ty­ka­jąc pra­wie ple­ca­mi drzwi. Był to po­kój więk­szy od mego, też o pa­no­ra­micz­nym oknie, w trzech czwar­tych za­sło­nię­tym przy­wie­zio­ną nie­wąt­pli­wie z Zie­mi, nie­na­le­żą­cą do ekwi­pun­ku Sta­cji, fi­ran­ką w drob­ne nie­bie­skie i ró­żo­we kwiat­ki. Wzdłuż ścian cią­gnę­ły się pół­ki bi­blio­tecz­ne i szaf­ki, jed­ne i dru­gie ema­lio­wa­ne na bar­dzo ja­sną zie­leń o sre­brzy­stym po­ły­sku. Za­war­tość ich, wy­wa­lo­na ca­ły­mi sto­sa­mi na pod­ło­gę, pię­trzy­ła się mię­dzy stoł­ka­mi i fo­te­la­mi. Tuż przede mną za­gra­dza­ły przej­ście dwa kro­czą­ce sto­licz­ki oba­lo­ne i wry­te czę­ścio­wo w ster­ty cza­so­pism, któ­re wy­ry­wa­ły się z pęk­nię­tych te­czek. Otwar­te, wa­chlu­ją­ce kart­ka­mi książ­ki za­la­ne były pły­na­mi z po­tłu­czo­nych kolb i fla­szek o do­tar­tych kor­kach, w prze­waż­nej czę­ści tak gru­bo­ścien­nych, że zwy­kły upa­dek na pod­ło­gę, na­wet ze znacz­nej wy­so­ko­ści nie zdo­łał­by ich roz­trza­skać. Pod oknem le­ża­ło prze­wró­co­ne biur­ko z roz­bi­tą lamp­ką ro­bo­czą na wy­się­go­wym ra­mie­niu; ta­bo­ret le­żał przed nim, a jego dwie nogi za­głę­bi­ły się w na pół wy­cią­gnię­tych szu­fla­dach. Ist­na po­wódź kar­tek, ręcz­nym pi­smem po­kry­tych ar­ku­szy, pa­pie­rów, po­kry­wa­ła całą pod­ło­gę. Po­zna­łem pi­smo Gi­ba­ria­na i po­chy­li­łem się nad nimi. Pod­no­sząc luź­ne ar­ku­sze, za­uwa­ży­łem, że moja ręka rzu­ca nie po­je­dyn­czy jak do­tąd, ale po­dwój­ny cień.

Od­wró­ci­łem się. Ró­żo­wa fi­ran­ka pło­nę­ła, jak­by za­pa­lo­na u góry, ostrą li­nią gwał­tow­nie błę­kit­ne­go ognia, któ­ry roz­sze­rzał się z każ­dą chwi­lą. Szarp­ną­łem ma­te­riał w bok – oczy po­ra­ził prze­raź­li­wy po­żar. Zaj­mo­wał trze­cią część ho­ry­zon­tu. Gę­stwi­na dłu­gich, upior­nie roz­cią­gnię­tych cie­ni bie­gła wgłę­bie­nia­mi fal ku Sta­cji. To był wschód. W stre­fie, w któ­rej znaj­do­wa­ła się Sta­cja, po go­dzin­nej nocy na nie­bo wstę­po­wa­ło dru­gie, błę­kit­ne słoń­ce pla­ne­ty. Sa­mo­czyn­ny wy­łącz­nik zga­sił świa­tła su­fi­to­we, kie­dy wró­ci­łem do po­rzu­co­nych pa­pie­rów. Tra­fi­łem na zwię­zły opis do­świad­cze­nia pro­jek­to­wa­ne­go przed trze­ma ty­go­dnia­mi – Gi­ba­rian za­mie­rzał pod­dać pla­zmę dzia­ła­niu bar­dzo twar­dych pro­mie­ni rent­ge­now­skich. Z tek­stu zo­rien­to­wa­łem się, że był prze­zna­czo­ny dla Sar­to­riu­sa, któ­ry miał zor­ga­ni­zo­wać eks­pe­ry­ment – trzy­ma­łem w ręku ko­pię. Bia­łe ar­ku­sze pa­pie­ru za­czy­na­ły mnie ra­zić. Dzień, któ­ry na­stał, był inny od po­przed­nie­go. Pod po­ma­rań­czo­wym nie­bem sty­gną­ce­go słoń­ca oce­an, atra­men­to­wy z krwa­wy­mi od­bły­ska­mi, po­kry­wa­ła nie­mal za­wsze brud­no­ró­żo­wa mgła sta­pia­ją­ca w jed­no skle­pie­nie chmu­ry, fale – to wszyst­ko te­raz zni­kło. Na­wet prze­fil­tro­wa­ne przez ró­żo­wą tka­ni­nę świa­tło pło­nę­ło jak pal­nik po­tęż­nej lam­py kwar­co­wej. Opa­le­ni­zna mo­ich rąk sta­ła się w nim pra­wie sza­ra. Cały po­kój się od­mie­nił, wszyst­ko, co mia­ło od­cień czer­wo­ny, zbrą­zo­wia­ło i zbla­kło na ko­lor wą­tro­by, na­to­miast przed­mio­ty bia­łe, zie­lo­ne i żół­te wy­ostrzy­ły się w ko­lo­rze, że zda­wa­ły się pro­mie­nio­wać wła­snym bla­skiem. Mru­żąc oczy, spoj­rza­łem przez szpa­rę fi­ran­ki: nie­bo było bia­łym mo­rzem ognia, pod któ­rym drgał i dy­go­tał jak gdy­by płyn­ny me­tal. Za­ci­sną­łem po­wie­ki z roz­sze­rza­ją­cy­mi się w polu wi­dze­nia czer­wo­ny­mi krę­ga­mi. Na kon­sol­ce umy­wal­ki (jej brzeg był strza­ska­ny) od­kry­łem ciem­ne szkła za­kry­wa­ją­ce nie­mal pół twa­rzy i na­ło­ży­łem je. Za­sło­na okien­na go­rza­ła te­raz jak pło­mień sodu. Czy­ta­łem da­lej, pod­no­sząc ar­ku­sze z zie­mi i ukła­da­jąc je na je­dy­nym nie­prze­wró­co­nym sto­li­ku. Czę­ści tek­stu bra­ko­wa­ło.

Szły pro­to­ko­ły do­świad­czeń już prze­pro­wa­dzo­nych. Do­wie­dzia­łem się z nich, że pod­da­li oce­an na­pro­mie­nio­wa­niu przez czte­ry dni w punk­cie znaj­du­ją­cym się o ty­siąc czte­ry­sta mil na pół­noc­ny wschód od obec­ne­go po­ło­że­nia. Wszyst­ko to ra­zem za­sko­czy­ło mnie, po­nie­waż uży­cie pro­mie­ni rent­ge­now­skich było za­ka­za­ne kon­wen­cją ONZ ze wzglę­du na ich za­bój­cze dzia­ła­nie, a by­łem zu­peł­nie pew­ny, że nikt nie zwra­cał się do Zie­mi, aby uzy­skać na te eks­pe­ry­men­ty po­zwo­le­nie. W pew­nej chwi­li, pod­no­sząc gło­wę, zo­ba­czy­łem w lu­strze uchy­lo­nych drzwi sza­fy wła­sne od­bi­cie, śmier­tel­nie bia­łą twarz z czar­ny­mi szkła­mi. Nie­sa­mo­wi­cie wy­glą­dał po­kój pło­ną­cy bie­lą i błę­ki­tem, ale po kil­ku mi­nu­tach dało się sły­szeć prze­cią­głe zgrzy­ta­nie i z ze­wnątrz za­su­nę­ły się na okna her­me­tycz­ne kla­py; wnę­trze ściem­nia­ło i za­pa­li­ło się sztucz­ne świa­tło, dziw­nie te­raz bla­de. Ro­bi­ło się tyl­ko co­raz cie­plej, aż mia­ro­wy ton do­by­wa­ją­cy się z prze­wo­dów kli­ma­ty­za­cji upodob­nił się do wy­tę­żo­ne­go skom­le­nia. Apa­ra­tu­ry chłod­ni­cze Sta­cji pra­co­wa­ły całą mocą. Mimo to mar­twy upał wciąż jesz­cze rósł.

Do­bie­gły mnie kro­ki. Ktoś szedł ko­ry­ta­rzem. Dwo­ma bez­sze­lest­ny­mi stąp­nię­cia­mi zna­la­złem się u drzwi. Kro­ki zwol­ni­ły i za­mar­ły. Ten, kto szedł, stał za drzwia­mi. Klam­ka po­ma­łu się ugię­ła; nie my­śląc, od­ru­cho­wo chwy­ci­łem ją z mo­jej stro­ny i przy­trzy­ma­łem. Ucisk nie wzma­gał się, ale i nie słabł. Ten ktoś po dru­giej stro­nie drzwi za­cho­wy­wał się tak samo bez­gło­śnie, jak gdy­by za­sko­czo­ny. Trzy­ma­li­śmy klam­kę przez do­brą chwi­lę. Po­tem od­sko­czy­ła mi na­gle w dło­ni – pusz­czo­na wol­no – a sła­by sze­lest świad­czył, że tam­ten od­cho­dzi. Sta­łem jesz­cze, na­słu­chu­jąc, ale pa­no­wa­ła ci­sza.

GOŚCIE

Po­spiesz­nie zło­ży­łem we czwo­ro i scho­wa­łem do kie­sze­ni no­tat­ki Gi­ba­ria­na. Pod­sze­dłem z wol­na do sza­fy i zaj­rza­łem do środ­ka – kom­bi­ne­zo­ny i ubra­nia były ści­śnię­te i upcha­ne w je­den kąt, jak­by ktoś tam stał. Spod sto­su pa­pie­rów na pod­ło­dze wy­sta­wał ro­żek ko­per­ty. Pod­nio­słem ją. Była za­adre­so­wa­na do mnie. Ze ści­śnię­tym na­gle gar­dłem ro­ze­rwa­łem ko­per­tę i mu­sia­łem się prze­móc, żeby roz­ło­żyć małą kart­kę pa­pie­ru, któ­ra tkwi­ła w środ­ku.

Swo­im re­gu­lar­nym, nad­zwy­czaj drob­nym, ale czy­tel­nym pi­smem Gi­ba­rian za­no­to­wał:

Ann. So­lar. Vol. I. Anex, tak­że: Vot. Se­pa­rat. Mes­sen­ge­ra w spr. F.; Mały apo­kryf Ra­vint­ze­ra.

To było wszyst­ko, ani jed­ne­go sło­wa wię­cej. Pi­smo no­si­ło śla­dy po­śpie­chu. Czy to była ja­kaś waż­na wia­do­mość? Kie­dy to na­pi­sał? Po­my­śla­łem, że mu­szę jak naj­szyb­ciej pójść do bi­blio­te­ki. Ów aneks do pierw­sze­go so­la­ry­stycz­ne­go rocz­ni­ka zna­łem, to zna­czy, wie­dzia­łem o jego ist­nie­niu, ale nie mia­łem go ni­g­dy w ręce, przed­sta­wiał bo­wiem czy­sto hi­sto­rycz­ną war­tość. Na­to­miast o ja­kimś Ra­vint­ze­rze ani o jego Ma­łym apo­kry­fie ni­g­dy na­wet nie sły­sza­łem.

Co ro­bić?

Spóź­ni­łem się już kwa­drans. Raz jesz­cze, od drzwi, ob­ją­łem ocza­mi cały po­kój. Te­raz do­pie­ro za­uwa­ży­łem przy­twier­dzo­ne pio­no­wo do ścia­ny skła­da­ne łóż­ko, bo za­sła­nia­ła je roz­wi­nię­ta mapa So­la­ris. Za mapą coś wi­sia­ło. Był to kie­szon­ko­wy ma­gne­to­fon w fu­te­ra­le. Wy­ją­łem apa­rat, fu­te­rał po­wie­si­łem na daw­nym miej­scu, a ma­gne­to­fon wsu­ną­łem do kie­sze­ni. Spoj­rza­łem na licz­nik – pra­wie cała szpu­la była na­gra­na.

Zno­wu sta­łem przez se­kun­dę u drzwi z za­mknię­ty­mi ocza­mi, wsłu­chu­jąc się z wy­sił­kiem w ci­szę pa­nu­ją­cą na ze­wnątrz. Nic. Otwo­rzy­łem drzwi, ko­ry­tarz wy­dał mi się czar­ną cze­lu­ścią, zdją­łem do­pie­ro te­raz ciem­ne szkła i zo­ba­czy­łem sła­be świa­tła su­fi­to­we. Za­mkną­łem za sobą drzwi i po­sze­dłem w lewo, ku ra­dio­sta­cji.

Zbli­ża­łem się do okrą­głej ko­mo­ry, z któ­rej roz­cho­dzi­ły się ko­ry­ta­rze na kształt szprych koła, kie­dy mi­ja­jąc ja­kieś cia­sne, bocz­ne przej­ście wio­dą­ce, zda­je się, do ła­zie­nek, zo­ba­czy­łem wiel­ką, nie­wy­raź­ną, pra­wie zle­wa­ją­cą się z pół­mro­kiem po­stać.

Za­trzy­ma­łem się jak wry­ty. Z głę­bi owe­go od­ga­łę­zie­nia szła nie­spiesz­nym, kacz­ko­wa­tym cho­dem ogrom­na Mu­rzyn­ka. Zo­ba­czy­łem błysk jej bia­łek i pra­wie rów­no­cze­śnie usły­sza­łem mięk­kie, bose pla­śnię­cia jej stóp. Nie no­si­ła nic oprócz błysz­czą­cej żół­ta­wo, jak­by ze sło­my uple­cio­nej, spód­nicz­ki; mia­ła ol­brzy­mie, ob­wi­słe pier­si, a czar­ne ra­mio­na do­rów­ny­wa­ły udom nor­mal­ne­go czło­wie­ka; mi­nę­ła mnie, nie spoj­rzaw­szy na­wet w moją stro­nę – w od­le­gło­ści me­tra – i po­szła, ko­ły­sząc sło­nio­wa­ty­mi kłę­ba­mi, po­dob­na do owych ste­ato­py­gicz­nych rzeźb z epo­ki ka­mie­nia łu­pa­ne­go, ja­kie wi­du­je się cza­sem w mu­ze­ach an­tro­po­lo­gicz­nych. Tam, gdzie ko­ry­tarz za­krę­cał, zwró­ci­ła się w bok i znik­nę­ła w drzwiach ka­bi­ny Gi­ba­ria­na. Kie­dy je otwie­ra­ła, przez mgnie­nie sta­nę­ła w moc­niej­szym świe­tle, któ­re pa­li­ło się w po­ko­ju. Drzwi za­mknę­ły się ci­cho i zo­sta­łem sam. Pra­wą ręką ują­łem kiść le­wej i ści­sną­łem ją z ca­łej siły, aż ko­ści chrup­nę­ły. Ro­zej­rza­łem się nie­przy­tom­nie po oto­cze­niu. Co się sta­ło? Co to było? Tak na­gle, jak­by mnie ktoś ude­rzył, przy­po­mnia­łem so­bie ostrze­że­nie Snau­ta. Co to mia­ło zna­czyć? Kim była ta po­czwar­na Afro­dy­ta? Skąd się wzię­ła? Zro­bi­łem je­den, tyl­ko je­den krok w stro­nę ka­bi­ny Gi­ba­ria­na i znie­ru­cho­mia­łem. Wie­dzia­łem aż nad­to do­brze, że nie wej­dę tam. Ło­wi­łem roz­sze­rzo­ny­mi noz­drza­mi po­wie­trze. Coś się nie zga­dza­ło, coś było nie tak – ach! Od­ru­cho­wo ocze­ki­wa­łem wstręt­ne­go, wy­raź­ne­go odo­ru jej potu, ale na­wet gdy mi­ja­ła mnie o krok, ni­cze­go nie po­czu­łem.

Nie wiem, jak dłu­go sta­łem opar­ty o chłod­ny me­tal ścia­ny. Sta­cję wy­peł­nia­ła ci­sza, a je­dy­nym sły­szal­nym dźwię­kiem był od­le­gły, mo­no­ton­ny od­głos kli­ma­ty­za­cyj­nych sprę­ża­rek.

Otwar­tą ręką ude­rzy­łem się lek­ko w twarz i po­wo­li po­sze­dłem do ra­dio­sta­cji. Gdy na­ci­ska­łem klam­kę, usły­sza­łem ostry głos:

– Kto tam?

– To ja, Ke­lvin.

Sie­dział przy sto­li­ku mię­dzy sto­sem alu­mi­nio­wych pu­deł a pul­pi­tem na­daj­ni­ka i jadł pro­sto z pusz­ki mię­sny kon­cen­trat. Nie wiem, cze­mu ob­rał so­bie na miesz­ka­nie ra­dio­sta­cję. Sta­łem, ogłu­pia­ły, u drzwi, wpa­tru­jąc się w jego żu­ją­ce mia­ro­wo szczę­ki, i na­raz po­czu­łem, jaki je­stem głod­ny. Pod­sze­dłem do pó­łek, wy­bra­łem ze sto­su ta­le­rzy naj­mniej za­ku­rzo­ny i usia­dłem na­prze­ciw nie­go. Ja­kiś czas je­dli­śmy w mil­cze­niu, po­tem Snaut wstał, wy­jął ze ścien­nej szaf­ki ter­mos i na­lał nam po szklan­ce go­rą­ce­go bu­lio­nu. Sta­wia­jąc ter­mos na pod­ło­dze – na sto­li­ku nie było już miej­sca – spy­tał:

– Wi­dzia­łeś Sar­to­riu­sa?

– Nie. Gdzie on jest?

– Na gó­rze.

Na gó­rze było la­bo­ra­to­rium. Je­dli­śmy da­lej, mil­cząc, aż bla­cha za­zgrzy­ta­ła w opróż­nio­nej pusz­ce. W ra­dio­sta­cji pa­no­wa­ła noc. Okno było za­mknię­te szczel­nie z ze­wnątrz, pod su­fi­tem pło­nę­ły czte­ry okrą­głe świe­tlów­ki. Ich od­bi­cia drga­ły w pla­sty­ko­wej po­kry­wie na­daj­ni­ka.

Na­pię­tą skó­rę na ko­ściach po­licz­ko­wych Snau­ta zna­czy­ły czer­wo­ne żył­ki. Miał te­raz na so­bie czar­ny, luź­ny, po­strzę­pio­ny swe­ter.

– Jest ci coś? – spy­tał.

– Nie. A co ma mi być?

– Spo­ci­łeś się.

Otar­łem ręką czo­ło. Rze­czy­wi­ście, ocie­ka­łem po­tem; mu­sia­ła to być re­ak­cja po po­przed­nim wstrzą­sie. Pa­trzał na mnie ba­daw­czo. Czy mia­łem mu po­wie­dzieć? Wo­la­łem, żeby sam oka­zał mi wię­cej za­ufa­nia. Kto grał tu prze­ciw komu i w jaki, nie­po­ję­ty spo­sób?

– Go­rą­co jest – po­wie­dzia­łem. – Przy­pusz­cza­łem, że kli­ma­ty­za­cja le­piej u was dzia­ła.

– Za ja­kąś go­dzi­nę się wy­rów­na. Je­steś pew­ny, że to tyl­ko z go­rą­ca? – pod­niósł na mnie oczy. Żu­łem su­mien­nie, jak­bym tego nie wi­dział.

– Co masz za­miar ro­bić? – spy­tał wresz­cie, kie­dy skoń­czy­li­śmy jeść. Wrzu­cił całe na­czy­nie i pu­ste pusz­ki do umy­wal­ni pod ścia­ną i wró­cił na swój fo­tel.

– Za­sto­su­ję się do was – od­par­łem fleg­ma­tycz­nie. – Ma­cie prze­cież ja­kiś plan ba­dań? Ja­kiś nowy bo­dziec, po­dob­no rent­gen czy coś ta­kie­go, nie?

– Rent­gen? – pod­niósł brwi. – Gdzie o tym sły­sza­łeś?

– Nie pa­mię­tam już. Ktoś mi mó­wił. Może na Pro­me­te­uszu. A co? Ro­bi­cie to już?

– Nie znam szcze­gó­łów. To był po­mysł Gi­ba­ria­na. Za­czął to z Sar­to­riu­sem. Ale jak mo­żesz o tym wie­dzieć?

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

– Nie znasz szcze­gó­łów? Po­wi­nie­neś przy tym być, prze­cież to wcho­dzi w twój za­kres – nie do­koń­czy­łem. Mil­czał. Skom­le­nie do­cho­dzą­ce z kli­ma­ty­za­to­rów uci­chło, a i tem­pe­ra­tu­ra utrzy­my­wa­ła się na zno­śnym po­zio­mie. W po­wie­trzu wi­siał tyl­ko nie­ustan­ny wy­so­ki ton, jak brzęk ko­na­ją­cej mu­chy. Snaut wstał, pod­szedł do ste­ru­ją­ce­go pul­pi­tu i za­czął pstry­kać kon­tak­ta­mi bez żad­ne­go sen­su, bo głów­ny wy­łącz­nik stał w mar­twej po­zy­cji. Ba­wił się tak chwi­lę, aż nie od­wra­ca­jąc gło­wy, za­uwa­żył:

– Trze­ba bę­dzie do­peł­nić for­mal­no­ści w związ­ku z tym… wiesz.

– Tak?

Od­wró­cił się i spoj­rzał na mnie jak­by bli­ski wście­kło­ści. Nie mogę po­wie­dzieć, że umyśl­nie sta­ra­łem się wy­pro­wa­dzić go z rów­no­wa­gi, ale nie ro­zu­mie­jąc nic z gry, któ­ra się tu to­czy­ła, wo­la­łem być wstrze­mięź­li­wy. Ości­sta grdy­ka cho­dzi­ła mu nad czar­ną rurą swe­tra.

– By­łeś u Gi­ba­ria­na – po­wie­dział na­gle. To nie było py­ta­nie. Pod­nio­słem brwi i pa­trza­łem mu spo­koj­nie w twarz.

– By­łeś w jego po­ko­ju – po­wtó­rzył.

Zro­bi­łem mały ruch gło­wą, jak gdy­bym mó­wił „po­wiedz­my”, „daj­my na to”.

Chcia­łem, żeby da­lej mó­wił.

– Kto tam był? – spy­tał. Wie­dział o niej!!!

– Nikt. A któż by tam mógł być? – spy­ta­łem.

– To dla­cze­go mnie nie wpu­ści­łeś?

Uśmiech­ną­łem się.

– Bo się prze­stra­szy­łem. Po two­im ostrze­że­niu, kie­dy klam­ka się ru­szy­ła, przy­trzy­ma­łem ją od­ru­cho­wo. Dla­cze­go nie po­wie­dzia­łeś, że to ty? Był­bym cię wpu­ścił.

– My­śla­łem, że to Sar­to­rius – po­wie­dział nie­pew­nie.

– Więc co z tego?

– Co są­dzisz o tym… co się tam sta­ło? – od­pa­ro­wał py­ta­nie py­ta­niem.

Za­wa­ha­łem się.

– Mu­sisz wie­dzieć le­piej ode mnie. Gdzie on jest?

– W chłod­ni – od­po­wie­dział na­tych­miast. – Prze­nie­śli­śmy go za­raz rano… ze wzglę­du na upał.

– Gdzie go zna­la­złeś?

– W sza­fie.

– W sza­fie? Nie żył już?

– Ser­ce biło jesz­cze, ale nie od­dy­chał. To była ago­nia.

– Pró­bo­wa­łeś go ra­to­wać?

– Nie.

– Dla­cze­go?

Za­wa­hał się.

– Nie zdą­ży­łem. Umarł, nim go po­ło­ży­łem.

– Stał w sza­fie? Mię­dzy tymi kom­bi­ne­zo­na­mi?

– Tak.

Pod­szedł do ma­łe­go biur­ka w ką­cie i przy­niósł le­żą­cy na nim ar­kusz. Po­ło­żył go przede mną.

– Spi­sa­łem taki pro­wi­zo­rycz­ny pro­to­kół – po­wie­dział. – To na­wet do­brze, że obej­rza­łeś so­bie po­kój. Przy­czy­na zgo­nu… za­strzyk śmier­tel­nej daw­ki per­no­sta­lu. Tu masz to na­pi­sa­ne…

Prze­bie­głem ocza­mi krót­ki tekst.

– Sa­mo­bój­stwo… – po­wtó­rzy­łem ci­cho. – A przy­czy­na?

– Roz­strój… de­pre­sja… czy jak to na­zwać. Znasz się na tym le­piej ode mnie.

– Znam się tyl­ko na tym, co sam wi­dzę – od­po­wie­dzia­łem i spoj­rza­łem mu z dołu w oczy, bo stał nade mną.

– Co chcesz przez to po­wie­dzieć? – spy­tał spo­koj­nie.

– Za­strzyk­nął so­bie per­no­stal i scho­wał się do sza­fy, tak? Je­że­li tak było, to nie de­pre­sja, nie ża­den roz­strój, ale ostra psy­cho­za. Pa­ra­no­ja… Pew­no mu się zda­wa­ło, że coś wi­dzi… – mó­wi­łem co­raz wol­niej, pa­trząc mu w oczy.

Od­szedł do ra­dio­we­go pul­pi­tu i zno­wu za­czął pstry­kać kon­tak­ta­mi.

– Tu jest twój pod­pis – ode­zwa­łem się po chwi­li mil­cze­nia. – A Sar­to­rius?

– Jest w la­bo­ra­to­rium. Mó­wi­łem ci już. Nie po­ka­zu­je się: przy­pusz­czam, że…

– Że co?

– Że się za­mknął.

– Za­mknął się? Ach. Za­mknął się. Pro­szę. Może się za­ba­ry­ka­do­wał?

– Może.

– Snaut… – po­wie­dzia­łem – na Sta­cji prze­by­wa ktoś.

– Wi­dzia­łeś?!

Pa­trzał na mnie po­chy­lo­ny.

– Ostrze­ga­łeś mnie. Przed kim? Czy to ha­lu­cy­na­cja?

– Co wi­dzia­łeś?

– To jest czło­wiek, co?

Mil­czał. Od­wró­cił się ku ścia­nie, jak­by nie chciał, że­bym ob­ser­wo­wał jego twarz. Bęb­nił pal­ca­mi po me­ta­lo­wym prze­pie­rze­niu. Po­pa­trza­łem na jego ręce. Na kost­kach nie było już śla­du krwi. Do­zna­łem krót­kie­go jak błysk olśnie­nia.

– Ta oso­ba jest re­al­na – po­wie­dzia­łem ci­cho, pra­wie szep­tem, jak­bym prze­ka­zy­wał mu ta­jem­ni­cę, któ­ra może być pod­słu­cha­na. – Co? Moż­na ją… do­tknąć. Moż­na ją… zra­nić… ostat­ni raz wi­dzia­łeś ją dzi­siaj.

– Skąd wiesz?

Nie od­wró­cił się. Stał przy sa­mej ścia­nie, do­ty­ka­jąc jej pier­sią tak, jak tra­fi­ły go moje sło­wa.

– Bez­po­śred­nio przed moim lą­do­wa­niem… Nie­dłu­go przed­tem…?

Skur­czył się jak od ude­rze­nia. Zo­ba­czy­łem jego osza­la­łe oczy.

– Ty?!!! – wy­krztu­sił – kto TY je­steś?

Wy­glą­dał, jak­by się chciał na mnie rzu­cić. Tego nie ocze­ki­wa­łem. Sy­tu­acja sta­nę­ła na gło­wie. Nie wie­rzył, że je­stem tym, za kogo się po­da­ję? Co to mia­ło zna­czyć!? Pa­trzał na mnie z naj­wyż­szym prze­ra­że­niem. Czy to był już obłęd? Za­tru­cie? Wszyst­ko sta­wa­ło się moż­li­we. Ale wi­dzia­łem ją – tę stwo­rę, a za­tem i ja sam… tak­że…?

– Kto to był? – spy­ta­łem. Sło­wa te uspo­ko­iły go. Przez chwi­lę pa­trzał na mnie ba­daw­czo, jak­by mi jesz­cze nie do­wie­rzał. Wie­dzia­łem już, że to fał­szy­we po­cią­gnię­cie i że mi nie od­po­wie, nim jesz­cze otwo­rzył usta.

Usiadł po­wo­li na fo­te­lu i ści­snął gło­wę rę­ka­mi.

– Co tu się dzie­je… – po­wie­dział ci­cho. – Ma­li­gna…

– Kto to był? – spy­ta­łem raz jesz­cze.

– Je­że­li nie wiesz… – mruk­nął.

– To co?

– To nic.

– Snaut – po­wie­dzia­łem – je­ste­śmy do­sta­tecz­nie da­le­ko od domu. Za­graj­my w otwar­te kar­ty. Wszyst­ko jest i tak po­gma­twa­ne.

– O co ci cho­dzi?

– Że­byś po­wie­dział, kogo wi­dzia­łeś.

– A ty…? – rzu­cił po­dejrz­li­wie.

– Go­nisz w pięt­kę. Po­wiem ci i ty mi po­wiesz. Mo­żesz być spo­koj­ny, nie we­zmę cię za wa­ria­ta, bo wiem…

– Za wa­ria­ta! Wiel­ki Boże! – pró­bo­wał się ro­ze­śmiać. – Czło­wie­ku, ależ ty nic, zu­peł­nie nic… ależ to by­ło­by zba­wie­niem. Gdy­by on przez chwi­lę uwie­rzył, że to obłęd, nie zro­bił­by tego, żył­by…

– Więc to, co na­pi­sa­łeś w pro­to­ko­le o roz­stro­ju, jest kłam­stwem?

– Oczy­wi­ście!

– Dla­cze­go nie na­pi­szesz praw­dy?

– Dla­cze­go…? – po­wtó­rzył.

Za­pa­dło mil­cze­nie. Zno­wu by­łem w zu­peł­nej ciem­no­ści, nie poj­mo­wa­łem ni­cze­go, a przez chwi­lę zda­wa­ło mi się, że uda mi się go prze­ko­nać i wspól­ny­mi si­ła­mi za­ata­ku­je­my za­gad­kę. Dla­cze­go, dla­cze­go nie chciał mó­wić?!

– Gdzie są au­to­ma­ty? – ode­zwa­łem się.

– W ma­ga­zy­nach. Za­mknę­li­śmy wszyst­kie, z wy­jąt­kiem ob­słu­gi lot­ni­ska.

– Dla­cze­go?

Zno­wu nie od­po­wie­dział.

– Nie po­wiesz?

– Nie mogę.

Był w tym ja­kiś ele­ment, któ­re­go nie umia­łem po­chwy­cić. Może pójść na górę, do Sar­to­riu­sa? Na­raz przy­po­mnia­łem so­bie kart­kę i to wy­da­ło mi się w tej chwi­li naj­waż­niej­sze.

– Czy wy­obra­żasz so­bie dal­szą pra­cę w ta­kich wa­run­kach? – spy­ta­łem.

Wzru­szył po­gar­dli­wie ra­mio­na­mi.

– Cóż to ma za zna­cze­nie?

– Ach tak? Więc co masz za­miar ro­bić?

Mil­czał. W ci­szy dał się sły­szeć da­le­ki od­głos bo­se­go stą­pa­nia. Po­śród ni­klo­wych i pla­sty­ko­wych apa­ra­tów, wy­so­kich szaf z elek­tro­no­wą apa­ra­tu­rą, szkieł, pre­cy­zyj­nych apa­ra­tów ów czła­pią­cy, roz­la­zły chód brzmiał jak bła­zeń­ska sztucz­ka ko­goś nie­speł­na ro­zu­mu. Stą­pa­nie się zbli­ża­ło. Wsta­łem, ob­ser­wu­jąc z naj­więk­szym na­pię­ciem Snau­ta. Na­słu­chi­wał z ocza­mi zmru­żo­ny­mi w szpar­ki, ale wca­le nie wy­da­wał się prze­stra­szo­ny. A więc nie  j e j  się bał??

– Skąd się wzię­ła? – spy­ta­łem. A gdy zwle­kał: – Nie chcesz po­wie­dzieć?

– Nie wiem.

– Do­brze.

Stą­pa­nie od­da­li­ło się i uci­chło.

– Nie wie­rzysz mi? – po­wie­dział. – Daję ci sło­wo, że nie wiem.

Mil­cząc, otwo­rzy­łem sza­fę ze ska­fan­dra­mi i za­czą­łem roz­py­chać ich cięż­kie, pu­ste po­wło­ki. Jak się tego spo­dzie­wa­łem, w głę­bi, na ha­kach, wi­sia­ły pi­sto­le­ty ga­zo­we słu­żą­ce do po­ru­sza­nia się w bez­gra­wi­ta­cyj­nej próż­ni. Nie były wie­le war­te, ale sta­no­wi­ły prze­cież ja­kąś broń. Wo­la­łem taką od żad­nej. Spraw­dzi­łem ła­dow­ni­cę i prze­wie­si­łem przez ra­mię rze­myk fu­te­ra­łu. Snaut ob­ser­wo­wał mnie bacz­nie. Kie­dy re­gu­lo­wa­łem dłu­gość rze­my­ka, po­ka­zał żół­te zęby w szy­der­czym uśmie­chu.

– Szczę­śli­wych ło­wów! – po­wie­dział.

– Dzię­ku­ję ci za wszyst­ko – od­par­łem, idąc do drzwi. Ze­rwał się z fo­te­la.

– Ke­lvin!

Po­pa­trzy­łem na nie­go. Już się nie uśmie­chał. Nie wiem, czy wi­dzia­łem kie­dy tak umę­czo­ną twarz.

– Ke­lvin, to nie jest… ja… na­praw­dę nie mogę – wy­beł­ko­tał. Cze­ka­łem, czy jesz­cze coś po­wie, ale tyl­ko po­ru­szał usta­mi, jak­by chciał coś z nich wy­rzu­cić.

Od­wró­ci­łem się i wy­sze­dłem bez sło­wa.

SARTORIUS

Ko­ry­tarz był pu­sty. Pro­wa­dził naj­pierw pro­sto, po­tem za­krę­cał w pra­wo. Nie by­łem ni­g­dy na Sta­cji, ale przez sześć ty­go­dni miesz­ka­łem – w ra­mach wstęp­ne­go tre­nin­gu – w jej do­kład­nej ko­pii znaj­du­ją­cej się w in­sty­tu­cie, na Zie­mi. Wie­dzia­łem, do­kąd pro­wa­dzą schod­ki o alu­mi­nio­wych stop­niach. Bi­blio­te­ka była nie­oświe­tlo­na. Po omac­ku od­na­la­złem kon­takt. Kie­dy wy­szu­ka­łem w kar­to­te­ce pierw­szy tom so­la­ryj­skie­go rocz­ni­ka wraz z anek­sem, po na­ci­śnię­ciu kla­wi­sza za­pa­li­ło się czer­wo­ne świa­teł­ko. Spraw­dzi­łem w re­je­stra­to­rze – książ­ka znaj­do­wa­ła się u Gi­ba­ria­na, po­dob­nie jak dru­ga – ów Mały apo­kryf. Zga­si­łem świa­tło i wró­ci­łem na dół. Ba­łem się wejść do jego ka­bi­ny mimo za­sły­sza­nych przed­tem kro­ków. Mo­gła tam wró­cić. Ja­kiś czas sta­łem przed drzwia­mi, aż za­ci­ska­jąc szczę­ki, prze­mo­głem się i wsze­dłem.

Oświe­tlo­ny po­kój był pu­sty. Za­czą­łem prze­rzu­cać książ­ki le­żą­ce na pod­ło­dze u okna; w pew­nej chwi­li pod­sze­dłem do sza­fy i za­mkną­łem ją. Nie mo­głem pa­trzeć w to pu­ste miej­sce po­mię­dzy kom­bi­ne­zo­na­mi. Pod oknem anek­su nie było. Prze­kła­da­łem me­to­dycz­nie tom za to­mem, aż do­tarł­szy do ostat­niej kupy ksią­żek spo­czy­wa­ją­cych mię­dzy łóż­kiem a sza­fą od­na­la­złem po­szu­ki­wa­ny tom.

Mia­łem na­dzie­ję, że od­naj­dę w nim ja­kąś wska­zów­kę, i rze­czy­wi­ście – w spi­sie na­zwisk tkwi­ła za­kład­ka; czer­wo­nym ołów­kiem za­kre­ślo­ne zo­sta­ło na­zwi­sko, któ­re mi nic nie mó­wi­ło: An­dré Ber­ton. Wy­stę­po­wa­ło na dwu róż­nych stro­nach. Zaj­rza­łem naj­pierw w miej­scu wcze­śniej­szym i do­wie­dzia­łem się, że Ber­ton był re­zer­wo­wym pi­lo­tem stat­ku Shan­na­ha­na. Na­stęp­na wzmian­ka o nim znaj­do­wa­ła się z górą sto stron da­lej. Bez­po­śred­nio po lą­do­wa­niu eks­pe­dy­cja po­stę­po­wa­ła z nad­zwy­czaj­ną ostroż­no­ścią, ale gdy po szes­na­stu dniach oka­za­ło się, że pla­zma­tycz­ny oce­an nie tyl­ko nie wy­ka­zu­je żad­nych oznak agre­syw­no­ści, ale cofa się przed każ­dym zbli­ża­nym do jego po­wierzch­ni przed­mio­tem i jak może, uni­ka bez­po­śred­nie­go kon­tak­tu z apa­ra­ta­mi czy ludź­mi, Shan­na­han i jego za­stęp­ca Ti­mo­lis znie­śli część po­dyk­to­wa­nych ostroż­no­ścią ob­ostrzeń po­stę­po­wa­nia, gdyż nad wy­raz utrud­nia­ły i opóź­nia­ły pro­wa­dze­nie prac.

Eks­pe­dy­cja zo­sta­ła wów­czas roz­bi­ta na małe, dwu- i trzy­oso­bo­we gru­py do­ko­nu­ją­ce kil­ku­set­mi­lo­wych nie­raz lo­tów nad oce­anem; uży­wa­ne po­przed­nio jako osło­na mio­ta­cze, za­my­ka­ją­ce te­ren prac, umiesz­czo­no w Ba­zie. Pierw­sze czte­ry dni po tej zmia­nie me­to­dy­ki upły­nę­ły bez ja­kich­kol­wiek wy­pad­ków, je­śli nie li­czyć tra­fia­ją­cych się od cza­su do cza­su uszko­dzeń apa­ra­tu­ry tle­no­wej ska­fan­drów, gdyż wy­lo­to­we za­wo­ry oka­za­ły się wraż­li­we na ko­ro­du­ją­ce dzia­ła­nie tru­ją­cej at­mos­fe­ry. W związ­ku z tym trze­ba je było co­dzien­nie pra­wie zmie­niać na nowe.

W dniu pią­tym, a dwu­dzie­stym pierw­szym, li­cząc od mo­men­tu lą­do­wa­nia, dwóch ba­da­czy, Ca­ruc­ci i Fech­ner (pierw­szy był ra­dio­lo­giem, a dru­gi fi­zy­kiem), do­ko­na­ło eks­plo­ra­cyj­ne­go lotu nad oce­anem w ma­łym dwu­oso­bo­wym ae­ro­mo­bi­lu. Nie był to po­jazd la­ta­ją­cy, ale śli­zgo­wiec, któ­ry po­ru­sza się na po­dusz­ce zgęsz­czo­ne­go po­wie­trza.

Gdy po sze­ściu go­dzi­nach nie wró­ci­li, Ti­mo­lis, któ­ry za­wia­dy­wał Bazą pod nie­obec­ność Shan­na­ha­na, za­rzą­dził alarm i wy­słał wszyst­kich do­stęp­nych lu­dzi na po­szu­ki­wa­nia.

Fa­tal­nym zbie­giem oko­licz­no­ści łącz­ność ra­dio­wa urwa­ła się tego dnia oko­ło go­dzi­ny po wy­ru­sze­niu grup eks­plo­ra­cyj­nych; przy­czy­ną była wiel­ka pla­ma czer­wo­ne­go słoń­ca wy­sy­ła­ją­ca sil­ne pro­mie­nio­wa­nie kor­pu­sku­lar­ne w wierzch­nie war­stwy at­mos­fe­ry. Dzia­ła­ły je­dy­nie apa­ra­ty fal ul­tra­krót­kich, umoż­li­wia­jąc po­ro­zu­mie­wa­nie się na od­le­głość nie­prze­kra­cza­ją­cą dwu­dzie­stu kil­ku mil. Na do­miar złe­go przed za­cho­dem słoń­ca mgła zgęst­nia­ła i po­szu­ki­wa­nia trze­ba było prze­rwać.