Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nie urodził się po to, by żyć. Urodził się, by dokończyć cudze marzenie.
Po tragicznej śmierci Ikara Dedal, genialny budowniczy Labiryntu Minotaura, nie porzuca marzenia o stworzeniu latającej machiny doskonalszej od tej, która doprowadziła do tragedii. Aby je zrealizować, zawiera układ ze skrzydlatą boginią Inanną.
Tak na świat przychodzi Yoran, drugi syn Dedala, obdarzony skrzydłami oraz znajomością sekretów wiatru i lotu. Nie zna życia bez cienia ojca i ciężaru jego ambicji. Przez lata pracuje nad konstrukcją, która ma odmienić bieg historii. Choć zdobywa wiedzę i doświadczenie, do ukończenia machiny wciąż brakuje jednego, ostatniego elementu. Jego odnalezienie okaże się znacznie trudniejsze niż Yoran przypuszczał i zmusi go do odpowiedzi na pytanie, ile naprawdę jest gotów poświęcić, by doprowadzić dzieło ojca do końca.
„Skrzydła Dedala” to opowieść o wiedzy, która daje władzę, i o cenie, jaką trzeba zapłacić za wielkie odkrycia. Jak daleko można się posunąć, by urzeczywistnić niemożliwe? I kto ostatecznie zapłaci najwyższą cenę?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 702
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Erin Halleda
Skrzydła Dedala
Dla Michaela,
z wyrazami miłości i wdzięczności
za wieloletnie wsparcie…
Od samego rana czekali na wiatr. Czekali z nadzieją, że kapryśna morska pogoda zmieni się na ich korzyść. Lecz flauta, która od dwóch dni trzymała królestwo Krety jak pod szklanym kloszem, nie miała zamiaru ustąpić. Tafla morza stała się gładka i lśniąca niczym marmurowa podłoga, nad którą nie unosiła się ani jedna chmurka. Jedynie słońce poruszało się w tej morskiej ciszy, wspinało po błękitnym niebie i pęczniało letnią gorączką.
Ikar spojrzał do góry. Przyjechali na to wzgórze, gdy tarcza słońca ledwo co wychyliła się zza horyzontu. Teraz wisiała mu nad głową i lała na wyspę palące promienie. Młodzieniec poczuł nagle intensywne ciepło na twarzy i ramionach. Próbował przełknąć ślinę, lecz gardło miał suche jak piach. Westchnął, otarł pot z czoła i spojrzał na stojącego obok mężczyznę.
– Ojcze, dziś już chyba nic z tego. Może jutro będzie więcej wiatru. Wtedy wypróbujemy nową lotnię – powiedział miękkim głosem, którym starał się złagodzić zaciętą minę Dedala.
Ten nie odpowiedział, nie poruszył się, patrzył na horyzont, jakby spodziewał się, że lada chwila coś się zza niego wyłoni. Chłopak westchnął cicho, starając się stłumić narastającą w nim irytację, znudzonym wzrokiem powędrował po krajobrazie.
Znał ten widok od dziecka. Gdy tylko zaczął biegać i mówić, ojciec brał go na barana i wspinał się z nim na wzgórza w głębi wyspy. A kiedy już stanęli na szczycie, Dedal wyciągał dłoń i wskazywał różne kierunki, opowiadał o innych wyspach, odległych królestwach i wielkich miastach, o przepięknych miejscach, o których tak chętnie gawędzili żeglarze w portowych tawernach. Pewnego dnia wyruszą w drogę, na spotkanie tego wszystkiego. Polecą tam, jak ptaki, wolne i piękne.
– Ojcze, proszę, wracajmy do domu. Za chwilę zaczną się najgorętsze godziny dnia. Wiatr na pewno wróci. Jutro. Albo pojutrze. Dziś nie uda nam się już…
– Ptaki wzbijają się do góry nawet przy takiej pogodzie. To musi być możliwe – odparł Dedal głębokim i twardym głosem, nie odrywając wzroku od linii, gdzie niebieska tafla morza stykała się ze słonecznym błękitem nieba. Promienie błyszczały na wodzie, jakby słońce chciało namalować nimi drogę do wolności.
– Ale nie dla nas. Nie dla ludzi. Potrzebujemy wiatru, aby wynieść lotnię w powietrze. Nasze chorągiewki ani razu się dzisiaj nie poruszyły. – Ikar wskazał dłonią na dwa kije wbite w ziemię, na których wisiały sflaczałe kawałki płótna.
– Chcesz być wynalazcą i budowniczym, mój chłopcze? To musisz zawsze myśleć o niesprzyjających warunkach. Tylko wtedy stworzysz coś trwałego i użytecznego.
Mój chłopcze. Ikar nienawidził, gdy ojciec tak się do niego zwracał. Skończył już szesnaście lat i przerósł go o pół głowy. Od kilku lat pracował w warsztacie i wysiłek fizyczny odznaczał się w jego sylwetce. Dobrze rozwinięte mięśnie twardniały powoli pod brązową skórą, a w ciemnych oczach iskrzyła się inteligencja i spostrzegawczość. Dziewczęta dostrzegły już, że stał się atrakcyjnym młodzieńcem, bo niektóre uśmiechały się do niego zalotnie.
– Chcę być budowniczym, tak jak ty, ojcze. Dlatego muszę zaakceptować, gdy coś nie wychodzi, i szukać rozwiązań. Sam mnie tego nauczyłeś. Zapiszę, że dzisiejsza próba nie powiodła się ze względu na brak wiatru. A teraz wracam do domu. – Odwrócił się, podszedł do chorągiewek, wyrwał je z ziemi i ruszył przed siebie.
– Ikar! Wracaj tu! – syknął Dedal, ścigając syna wzrokiem.
Ikar słyszał gniewne polecenie ojca, lecz nie zareagował. Po kilku dużych krokach znalazł się przy trójce niewolników, polecił złożyć lotnię i załadować na wóz. Rzucił na ziemię chorągiewki, po czym ruszył w kierunku lasu, po konie. Dwa okazałe zwierzęta, które służyły do wydźwignięcia lotni w powietrze, stały w cieniu drzew, przywiązane do zwisającej nisko gałęzi. Przynajmniej one mogły schować się przed gorączką. Pod gęstymi konarami ostrolistnych dębów Ikar poczuł męczące pragnienie. Na szczęście bukłaki z wodą także pozostawili w cieniu lasu. Sięgnął po jeden z nich. Woda była ciepława, przesiąknięta smakiem skóry, ale pił ją wielkimi łykami, aż zabrakło mu tchu.
Prowadząc konie, Ikar wrócił na skraj stoku. Niewolnicy składali właśnie drugie skrzydło, aby potem przenieść je na wóz. Dedal stał tuż obok, bacznie obserwował pracujących mężczyzn i co chwila rzucał polecenia. Zerknął na syna, ale nic nie powiedział.
Każde skrzydło lotni miało trzy metry rozpiętości. Drewniany szkielet wyginał się lekkim łukiem i przypominał kształtem skrzydła ptaka, pokryte grubym pergaminem z koźlęcej skóry. Skrzydła łączyła ze sobą mocna belka, która niczym kręgosłup ciągnęła się na długość czterech metrów i kończyła ruchomym ogonem. Pod nią znajdowało się miejsce dla lotnika oraz mechanizm sterujący. Zestaw zębatych kół, bloczków i korb połączony były rzemieniami, a wszystko znajdowało się na wyciągnięcie ręki. Na ziemi mechanizm funkcjonował znakomicie.
Złożoną lotnię załadowano na wóz. Zaprzęgnięto konie. Dedal i Ikar usiedli na desce dla woźnicy i ruszyli. Milczeli, starając się na siebie nie patrzeć. Tylko ciche głosy niewolników siedzących z tyłu słychać było przez całą drogę.
Droga biegła najpierw lasem, potem wiła się pomiędzy polami, sadami i łąkami, a im bliżej była brzegu morza, tym szersza się stawała.
Kreta zdawała się być całym kontynenten stworzonym przez bogów na jednej wyspie. Szczyty gór w głębi lądu nadal pokrywał śnieg, sprzeciwiający się upałowi swoją lodowatą bielą. Duży port w Amnissos, znajdujący się w niewielkiej zatoczce o lazurowej wodzie, pełen był długich, nowoczesnych łodzi o wysokim maszcie i dużym, prostokątnym żaglu, łodzi, które łączyły minoiskie państwo z kontynentalnymi królestwami. Mniejsze, rybackie łódki leżały wyciągnięte na piaszczystą plażę. Większe kołysały się leniwie, zacumowane na kotwicy. Wspaniały pałac króla znajdował się kilka kilometrów dalej, usadowiony wśród zielonych wzgórz niczym boski klejnot na poduszce.
Pomiędzy miasteczkiem a rozległą siedzibą króla Minosa stał dom Dedala. Posiadłość dostał jako zapłatę za ukończenie budowy górskiego pałacu. A raczej otrzymał podupadłą, opustoszałą farmę człowieka, który popadł w niełaskę i wraz z całą rodziną skończył jako niewolnik.
Dedal rozbudował strefę mieszkalną, postawił dwie szopy dla hodowlanych zwierząt, założył warzywny ogród i sad. Jednak najważniejszym budynkiem był warsztat, o wysokich, kamiennych ścianach i z niespotykanym na wyspie nowym rodzajem dachu, który sam skonstruował. Prostą konstrukcję budynku wyposażył w lekko skośny dach, pokryty glinianymi płytkami, dzięki czemu deszczówka spływała do rynien, a z nich do kamiennej cysterny, która zimą wypełniała się po brzegi. Gdy nadchodziło suche i gorące lato, ogród i sad były dobrze podlane i dawały obfite plony. Fakt, że choć częściowo mogli wyżywić się samodzielnie, bez konieczności polegania na wydzielanych przez pałac racji żywnościowych, miał dla Dedala wyjątkowo słodki smak.
Mimo tego nawet po dwudziestu latach życia na wyspie, nie czuł, że należy do tego miejsca. Nie urodził się na Krecie, a jego pokrewieństwo z jedną z królewskich linii rządzącej w Atenach było zbyt odległe, aby mogło mu zapewnić stałe miejsce na dworze króla Minosa. Niczym wędrowny ptak, który nie mógł polecieć dalej, tkwił na wyspie, marząc o wolności.
Im bliżej domu byli, tym częściej mijali skupiska budynków tworzących domostwa i duże warsztaty rzemieślnicze. Odległe odgłosy pracy i rozmów mieszały się z pobekiwaniem kóz i ostrzegawczym poszczekiwaniem psów. Od czasu do czasu ktoś spoglądał w ich stronę, pozdrawiał machnięciem dłoni lub kiwał z niedowierzaniem głową.
Nagle w powietrzu rozniósł się ziemisty zapach gliny, a na mijanym podwórzu ujrzeć można było dziesiątki dzbanów i amfor. Stojący na progu warsztatu siwowłosy mężczyzna roześmiał się na widok wozu ze skrzydłami i ruszył w ich stronę. Jego korpulentną sylwetkę, o pękatym jak dzban brzuchu, opinała wykwintna, śnieżnobiała tunika, z ledwością przysłaniająca jego gminne pochodzenie. Mistrz garncarstwa, który wzbogacił się na produkcji naczyń do wina i oliwy, uwielbiał drogie szaty i uszczypliwe uwagi, kierowane do tych, którzy nie mieli tak dużo szczęścia co on.
– Co tam w niebie słychać, mistrzu Dedalu? Byłeś tam dzisiaj? A może… bogowie znowu połamali ci skrzydełka? – Garncarz roześmiał się szyderczo, krążąc wzrokiem po wozie i ułożonej na niej lotni. Nagle zaczął machać dłońmi, obracać się wokół siebie, śmiać się i ryczeć kpiarsko. – Jestem ptaszkiem. Jestem ptaszkiem. Umiem latać. Mogę nasrać wam na głowy.
Dedal z uporem i kamiennym spokojem patrzył przed siebie. Lecz w mocno zaciśniętych ustach i nerwowym ruchu, jakim trzepnął konie lejcami po grzbiecie, Ikar dostrzegł hamowaną przez ojca wściekłość. On także musiał opanować emocje. Najchętniej zeskoczyłby z wozu i ruszył z pięściami na szydercę. Wściekłość i wstyd pulsowały mu w piersi. Nie wiedział, czego bardziej się wstydzi – dziwacznego marzenia ojca o lataniu czy własnej bezradności wobec tego marzenia.
Kiedy przejeżdżali obok garncarza, Ikar popatrzył na niego z mieszaniną obrzydzenia i gniewu. Chciał coś krzyknąć, lecz poczuł powstrzymujący go dotyk ojcowskiej dłoni.
– Nie reaguj. Nie warto. Ludzka głupota jest twarda jak kamień i bardzo trudna do rozbicia – szepnął Dedal i nie odwracając głowy, popędził konie do szybszej jazdy.
Kiedy wreszcie wjechali na szerokie podwórze przed domem, Dedal zeskoczył z wozu i natychmiast zniknął w wielkim budynku warsztatu. Ikar przypilnował rozładunku lotni i aż do następnego poranka unikał ojca.
Wiatr powrócił w środku nocy. Najpierw musnął wyspę łagodnie niczym kochanek, potem stopniowo wzmocnił podmuchy, jakby chciał wybudzić morze z długiego snu. Wraz z wiatrem dotarła do Knossos jedna z pocztowych rybitw króla, przynosząc wiadomości, które Dedal wolałby na zawsze zostawić poza horyzontem.
*****
Król doścignął uciekinierów! Złapał ich! Nie! Tylko córkę! Znalazł ją na wyspie Naxos. Doprawdy? Hahahaha… Ale ona głupia! Dała się uwieść. Dała się oczarować achajskiemu księciu. Tańczyła przed nim, wdzięczyła się do niego, grała na lirze, śpiewała. To ci artystka! Głupia suka! W jego sypialni też śpiewała, z rozkoszy, kiedy ją pieprzył. Ale on miał tylko jedno w głowie: zabicie naszego Minotaura! I ona mu w tym pomogła. Dziwka! Dała się wyruchać! Uwierzyła w te jego słodkie słówka. No i teraz dostanie za swoje. Głupia! Tezeusz – wielki bohater, wielki wojownik, szlachetny książę… hahahaha… Dostał, co chciał, i porzucił ją na Naxos! Zostawił ją. Bo się zużyła. Hahahaha…
Wraz z nadejściem nowego dnia nowiny wyleciały w przestrzeń niczym pszczoły z ula, krążyły po pałacu, pofrunęły do miasta, coraz bardziej zajadłe i kąśliwe. Jakby wstyd, którym księżniczka Ariadna okryła ojca, był dla mieszkańców wyspy osobistą potwarzą.
Plotki dotarły do domu Dedala około południa. Wiadomość przyniosła rozgadana gospodyni z sąsiedztwa. Zaaferowana wpadła na podwórze, przypadła do dźwigających kosze z praniem niewolnic i natychmiast zaczęła opowiadać. Upał i pośpiech zaczerwieniły jej śniadą twarz, wycisnęły strużki potu na skronie, a oddech zmieniły w sapanie. Kobiety głośną rozmową ściągnęły na siebie uwagę innych, którzy dołączyli do nich i z lubością powtarzali skandaliczne nowiny.
Dedal wyszedł z warsztatu i udając leniwe zainteresowanie, słuchał przez chwilę plotkek. Wieści wbiły się w jego świadomość niczym lodowaty szpikulec. Mimo upału przeszedł go zimny dreszcz. Stłumił falę strachu, starając się nie dać po sobie poznać, że te plotki mają dla niego jakiekolwiek znaczenie. Wrócił do warsztatu, nabrał kubkiem wody z beczułki i wypił do dna. Przebiegł wzrokiem po kamiennych ścianach, mając nagle wrażenie, że zamknięty jest w więzieniu.
Na stole, na którym stały dwie rozpoczęte rzeźby, znalazł drewnianego konika, zabawkę, którą zrobił dla jednej z wielu konkubin króla i jej bękarciego syna.
Nie był sam. Przy stole siedział Ikar i pracował nad prototypem dużego statku o dwóch masztach i aż trzech żaglach.
– Idę do pałacu. Ta zabawka jest gotowa i muszę sam ją zanieść, inaczej znowu będą zwlekali z zapłatą – Dedal mruknął pełnym złości tonem.
– Pójdę z tobą, tato. Chciałbym odwiedzić mamę – powiedział Ikar, odłożył kawałek płótna, z którego szył trójkątny żagiel, z półki na ścianie zdjął jakieś zawiniątko i ruszył za ojcem.
Szli drogą, milcząc. Pół godziny zajęło im dotarcie do szerokich schodów wiodących poprzez bramę główną, do zadziwiającego kompleksu budynków, korytarzy i podwórzy, jakim był królewski pałac. Główny dziedziniec, duże, prostokątne podwórze, pełen był ludzi. Odkąd Dedal pamiętał, dwór pulsował życiem. Teraz jednak zdawało się, że ten puls przyspieszył niczym w wirującym tańcu, napędzanym pospiesznym taktem plotek, spekulacji, drwin i szyderczego śmiechu, wybuchającego raz po raz w grupkach mieszkańców pałacu, ich służby i niewolników. Kiedy wielcy upadali, ci z niższych warstw patrzyli z satysfakcją.
Ikar pożegnał się z ojcem i odszedł, mówiąc, że sam wróci do domu, bo nie wie, jak długo tu zabawi. Dedal skinął mu głową, stał przez chwilę i słuchał plotek. Nie dowiedział się jednak niczego nowego, więc poszedł dalej.
Pałac króla rozbudowywano od setek lat. Kilkupiętrowe budynki doklejano do siebie, tworzono kolejne dziedzińce, niektóre połączone wspólnym systemem kanalizacji. Setki pomieszczeń mieszkalnych, wielkich magazynów z amforami pełnymi oliwy, wina, jęczmienia, fasoli i grochu, pokoje dla urzędników i rachmistrzów, kuchnie i warsztaty, prawdziwy labirynt łączących ich korytarzy i schodów. Wydarzenia ostatnich tygodni nie przygasiły nawet na chwilę zgiełku pałacowego życia.
Dedal był tu częstym gościem, więc nikt nie zwracał na niego większej uwagi. Musiał sprawdzić, ile już wiedzą. Słuchał uważnie. Wyglądało na to, że na razie nikt nie domyśla się jego udziału w intrydze. Uciekaj! Krzyczał w nim impuls i dźgał go boleśnie w piersi. Uciekaj, dopóki masz czas! Ale jak? Porty są zamknięte i pilnie strzeżone przez żołnierzy. Przecież nie odlecisz stąd na skrzydłach, które nie działają.
Szedł szerokim korytarzem, czując narastające napięcie. Kątem oka dostrzegł kolorowy fresk, przedstawiający masywnego byka. Z obrazu biły: fizyczna siła, upór, determinacja i ogromna pewność siebie. Takich malowideł było w pałacu bardzo wiele. Atrybuty prawdziwej męskości. Atrybuty tak chętnie przywdziewane przez przodków Minosa. Broń i korona z rogami, ozdobiona złotem i szlachetnymi kamieniami. Bezwzględność, siła fizyczna i dzika, nieposkromiona, zwierzęca potencja. Ideał męskich cech. Ideał każdego króla. Te liczne freski były niczym ołtarze postawione bohaterom, szepczące tym, którzy obok nich przechodzili, że sława jest na wyciągnięcie ręki, a droga do niej prowadzi przez fizyczną tężyznę.
Dedal minął malowidło. Towarzyszyło mu wrażenie, że ktoś za nim idzie. Ostatnimi czasy zdarzało się to dość często, więc i tym razem zignorował to uczucie. Szedł dalej. Nagle zapiszczało mu w uchu, a potem usłyszał, że ktoś go woła. Odwrócił się i zastygł przerażony. W głębi korytarza stała młoda kobieta ubrana na modłę Ateńczyków – w białą tunikę do połowy łydki. Długie, gęste włosy opadały jej na ramiona, a jasnobrązowe oczy patrzyły na niego wyzywająco.
– Perdix?! – sapnął zszokowany, natychmiast rozpoznając kobietę. Zamrugał nerwowo, jakby chciał strzepnąć ten obraz z oczu. – To niemożliwe. Perdix. Zmoro! Ty nie żyjesz, siostro! Wynoś się! Nie jestem ci nic winien. To twoja wina, co zrobiłem. Miałaś mi tylko pomagać w warsztacie. Nie tworzyć nowe rzeczy! To twoja wina!
Przetarł oczy dłońmi, a potem powoli jej otworzył. Kobieta zniknęła. Westchnął ciężko. Serce łomotało mu tak głośno, jakby biło na alarm. Te zwidy zdarzały się zazwyczaj w duszących koszmarach, z których wybudzał się zlany zimnym potem. Zastanawiał się, dlaczego to się dzieje. Dlaczego wspomnienie siostry zaczęło prześladować go dopiero teraz? Minęło już tyle lat i miał nadzieję, że ta sprawa zniknęła w mroku przeszłości. To prawda, że ją zabił. Ale czy nie poniósł kary, żyjąc jako banita w miejscu, z którego nie mógł tak po prostu wyjechać? Czy nie odpokutował za to przestępstwo? Przecież Perdix była tylko dziewczyną. Jej śmierć nie miała żadnego znaczenia. Do tej pory nie potrafił pogodzić się z niesprawiedliwym wyrokiem króla. Czasami żałował, że to zrobił. To naprawdę nie było konieczne. Poniosło go. Stracił nerwy, gdy zobaczył, że znowu kręci się po jego warsztacie. Powinien inaczej to rozwiązać. Perdix właśnie skończyła czternaście lat i mógł ją po prostu szybko wydać za mąż. Tak, tego właśnie żałował najbardziej. Że nie pozbył się jej w inny sposób. Gdyby zaczęła rodzić dzieci, nie miałaby czasu na tworzenie wynalazków.
Podejrzewał, że koszmary i zwidy miały coś wspólnego z jego synem. W rysach twarzy Ikara, coraz bardziej dojrzałych, odkrywał podobieństwo do siostry. Te same ładne, pełne usta i zgrabny nos, ta sama inteligencja i niespożyta ciekawość świta, dociekliwy sposób, w jaki zadawał pytania, złudne podobieństwo, wywołujące nieprzyjemne wspomnienia. Pewnie dlatego siostra, której szczerze nie cierpiał, zdawała się obecna w jego życiu. Wzdrygnął się, czując na języku nieprzyjemny smak.
Ruszył przed siebie szybkim krokiem, jakby chciał uciec z tego miejsca. Byle gdzie. Byle dalej. Tak jak wtedy, gdy zepchnął Perdix ze skarpy Akropolu. „To był wypadek” – tłumaczył żarliwie przed królem Aten. Władca patrzył na niego z wyrozumiałością i pewnie uznałby te słowa za wystarczające, gdyby nie zeznania sąsiadów i robotników. Kłótnie między rodzeństwem miały wielu świadków, najczęściej ludzie słyszeli pogróżki, że zabije siostrę, jeśli nadal będzie pracowała w warsztacie. Nienawidził wszystkiego, co stworzyła, a im lepsze okazywały się jej prace, tym mocniej płonął w nim ogień gniewu. Perdix była niczym cierń w duszy, niedający mu spokoju.
Dedal przyspieszył kroku.
– Brawo! Książę Catreus! Brawo! – Głośny aplauz wypełnił nagle korytarz i przyciągnął uwagę Dedala.
Znalazł się na galerii pierwszego piętra budynku, w arkadowym korytarzu, w którym zebrała się spora grupa mężczyzn i kobiet, z zainteresowaniem obserwujących wydarzenia na podwórzu.
Na samym środku dużego dziedzińca stała drewniana atrapa byka. Skóry, które pokrywały nieruchome cielsko, były tak mocno wytarte, że w wielu miejscach widniały łyse placki. Dwa solidne rogi, zdobiące pochylony łeb figury, celowały w stronę szerokich, zamkniętych drzwi, z których kilka razy do roku wybiegał prawdziwy byk. Kilku młodych mężczyzn, ubranych w płócienne spódniczki, stało w sporej odległości od drewnianego byka. Jeden z nich rozbiegł się właśnie, chwycił za oba rogi, wyskoczył do góry i znalazł się na grzbiecie. Brawa nagrodziły młodzieńca, który w podobnie płynnym ruchu zsunął się z nieruchomej atrapy.
– Czy to nie zadziwiające, że nawet rodzinny skandal nie potrafi odwieść księcia Catreusa od ćwiczeń? – zagadnął z nutą rozbawienia w głosie postawny mężczyzna, który stanął obok Dedala. – Można by podejrzewać, że niewiele go obchodzą losy własnej siostry. No ale… wszyscy wiemy, że Ariadna zasłużyła na surową karę. W końcu to przez jej zdradę ulubieniec króla nie żyje.
– Słyszałem, że król przysłał wiadomość. Ustalił już jakieś szczegóły tej zbrodni? – zagadnął Dedal i z zainteresowaniem popatrzył na Achajczyka o imieniu Paroses.
– Pytasz, czy król wie, że to ty zdradziłeś Tezeuszowi drogę do jaskini Minotaura? I sposób, jak go zabić? – Twarz mężczyzny przybrała pobłażliwy wyraz.
Dedal znieruchomiał, oddech zamarł mu w piersi. Paroses był tego samego wzrostu, co on, lecz zarówno zmarszczki na twarzy, jak i liczne siwe pasma w ciemnych, kędzierzawych włosach mówiły, że jest o wiele starszy. Miał na sobie białą tunikę spiętą w talii pasem i sandały na nogach. Na obu nadgarstkach nosił grube, srebrne bransolety, a na palcach lewej dłoni dwa pierścienie z wygrawerowanymi na nich pieczęciami. Dedal widział, że Paroses jest Achajczykiem, lecz symbole na bransoletach pochodziły z innego kraju. Nie miał pojęcia, skąd pochodzą Mageia. Widział jednak, że ich moce potrafią być zabójcze.
Paroses wykorzystał milczenie, ciągnął dalej:
– Kiedy przybiegłeś do mnie i poprosiłeś o pomoc, uwierzyłem twoim słowom. Ciało Minotaura rzeczywiście powinno być zachowane, tak wyjątkowa istota nie może po prostu gnić w upale, zżerana przez robale. Zgodziłem się zamrozić Minotaura. To była słuszna decyzja. – Mag zawiesił głos i popatrzył znacząco na Dedala. – Ten Labirynt jest przerażający. I nikt nie zna go tak dobrze, jak ty. Podejrzewam, że poszedłeś razem z Tezeuszem i pomogłeś mu zabić tego potwora. To roztańczone dziewczątko, Ariadna, nigdy nie była w Labiryncie. Trafić umiała tylko do ciebie. Czy coś ci za to obiecała? Za to, że pomożesz jej kochankowi?
Paroses uniósł dłoń i powstrzymał protest Dedala.
– Nie okłamuj mnie, mistrzu. Ludzie już o tym szeptają. Zeznania Ariadny tylko to potwierdzą. Twoje dni są policzone. Twoje i Ikara. Chyba nie muszę ci mówić, jaka śmierć was czeka.
Zrobił wymowną pauzę, a gdy znów przemówił, miał w głosie kupiecką przebiegłość.
– Mogę ci pomóc. Ale najpierw musisz odpowiedzieć mi na jedno pytanie. Wiem, że wykorzystałeś umiejętności jakiegoś Mageia do zbudowania przesuwanych ścian w Labiryncie. Chcę wiedzieć, kto ci pomógł? Chcę wiedzieć, który z nas pracował tutaj z tobą? Jak się nazywał?
Dedal miał wrażenie, że wszystkie jego myśli i sekrety zostały nagle wystawione na pokaz. Nie było sensu zaprzeczać.
– To nie ma znaczenia. Jego już tu nie ma – warknął zimno.
– Oczywiście, że nie. – Paroses roześmiał się drwiąco.
– Nie jesteś pierwszym Mageia, którego król przywiózł z morskich podbojów. On lubi egzotyczne zdobycze, których może używać do swoich celów. – Dedal przystąpił do werbalnego ataku niczym wojownik, który podniósł się na nogi po silnym ciosie przeciwnika.
– Ty też jesteś taką zdobyczą, Ateńczyku?
– Chyba tak. Mam tu wszystko, dom, warsztat, kobiety, niewolników, królewską łaskę… i złoto. Ale nie mogę stąd wyjechać. Tak samo jak ty.
– I co w tym złego? Tysiące mężczyzn marzy o takim życiu.
– Doprawdy? Może nigdy nie poznali smaku wolności.
– Wolności… od czego? Od życia? To akurat bardzo łatwo jest osiągnąć. Wolność to iluzja, którą karmi się proste umysły. Życie marzeniami jest łatwiejsze niż zaakceptowanie faktu, że człowiek nigdy nie będzie wolny od złożoności własnej egzystencji.
– A gdzie byśmy byli, gdyby nie marzyciele? To wizjonerzy, którzy sprzeciwiają się warunkom własnej egzystencji, przyczyniają się do rozwoju – parsknął Dedal, coraz bardziej zirytowany rozmową.
– No cóż, to prawda. Jednak… realizm stawia wszystkim ludziom twarde granice. Ja też, mimo magii, nie jestem w stanie wzbić się w powietrze.
Gromki aplauz przerwał im rozmowę. Widzowie skandowali imię księcia Catreusa, który wykonał właśnie wyjątkowo udany przeskok przez nieruchomą figurę byka. Młody mężczyzna uniósł obie dłonie do góry jak zwycięzca. Miał pięknie wyrzeźbioną, atletyczną sylwetkę, o szerokich ramionach i długich nogach. Nawet z oddali widać było błyszczącą warstewkę potu na jego skórze, wytężony wysiłek wręcz dodawał mu urody. Obserwujące go kobiety wdzięczyły się z daleka, uśmiechając się zalotnie i wiwatując wyjątkowo żarliwie.
– Masz mi jeszcze coś do powiedzenia? Nie mam czasu na filozofowanie – syknął zaczepnie Dedal, gdy hałas nieco opadł.
– Chcemy Minotaura – odparł Paroses tak zimnym tonem, że jego słowa zabrzmiały jak pogróżka.
– My? Czyli kto?
– Wiatr nie jest sprzyjający, a wioślarze mają za sobą wytężone tygodnie na morzu. To ich opóźni. Król nie dotrze tu wcześniej niż za cztery dni. – Paroses zignorował pytanie Dedala. W jego tonie dało się wyczuć mieszaninę polecenia i wyższości. – Do tego czasu pomożesz nam wywieźć ciało z Labiryntu. Muszę zorganizować parę rzeczy. Przyjdę do ciebie za dwa dni z moimi ludźmi. Nie próbuj żadnych sztuczek. Wyspa jest zamknięta, nie uciekniesz. No chyba że jakimś cudem wzniesiesz te śmieszne skrzydła w powietrze. W co wątpię.
– A co ja będę z tego miał?
Paroses uśmiechnął się chytrze niczym lis, który już trzymał w pysku szyję gęsi.
– Zawsze podziwiałem twój rozsądek. – Mag popatrzył na Dedala, jakby zastanawiał się, co odpowiedzieć. – Jeden z moich ludzi ma dobrą łódź, którą mogę wywieźć was z wyspy. Jesteś tak znany, Ateńczyku, że szybko jakiś władca cię przygarnie. Tacy jak ty zawsze są potrzebni. Pamiętam, że król Sycylii bardzo się tobą interesował, gdy był tu z wizytą kilka lat temu. Jest bogaty i ma ambicję zbudowania większego pałacu niż ten tutaj. Mogę pomóc ci dotrzeć na Sycylię. Przemyśl to dobrze. Czas ucieka.
Mężczyzna odwrócił się na pięcie i odszedł w głąb pałacu. Odgłos jego kroków brzmiał przez chwilę niczym szydercza czkawka.
Tacy jak ja zawsze są potrzebni – powtórzył w myślach Dedal, czując, jak te słowa rozpalają w nim gniew. Tacy jak ja… użyteczni głupcy, na których pracy bogacą się królowie, których talenty i zdolności były niczym przędza użyta do utkania królewskich szat. Zacisnął zęby.
Paroses zdradził mu dwie ważne rzeczy. Po pierwsze, ma trzy, a może i cztery dni na ucieczkę. Po drugie, potwór o imieniu Minotaur, nawet martwy, miał dużą wartość.
Dedal postawił na balustradzie zabawkę, którą do tej pory trzymał w dłoniach, i udawał, że interesują go popisy młodych atletów. Spojrzeniem ominął młodzieńców przeskakujących przez byka. Powędrował wzrokiem pod ścianę, tam, gdzie ustawiono figurę krowy. Krwawa, królewska zabawka. Jednak tej atrapy nie wolno wykorzystywać do ćwiczeń. Była niczym wyschnięte, wyżarte przez kruki i muchy kości skazańca, które król kazał trzymać na podwórzu w drewnianej klatce, aby przypominały mieszkańcom siłę jego pięści.
Dedal zbudował ją na polecenie króla. Zadziwiające, że właśnie ta atrapa stanowiła przerażające świadectwo jego inżynieryjnej precyzji. Przez ostatnie piętnaście lat nie wykonał niczego, co funkcjonowałoby lepiej.
Wnętrze atrapy wypełniał kozioł, na którym ułożono nagą, otępiałą od narkotyków królową Pazyfae. Dwa dni i dwie noce leżała w środku, w ciemności, słuchając, jak rozochocony ziołowymi środkami byk, raz po raz wspinał się na grzbiet krowy i wciskał nabrzmiałe przyrodzenie do dziury, rycząc przy tym głośno. Ale Dedal zadbał o to, aby zwierzę nie skrzywdziło kobiety. Król Minos zażyczył sobie, by kłótliwej żonie przyciąć język, a nie odciąć jej głowę. Miał dosyć utyskiwań żony, gdy brał sobie kolejną konkubinę i budował dla niej nowe, wygodne skrzydło w pałacu. Miał dosyć przytyków, jakoby przepijał i marnował dorobek wyspiarzy na wystawne uczty i orgie urządzane dla gości z licznych królewskich dworów, którzy tak chętnie odwiedzali Kretę. Dostał od żony aż piętnaścioro dzieci, z których ośmioro okazało się na tyle silnych i dorodnych, że dożyło wieku dorosłego. Był jej za to wdzięczny. Ale te kłótnie musiały się wreszcie skończyć. Raz na zawsze. Pazyfea powinna zrozumieć, że pełniła dla niego jedynie funkcję rozpłodowej krowy. Krowa dla krowy. I byk, który symbolizować będzie jego siłę. Wystarczyło, aby ją dobrze nastraszyć, przywołać do porządku, pokazać, kto ma władzę. Wystarczyło, aby byk lekko dotknął ud i pośladków kobiety. Dedal wykonał zamówienie z nadzwyczajną precyzją.
Nadal pamiętał potworny smród zwierzęcej spermy, ludzkiego moczu i kału, gdy po dwóch dniach otworzono brzuch krowiej atrapy. Królowa oszalała. Wyła rozpaczliwie. Rzucała się z pięściami na każdego. Jej oczy pokrywała mgła szaleństwa, która została w nich na zawsze.
Usunięto ją z publicznego widoku. Początkowo jako powód podano ciążę i opiekę nad niezwykłym synem, który urodził się z tego obrzydlistwa. Półczłowiek, półbyk. Nikt nie odważył się podważyć kłamstwa powtarzanego przez króla – o kłótliwej, szalonej, niewiernej żonie. I jakimś bogu wplątanym w tę opowieść. I cudownym dziecku. W świecie, w którym istnieli magowie, a dzieci bogów, podobno, żyły między śmiertelnikami, wystarczyło kilka dni ciągłych łgarstw, aby mieszkańcy Krety przyjęli królewskie słowa niczym kolejny dekret. I z ochotą je powielali.
Ale Dedal znał prawdę. Demoniczna istota, którą król nazwał Minotaurem, dotarła do Knossos w skrzyni, na statku, eskortowana przez jednego z magów. Nikt nie wiedział, skąd pochodzi.
– Nigdy nie będziesz taki jak on – Dedal prychnął półszeptem, patrząc, jak młody książę wykonuje kolejny przeskok przez atrapę. – Nigdy nie dorównasz Minotaurowi. Możesz być tylko… tak samo bestialski jak twój ojciec.
Wygiął szyderczo usta. Nienawidził tego miejsca. Nienawidził tych głupich popisów. Nienawidził znudzonych, rozmemłanych, aroganckich synów bogaczy, których szczytem dziennej aktywności było znalezienie sobie rozrywki. Nienawidził tej wyspy, morskiego więzienia o błękitnych ścianach i wiatrach szepczących o wolności. Nawet moda wyspiarek, mimo że tak szczodrze odsłaniała ich ciała, nigdy nie przypadła mu do gustu. Jaki sens miało obnażanie dekoltu aż do pasa, kiedy rękawki sukni zasłaniały ramiona do łokci? Po co wystawiać piersi na publiczny widok, gdy biodra i nogi tonęły w kilku warstwach falban spódnicy?
Dedal nigdy nie polubił tutejszej mody. Nosił luźną tunikę opadającą za kolana, zebraną w pasie grubym rzemieniem. Może tak było lepiej. Może dzięki temu, że czuł się w Knossos obcy i nigdy nie był w pełni dworzaninem króla, lecz jedynie wykonawcą jego budowlanych zachcianek, łatwiej mu będzie zostawić tutejsze życie za sobą. Musi stąd uciec. Jak najszybciej.
Odwrócił się i ruszył żwawym krokiem przed siebie. Paliło go pytanie, co jeszcze może utargować za ciało Minotaura, oprócz ucieczki na Sycylię.
Nie zauważył, że odwracając się, potrącił stojącą na balustradzie zabawkę. Trzask! Łup! Drewniany konik spadł na dziedziniec, obijając się po drodze o kamienną ławę. Rzeźbiona główka i szyja oderwały się od tułowia. Praca mistrza budowlanego, wynalazcy i konstruktora roztrzaskała się na pałacowych kamieniach. Tak samo, jak jego życie.
*****
Ikar poruszał się po labiryncie królewskiego pałacu, jakby sam był jego twórcą. Ojciec nauczył go uważnego szukania detali, które znakują miejsca. Freski, mozaiki, kolumny, rzeźby, kolor kamienia, rośliny i wyryte w pewnych miejscach symbole pozwalały odnaleźć drogę, jakby były nicią prowadzącą do celu. Drogę do miejsca, w którym mieszkała jego matka, znał tak dobrze, że nie potrzebował niczego szukać. Wiedział, jak tam trafić.
Rozstał się z ojcem, gdy tylko wspięli się po szerokich schodach na centralny dziedziniec. „Sam wrócę do domu” – powiedział, zaciskając dłoń na zawiniątku. „Nie widziałem się z mamą kilka tygodni, nie wiem, ile tam zabawię” – dodał i poczekał na przyzwalające skinienie. Szedł korytarzami, uśmiechając się do swoich myśli, miał dla matki miłą niespodziankę.
Masywne drzwi do apartamentów królowej Pazyfae były, jak zwykle, zamknięte. Ikar zapukał do drzwi wiszącym na nich kołem z brązu. Głośny, metaliczny dźwięk zakłócił ciszę w korytarzu. Wrota były tak grube, że nie usłyszał kroków osoby, która podeszła i szarpnęła za takie samo koło po drugiej stronie.
– Ikar. – Ciemnoskóra kobieta uśmiechnęła się szeroko i otworzyła szerzej drzwi. – Synu, co tu robisz o tej porze? Nie jesteś z ojcem na placu Labiryntu? Albo w warsztacie? Nie pracujecie dzisiaj?
– Pracowaliśmy rano. Tato ma jakąś sprawę w pałacu, więc skorzystałem z okazji, aby zajrzeć do ciebie.
Twarz kobiety rozświetliła miłość. Wpuściła syna do pomieszczenia i natychmiast zamknęła drzwi. Przywitali się serdecznym uściskiem, po czym usiedli na ławie w kącie, tuż przy wejściu do apartamentów. Ikar przyzwyczaił się do tego, że nie wolno mu było wejść dalej. Zresztą, wpadł tu tylko na chwilę.
Naukrate, matka Ikara, niższa już była od niego o głowę. Roześmiała się, dotykając kędzierzawej czupryny syna. Jej czarne niegdyś włosy, przetykały nitki siwizny, a na ciemnej skórze rysowały się zmarszczki. Była starsza od Dedala o kilka lat i gdy urodziła jego syna, wiedziała, że będzie to jej ostatnie dziecko. Nigdy nie kochała nikogo tak mocno, jak Ikara. A fakt, że uzyskał status wolnego człowieka, był jej największą życiową radością. Oczywiście wiedziała, że ta królewska przysługa to forma zapłaty należącej się mistrzowi Dedalowi i że to jemu musiała być wdzięczna.
– Zrobiłem to dla ciebie. – Ikar podał matce zawiniątko i uśmiechnął się, gdy zobaczył zaskoczenie na jej twarzy. – Sam wyrzeźbiłem i ozdobiłem tę figurkę. Mam nadzieję, że dobrze odwzorowałem wszystkie szczegóły i symbole, o których mi opowiadałaś.
Figurka przedstawiała siedzącą na podstawce kobietę, której smukłe, lekko zgięte ręce rozpostarte były na wysokości głowy. I zmieniały się w skrzydła. Jasnobłękitne pióra układały się w przepiękny wachlarz, duży i rozłożysty niczym skrzydła magicznego ptaka. Głowę zdobiła przedziwna korona – krowie rogi wykonane były z kości słoniowej, między nimi znajdowała się złota tarcza słońca. Twarz egipskiej bogini Isis zwrócona była lekko w bok, jakby kobieta odwróciła spojrzenie i utkwiła wzrok w czymś, czego nie mogli dostrzec ludzie. Na jej piersi leżał krzyż, wykonany ze srebrnego drucika, którego górna część stanowiła wydłużoną pętlę. Brązowa skóra bogini miała niemal identyczny ton, co skóra Naukrate.
– Podoba ci się, mamo? – zagadnął niepewnie Ikar, bo milczenie matki się przedłużyło.
– Synu, to jest… cudowne. Moja bogini… – Wzruszenie wiązało jej słowa w gardle, a oczy zaszkliły się od łez. – Bardzo ci dziękuję, Ikarze. Jesteś taki zdolny.
– Czy ta bogini jest taka, jaką miałaś w swoim domu, w Egipcie?
– Tak. To znaczy, jest o wiele mniejsza, ale… taka sama.
– Myślisz, że ona pomoże naszej królowej wrócić do zdrowia?
– Isis to potężna bogini, Opiekunka i Matka. Uzdrowicielka. Władczyni magii i mądrości. Będę ją błagać o pomoc. O sprawiedliwość – przerwała na chwilę. Opuszkami palców pogładziła figurkę, po czym westchnęła głęboko, chwyciła dłoń syna i mocno uścisnęła. – Dziękuję, synu. Wiesz, to wspaniałe widzieć, jakim dobrym rzemieślnikiem się stajesz. Że się uczysz i będziesz miał dobry zawód. Opowiedz mi, proszę, nad czym ostatnio pracowałeś?
Przez następny kwadrans siedzieli na ławie w przedsionku i rozmawiali. Ikar powiedział o tym, że po ucieczce Tezeusza i Ariadny nie byli ani razu w Labiryncie. Że królewscy żołnierze, którzy strzegli murów i bramy, zostali wysłani do pilnowania portów, a niewolników zabrano na statki do wioseł. Nie mieli nowych zleceń, więc Dedal zbudował kolejną lotnię i teraz mieli aż dwie. Ale i tej nowej nie udało im się wynieść jeszcze w powietrze.
– Naukrate, co to za hałasy? – Inna kobieta, o podobnie ciemnej skórze, ukazała się w przejściu do sąsiedniej komnaty, popatrzyła na Ikara i wykrzywiła usta. – Ach, to syn tego drania, który umożliwił królowi usunięcie naszej pani z dworu.
– Azera! Nie obrażaj mojego syna. On nic nie zrobił – syknęła Naukrate w odpowiedzi.
– Jeszcze nie. Ale synowie często idą w ślady ojców, więc pewnie…
– Dość tego! Idź przygotuj napój dla naszej pani. Potrzebujemy do tego świeżej mięty. Ona to bardzo lubi. No już, nie stój tak. Chyba słyszałaś, co powiedziałam. – Gniewnym spojrzeniem uciszyła niewolnicę.
Naukrate cieszyła się tak dużym zaufaniem na dworze, że powierzono jej pieczę nad niewolnicami usługującymi królowej. Była szczupła i żwawa, miała ładne, wręcz arystokratyczne rysy twarzy, a spokój, z jakim zazwyczaj mówiła, skrywał w sobie coś dystyngowanego. Pochodziła z Egiptu, gdzie urodziła się jako córka sławnego lekarza i nubijskiej niewolnicy. Ojciec nie wyniósł jej ze stanu niewolnego, ale wykształcił ją, aby podnieść wartość córki. Kobiece piękno było powszechne i tanie wśród młodych niewolnic. Naukrate umiała pisać, czytać i liczyć, a co ważniejsze, umiała leczyć i odbierać porody. Takie niewolnice wiele były warte, nawet na długo po tym, jak ich piersi i pośladki straciły ponętną jędrność.
– Ikarze – ściszyła głos jak zawsze, gdy rozmawiali ze sobą w języku egipskim – w pałacu mówią, że twój ojciec pomógł księciu Tezeuszowi zabić Minotaura. Czy to prawda?
– Ech… nie. Chyba nie… nie wiem. – Ikar zmarszczył nieco brwi, zaskoczony takim przypuszczeniem.
– Mówią, że Ariadna nie mogła tego zrobić, bo nigdy nie była w Labiryncie. Nigdy nawet nie była na placu budowy, a Minotaura widywała z tarasu, podczas karmienia żywą zwierzyną. Tylko twój ojciec wiedział, jak odnaleźć drogę i…
– Mamo, ja też wiem, jak odnaleźć drogę – przerwał jej Ikar – ściany są oznakowane symbolami. Trzeba je odnaleźć i połączyć w jeden ciąg. Wtedy, nawet gdy ściany się przesuną, można znaleźć właściwy korytarz. O tym wiedziało też kilku majstrów. Przecież inaczej nie mogliby reperować zniszczeń, które ten demon robił, jak się wściekł.
– Naprawdę? To dobrze. – Kobieta odetchnęła z ulgą. – Bo widzisz… król… będzie ścigał tego, kto pomógł Tezeuszowi. Proszę, powiedz mi, że nie miałeś z tym nic wspólnego.
– Nie, mamo. Nigdy nawet nie rozmawiałem z księciem Tezeuszem – zapewnił.
Naukrate wiele razy opowiadała synowi o kraju wielkich budowniczych; wielkiej rzece płynącej niczym boska żyła przez tysiące kilometrów; o wspaniałych miastach Tebach i Memphis; o gigantycznych budowlach zwanych piramidami, zbudowanych w hołdzie boskim faraonom. Nauczyła go pisać i mówić po egipsku, mówiła o bogach, rydwanach i dzielnych wojownikach. Rozbudzała jego wyobraźnię, opowiadając o krokodylach, wielbłądach, słoniach i lwach. Była dla niego wspaniałą matką, dopóki nie skończył pięciu lat i nie zaczął nauki w ojcowskim warsztacie. Musiała wtedy wrócić do królewskiego pałacu. Ikar odwiedzał ją tak często, jak tylko mógł, lecz czasu na opowieści mieli coraz mniej.
Została podarowana Dedalowi jako służąca i nałożnica. Królewskim życzeniem było, aby nauczyła go wszystkiego o Egipcie, od pisma i języka poczynając, poprzez religię, historię, rody faraonów, na geografii kraju kończąc. Fascynacja krajem wielkich budowniczych pozwoliła Minosowi omamić Dedala, wciąż na nowo obiecywać mu podróż, trzymać w nadziei, że gdy ten skończy kolejną budowę, ruszy w drogę do kraju swoich marzeń. Naukrate wiedziała, że z tych obietnic nic nie będzie. Ale milczała. Dedal sam musiał pojąć gorzką prawdę, że i on został tutaj uwięziony.
Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale w pomieszczeniu pojawiła się kobieta o potarganych siwych włosach. Musiała mieć co najmniej pięćdziesiąt lat. Ikar spojrzał na królową Pazyfae i zerwał się z miejsca. Kościste ciało kobiety, ukryte pod workowatą suknią, nie miało ani odrobiny dawnej witalności, a pomarszczoną skórę twarzy cechował blady, niezdrowy odcień. Lecz najgorsze były jej otoczone głębokimi cieniami oczy o szalonym, nieludzkim spojrzeniu.
– Kto to jest? – Głos królowej był pełen strachu. – Kto to jest? Kto to jest? Kto to jest? Kto to jest?
– Nikt. To nikt. Tylko mój syn, Ikar. Pamiętasz Ikara, moja pani? – Naukrate podeszła do królowej, starając się uspokoić ją łagodnym tonem.
– Syn? Czyj syn? Mój? Mam dzieci? Jakie dzieci? Z tym potworem?!… Potwór!… Wstrętny potwór! Ja nie chcę! Nie chcę! Nie chcę tego potwora! Jestem brudna! Jestem brudna! Cuchnę. Ja cuchnę! Wszystko tu śmierdzi! Obrzydlistwo! Obrzydlistwo!
Królowa upadła na kolana, zgięła się w pół, zaczęła charczeć i zwymiotowała tę niewielką ilością pokarmu, którą miała w żołądku.
– Ikarze, wyjdź, proszę. Ona ma kolejny atak. Muszę się nią zająć – poprosiła Naukrate, pospiesznie chowając figurkę głęboko pod ławą.
– Czy to przeze mnie? – zapytał do głębi wstrząśnięty młodzieniec.
– Nie. Jej stan pogorszył się, odkąd zniknęła Ariadna. Takie ataki zdarzają się teraz codziennie. Proszę, idź już. Porozmawiamy innym razem. – Naukrete podeszła do niego, przytuliła na bardzo krótką chwilę i szepnęła do ucha: – Kocham cię, mój synku, mój Ikarze, moja miłości. Jesteś piękny. I zdolny. I wolny.
Oderwała się od niego i natychmiast zwróciła się do królowej. Pazyfea podkasała sukienkę i szybkimi, panicznymi ruchami ścierała z ud i krocza niewidoczny brud. Płakała przy tym, szlochała żałośnie, powtarzając w kółko to samo: „Jestem brudna. To śmierdzi. Cuchnie. Wszystko cuchnie”.
Ikar wymknął się na korytarz. Potrzebował kilku głębokich oddechów, aby ostudzić łomoczący w głowie szok. Znał tę historię. Wszyscy na wyspie ją znali. Pazyfea była oddaną królowi żoną, która aż piętnaście razy wynosiła w swoim łonie królewskiego potomka. Piętnaście razy rodziła. Kilka razy pochować musiała dziecko i w samotności zmagać się z ciężarem żałoby. W tym czasie król zabawiał się ze swoimi konkubinami. Po siódmym pogrzebie nie wytrzymała i dolała mu do wina mikstury, pozbawiającej go na miesiąc męskiej chuci, którą tak się pysznił. Jego zemsta była okrutna. Uderzyła w królową z tak miażdżącą siłą, że nawet Naukrate nie potrafiła wyleczyć tej potwornej krzywdy.
Ikar wzdrygnął się z obrzydzeniem. Początkowo cisza na korytarzu podziałała na niego kojąco. Jednak gdy zdał sobie sprawę, że nie słyszy krzyczącej i płaczącej królowej, poczuł na plecach dreszcz przerażenia. To nie były apartamenty, ale trumna, w której zamknięto żyjące nadal ciało królowej.
Odszedł czym prędzej, czując lodowaty dotyk na plecach.
*****
Aby dotrzeć do świątyni, trzeba było opuścić plątaninę pałacowych korytarzy i przejść przez rozległy, przepiękny ogród. Wydarzenia ściągnęły mieszkańców na pałacowe dziedzińce, dzięki czemu ogród świecił pustkami.
Początek maja czuć było w powietrzu. Krzewy i drzewka kwitły obficie, ściągając do ogrodu setki bzyczących pszczół, które latały pomiędzy kiściami barwnych kielichów. Słodki zapach kwiatów mieszał się z wonią świeżych ziół, tymianku, rozmarynu, oregano i bazylii. Znajdowały się tu też grządki pełne młodego czosnku oraz bujne zagony aromatycznej mięty.
Dedal szedł powoli, jakby delektował się otoczeniem. Ale pod maską spokoju wrzało zdenerwowanie. Omiótł go silny poryw wiatru, szarpiąc czarne loki, opadające na czoło i kark. Chłodna bryza niosła ze sobą zapach morza, świeży i wilgotny. Wiatr podsycił jego irytację. Takich warunków potrzebował wczoraj, nie dzisiaj.
Szybkim krokiem przeszedł przez ogród i wyszedł na szeroki plac. Kilka prostych budynków mieszkalnych tuliło się do niewielkiej świątyni, której wejście zdobiły cztery kolumny i ocieniony taras. Gdzieś na tyłach domów pobekiwały kozy w zagrodach.
W cieniu, przed wejściem do świątyni, stała kobieta. Dekolt jej sukni był tak szeroki, że odsłaniał piersi. Ta nagość kontrastowała z obfitymi falbanami sukni, ozdobionej bogatym haftem i złotymi frędzlami. Na rękach, od nadgarstków aż po łokcie, wiły się srebrne węże. Trudno było powiedzieć, ile kobieta miała lat. Była ładna i dojrzała niczym owoc latem.
– Mistrz Dedal – zwróciła się do niego uprzejmie, kiedy zbliżył się do dwóch stopni dzielących taras od ubitej ziemi. – Spodziewaliśmy się ciebie. Możesz wejść. Moja pani zaraz do ciebie przyjdzie.
Dedal wszedł na taras i stanął przed nią. Milczał. Jego łakomy wzrok powędrował po odsłoniętych piersiach. Mruknął z rozkoszą w myślach na widok jędrnych wzgórków i jasnobrązowych, sterczących sutków. Miał ochotę chwycić ten cudny biust, miętosić, szczypać sutki. Pragnął chwycić kobietę za włosy, kazać uklęknąć przed sobą i zadowolić go ustami. To nie jest pałacowa niewolnica – upomniał się, tłumiąc impuls podniecenia. Odgryzie ci fiuta. Ta myśl ostudziła go jak kubeł lodowatej wody. Odwrócił się i wszedł do pustej świątyni.
Zapach olejowych lamp i palonych ziół wypełnił jego nozdrza. Ściany świątyni były bardzo stare, zbudowane z kamieni. U góry widniało kilka prostokątnych okienek, a jeszcze wyżej, na szczycie ściany, ułożono drewniane krokwie dachu. Dedal musiał przyznać, że takie rozwiązanie znakomicie reguluje cyrkulację powietrza. Gorące powietrze ze świec unosiło się do góry, wypychane chłodnymi, świeżymi powiewami wlewającymi się przez wejście z przodu i tyłu budynku.
Na samym środku prostokątnego pomieszczenia zbudowano trzystopniowy cokół ołtarza, a wzdłuż ścian ciągnęły się szerokie, kamienne ławy, na których stały lampki i wotywne figurki bogini. Jednak największy posąg ustawiono na szczycie cokołu. Miał wysokość łokcia, ozdobiony był szlachetnymi kamieniami, złotem i srebrem. Figurę przyodziano w prawie identyczne ubranie, co kobieta na zewnątrz, lecz zamiast ozdobnych obręczy na ramionach, w każdej dłoni trzymała dużego, srebrnego węża o krwistych, rubinowych oczach.
Dedal wykrzywił usta z niesmakiem, patrząc na twarz posążka, pełną furii. Powędrował spojrzeniem po tuzinach innych kobiecych figur. Niektóre zamiast rysów twarzy miały tylko okrągłe główki, a ich pulchne ciała o dużych piersiach zdawały się nosić w sobie nowe ludzkie życie. Posągów przedstawiających męskie bóstwa nigdzie nie było.
W ocienionym wejściu z tyłu świątyni pojawiła się kobieta. Miała kasztanowe, upięte finezyjnie włosy, a srebrne skręty na ramionach tak grube, że przypominały prawdziwe węże. Ubrana była na wyspiarską modłę, w kolorową, falbaniastą, bogato zdobioną suknię, odsłaniającą małe piersi i płaski brzuch aż po pępek. Trzy pętle naszyjnika z lapis lazuli lśniły na jej jasnej skórze niczym błękitne krople morza.
– Zapewne już wiesz, że król odnalazł księżniczkę Ariadnę i wraca z nią na Kretę – zaczął Dedal bez zbędnych wstępów. Nie przyszedł tutaj, aby wymieniać się z nią uprzejmościami. – Chcę wiedzieć, czy skontaktowałaś się ze swoją… siostrą, tak jak prosiłem?
– Mam wiele sióstr, w każdym zakątku świata.
– Wiesz, o kim mówię – syknął, lecz natychmiast cofnął się, bo węże na ramionach kapłanki poruszyły się, jakby pełzły, aby rzucić się na niego.
– Twoja arogancja nie ma miary, mistrzu Dedalu. – Zrobiła krok w jego stronę. Mimo że była od niego o pół głowy niższa, patrzyła na niego wyniośle i dumnie. – Powiedziałam ci, że przemyślę twoją propozycję, a nie, że się na nią zgodzę. Nie mam żadnego interesu w tym, abyś mógł przehandlować truchło tego potwora. Chcę, aby zgnił, aby wszystko, czym był, zostało zeżarte przez robale, a kości rozsypały się w proch. Minotaur to bestialski demon. Męski demon. Jego siła i bezwzględność stała się marzeniem mężczyzn.
– Te marzenia istniały przed Minotaurem. On je tylko ucieleśnił. Powinnaś to wiedzieć, skoro żyjesz od kilkuset lat.
– On pozwolił na to, aby pojawił się Kouros! – wypluła z siebie imię nowego bożka z pełnym żalu gniewem. – Chcę, aby Minotaur zapadł się pod ziemię, a razem z nim każdy mag i kapłan stawiający ołtarzyki temu chłopaczkowi, temu… Kourosowi!
– Podobno ten chłopaczek urodził się na tej wyspie i ma sporą moc – odparł Dedal.
– Ta wyspa należała do nas. To nasza ziemia. To my, kobiety, stworzyłyśmy tutaj miasta i wioski! Ten bożek wyszedł z kobiecego ciała, ale uważa się za lepszego! – mówiła coraz głośniej i ostrzej.
Zalążek gniewu, który tlił się w Dedalu od rozmowy z magiem, rozpalił mu teraz nerwy. Czyżby przyszedł tu na darmo? Czyżby ta mała suka nie powiadomiła kapłanek skrzydlatej Inanny, że ma dla nich ciało Minotaura? Jeśli tak, będzie musiał odszukać Parosesa. Może uda mu się ugrać coś więcej niż ucieczkę na Sycylię. Myślał w pośpiechu. Spojrzał na kapłankę, musiał ją uciszyć.
– Kouros, ten młody bóg, jest sprytny, zuchwały, silny i coraz bardziej popularny. Jest młody i przystojny, więc nawet wśród kobiet ma coraz więcej wyznawców. Kobiety uwielbiają herosów. Zwłaszcza w sypialni.
– A dlaczego nie miałyby? – zapytała wyzywająco, robiąc krok w jego stronę. – Zdrowe, sprawne męskie ciało jest piękne. Zwłaszcza w sypialni.
– Jestem pewien, że wiele na ten temat wiesz. Twoja domena to płodność. Czy nie po to przychodzą do ciebie kobiety? – Spojrzał na nią z pogardą, po czym zimnym tonem dodał: – Władza należy do tych, którzy noszą miecz i potrafią nim walczyć.
– Więc i ty nie masz żadnej władzy, mistrzu Dedalu – wykrzywiła szyderczo usta. – Nie nosisz miecza, nie walczysz.
– Ja mam wiedzę. Naukę. Znaczenie. To też rodzaj władzy. Nawet ważniejszy niż ci się wydaje. Wiedza to głowa, która dowodzi ręką z mieczem – mówił opryskliwie, z wyższością, ledwo powstrzymując się od tego, aby uderzyć ją w twarz, była w zasięgu ręki, miał ochotę udzielić jej lekcji. – Gadaj! Skontaktowałaś się z nimi?
– Jesteś w mojej świątyni! Uważaj więc, bo…
– Jestem tu, bo mam interes! Odpowiedz na pytanie! Wysłałaś wiadomość?!
Kapłanka ryknęła urażona, uniosła dłonie, a oba węże wystrzeliły w powietrze i poszybowały w stronę twarzy Dedala niczym srebrne strzały. Zatrzymały się gwałtownie, zawisły jak nieżywe kilka centymetrów od oczu mężczyzny.
– Wystarczy, siostro – powiedziała kobieta, która weszła tylnym wejściem w towarzystwie dwóch mężczyzn. – Rozumiem twój ból i gniew. Ale my musimy porozmawiać z tym człowiekiem i lepiej, aby był żywy.
Znieruchomiałe nagle gady opadły na kamienną posadzkę z metalicznym brzdękiem. Kapłanka rzuciła Dedalowi wściekłe spojrzenie, po czym schyliła się i podniosła węże. Dotyk jej palców sprawił, że natychmiast ożyły, wpełzły na jej ramiona i zastygły na nich.
– Będę na was czekać w moim domu. Jesteś mi winna dużą przysługę, siostro – powiedziała kapłanka do tej nowej, zerknęła na stojących po obu jej stronach mężczyzn, jeszcze raz obdarowała Dedala ostrym spojrzeniem, po czym wyszła.
– Witaj, mistrzu Dedalu. Spróbuj podnieść na mnie głos, a będą to ostatnie słowa, jakie wypowiesz – powiedziała druga kobieta spokojnym, chłodnym tonem, w którym wybrzmiewało coś mrożącego krew w żyłach.
Po ubiorze poznać można było, że ludzie stojący przed nim nie pochodzą ani z Achai, ani z Egiptu. Najstarszy z nich, o średnim wzroście, ale barkach tak umięśnionych, że niemal wchłonęły jego szyję, przypominał nieoszlifowany posąg jakiegoś potężnego wojownika. Zarówno czarne włosy, jak i bujną czarną brodę splecione miał w przedziwny sposób, którego Dedal nigdy wcześniej nie widział. Na śniadej twarzy nie gościł żaden grymas, tylko oczy zdawały się żywe i uważne.
Drugi mężczyzna był znacznie wyższy i szczuplejszy. W ciemnym kolorze skóry i rysach twarzy Dedal natychmiast rozpoznał Nubijczyka. Krótko obcięte włosy, brak owłosienia na brodzie i piersi odróżniały go tak samo, jak odcień cery. Wojownik był wyjątkowo przystojny, miał duże, ładnie skrojone usta, które nie pasowały do surowego oblicza. Obaj żołnierze nosili jasnoniebieskie spódniczki, ozdobione srebrnymi frędzlami, a także miecze z brązu, przypięte do skórzanych pasów.
– Chciałeś z nami rozmawiać, mistrzu Dedalu. – Kobieta przerwała ciszę. – Czy to prawda, że ciało Astara jest zamrożone?
– Ciało Astara? Masz na myśli Minotaura? – zapytał Dedal, lekko marszcząc brwi.
– To imię nadał mu złodziej – syknął brodaty wojownik z dość specyficznym akcentem. – Dla nas jest świętym bykiem, prawnukiem wielkiego Enki, boską istotą, którą zniszczyliście.
Rozmawiali po egipsku, od samego początku. Nawet kapłanka z wężami zwróciła się do niego w języku wielkich budowniczych.
Kobieta uniosła dłoń i uciszyła wojownika. Była szczupła i bardzo piękna. Wzrostem dorównywała Dedalowi, więc patrzyła mu prosto w oczy. Otaczała ją aura władzy, podkreślona przez purpurową suknię, upiętą na lewym ramieniu i opadającą aż do kolan. Złote frędzle zdobiły tkaninę, a głębokie rozcięcia po obu stronach spódnicy odsłaniały umięśnione uda. Purpura i złoto wspaniale podkreślały śniadą cerę i długie, falujące czarne włosy.
– Odpowiedz – zażądała, przyszpilając wzrokiem Dedala.
– Tak. Osobiście tego dopilnowałem. Mageia o imieniu Paroses zamroził ciało… Astara zaraz po tym, jak Tezeusz go zabił.
– Jak to się stało?
Dedal przełknął ślinę. Nie chciał wyznać prawdy. Wiedział jednak, że oni i tak domyślą się wszystkiego, gdy zobaczą ciało potwora. Kłamstwo najlepiej obficie posypać prawdziwymi faktami, niczym kwaśne w smaku ciastko, aby łatwiej było je przełknąć.
– Król Minos urządził pokazowe karmienie. Goście z Aten przywieźli ze sobą śnieżnobiałą kozę i zaproponowali, że złożą ją w ofierze demonowi. Koza żyła, gdy wpuszczono ją na plac, gdzie zwabiano wygłodniałego Minotaura. Być może miała futro nasączone ziołowym wywarem, silnym, nasennym środkiem. On to zżarł. W nocy Tezeusz wszedł do Labiryntu i zabił śpiącego Minotaura. Wbił mu włócznię w oko.
Nie. To nie tak. W kozie nie było żadnych środków nasennych. Gdy Minotaur najadł się nią do syta, zachciało mu się pić. To on, Dedal, zatruł wino w dzbanie, gdy wnosił amforę na plac, zanim wpuszczono tam zwierzynę. Robili to od dawna, zazwyczaj używając gotowanych jaj, które Minotaur uwielbiał. Inaczej żaden robotnik pracujący przy naprawach nie wyszedłby z Labiryntu żywy. To on zaprowadził Tezeusza do jamy, w której mieszkał potwór. Tego nie mogła się dowiedzieć kobieta, na którą teraz patrzył.
– Włócznią w oko? – ryknął wściekle brodaty wojownik i chwycił za rękojeść miecza. Z ramion wyrosły mu nagle skrzydła, duże i szare, stworzone z dymu i magii.
Avianarzy – pomyślał Dedal z zachwytem, który dobrze ukrył pod surowym wyrazem twarzy. Ludzkie istoty ze skrzydłami. Po raz pierwszy usłyszał o nich od Naukrate. Oczywiście nie wierzył w ich istnienie. Nie wierzył, że jakaś skrzydlata bogini stworzyła armię wojowników potrafiących latać. A tym bardziej nie chciał uwierzyć, że od czasu do czasu pojawiają się na Krecie. Nie wierzył, dopóki ich nie zobaczył. To zakochana w nim Naukrate, w trakcie słodkich chwil miłości, opowiedziała mu o potężnej bogini, czczonej w wielu różnych zakątkach świata. Ishtar. Inanna. Isis. Bogini o wielu imionach, które zmieniały się niczym szaty przykrywające jej powabne, kobiece ciało. Drogę do świątyni znalazł, śledząc swoją kochankę, która regularnie przychodziła tu modlić się do swojej bogini, spotykać się z innymi kobietami z wyspy, rozmawiać ze skrzydlatymi ludźmi.
Kobieta obejrzała się przez ramię i jednym spojrzeniem uciszyła wojownika. Cofnął się, ale skrzydła nadal miał rozpostarte. Dedal patrzył na nie jak urzeczony, z trudem tłumiąc uczucie zazdrości, które nagle wypełniło go po brzegi, jakby był pustym naczyniem i całe życie czekał na ten moment. Nie potrafił się oprzeć tej fascynacji.
– A więc ciało Astara jest nienaruszone? – zapytała z opanowaniem godnym generała.
– Tak. Jedyna rana to uszkodzone lewe oko – odparł Dedal, czując, że ta informacja jest dla niej bardzo ważna – ale moja cena jest teraz wyższa.
– Nie bluźnij, człowieku. Podałeś swoje warunki razem z prośbą o rozmowę z nami – odezwał się po raz pierwszy czarnoskóry wojownik, tak doskonałym egipskim akcentem, że Dedal nabrał pewności co do jego pochodzenia.
– To prawda. Ale wtedy nie wiedziałem jeszcze, że Paroses i inni Mageia także chcą mieć Minotaura. Podobno ma wielkie, magiczne właściwości. Jego serce. Wątroba. Rogi. Szpik kostny. Jądra. – Puls Dedala wybijał w skroniach nerwowy rytm, a on sam czuł, że znajduje się na granicy przepaści, wystarczył jeden nieostrożny ruch, aby roztrzaskał się o własną chciwość, lecz krótkie spojrzenie na magiczne skrzydła wojownika wystarczyło, aby odzyskał kupiecką śmiałość. – Będę miał trzy życzenia i spełnicie je wszystkie. Zawrzemy układ, dopiero wtedy pójdę po Minotaura.
Spojrzał na mężczyzn, ale zatrzymał wzrok na oczach kobiety, która milczała i słuchała go w skupieniu. Ośmieliło go to, więc kontynuował.
– Chcę stąd uciec, odlecieć z moim synem Ikarem i wszystkim, co udźwigną nasze lotnie. Zapewnicie nam przelot i bezpieczeństwo w miejscu, do którego dotrzemy. To pierwszy warunek i jeśli go nie spełnicie, nie mamy o czym rozmawiać. I jeszcze jedno … chcę mieć syna ze skrzydłami.
Mężczyźni roześmieli się, chrapliwie, z pogardą. Na twarzy kobiety nie drgnął ani jeden mięsień.
– Zgadzam się – odparła z taką lekkością, jakby chodziło o wybór olejku, który wetrze w skórę po kąpieli.
– Tiabiro, takie życzenie wymaga… – zaczął Kezaih, lecz kapłanka mu przerwała.
– Wiem, co robię.
Zapadła cisza. Zdumione spojrzenia wojowników powędrowały w jej stronę, lecz żaden nie podważył tej decyzji. Zdjęła z szyi złoty medalion przedstawiający ośmioramienną gwiazdę, ułożyła go na prawej dłoni i wyciągnęła rękę w geście proponującym układ.
Dedal przełknął ślinę, nieco sceptycznie popatrzył na lśniący wisior. Minotaur musiał być więcej warty, niż przypuszczał, skoro bez targowania się przyjęto jego warunki. Pożałował nagle, że nie zażądał więcej. Ale ma jeszcze jedno, nieokreślone życzenie. Ujął jej rękę i trzymał tak długo, aż kobieta powtórzyła warunki obu stron. Ostatnie zdania, wypowiedziane w nieznanym Dedalowi języku, musiały być jakimś rodzajem zaklęcia, bo medalion rozbłysnął tak jasno, jakby pomiędzy ich dłońmi znalazł się odprysk słonecznego promienia. Kiedy światło zgasło, umowa została przypieczętowana.
– Kezaih i jego ludzie pójdą dzisiaj w nocy razem z tobą do Labiryntu. – Głową wskazała ciemnoskórego wojownika, najwyraźniej dowódcę. – Aby otrzymać od nas syna ze skrzydłami, musisz udać się z nami do Uruk, do świątyni Eanna. Tylko tam możemy spełnić twoje życzenie. To nie podlega dyskusji. Bądź gotowy za dwa dni. Zabierzemy was w góry. Nikt nie może o tym wiedzieć. Nawet twój syn. W umowie nie ma ani słowa o tym, że mam narażać życie moich ludzi, aby was bronić.
– Będę gotowy. I będę milczał – zapewnił Dedal, po czym wskazał głową na wyjście, w którym zniknęła kobieta ze srebrnymi wężami. – A kapłanka? Czy i ona będzie milczeć?
– Ona dochowuje naszych tajemnic już od kilkuset lat – syknął Kezaih, patrząc na niego lodowato. – Przy której bramie do Labiryntu mamy na ciebie czekać?
– Przy osiedlu robotników. Brama przy górskim pałacu króla może być strzeżona przez wartowników. A poza tym, w pałacu zawsze ktoś jest. Wolę, aby nikt nie podniósł alarmu – odpowiedział Dedal, zastanawiając się, czy nie zapytać go, jak to się stało, że Nubijczyk znalazł się w Uruk, jednak szybko z tego pomysłu zrezygnował. – Czy wiecie, gdzie to jest?
– Tak. Będziemy czekać. O północy. – Czarnoskóry wojownik skinął głową.
– To wszystko, mistrzu Dedalu. Możesz odejść. – Tiabira machnęła dłonią, jakby odsyłała służącego.
Dedala zirytował ten gest, ale odpowiedział lekkim skinieniem głowy i wyszedł. Wygrałem – pomyślał, gdy szedł przez plac w stronę ogrodu. Wygrałem. Odlecę stąd na mojej lotni. I będę miał syna ze skrzydłami.
*****
Cisza panująca na osiedlu robotników miała w sobie coś złowieszczego. Kiedy piętnaście lat temu rozpoczęto budowę Labiryntu, mieszkało tu nawet tysiąc niewolników. Harowali, budując masywne dziesięciometrowe ściany lub wgryzając się w zbocze góry niczym gigantyczne robaki żłobiące długie korytarze. Niewolnice gotowały, prały, sprzątały, dopatrywały stadek kóz i owiec. Te młode i piękne spełniały seksualne zachcianki tych, których nadzorcy nagrodzili za gorliwość w pracy. Praca postępowała nadzwyczaj szybko.
Budowla w początkowym zamyśle miała być domem dla półbyka, półczłowieka, pozwalającym go kontrolować. Długo ukrywano go w podziemiach królewskiego pałacu. Lecz rósł jak na drożdżach, mężniał i nabierał siły, więc piwnice stały się za małe. Korytarze i cele okazały się śmiertelną pułapką dla strażników oraz wychowawców. Wielu zginęło, rozszarpanych na strzępy. Zbyt wielu.
Wykorzystywano różne sposoby, aby ukształtować charakter potwora tak, jak życzył sobie tego król. Próbowano uczynić z niego posłuszną istotę, wytresować niczym myśliwskiego psa. Lecz ani rzemienne pęta, ani głód, ani ból po uderzeniach pejcza nie zdawały egzaminu. Wręcz przeciwnie. Minotaur, im starszy był, tym coraz bardziej nieobliczalny, wściekły i brutalny się stawał. Jeśli rzeczywiście istniała w nim jakaś ludzka natura, została z niego wybita pejczem i głodem. Trzy pierwsze lata życia spędził w podziemiu, słońce i niebo widział tylko przez kraty, które za wszelką cenę starał się wyszarpnąć i uciec na wolność. Wszyscy wiedzieli, że kiedyś mu się to uda. Wizja krwiożerczej bestii o sile kilku mężczyzn, biegającej po pałacu, zaczęła niepokoić samego króla. Należało wybudować nowe więzienie.
Niespożytą energię bestii osłabić można było tylko w jeden sposób – zachęcając go do biegu. To Dedal podsunął pomysł, aby zbudować labirynt, pełen długich korytarzy i ślepych zaułków, gdzie potwór mógłby krążyć całymi godzinami, zanim zwali się gdzieś zmęczony. I tak oto powstało najbardziej finezyjne i perfidne więzienie świata. Wolność ruchu, świeże powietrze, widok nieba i słońca wpleciono w wysokie mury i drogę bez wyjścia.
To wszystko miało swój sens, dopóki Minotaur żył. Teraz teren przed bramą dla robotników ział nieprzyjemną pustką.
Labirynt zbudowano w dolinie, wzbogacając go o tunele i jamy wyżłobione w jednej z gór. Mechanizm przesuwanych ścian uruchamiany był przez magiczny klucz, którego istniały tylko dwa egzemplarze – ten, który Dedal miał przy sobie, oraz ten należący do króla. I tylko ci dwaj mogli otworzyć drzwi do Labiryntu. Klucze były nasączone magią i przypominały cienkie sztylety z brązu, z rękojeścią pełną magicznych symboli pod kościaną oprawą. Schowane do futerału, uchodziły uwadze. Ariadna ukradła klucz ojca i wpuściła Tezeusza do środka, gdzie czekał już na niego Dedal, który nalegał, aby udział dziewczyny w spisku był konkretnym działaniem.
W ciągu ostatnich lat liczba niewolników zmniejszyła się do kilkudziesięciu. Ktoś musiał naprawiać poczynione przez Minotaura szkody. Ktoś musiał zawozić do środka beczki ze świeżą wodą. Teraz, po śmierci więźnia, nawet oni przestali być potrzebni. Mężczyzn natychmiast wcielono do wojska lub odesłano do wioseł, a kobiety odprawiono do pracy w pałacu lub królewskich manufakturach.
Dedal zsiadł z konia na obszernym placu przed wejściem do Labiryntu. Wyjechał z domu o zmroku, nie mówiąc Ikarowi, dokąd jedzie i dlaczego zabiera ze sobą długi zwój liny i płachtę starego żagla, którą rozciągali w upalne dni nad podwórzem.
Koń zarżał nerwowo. Z nocnej ciemności nieba wyłonili się skrzydlaci ludzie, cicho i bezszelestnie wylądowali na podwórzu. Dowodzona przez Kezaiha grupa składała się z dziesięciu mężczyzn.
– Nassir, weź konia – Kezaih zwrócił się do mężczyzny obecnego przy spotkaniu w świątyni. – Mistrzu Dedalu, wedle umowy, mamy zabrać ciało świętego byka. Jeśli jest w tak dobrym stanie, jak mówisz, dostaniesz ode mnie pieczęć potwierdzającą, że wywiązałeś się ze swojej części umowy.
– To wszystko? – zagadnął sarkastycznie Dedal. – Wciśniesz mi w łapę kawałek kamienia i znikniesz?
– Nie ubliżaj mojej pani, nazywając ją oszustką – mówił spokojnym, ale tak zimnym tonem, że jego słowa brzmiały jak pogróżka. – Ta umowa jest dla nas święta i zostanie wypełniona.
Kezaih przewyższał go wzrostem i umiał to wykorzystać, wbijając w rozmówcę ostre, wymagające spojrzenie, niczym szpilę w owada.
Nocna cisza stała się nagle ciężka i gęsta jak bagno, w którym Dedal brodził, od momentu gdy zdecydował się wykorzystać Tezeusza do zemsty na królu. Każdy krok mógł okazać się tym ostatnim. Jednak przed nim widniała już końcówka ratowniczej liny, którą prawie miał w ręku. Możliwość ucieczki była tuż tuż. Musiał iść dalej. Brnąć z nadzieją, że pod stopami znajdzie na tyle twarde oparcie, aby zrobić te ostatnie kilka kroków. Nawet jeśli niczego pod sobą nie widzi.
– Zobowiązałeś się oddać nam ciało Minotaura. Masz zamiar to zrobić czy nie? – zagadnął zaczepnie Kezaih.
– Trzymajcie się w grupie. Niech nikt się nie oddala. Korytarze są wąskie, a ściany przesuwają się co jakiś czas, tworząc nowe drogi. Zmiażdżyły już wielu nieostrożnych robotników – odparł sucho Dedal, odwrócił się i ruszył w stronę bramy.
Żołnierze zapalili kilka pochodni. Nazzir prowadził za uzdę konia, który dźwigał na grzbiecie płachtę płótna i linę. W tym czasie Dedal, kiedy znalazł się przy bramie, wyjął klucz, który wisiał mu przy pasie niczym sztylet, sięgnął do miejsca, gdzie w drewnie tkwił duży sęk z wyraźnym pęknięciem, i wcisnął ostrze do środka. Rozległ się metaliczny stuk, a po nim szmer i turkot uruchomionego mechanizmu. Drzwi do Labiryntu zostały otwarte.
Dedal wszedł jako pierwszy, korzystając ze światła niesionych przez Avianarów pochodni. Zaraz za bramą znajdowało się obszerne, prostokątne podwórze, z którego w głąb Labiryntu prowadziły aż trzy korytarze. Niczego nie objaśniając, skierował się do tego na lewo.
Prosto. W prawo. Znowu prosto. W lewo. W lewo. Prosto. W lewo. W prawo. Prosto. W prawo. Prosto. W lewo. Prosto. Zgrzyt przesuwanych ścian rozbrzmiewał w labiryncie demonicznym dźwiękiem. Dedal słyszał za sobą kroki Avianarów i odgłos końskich kopyt, ale nie oglądał się za siebie. Mrok w korytarzu wydawał się gęsty niczym syrop, ściany wspinały się wysoko ponad ich głowami, ciężkie i przytłaczające.
Nagle kilka kroków przed nimi, przesuwająca się ściana zaszurała na ubitym pisaku, zamykając grupie drogę.
– I co teraz? Musimy się cofnąć? – zapytał Kezaih.
– Nie. To najczęstsza pomyłka, jaką robią ludzie. Rzucają się do panicznego biegu, próbując znaleźć inną drogę. Tutaj, wystarczy poczekać – odparł Dedal i oparł się o ścianę.
Kilka minut później ściana zniknęła. Ruszyli dalej.
Kluczyli już dobrą godzinę. Dedal wyczuł wśród wojowników pierwsze oznaki zniecierpliwienia.
Meee! Meee! – rozległo się w ciemności. Nagle zza rogu wyskoczyła koza, popatrzyła na nich spłoszona, po czym z dzikim meczeniem rzuciła się do ucieczki. Koń zarżał nerwowo.
– Co to było? – W głosie dowódcy zabrzmiało zaskoczenie i delikatna nuta lęku.
– Żarcie dla Minotaura. Ta zdołała uciec. Trawy tu nie brakuje, a woda jest w trzech różnych miejscach. Kilka tygodni temu widziałem w Labiryncie zdziczałą świnię. – Dedal nie ukrywał satysfakcji z tego, że oficer się wystraszył.
– Jak długo to jeszcze potrwa? – warknął zirytowany Kezaih.
– Jesteśmy na miejscu.
Jeden zakręt dzielił ich od niewielkiego placu, na którym znajdował się duży basen z wodą. A za nim, w ostro pochylonym zboczu wzgórza, ziajała czarna dziura niczym makabryczny, pusty oczodół.
Oficer, w nieznanym Dedalowi języku, wydał polecenia. Żołnierze zdjęli z konia linę i zrolowany żagiel. Dwóch wzięło te rzeczy na barki, inni trzymali pochodnie, oświetlając przestrzeń.
– Prowadź – polecił Kezaih.
Droga opadała lekko w głąb podziemia. Płomienie podskakiwały na pochodniach i dobrze oświetlały szerokie przejście. Już na progu jaskini poczuli odór zwierzęcego futra. Smród i tak był mniejszy. Kiedy Minotaur żył, jaskinia cuchnęła gnijącymi resztkami pożywienia i cierpkim zapachem zwierzęco-ludzkiego potu. Im głębiej wchodzili, tym powietrze bardziej się ochładzało, aż stało się zimne i orzeźwiające, przesycone zapachem wilgotnej ziemi.
Zeszli na sam dół.
Dywan z chaotycznie rozrzuconych skór stanowił legowisko bestii. Na samym środku leżał on, Minotaur, istota o masywnym ludzkim ciele, twarzy z mieszanymi rysami oraz parą wielkich rogów na głowie. Leżał na boku, wyglądał, jakby spał.
Dedal usłyszał, że zarówno dowódca, jak i jego żołnierze wydali z siebie westchnienie. Mówili głośnym szeptem, w którym rozpoznał tony zdumienia, złości, a nawet żalu.
– Jest piękny. I przerażający – powiedział Dedal, przebiegając pełnym podziwu wzrokiem po nieruchomym ciele potwora. – Wydaje się taki ludzki.
Minotaur miał ponad dwa i pół metra wzrostu, barki i kark tak potężne, że przypominały kłody drewna, nogi masywne jak kolumny, mocno owłosione od kolan w dół i zmieniające się w wielkie jak kamienne bloki racice. Jego twarz była mieszanką byka i człowieka, o wielkich, ciemnych oczach, lekko wysuniętą szczęką, szerokimi ustami oraz dużym, płaskim nosie. Rogi, u nasady grubości ludzkiego ramienia, zwijały się lekko i zwężały w zabójcze szpikulce. Lewy oczodół był paskudną raną, z której ciągnęły się zaschnięte już, krwawe strumyki. Brakowało oka. Drugie oko ukryte było pod bezwładną powieką. Biała warstwa lodowego szronu pokrywała śniadą skórę, przyprószała gęste, czarne, kręcone włosy.
– Jak to się stało, że ludzie uwierzyli, że tak potężna istota wyszła z łona kobiety? – zapytał Kezaih.
– Kłamstwa rozpowszechniane przez królów automatycznie stają się prawdą. Niewielu jest śmiałków, którzy podważą taki autorytet. A jeśli do kłamliwej opowieści włączy się jakiegoś boga, prawda przestaje istnieć – odparł Dedal. – Król Minos bardzo kłócił się ze swoją żoną. Oczywiście nie mógł się jej tak po prostu pozbyć. Jej krewni nigdy by mu tego nie darowali. Nie wiem, kto nafaszerował Pazyfae narkotykami. Ale widziałem, jak chodzi otumaniona, bredząca, że jest zakochana w byku i pożąda go, prawdziwego byka, zwierzę, nie mężczyznę.
– Ale to ty zbudowałeś atrapę krowy. Umożliwiłeś ten brutalny czyn. – Kezaih zdradził mimowolnie, że zna wydarzenia z Krety.
– Jestem narzędziem. Tak jak ty. Jestem człowiekiem, który wypełnia polecenia władcy, kimkolwiek on jest. A zresztą, nie mam współczucia dla nikogo z królewskiej rodziny. Bo żaden arystokrata nie ma go dla mnie. – Dedal zmienił temat: – Jak sam widzisz, Minotaur jest w znakomitym stanie. Bierzecie go czy nie?
– Tak – odpowiedział Kezaih i zaczął wydawać rozkazy żołnierzom. Zwrócił się do Dedala, podał mu czarny, połyskujący metalicznie kamyk z wyrytą na nim ośmioramienną gwiazdą. – To kamień księżycowy. Potwierdzenie zawartego układu. Strzeż go dobrze.
Dedal przyjął kamyk, zacisnął go w dłoni, wydawało mu się, że trzyma końcówkę ratowniczej liny. Miał ochotę odetchnąć głęboko i uśmiechnąć się, lecz zabronił sobie tego. Nie pokaże tym powietrznym draniom, jak ważny jest dla niego ten układ.
Zapakowanego w płótno i związanego liną potwora wyciągnięto z jaskini. Dedal sądził, że Avianarzy posłużą się koniem w drodze powrotnej. Oni jednak obwiązali pakunek rzemiennymi pasami, które do tej pory przełożone mieli przez ramiona. Dopiero teraz pojął, że magia strzegąca Labiryntu zamykała także drogę powietrzną. Ciekawiło go, lecz wahał się zapytać, czy kiedykolwiek próbowali wydostać Minotaura z tego więzienia na własną rękę. Czy z wysokości widzieli plątaninę korytarzy, miejsce, gdzie rzucano żywe zwierzęta na pożarcie, a raz do roku nawet żywych ludzi. Czy znali miejsce, gdzie Minotaur wlókł swoje ofiary, bawił się nimi, zanim zamęczył je na śmierć i pożarł. Zastanawiał się, jak z lotu ptaka wyglądała ta ziemska kaźń. I dopiero teraz pojął, że mag, który z nim pracował, musiał dobrze wiedzieć, kim w rzeczywistości jest Minotaur i do kogo należał.
– Masz jeden dzień na przygotowanie się do podróży. Jutro w nocy przylecimy po was. Lotnie mają być gotowe do zabrania. Każdy z was może wziąć ze sobą tylko dwie podróżne sakwy. Jeśli nie dostosujesz się do tych zaleceń, zerwiesz umowę.
Avianarzy stanęli po obu stronach martwego Minotaura, jakby byli honorowym kordonem eskortującym bohatera do miejsca jego spoczynku. Głośny okrzyk oficera poderwał ich do góry.
Dedal patrzył, jak z ich pleców wyrastają skrzydła, jak wznoszą się do góry i znikają w nocnym mroku. Został sam na podobnym do studni placu. Na wysokich ścianach pełgały światła z leżących na ziemi pochodni. Zdał sobie nagle sprawę z ciszy i pustki. Labirynt przestał być potrzebny. Wysokie, masywne mury nadal tworzyły zmyślną konstrukcję, precyzyjnie działającą i sławną nawet w odległych królestwach. Dzieło jego życia, piękne i przerażające jak sam Minotaur.
Czuł, że wszystkie łączące go z Kretą sznury zostały zerwane. Lojalność wobec króla, który przyjął banitę, dał mu pracę i ochronę. Chęć ukończenia Labiryntu i ogromna, niespożyta ciekawość inżyniera, czy jego wynalazek będzie działać. Trawiący go do wielu lat gniew na Minosa, za kłamstwa i fałszywe obietnice, którymi zwodził go i trzymał na wyspie. Nawet chęć zemsty wypaliła się w nim niczym strawione przez ogień polano. Pozostało tylko jedno: ucieczka. Wtedy jego zemsta będzie kompletna.
Roześmiał się, głośno i szyderczo. Jego śmiech obijał się o ściany i zniekształcał, stając się głosem jakiegoś mrocznego demona. Chwycił jedną z pochodni i wskoczył na koński grzbiet. Ostatni raz jechał ciemnymi korytarzami Labiryntu.
*****
Nie tak to sobie wyobrażał. Kreta miała być przystankiem. Taka była obietnica króla Minosa. W zamian za rozbudowę pałacu i wykonanie kilku wspaniałych rzeźb, które zdobić miały królewski dwór, obiecano mu przejazd do Egiptu. Minos podarował mu nawet kobietę, Naukrate – Egipcjankę, która przygotować go miała do dalszej podróży.
Dedal zadurzył się w niej, jakby była narkotykiem. Zachłysnął się jej egzotyczną urodą. Językiem egipskim. Pismem. Wiedzą. Historią faraonów. Opisami miast, świątyń i pałaców. Opowieściami o trzech gigantycznych piramidach. Początkowo nie chciał wierzyć, że zbudowanie tak potężnych grobowców rzeczywiście było możliwe. W Knossos żyło jednak kilku dostojników, którzy mówili to samo – piramidy są tak wielkie, że ludzie wyglądają przy nich jak ziarnko piasku.
Czas mijał. Dedal skończył jedną budowę. Potem drugą. Wyrzeźbił dwa tuziny wspaniałych figur, które zdobiły pałac i ogrody na wzór przepięknej biżuterii. Dworzanie zachwycali się jego pracą, entuzjastycznie chwaląc talent i mistrzowskie zdolności. Życie na wyspie stało się niczym spełnione marzenie o uznaniu i sławie.
Lecz to szczęście było niczym pożywny kawałek sera, zwabiający mysz w pułapkę. Dedal nie zauważył, kiedy zatrzaskują się wokół niego kraty więzienia. Gdy patrzył wstecz, miał ochotę potrząsnąć tym młodym, naiwnym, upojonym sukcesem dwudziestopięciolatkiem. Jako dojrzały mężczyzna miał świadomość, że gdy budował pierwsze ściany Labiryntu, zaczął błądzić w gąszczu królewskich obietnic, pełnych zwodniczych ścieżek i ślepych zaułków. Nie tak to sobie wyobrażał. Dawno temu, w marzeniach o podróży do Egiptu, widział siebie wsiadającego na królewski statek, otoczonego uznaniem i bogactwem, żegnany z serdecznością, z jaką gospodarz wyprawia w drogę wyjątkowo drogiego mu gościa. To się nigdy nie zdarzyło.
A teraz szykował się do ucieczki. Potajemnie znosił do swojej sypialni rzeczy, które musiał zabrać, ukrywając się z tym nawet przed swoim synem.
