Eden - Stanisław Lem - ebook + książka

Eden ebook

Stanisław Lem

4,5

Opis

Ziemska rakieta dociera na planetę Eden, jednak lądowanie kończy się katastrofą. Kosmonauci odkrywają zdumiewające formy życia i cywilizację, opartą w całości na osiągnięciach biotechnologii. "Eden" jest pasjonującą historią eksploracji, stopniowego poznawania obcej przyrody i kultury poprzez szereg doświadczeń, hipotez, wreszcie emocjonujących wędrówek, w trakcie których Ziemianie muszą na bieżąco interpretować napotkane fenomeny, których sens wymyka się ich pojęciowej aparaturze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 362

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (54 oceny)
32
17
5
0
0

Popularność




Sta­ni­sław Lem

"Eden"

© Co­py­ri­ght by To­masz Lem, 2016

pro­jekt okład­ki: Anna Ma­ria Su­cho­dol­ska

© Co­py­ri­ght for this edi­tion: Pro Auc­to­re Woj­ciech Ze­mek

zdję­cie na okład­ce: © Cze­sław Cza­pliń­ski/FO­TO­NO­VA

www.lem.pl

ISBN 978-83-63471-39-2

Kra­ków, 2019 (wy­da­nie dru­gie po­pra­wio­ne)

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Stanisław Lem

EDEN(frag­ment)

Spis treści

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

XIV

I

W ob­li­cze­niach był błąd. Nie prze­szli nad at­mos­fe­rą, ale zde­rzy­li się z nią. Sta­tek wbi­jał się w po­wie­trze z grzmo­tem, od któ­re­go pu­chły bę­ben­ki. Roz­płasz­cze­ni na le­go­wi­skach czu­li do­bi­ja­nie amor­ty­za­to­rów, przed­nie ekra­ny za­szły pło­mie­niem i zga­sły, po­dusz­ka roz­ża­rzo­nych ga­zów na­pie­ra­ją­ca na dziób za­to­pi­ła ze­wnętrz­ne obiek­ty­wy, ha­mo­wa­nie było nie­do­sta­tecz­ne i opóź­nio­ne. Ste­row­nię na­peł­nił swąd roz­grza­nej gumy, pod pra­są de­ce­le­ra­cji śle­pli i głu­chli, to był ko­niec, ale na­wet tego nie mógł ża­den po­my­śleć, nie star­czy­ło wszyst­kich sił, aby unieść klat­kę pier­sio­wą, wcią­gnąć od­dech, ro­bi­ły to za nich do ostat­ka pra­cu­ją­ce tle­no­pul­sa­to­ry, wtła­cza­ły w nich po­wie­trze jak w pę­ka­ją­ce ba­lo­ny. Na­gle grzmot ucichł.

Za­pa­li­ły się awa­ryj­ne świa­tła, po sześć z każ­dej stro­ny, lu­dzie wili się, nad ta­bli­cą na­pę­du czer­wie­niał sy­gnał alar­mu, była pęk­nię­ta i zgnie­cio­na w har­mo­nię, ka­wa­ły izo­la­cji, okru­chy plek­si­gla­su z sze­le­stem prze­su­wa­ły się po pod­ło­dze, nie grzmia­ło, wszyst­ko obej­mo­wał głu­chy, ro­sną­cy gwizd.

– Co się… – wy­chry­piał Dok­tor, wy­plu­wa­jąc gu­mo­wy ust­nik.

– Le­żeć! – prze­strzegł go Ko­or­dy­na­tor, któ­ry pa­trzał w ostat­ni nie­usz­ko­dzo­ny ekran.

Ra­kie­ta prze­ko­zioł­ko­wa­ła, jak­by ude­rzył w nią ta­ran, spo­wi­ja­ją­ce ich ny­lo­no­we siat­ki za­gra­ły jak stru­ny, przez chwi­lę wa­ży­ło się wszyst­ko jak u szczy­tu huś­taw­ki za­wi­słej do góry no­ga­mi, po­tem za­dud­ni­ło.

Mię­śnie, stę­ża­łe w ocze­ki­wa­niu ostat­nie­go cio­su, ob­mię­kły. Ra­kie­ta, sto­jąc na pio­no­wym słu­pie wy­lo­to­we­go ognia, po­wo­li scho­dzi­ła w dół, dy­sze dud­ni­ły uspo­ka­ja­ją­co, trwa­ło to kil­ka mi­nut, po­tem przez ścia­ny po­szedł dreszcz. Wi­bra­cja sta­wa­ła się co­raz moc­niej­sza, ło­ży­sko­we za­wie­sze­nia tur­bin mu­sia­ły się roz­chwiać, po­pa­trzy­li na sie­bie. Nikt nic nie mó­wił. Wie­dzie­li, że wszyst­ko za­le­ży od tego, czy wir­ni­ki się nie za­trą, czy wy­trzy­ma­ją.

Cała ste­row­nia za­dy­go­ta­ła na­gle, jak­by z ze­wnątrz kuł w nią z sza­lo­ną szyb­ko­ścią sta­lo­wy młot. Gru­ba, wy­pu­kła so­czew­ka ostat­nie­go ekra­nu w mgnie­niu oka po­kry­ła się gę­stą pa­ję­czy­ną pęk­nięć, jego fos­fo­rycz­na tar­cza zga­sła, w pa­da­ją­cym z dołu mdłym bla­sku lamp awa­ryj­nych wi­dzie­li wła­sne po­więk­szo­ne cie­nie na po­chy­łych ścia­nach, dud­nie­nie prze­szło w cią­gły ryk, pod nimi coś chro­bo­ta­ło, ła­ma­ło się, roz­sz­cze­pia­ło z że­la­znym wi­zgo­tem; ka­dłub, wstrzą­sa­ny po­twor­ny­mi tar­gnię­cia­mi, le­ciał, le­ciał, ośle­pio­ny, mar­twy; skur­czy­li się, wstrzy­ma­li dech, zu­peł­na ciem­ność, cha­os, cia­ła ich wy­strze­li­ły na­gle na całą dłu­gość ny­lo­no­wych lin, nie do­się­gły po­trza­ska­nych ta­blic, o któ­re by się roz­pru­ły, za­wi­sły sko­sem, wa­ha­jąc się wol­no jak cięż­kie wa­ha­dła…

Ra­kie­ta prze­wa­li­ła się jak pa­da­ją­ca góra, ło­skot ten był da­le­ki i tępy, wy­rzu­co­ne bry­ły grun­tu, sła­bo stu­ka­jąc, osu­nę­ły się po ze­wnętrz­nym pan­ce­rzu.

Wszyst­ko znie­ru­cho­mia­ło. Pod nimi sy­cza­ły prze­wo­dy, coś bul­go­ta­ło prze­raź­li­wie, szyb­ko, wciąż szyb­ciej, szum ucho­dzą­cej wody prze­mie­sza­ny z prze­ni­kli­wym, po­wta­rza­ją­cym się sy­kiem, jak gdy­by ja­kaś ciecz ka­pa­ła na roz­pa­lo­ne bla­chy.

– Ży­je­my – po­wie­dział Che­mik. Po­wie­dział to w zu­peł­nej ciem­no­ści. Nie wi­dział nic. Wi­siał w swo­im ny­lo­no­wym po­krow­cu jak w wor­ku za­cze­pio­nym z czte­rech stron li­na­mi. Zna­czy­ło to, że ra­kie­ta leży na boku. Gdy­by sta­ła, po­sła­nie by­ło­by po­zio­me. Coś trza­snę­ło. Bla­dy, ben­zy­no­wy pło­myk sta­rej za­pal­nicz­ki Dok­to­ra.

– Za­ło­ga? – spy­tał Ko­or­dy­na­tor. Jed­na lina jego wor­ka pę­kła, wi­ro­wał wol­no bez­rad­ny i usi­ło­wał bez­sku­tecz­nie chwy­cić się cze­goś wy­sta­ją­ce­go ze ścia­ny, wy­cią­ga­jąc rękę przez oko ny­lo­no­wej siat­ki.

– Pierw­szy – po­wie­dział In­ży­nier.

– Dru­gi – ode­zwał się Fi­zyk.

– Trze­ci – głos Che­mi­ka.

– Czwar­ty – po­wie­dział Cy­ber­ne­tyk. Trzy­mał się za czo­ło.

– Pią­ty – za­koń­czył Dok­tor.

– Wszy­scy. Gra­tu­lu­ję – głos Ko­or­dy­na­to­ra był spo­koj­ny. – Au­to­ma­ty?

Od­po­wie­dzia­ła ci­sza.

– Au­to­ma­ty!!

Mil­cze­nie. Za­pal­nicz­ka po­czę­ła pa­rzyć pal­ce Dok­to­ra. Zga­sił ją. Zno­wu za­pa­dła ciem­ność.

– Za­wsze mó­wi­łem, że je­ste­śmy z lep­sze­go ma­te­ria­łu – po­wie­dział po ciem­ku Dok­tor.

– Czy ktoś z was ma nóż?

– Ja mam. Prze­ciąć liny?

– Je­że­li mo­żesz wy­leźć bez prze­ci­na­nia, to le­piej. Ja nie mogę.

– Spró­bu­ję.

Dał się sły­szeć od­głos sza­mo­ta­nia, przy­spie­szo­ny od­dech, coś stuk­nę­ło, roz­le­gło się zgrzyt­nię­cie szkła.

– Je­stem na dole. To zna­czy – na ścia­nie – po­wie­dział Che­mik. Głos jego do­biegł z dna ciem­no­ści. – Dok­to­rze, po­świeć na chwi­lę, to wam po­mo­gę.

– Ale spiesz się. Ben­zy­na się koń­czy.

Za­pal­nicz­ka zno­wu za­bły­sła. Che­mik krzą­tał się przy ko­ko­nie Ko­or­dy­na­to­ra, mógł do­się­gnąć tyl­ko jego nóg. Wresz­cie uda­ło mu się od­cią­gnąć czę­ścio­wo bocz­ny za­mek bły­ska­wicz­ny i Ko­or­dy­na­tor spadł cięż­ko na nogi. We dwóch pra­co­wa­li szyb­ciej. Po chwi­li wszy­scy sta­li już na sko­śnie prze­chy­lo­nej obi­tej pół­e­la­stycz­ną masą ścia­nie ste­row­ni.

– Od cze­go za­cznie­my? – spy­tał Dok­tor. Za­ci­snął brze­gi rany na czo­le Cy­ber­ne­ty­ka i na­ło­żył na nią pla­ster. Miał go w kie­sze­ni. Za­wsze no­sił przy so­bie nie­po­trzeb­ne rze­czy.

– Od stwier­dze­nia, czy uda się wyjść – od­parł Ko­or­dy­na­tor. – Naj­pierw mu­si­my mieć świa­tło. Co tam? Już? Dok­to­rze, po­świeć mi tu, może jest prąd w koń­ców­kach ta­bli­cy, przy­naj­mniej w roz­rzą­dzie sy­gna­li­za­cji alar­mo­wej.

Tym ra­zem za­pal­nicz­ka wy­krze­sa­ła tyl­ko iskrę. Dok­tor po­cie­rał ka­myk, aż starł so­bie skó­rę z pal­ca, bły­ska­jąc tuż nad szcząt­ka­mi po­gru­cho­ta­nej pły­ty, w któ­rej grze­ba­li, klę­cząc, Ko­or­dy­na­tor z In­ży­nie­rem.

– Jest? – spy­tał Che­mik, sto­jąc z tyłu, bo nie było już dla nie­go miej­sca.

– Na ra­zie nic. Nikt nie ma za­pa­łek?

– Ostat­ni raz wi­dzia­łem za­pał­ki trzy lata temu. W mu­zeum – oświad­czył nie­wy­raź­nie In­ży­nier, bo usi­ło­wał zę­ba­mi ode­rwać izo­la­cję z koń­ca prze­wo­du. Na­raz mała nie­bie­ska iskra oświe­tli­ła zło­żo­ne w musz­lę ręce Ko­or­dy­na­to­ra.

– Jest – po­wie­dział. – Te­raz ja­kąś ża­rów­kę.

Zna­leź­li nie­usz­ko­dzo­ną w sy­gna­le alar­mo­wym nad bocz­ną ta­bli­cą. Ostry elek­trycz­ny ognik oświe­tlił ste­row­nię jak­by część wzno­szą­cej się sko­sem rury tu­ne­lo­wej o stoż­ko­wa­tych ścia­nach. Wy­so­ko nad nimi, w tym, co było te­raz stro­pem, wid­nia­ły za­mknię­te drzwi.

– Po­nad sie­dem me­trów – po­wie­dział me­lan­cho­lij­nie Che­mik. – Jak my się tam do­sta­nie­my?

– Wi­dzia­łem kie­dyś w cyr­ku żywą ko­lum­nę – pię­ciu lu­dzi, je­den na dru­gim – za­uwa­żył Dok­tor.

– To dla nas za trud­ne. Do­sta­nie­my się tam po pod­ło­dze – od­parł Ko­or­dy­na­tor. Wziął od Che­mi­ka nóż i za­czął ro­bić sze­ro­kie na­cię­cia w gąb­cza­stej po­wło­ce pod­ło­gi.

– Stop­nie?

– Tak.

– Dla­cze­go nie sły­chać Cy­ber­ne­ty­ka? – zdzi­wił się na­raz In­ży­nier. Sie­dząc na szcząt­kach po­trza­ska­nej ta­bli­cy roz­rząd­czej, przy­kła­dał wol­to­mierz do wy­cią­gnię­tych na ze­wnątrz ka­bli.

– Owdo­wiał – od­rzekł z uśmie­chem Dok­tor. – Czym jest Cy­ber­ne­tyk bez au­to­ma­tów?

– Jesz­cze je na­krę­cę – rzu­cił Cy­ber­ne­tyk. Za­glą­dał w otwo­ry wy­bi­tych ekra­nów. Elek­trycz­ny ognik po­wo­li żółkł – sta­wał się co­raz ciem­niej­szy i bled­szy.

– Aku­mu­la­to­ry też? – mruk­nął Fi­zyk.

In­ży­nier wstał.

– Tak wy­glą­da.

Po kwa­dran­sie w głąb, a ra­czej w górę stat­ku ru­szy­ła sze­ścio­oso­bo­wa eks­pe­dy­cja. Naj­pierw do­sta­ła się do ko­ry­ta­rza, a z nie­go – do po­szcze­gól­nych po­miesz­czeń. W ka­ju­cie Dok­to­ra zna­leź­li śle­pą la­tar­kę. Dok­tor lu­bił mieć mnó­stwo zbęd­nych na co dzień rze­czy. Za­bra­li ją. Wszę­dzie za­sta­li znisz­cze­nia. Ume­blo­wa­nie, przy­mo­co­wa­ne do pod­łóg, nie roz­bi­ło się, ale z przy­rzą­dów, na­rzę­dzi, po­moc­ni­czych we­hi­ku­łów, za­pa­sów utwo­rzy­ła się ja­kaś nie­praw­do­po­dob­na ka­sza, w któ­rej bro­dzi­ło się wy­żej ko­lan.

– A te­raz spró­bu­je­my wyjść – oświad­czył Ko­or­dy­na­tor, kie­dy na po­wrót zna­leź­li się w ko­ry­ta­rzu.

– A ska­fan­dry?

– Są w ko­mo­rze ci­śnień. Nic im się nie po­win­no było stać. Ale ska­fan­dry nie są po­trzeb­ne. Eden ma zno­śną at­mos­fe­rę.

– Czy tu w ogó­le ktoś kie­dyś był?

– Tak, dzie­sięć albo je­de­na­ście lat temu son­da ko­smicz­na z pa­tro­lu po­szu­ki­wań, wte­dy jak za­gi­nął Al­ta­ir ze swo­im stat­kiem. Pa­mię­ta­cie?

– Ale z lu­dzi nikt?

– Nie, nikt.

Kla­pa we­wnętrz­na ślu­zy znaj­do­wa­ła się sko­śnie po­nad ich gło­wa­mi. Dziw­ne pierw­sze wra­że­nie spo­wo­do­wa­ne tym, że po zna­nych po­miesz­cze­niach szło się w cał­kiem no­wej kon­fi­gu­ra­cji – ścia­ny były te­raz pod­ło­ga­mi, a stro­py ścia­na­mi – po­wo­li mi­ja­ło.

– Tu rze­czy­wi­ście nie obej­dzie się bez ży­wej dra­bi­ny – orzekł Ko­or­dy­na­tor. Oświe­tlił do­kład­nie kla­pę la­tar­ką Dok­to­ra. Pla­ma świa­tła obe­szła ją do­oko­ła. Kla­pa przy­le­ga­ła her­me­tycz­nie.

– Wy­glą­da nie­źle – po­wie­dział Cy­ber­ne­tyk. Stał z za­dar­tą gło­wą.

– Ow­szem – zgo­dził się In­ży­nier. Po­my­ślał, że po­twor­na siła, któ­ra spra­so­wa­ła no­śne dźwi­ga­ry tak, że pry­sła wpa­so­wa­na mię­dzy nie głów­na ta­bli­ca roz­rząd­cza, mo­gła za­kli­no­wać tak­że kla­pę, ale za­cho­wał tę myśl dla sie­bie. Ko­or­dy­na­tor rzu­cił okiem na Cy­ber­ne­ty­ka i już chciał mu po­wie­dzieć, żeby po­chy­lił grzbiet i usta­wił się pod ścia­ną, gdy przy­po­mniał so­bie po­skrę­ca­ne że­la­stwo, któ­re uj­rze­li w po­miesz­cze­niu au­to­ma­tów, i po­pro­sił Che­mi­ka:

– Stań w roz­kro­ku, ręce na ko­la­na, tak bę­dzie ci le­piej.

– Moim ma­rze­niem było wy­stę­po­wać w cyr­ku. Za­wsze! – za­pew­nił go Che­mik i po­chy­lił się. Ko­or­dy­na­tor po­sta­wił mu sto­pę na ra­mie­niu, wspiął się, uniósł i przy­wie­ra­jąc do ścia­ny, czub­ka­mi pal­ców do­się­gnął ma­czu­go­wa­to zgru­bia­łej u koń­ca ni­klo­wej dźwi­gni.

Po­cią­gnął, po­tem szarp­nął, na­resz­cie za­wisł na niej. Wte­dy pod­da­ła się z chrzę­stem, jak­by zam­ko­wy me­cha­nizm pe­łen był miał­kie­go szkła. Zro­bi­ła ćwierć ob­ro­tu i sta­nę­ła. – Czy cią­gniesz w do­brą stro­nę? – spy­tał Dok­tor, któ­ry świe­cił z dołu la­tar­ką. – Ra­kie­ta leży.

– Uwzględ­ni­łem to.

– Nie mo­żesz już moc­niej?

Ko­or­dy­na­tor nie od­po­wie­dział. Wi­siał na płask przy ścia­nie ucze­pio­ny jed­ną ręką dźwi­gni. Po­wo­li spró­bo­wał do­łą­czyć dru­gą rękę. Było to bar­dzo trud­ne, ale w koń­cu mu się uda­ło. Wi­sząc te­raz jak na tra­pe­zie, pod­kur­czył nogi, aby nie kop­nąć sku­lo­ne­go pod nim Che­mi­ka, i tar­gnął kil­ka razy, uno­sząc się na ra­mio­nach i opusz­cza­jąc, ca­łym cię­ża­rem cia­ła, aż stęk­nął, ude­rza­jąc z roz­ma­chem tor­sem o ścia­nę.

Za trze­cim czy czwar­tym ra­zem dźwi­gnia pod­da­ła się tro­chę. Bra­ko­wa­ło jesz­cze z pięć cen­ty­me­trów do koń­ca jej dro­gi. Ko­or­dy­na­tor ze­brał siły i raz jesz­cze rzu­cił sobą w dół.

Dźwi­gnia z pie­kiel­nym zgrzyt­nię­ciem stuk­nę­ła w za­pad­kę. Ry­giel we­wnętrz­ny był od­su­nię­ty.

– Po­szło jak po ma­śle – cie­szył się Fi­zyk.

In­ży­nier mil­czał. Wie­dział swo­je. Za­bra­li się te­raz do otwie­ra­nia kla­py, co było za­da­niem trud­niej­szym. In­ży­nier spró­bo­wał uru­cho­mić ją, na­ci­ska­jąc rę­ko­jeść hy­drau­licz­ne­go urzą­dze­nia, ale wie­dział z góry, że nic z tego nie bę­dzie. Rury po­pę­ka­ły w wie­lu miej­scach i cały płyn wy­ciekł. Ręcz­na kor­ba za­świe­ci­ła nad nimi swo­im kół­kiem jak au­re­ola, kie­dy Dok­tor skie­ro­wał la­tar­kę do góry. Jak na ich moż­li­wo­ści gim­na­stycz­ne, było za wy­so­ko – po­nad czte­ry me­try.

Za­czę­ło się zno­sze­nie ze wszyst­kich po­miesz­czeń po­ła­ma­nych apa­ra­tów, po­du­szek, ksią­żek – szcze­gól­nie przy­dat­na oka­za­ła się bi­blio­te­ka, a w niej – atla­sy gwiaz­do­we nie­ba, bar­dzo wiel­kie i gru­be.

Bu­do­wa­li z nich pi­ra­mi­dę jak z ce­gieł. Wznie­sie­nie dwu­me­tro­we­go sto­su za­bra­ło nie­mal go­dzi­nę. Raz część ob­su­nę­ła się i od­tąd za­czę­li pra­co­wać sys­te­ma­tycz­nie pod ko­men­dą In­ży­nie­ra.

– Pra­ca fi­zycz­na to jed­nak okrop­ność! – dy­szał Dok­tor. La­tar­ka tkwi­ła wci­śnię­ta w szcze­li­nę kli­ma­ty­za­to­ra i oświe­tla­ła im dro­gę, gdy bie­gli do bi­blio­te­ki i wra­ca­li ob­ju­cze­ni książ­ka­mi.

– Ni­g­dy nie wy­obra­ża­łem so­bie, że tak pry­mi­tyw­ne wa­run­ki mogą pa­no­wać w po­dró­żach do gwiazd – sa­pał Dok­tor. On je­den jesz­cze mó­wił. Na ko­niec Ko­or­dy­na­tor, pod­trzy­my­wa­ny przez to­wa­rzy­szy, wlazł ostroż­nie na wznie­sio­ną pi­ra­mi­dę i do­tknął pal­ca­mi kor­by.

– Mało – po­wie­dział. – Bra­ku­je mi pię­ciu cen­ty­me­trów. Nie mogę pod­sko­czyć, bo mi się wszyst­ko roz­je­dzie.

– Wła­śnie mam tu Teo­rię lo­tów szyb­kich – po­wie­dział Dok­tor, wa­żąc w ręku opa­sły tom. – My­ślę, że bę­dzie w sam raz.

Ko­or­dy­na­tor wcze­pił się w kor­bę. Świe­ci­li mu la­tar­ką. Jego cień ło­po­tał na bia­łej po­wierzch­ni pla­sty­ku wy­ście­ła­ją­ce­go to, co te­raz było stro­pem. Na­raz góra ksią­żek się po­ru­szy­ła.

– Uwa­ga – syk­nął Fi­zyk.

– Nie mam się o co oprzeć – wy­rzu­cił przez zdu­szo­ne gar­dło Ko­or­dy­na­tor. – Trzy­maj­cie tam – wszy­scy dia­bli!! – wark­nął. Kor­ba wy­mknę­ła mu się z rąk, przez mo­ment wa­żył się na gó­rze, w koń­cu chwy­cił rów­no­wa­gę. Nikt już nie pa­trzał w górę – spló­tł­szy się rę­ka­mi, na­pie­ra­li ze wszyst­kich stron na chwiej­ną bu­dow­lę z ksią­żek, żeby się nie roz­su­nę­ła.

– Tyl­ko nie klnij – jak raz za­cznie­my, nie bę­dzie koń­ca – prze­strzegł z dołu Dok­tor. Ko­or­dy­na­tor po­now­nie ujął kor­bę. Na­raz roz­legł się prze­cią­gły zgrzyt, po któ­rym na­stą­pił głu­chy szum osu­wa­ją­cych się to­mów. Ko­or­dy­na­tor wi­siał nad nimi w po­wie­trzu, ale kor­ba, któ­rej się ucze­pił, wy­ko­na­ła peł­ny ob­rót.

– I tak da­lej, jesz­cze je­de­na­ście razy – po­wie­dział, lą­du­jąc na książ­ko­wym po­bo­jo­wi­sku.

Po dwu go­dzi­nach kla­pa zo­sta­ła po­ko­na­na. Kie­dy za­czę­ła się otwie­rać, wy­da­li chó­ral­ny okrzyk trium­fu.

Otwie­ra­jąc się, za­wi­sła w po­ło­wie wy­so­ko­ści ko­ry­ta­rza i utwo­rzy­ła jak­by po­zio­my po­most, po któ­rym moż­na było wejść do ślu­zy bez więk­szych trud­no­ści.

Ska­fan­dry w pła­skiej sza­fie ścien­nej zna­leź­li nie­na­ru­szo­ne. Sza­fa le­ża­ła te­raz po­zio­mo. Stą­pa­li po jej drzwiach.

– Wy­cho­dzi­my wszy­scy czy jak? – spy­tał Che­mik.

– Naj­pierw spró­bu­je­my otwo­rzyć właz…

Był za­głu­szo­ny – jak­by sta­no­wił litą ca­łość z kor­pu­sem. Dźwi­gnie nie da­wa­ły się ru­szyć, ra­mię przy ra­mie­niu par­li w sze­ściu, po­tem pró­bo­wa­li roz­ru­szać gwin­ty, więc mio­ta­li się na prze­mian to w jed­ną, to w dru­gą stro­nę – ani drgnę­ły.

– Oka­zu­je się, że do­le­cieć to nic – naj­trud­niej jest cza­sem wy­siąść – za­kon­klu­do­wał Dok­tor.

– Po­gra­tu­lo­wać hu­mor­ku – mruk­nął przez zęby In­ży­nier. Pot lał mu się na oczy. Usie­dli na drzwiach ścien­nej szaf­ki.

– Je­stem głod­ny – wy­znał w ogól­nym mil­cze­niu Cy­ber­ne­tyk.

– Wo­bec tego trze­ba coś zjeść – oświad­czył Fi­zyk i za­ofia­ro­wał się, że pój­dzie do ma­ga­zy­nu.

– Ra­czej do kuch­ni. W chłod­ni może coś…

– Sam nie dam rady. Trze­ba prze­rzu­cić z pół tony szmel­cu, żeby się do­stać do za­pa­sów. Kto na ochot­ni­ka?

Dok­tor był pierw­szy, Che­mik wstał z pew­nym ocią­ga­niem. Gdy gło­wy ich zni­kły za brze­giem od­chy­lo­nej kla­py, a ostat­ni brzask la­tar­ki, któ­rą za­bra­li, zgasł, Ko­or­dy­na­tor po­wie­dział przy­ci­szo­nym gło­sem:

– Wo­la­łem nie mó­wić. Orien­tu­je­cie się mniej wię­cej w sy­tu­acji?

– Tak – po­wie­dział In­ży­nier w czar­ny mrok przed sobą. Do­tknął wy­cią­gnię­tą ręką sto­py Ko­or­dy­na­to­ra i nie cof­nął pal­ców. Po­trze­bo­wał tego do­tknię­cia.

– My­ślisz, że kla­py nie da się prze­ciąć?

– Czym? – spy­tał In­ży­nier.

– Pal­ni­kiem elek­trycz­nym albo ga­zo­wym. Mamy au­to­gen i…

– Sły­sza­łeś o au­to­ge­nie, któ­ry by prze­ciął ćwierć me­tra ce­ra­mi­tu? Czło­wie­ku!

Mil­cze­li. Z głę­bi stat­ku, jak z że­la­znych pod­zie­mi, do­cho­dził głu­chy ha­łas.

– Więc co? Co?! – po­wie­dział ze zde­ner­wo­wa­niem Cy­ber­ne­tyk. Sły­sze­li skrzyp­nię­cie jego sta­wów. Wstał.

– Sia­daj – ła­god­nie, ale sta­now­czo po­wie­dział Ko­or­dy­na­tor.

– My­śli­cie, że… kla­pa sto­pi­ła się z pan­ce­rzem?

– Nie­ko­niecz­nie – od­parł In­ży­nier. – Czy wiesz w ogó­le, co się sta­ło?

– Do­kład­nie nie. Tra­fi­li­śmy z ko­smicz­ną szyb­ko­ścią w at­mos­fe­rę tam, gdzie nie mia­ło jej być. Dla­cze­go? Au­to­mat nie mógł się po­my­lić.

– Au­to­mat się nie po­my­lił. My­śmy się po­my­li­li – po­wie­dział Ko­or­dy­na­tor. – Za­po­mnie­li­śmy o po­praw­ce na ogon.

– Na jaki ogon? Co ty mó­wisz?

– Na ga­zo­wy ogon, któ­ry roz­cią­ga za sobą każ­da pla­ne­ta po­sia­da­ją­ca at­mos­fe­rę, w kie­run­ku prze­ciw­nym do jej ru­chu. Nie wiesz o tym?

– A tak, tak. Wpa­dli­śmy w ten ogon? Ale on musi być sza­le­nie roz­rze­dzo­ny.

– Dzie­sięć do mi­nus szó­stej – od­parł Ko­or­dy­na­tor – albo coś koło tego, ale mie­li­śmy po­nad sie­dem­dzie­siąt ki­lo­me­trów na se­kun­dę, ko­cha­ny. Przy­ha­mo­wa­ło nas jak mur – to był ten pierw­szy wstrząs, pa­mię­ta­cie?

– Tak – pod­jął In­ży­nier – a kie­dy­śmy we­szli w stra­tos­fe­rę, mie­li­śmy jesz­cze dzie­sięć albo i dwa­na­ście. Po­win­na się była w ogó­le roz­le­cieć, dziw­ne, że wy­trzy­ma­ła.

– Ra­kie­ta?

– Ob­li­czo­na jest na dwu­dzie­sto­krot­ne prze­cią­że­nie, a za­nim ekran pękł, na wła­sne oczy wi­dzia­łem, jak strzał­ka wy­sko­czy­ła ze ska­li. Ska­la ma re­zer­wę do trzy­dzie­stu.

– A my?

– Co my?

– Jak mo­gli­śmy wy­trzy­mać – chcesz po­wie­dzieć, że trwa­ła de­ce­le­ra­cja wy­nio­sła 30 g?

– Nie trwa­ła. W szczy­tach na pew­no. Prze­cież ha­mow­ni­ce dały wszyst­ko. Dla­te­go do­szło do pul­sa­cji.

– Ale au­to­ma­ty wy­rów­na­ły i gdy­by nie sprę­żar­ki… – po­wie­dział z od­cie­niem prze­ko­ry w gło­sie Cy­ber­ne­tyk. Urwał, w głę­bi stat­ku coś po­to­czy­ło się z brzę­kiem, jak­by że­la­zne koła po bla­sze. Uci­chło.

– Co chcesz od sprę­ża­rek? – po­wie­dział In­ży­nier. – Jak pój­dzie­my do ma­szy­now­ni, to po­ka­żę ci, że zro­bi­ły pięć razy wię­cej, niż mo­gły. To prze­cież tyl­ko agre­ga­ty po­moc­ni­cze. Naj­pierw roz­chwia­ło im ło­ży­ska, a jak przy­szła pul­sa­cja…

– My­ślisz, że re­zo­nans?

– Re­zo­nans swo­ją dro­gą. Wła­ści­wie po­win­ni­śmy się byli roz­sma­ro­wać na prze­strze­ni paru ki­lo­me­trów, jak ten frach­to­wiec na Nep­tu­nie – wiesz? Sam się prze­ko­nasz, jak zo­ba­czysz ma­szy­now­nię. Mogę ci z góry po­wie­dzieć, co tam jest.

– Wca­le nie palę się, żeby zo­ba­czyć ma­szy­now­nię. Co u li­cha, cze­mu oni tak dłu­go nie wra­ca­ją? Ciem­no, aż oczy bolą.

– Świa­tło bę­dzie­my mie­li, nie bój się – po­wie­dział In­ży­nier.

Wciąż, jak­by nie­chcą­cy, trzy­mał koń­ce pal­ców opar­te o sto­pę Ko­or­dy­na­to­ra, któ­ry nie ru­szał się i mil­czał.

– A do ma­szy­now­ni pój­dzie­my tak, z nu­dów. Co in­ne­go bę­dzie­my mie­li do ro­bo­ty?

– Na se­rio my­ślisz, że się stąd nie wy­do­sta­nie­my?

– Nie, żar­tu­ję. Lu­bię ta­kie żar­ty.

– Prze­stań – ode­zwał się Ko­or­dy­na­tor. – Po pierw­sze, jest re­zer­wo­wy właz.

– Czło­wie­ku! Re­zer­wo­wy właz jest aku­rat pod nami. Sta­tek mu­siał się po­rząd­nie wo­rać, nie je­stem pew­ny, czy na­wet ta kla­pa wy­sta­je nad zie­mię.

– Więc co z tego? Mamy na­rzę­dzia, mo­że­my wy­ko­pać tu­nel.

– A cię­ża­ro­wy? – po­wie­dział Cy­ber­ne­tyk.

– Za­la­ny – wy­ja­śnił la­ko­nicz­nie In­ży­nier. – Za­glą­da­łem do stu­dzien­ki kon­tro­l­nej. Mu­siał pęk­nąć któ­ryś z głów­nych zbior­ni­ków – tam są co naj­mniej dwa me­try wody. Praw­do­po­dob­nie ska­żo­nej.

– Skąd wiesz?

– Stąd, że tak jest za­wsze. Chło­dze­nie re­ak­to­ra pusz­cza pierw­sze – nie wiesz o tym? Za­po­mnij le­piej o cię­ża­ro­wym wła­zie. Mu­si­my wyjść tym – je­że­li…

– Wy­ko­pie­my tu­nel – po­wtó­rzył ci­cho Ko­or­dy­na­tor.

– Teo­re­tycz­nie to jest moż­li­we – nie­ocze­ki­wa­nie zgo­dził się In­ży­nier. Za­mil­kli. Dały się sły­szeć co­raz bliż­sze stą­pa­nia, w ko­ry­ta­rzu pod nimi za­ja­śnia­ło, zmru­ży­li ośle­pio­ne oczy.

– Szyn­ka, su­cha­ry, ozor­ki czy co tam jest w tym pu­dle – wszyst­ko z że­la­znej ra­cji! Tu cze­ko­la­da, a tu ter­mo­sy. Daj­cie na górę! – zwró­cił się Dok­tor do po­zo­sta­łych, gra­mo­ląc się jako pierw­szy na kla­pę. Świe­cił im la­tar­ką, gdy wcho­dzi­li do ko­mo­ry i roz­sta­wia­li pusz­ki. Przy­nie­śli też alu­mi­nio­we ta­le­rze.

Przy świe­tle la­tar­ki je­dli w mil­cze­niu.

– Ter­mo­sy są całe? – zdzi­wił się na­raz Cy­ber­ne­tyk. Na­le­wał so­bie kawy do kub­ka.

– Dziw­ne, ale tak. Z kon­ser­wa­mi nie jest źle. Ale za­mra­żal­nia, lo­dów­ki, pie­kar­ni­ki, mały syn­te­ty­za­tor, apa­ra­tu­ra oczysz­cza­ją­ca, fil­try wody – wszyst­ko w prosz­ku.

– Apa­ra­tu­ra oczysz­cza­ją­ca też? – za­nie­po­ko­ił się Cy­ber­ne­tyk.

– Też. Może da­ła­by się na­pra­wić, gdy­by było czym. Ale to błęd­ne koło; żeby uru­cho­mić choć­by naj­prost­szy pół­au­to­mat na­praw­czy, trze­ba prą­du, żeby mieć prąd, trze­ba na­pra­wić agre­gat, a do tego znów po­trzeb­ny jest pół­au­to­mat.

– Na­ra­dzi­li­ście się tu, ucze­ni w tech­ni­ce? I co? Gdzie pro­myk na­dziei? – spy­tał Dok­tor, sma­ru­jąc gru­bo su­cha­ry ma­słem i na­kła­da­jąc z wierz­chu pła­ty szyn­ki. Nie cze­ka­jąc od­po­wie­dzi, cią­gnął:

– Jako szcze­niak prze­czy­ta­łem chy­ba wię­cej ksią­żek o ko­smo­nau­ty­ce, niż waży na­sza nie­boszcz­ka, a jed­nak nie zna­la­złem ani jed­nej opo­wie­ści, żad­nej hi­sto­rii, aneg­dot­ki na­wet o czymś po­dob­nym do tego, co nas spo­tka­ło. Dla­cze­go – nie poj­mę!

– Bo to nud­ne – wy­ja­śnił z szy­der­czą in­ten­cją Cy­ber­ne­tyk.

– Tak – to coś no­we­go – Ro­bin­son mię­dzy­pla­ne­tar­ny – po­wie­dział Dok­tor. Za­krę­cał ter­mos. – Jak wró­cę, po­sta­ram się to opi­sać, o ile ta­lent po­zwo­li.

Za­pa­dła na­gła ci­sza. Zbie­ra­li pusz­ki, aż Fi­zyk wpadł na myśl, żeby je scho­wać do szaf­ki ze ska­fan­dra­mi, ustą­pi­li więc pod ścia­nę, bo ina­czej nie dało się otwo­rzyć drzwi w pod­ło­dze.

– Wie­cie, sły­sze­li­śmy ja­kieś dziw­ne od­gło­sy, ja­ke­śmy grze­ba­li w ma­ga­zy­nie – po­wie­dział Che­mik.

– Ja­kie od­gło­sy?

– Ta­kie stę­ka­nia i po­trza­ski­wa­nia, jak­by nas coś pra­so­wa­ło.

– My­ślisz, że obe­rwa­ła się na nas ja­kaś ska­ła? – spy­tał Cy­ber­ne­tyk.

– To cał­kiem co in­ne­go – wmie­szał się In­ży­nier. Ze­wnętrz­na po­wło­ka osią­gnę­ła przy wtar­gnię­ciu w at­mos­fe­rę bar­dzo wy­so­ką tem­pe­ra­tu­rę, dzio­bo­wa może się na­wet nad­to­pi­ła, a te­raz czę­ści kon­struk­cji sty­gną, prze­su­wa­ją się, po­wsta­ją we­wnętrz­ne na­pię­cia i stąd te od­gło­sy – o, i te­raz sły­chać, uwa­żaj­cie…

Za­mil­kli. Tyl­ko twa­rze oświe­tla­ła la­tar­ka le­żą­ca na pła­skim kole nad wła­zem. We wnę­trzu stat­ku roz­le­gło się prze­cią­głe stęk­nię­cie, se­ria krót­kich, słab­ną­cych po­trza­ski­wań i na­sta­ła ci­sza.

– A może to któ­ryś au­to­mat? – po­wie­dział z na­dzie­ją w gło­sie Cy­ber­ne­tyk.

– Wi­dzia­łeś prze­cież sam.

– Tak, ale nie za­glą­da­li­śmy do luku re­zerw.

Cy­ber­ne­tyk wy­chy­lił się w ciem­ność ko­ry­ta­rza i sta­jąc na sa­mym brze­gu kla­py, krzyk­nął:

– Au­to­ma­ty re­zer­wy!!

Głos za­dud­nił w za­mknię­ciu. Od­po­wie­dzia­ła ci­sza.

– Chodź tu, zba­da­my po­rząd­nie właz – po­wie­dział In­ży­nier. Przy­kląkł przed za­klę­śnię­tą ła­god­nie pły­tą i zbli­ża­jąc oczy do obrze­ża, oświe­tlał je cen­ty­metr po cen­ty­me­trze. Wo­dził tak pla­mą świa­tła wzdłuż uszczel­nień, któ­re po­ry­so­wa­ła drob­niut­ka sia­tecz­ka spę­kań.

– Od we­wnątrz nic sto­pio­ne­go, zresz­tą nie dzi­wo­ta – ce­ra­mit bar­dzo źle prze­wo­dzi cie­pło.

– Może spró­bu­je­my jesz­cze raz? – za­pro­po­no­wał Dok­tor, kła­dąc rękę na kor­bie.

– To nie ma sen­su – za­pro­te­sto­wał Che­mik.

In­ży­nier przy­ło­żył dłoń do kla­py i ze­rwał się na rów­ne nogi.

– Chłop­cy, po­trzeb­na woda! Dużo zim­nej wody!

– Po co?

– Do­tknij­cie kla­py – go­rą­ca, co!?

Do­tknę­ło jej kil­ka wy­cią­gnię­tych jed­no­cze­śnie rąk.

– Pra­wie pa­rzy – po­wie­dział ktoś.

– To na­sze szczę­ście!

– Jak to?

– Kor­pus jest roz­grza­ny, roz­sze­rzył się i kla­pa też. Je­że­li bę­dzie­my chło­dzi­li kla­pę, skur­czy się i może da się otwo­rzyć.

– Woda to mało. Może jest jesz­cze lód. Po­wi­nien być w za­mra­żal­niach – po­wie­dział Ko­or­dy­na­tor.

Je­den po dru­gim ze­ska­ki­wa­li na dno ko­ry­ta­rza, któ­ry za­dud­nił od kro­ków bie­gną­cych.

Ko­or­dy­na­tor zo­stał przy wła­zie z In­ży­nie­rem.

– Pu­ści – po­wie­dział ci­cho, jak­by do sie­bie.

– O ile się nie sto­pi­ła – mruk­nął In­ży­nier. Roz­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi wo­dził pła­sko po obrze­żu, ba­da­jąc jego tem­pe­ra­tu­rę. – Ce­ra­mit za­czy­na pły­nąć po­wy­żej trzech ty­się­cy sied­miu­set stop­ni. Nie za­uwa­ży­łeś, ile mia­ła na ostat­ku po­wło­ka?

– Na ostat­ku wszyst­kie ze­ga­ry po­ka­zy­wa­ły daty z ze­szłe­go roku. Kie­dy za­sto­po­wa­li­śmy na ha­mow­ni­cach, było po­nad dwa i pół, je­że­li się nie mylę.

– Dwa i pół ty­sią­ca stop­ni to jesz­cze nic ta­kie­go!

– Tak, ale po­tem!

Tuż nad po­zio­mo wy­wich­nię­tą kla­pą uka­za­ła się zgrza­na twarz Che­mi­ka. La­tar­kę miał przy­pię­tą na szyi, chwia­ła się, blask ska­kał w ka­wa­łach lodu, któ­re ster­cza­ły z wia­dra. Po­dał je Ko­or­dy­na­to­ro­wi.

– Cze­kaj no… jak my wła­ści­wie bę­dzie­my chło­dzić… – za­fra­so­wał się In­ży­nier. – Za­raz.

Znikł w ciem­no­ści. Kro­ki znów dały się sły­szeć. Dok­tor przy­niósł dwa wia­dra wody, w któ­rej pły­wał lód. Che­mik świe­cił, Dok­tor wspól­nie z Fi­zy­kiem za­czę­li po­le­wać kla­pę wodą. Ście­ka­ła na pod­ło­gę, na ko­ry­tarz. Kie­dy zle­wa­li kla­pę dzie­sią­ty raz, wy­da­wa­ło im się, że coś w niej sły­szą – sła­biut­kie po­skrzy­py­wa­nie. Wy­da­li okrzyk ra­do­ści. Po­ja­wił się In­ży­nier. Niósł spo­ry re­flek­tor od ska­fan­dra, przy­mo­co­wa­ny ta­śmą na wy­so­ko­ści pier­si. Od jego bla­sku za­raz po­ja­śnia­ło. In­ży­nier rzu­cił na pod­ło­gę na­rę­cze pla­sty­ko­wych płyt ze ste­row­ni. Za­czę­li sta­ran­nie okła­dać kla­pę ce­gieł­ka­mi i okru­cha­mi lodu, przy­ci­ska­jąc je pla­sty­kiem, na­dy­ma­ny­mi po­dusz­ka­mi, książ­ka­mi, któ­re zno­sił tym­cza­sem Fi­zyk, wresz­cie, gdy grzbie­ty le­d­wo mo­gli wy­pro­sto­wać, a z lo­do­we­go mur­ku mało co zo­sta­ło, tak szyb­ko ta­jał w ze­tknię­ciu z roz­grza­ną pły­tą wła­zu, Cy­ber­ne­tyk chwy­cił obu­rącz kor­bę i spró­bo­wał ją ob­ró­cić.

– Cze­kaj, jesz­cze nie! – krzyk­nął gniew­nie In­ży­nier, ale kor­ba ob­ró­ci­ła się dziw­nie lek­ko. Sko­czy­li wszy­scy. Wi­ro­wa­ła co­raz szyb­ciej. In­ży­nier uchwy­cił po­środ­ku rę­ko­jeść za­bez­pie­cza­ją­ce­go kla­pę po­trój­ne­go ry­gla, tar­gnął, roz­legł się dźwięk jak­by pę­ka­ją­cej gru­bej szy­by i właz na­parł na nich, zra­zu lek­ko, na­gle ude­rzył naj­bliż­szych i z ciem­nej cze­lu­ści wy­wa­li­ła się z hur­go­tem czar­na la­wi­na, za­sy­pu­jąc po ko­la­na tych, co sta­li na­prze­ciw. Che­mik i Ko­or­dy­na­tor, któ­rzy sta­li naj­bli­żej, rzu­ce­ni zo­sta­li na boki. Kla­pa przy­ci­snę­ła Che­mi­ka do bocz­nej ścia­ny tak, że nie mógł się ru­szyć, ale nie zro­bi­ła mu nic złe­go. Ko­or­dy­na­tor le­d­wo zdą­żył od­sko­czyć w ostat­niej chwi­li, omal nie prze­wró­cił Dok­to­ra. Znie­ru­cho­mie­li. La­tar­ka Dok­to­ra za­sy­pa­na, zga­sła, świe­cił tyl­ko re­flek­tor na pier­si In­ży­nie­ra.

– Co to jest? – nie swo­im gło­sem po­wie­dział Cy­ber­ne­tyk. Stał za wszyst­ki­mi, ostat­ni, na skra­ju plat­fo­rem­ki.

– Prób­ka pla­ne­ty Eden – od­parł Ko­or­dy­na­tor. Po­mógł wy­leźć Che­mi­ko­wi spo­za od­rzu­co­nej w bok kla­py.

– Tak – do­dał In­ży­nier – cały właz za­sy­pa­ny, mu­sie­li­śmy po­rząd­nie wleźć w grunt!

– To jest pierw­sze lą­do­wa­nie POD po­wierzch­nią nie­zna­nej pla­ne­ty, praw­da? – spy­tał Dok­tor. Na­raz wszy­scy za­czę­li się śmiać. Cy­ber­ne­tyk tak się za­no­sił, aż łzy uka­za­ły mu się w oczach.

– Do­syć tego! – krzyk­nął ostro Ko­or­dy­na­tor. – Nie bę­dzie­my prze­cież sta­li tak do rana. Po na­rzę­dzia, chłop­cy, mu­si­my się od­ko­pać.

Che­mik na­chy­lił się i pod­niósł cięż­ką, zbi­tą bry­łę z kop­ca, któ­ry urósł na pod­ło­dze przed wła­zem. Z owal­ne­go otwo­ru wy­pu­cza­ła się zie­mia, od cza­su do cza­su tłu­sto po­ły­sku­ją­ce, czar­nia­we okru­chy sta­cza­ły się po po­wierzch­ni ma­łe­go osy­pi­ska aż na ko­ry­tarz.

Wy­co­fa­li się do nie­go, bo na plat­for­mie nie było już na­wet tyle miej­sca, by usiąść. Ko­or­dy­na­tor i In­ży­nier ze­sko­czy­li na dół ostat­ni.

– Jak głę­bo­ko mo­gli­śmy się wbić? – spy­tał pół­gło­sem Ko­or­dy­na­tor In­ży­nie­ra. Szli obok sie­bie ko­ry­ta­rzem. Da­le­ko przed nimi ja­śnia­ła su­ną­ca szyb­ko pla­ma świa­tła. In­ży­nier dał re­flek­tor Che­mi­ko­wi.

– Jak głę­bo­ko?… To za­le­ży od zbyt wie­lu czyn­ni­ków. Ta­gers­sen wlazł w grunt na osiem­dzie­siąt me­trów.

– Tak, ale co zo­sta­ło z ra­kie­ty i z nie­go!

– A ta son­da z Księ­ży­ca? Sztol­nię mu­sie­li bić w ska­le, żeby ją od­ko­pać. W ska­le!

– Na Księ­ży­cu jest pu­meks…

– A skąd mo­że­my wie­dzieć, co tu jest?

– Wi­dzia­łeś prze­cież. To wy­glą­da na mar­gle.

– Przy sa­mym wła­zie, a da­lej?

Z na­rzę­dzia­mi było bar­dzo źle. Sta­tek, jak wszyst­kie dłu­gie­go za­się­gu, miał na po­kła­dzie po­dwój­ny ze­staw au­to­ma­tów i zdal­nie ste­ro­wa­nych pół­au­to­ma­tów do wszel­kich prac, tak­że po­wierzch­nio­wo-ziem­nych, ja­kich mogą wy­ma­gać róż­no­rod­ne wa­run­ki pla­ne­tar­ne. Urzą­dze­nia te były jed­nak nie­czyn­ne i bez do­pły­wu prą­du ani my­śleć moż­na było o ich uru­cho­mie­niu, je­dy­na zaś jed­nost­ka więk­sza, jaką dys­po­no­wa­no – ko­par­ka na­pę­dza­na mi­kro­sto­sem ato­mo­wym – tak­że wy­ma­ga­ła elek­trycz­no­ści do wstęp­ne­go roz­ru­chu. Nie­odzow­ne oka­za­ło się spo­rzą­dze­nie na­rzę­dzi cał­kiem pry­mi­tyw­nych, ło­pat i ki­lo­fów. To tak­że na­po­tka­ło ogrom­ne trud­no­ści. Po pię­ciu go­dzi­nach mo­zo­łu za­ło­ga wra­ca­ła ko­ry­ta­rzem ku ślu­zie, nio­sąc trzy roz­płasz­czo­ne i zgię­te na koń­cu ko­pacz­ki, dwa sta­lo­we drą­gi i wlo­kąc wiel­kie pła­ty blach, któ­re słu­żyć mia­ły do umac­nia­nia ścian wy­ko­pu. Oprócz ku­błów przy­spo­so­bio­no do no­sze­nia zie­mi kil­ka wiel­kich pla­sty­ko­wych pu­deł, za­mo­co­waw­szy do nich z dwu stron krót­kie, alu­mi­nio­we rury jako no­si­dła.

Trzy czwar­te doby mi­nę­ło od ka­ta­stro­fy i wszy­scy upa­da­li ze zmę­cze­nia. Dok­tor za­de­cy­do­wał, że po­win­ni prze­spać choć kil­ka go­dzin. Pier­wej jed­nak trze­ba było przy­go­to­wać ja­kieś po­sła­nia, choć­by pro­wi­zo­rycz­ne, bo koje w po­miesz­cze­niach sy­pial­nych, umo­co­wa­ne na sta­łe do pod­łóg, sta­ły te­raz pio­no­wo. Z od­krę­ca­niem ich by­ło­by zbyt wie­le ro­bo­ty, zwle­czo­no więc do bi­blio­te­ki – nie­mal po­ło­wę ksią­żek wy­nie­śli już przed­tem na ko­ry­tarz – na­dy­ma­ne ma­te­ra­ce i wszy­scy le­gli na nich po­ko­tem.

Ry­chło oka­za­ło się, że poza Che­mi­kiem i In­ży­nie­rem nikt nie może za­snąć. Dok­tor wstał więc zno­wu i po­szedł z la­tar­nią na po­szu­ki­wa­nie środ­ków na­sen­nych. Za­ję­ło mu to nie­mal go­dzi­nę, gdyż mu­siał uto­ro­wać so­bie dro­gę do sal­ki opa­trun­ko­wej po­przez jej sień za­wa­lo­ną sto­sa­mi roz­ka­wał­ko­wa­nych apa­ra­tów i na­czyń ana­li­tycz­nych. Wy­pa­dły wszyst­kie ze ścien­nych szaf i ta­ra­so­wa­ły do­stęp do drzwi. Na ko­niec – jego ze­ga­rek ręcz­ny po­ka­zy­wał czwar­tą nad ra­nem cza­su po­kła­do­we­go – na­sen­ne ta­blet­ki zo­sta­ły roz­da­ne, lam­pa zga­szo­na i nie­ba­wem nie­spo­koj­ne od­de­chy wy­peł­ni­ły mrocz­ne po­miesz­cze­nie.

Zbu­dzi­li się nad­spo­dzie­wa­nie szyb­ko, nie­mal wszy­scy, z wy­jąt­kiem Cy­ber­ne­ty­ka, któ­ry łyk­nął zbyt wiel­ką daw­kę pi­gu­łek i był jak pi­ja­ny. In­ży­nier znów skar­żył się na doj­mu­ją­cy ból bar­ku. Dok­tor od­krył w tym miej­scu bo­le­sną opu­chli­znę, przy­pusz­czal­nie In­ży­nier mu­siał nad­we­rę­żyć so­bie staw, gdy mo­co­wa­li się z dźwi­gnia­mi wła­zu.

Na­strój był po­nu­ry. Nikt się pra­wie nie od­zy­wał, na­wet Dok­tor. Do resz­ty za­pa­sów w ślu­zie nie mo­gli się do­stać, bo na drzwiach sza­fy ze ska­fan­dra­mi spo­czy­wał ogrom­ny ko­piec osy­pi­ska, raz jesz­cze więc Fi­zyk i Che­mik po­szli do ku­chen­ne­go ma­ga­zy­nu, skąd wró­ci­li z pusz­ka­mi kon­serw. Była dzie­wią­ta, kie­dy przy­stą­pi­li do ko­pa­nia tu­ne­lu.

Ro­bo­ty po­su­wa­ły się żół­wim kro­kiem. W owal­nym otwo­rze wła­zu nie moż­na się było do­brze roz­mach­nąć, lu­dzie dźga­li ko­pacz­ka­mi zbi­te zwa­ły zie­mi, a sto­ją­cy w tyle usu­wa­li je do ko­ry­ta­rza. Po na­my­śle zde­cy­do­wa­no wrzu­cać zie­mię do ka­bi­ny na­wi­ga­cyj­nej, bo znaj­do­wa­ła się naj­bli­żej i nie za­wie­ra­ła ni­cze­go, co mo­gło­by się oka­zać po­trzeb­ne w bez­po­śred­niej przy­szło­ści.

Po czte­rech go­dzi­nach na­wi­ga­tor­nia była za­sy­pa­na na wy­so­kość ko­lan wy­no­szo­nym grun­tem, a tu­nel osią­gnął le­d­wo dwa me­try dłu­go­ści. Mar­giel był zbi­ty, nie to, że twar­dy, ale ostrza drą­gów i ko­pa­czek wię­zły w nim, a że­la­zne trzo­ny, zbyt gwał­tow­nie na­ci­ska­ne przez pra­cu­ją­cych za­ja­dle lu­dzi, gię­ły się – naj­le­piej spra­wo­wa­ła się sta­lo­wa ko­pacz­ka w rę­kach Ko­or­dy­na­to­ra.

In­ży­nier nie­po­ko­ił się, czy ziem­ny strop nie za­cznie osia­dać, i dbał szcze­gól­nie o sta­ran­ne stem­plo­wa­nie. Pod wie­czór, gdy uma­za­ni gli­ną za­sie­dli do po­sił­ku, tu­nel wio­dą­cy od kla­py stro­mo pod górę, nie­mal o sie­dem­dzie­się­ciu stop­niach na­chy­le­nia, za­głę­bił się w grunt le­d­wo na pięć i pół me­tra.

In­ży­nier zaj­rzał raz jesz­cze do stu­dzien­ki, przez któ­rą moż­na się było do­stać do niż­szej kon­dy­gna­cji, gdzie trzy­dzie­ści me­trów ku ru­fie od głów­ne­go wła­zu znaj­do­wa­ła się w pan­ce­rzu kla­pa cię­ża­ro­wa, ale zo­ba­czył tyl­ko czar­ne lu­stro wody; sta­ła wy­żej niż po­przed­nie­go dnia, wi­docz­nie jesz­cze ja­kiś zbior­nik miał prze­ciek i jego za­war­tość są­czy­ła się tu po­wo­li. Woda – wy­krył to na­tych­miast ma­łym ge­ige­rem – była ra­dio­ak­tyw­nie ska­żo­na, za­mknął więc na głu­cho stu­dzien­kę i wró­cił do to­wa­rzy­szy, nic nie mó­wiąc o tym od­kry­ciu.

– Je­że­li do­brze pój­dzie, wy­do­sta­nie­my się ju­tro, je­że­li go­rzej – za dwa dni – oświad­czył Cy­ber­ne­tyk, pi­jąc trze­ci ku­bek kawy z ter­mo­su. Wszy­scy bar­dzo dużo pili.

– Skąd wiesz? – zdzi­wił się In­ży­nier.

– Tak ja­koś czu­ję.

– On ma in­tu­icję, któ­rej po­zba­wio­ne są jego au­to­ma­ty – za­śmiał się Dok­tor. W mia­rę jak upły­wał dzień, był w co­raz lep­szym hu­mo­rze. Kie­dy inni lu­zo­wa­li go w przo­dzie wy­ko­pu, wbie­gał do po­miesz­czeń stat­ku i w ten spo­sób wzbo­ga­cił za­ło­gę o dwie la­tar­ki ma­gne­to­elek­trycz­ne, ma­szyn­kę do strzy­że­nia wło­sów, wi­ta­mi­ni­zo­wa­ną cze­ko­la­dę i cały stos ręcz­ni­ków. Wszy­scy byli uma­za­ni gli­ną, kom­bi­ne­zo­ny mie­li całe w pla­mach i za­cie­kach, oczy­wi­ście nie go­li­li się też z bra­ku elek­trycz­no­ści, a ma­szyn­ką do strzy­że­nia, któ­rą przy­niósł Dok­tor, wzgar­dzi­li. On sam też jej zresz­tą nie uży­wał.

Cały na­stęp­ny dzień upły­nął na ko­pa­niu tu­ne­lu, na­wi­ga­tor­nia wy­peł­ni­ła się zie­mią tak wy­so­ko, że co­raz trud­niej było już wy­sy­py­wać ją przez drzwi. Przy­szła ko­lej na bi­blio­te­kę. Dok­tor miał w tym przed­mio­cie pew­ne wąt­pli­wo­ści, ale Che­mik, z któ­rym dźwi­gał spo­rzą­dzo­ne z pła­ta bla­chy no­sił­ki, bez wa­ha­nia wy­sy­pał zwał mar­gla na książ­ki.

Tu­nel otwarł się zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie. Grunt sta­wał się wpraw­dzie od pew­ne­go cza­su such­szy i jak gdy­by mniej zbi­ty, ale tej ob­ser­wa­cji Fi­zy­ka nie po­twier­dzi­li inni. Wy­no­szo­ny do wnę­trza ra­kie­ty mar­giel wy­da­wał im się wciąż taki sam. Zmia­na w przod­ku, In­ży­nier i Ko­or­dy­na­tor, prze­ję­ła wła­śnie na­rzę­dzia roz­grza­ne od uchwy­tu rąk i za­da­ła pierw­sze cio­sy bry­łom wy­sta­ją­cym z nie­fo­rem­nej ścia­ny, gdy jed­na zni­kła na­gle, a przez po­wsta­ły otwór wpły­nął lek­ki po­dmuch po­wie­trza. Dał się od­czuć jego ła­god­ny ciąg – ci­śnie­nie na ze­wnątrz było nie­co wyż­sze niż w tu­ne­lu, a tym sa­mym i w ra­kie­cie. Ko­pacz­ka i sta­lo­wy drąg za­czę­ły pra­co­wać go­rącz­ko­wo, zie­mi nikt już nie wy­no­sił, resz­ta za­ło­gi, nie mo­gąc po­ma­gać tym w przod­ku, bo było na to zbyt mało miej­sca, sta­ła zbi­tą grup­ką z tyłu. Po kil­ku ostat­nich cio­sach In­ży­nier chciał wy­leźć na ze­wnątrz, ale Ko­or­dy­na­tor za­trzy­mał go. Chciał pier­wej po­sze­rzyć wyj­ście. Za­rzą­dził też wy­nie­sie­nie ostat­niej por­cji zie­mi do ra­kie­ty, żeby nic nie sta­ło na dro­dze w tu­ne­lu, upły­nę­ło więc jesz­cze kil­ka­na­ście mi­nut, za­nim sze­ściu lu­dzi wy­czoł­ga­ło się z nie­re­gu­lar­ne­go otwo­ru na po­wierzch­nię pla­ne­ty.