Solaris - Stanisław Lem - ebook + książka

Solaris ebook

Stanisław Lem

4,3

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Najsłynniejsza powieść Lema, należąca do kanonu literatury XX wieku, przetłumaczona na 40 języków i wydana w łącznym nakładzie kilkunastu milionów egzemplarzy. Pomimo dwóch nakręconych z rozmachem filmowych adaptacji pozostaje książką nieustannie odkrywaną na nowo przez kolejne pokolenia czytelników. Przejmująca historia kontaktu z obcą inteligencją stanowi tło dla rozważań o ograniczeniach naszego umysłu i specyfice ludzkiego poznania. Dla jednych historia miłosna, dla innych traktat filozoficzny – arcydzieło Lema wymyka się wszelkim ostatecznym interpretacjom.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 283

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (270 ocen)
138
88
34
10
0
Sortuj według:
bermich65

Nie oderwiesz się od lektury

Odkryłam Lema po raz drugi po latach, które upłynęły od męki czytania Opowieści o pilocie Porcie, który ongiś był lekturą. Onieśmiela mądrością, przenikliwością i plastycznością języka.
10
przyj0kr

Całkiem niezła

Podziwiam wyobraźnię autora i dopracowanie każdego szczegółu. Zwłaszcza, że było to 60 lat temu. Jednak fabuła mnie nie wciągnęła. Chyba przyzwyczaiłem się do treści bardziej dynamicznych a mniej filozoficznych.
00
Tyska23

Nie oderwiesz się od lektury

Nie lubię fantastyki. Po Solaris sięgnęłam z uwagi na dobre recenzje dla twórczości Lema. I mimo, że nie lubię tego gatunku to książka mi się podobała a to chyba najlepszy dowód, że jest świetna. (Niektóre opisy są dla mnie tylko lekko przydługie)
00
sylwiazawada

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniala książka, czytałam ją jakiś czas temu, zostały we mnie opisy oceanu... ale też doświadczanie swoich leków i wyrzutów sumienia. Bardzo proszę o audiobooka 🙏🙏
00
Anjanka

Dobrze spędzony czas

Nie darzę gatunku science- fiction jakimś wyjątkowo gorącym uczuciem ale wybiegam czasem poza swoją czytelniczą strefę komfortu i sięgam po inne gatunki, niż te, w których zwykle się "obracam". Po Solaris sięgnęłam, ponieważ od jakiegoś już czasu chodziła mi ta książka po głowie i byłam jej po prostu ciekawa. Przebrnięcie przez nią okazało się dla mnie nie lada wyczynem. Już na samym wstępie poraził mnie ten duszny, gęsty klimat grozy i wszechogarniającego napięcia, i tutaj duży plus dla autora za ciekawy ale dość specyficzny sposób prowadzenia narracji, wtrącanymi tu i ówdzie neologizmami, które same w sobie są naprawdę dość oryginalne, ale już późniejsze, zbyt dlugie opisy i filozoficzno- solarystyczne dywagacje na temat naukowych procesów i solarystycznej rzeczywistości trochę mnie zmęczyły i zniechęcały do dalszego czytania. Udało mi się jednak przebrnąć przez tę najbardziej morderczą (🤪) dla mnie część lektury, po czym odetchnęłam z ulgą i cieszyłam się, że mam to już za sobą. ...
00

Popularność




Sta­ni­sław Lem

"So­la­ris"

© Co­py­ri­ght by To­masz Lem, 2016

pro­jekt okład­ki: Anna Ma­ria Su­cho­dol­ska

zdję­cie na okład­ce: © Cze­sław Cza­pliń­ski/FO­TO­NO­VA

© Co­py­ri­ght for this edi­tion: Pro Auc­to­re Woj­ciech Ze­mek

www.lem.pl

ISBN 978-83-63471-02-6

Kra­ków

2019

wy­da­nie dru­gie po­pra­wio­ne

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Stanisław Lem

SOLARIS (frag­ment)

Spis treści

Przy­bysz

So­la­ry­ści

Go­ście

Sar­to­rius

Ha­rey

Mały apo­kryf

Na­ra­da

Po­two­ry

Płyn­ny tlen

Roz­mo­wa

My­śli­cie­le

Sny

Suk­ces

Sta­ry mi­mo­id

PRZYBYSZ

O dzie­więt­na­stej cza­su po­kła­do­we­go ze­sze­dłem, mi­ja­jąc sto­ją­cych wo­kół stud­ni, po me­ta­lo­wych szcze­blach do wnę­trza za­sob­ni­ka. Było w nim aku­rat tyle miej­sca, aby unieść łok­cie. Po wkrę­ce­niu koń­ców­ki w prze­wód wy­sta­ją­cy ze ścia­ny ska­fan­der się wy­dął i od­tąd nie mo­głem już wy­ko­nać naj­mniej­sze­go ru­chu. Sta­łem – czy ra­czej wi­sia­łem – w po­wietrz­nym łożu ze­spo­lo­ny w jed­ną ca­łość z me­ta­lo­wą sko­ru­pą.

Pod­nió­sł­szy oczy, zo­ba­czy­łem przez wy­pu­kłą szy­bę ścia­ny stud­ni i, wy­żej, schy­lo­ną nad nią twarz Mod­dar­da. Zni­kła za­raz i za­pa­dła ciem­ność, bo z góry na­ło­żo­no cięż­ki ochron­ny sto­żek. Sły­sza­łem ośmio­krot­nie po­wtó­rzo­ny świst mo­to­rów elek­trycz­nych, któ­re do­cią­ga­ły śru­by. Po­tem – syk wpusz­cza­ne­go do amor­ty­za­to­rów po­wie­trza. Wzrok przy­wy­kał do ciem­no­ści. Wi­dzia­łem już se­le­dy­no­wy kon­tur je­dy­ne­go wskaź­ni­ka.

– Go­tów, Ke­lvin? – roz­le­gło się w słu­chaw­kach.

– Go­tów, Mod­dard – od­po­wie­dzia­łem.

– Nie troszcz się o nic. Sta­cja cię od­bie­rze – po­wie­dział. – Szczę­śli­wej dro­gi!

Nim zdą­ży­łem od­po­wie­dzieć, coś zgrzyt­nę­ło w gó­rze i za­sob­nik drgnął. Na­pią­łem od­ru­cho­wo mię­śnie, lecz nic wię­cej się nie sta­ło.

– Kie­dy start? – spy­ta­łem i usły­sza­łem szmer, jak­by zia­ren­ka naj­drob­niej­sze­go pia­sku sy­pa­ły się na mem­bra­nę.

– Le­cisz już, Ke­lvin. Bądź zdrów! – od­po­wie­dział bli­ski głos Mod­dar­da. Za­nim w to uwie­rzy­łem, na wprost mo­jej twa­rzy roz­war­ła się sze­ro­ka szcze­li­na, przez któ­rą zo­ba­czy­łem gwiaz­dy. Na próż­no usi­ło­wa­łem od­szu­kać alfę Wod­ni­ka, ku któ­rej od­la­ty­wał Pro­me­te­usz. Nie­bo tych stron Ga­lak­ty­ki nic mi nie mó­wi­ło, nie zna­łem ani jed­nej kon­ste­la­cji, w wą­skim okien­ku trwał roz­iskrzo­ny kurz. Cze­ka­łem, kie­dy pierw­sza gwiaz­da za­fi­lu­je. Nie do­strze­głem tego. Za­czę­ły tyl­ko słab­nąć i zni­ka­ły, roz­pły­wa­jąc się w ru­dzie­ją­cym tle. Zro­zu­mia­łem, że je­stem już w wierzch­nich war­stwach at­mos­fe­ry. Sztyw­ny, otu­lo­ny pneu­ma­tycz­ny­mi po­dusz­ka­mi, mo­głem pa­trzeć tyl­ko przed sie­bie. Wciąż jesz­cze nie było ho­ry­zon­tu. Le­cia­łem i le­cia­łem, wca­le tego nie czu­jąc, tyl­ko po­wo­li, pod­stęp­nie cia­ło moje ob­le­wał żar. Na ze­wnątrz zbu­dził się ci­chy, prze­ni­kli­wy świer­got jak­by me­ta­lu po mo­krym szkle. Gdy­by nie cy­fry wy­ska­ku­ją­ce w otwo­rze wskaź­ni­ka, nie zda­wał­bym so­bie spra­wy z gwał­tow­no­ści upad­ku. Gwiazd już nie było. Prze­zier­nik wy­peł­nia­ła ruda ja­sność. Sły­sza­łem cięż­ki chód wła­sne­go tęt­na, twarz pa­li­ła, na kar­ku czu­łem zim­ny po­wiew kli­ma­ty­za­to­ra; ża­ło­wa­łem, że nie uda­ło mi się zo­ba­czyć Pro­me­te­usza – mu­siał być już poza za­się­giem wi­docz­no­ści, kie­dy au­to­ma­tycz­ne urzą­dze­nie otwar­ło prze­zier­nik.

Za­sob­nik za­dy­go­tał raz i dru­gi, za­wi­bro­wał nie­zno­śnie, drże­nie to prze­szło przez wszyst­kie po­wło­ki izo­la­cyj­ne, przez po­wietrz­ne po­dusz­ki i wtar­gnę­ło w głąb mego cia­ła – se­le­dy­no­wy kon­tur wskaź­ni­ka roz­ma­zał się. Pa­trza­łem na to bez stra­chu. Nie przy­le­cia­łem z tak da­le­ka, aby zgi­nąć u celu.

– Sta­cja So­la­ris – po­wie­dzia­łem. – Sta­cja So­la­ris, Sta­cja So­la­ris! Zrób­cie coś. Zda­je się, że tra­cę sta­bi­li­za­cję. Sta­cja So­la­ris, tu przy­bysz. Od­biór.

I zno­wu prze­ga­pi­łem waż­ny mo­ment uka­za­nia się pla­ne­ty. Roz­po­star­ła się ol­brzy­mia, pła­ska; z roz­mia­ru smug na jej po­wierzch­ni mo­głem się zo­rien­to­wać, że je­stem jesz­cze da­le­ko. A wła­ści­wie – wy­so­ko, bo mi­ną­łem już tę nie­po­chwyt­ną gra­ni­cę, u któ­rej od­le­głość od cia­ła nie­bie­skie­go sta­je się wy­so­ko­ścią. Spa­da­łem. Wciąż spa­da­łem. Czu­łem to te­raz, na­wet za­mknąw­szy oczy. Otwar­łem je na­tych­miast, bo chcia­łem jak naj­wię­cej wi­dzieć.

Wy­cze­ka­łem kil­ka­dzie­siąt se­kund ci­szy i po­no­wi­łem we­zwa­nia. I tym ra­zem nie otrzy­ma­łem od­po­wie­dzi. W słu­chaw­kach sal­wa­mi po­wta­rza­ły się trza­ski at­mos­fe­rycz­nych wy­ła­do­wań. Ich tłem był szum, tak głę­bo­ki i ni­ski, jak­by sta­no­wił głos sa­mej pla­ne­ty. Po­ma­rań­czo­we nie­bo w prze­zier­ni­ku za­szło biel­mem. Jego szkło ściem­nia­ło; od­ru­cho­wo skur­czy­łem się, na ile po­zwo­li­ły pneu­ma­tycz­ne ban­da­że, za­nim w na­stęp­nej se­kun­dzie po­ją­łem, że to chmu­ry. Jak zdmuch­nię­ta, ła­wi­ca ich ule­cia­ła w górę. Szy­bo­wa­łem da­lej raz w słoń­cu, raz w cie­niu, za­sob­nik ob­ra­cał się wzdłuż pio­no­wej osi i ol­brzy­mia, jak­by spuch­nię­ta, tar­cza sło­necz­na mia­ro­wo prze­pły­wa­ła przed moją twa­rzą, po­ja­wia­jąc się z le­wej i za­cho­dząc po pra­wej. Na­raz po­przez szum i trza­ski pro­sto w ucho za­czął ga­dać da­le­ki głos:

– Sta­cja So­la­ris do przy­by­sza, Sta­cja So­la­ris do przy­by­sza. Wszyst­ko w po­rząd­ku. Przy­bysz pod kon­tro­lą Sta­cji. Sta­cja So­la­ris do przy­by­sza, przy­go­to­wać się na lą­do­wa­nie w chwi­li zero, po­wta­rzam, przy­go­to­wać się do lą­do­wa­nia w chwi­li zero, uwa­ga, za­czy­nam. Dwie­ście pięć­dzie­siąt, dwie­ście czter­dzie­ści dzie­więć, dwie­ście czter­dzie­ści osiem…

Po­szcze­gól­ne sło­wa prze­dzie­lo­ne były ułam­ko­wy­mi miauk­nię­cia­mi świad­czą­cy­mi o tym, że nie mówi czło­wiek. To było co naj­mniej dziw­ne. Nor­mal­nie, kto żyw, bie­gnie na lot­ni­sko, kie­dy przy­by­wa ktoś nowy, i do tego jesz­cze pro­sto z Zie­mi. Nie mo­głem się jed­nak dłu­żej nad tym za­sta­na­wiać, bo ogrom­ny krąg, jaki za­ta­cza­ło wo­kół mnie słoń­ce, sta­nął dęba wraz z rów­ni­ną, ku któ­rej le­cia­łem; po tym prze­chy­le na­stą­pił dru­gi, w prze­ciw­ną stro­nę; ko­ły­sa­łem się jak cię­żar ol­brzy­mie­go wa­ha­dła i wal­cząc z za­wro­tem gło­wy, zo­ba­czy­łem na wsta­ją­cym jak ścia­na prze­stwo­rzu pla­ne­ty – prę­go­wa­nym brud­no­li­lio­wy­mi i czar­nia­wy­mi smu­ga­mi – drob­niut­ką sza­chow­ni­cę bia­łych i zie­lo­nych kro­pek – znak orien­ta­cyj­ny Sta­cji. Za­ra­zem z trza­skiem ode­rwa­ło się coś od wierz­chu za­sob­ni­ka – dłu­gi na­szyj­nik pier­ścien­ne­go spa­do­chro­nu, któ­ry za­fur­ko­tał gwał­tow­nie; w od­gło­sie tym było coś nie­wy­po­wie­dzia­nie ziem­skie­go – pierw­szy po tylu mie­sią­cach szum praw­dzi­we­go wia­tru.

Wszyst­ko za­czę­ło się dziać bar­dzo szyb­ko. Do­tąd wie­dzia­łem tyl­ko, że spa­dam. Te­raz to zo­ba­czy­łem. Bia­ło-zie­lo­na sza­chow­ni­ca ro­sła gwał­tow­nie, wie­dzia­łem już, że jest wy­ma­lo­wa­na na wy­dłu­żo­nym, wie­lo­ry­bim, sre­brzy­ście lśnią­cym kor­pu­sie, z wy­sta­ją­cy­mi po bo­kach igła­mi ra­da­ro­wych czuj­ni­ków, ze szpa­le­ra­mi ciem­niej­szych otwo­rów okien­nych, że ten me­ta­lo­wy ko­los nie spo­czy­wa na po­wierzch­ni pla­ne­ty, lecz wisi nad nią, cią­gnąc po atra­men­to­wo­czar­nym tle swój cień, elip­tycz­ną pla­mę ciem­no­ści jesz­cze głęb­szej. Rów­no­cze­śnie do­strze­głem na­bie­głe fio­le­tem bruz­dy oce­anu, któ­re ujaw­ni­ły sła­by ruch, na­raz chmu­ry ode­szły wy­so­ko, ob­ję­te na obrze­żach ośle­pia­ją­cym szkar­ła­tem, nie­bo mię­dzy nimi sta­nę­ło da­le­kie i pła­skie, bu­ro­po­ma­rań­czo­we i wszyst­ko się roz­ma­za­ło: wpa­dłem w kor­ko­ciąg. Nim zdą­ży­łem się ode­zwać, krót­kie ude­rze­nie przy­wró­ci­ło za­sob­ni­ko­wi pio­no­wą po­zy­cję, w prze­zier­ni­ku roz­iskrzył się rtę­cio­wym świa­tłem sfa­lo­wa­ny aż po dym­ny ho­ry­zont oce­an; war­czą­ce liny i pier­ście­nie spa­do­chro­nu od­cze­pi­ły się na­gle i po­le­cia­ły nad fa­la­mi, nie­sio­ne wia­trem, a za­sob­nik za­huś­tał się mięk­ko, owym szcze­gól­nym, zwol­nio­nym ru­chem, jak zwy­kle w sztucz­nym si­ło­wym polu, i ob­su­nął się w dół. Ostat­nią rze­czą, jaką zdą­ży­łem zo­ba­czyć, były kra­to­we ka­ta­pul­ty lot­ni­cze i dwa wzno­szą­ce się chy­ba na kil­ka pię­ter lu­stra ażu­ro­wych ra­dio­te­le­sko­pów. Coś unie­ru­cho­mi­ło za­sob­nik z prze­raź­li­wym dźwię­kiem sta­li ude­rza­ją­cej sprę­ży­ście o stal, coś ode­mknę­ło się pode mną i z prze­cią­głym, sa­pli­wym wes­tchnie­niem me­ta­lo­wa łu­pi­na, w któ­rej tkwi­łem wy­pro­sto­wa­ny, za­koń­czy­ła swo­ją stu­osiem­dzie­się­cio­ki­lo­me­tro­wą po­dróż.

– Sta­cja So­la­ris. Zero i Zero. Lą­do­wa­nie skoń­czo­ne. Ko­niec – usły­sza­łem mar­twy głos kon­tro­l­ne­go urzą­dze­nia. Obie­ma rę­ka­mi (czu­łem nie­wy­raź­ny ucisk na pier­si, a wnętrz­no­ści sta­ły się wy­czu­wal­ne jako nie­mi­ły cię­żar) ują­łem rę­ko­je­ści na wprost bar­ków i roz­łą­czy­łem kon­tak­ty. Za­ja­śniał zie­lo­ny na­pis ZIE­MIA i ścia­na za­sob­ni­ka się otwar­ła; pneu­ma­tycz­ne łoże pchnę­ło mnie lek­ko w ple­cy, tak że mu­sia­łem, aby nie upaść, zro­bić krok na­przód.

Z ci­chym sy­kiem po­dob­nym do zre­zy­gno­wa­ne­go wes­tchnie­nia po­wie­trze opu­ści­ło zwoj­ni­ce ska­fan­dra. By­łem wol­ny.

Sta­łem pod wy­so­kim jak nawa, sre­brzy­stym le­jem. Po ścia­nach scho­dzi­ły pęki ko­lo­ro­wych rur, zni­ka­jąc w okrą­głych stu­dzien­kach. Od­wró­ci­łem się. Wen­ty­la­cyj­ne szy­by hu­cza­ły, wcią­ga­jąc reszt­ki tru­ją­cej at­mos­fe­ry pla­ne­tar­nej, któ­re wtar­gnę­ły tu pod­czas lą­do­wa­nia. Pu­ste jak roz­pę­kły ko­kon cy­ga­ro za­sob­ni­ka sta­ło na wpusz­czo­nej w sta­lo­we wznie­sie­nie cza­szy. Jego ze­wnętrz­ne bla­chy osma­li­ły się na brud­no­brą­zo­wy ko­lor. Ze­sze­dłem po ma­łej po­chyl­ni. Da­lej na me­tal na­spa­wa­no war­stwę chro­pa­we­go pla­sty­ku. Wy­tar­ła się do go­łej sta­li w miej­scach, wzdłuż któ­rych to­czy­ły się zwy­kle wóz­ko­we pod­no­śni­ki ra­kiet. Na­raz sprę­żar­ki wen­ty­la­to­rów za­mil­kły i na­sta­ła zu­peł­na ci­sza. Ro­zej­rza­łem się tro­chę bez­rad­nie, ocze­ki­wa­łem po­ja­wie­nia się ja­kie­goś czło­wie­ka, ale wciąż nikt nie nad­cho­dził. Tyl­ko neo­no­wa strza­ła po­ka­zy­wa­ła, pło­nąc, su­ną­cy bez­gło­śnie ta­śmo­wy prze­no­śnik. Wsze­dłem na jego płasz­czy­znę. Strop hali pięk­ną pa­ra­bo­licz­ną li­nią spły­wał w dół, prze­cho­dząc w rurę ko­ry­ta­rza. W jego wnę­kach wzno­si­ły się sto­sy bu­tli na sprę­żo­ne gazy, po­jem­ni­ków, pier­ścien­nych spa­do­chro­nów, skrzyń, wszyst­ko zwa­lo­ne w nie­ła­dzie, byle jak. To tak­że mnie za­sta­no­wi­ło. Prze­no­śnik koń­czył się u okrą­głe­go roz­sze­rze­nia ko­ry­ta­rza. Pa­no­wał tu jesz­cze więk­szy nie­po­rzą­dek. Pod zwa­łem bla­sza­nych ba­niek roz­cie­kła się ka­łu­ża ole­iste­go pły­nu. Nie­mi­ła, sil­na woń wy­peł­nia­ła po­wie­trze. W róż­ne stro­ny szły śla­dy bu­tów wy­raź­nie od­ci­śnię­te w owej lep­kiej cie­czy. Po­mię­dzy bla­szan­ka­mi, jak gdy­by wy­mie­cio­ne z ka­bin, wa­la­ły się zwo­je bia­łych taśm te­le­gra­ficz­nych, po­szar­pa­ne pa­pie­ry i śmie­ci. I zno­wu za­ja­śniał zie­lo­ny wskaź­nik, kie­ru­jąc mnie ku środ­ko­wym drzwiom. Za nimi biegł ko­ry­tarz tak wą­ski, że dwu lu­dzi le­d­wo by się w nim mi­nę­ło. Oświe­tle­nie da­wa­ły gór­ne okna, wy­ce­lo­wa­ne w nie­bo, o so­czew­ko­wa­tych szkłach. Jesz­cze jed­ne drzwi, po­ma­lo­wa­ne w bia­ło-zie­lo­ną sza­chow­ni­cę. Były uchy­lo­ne. Wsze­dłem do środ­ka. Na poły ku­li­sta ka­bi­na mia­ła jed­no wiel­kie pa­no­ra­micz­ne okno; pło­nę­ło w nim za­wle­czo­ne mgłą nie­bo. W dole prze­su­wa­ły się bez­gło­śnie czar­nia­we pa­gó­ry fal. W ścia­nach peł­no było po­otwie­ra­nych sza­fek. Wy­peł­nia­ły je in­stru­men­ty, książ­ki, szklan­ki z za­schłym osa­dem, za­ku­rzo­ne ter­mo­sy. Na brud­nej pod­ło­dze sta­ło pięć czy sześć me­cha­nicz­nych kro­czą­cych sto­li­ków, mię­dzy nimi kil­ka fo­te­li, okla­płych, bo wy­pusz­czo­no z nich po­wie­trze. Tyl­ko je­den był wy­dę­ty, z opar­ciem od­chy­lo­nym w tył. Sie­dział w nim mały, chu­der­la­wy czło­wiek z twa­rzą spa­lo­ną słoń­cem. Skó­ra zła­zi­ła mu ca­ły­mi pła­ta­mi z nosa i ko­ści po­licz­ko­wych. Zna­łem go. To był Snaut, za­stęp­ca Gi­ba­ria­na, cy­ber­ne­tyk. W swo­im cza­sie za­mie­ścił kil­ka wca­le ory­gi­nal­nych ar­ty­ku­łów w al­ma­na­chu so­la­ry­stycz­nym. Ni­g­dy go jesz­cze nie wi­dzia­łem. Miał na so­bie siat­ko­wą ko­szu­lę, przez któ­rej oczka wy­su­wa­ły się po­je­dyn­cze siwe wło­sy pła­skiej pier­si, i on­giś bia­łe, po­pla­mio­ne na ko­la­nach i spa­lo­ne od­czyn­ni­ka mi płó­cien­ne spodnie z licz­ny­mi kie­sze­nia­mi jak u mon­te­ra. W ręku trzy­mał pla­sty­ko­wą grusz­kę, taką, z ja­kich pije się na stat­kach po­zba­wio­nych sztucz­nej gra­wi­ta­cji. Pa­trzał na mnie jak­by po­ra­żo­ny ośle­pia­ją­cym świa­tłem. Z roz­luź­nio­nych pal­ców wy­pa­dła mu grusz­ka i pod­sko­czy­ła kil­ka razy jak ba­lo­nik. Wy­la­ło się z niej tro­chę prze­zro­czy­ste­go pły­nu. Po­wo­li cała krew od­pły­nę­ła mu z twa­rzy. By­łem zbyt za­sko­czo­ny, żeby się ode­zwać, i ta mil­czą­ca sce­na trwa­ła, aż jego strach udzie­lił mi się w ja­kiś nie­po­ję­ty spo­sób. Zro­bi­łem krok. Skur­czył się w fo­te­lu.

– Snaut… – szep­ną­łem. Drgnął, jak ude­rzo­ny. Pa­trząc na mnie z nie­opi­sa­ną od­ra­zą, wy­chry­piał:

– Nie znam cię, nie znam cię, cze­go chcesz…?

Roz­la­ny płyn szyb­ko pa­ro­wał. Po­czu­łem woń al­ko­ho­lu. Pił? Był pi­ja­ny? Ale cze­mu tak się bał? Sta­łem wciąż na środ­ku ka­bi­ny. Mia­łem mięk­kie ko­la­na, a uszy jak za­tka­ne watą. Ucisk pod­ło­gi pod sto­pa­mi przyj­mo­wa­łem jako coś nie­zu­peł­nie jesz­cze pew­ne­go. Za wy­gię­tą szy­bą okna mia­ro­wo po­ru­szał się oce­an. Snaut nie spusz­czał ze mnie prze­krwio­nych oczu. Strach ustę­po­wał z jego twa­rzy, ale nie zni­ka­ło z niej nie­wy­mow­ne obrzy­dze­nie.

– Co ci jest…? – spy­ta­łem pół­gło­sem. – Cho­ry je­steś?

– Trosz­czysz się… – po­wie­dział głu­cho. – Aha. Bę­dziesz się trosz­czył, co? Ale dla­cze­go o mnie? Nie znam cię.

– Gdzie jest Gi­ba­rian? – spy­ta­łem. Na se­kun­dę stra­cił dech, jego oczy zno­wu sta­ły się szkli­ste, coś się w nich za­pa­li­ło i zga­sło.

– Gi… giba – wy­ją­kał – nie! nie!!!

Za­trząsł się od bez­gło­śne­go, idio­tycz­ne­go chi­cho­tu, któ­ry na­gle ucichł.

– Przy­sze­dłeś do Gi­ba­ria­na…? – po­wie­dział pra­wie spo­koj­nie. – Do Gi­ba­ria­na? Co chcesz z nim zro­bić?

Pa­trzał na mnie, jak gdy­bym prze­stał na­raz być dla nie­go groź­ny; w jego sło­wach, a jesz­cze bar­dziej w ich to­nie, było coś nie­na­wist­nie obe­lży­we­go.

– Co ty mó­wisz… – wy­beł­ko­ta­łem ogłu­szo­ny. – Gdzie on jest?

Osłu­piał.

– Nie wiesz…?

Jest pi­ja­ny – po­my­śla­łem. Pi­ja­ny do nie­przy­tom­no­ści. Ogar­niał mnie ro­sną­cy gniew. Wła­ści­wie po­wi­nie­nem był wyjść, ale moja cier­pli­wość pry­sła.

– Oprzy­tom­nij! – huk­ną­łem. – Skąd mogę wie­dzieć, gdzie jest, je­że­li przy­le­cia­łem przed chwi­lą! Co się z tobą dzie­je, Snaut!!!

Szczę­ka mu opa­dła. Zno­wu stra­cił na chwi­lę od­dech, ale ja­koś ina­czej, na­gły błysk po­ja­wił się w jego oczach. Trzę­są­cy­mi się rę­ka­mi chwy­cił po­rę­cze fo­te­la i wstał z tru­dem, aż za­trzesz­cza­ły mu sta­wy.

– Co? – po­wie­dział pra­wie wy­trzeź­wia­ły. – Przy­le­cia­łeś? Skąd przy­le­cia­łeś?

– Z Zie­mi – od­par­łem wście­kły. – Sły­sza­łeś może o niej? Wy­glą­da na to, że nie!

– Z Zie… wiel­kie nie­ba… to ty je­steś – Ke­lvin?!

– Tak. Cze­go tak pa­trzysz? Co w tym dziw­ne­go?

– Nic – po­wie­dział, mru­ga­jąc szyb­ko po­wie­ka­mi. – Nic.

Po­tarł czo­ło.

– Ke­lvin, prze­pra­szam, to nic, wiesz, po pro­stu za­sko­cze­nie. Nie spo­dzie­wa­łem się.

– Jak to nie spo­dzie­wa­łeś się? Prze­cież do­sta­li­ście wia­do­mość przed mie­sią­ca­mi, a Mod­dard te­le­gra­fo­wał jesz­cze dziś z po­kła­du Pro­me­te­usza…

– Tak. Tak… za­pew­ne, tyl­ko wi­dzisz, pa­nu­je tu pe­wien… roz­gar­diasz.

– Ow­szem – od­par­łem su­cho. – Trud­no tego nie wi­dzieć.

Snaut ob­szedł mnie do­ko­ła, jak­by spraw­dzał wy­gląd mego ska­fan­dra, naj­zwy­klej­sze­go w świe­cie, z uprzę­żą prze­wo­dów i ka­bli na pier­si. Za­kasz­lał kil­ka razy. Do­tknął ko­ści­ste­go nosa.

– Chcesz może wziąć ką­piel…? To ci do­brze zro­bi – błę­kit­ne drzwi po prze­ciw­nej stro­nie.

– Dzię­ku­ję. Znam roz­kład Sta­cji.

– Może je­steś głod­ny…?

– Nie. Gdzie Gi­ba­rian?

Pod­szedł do okna, jak­by nie usły­szał mego py­ta­nia. Od­wró­co­ny ple­ca­mi, wy­glą­dał znacz­nie sta­rzej. Krót­ko ostrzy­żo­ne wło­sy były siwe, kark, spa­lo­ny słoń­cem, zna­czy­ły zmarszcz­ki głę­bo­kie jak cię­cia. Za oknem po­ły­ski­wa­ły grzbie­ty fal wzno­szą­cych się i opa­da­ją­cych tak po­wo­li, jak­by oce­an krzepł. Pa­trząc tam, od­no­si­ło się wra­że­nie, że Sta­cja prze­su­wa się nie­znacz­nie bo­kiem, jak­by ze­śli­zgu­jąc się z nie­wi­dzial­nej pod­sta­wy. Po­tem wra­ca­ła do rów­no­wa­gi i tak samo le­ni­wym prze­chy­łem szła w dru­gą stro­nę. Ale to było chy­ba złu­dze­nie. Pła­ty ślu­zo­wej pia­ny o bar­wie ko­ści zbie­ra­ły się w ko­tli­nach mię­dzy fa­la­mi. Przez mgnie­nie czu­łem w doł­ku mdlą­cy ucisk. Oschły ład po­kła­dów Pro­me­te­usza wy­dał mi się czymś cen­nym, bez­pow­rot­nie utra­co­nym.

– Słu­chaj… – ode­zwał się nie­spo­dzie­wa­nie Snaut – chwi­lo­wo tyl­ko ja… – Od­wró­cił się. Za­tarł ner­wo­wo ręce. – Bę­dziesz się mu­siał za­do­wo­lić moim to­wa­rzy­stwem. Na ra­zie. Mów mi Szczur. Znasz mnie tyl­ko z fo­to­gra­fii, ale to nic, tak wszy­scy mó­wią. Oba­wiam się, że na to nie ma rady. Kie­dy się zresz­tą mia­ło ro­dzi­ców o tak ko­smicz­nych aspi­ra­cjach jak ja, do­pie­ro Szczur za­czy­na brzmieć jako tako…

– Gdzie jest Gi­ba­rian? – spy­ta­łem upar­cie jesz­cze raz. Za­mru­gał.

– Przy­kro mi, że cię tak przy­ją­łem. To… nie tyl­ko moja wina. Za­po­mnia­łem zu­peł­nie, tu się wie­le dzia­ło, wiesz…

– Ach, w po­rząd­ku – od­par­łem. – Zo­staw­my to. Więc co z Gi­ba­ria­nem? Nie ma go na Sta­cji? Po­le­ciał gdzieś?

– Nie – od­parł. Pa­trzał w kąt za­sta­wio­ny szpu­la­mi ka­bla. – Ni­g­dzie nie po­le­ciał. I nie po­le­ci. Przez to wła­śnie… mię­dzy in­ny­mi…

– Co? – spy­ta­łem. Wciąż mia­łem za­tka­ne uszy i zda­wa­ło mi się, że go­rzej sły­szę. – Co to ma zna­czyć? Gdzie on jest?

– Prze­cież już wiesz – po­wie­dział cał­kiem in­nym to­nem. Pa­trzał mi w oczy zim­no, aż prze­szły mnie ciar­ki. Może i był pi­ja­ny, ale wie­dział, co mówi.

– Nie sta­ło się…?

– Sta­ło się.

– Wy­pa­dek?

Kiw­nął gło­wą. Nie tyl­ko przy­ta­ki­wał, apro­bo­wał za­ra­zem moją re­ak­cję.

– Kie­dy?

– Dziś o świ­cie.

Dziw­na rzecz, nie od­czu­łem wstrzą­su. Cała ta krót­ka wy­mia­na mo­no­sy­la­bo­wych py­tań i od­po­wie­dzi uspo­ko­iła mnie ra­czej swo­ją rze­czo­wo­ścią. Wy­da­ło mi się, że poj­mu­ję już jego nie­zro­zu­mia­łe po­przed­nio za­cho­wa­nie.

– W jaki spo­sób?

– Prze­bierz się, upo­rząd­kuj rze­czy i wróć tu… za… po­wiedz­my, za go­dzi­nę.

Wa­ha­łem się chwi­lę.

– Do­brze.

– Cze­kaj – po­wie­dział, kie­dy zwra­ca­łem się ku drzwiom. Pa­trzał na mnie w szcze­gól­ny spo­sób. Wi­dzia­łem, że to, co chce po­wie­dzieć, nie prze­cho­dzi mu przez usta.

– Było nas trzech i te­raz, z tobą, zno­wu jest trzech. Znasz Sar­to­riu­sa?

– Jak cie­bie, z fo­to­gra­fii.

– Jest w la­bo­ra­to­rium na gó­rze i nie przy­pusz­czam, żeby wy­szedł stam­tąd przed nocą, ale… w każ­dym ra­zie roz­po­znasz go. Gdy­byś zo­ba­czył ko­goś in­ne­go, ro­zu­miesz, nie mnie ani Sar­to­riu­sa, ro­zu­miesz, to…

– To co?

Nie wie­dzia­łem, czy śnię. Na tle czar­nych fal po­ły­sku­ją­cych krwa­wo w ni­skim słoń­cu usiadł w fo­te­lu z opusz­czo­ną gło­wą jak przed­tem i pa­trzał w bok, na szpu­le zwi­nię­te­go ka­bla.

– To… nie rób nic.

– Kogo mogę zo­ba­czyć? Du­cha?! – wy­buch­ną­łem.

– Ro­zu­miem. My­ślisz, że zwa­rio­wa­łem. Nie. Nie zwa­rio­wa­łem. Nie po­tra­fię ci tego po­wie­dzieć ina­czej… na ra­zie. Zresz­tą może… nic się nie sta­nie. W każ­dym ra­zie pa­mię­taj. Ostrze­głem cię.

– Przed czym!? O czym ty mó­wisz?

– Pa­nuj nad sobą – mó­wił upar­cie swo­je. – Za­cho­wuj się, jak­by… bądź przy­go­to­wa­ny na wszyst­ko. To nie­moż­li­we, wiem. Mimo to spró­buj. To je­dy­na rada. In­nej nie znam.

– Ale CO zo­ba­czę!!! – krzyk­ną­łem pra­wie. Le­d­wo po­wstrzy­ma­łem się od po­rwa­nia go za ra­mio­na i po­rząd­ne­go wstrzą­śnię­cia, kie­dy tak sie­dział wpa­trzo­ny w kąt z umę­czo­ną, spa­lo­ną słoń­cem twa­rzą i z wi­docz­nym wy­sił­kiem wy­du­szał z sie­bie po­je­dyn­cze sło­wa.

– Nie wiem. W pew­nym sen­sie to za­le­ży od cie­bie.

– Ha­lu­cy­na­cje?

– Nie. To jest – re­al­ne. Nie… ata­kuj. Pa­mię­taj.

– Co ty mó­wisz?! – ode­zwa­łem się nie­swo­im gło­sem.

– Nie je­ste­śmy na Zie­mi.

– Po­ly­the­ria? Ależ one nie są w ogó­le po­dob­ne do lu­dzi! – za­wo­ła­łem. Nie wie­dzia­łem, co ro­bić, żeby go wy­trą­cić z tego za­pa­trze­nia, z któ­re­go zda­wał się wy­czy­ty­wać mro­żą­cy krew w ży­łach bez­sens.

– Dla­te­go wła­śnie to ta­kie strasz­ne – po­wie­dział ci­cho. – Pa­mię­taj: miej się na bacz­no­ści!

– Co się sta­ło z Gi­ba­ria­nem?

Nie od­po­wie­dział.

– Co robi Sar­to­rius?

– Przyjdź za go­dzi­nę.

Od­wró­ci­łem się i wy­sze­dłem. Otwie­ra­jąc drzwi, po­pa­trza­łem na nie­go raz jesz­cze. Sie­dział z twa­rzą w rę­kach, mały, skur­czo­ny, w po­pla­mio­nych spodniach. Za­uwa­ży­łem do­pie­ro te­raz, że na kost­kach obu rąk ma za­pie­kłą krew.

SOLARYŚCI

Ru­ro­wy ko­ry­tarz był pu­sty. Sta­łem chwi­lę przed za­mknię­ty­mi drzwia­mi, na­słu­chu­jąc. Ścia­ny mu­sia­ły być cien­kie, z ze­wnątrz do­cho­dzi­ło za­wo­dze­nie wia­tru. Na pły­cie drzwi wid­niał przy­le­pio­ny tro­chę sko­sem, nie­dba­le, pro­sto­kąt­ny ka­wa­łek pla­stra z ołów­ko­wym na­pi­sem: „Czło­wiek”. Pa­trza­łem na to na­gry­zmo­lo­ne nie­wy­raź­nie sło­wo. Przez chwi­lę chcia­łem wró­cić do Snau­ta, ale zro­zu­mia­łem, że to nie­moż­li­we.

Obłęd­ne ostrze­że­nie brzmia­ło mi jesz­cze w uszach. Po­ru­szy­łem się i ra­mio­na zgiął nie­zno­śny cię­żar ska­fan­dra. Ci­cho, jak­bym się krył bez­wied­nie przed nie­wi­dzial­nym ob­ser­wa­to­rem, wró­ci­łem do okrą­głe­go po­miesz­cze­nia o pię­ciu drzwiach. Znaj­do­wa­ły się na nich ta­blicz­ki: Dr Gi­ba­rian, Dr Snaut., Dr Sar­to­rius. Na czwar­tych nie było żad­nej. Za­wa­ha­łem się, po­tem na­ci­sną­łem lek­ko klam­kę i otwo­rzy­łem je po­wo­li. Gdy się od­chy­la­ły, do­zna­łem gra­ni­czą­ce­go z pew­no­ścią uczu­cia, że tam ktoś jest. Wsze­dłem do środ­ka.

Nie było ni­ko­go. Ta­kie samo, tyl­ko mniej­sze wy­pu­kłe okno wy­ce­lo­wa­ne w oce­an, któ­ry tu­taj – pod słoń­ce – lśnił tłu­sto, jak­by z fal spły­wa­ła za­czer­wie­nio­na oli­wa. Szkar­łat­ny od­blask wy­peł­niał cały po­kój po­dob­ny do okrę­to­wej ka­bi­ny. Z jed­nej stro­ny sta­ły pół­ki z książ­ka­mi, mię­dzy nimi, przy­tro­czo­ne pio­no­wo do ścia­ny, na kar­da­nach umo­co­wa­ne łóż­ko, z dru­giej peł­no było sza­fek, wi­sia­ły mię­dzy nimi na ni­klo­wych ram­kach po­skle­ja­ne pa­sa­mi lot­ni­cze zdję­cia, w me­ta­lo­wych uchwy­tach kol­by i pro­bów­ki po­za­ty­ka­ne watą, pod oknem w dwa rzę­dy usta­wio­no ema­lio­wa­ne bia­ło pu­dła, że le­d­wo moż­na było mię­dzy nimi przejść. Po­kry­wy nie­któ­rych były od­chy­lo­ne – wy­peł­nia­ło je mnó­stwo na­rzę­dzi, pla­sty­ko­wych węży, w obu ką­tach znaj­do­wa­ły się kra­ny, wy­ciąg dy­mo­wy, za­mra­żal­ni­ki, mi­kro­skop stał na pod­ło­dze, nie było już dla nie­go miej­sca na du­żym sto­le obok okna. Kie­dy się od­wró­ci­łem, tuż przy drzwiach wej­ścio­wych zo­ba­czy­łem się­ga­ją­cą stro­pu, nie­do­mknię­tą sza­fę peł­ną kom­bi­ne­zo­nów, ro­bo­czych i ochron­nych far­tu­chów, na pół­kach – bie­li­znę, mię­dzy cho­le­wa­mi prze­ciw­pro­mien­nych bu­tów po­ły­ski­wa­ły alu­mi­nio­we bu­tel­ki do prze­no­śnych apa­ra­tów tle­no­wych. Dwa apa­ra­ty wraz z ma­ska­mi zwi­sa­ły za­cze­pio­ne o po­ręcz unie­sio­ne­go łóż­ka. Wszę­dzie pa­no­wał taki sam, z grub­sza tyl­ko, jak­by w po­śpie­chu, byle jak upo­rząd­ko­wa­ny cha­os. Wcią­gną­łem ba­daw­czo po­wie­trze, wy­czu­łem sła­bą woń od­czyn­ni­ków che­micz­nych i ślad ostre­go za­pa­chu – czyż­by to był chlor? Od­ru­cho­wo po­szu­ka­łem ocza­mi krat­ko­wa­nych wy­lo­tów wen­ty­la­cyj­nych w pod­su­fi­to­wych ką­tach. Przy­le­pio­ne do ich ra­mek pa­ski pa­pie­ru wa­chlo­wa­ły ła­god­nie na znak, że sprę­żar­ki dzia­ła­ją, utrzy­mu­jąc nor­mal­ny obieg po­wie­trza. Prze­nio­słem książ­ki, apa­ra­ty i na­rzę­dzia z dwu krze­seł w kąty, po­upy­cha­łem je, jak się dało, aż wo­kół łóż­ka mię­dzy sza­fą a pół­ka­mi po­wsta­ła względ­nie pu­sta prze­strzeń. Przy­cią­gną­łem sto­jak, żeby po­wie­sić na nim ska­fan­der, wzią­łem w pal­ce uchwy­ty zam­ków bły­ska­wicz­nych, ale za­raz je pu­ści­łem. Nie mo­głem się ja­koś zde­cy­do­wać na zrzu­ce­nie ska­fan­dra, jak­bym miał się przez to stać bez­bron­ny. Raz jesz­cze ogar­ną­łem wzro­kiem cały po­kój, spraw­dzi­łem, czy drzwi są do­brze za­trza­śnię­te, a że nie było w nich zam­ka, po krót­kim wa­ha­niu po­pchną­łem ku nim dwa naj­cięż­sze pu­dła. Za­ba­ry­ka­do­waw­szy się tak pro­wi­zo­rycz­nie, trze­ma szarp­nię­cia­mi wy­swo­bo­dzi­łem się z mo­jej cięż­kiej, po­skrzy­pu­ją­cej po­wło­ki. Wą­skie lu­stro na we­wnętrz­nej po­wierzch­ni sza­fy od­bi­ja­ło część po­ko­ju. Ką­tem oka po­chwy­ci­łem tam ja­kiś ruch, po­de­rwa­łem się, ale to było moje wła­sne od­bi­cie. Try­kot pod ska­fan­drem był prze­po­co­ny. Zrzu­ci­łem go i pchną­łem sza­fę. Od­su­nę­ła się, we wnę­ce za nią za­lśni­ły ścia­ny mi­nia­tu­ro­wej ła­zien­ki. Na pod­ło­dze pod tu­szem spo­czy­wa­ła spo­ra, pła­ska ka­se­ta. Wy­nio­słem ją nie bez tru­du do po­ko­ju. Kie­dy sta­wia­łem ją na pod­ło­dze, wie­ko od­sko­czy­ło jak na sprę­ży­nie i zo­ba­czy­łem prze­gród­ki wy­peł­nio­ne dzi­wacz­ny­mi eks­po­na­ta­mi: peł­no ska­ry­ka­tu­ro­wa­nych czy na­szki­co­wa­nych z grub­sza w ciem­nym me­ta­lu na­rzę­dzi, po czę­ści ana­lo­gicz­nych do tych, któ­re le­ża­ły w szaf­kach. Wszyst­kie były nie do użyt­ku, nie­do­kształ­co­ne, za­okrą­glo­ne, nad­to­pio­ne, jak­by wy­nie­sio­ne z po­ża­ru. Naj­dziw­niej­sze, że taki sam kształt znisz­cze­nia no­si­ły na­wet ce­ra­mi­to­we, więc prak­tycz­nie nie­to­pli­we, rę­ko­je­ści. W żad­nym pie­cu la­bo­ra­to­ryj­nym nie­po­dob­na by osią­gnąć tem­pe­ra­tu­ry ich pła­wie­nia – chy­ba we­wnątrz sto­su ato­mo­we­go. Z kie­sze­ni mego roz­wie­szo­ne­go ska­fan­dra wy­do­by­łem mały wskaź­nik pro­mie­ni­sty, ale czar­ny pysz­czek mil­czał, kie­dy zbli­ży­łem go do szcząt­ków.

Mia­łem na so­bie tyl­ko sli­py i siat­ko­wą ko­szul­kę. Jed­no i dru­gie rzu­ci­łem na pod­ło­gę jak szma­ty i nagi sko­czy­łem pod tusz. Ude­rze­nie wody od­czu­łem jak ulgę. Wi­łem się pod ule­wą twar­dych, go­rą­cych stru­mie­ni, ma­so­wa­łem cia­ło, par­ska­łem, wszyst­ko ja­koś prze­sad­nie, jak­bym wy­trzą­sał, wy­rzu­cał z sie­bie całą tę męt­ną, za­ra­ża­ją­cą po­dej­rze­nia­mi nie­pew­ność, któ­ra prze­peł­nia­ła Sta­cję.

Wy­szu­ka­łem w sza­fie lek­ki strój tre­nin­go­wy, któ­ry moż­na tak­że no­sić pod ska­fan­drem, prze­ło­ży­łem do kie­sze­ni cały mój ską­py do­by­tek; po­mię­dzy kart­ka­mi no­tat­ni­ka wy­czu­łem coś twar­de­go, był to, nie wia­do­mo jak za­wie­ru­szo­ny tam, klucz od mego ziem­skie­go miesz­ka­nia, któ­ry ob­ra­ca­łem chwi­lę w pal­cach, nie wie­dząc, co z nim po­cząć. W koń­cu po­ło­ży­łem go na sto­le. Przy­szło mi na myśl, że być może będę po­trze­bo­wał ja­kiejś bro­ni. Na pew­no nie był nią uni­wer­sal­ny scy­zo­ryk, ale nie mia­łem nic in­ne­go, a nie znaj­do­wa­łem się jesz­cze w ta­kim sta­nie du­cha, żeby roz­po­cząć po­szu­ki­wa­nia ja­kie­goś mio­ta­cza pro­mie­ni lub cze­goś w tym ro­dza­ju. Usia­dłem na me­ta­lo­wym krze­seł­ku po­środ­ku pu­stej prze­strze­ni, z dala od wszyst­kich rze­czy. Chcia­łem być sam. Z za­do­wo­le­niem stwier­dzi­łem, że mam jesz­cze po­nad pół go­dzi­ny cza­su; trud­no, skru­pu­lat­ność w prze­strze­ga­niu wszel­kich, wszyst­ko jed­no – waż­nych czy nie­istot­nych – zo­bo­wią­zań jest moją na­tu­rą. Wska­zów­ki na dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzin­nej tar­czy ze­ga­ra sta­ły na siód­mej. Słoń­ce za­cho­dzi­ło. Siód­ma cza­su miej­sco­we­go to była dwu­dzie­sta po­kła­dów Pro­me­te­usza. So­la­ris mu­sia­ła już zma­leć na ekra­nach Mod­dar­da do roz­mia­rów iskry i nie od­róż­nia­ła się ni­czym od gwiazd. Cóż mógł mnie jed­nak ob­cho­dzić Pro­me­te­usz? Za­mkną­łem oczy. Pa­no­wa­ła zu­peł­na ci­sza, je­śli nie li­czyć roz­le­ga­ją­ce­go się w re­gu­lar­nych od­stę­pach cza­su miau­ka­nia rur. Woda cy­ka­ła ci­cho w ła­zien­ce, ka­piąc na por­ce­la­nę.

Gi­ba­rian nie żył. Je­śli do­brze zro­zu­mia­łem, co mó­wił Snaut, to od jego śmier­ci mi­nę­ło le­d­wo kil­ka­na­ście go­dzin. Co zro­bi­li z cia­łem? Czy po­cho­wa­li je? Praw­da, na tej pla­ne­cie nie moż­na było tego zro­bić. Za­sta­na­wia­łem się nad tym rze­czo­wo przez dłuż­szą chwi­lę, jak­by los mar­twe­go był naj­waż­niej­szy, aż uświa­do­miw­szy so­bie non­sen­sow­ność tych roz­my­ślań, wsta­łem i za­czą­łem cho­dzić po prze­kąt­nej po­ko­ju, trą­ca­jąc koń­cem sto­py bez­ład­nie roz­rzu­co­ne książ­ki, ja­kąś małą, pu­stą tor­bę po­lo­wą; po­chy­li­łem się i pod­nio­słem ją. Nie była pu­sta. Za­wie­ra­ła flasz­kę z ciem­ne­go szkła, tak lek­ką, jak­by była wy­dmu­cha­na z pa­pie­ru. Po­pa­trzy­łem przez nią w okno, w po­nu­ro czer­wie­nie­ją­ce, za­dy­mio­ne brud­ny­mi mgła­mi ostat­nie świa­tło za­cho­du. Co się ze mną dzia­ło? Dla­cze­go zaj­mo­wa­łem się byle bzdu­rą, byle wpa­da­ją­cym w rękę nie­waż­nym dro­bia­zgiem?

Drgną­łem, bo za­pa­li­ło się świa­tło. Oczy­wi­ście, fo­to­ko­mór­ka wraż­li­wa na za­pa­da­ją­cy zmierzch. Pe­łen by­łem ocze­ki­wa­nia, na­pię­cie na­ra­sta­ło do tego stop­nia, że w koń­cu nie chcia­łem mieć za sobą pu­stej prze­strze­ni. Po­sta­no­wi­łem z tym wal­czyć. Przy­su­ną­łem krze­sło do pó­łek. Wy­cią­gną­łem aż nad­to do­brze mi zna­ny dru­gi tom sta­rej mo­no­gra­fii Hu­ghe­sa i Eu­gla Hi­sto­ria So­la­ris i za­czą­łem go wer­to­wać, wsparł­szy gru­by, sztyw­ny grzbiet na ko­la­nie.

Od­kry­cie So­la­ris na­stą­pi­ło nie­mal na sto lat przed moim uro­dze­niem. Pla­ne­ta krą­ży wo­kół dwu słońc – czer­wo­ne­go i nie­bie­skie­go. Przez czter­dzie­ści lat z górą nie zbli­żył się do niej ża­den sta­tek. W owych cza­sach teo­ria Ga­mo­wa-Sha­pleya o nie­moż­li­wo­ści po­wsta­nia ży­cia na pla­ne­tach gwiazd po­dwój­nych ucho­dzi­ła za pew­nik. Or­bi­ty ta­kich pla­net bez­u­stan­nie zmie­nia­ją się wsku­tek gra­wi­ta­cyj­nej gry za­cho­dzą­cej pod­czas wza­jem­ne­go okrą­ża­nia się pary słońc.

Po­wsta­ją­ce per­tur­ba­cje na prze­mian kur­czą i roz­cią­ga­ją or­bi­tę pla­ne­ty i pier­wo­ci­ny ży­cia, je­śli po­wsta­ną, ule­ga­ją znisz­cze­niu przez pro­mie­ni­sty żar bądź lo­do­wa­te zim­no. Zmia­ny te za­cho­dzą w okre­sie mi­lio­nów lat, więc – we­dle ska­li astro­no­micz­nej czy bio­lo­gicz­nej (bo ewo­lu­cja wy­ma­ga se­tek mi­lio­nów, je­śli nie mi­liar­da lat) – w cza­sie bar­dzo krót­kim.

So­la­ris mia­ła we­dług pier­wot­nych ob­li­czeń zbli­żyć się w cią­gu pię­ciu­set ty­się­cy lat na od­le­głość po­ło­wy jed­nost­ki astro­no­micz­nej do swe­go czer­wo­ne­go słoń­ca, a po dal­szym mi­lio­nie – spaść w jego roz­ża­rzo­ną ot­chłań.

Ale już po kil­ku­na­stu la­tach prze­ko­na­no się, że jej tor nie wy­ka­zu­je wca­le ocze­ki­wa­nych zmian, zu­peł­nie jak gdy­by był sta­ły, tak sta­ły jak tory pla­net na­sze­go Ukła­du Sło­necz­ne­go.

Po­wtó­rzo­no, te­raz już z naj­wyż­szą do­kład­no­ścią, ob­ser­wa­cje i ob­li­cze­nia, któ­re po­twier­dzi­ły tyl­ko to, co było zna­ne: że So­la­ris po­sia­da or­bi­tę nie­trwa­łą.

Z jed­nej z kil­ku­set od­kry­wa­nych rok­rocz­nie pla­net, któ­re kil­ku­wier­szo­wy­mi no­tat­ka­mi, po­da­ją­cy­mi ele­men­ty ich ru­chu, zo­sta­ją wcią­gnię­te do wiel­kich sta­ty­styk, So­la­ris awan­so­wa­ła wów­czas do ran­gi cia­ła god­ne­go szcze­gól­nej uwa­gi.

Ja­koż w czte­ry lata po tym od­kry­ciu okrą­ży­ła ją wy­pra­wa Ot­ten­skjol­da, któ­ry ba­dał pla­ne­tę z La­oko­ona i dwu to­wa­rzy­szą­cych stat­ków po­sił­ko­wych. Wy­pra­wa ta mia­ła cha­rak­ter pro­wi­zo­rycz­ne­go, za­im­pro­wi­zo­wa­ne­go zwia­du, tym bar­dziej że nie była zdol­na lą­do­wać. Wpro­wa­dzi­ła na or­bi­ty rów­ni­ko­we i bie­gu­no­we więk­szą ilość au­to­ma­tycz­nych sa­te­li­tów-ob­ser­wa­to­rów, któ­rych głów­nym za­da­niem były po­mia­ry po­ten­cja­łów gra­wi­ta­cyj­nych. Po­nad­to zba­da­no po­wierzch­nię pla­ne­ty nie­mal w ca­ło­ści po­kry­tą oce­anem i nie­licz­ne, wzno­szą­ce się nad jego po­ziom pła­sko­wy­że. Ich łącz­na po­wierzch­nia nie do­rów­nu­je ob­sza­ro­wi Eu­ro­py, choć So­la­ris ma śred­ni­cę o dwa­dzie­ścia pro­cent więk­szą od Zie­mi. Te skraw­ki ska­li­ste­go i pu­styn­ne­go lądu, roz­sia­ne nie­re­gu­lar­nie, sku­pia­ją się głów­nie na pół­ku­li po­łu­dnio­wej. Po­zna­no też skład at­mos­fe­ry, po­zba­wio­nej tle­nu, i do­ko­na­no na­der do­kład­nych po­mia­rów gę­sto­ści pla­ne­ty, jak rów­nież al­be­da i in­nych ele­men­tów astro­no­micz­nych. Jak to było ocze­ki­wa­ne, nie od­na­le­zio­no żad­nych śla­dów ży­cia ani na lą­dach, ani też nie do­strze­żo­no ich w oce­anie.

W cią­gu dal­szych dzie­się­ciu lat So­la­ris, te­raz już znaj­du­ją­ca się w ośrod­ku uwa­gi wszyst­kich ob­ser­wa­to­riów tego re­gio­nu, wy­ka­zy­wa­ła zdu­mie­wa­ją­cą ten­den­cję do za­cho­wa­nia swo­jej po­nad wszel­ką wąt­pli­wość gra­wi­ta­cyj­nie nie­trwa­łej or­bi­ty. Przez ja­kiś czas spra­wa pach­nia­ła skan­da­lem, gdyż winą za taki wy­nik ob­ser­wa­cji pró­bo­wa­no obar­czyć (w tro­sce o do­bro na­uki) już to pew­nych lu­dzi, już to ma­szy­ny ra­chu­ją­ce, któ­ry­mi się po­słu­gi­wa­li.

Brak fun­du­szy opóź­nił wy­sła­nie wła­ści­wej eks­pe­dy­cji so­la­rycz­nej o dal­sze trzy lata, aż do chwi­li, kie­dy Shan­na­han, skom­ple­to­waw­szy za­ło­gę, uzy­skał od in­sty­tu­tu trzy jed­nost­ki o to­na­żu C, kla­sy ko­smo­dro­micz­nej. Pół­to­ra roku przed przy­by­ciem eks­pe­dy­cji, któ­ra wy­star­to­wa­ła z ob­sza­ru alfy Wod­ni­ka, dru­ga flo­ta eks­plo­ra­cyj­na wpro­wa­dzi­ła z ra­mie­nia in­sty­tu­tu au­to­ma­tycz­ny Sa­te­lo­id – Lunę 247 – na oko­ło­so­la­rycz­ną or­bi­tę. Sa­te­lo­id ten po trzech ko­lej­nych re­kon­struk­cjach od­dzie­lo­nych od sie­bie dzie­siąt­ka­mi lat pra­cu­je do dzi­siaj. Dane, któ­re ze­brał, po­twier­dzi­ły osta­tecz­nie spo­strze­że­nie eks­pe­dy­cji Ot­ten­skjol­da o ak­tyw­nym cha­rak­te­rze ru­chów oce­anu.

Je­den sta­tek Shan­na­ha­na po­zo­stał na wy­so­kiej or­bi­cie, dwa zaś po wstęp­nych przy­go­to­wa­niach wy­lą­do­wa­ły na ska­li­stym skraw­ku lądu, któ­ry zaj­mu­je oko­ło sze­ściu­set mil kwa­dra­to­wych u po­łu­dnio­we­go bie­gu­na So­la­ris. Pra­ce eks­pe­dy­cji za­koń­czy­ły się po osiem­na­stu mie­sią­cach, prze­bie­ga­jąc po­myśl­nie, z wy­jąt­kiem jed­ne­go nie­szczę­śli­we­go wy­pad­ku spo­wo­do­wa­ne­go wa­dli­wym dzia­ła­niem apa­ra­tów. W ło­nie eki­py na­uko­wej przy­szło jed­nak do roz­ła­mu na dwa zwal­cza­ją­ce się obo­zy. Przed­mio­tem spo­ru stał się oce­an. Uzna­no go na pod­sta­wie ana­liz za twór or­ga­nicz­ny (na­zwać go ży­wym nikt jesz­cze pod­ów­czas nie śmiał). Gdy jed­nak bio­lo­go­wie wi­dzie­li w nim twór pry­mi­tyw­ny – coś w ro­dza­ju gi­gan­tycz­nej ze­spól­ni, a więc jak gdy­by jed­ną spo­twor­nia­łą w swym wzro­ście płyn­ną ko­mór­kę (ale na­zy­wa­li go „for­ma­cją pre­bio­lo­gicz­ną”), któ­ra cały glob oto­czy­ła ga­la­re­to­wa­tym płasz­czem, o głę­bo­ko­ści się­ga­ją­cej miej­sca­mi kil­ku mil – to astro­no­mo­wie i fi­zy­cy twier­dzi­li, że musi to być struk­tu­ra nad­zwy­czaj wy­so­ko zor­ga­ni­zo­wa­na, być może bi­ją­ca za­wi­ło­ścią bu­do­wy or­ga­ni­zmy ziem­skie, sko­ro po­tra­fi w czyn­ny spo­sób wpły­wać na kształ­to­wa­nie or­bi­ty pla­ne­tar­nej. Żad­nej bo­wiem in­nej przy­czy­ny wy­ja­śnia­ją­cej za­cho­wa­nie się So­la­ris nie wy­kry­to, po­nad­to zaś pla­ne­to­fi­zy­cy wy­kry­li zwią­zek po­mię­dzy pew­ny­mi pro­ce­sa­mi pla­zma­tycz­ne­go oce­anu a mie­rzo­nym lo­kal­nie po­ten­cja­łem gra­wi­ta­cyj­nym, któ­ry zmie­niał się w za­leż­no­ści od oce­anicz­nej „prze­mia­ny ma­te­rii”.

Tak więc fi­zy­cy, a nie bio­lo­go­wie, wy­su­nę­li pa­ra­dok­sal­ne sfor­mu­ło­wa­nie „ma­szy­na pla­zma­tycz­na”, ro­zu­mie­jąc przez to twór w na­szym zna­cze­niu może i nie­oży­wio­ny, ale zdol­ny do po­dej­mo­wa­nia ce­lo­wych dzia­łań na ska­lę – do­daj­my od razu – astro­no­micz­ną.

W spo­rze tym, któ­ry jak wir wcią­gnął w cią­gu ty­go­dni wszyst­kie naj­wy­bit­niej­sze au­to­ry­te­ty, dok­try­na Ga­mo­wa-Sha­pleya za­chwia­ła się po raz pierw­szy od osiem­dzie­się­ciu lat.

Ja­kiś czas usi­ło­wa­no jesz­cze bro­nić jej twier­dze­niem, że oce­an nie ma nic wspól­ne­go z ży­ciem, że nie jest na­wet two­rem „para-” czy też „pre­bio­lo­gicz­nym”, lecz geo­lo­gicz­ną for­ma­cją, za­pew­ne nie­zwy­kłą, lecz zdol­ną je­dy­nie do utrwa­la­nia or­bi­ty So­la­ris po­przez zmia­ny siły cią­że­nia; po­wo­ły­wa­no się przy tym na re­gu­łę Le Cha­te­lie­ra.

Na prze­kór temu kon­ser­wa­ty­zmo­wi wy­ra­sta­ły hi­po­te­zy gło­szą­ce, jak choć­by jed­na z le­piej opra­co­wa­nych Ci­vi­ta-Vit­ty, że oce­an jest wy­ni­kiem dia­lek­tycz­ne­go roz­wo­ju: oto od swej po­sta­ci pier­wot­nej, od pra­oce­anu, roz­two­ru le­ni­wie re­agu­ją­cych ciał che­micz­nych, zdo­łał pod na­ci­skiem wa­run­ków (to zna­czy za­gra­ża­ją­cych jego ist­nie­niu zmian or­bi­ty), bez po­śred­nic­twa wszyst­kich ziem­skich szcze­bli roz­wo­ju, więc omi­ja­jąc po­wsta­nie jed­no- i wie­lo­ko­mór­kow­ców, ewo­lu­cję ro­ślin­ną i zwie­rzę­cą, bez na­ro­dzin sys­te­mu ner­wo­we­go, mó­zgu, prze­sko­czyć na­tych­miast w sta­dium „oce­anu ho­me­osta­tycz­ne­go”. Ina­czej mó­wiąc, nie przy­sto­so­wy­wał się jak or­ga­ni­zmy ziem­skie przez set­ki mi­lio­nów lat do oto­cze­nia, aby do­pie­ro po tak ol­brzy­mim cza­sie dać po­czą­tek ra­sie ro­zum­nej, ale za­pa­no­wał nad swym oto­cze­niem od razu.

Było to wca­le ory­gi­nal­ne, tyl­ko że w dal­szym cią­gu nikt nie wie­dział, jak sy­ro­po­wa­ta ga­la­re­ta może sta­bi­li­zo­wać or­bi­tę cia­ła nie­bie­skie­go. Od wie­ku nie­mal zna­ne były urzą­dze­nia stwa­rza­ją­ce sztucz­ne pola si­ło­we i gra­wi­ta­cyj­ne – gra­wi­to­ry – ale nikt nie wy­obra­żał so­bie na­wet, jak re­zul­ta­tu, bę­dą­ce­go – w gra­wi­to­rach – wy­ni­kiem skom­pli­ko­wa­nych re­ak­cji ją­dro­wych i ol­brzy­mich tem­pe­ra­tur, może do­piąć bez­po­sta­cio­wa maź. W ga­ze­tach za­chły­stu­ją­cych się pod­ów­czas ku za­cie­ka­wie­niu czy­tel­ni­ków i ku zgro­zie uczo­nych naj­nie­wy­bred­niej­szy­mi wy­my­sła­mi na te­mat „ta­jem­ni­cy So­la­ris” nie bra­kło i ta­kich twier­dzeń, że oce­an pla­ne­tar­ny jest da­le­kim krew­nym ziem­skich wę­go­rzy elek­trycz­nych.

Gdy pro­blem uda­ło się, w ja­kiejś przy­naj­mniej mie­rze, roz­wi­kłać, oka­za­ło się, że wy­ja­śnie­nie, jak to nie­raz po­tem by­wa­ło z So­la­ris, na miej­sce jed­nej za­gad­ki pod­sta­wi­ło inną, może jesz­cze bar­dziej zdu­mie­wa­ją­cą.

Ba­da­nia wy­ka­za­ły, że oce­an nie dzia­ła by­naj­mniej na za­sa­dzie na­szych gra­wi­to­rów (co by­ło­by zresz­tą rze­czą nie­moż­li­wą), ale po­tra­fi bez­po­śred­nio mo­de­lo­wać me­try­kę cza­so­prze­strze­ni, co pro­wa­dzi mię­dzy in­ny­mi do od­chy­leń w po­mia­rze cza­su na jed­nym i tym sa­mym po­łu­dni­ku So­la­ris. Tak więc oce­an nie tyl­ko znał w pew­nym sen­sie, ale po­tra­fił na­wet (cze­go o nas nie moż­na po­wie­dzieć) wy­ko­rzy­stać kon­se­kwen­cje teo­rii Ein­ste­ina-Bo­evie­go.

Gdy to zo­sta­ło po­wie­dzia­ne, wy­bu­chła w świe­cie na­uko­wym jed­na z naj­gwał­tow­niej­szych burz na­sze­go stu­le­cia. Naj­czci­god­niej­sze, po­wszech­nie uzna­ne za praw­dzi­we teo­rie wa­li­ły się w gruz, w li­te­ra­tu­rze na­uko­wej po­ja­wia­ły się naj­bar­dziej he­re­tyc­kie ar­ty­ku­ły, al­ter­na­ty­wa zaś „ge­nial­ny oce­an” czy „gra­wi­ta­cyj­na ga­la­re­ta” roz­pa­li­ła wszyst­kie umy­sły.

Wszyst­ko to dzia­ło się na do­bre kil­ka­na­ście lat przed moim uro­dze­niem. Kie­dy cho­dzi­łem do szko­ły, So­la­ris – za spra­wą po­zna­nych póź­niej fak­tów – po­wszech­nie już była uzna­na za pla­ne­tę ob­da­rzo­ną ży­ciem – tyle że po­sia­da­ją­cą jed­ne­go tyl­ko miesz­kań­ca…

Dru­gi tom Hu­ghe­sa i Eu­gla, któ­ry kart­ko­wa­łem wciąż nie­mal bez­myśl­nie, roz­po­czy­nał się od sys­te­ma­ty­ki, ty­leż ory­gi­nal­nie po­my­śla­nej, co za­baw­nej. Ta­bli­ca kla­sy­fi­ka­cyj­na pre­zen­to­wa­ła ko­lej­no: Typ – Po­ly­the­ria, Rząd – Syn­cy­tia­lia, Kla­sa – Me­ta­mor­pha.

Zu­peł­nie jak gdy­by­śmy zna­li Bóg wie ile eg­zem­pla­rzy ga­tun­ku, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści wciąż był tyl­ko je­den, co praw­da wagi sie­dem­na­stu bi­lio­nów ton.

Pod pal­ca­mi prze­fru­wa­ły mi ko­lo­ro­we dia­gra­my, barw­ne wy­kre­sy, ana­li­zy i wid­ma spek­tral­ne de­mon­stru­ją­ce typ i tem­po prze­mia­ny pod­sta­wo­wej i jej re­ak­cje che­micz­ne. Im da­lej za­głę­bia­łem się w zwa­li­sty tom, tym wię­cej prze­my­ka­ło na kre­do­wych stro­ni­cach ma­te­ma­ty­ki; moż­na było są­dzić, że na­sza wie­dza o tym przed­sta­wi­cie­lu kla­sy Me­ta­mor­pha, któ­ry le­żał spo­wi­ty ciem­no­ścią czte­ro­go­dzin­nej nocy kil­ka­set me­trów pod sta­lo­wym dnem Sta­cji, jest zu­peł­na.

W rze­czy­wi­sto­ści nie wszy­scy byli jesz­cze zgod­ni co do tego, czy to jest „isto­ta”, nie mó­wiąc już o tym, czy moż­na na­zwać oce­an ro­zum­nym. Wsta­wi­łem z trza­skiem wiel­ki tom na pół­kę i wy­do­by­łem na­stęp­ny. Dzie­lił się na dwie czę­ści. Pierw­sza była po­świę­co­na stresz­cze­niu pro­to­ko­łów eks­pe­ry­men­tal­nych wszyst­kich owych nie­zli­czo­nych przed­się­wzięć, któ­rych ce­lem było na­wią­za­nie kon­tak­tu z oce­anem. To na­wią­za­nie kon­tak­tu było, pa­mię­ta­łem aż na­zbyt do­brze, źró­dłem nie­koń­czą­cych się aneg­dot, kpin i dow­ci­pów w cza­sie stu­diów; śre­dnio­wiecz­na scho­la­sty­ka wy­da­wa­ła się kla­row­nym, ja­śnie­ją­cym oczy­wi­sto­ścią wy­kła­dem wo­bec dżun­gli, jaką zro­dzi­ło to za­gad­nie­nie. Dru­gą część tomu, li­czą­cą pra­wie ty­siąc trzy­sta stron, zaj­mo­wa­ła sama tyl­ko bi­blio­gra­fia przed­mio­tu. Ory­gi­nal­na li­te­ra­tu­ra na pew­no nie zmie­ści­ła­by się w po­ko­ju, w któ­rym sie­dzia­łem.

Pierw­sze pró­by kon­tak­tu od­by­wa­ły się za po­śred­nic­twem spe­cjal­nych apa­ra­tów elek­tro­no­wych trans­for­mu­ją­cych bodź­ce prze­sy­ła­ne w obie stro­ny. Oce­an brał przy tym ak­tyw­ny udział w kształ­to­wa­niu tych apa­ra­tów. Ale wszyst­ko to dzia­ło się w zu­peł­nej ciem­no­ści. Co zna­czy­ło, że „brał udział”? Mo­dy­fi­ko­wał pew­ne ele­men­ty za­nu­rza­nych weń urzą­dzeń, wsku­tek cze­go za­pi­sy­wa­ne ryt­my wy­ła­do­wań się zmie­nia­ły, apa­ra­tu­ry re­je­stru­ją­ce utrwa­la­ły mro­wie sy­gna­łów, jak gdy­by strzę­py ja­kichś ol­brzy­mich dzia­łań wyż­szej ana­li­zy, ale co to wszyst­ko zna­czy­ło? Może były to dane o chwi­lo­wym sta­nie po­bu­dze­nia oce­anu? Może im­pul­sy po­wo­du­ją­ce po­wsta­wa­nie jego ol­brzy­mich two­rów, gdzieś o ty­sią­ce mil od ba­da­czy? Może prze­ło­żo­ne na nie­do­cie­czo­ne kon­struk­ty elek­tro­no­we – od­zwier­cie­dle­nia od­wiecz­nych prawd tego oce­anu? Może jego dzie­ła sztu­ki? Któż to mógł wie­dzieć, sko­ro nie­po­dob­na było uzy­skać dwa razy ta­kiej sa­mej re­ak­cji na bo­dziec? Sko­ro raz od­po­wie­dzią był wy­buch im­pul­sów, nie­omal roz­sa­dza­ją­cych apa­ra­ty, a raz głu­che mil­cze­nie? Sko­ro żad­ne­go do­świad­cze­nia nie­po­dob­na było po­wtó­rzyć? Wciąż wy­da­wa­ło się, że sto­imy o krok od roz­szy­fro­wa­nia tego nie­ustan­nie po­więk­sza­ją­ce­go się mo­rza za­pi­sów; spe­cjal­nie prze­cież w tym celu bu­do­wa­no mó­zgi elek­tro­no­we o prze­twór­czej mocy in­for­ma­cyj­nej, ja­kich nie wy­ma­gał do­tych­czas ża­den pro­blem. Istot­nie, uzy­ska­no pew­ne re­zul­ta­ty. Oce­an – źró­dło elek­trycz­nych, ma­gne­tycz­nych, gra­wi­ta­cyj­nych im­pul­sów – prze­ma­wiał jak gdy­by ję­zy­kiem ma­te­ma­ty­ki; pew­ne se­kwen­cje jego prą­do­wych wy­ła­do­wań moż­na było kla­sy­fi­ko­wać, po­słu­gu­jąc się naj­bar­dziej abs­trak­cyj­ny­mi ga­łę­zia­mi ziem­skiej ana­li­zy, teo­rii mno­go­ści, po­ja­wia­ły się tam ho­mo­lo­gi struk­tur zna­nych z tej dzie­dzi­ny fi­zy­ki, któ­ra zaj­mu­je się roz­wa­ża­niem wza­jem­ne­go sto­sun­ku ener­gii i ma­te­rii, wiel­ko­ści skoń­czo­nych i nie­skoń­czo­nych, czą­stek i pól – to wszyst­ko skła­nia­ło uczo­nych do prze­ko­na­nia, że mają przed sobą my­ślą­ce­go po­two­ra, że jest to ro­dzaj mi­lio­no­krot­nie roz­ro­słe­go opa­su­ją­ce­go całą pla­ne­tę pro­to­pla­zma­tycz­ne­go mo­rza-mó­zgu, któ­ry tra­wi czas na nie­sa­mo­wi­tych w swej roz­pię­to­ści teo­re­tycz­nych roz­wa­ża­niach nad isto­tą wszech­rze­czy, a wszyst­ko to, co wy­chwy­tu­ją na­sze apa­ra­ty, sta­no­wi drob­ne, przy­pad­ko­wo pod­słu­cha­ne strzę­py owe­go to­czą­ce­go się wie­ku­iście w głę­bi­nach, prze­ra­sta­ją­ce­go wszel­ką moż­li­wość na­sze­go poj­mo­wa­nia gi­gan­tycz­ne­go mo­no­lo­gu.

Tyle ma­te­ma­ty­cy. Hi­po­te­zy ta­kie okre­śla­ne były przez jed­nych jako wy­raz lek­ce­wa­że­nia ludz­kich moż­li­wo­ści, jako pa­da­nie na twarz przed czymś, cze­go jesz­cze nie ro­zu­mie­my, ale co da się zro­zu­mieć jako wy­do­by­wa­nie z gro­bu sta­rej dok­try­ny „igno­ra­mus et igno­ra­bi mus”; inni uwa­ża­li znów, że są to szko­dli­we i ja­ło­we ba­ję­dy, że w tych hi­po­te­zach ma­te­ma­ty­ków prze­ja­wia się mi­to­lo­gia na­szych cza­sów wi­dzą­ca w mó­zgu ol­brzy­mim – elek­tro­no­wym czy pla­zma­tycz­nym, to wszyst­ko jed­no – naj­wyż­szy cel ist­nie­nia – sum­mę bytu.

A inni jesz­cze… Ale ba­da­czy i po­glą­dów były le­gio­ny. Cóż zresz­tą sta­no­wi­ła cała dzie­dzi­na prób „na­wią­za­nia kon­tak­tu” w po­rów­na­niu z in­ny­mi ga­łę­zia­mi so­la­ry­sty­ki, w któ­rych spe­cja­li­za­cja tak się po­su­nę­ła, zwłasz­cza na prze­strze­ni ostat­nie­go ćwierć­wie­cza, że so­la­ry­sta-cy­ber­ne­tyk nie mógł pra­wie po­ro­zu­mieć się z so­la­ry­stą-sy­me­tria­do­lo­giem. „Jak mo­że­cie się po­ro­zu­mieć z oce­anem, je­że­li nie po­tra­fi­cie już tego uczy­nić mię­dzy sobą?” – za­py­tał kie­dyś żar­to­bli­wie Veu­be­ke, któ­ry był wte­dy, pod­czas mo­ich stu­diów, dy­rek­to­rem in­sty­tu­tu; w tym żar­cie było wie­le praw­dy.

Bo też oce­an nie­przy­pad­ko­wo za­sze­re­go­wa­no do kla­sy Me­ta­mor­pha. Jego fa­lu­ją­ca po­wierzch­nia mo­gła da­wać po­czą­tek naj­bar­dziej róż­nią­cym się od sie­bie, do ni­cze­go ziem­skie­go nie­po­dob­nym for­mom, przy czym ce­lo­wość ad­ap­ta­cyj­na, po­znaw­cza czy ja­ka­kol­wiek inna – owych gwał­tow­nych nie­raz erup­cji pla­zma­tycz­nej „twór­czo­ści” – była zu­peł­ną za­gad­ką.

Od­sta­wia­jąc na pół­kę tom, tak cięż­ki, że mu­sia­łem przy­trzy­mać go obie­ma rę­ka­mi, po­my­śla­łem, że na­sza wie­dza o So­la­ris wy­peł­nia­ją­ca bi­blio­te­ki jest bez­u­ży­tecz­nym ba­la­stem i trzę­sa­wi­skiem fak­tów i znaj­du­je­my się w ta­kim sa­mym miej­scu, w któ­rym po­czę­to ją gro­ma­dzić przed sie­dem­dzie­się­ciu ośmiu laty, a wła­ści­wie sy­tu­acja jest o wie­le gor­sza, po­nie­waż cały trud tych lat oka­zał się da­rem­ny.

To, co­śmy wie­dzie­li do­kład­nie, obej­mo­wa­ło same tyl­ko za­prze­cze­nia. Oce­an nie po­słu­gi­wał się ma­szy­na­mi ani ich nie bu­do­wał, cho­ciaż w pew­nych oko­licz­no­ściach wy­da­wał się do tego zdol­ny, gdyż po­wie­lał czę­ści nie­któ­rych za­nu­rzo­nych w nim apa­ra­tów, ale czy­nił to tyl­ko w pierw­szym i dru­gim roku prac eks­plo­ra­cyj­nych; po­tem igno­ro­wał wszel­kie po­na­wia­ne z be­ne­dyk­tyń­ską cier­pli­wo­ścią pró­by, jak­by stra­cił dla na­szych urzą­dzeń i pro­duk­tów (a wy­ni­ka­ło­by, że tak­że i dla nas…) wszel­kie za­in­te­re­so­wa­nie. Nie po­sia­dał – kon­ty­nu­uję wy­li­cze­nie na­szych „ne­ga­tyw­nych wia­do­mo­ści” – żad­ne­go sys­te­mu ner­wo­we­go ani ko­mó­rek, ani struk­tu­ry przy­po­mi­na­ją­cej biał­ko­wą; nie za­wsze re­ago­wał na bodź­ce, na­wet naj­po­tęż­niej­sze (tak na przy­kład cał­ko­wi­cie „zi­gno­ro­wał” ka­ta­stro­fę po­moc­ni­cze­go ra­kie­tow­ca dru­giej eks­pe­dy­cji Gie­se­go, któ­ry ru­nął z wy­so­ko­ści trzy­stu ki­lo­me­trów na po­wierzch­nię pla­ne­ty, nisz­cząc ją­dro­wą eks­plo­zją swych ato­mo­wych sto­sów pla­zmę w pro­mie­niu pół­to­rej mili).

Po­wo­li w krę­gach na­ukow­ców „spra­wa So­la­ris” brzmieć za­czę­ła jak „spra­wa prze­gra­na”, zwłasz­cza w sfe­rach na­uko­wej ad­mi­ni­stra­cji in­sty­tu­tu, gdzie pod­no­si­ły się w la­tach ostat­nich gło­sy do­ma­ga­ją­ce się ob­cię­cia do­ta­cji na dal­sze ba­da­nia. O cał­ko­wi­tym zli­kwi­do­wa­niu Sta­cji nikt się do­tąd nie ośmie­lił mó­wić; by­ło­by to zbyt jaw­nym przy­zna­niem się do klę­ski. Zresz­tą nie­któ­rzy w roz­mo­wach pry­wat­nych po­wia­da­li, że wszyst­ko, cze­go nam trze­ba, to stra­te­gia moż­li­wie „ho­no­ro­we­go” wy­co­fa­nia się z „afe­ry So­la­ris”.

Dla wie­lu jed­nak, szcze­gól­nie zaś dla mło­dych, „afe­ra” ta sta­wa­ła się z wol­na czymś w ro­dza­ju ka­mie­nia pro­bier­cze­go wła­snej war­to­ści: „w grun­cie rze­czy – mó­wi­li – idzie o staw­kę więk­szą ani­że­li o zgłę­bie­nie so­la­ryj­skiej cy­wi­li­za­cji, gra to­czy się bo­wiem o nas sa­mych, o gra­ni­ce ludz­kie­go po­zna­nia”.

Przez pe­wien czas po­pu­lar­ny był (roz­po­wszech­nia­ny gor­li­wie przez pra­sę co­dzien­ną) po­gląd, że my­ślą­cy oce­an, któ­ry opły­wa całą So­la­ris, jest gi­gan­tycz­nym mó­zgiem prze­wyż­sza­ją­cym na­szą cy­wi­li­za­cję o mi­lio­ny lat roz­wo­ju, że to ja­kiś „ko­smicz­ny yoga”, mę­drzec, upo­sta­cio­wa­na wszech­wie­dza, któ­ra daw­no już po­ję­ła płon­ność wszel­kie­go dzia­ła­nia i dla­te­go za­cho­wu­je wo­bec nas ka­te­go­rycz­ne mil­cze­nie. Była to po pro­stu nie­praw­da, bo żywy oce­an dzia­ła, i to jak jesz­cze – tyle że we­dług in­nych ani­że­li ludz­kie wy­obra­żeń, nie bu­du­je więc miast ani mo­stów, ani ma­chin la­ta­ją­cych; nie pró­bu­je też zwy­cię­żyć prze­strze­ni ani jej prze­kro­czyć (w czym nie­któ­rzy obroń­cy wyż­szo­ści czło­wie­ka za wszel­ką cenę upa­try­wa­li bez­cen­ny dla nas atut), zaj­mu­je się na­to­miast ty­sią­cz­ny­mi prze­kształ­ce­nia­mi – „au­to­me­ta­mor­fo­zą on­to­lo­gicz­ną”; już to uczo­nych ter­mi­nów nie brak na kar­tach dzieł so­la­ry­stycz­nych! Po­nie­waż, z dru­giej stro­ny czło­wie­ka upo­rczy­wie wczy­tu­ją­ce­go się we wszyst­kie moż­li­we so­la­ria­na ogar­nia nie­prze­par­te wra­że­nie, iż ma przed sobą ułam­ki in­te­lek­tu­al­nych kon­struk­cji, być może ge­nial­nych, prze­mie­sza­ne bez ładu i skła­du z pło­da­mi ja­kie­goś kom­plet­ne­go, gra­ni­czą­ce­go z obłę­dem głup­tac­twa, po­wsta­ła jako an­ty­te­za kon­cep­cji „oce­anu-yogi” myśl o „oce­anie-de­bi­lu”.

Hi­po­te­zy te wy­do­by­ły z gro­bu i oży­wi­ły je­den z naj­star­szych pro­ble­mów fi­lo­zo­ficz­nych – sto­sun­ku ma­te­rii i du­cha, świa­do­mo­ści. Trze­ba było nie­ma­łej od­wa­gi, aby po raz pierw­szy – jak du Ha­art – przy­pi­sać oce­ano­wi świa­do­mość. Pro­blem ten przez me­to­do­lo­gów uzna­ny po­spiesz­nie za me­ta­fi­zycz­ny tlił się na dnie wszyst­kich nie­omal dys­ku­sji i spo­rów. Czy moż­li­we jest my­śle­nie bez świa­do­mo­ści? Ale czy za­cho­dzą­ce w oce­anie pro­ce­sy moż­na na­zwać my­śle­niem? Czy góra to bar­dzo wiel­ki ka­mień? Czy pla­ne­ta to ogrom­na góra?

Moż­na uży­wać tych nazw, ale nowa ska­la wiel­ko­ści wpro­wa­dza na sce­nę nowe pra­wi­dło­wo­ści i nowe zja­wi­ska.

Pro­blem ten stał się kwa­dra­tu­rą koła na­szych cza­sów. Każ­dy sa­mo­dziel­ny my­śli­ciel usi­ło­wał wnieść w skarb­ni­ce so­la­ry­sty­ki swój wkład; mno­ży­ły się teo­rie gło­szą­ce, że mamy przed sobą pro­dukt de­ge­ne­ra­cji, uwstecz­nie­nia, któ­re na­stą­pi­ło po mi­nio­nej fa­zie „in­te­lek­tu­al­nej świet­no­ści” oce­anu, już to, że oce­an jest w sa­mej rze­czy no­wo­two­rem-gle­ja­kiem, któ­ry, na­ro­dziw­szy się w ob­rę­bie ciał daw­nych miesz­kań­ców pla­ne­ty, po­żarł je wszyst­kie i po­chło­nął, sta­pia­jąc szcząt­ki w po­stać wiecz­nie trwa­ją­ce­go, sa­mo­odm­ła­dza­ją­ce­go się po­nad­ko­mór­ko­we­go ży­wio­łu.

W bia­łym, po­dob­nym do ziem­skie­go, świe­tle ja­rze­nió­wek zdją­łem ze sto­łu apa­ra­ty i książ­ki, któ­re na nim le­ża­ły, i roz­ło­żyw­szy na pla­sty­ko­wej pły­cie mapę So­la­ris, pa­trza­łem w nią, opie­ra­jąc się rę­ka­mi o me­ta­lo­we li­stwy na kra­wę­dziach. Żywy oce­an po­sia­dał swo­je pły­ci­zny i głę­bie, a jego wy­spy, okry­te na­lo­tem wie­trze­ją­cych mi­ne­ra­łów, świad­czy­ły o tym, że kie­dyś sta­no­wi­ły jego dno – czy re­gu­lo­wał tak­że wy­ła­nia­nie się i za­pa­da­nie for­ma­cji skal­nych za­nu­rzo­nych w swym ło­nie? Było to zu­peł­nie ciem­ne. Pa­trzy­łem na ol­brzy­mie, po­ma­lo­wa­ne róż­ny­mi to­na­mi fio­le­tu i błę­ki­tu pół­ku­le na ma­pie, do­zna­jąc, nie wiem po raz któ­ry już w ży­ciu, zdu­mie­nia rów­nie wstrzą­sa­ją­ce­go jak owo pierw­sze, za­zna­ne, kie­dy jako chło­piec do­wie­dzia­łem się w szko­le o ist­nie­niu So­la­ris.

Nie wiem, jak to się sta­ło, że oto­cze­nie wraz z czu­wa­ją­cą w nim ta­jem­ni­cą śmier­ci Gi­ba­ria­na, że na­wet moja nie­wia­do­ma przy­szłość wy­da­ła mi się na­raz nie­waż­na, i nie my­śla­łem o ni­czym za­to­pio­ny w oglą­da­niu tej prze­ra­ża­ją­cej każ­de­go czło­wie­ka mapy.

Po­szcze­gól­ne po­ła­cie ży­wo­two­ru no­si­ły na­zwy od ba­da­czy, któ­rzy po­świę­ci­li się ich eks­plo­ra­cji. Wpa­try­wa­łem się w opły­wa­ją­cy rów­ni­ko­we ar­chi­pe­la­gi gle­jo­ma­syw The­xal­la, kie­dy po­czu­łem czyjś wzrok.

Wciąż jesz­cze sta­łem nad mapą, ale już jej nie wi­dzia­łem, by­łem jak spa­ra­li­żo­wa­ny. Drzwi mia­łem na wprost sie­bie; były za­sta­wio­ne skrzyn­ka­mi i przy­su­nię­tą do nich szaf­ką. To ja­kiś au­to­mat – po­my­śla­łem – cho­ciaż żad­ne­go nie było przed­tem w po­ko­ju, a nie mógł wejść nie­zau­wa­żo­ny prze­ze mnie. Skó­ra na kar­ku i ple­cach za­czy­na­ła mnie piec, uczu­cie cięż­kie­go, nie­ru­cho­me­go wzro­ku sta­wa­ło się nie do znie­sie­nia. Nie zda­wa­łem so­bie spra­wy z tego, że wcią­ga­jąc gło­wę w ra­mio­na, co­raz moc­niej opie­ram się o stół, któ­ry za­czął wol­no su­nąć po pod­ło­dze; ten ruch jak gdy­by wy­zwo­lił mnie. Od­wró­ci­łem się gwał­tow­nie.

Po­kój był pu­sty. Przede mną zia­ło tyl­ko czer­nią wiel­kie pół­ko­li­ste okno. Wra­że­nie nie ustę­po­wa­ło. Ciem­ność pa­trza­ła na mnie, bez­po­sta­cio­wa, ol­brzy­mia, bez­oka, po­zba­wio­na gra­nic. Mro­ku za szy­ba­mi nie roz­wid­nia­ła żad­na gwiaz­da. Za­cią­gną­łem świa­tłosz­czel­ne za­sło­ny. Nie by­łem na Sta­cji ani go­dzi­ny, a za­czy­na­łem już ro­zu­mieć, dla­cze­go zda­rza­ły się na niej wy­pad­ki ma­nii prze­śla­dow­czej. Po­łą­czy­łem to od­ru­cho­wo ze śmier­cią Gi­ba­ria­na. Zna­jąc go, my­śla­łem do­tąd, że nic nie mo­gło­by za­bu­rzyć jego umy­słu. Prze­sta­łem być tego pew­ny.

Sta­łem na środ­ku po­ko­ju obok sto­łu. Od­dech uspo­ko­ił się, czu­łem jak pot, któ­ry wy­stą­pił mi na czo­ło, sty­gnie. O czym to po­my­śla­łem przed chwi­lą? Praw­da – o au­to­ma­tach. To, że nie na­po­tka­łem żad­ne­go w ko­ry­ta­rzu ani w po­ko­jach, było bar­dzo dziw­ne. Gdzie się wszyst­kie po­dzia­ły? Je­dy­ny, z któ­rym się ze­tkną­łem – na od­le­głość – na­le­żał do me­cha­nicz­nej ob­słu­gi lot­ni­ska. A inne?

Spoj­rza­łem na ze­ga­rek. Wła­ści­wie po­wi­nie­nem już pójść do Snau­ta.

Wy­sze­dłem. Ko­ry­tarz oświe­tla­ły dość sła­bo świe­tlów­ki bie­gną­ce pod su­fi­tem. Mi­ną­łem dwo­je drzwi, aż do­sze­dłem do tych, na któ­rych wid­nia­ło na­zwi­sko Gi­ba­ria­na. Sta­łem przed nimi dłu­go. Sta­cję wy­peł­nia­ła ci­sza. Ują­łem klam­kę. Wła­ści­wie wca­le nie chcia­łem tam wejść. Ugię­ła się, drzwi od­su­nę­ły się o cal, po­wsta­ła szpa­ra, przez mgnie­nie czar­na, po­tem za­pa­li­ło się tam świa­tło. Te­raz mógł­by mnie doj­rzeć każ­dy prze­cho­dzą­cy ko­ry­ta­rzem. Prze­kro­czy­łem szyb­ko próg i za­mkną­łem drzwi za sobą bez­gło­śnie i moc­no. Po­tem się od­wró­ci­łem.

Sta­łem, do­ty­ka­jąc pra­wie ple­ca­mi drzwi. Był to po­kój więk­szy od mego, też o pa­no­ra­micz­nym oknie, w trzech czwar­tych za­sło­nię­tym przy­wie­zio­ną nie­wąt­pli­wie z Zie­mi, nie­na­le­żą­cą do ekwi­pun­ku Sta­cji, fi­ran­ką w drob­ne nie­bie­skie i ró­żo­we kwiat­ki. Wzdłuż ścian cią­gnę­ły się pół­ki bi­blio­tecz­ne i szaf­ki, jed­ne i dru­gie ema­lio­wa­ne na bar­dzo ja­sną zie­leń o sre­brzy­stym po­ły­sku. Za­war­tość ich, wy­wa­lo­na ca­ły­mi sto­sa­mi na pod­ło­gę, pię­trzy­ła się mię­dzy stoł­ka­mi i fo­te­la­mi. Tuż przede mną za­gra­dza­ły przej­ście dwa kro­czą­ce sto­licz­ki oba­lo­ne i wry­te czę­ścio­wo w ster­ty cza­so­pism, któ­re wy­ry­wa­ły się z pęk­nię­tych te­czek. Otwar­te, wa­chlu­ją­ce kart­ka­mi książ­ki za­la­ne były pły­na­mi z po­tłu­czo­nych kolb i fla­szek o do­tar­tych kor­kach, w prze­waż­nej czę­ści tak gru­bo­ścien­nych, że zwy­kły upa­dek na pod­ło­gę, na­wet ze znacz­nej wy­so­ko­ści nie zdo­łał­by ich roz­trza­skać. Pod oknem le­ża­ło prze­wró­co­ne biur­ko z roz­bi­tą lamp­ką ro­bo­czą na wy­się­go­wym ra­mie­niu; ta­bo­ret le­żał przed nim, a jego dwie nogi za­głę­bi­ły się w na pół wy­cią­gnię­tych szu­fla­dach. Ist­na po­wódź kar­tek, ręcz­nym pi­smem po­kry­tych ar­ku­szy, pa­pie­rów, po­kry­wa­ła całą pod­ło­gę. Po­zna­łem pi­smo Gi­ba­ria­na i po­chy­li­łem się nad nimi. Pod­no­sząc luź­ne ar­ku­sze, za­uwa­ży­łem, że moja ręka rzu­ca nie po­je­dyn­czy jak do­tąd, ale po­dwój­ny cień.

Od­wró­ci­łem się. Ró­żo­wa fi­ran­ka pło­nę­ła, jak­by za­pa­lo­na u góry, ostrą li­nią gwał­tow­nie błę­kit­ne­go ognia, któ­ry roz­sze­rzał się z każ­dą chwi­lą. Szarp­ną­łem ma­te­riał w bok – oczy po­ra­ził prze­raź­li­wy po­żar. Zaj­mo­wał trze­cią część ho­ry­zon­tu. Gę­stwi­na dłu­gich, upior­nie roz­cią­gnię­tych cie­ni bie­gła wgłę­bie­nia­mi fal ku Sta­cji. To był wschód. W stre­fie, w któ­rej znaj­do­wa­ła się Sta­cja, po go­dzin­nej nocy na nie­bo wstę­po­wa­ło dru­gie, błę­kit­ne słoń­ce pla­ne­ty. Sa­mo­czyn­ny wy­łącz­nik zga­sił świa­tła su­fi­to­we, kie­dy wró­ci­łem do po­rzu­co­nych pa­pie­rów. Tra­fi­łem na zwię­zły opis do­świad­cze­nia pro­jek­to­wa­ne­go przed trze­ma ty­go­dnia­mi – Gi­ba­rian za­mie­rzał pod­dać pla­zmę dzia­ła­niu bar­dzo twar­dych pro­mie­ni rent­ge­now­skich. Z tek­stu zo­rien­to­wa­łem się, że był prze­zna­czo­ny dla Sar­to­riu­sa, któ­ry miał zor­ga­ni­zo­wać eks­pe­ry­ment – trzy­ma­łem w ręku ko­pię. Bia­łe ar­ku­sze pa­pie­ru za­czy­na­ły mnie ra­zić. Dzień, któ­ry na­stał, był inny od po­przed­nie­go. Pod po­ma­rań­czo­wym nie­bem sty­gną­ce­go słoń­ca oce­an, atra­men­to­wy z krwa­wy­mi od­bły­ska­mi, po­kry­wa­ła nie­mal za­wsze brud­no­ró­żo­wa mgła sta­pia­ją­ca w jed­no skle­pie­nie chmu­ry, fale – to wszyst­ko te­raz zni­kło. Na­wet prze­fil­tro­wa­ne przez ró­żo­wą tka­ni­nę świa­tło pło­nę­ło jak pal­nik po­tęż­nej lam­py kwar­co­wej. Opa­le­ni­zna mo­ich rąk sta­ła się w nim pra­wie sza­ra. Cały po­kój się od­mie­nił, wszyst­ko, co mia­ło od­cień czer­wo­ny, zbrą­zo­wia­ło i zbla­kło na ko­lor wą­tro­by, na­to­miast przed­mio­ty bia­łe, zie­lo­ne i żół­te wy­ostrzy­ły się w ko­lo­rze, że zda­wa­ły się pro­mie­nio­wać wła­snym bla­skiem. Mru­żąc oczy, spoj­rza­łem przez szpa­rę fi­ran­ki: nie­bo było bia­łym mo­rzem ognia, pod któ­rym drgał i dy­go­tał jak gdy­by płyn­ny me­tal. Za­ci­sną­łem po­wie­ki z roz­sze­rza­ją­cy­mi się w polu wi­dze­nia czer­wo­ny­mi krę­ga­mi. Na kon­sol­ce umy­wal­ki (jej brzeg był strza­ska­ny) od­kry­łem ciem­ne szkła za­kry­wa­ją­ce nie­mal pół twa­rzy i na­ło­ży­łem je. Za­sło­na okien­na go­rza­ła te­raz jak pło­mień sodu. Czy­ta­łem da­lej, pod­no­sząc ar­ku­sze z zie­mi i ukła­da­jąc je na je­dy­nym nie­prze­wró­co­nym sto­li­ku. Czę­ści tek­stu bra­ko­wa­ło.

Szły pro­to­ko­ły do­świad­czeń już prze­pro­wa­dzo­nych. Do­wie­dzia­łem się z nich, że pod­da­li oce­an na­pro­mie­nio­wa­niu przez czte­ry dni w punk­cie znaj­du­ją­cym się o ty­siąc czte­ry­sta mil na pół­noc­ny wschód od obec­ne­go po­ło­że­nia. Wszyst­ko to ra­zem za­sko­czy­ło mnie, po­nie­waż uży­cie pro­mie­ni rent­ge­now­skich było za­ka­za­ne kon­wen­cją ONZ ze wzglę­du na ich za­bój­cze dzia­ła­nie, a by­łem zu­peł­nie pew­ny, że nikt nie zwra­cał się do Zie­mi, aby uzy­skać na te eks­pe­ry­men­ty po­zwo­le­nie. W pew­nej chwi­li, pod­no­sząc gło­wę, zo­ba­czy­łem w lu­strze uchy­lo­nych drzwi sza­fy wła­sne od­bi­cie, śmier­tel­nie bia­łą twarz z czar­ny­mi szkła­mi. Nie­sa­mo­wi­cie wy­glą­dał po­kój pło­ną­cy bie­lą i błę­ki­tem, ale po kil­ku mi­nu­tach dało się sły­szeć prze­cią­głe zgrzy­ta­nie i z ze­wnątrz za­su­nę­ły się na okna her­me­tycz­ne kla­py; wnę­trze ściem­nia­ło i za­pa­li­ło się sztucz­ne świa­tło, dziw­nie te­raz bla­de. Ro­bi­ło się tyl­ko co­raz cie­plej, aż mia­ro­wy ton do­by­wa­ją­cy się z prze­wo­dów kli­ma­ty­za­cji upodob­nił się do wy­tę­żo­ne­go skom­le­nia. Apa­ra­tu­ry chłod­ni­cze Sta­cji pra­co­wa­ły całą mocą. Mimo to mar­twy upał wciąż jesz­cze rósł.

Do­bie­gły mnie kro­ki. Ktoś szedł ko­ry­ta­rzem. Dwo­ma bez­sze­lest­ny­mi stąp­nię­cia­mi zna­la­złem się u drzwi. Kro­ki zwol­ni­ły i za­mar­ły. Ten, kto szedł, stał za drzwia­mi. Klam­ka po­ma­łu się ugię­ła; nie my­śląc, od­ru­cho­wo chwy­ci­łem ją z mo­jej stro­ny i przy­trzy­ma­łem. Ucisk nie wzma­gał się, ale i nie słabł. Ten ktoś po dru­giej stro­nie drzwi za­cho­wy­wał się tak samo bez­gło­śnie, jak gdy­by za­sko­czo­ny. Trzy­ma­li­śmy klam­kę przez do­brą chwi­lę. Po­tem od­sko­czy­ła mi na­gle w dło­ni – pusz­czo­na wol­no – a sła­by sze­lest świad­czył, że tam­ten od­cho­dzi. Sta­łem jesz­cze, na­słu­chu­jąc, ale pa­no­wa­ła ci­sza.

GOŚCIE

Po­spiesz­nie zło­ży­łem we czwo­ro i scho­wa­łem do kie­sze­ni no­tat­ki Gi­ba­ria­na. Pod­sze­dłem z wol­na do sza­fy i zaj­rza­łem do środ­ka – kom­bi­ne­zo­ny i ubra­nia były ści­śnię­te i upcha­ne w je­den kąt, jak­by ktoś tam stał. Spod sto­su pa­pie­rów na pod­ło­dze wy­sta­wał ro­żek ko­per­ty. Pod­nio­słem ją. Była za­adre­so­wa­na do mnie. Ze ści­śnię­tym na­gle gar­dłem ro­ze­rwa­łem ko­per­tę i mu­sia­łem się prze­móc, żeby roz­ło­żyć małą kart­kę pa­pie­ru, któ­ra tkwi­ła w środ­ku.

Swo­im re­gu­lar­nym, nad­zwy­czaj drob­nym, ale czy­tel­nym pi­smem Gi­ba­rian za­no­to­wał:

Ann. So­lar. Vol. I. Anex, tak­że: Vot. Se­pa­rat. Mes­sen­ge­ra w spr. F.; Mały apo­kryf Ra­vint­ze­ra.

To było wszyst­ko, ani jed­ne­go sło­wa wię­cej. Pi­smo no­si­ło śla­dy po­śpie­chu. Czy to była ja­kaś waż­na wia­do­mość? Kie­dy to na­pi­sał? Po­my­śla­łem, że mu­szę jak naj­szyb­ciej pójść do bi­blio­te­ki. Ów aneks do pierw­sze­go so­la­ry­stycz­ne­go rocz­ni­ka zna­łem, to zna­czy, wie­dzia­łem o jego ist­nie­niu, ale nie mia­łem go ni­g­dy w ręce, przed­sta­wiał bo­wiem czy­sto hi­sto­rycz­ną war­tość. Na­to­miast o ja­kimś Ra­vint­ze­rze ani o jego Ma­łym apo­kry­fie ni­g­dy na­wet nie sły­sza­łem.

Co ro­bić?

Spóź­ni­łem się już kwa­drans. Raz jesz­cze, od drzwi, ob­ją­łem ocza­mi cały po­kój. Te­raz do­pie­ro za­uwa­ży­łem przy­twier­dzo­ne pio­no­wo do ścia­ny skła­da­ne łóż­ko, bo za­sła­nia­ła je roz­wi­nię­ta mapa So­la­ris. Za mapą coś wi­sia­ło. Był to kie­szon­ko­wy ma­gne­to­fon w fu­te­ra­le. Wy­ją­łem apa­rat, fu­te­rał po­wie­si­łem na daw­nym miej­scu, a ma­gne­to­fon wsu­ną­łem do kie­sze­ni. Spoj­rza­łem na licz­nik – pra­wie cała szpu­la była na­gra­na.

Zno­wu sta­łem przez se­kun­dę u drzwi z za­mknię­ty­mi ocza­mi, wsłu­chu­jąc się z wy­sił­kiem w ci­szę pa­nu­ją­cą na ze­wnątrz. Nic. Otwo­rzy­łem drzwi, ko­ry­tarz wy­dał mi się czar­ną cze­lu­ścią, zdją­łem do­pie­ro te­raz ciem­ne szkła i zo­ba­czy­łem sła­be świa­tła su­fi­to­we. Za­mkną­łem za sobą drzwi i po­sze­dłem w lewo, ku ra­dio­sta­cji.

Zbli­ża­łem się do okrą­głej ko­mo­ry, z któ­rej roz­cho­dzi­ły się ko­ry­ta­rze na kształt szprych koła, kie­dy mi­ja­jąc ja­kieś cia­sne, bocz­ne przej­ście wio­dą­ce, zda­je się, do ła­zie­nek, zo­ba­czy­łem wiel­ką, nie­wy­raź­ną, pra­wie zle­wa­ją­cą się z pół­mro­kiem po­stać.

Za­trzy­ma­łem się jak wry­ty. Z głę­bi owe­go od­ga­łę­zie­nia szła nie­spiesz­nym, kacz­ko­wa­tym cho­dem ogrom­na Mu­rzyn­ka. Zo­ba­czy­łem błysk jej bia­łek i pra­wie rów­no­cze­śnie usły­sza­łem mięk­kie, bose pla­śnię­cia jej stóp. Nie no­si­ła nic oprócz błysz­czą­cej żół­ta­wo, jak­by ze sło­my uple­cio­nej, spód­nicz­ki; mia­ła ol­brzy­mie, ob­wi­słe pier­si, a czar­ne ra­mio­na do­rów­ny­wa­ły udom nor­mal­ne­go czło­wie­ka; mi­nę­ła mnie, nie spoj­rzaw­szy na­wet w moją stro­nę – w od­le­gło­ści me­tra – i po­szła, ko­ły­sząc sło­nio­wa­ty­mi kłę­ba­mi, po­dob­na do owych ste­ato­py­gicz­nych rzeźb z epo­ki ka­mie­nia łu­pa­ne­go, ja­kie wi­du­je się cza­sem w mu­ze­ach an­tro­po­lo­gicz­nych. Tam, gdzie ko­ry­tarz za­krę­cał, zwró­ci­ła się w bok i znik­nę­ła w drzwiach ka­bi­ny Gi­ba­ria­na. Kie­dy je otwie­ra­ła, przez mgnie­nie sta­nę­ła w moc­niej­szym świe­tle, któ­re pa­li­ło się w po­ko­ju. Drzwi za­mknę­ły się ci­cho i zo­sta­łem sam. Pra­wą ręką ują­łem kiść le­wej i ści­sną­łem ją z ca­łej siły, aż ko­ści chrup­nę­ły. Ro­zej­rza­łem się nie­przy­tom­nie po oto­cze­niu. Co się sta­ło? Co to było? Tak na­gle, jak­by mnie ktoś ude­rzył, przy­po­mnia­łem so­bie ostrze­że­nie Snau­ta. Co to mia­ło zna­czyć? Kim była ta po­czwar­na Afro­dy­ta? Skąd się wzię­ła? Zro­bi­łem je­den, tyl­ko je­den krok w stro­nę ka­bi­ny Gi­ba­ria­na i znie­ru­cho­mia­łem. Wie­dzia­łem aż nad­to do­brze, że nie wej­dę tam. Ło­wi­łem roz­sze­rzo­ny­mi noz­drza­mi po­wie­trze. Coś się nie zga­dza­ło, coś było nie tak – ach! Od­ru­cho­wo ocze­ki­wa­łem wstręt­ne­go, wy­raź­ne­go odo­ru jej potu, ale na­wet gdy mi­ja­ła mnie o krok, ni­cze­go nie po­czu­łem.

Nie wiem, jak dłu­go sta­łem opar­ty o chłod­ny me­tal ścia­ny. Sta­cję wy­peł­nia­ła ci­sza, a je­dy­nym sły­szal­nym dźwię­kiem był od­le­gły, mo­no­ton­ny od­głos kli­ma­ty­za­cyj­nych sprę­ża­rek.

Otwar­tą ręką ude­rzy­łem się lek­ko w twarz i po­wo­li po­sze­dłem do ra­dio­sta­cji. Gdy na­ci­ska­łem klam­kę, usły­sza­łem ostry głos:

– Kto tam?

– To ja, Ke­lvin.

Sie­dział przy sto­li­ku mię­dzy sto­sem alu­mi­nio­wych pu­deł a pul­pi­tem na­daj­ni­ka i jadł pro­sto z pusz­ki mię­sny kon­cen­trat. Nie wiem, cze­mu ob­rał so­bie na miesz­ka­nie ra­dio­sta­cję. Sta­łem, ogłu­pia­ły, u drzwi, wpa­tru­jąc się w jego żu­ją­ce mia­ro­wo szczę­ki, i na­raz po­czu­łem, jaki je­stem głod­ny. Pod­sze­dłem do pó­łek, wy­bra­łem ze sto­su ta­le­rzy naj­mniej za­ku­rzo­ny i usia­dłem na­prze­ciw nie­go. Ja­kiś czas je­dli­śmy w mil­cze­niu, po­tem Snaut wstał, wy­jął ze ścien­nej szaf­ki ter­mos i na­lał nam po szklan­ce go­rą­ce­go bu­lio­nu. Sta­wia­jąc ter­mos na pod­ło­dze – na sto­li­ku nie było już miej­sca – spy­tał:

– Wi­dzia­łeś Sar­to­riu­sa?

– Nie. Gdzie on jest?

– Na gó­rze.

Na gó­rze było la­bo­ra­to­rium. Je­dli­śmy da­lej, mil­cząc, aż bla­cha za­zgrzy­ta­ła w opróż­nio­nej pusz­ce. W ra­dio­sta­cji pa­no­wa­ła noc. Okno było za­mknię­te szczel­nie z ze­wnątrz, pod su­fi­tem pło­nę­ły czte­ry okrą­głe świe­tlów­ki. Ich od­bi­cia drga­ły w pla­sty­ko­wej po­kry­wie na­daj­ni­ka.

Na­pię­tą skó­rę na ko­ściach po­licz­ko­wych Snau­ta zna­czy­ły czer­wo­ne żył­ki. Miał te­raz na so­bie czar­ny, luź­ny, po­strzę­pio­ny swe­ter.

– Jest ci coś? – spy­tał.

– Nie. A co ma mi być?

– Spo­ci­łeś się.

Otar­łem ręką czo­ło. Rze­czy­wi­ście, ocie­ka­łem po­tem; mu­sia­ła to być re­ak­cja po po­przed­nim wstrzą­sie. Pa­trzał na mnie ba­daw­czo. Czy mia­łem mu po­wie­dzieć? Wo­la­łem, żeby sam oka­zał mi wię­cej za­ufa­nia. Kto grał tu prze­ciw komu i w jaki, nie­po­ję­ty spo­sób?

– Go­rą­co jest – po­wie­dzia­łem. – Przy­pusz­cza­łem, że kli­ma­ty­za­cja le­piej u was dzia­ła.

– Za ja­kąś go­dzi­nę się wy­rów­na. Je­steś pew­ny, że to tyl­ko z go­rą­ca? – pod­niósł na mnie oczy. Żu­łem su­mien­nie, jak­bym tego nie wi­dział.

– Co masz za­miar ro­bić? – spy­tał wresz­cie, kie­dy skoń­czy­li­śmy jeść. Wrzu­cił całe na­czy­nie i pu­ste pusz­ki do umy­wal­ni pod ścia­ną i wró­cił na swój fo­tel.

– Za­sto­su­ję się do was – od­par­łem fleg­ma­tycz­nie. – Ma­cie prze­cież ja­kiś plan ba­dań? Ja­kiś nowy bo­dziec, po­dob­no rent­gen czy coś ta­kie­go, nie?

– Rent­gen? – pod­niósł brwi. – Gdzie o tym sły­sza­łeś?

– Nie pa­mię­tam już. Ktoś mi mó­wił. Może na Pro­me­te­uszu. A co? Ro­bi­cie to już?

– Nie znam szcze­gó­łów. To był po­mysł Gi­ba­ria­na. Za­czął to z Sar­to­riu­sem. Ale jak mo­żesz o tym wie­dzieć?

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

– Nie znasz szcze­gó­łów? Po­wi­nie­neś przy tym być, prze­cież to wcho­dzi w twój za­kres – nie do­koń­czy­łem. Mil­czał. Skom­le­nie do­cho­dzą­ce z kli­ma­ty­za­to­rów uci­chło, a i tem­pe­ra­tu­ra utrzy­my­wa­ła się na zno­śnym po­zio­mie. W po­wie­trzu wi­siał tyl­ko nie­ustan­ny wy­so­ki ton, jak brzęk ko­na­ją­cej mu­chy. Snaut wstał, pod­szedł do ste­ru­ją­ce­go pul­pi­tu i za­czął pstry­kać kon­tak­ta­mi bez żad­ne­go sen­su, bo głów­ny wy­łącz­nik stał w mar­twej po­zy­cji. Ba­wił się tak chwi­lę, aż nie od­wra­ca­jąc gło­wy, za­uwa­żył:

– Trze­ba bę­dzie do­peł­nić for­mal­no­ści w związ­ku z tym… wiesz.

– Tak?

Od­wró­cił się i spoj­rzał na mnie jak­by bli­ski wście­kło­ści. Nie mogę po­wie­dzieć, że umyśl­nie sta­ra­łem się wy­pro­wa­dzić go z rów­no­wa­gi, ale nie ro­zu­mie­jąc nic z gry, któ­ra się tu to­czy­ła, wo­la­łem być wstrze­mięź­li­wy. Ości­sta grdy­ka cho­dzi­ła mu nad czar­ną rurą swe­tra.

– By­łeś u Gi­ba­ria­na – po­wie­dział na­gle. To nie było py­ta­nie. Pod­nio­słem brwi i pa­trza­łem mu spo­koj­nie w twarz.

– By­łeś w jego po­ko­ju – po­wtó­rzył.

Zro­bi­łem mały ruch gło­wą, jak gdy­bym mó­wił „po­wiedz­my”, „daj­my na to”.

Chcia­łem, żeby da­lej mó­wił.

– Kto tam był? – spy­tał. Wie­dział o niej!!!

– Nikt. A któż by tam mógł być? – spy­ta­łem.

– To dla­cze­go mnie nie wpu­ści­łeś?

Uśmiech­ną­łem się.

– Bo się prze­stra­szy­łem. Po two­im ostrze­że­niu, kie­dy klam­ka się ru­szy­ła, przy­trzy­ma­łem ją od­ru­cho­wo. Dla­cze­go nie po­wie­dzia­łeś, że to ty? Był­bym cię wpu­ścił.

– My­śla­łem, że to Sar­to­rius – po­wie­dział nie­pew­nie.

– Więc co z tego?

– Co są­dzisz o tym… co się tam sta­ło? – od­pa­ro­wał py­ta­nie py­ta­niem.

Za­wa­ha­łem się.

– Mu­sisz wie­dzieć le­piej ode mnie. Gdzie on jest?

– W chłod­ni – od­po­wie­dział na­tych­miast. – Prze­nie­śli­śmy go za­raz rano… ze wzglę­du na upał.

– Gdzie go zna­la­złeś?

– W sza­fie.

– W sza­fie? Nie żył już?

– Ser­ce biło jesz­cze, ale nie od­dy­chał. To była ago­nia.

– Pró­bo­wa­łeś go ra­to­wać?

– Nie.

– Dla­cze­go?

Za­wa­hał się.

– Nie zdą­ży­łem. Umarł, nim go po­ło­ży­łem.

– Stał w sza­fie? Mię­dzy tymi kom­bi­ne­zo­na­mi?

– Tak.

Pod­szedł do ma­łe­go biur­ka w ką­cie i przy­niósł le­żą­cy na nim ar­kusz. Po­ło­żył go przede mną.

– Spi­sa­łem taki pro­wi­zo­rycz­ny pro­to­kół – po­wie­dział. – To na­wet do­brze, że obej­rza­łeś so­bie po­kój. Przy­czy­na zgo­nu… za­strzyk śmier­tel­nej daw­ki per­no­sta­lu. Tu masz to na­pi­sa­ne…

Prze­bie­głem ocza­mi krót­ki tekst.

– Sa­mo­bój­stwo… – po­wtó­rzy­łem ci­cho. – A przy­czy­na?

– Roz­strój… de­pre­sja… czy jak to na­zwać. Znasz się na tym le­piej ode mnie.

– Znam się tyl­ko na tym, co sam wi­dzę – od­po­wie­dzia­łem i spoj­rza­łem mu z dołu w oczy, bo stał nade mną.

– Co chcesz przez to po­wie­dzieć? – spy­tał spo­koj­nie.

– Za­strzyk­nął so­bie per­no­stal i scho­wał się do sza­fy, tak? Je­że­li tak było, to nie de­pre­sja, nie ża­den roz­strój, ale ostra psy­cho­za. Pa­ra­no­ja… Pew­no mu się zda­wa­ło, że coś wi­dzi… – mó­wi­łem co­raz wol­niej, pa­trząc mu w oczy.

Od­szedł do ra­dio­we­go pul­pi­tu i zno­wu za­czął pstry­kać kon­tak­ta­mi.

– Tu jest twój pod­pis – ode­zwa­łem się po chwi­li mil­cze­nia. – A Sar­to­rius?

– Jest w la­bo­ra­to­rium. Mó­wi­łem ci już. Nie po­ka­zu­je się: przy­pusz­czam, że…

– Że co?

– Że się za­mknął.

– Za­mknął się? Ach. Za­mknął się. Pro­szę. Może się za­ba­ry­ka­do­wał?

– Może.

– Snaut… – po­wie­dzia­łem – na Sta­cji prze­by­wa ktoś.

– Wi­dzia­łeś?!

Pa­trzał na mnie po­chy­lo­ny.

– Ostrze­ga­łeś mnie. Przed kim? Czy to ha­lu­cy­na­cja?

– Co wi­dzia­łeś?

– To jest czło­wiek, co?

Mil­czał. Od­wró­cił się ku ścia­nie, jak­by nie chciał, że­bym ob­ser­wo­wał jego twarz. Bęb­nił pal­ca­mi po me­ta­lo­wym prze­pie­rze­niu. Po­pa­trza­łem na jego ręce. Na kost­kach nie było już śla­du krwi. Do­zna­łem krót­kie­go jak błysk olśnie­nia.

– Ta oso­ba jest re­al­na – po­wie­dzia­łem ci­cho, pra­wie szep­tem, jak­bym prze­ka­zy­wał mu ta­jem­ni­cę, któ­ra może być pod­słu­cha­na. – Co? Moż­na ją… do­tknąć. Moż­na ją… zra­nić… ostat­ni raz wi­dzia­łeś ją dzi­siaj.

– Skąd wiesz?

Nie od­wró­cił się. Stał przy sa­mej ścia­nie, do­ty­ka­jąc jej pier­sią tak, jak tra­fi­ły go moje sło­wa.

– Bez­po­śred­nio przed moim lą­do­wa­niem… Nie­dłu­go przed­tem…?

Skur­czył się jak od ude­rze­nia. Zo­ba­czy­łem jego osza­la­łe oczy.

– Ty?!!! – wy­krztu­sił – kto TY je­steś?

Wy­glą­dał, jak­by się chciał na mnie rzu­cić. Tego nie ocze­ki­wa­łem. Sy­tu­acja sta­nę­ła na gło­wie. Nie wie­rzył, że je­stem tym, za kogo się po­da­ję? Co to mia­ło zna­czyć!? Pa­trzał na mnie z naj­wyż­szym prze­ra­że­niem. Czy to był już obłęd? Za­tru­cie? Wszyst­ko sta­wa­ło się moż­li­we. Ale wi­dzia­łem ją – tę stwo­rę, a za­tem i ja sam… tak­że…?

– Kto to był? – spy­ta­łem. Sło­wa te uspo­ko­iły go. Przez chwi­lę pa­trzał na mnie ba­daw­czo, jak­by mi jesz­cze nie do­wie­rzał. Wie­dzia­łem już, że to fał­szy­we po­cią­gnię­cie i że mi nie od­po­wie, nim jesz­cze otwo­rzył usta.

Usiadł po­wo­li na fo­te­lu i ści­snął gło­wę rę­ka­mi.

– Co tu się dzie­je… – po­wie­dział ci­cho. – Ma­li­gna…

– Kto to był? – spy­ta­łem raz jesz­cze.

– Je­że­li nie wiesz… – mruk­nął.

– To co?

– To nic.

– Snaut – po­wie­dzia­łem – je­ste­śmy do­sta­tecz­nie da­le­ko od domu. Za­graj­my w otwar­te kar­ty. Wszyst­ko jest i tak po­gma­twa­ne.

– O co ci cho­dzi?

– Że­byś po­wie­dział, kogo wi­dzia­łeś.

– A ty…? – rzu­cił po­dejrz­li­wie.

– Go­nisz w pięt­kę. Po­wiem ci i ty mi po­wiesz. Mo­żesz być spo­koj­ny, nie we­zmę cię za wa­ria­ta, bo wiem…

– Za wa­ria­ta! Wiel­ki Boże! – pró­bo­wał się ro­ze­śmiać. – Czło­wie­ku, ależ ty nic, zu­peł­nie nic… ależ to by­ło­by zba­wie­niem. Gdy­by on przez chwi­lę uwie­rzył, że to obłęd, nie zro­bił­by tego, żył­by…

– Więc to, co na­pi­sa­łeś w pro­to­ko­le o roz­stro­ju, jest kłam­stwem?

– Oczy­wi­ście!

– Dla­cze­go nie na­pi­szesz praw­dy?

– Dla­cze­go…? – po­wtó­rzył.

Za­pa­dło mil­cze­nie. Zno­wu by­łem w zu­peł­nej ciem­no­ści, nie poj­mo­wa­łem ni­cze­go, a przez chwi­lę zda­wa­ło mi się, że uda mi się go prze­ko­nać i wspól­ny­mi si­ła­mi za­ata­ku­je­my za­gad­kę. Dla­cze­go, dla­cze­go nie chciał mó­wić?!

– Gdzie są au­to­ma­ty? – ode­zwa­łem się.

– W ma­ga­zy­nach. Za­mknę­li­śmy wszyst­kie, z wy­jąt­kiem ob­słu­gi lot­ni­ska.

– Dla­cze­go?

Zno­wu nie od­po­wie­dział.

– Nie po­wiesz?

– Nie mogę.

Był w tym ja­kiś ele­ment, któ­re­go nie umia­łem po­chwy­cić. Może pójść na górę, do Sar­to­riu­sa? Na­raz przy­po­mnia­łem so­bie kart­kę i to wy­da­ło mi się w tej chwi­li naj­waż­niej­sze.

– Czy wy­obra­żasz so­bie dal­szą pra­cę w ta­kich wa­run­kach? – spy­ta­łem.

Wzru­szył po­gar­dli­wie ra­mio­na­mi.

– Cóż to ma za zna­cze­nie?

– Ach tak? Więc co masz za­miar ro­bić?

Mil­czał. W ci­szy dał się sły­szeć da­le­ki od­głos bo­se­go stą­pa­nia. Po­śród ni­klo­wych i pla­sty­ko­wych apa­ra­tów, wy­so­kich szaf z elek­tro­no­wą apa­ra­tu­rą, szkieł, pre­cy­zyj­nych apa­ra­tów ów czła­pią­cy, roz­la­zły chód brzmiał jak bła­zeń­ska sztucz­ka ko­goś nie­speł­na ro­zu­mu. Stą­pa­nie się zbli­ża­ło. Wsta­łem, ob­ser­wu­jąc z naj­więk­szym na­pię­ciem Snau­ta. Na­słu­chi­wał z ocza­mi zmru­żo­ny­mi w szpar­ki, ale wca­le nie wy­da­wał się prze­stra­szo­ny. A więc nie  j e j  się bał??

– Skąd się wzię­ła? – spy­ta­łem. A gdy zwle­kał: – Nie chcesz po­wie­dzieć?

– Nie wiem.

– Do­brze.

Stą­pa­nie od­da­li­ło się i uci­chło.

– Nie wie­rzysz mi? – po­wie­dział. – Daję ci sło­wo, że nie wiem.

Mil­cząc, otwo­rzy­łem sza­fę ze ska­fan­dra­mi i za­czą­łem roz­py­chać ich cięż­kie, pu­ste po­wło­ki. Jak się tego spo­dzie­wa­łem, w głę­bi, na ha­kach, wi­sia­ły pi­sto­le­ty ga­zo­we słu­żą­ce do po­ru­sza­nia się w bez­gra­wi­ta­cyj­nej próż­ni. Nie były wie­le war­te, ale sta­no­wi­ły prze­cież ja­kąś broń. Wo­la­łem taką od żad­nej. Spraw­dzi­łem ła­dow­ni­cę i prze­wie­si­łem przez ra­mię rze­myk fu­te­ra­łu. Snaut ob­ser­wo­wał mnie bacz­nie. Kie­dy re­gu­lo­wa­łem dłu­gość rze­my­ka, po­ka­zał żół­te zęby w szy­der­czym uśmie­chu.

– Szczę­śli­wych ło­wów! – po­wie­dział.

– Dzię­ku­ję ci za wszyst­ko – od­par­łem, idąc do drzwi. Ze­rwał się z fo­te­la.

– Ke­lvin!

Po­pa­trzy­łem na nie­go. Już się nie uśmie­chał. Nie wiem, czy wi­dzia­łem kie­dy tak umę­czo­ną twarz.

– Ke­lvin, to nie jest… ja… na­praw­dę nie mogę – wy­beł­ko­tał. Cze­ka­łem, czy jesz­cze coś po­wie, ale tyl­ko po­ru­szał usta­mi, jak­by chciał coś z nich wy­rzu­cić.

Od­wró­ci­łem się i wy­sze­dłem bez sło­wa.

SARTORIUS

Ko­ry­tarz był pu­sty. Pro­wa­dził naj­pierw pro­sto, po­tem za­krę­cał w pra­wo. Nie by­łem ni­g­dy na Sta­cji, ale przez sześć ty­go­dni miesz­ka­łem – w ra­mach wstęp­ne­go tre­nin­gu – w jej do­kład­nej ko­pii znaj­du­ją­cej się w in­sty­tu­cie, na Zie­mi. Wie­dzia­łem, do­kąd pro­wa­dzą schod­ki o alu­mi­nio­wych stop­niach. Bi­blio­te­ka była nie­oświe­tlo­na. Po omac­ku od­na­la­złem kon­takt. Kie­dy wy­szu­ka­łem w kar­to­te­ce pierw­szy tom so­la­ryj­skie­go rocz­ni­ka wraz z anek­sem, po na­ci­śnię­ciu kla­wi­sza za­pa­li­ło się czer­wo­ne świa­teł­ko. Spraw­dzi­łem w re­je­stra­to­rze – książ­ka znaj­do­wa­ła się u Gi­ba­ria­na, po­dob­nie jak dru­ga – ów Mały apo­kryf. Zga­si­łem świa­tło i wró­ci­łem na dół. Ba­łem się wejść do jego ka­bi­ny mimo za­sły­sza­nych przed­tem kro­ków. Mo­gła tam wró­cić. Ja­kiś czas sta­łem przed drzwia­mi, aż za­ci­ska­jąc szczę­ki, prze­mo­głem się i wsze­dłem.

Oświe­tlo­ny po­kój był pu­sty. Za­czą­łem prze­rzu­cać książ­ki le­żą­ce na pod­ło­dze u okna; w pew­nej chwi­li pod­sze­dłem do sza­fy i za­mkną­łem ją. Nie mo­głem pa­trzeć w to pu­ste miej­sce po­mię­dzy kom­bi­ne­zo­na­mi. Pod oknem anek­su nie było. Prze­kła­da­łem me­to­dycz­nie tom za to­mem, aż do­tarł­szy do ostat­niej kupy ksią­żek spo­czy­wa­ją­cych mię­dzy łóż­kiem a sza­fą od­na­la­złem po­szu­ki­wa­ny tom.

Mia­łem na­dzie­ję, że od­naj­dę w nim ja­kąś wska­zów­kę, i rze­czy­wi­ście – w spi­sie na­zwisk tkwi­ła za­kład­ka; czer­wo­nym ołów­kiem za­kre­ślo­ne zo­sta­ło na­zwi­sko, któ­re mi nic nie mó­wi­ło: An­dré Ber­ton. Wy­stę­po­wa­ło na dwu róż­nych stro­nach. Zaj­rza­łem naj­pierw w miej­scu wcze­śniej­szym i do­wie­dzia­łem się, że Ber­ton był re­zer­wo­wym pi­lo­tem stat­ku Shan­na­ha­na. Na­stęp­na wzmian­ka o nim znaj­do­wa­ła się z górą sto stron da­lej. Bez­po­śred­nio po lą­do­wa­niu eks­pe­dy­cja po­stę­po­wa­ła z nad­zwy­czaj­ną ostroż­no­ścią, ale gdy po szes­na­stu dniach oka­za­ło się, że pla­zma­tycz­ny oce­an nie tyl­ko nie wy­ka­zu­je żad­nych oznak agre­syw­no­ści, ale cofa się przed każ­dym zbli­ża­nym do jego po­wierzch­ni przed­mio­tem i jak może, uni­ka bez­po­śred­nie­go kon­tak­tu z apa­ra­ta­mi czy ludź­mi, Shan­na­han i jego za­stęp­ca Ti­mo­lis znie­śli część po­dyk­to­wa­nych ostroż­no­ścią ob­ostrzeń po­stę­po­wa­nia, gdyż nad wy­raz utrud­nia­ły i opóź­nia­ły pro­wa­dze­nie prac.

Eks­pe­dy­cja zo­sta­ła wów­czas roz­bi­ta na małe, dwu- i trzy­oso­bo­we gru­py do­ko­nu­ją­ce kil­ku­set­mi­lo­wych nie­raz lo­tów nad oce­anem; uży­wa­ne po­przed­nio jako osło­na mio­ta­cze, za­my­ka­ją­ce te­ren prac, umiesz­czo­no w Ba­zie. Pierw­sze czte­ry dni po tej zmia­nie me­to­dy­ki upły­nę­ły bez ja­kich­kol­wiek wy­pad­ków, je­śli nie li­czyć tra­fia­ją­cych się od cza­su do cza­su uszko­dzeń apa­ra­tu­ry tle­no­wej ska­fan­drów, gdyż wy­lo­to­we za­wo­ry oka­za­ły się wraż­li­we na ko­ro­du­ją­ce dzia­ła­nie tru­ją­cej at­mos­fe­ry. W związ­ku z tym trze­ba je było co­dzien­nie pra­wie zmie­niać na nowe.

W dniu pią­tym, a dwu­dzie­stym pierw­szym, li­cząc od mo­men­tu lą­do­wa­nia, dwóch ba­da­czy, Ca­ruc­ci i Fech­ner (pierw­szy był ra­dio­lo­giem, a dru­gi fi­zy­kiem), do­ko­na­ło eks­plo­ra­cyj­ne­go lotu nad oce­anem w ma­łym dwu­oso­bo­wym ae­ro­mo­bi­lu. Nie był to po­jazd la­ta­ją­cy, ale śli­zgo­wiec, któ­ry po­ru­sza się na po­dusz­ce zgęsz­czo­ne­go po­wie­trza.

Gdy po sze­ściu go­dzi­nach nie wró­ci­li, Ti­mo­lis, któ­ry za­wia­dy­wał Bazą pod nie­obec­ność Shan­na­ha­na, za­rzą­dził alarm i wy­słał wszyst­kich do­stęp­nych lu­dzi na po­szu­ki­wa­nia.

Fa­tal­nym zbie­giem oko­licz­no­ści łącz­ność ra­dio­wa urwa­ła się tego dnia oko­ło go­dzi­ny po wy­ru­sze­niu grup eks­plo­ra­cyj­nych; przy­czy­ną była wiel­ka pla­ma czer­wo­ne­go słoń­ca wy­sy­ła­ją­ca sil­ne pro­mie­nio­wa­nie kor­pu­sku­lar­ne w wierzch­nie war­stwy at­mos­fe­ry. Dzia­ła­ły je­dy­nie apa­ra­ty fal ul­tra­krót­kich, umoż­li­wia­jąc po­ro­zu­mie­wa­nie się na od­le­głość nie­prze­kra­cza­ją­cą dwu­dzie­stu kil­ku mil. Na do­miar złe­go przed za­cho­dem słoń­ca mgła zgęst­nia­ła i po­szu­ki­wa­nia trze­ba było prze­rwać.