Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 05.01.2027
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
CZY MOŻNA ZWYKŁY SKLEPIK Z PAMIĄTKAMI ZAMIENIĆ W TAKI PEŁEN CUDÓW?
Szesnastoletnia Kalina, podopieczna Magdy i Krystiana Kozielskich, przed świętami Bożego Narodzenia zostaje zatrudniona jako pomoc sprzedawczyni w malutkim sklepiku z pamiątkami. Dzięki swojemu podejściu do ludzi zyskuje nowych klientów, nawet takich, którzy wcześniej nigdy nie odwiedziliby tego miejsca. W sprawach rodzinnych rodzeństwa Banach, tymczasowo przygarniętego przez młode małżeństwo, również następują zmiany. Nagle o dzieciach przypomina sobie babcia, która do tej pory nie utrzymywała kontaktu z wnukami. Rodzeństwo z miłością przyjmuje przybranego brata, a Magda i Krystian Kozielscy uważają, że już niczego więcej do szczęścia im nie potrzeba.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 232
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Ewa Formella, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Michał Grosicki
Elementy okładki powstały z użyciem AI
Redakcja: Sylwia Chojecka | Od Słowa do Słowa
Korekta: Anna Walczak | Od Słowa do Słowa
Skład i łamanie: Tomasz Chojecki | Od Słowa do Słowa
PR & marketing: Anna Apanas
ISBN: 978-83-8441-814-7
Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Kiedy rok temu tata trafił do szpitala po wypadku i leżał w śpiączce farmakologicznej, mój świat po raz kolejny runął w przepaść niepewności i strachu. Ile może znieść szesnastoletnia dziewczyna, która tak właściwie nie doświadczyła jeszcze prawdziwych uciech młodości? Gdy miałam cztery lata, rodzice zafundowali mi braciszka, a on od małego był… lekko inny od wszystkich niemowlaków, które do tej pory znałam. Ale bardzo go pokochałam i uwielbiałam pomagać mamie przy jego „obsłudze”. Chociaż Tomek mało się uśmiechał i krzywił się, kiedy próbowałam go przytulić, nie przeszkadzało mi to kochać go ponad życie.
Gdy skończył cztery latka, a ja powoli zaczynałam myśleć, że staję się dorosła (no co, niektóre dziewczynki w wieku ośmiu lat próbują sobie takie rzeczy wyobrażać), w naszym domu pojawił się kolejny ktoś. Ten od małego był tak ruchliwy, że nie można było spuścić go z oka nawet na sekundę. Jasiek okazał się nie tylko temperamentny, ale także bardzo radosny. Śmiał się z byle czego. Po raz drugi się zakochałam, i to w moim kolejnym bracie. Uwielbiałam spędzać z nim czas na różnych zabawach, śmichach-chichach i tym podobnych. Rodzice mi ufali i wiedzieli, że śmiało mogą zostawiać moich braci pod moją opieką, oczywiście nie na długo. A ja…? Ja wtedy nawet nie myślałam o tym, że zamiast z koleżankami bawię się z maluchami, i wcale nie traktowałam tego jak obowiązków starszej siostry.
Tomek był trochę odludkiem, od początku zamykał się w swoim małym świecie, w którym królowały książki. Wyjątkowo szybko nauczył się literek i potrafił całymi godzinami czytać lub układać jakieś skomplikowane budowle z klocków. Natomiast Jasiek nie potrafił dwóch minut usiedzieć w miejscu, wszystko go interesowało i kiedy już zaczął się samodzielnie poruszać po naszym mieszkaniu, musiałam bardzo pilnować swoich rzeczy, bo jemu wszystko wpadało w ręce. Mama się śmiała, że ona nie potrafiła mi wpoić miłości do utrzymywania porządku, a udało się to dziecku, które nawet nie potrafiło samodzielnie stanąć na nogach. Czasami było wesoło, czasami mniej, ale było fajnie. Mimo różnicy wieku świetnie się z chłopakami dogadywałam.
A potem… Potem mój świat po raz pierwszy się zawalił. I to dosłownie. Miałam dwanaście lat, kiedy rodzice znowu nas poinformowali, że będziemy mieli rodzeństwo. Tomek przyjął to bez entuzjazmu, wzruszył tylko ramionami i powiedział „okej”, a Jasiek skakał jak głupi, cały czas dopytując, gdzie to dziecko, kiedy przyjdzie, skąd wzięło się w maminym brzuchu i tak dalej. A ja? Ja najpierw się ucieszyłam, a potem coś zakłuło mnie w sercu. Pomyślałam sobie: kurczę, nie przelewa się nam, chociaż rodzice bardzo się starają, żeby nam niczego nie brakowało, żebyśmy zawsze byli czysto ubrani, nie chodzili głodni i tym podobne, ale kolejne dziecko? Serio? Czy oni kiedyś skończą z tym powiększaniem rodziny? Trójka dzieci już nie była standardem, większość moich koleżanek w szkole miała po jednym rodzeństwie, a ja… będę miała troje. Nie wiem, skąd wziął się we mnie ten lęk, ale chyba bałam się tego kolejnego dziecka w naszej rodzinie i nawet się nie ucieszyłam, kiedy mama któregoś dnia mnie przytuliła i powiedziała, że to będzie dziewczynka.
Mama trafiła do szpitala przed czasem. Tak powiedział tata, kiedy ją tam odwoził. Coś było nie tak, bo oboje rodzice byli… jakoś tacy mało entuzjastyczni. Powinni się cieszyć, że będą mieli dziecko, a oni… Zostałam wtedy z chłopcami w domu i nie wiem, dlaczego zaczęłam się modlić. Bałam się. Cholernie się bałam. Czego? Nie wiem. Mama nie wróciła, za to po kilku dniach tata przywiózł do domu owinięte w kocyk małe różowe dziecko. Moja mała siostrzyczka była śliczna, tak śmiesznie marszczyła nosek, kiedy płakała, za to tata z każdym dniem wyglądał coraz gorzej. I wtedy mój świat pierwszy raz się zawalił. Nagle musiałam temu maleństwu zastąpić matkę, której nigdy nie zobaczy na oczy.
Przez kilka dni przychodziła do nas pani z ośrodka zdrowia i pokazywała mi, co i jak robić, jak karmić, jak przewijać. Polę kąpał tata, chociaż tak nieporadnie sobie z tym radził, że któregoś dnia zrobiłam to sama. I tak już zostało. Tata chodził do pracy, próbował z nami rozmawiać, próbował się nawet uśmiechać, ale słabo mu to wychodziło. Kiedy ja byłam w szkole, Polę brała do siebie pani sąsiadka, która prawie w tym samym czasie co mama też urodziła dziecko. Tata dużo pracował, wracał zmęczony i niewiele mi pomagał. Od czasu do czasu wpadała do nas jakaś pani urzędniczka, oglądała dom, dzieciaki, pytała, jak sobie radzę, i tyle. Po pewnym czasie zaczęłam znajdować w różnych miejscach w domu małe buteleczki, które pachniały alkoholem. Wiadomo, że wtedy nie wiedziałam, co to za woń, ale bardzo mi się to nie podobało. Zwłaszcza że coraz częściej tata zamykał się w jednym z pokoi i prosił, żeby mu nie przeszkadzać, bo chce odpocząć. Kiedy wychodził, oczy miał czerwone, a wzrok nieco zamglony. Wiedziałam, że płakał. Tęsknił przecież za mamą tak samo mocno jak ja. Ale każdego rana starał się być uśmiechnięty, pomagał mi przygotować chłopaków do szkoły i przedszkola, odwoził ich i jechał do pracy.
Któregoś dnia, zanim jeszcze wrócił z budowy, przyszły do naszego domu dwie panie w towarzystwie dwóch policjantów. Kobiety teoretycznie były miłe, wypytywały, jak sobie radzimy, jak radzi sobie tata i takie tam. Na szczęście nasza sąsiadka widziała, jak pukają do naszych drzwi, i szybko do mnie dołączyła, otulając mnie swoim ramieniem. Z nią też te panie rozmawiały i kiedy tata wrócił do domu, to kazały mu spakować nasze rzeczy i poinformowały go, że zabierają nas do pogotowia opiekuńczego czy czegoś innego. Teraz już nie pamiętam. Tata najpierw prosił, potem coś krzyczał, aż w końcu się rozpłakał. Pomogłam mu spakować trochę naszych rzeczy, chociaż tak naprawdę nie wiedziałam, co się właściwie dzieje. Płakaliśmy wszyscy, nawet Tomek się rozpłakał i przytulił do taty jak nie on. Ale panie były nieugięte. Pamiętam, jak tata mocno mnie do siebie przygarnął i powiedział, że on nie jest alkoholikiem i to tym paniom udowodni, i że będzie o nas walczył, a ja mam być silna i dbać o rodzeństwo. Jedna z pań wyciągnęła z łóżeczka obudzoną hałasem i nieco zaskoczoną Polę, druga złapała za ręce Jaśka i Tomka, a jeden z policjantów oderwał mnie od ramion taty i wtedy już wiedziałam, że po raz kolejny mój świat się zawala.
Trafiliśmy do domu dziecka na kilka długich miesięcy. Tata nas odwiedzał i zapewniał, że robi wszystko, abyśmy wrócili do domu, ale jak dla mnie trwało to nazbyt długo. Panie były miłe, jedna z nich, pani Ania, często ze mną rozmawiała, ładnie się do mnie uśmiechała. Wypytywała o braci i kręciła głową, mówiąc, że jestem bardzo dzielna, bo niejedna dziewczynka w moim wieku nie poradziłaby sobie z takimi obowiązkami, z jakimi ja musiałam sobie radzić. Długie rozmowy z nią dobrze na mnie wpływały, wiem, że rozmawiała też z Tomkiem i Jaśkiem, bo chłopcy mi to powiedzieli. Ona była chyba kimś w rodzaju psychologa dziecięcego, tak, z pewnością była psycholożką. I tak ładnie pachniała. Tak jak mama. I tak ładnie się uśmiechała. Tak jak kiedyś mama. Lubiłam ten czas spędzany w jej towarzystwie, wydawało mi się wtedy, że ona jest taką namiastką zastępującą mi mamę, za którą cały czas ogromnie tęskniłam. Kiedyś powiedziałam pani Ani, że mam do mamy żal i że nie potrafię pokochać Poli, bo to ona zabrała naszą mamę. Gdyby się nie urodziła, nasza mama wciąż by żyła. Płakałam wtedy, wmawiając sobie, jak bardzo nienawidzę Poli, a ona przecież nie była niczemu winna. Pani Ania wtedy przytuliła mnie do siebie i nic nie mówiąc, głaskała mnie po plecach do momentu, aż się uspokoiłam i przestałam szlochać. Boże, jak ja wtedy potrzebowałam takiego przytulenia.
Kiedy trafiliśmy do bidula, to nas rozdzielili. Chłopców ulokowano w jednym pokoju z dwoma innymi, Pola trafiła na salę noworodków, a ja do pokoju, w którym mieszkały trzy dziewczyny. Dwie z nich były ode mnie starsze, a jedna młodsza. Nie polubiły mnie, zresztą z wzajemnością. Te starsze próbowały mi dokuczać, ale szybko im pokazałam, że nie ze mną takie numery. Byłam zahartowana, będąc od kilku lat opiekunką młodszego rodzeństwa, i chociaż w nocy zdarzało mi się płakać w poduszkę, to przed nimi udawałam, że jestem wyjątkowo twarda i bezczelna. Po jakimś czasie odpuściły, całkowicie mnie ignorując. Za to ta młodsza od pierwszego dnia przykleiła się do mnie jak do starszej siostry. Nie podobało mi się to, ja już miałam swoje młodsze rodzeństwo i nie potrzebowałam kolejnego. Młodszą siostrę też już miałam, chociaż jej obecność akurat niezbyt mi była na rękę. Jasiek radził sobie całkiem dobrze i widać było, że jest wśród dzieci i opiekunów lubiany. Gorzej było z Tomkiem. Początkowo chłopcy z jego pokoju starali się uprzykrzać mu życie różnymi psikusami: a to schowali mu szkolny plecak, a to schowali mu książkę, którą czytał, a to mu pocięli nożyczkami koszulkę. Do czasu, aż Jasiek mi o tym powiedział. Wkurzyłam się, i to bardzo. Jeden ze współlokatorów moich braci tak oberwał, że chodził z siniakiem przez kilka dni. Oczywiście i dla mnie, i dla tych wyrostków skończyło się to w gabinecie pani dyrektor, ale od tamtego czasu już nie robili Tomkowi kawałów. A ten… nawet nie podziękował mi za interwencję. Ale taki właśnie jest Tomek, bardzo kochany, ale też żyjący jakby w innym świecie niż mój.
Wreszcie tacie się udało. Rozmawiał ze mną po powrocie do domu i powiedział, że pomogli mu dobrzy ludzie i… mama, bo cały czas prosił ją, aby i ona go wsparła. Ja też ją cały czas prosiłam, szczególnie po tym, jak przypadkowo usłyszałam kiedyś rozmowę dwóch pań opiekunek, które mówiły, że największe szanse ma Pola, bo jest najmłodsza, ale jeśli chodzi o Kalinę (czyli mnie) i Tomka, to prawdopodobieństwo jest niewielkie. Wtedy nie wiedziałam, o czym rozmawiają, ale podświadomie czułam, że o niczym dobrym dla mnie i mojego rodzeństwa. Po latach dowiedziałam się, że ktoś z sąsiadów zgłosił do MOPR-u, że ojciec pije, a trójką „drobiazgu” opiekuje się jedynie dwunastoletnia córka. Ale najważniejsze, że się udało i znów byliśmy razem w naszym domu, w którym na szafce stało oprawione w piękną brązową ramkę zdjęcie naszej mamy. Tej, którą pamiętałam i za którą bardzo tęskniłam. Wtedy myślałam, że już nic gorszego nas nie spotka. Jakże byłam naiwna.
Miałam prawie szesnaście lat. Kiedy moje koleżanki stroiły się i próbowały podkradać swoim matkom kosmetyki, ja przewijałam siostrę, gotowałam kaszki i obiady, sprzątałam dom, próbując nie zabić Jaśka, który był mistrzem robienia bałaganu, i od czasu do czasu płakałam z tęsknoty za mamą. Moje życie nie było łatwe ani piękne, ale nauczyło mnie wiele, szczególnie miłości i cierpliwości. Kiedy Pola trafiła do żłobka, myślałam, że tak właśnie wygląda rzeczywistość w wielu rodzinach. Rodzice chodzą do pracy, dzieci do szkół, przedszkoli, żłobków. Niedziele są takim czasem tylko dla nich i jest fajnie. I teoretycznie było fajnie, do czasu gdy po raz kolejny mój świat się zawalił, a ja pomyślałam, że chyba limit nieszczęść został już wyczerpany.
Po co ja to wszystko piszę? Dla kogo? Dla siebie czy dla mojego rodzeństwa? A może dla moich przyszłych dzieci? Żeby wiedziały, że życie nie zawsze jest usłane różami, a droga nie zawsze jest prosta i gładka, czasami pojawiają się na niej dziury i wielkie kamienie, które trzeba nauczyć się omijać.
Kalina weszła do domu i uśmiechnęła się, słysząc skoczną muzykę świąteczną. Magda stała przy wyspie kuchennej i rytmicznie podrygiwała w takt melodii. Gdy z ust Kozielskiej wyrwało się radosne: Giddy yap, giddy yap, giddy yap, let’s go, let’s look at the show…1, Kalina się uśmiechnęła. Uwielbiała te stare piosenki, których jej opiekunka z takim zapałem słuchała i które z równym zapałem śpiewała. Dzięki niej poznała wiele starych wersji coverów odtwarzanych współcześnie przez młodych wykonawców, czasami nawet nie miała pojęcia, że któryś z tych świątecznych przebojów powstał wiele lat temu, zanim ona czy nawet Magda pojawiły się na świecie.
Wokół unosił się zapach pieczeni, która z całą pewnością dochodziła w piekarniku.
– Mmm, ale cudnie pachnie – powiedziała dziewczyna, podchodząc do Magdy z uśmiechem.
– Pieczeń z indyka w sosie żurawinowym na specjalne życzenie Tomka.
– Ten to ma względy. – Kalina pokiwała ze śmiechem głową. – Czym sobie zasłużył na taki obiad?
– Niczym, po prostu staram się spełniać wszystkie wasze życzenia. – Magda zamieszała w misce z sałatami i posmakowała.
– A gdzie Antoś? Śpi czy…
– Młody na spacerze z panią sąsiadką. Pogoda dzisiaj piękna, bezwietrzna i temperatura na plusie, do południa było nawet trochę słońca, więc kiedy wystawiłam wózek na zewnątrz, w mgnieniu oka pojawiła się pani Ela i zapytała, czy może z nim trochę pospacerować, bo lekarz kazał jej się więcej ruszać, a wózek jest dla niej takim trochę chodzikiem, na którym może się oprzeć.
– Nie boisz się, że coś jej się stanie i…
– Kalinko, nie bądźmy przesądne. Zresztą pan Heniek do niej dołączył, tak dla asekuracji, podobno – roześmiała się Magda.
– Podobno jak się tutaj wprowadziliście, to nie mieliście ze sobą kontaktu? – Kalina skubnęła listek sałaty z miski i zawadiacko mrugnęła, widząc nieco oburzoną minę opiekunki.
– Jak się wprowadziliśmy, to oczywiście poszliśmy się z nimi przywitać i im się przedstawić, ale na tym się skończyła nasza sąsiedzka zażyłość. Dopiero w zeszłym roku, jak zapewne pamiętasz, bardziej się do siebie zbliżyliśmy, szczególnie Jasiek, który najchętniej każdy płatek śniegu natychmiast by usuwał z ich chodnika.
– Magda, pisałaś kiedyś pamiętnik? – Kalina zmieniła temat.
– Pisałam. – Kobieta się zamyśliła. – Nawet teraz piszę. Najpierw, jak mieszkałam w domu dziecka, takie pisanie pomagało mi w pokonywaniu traumy. Potem na wiele lat tego zaniechałam, do momentu…
– Śmierci waszego synka? – Kalina spojrzała w oczy Kozielskiej i posmutniała.
– Tak. Kiedy zmarł, znów potrzebowałam takiej… terapii. Potrzebowałam się przed kimś wyżalić, komuś wypłakać, a Krystian… Krystian musiał sam przepracować swój smutek, nie mogłam go jeszcze bardziej obarczać własnym. Ale dlaczego pytasz? – Magda popatrzyła na najstarszą z podopiecznych i uśmiechnęła się do niej porozumiewawczo.
– Tak pytam. – Kalina wzruszyła ramionami. – Nagle poczułam potrzebę spisania swojego życia. Nie wiem, skąd mi się to wzięło.
– To dobrze, że potrafisz z siebie wyrzucić myśli, które ci gdzieś tam z tyłu głowy zalegają.
– Dziękuję.
– Za co? – Magda zrobiła tak zaskoczoną minę, że młoda Banachówna wybuchnęła śmiechem.
– Za to, że mnie nie wyśmiałaś. Za to, że mogę z tobą porozmawiać o każdej porze dnia i nocy. Za to, że nas przygarnęliście, chociaż już tak właściwie nie musieliście, bo macie swoje…
– Stop! Stop! Stop! Nie zapędzaj się tak, dziewczyno, i ukrój po kawałku ciasta śliwkowego, a ja w tym czasie nastawię ekspres. Cappuccino? Jak zwykle?
– Cappuccino. – Kalina sięgnęła po blachę z ciastem i przygotowała dwa talerzyki, z których wesoło mrugały do niej zielone elfy.
Magda miała fioła na punkcie świąt Bożego Narodzenia. Od pierwszego grudnia dom Kozielskich zaczynał przypominać krainę Świętego Mikołaja. Najpierw na stole lądował wieniec adwentowy, oczywiście samodzielnie przygotowany przez gospodynię. Potem z każdym dniem przybywało wszelakich ozdób, do których zrobienia namawiała dzieci, ale i które sama chętnie robiła. W domu przez cały grudzień pachniało ciasteczkami i piernikami, a codzienna zastawa wylądowała na samym dnie szafki, by ustąpić miejsca świątecznej. Na talerzykach i filiżankach wdzięcznie uśmiechały się różnej maści aniołki, elfy, mikołajki, gałązki świerków czy ostrokrzewu. W tym domu naprawdę można było poczuć się jak w bajce i nie było wątpliwości, co się zbliża. Kiedyś Kalina zapytała Magdę, skąd u niej taki bzik na święta, a odpowiedź, którą usłyszała, bardzo ją wzruszyła.
W domu małej Madzi nigdy się nie przelewało, święta były skromne, chociaż uroczyście je obchodzono. Kiedy Magda trafiła do domu dziecka, święta przestały mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie. Na szczęście szybko dorosła, poznała Krystiana i on na nowo odczarował dziewczynie ten magiczny czas. Wówczas zapragnęła udowodnić sobie i światu, że to najpiękniejszy moment w roku. Zaczęła kupować ozdoby i kombinować z nich wspaniałe scenerie, które cieszyły oko zarówno jej, Krystiana jak i wszystkich znajomych, którzy ich odwiedzali. A wszelkie pochwały i zachwyty były tylko kolejną zachętą do tego, aby stworzyć coś jeszcze bardziej zjawiskowego. I tak na szerokim okiennym parapecie w pierwszych dniach grudnia stawała cudna zimowa sceneria z kamieniczkami, latarenkami i saniami, w których obok Mikołaja siedziała Królowa Śniegu. Wokół świecącym brokatem połyskiwały choinki, a na białym puchu bawiły się dzieci. Byli kolędnicy, którzy śpiewali pastorałkę, gdy ktoś nacisnął odpowiedni guzik, były gwiazdki wiszące na niebie i było wiele innych postaci kojarzących się stricte ze świętami. Zielone girlandy oplecione kolorowymi lampkami zdobiły poręcze schodów, a piękne małe stroiki znajdowały się prawie w każdym wolnym miejscu. Tak, w tym domu wyraźnie czuć było ducha zbliżających się świąt. Krystian podchodził do tej fanaberii swojej żony z lekką ironią, ale pozwalał jej na wszystko, widząc radość na jej twarzy.
– Przygotuj, proszę, stół do obiadu, bo zaraz Krystian i dzieciaki się zjawią, a jak się zapewne domyślasz, chłopcy będą bardzo głodni.
– No, zwłaszcza Jasiek, gdy poczuje zapach twojej pieczeni. – Kalina wyciągnęła z szafki talerze i zaczęła ustawiać je na stole, gdy do uszu obu kobiet doleciał przez uchylone okno wesoły szczebiot.
– Oho, widzę, że i pani Ela już wróciła ze spaceru. – Magda czule spojrzała w stronę drzwi, w których właśnie pojawiła się starsza kobieta z dzieckiem na ręku.
– Kalinko, weź go ode mnie, bo on robi się coraz cięższy – zawołała ze śmiechem, ale na jej twarzy widoczny był grymas bólu, spowodowany ciężarem ciepło ubranego niemowlaka.
– I po co pani go wyciągała z tego wózka? – Magda podbiegła do sąsiadki i szybko przejęła od niej roześmiane dziecko rumiane od grudniowego chłodu. – Wystarczyło zawołać, a któraś z nas by to zrobiła.
– Chciałam go na chwilę przytulić – szepnęła starsza pani. – To ja już pójdę, bo Heniuś czeka na mnie przed domem. Zrobiliśmy przy okazji małe zakupy, a klucze mam ja. – Sąsiadka mrugnęła zawadiacko i szybko wyszła z buchającego ciepłem wnętrza. Zanim jednak Magda przekazała synka Kalinie, żeby ta rozebrała go z kombinezonu, Elżbieta wróciła. Odwinęła szalik, żeby zaczerpnąć trochę powietrza, i ze smutkiem spojrzała na Magdę.
– Znasz ten mały sklepik z pamiątkami na rynku, dziecko?
– No, powiedzieć, że znam, to trochę za dużo, rzadko tam bywam, bo nie mam potrzeby, chociaż kupiłam u nich kilka oryginalnych ozdób świątecznych w zeszłym roku. A co z nim?
– No, smutna sprawa. Wyobraź sobie, że właścicielka złamała biodro i chyba będą musieli go zamknąć i to teraz, przed samymi świętami.
– Ale przecież ta właścicielka ma pracownicę. – Kalina zainteresowała się rozmową.
– No tak, ma, ale ta pracownica ma dom i chorego męża i nie będzie w stanie prowadzić sklepu przez cały dzień. Szkoda, bo przed świętami można było czasami u nich kupić takie cudeńka, że przyjeżdżali ludzie z okolicy, nawet z samej Gdyni.
– Ale co ma piernik do wiatraka? – zapytała dziewczyna, nie rozumiejąc, jak posiadanie rodziny może wpływać na godziny otwarcia sklepu. Przecież wiele ekspedientek ma rodziny, a jakoś funkcjonują w tych wszystkich Biedronkach, Lidlach czy innych domach handlowych.
– Ech, co ty tam wiesz o życiu, panienko. Jak można cały dzień siedzieć w sklepie, kiedy w domu czekają przedświąteczne porządki, przygotowania, pieczenie ciast i tym podobne. Ta kobieta wprawdzie nie ma sporej rodziny, ale ma niepełnosprawnego męża.
– A nie można poszukać kogoś, kto by ją na kilka godzin dziennie zastąpił? – Kalina czuła, że sprawa sklepu coraz bardziej ją interesuje, a w głowie zaczynają kiełkować różne pomysły.
– Kto ci przed świętami pójdzie na taki układ? – Elżbieta zaczęła zawiązywać szalik i powoli wycofywać się z domu sąsiadów, czując, że ciepło zaraz sprawi, że zacznie się rozpuszczać jak masło na patelni.
– Ja – powiedziała Kalina i z nadzieją spojrzała na swoją tymczasową opiekunkę.
– TY? – zapytały równocześnie Elżbieta i Magda.
– Ja! – Kalina szeroko się uśmiechnęła. – Mogłabym przychodzić po szkole, soboty i tak mam wolne, więc nie brałabym korków, tylko pomagała w tym sklepiku. – Oczami wyobraźni dziewczyna widziała już siebie przystrajającą wnętrze na wzór i podobieństwo domu Kozielskich, czuła zapach pierniczków pieczonych przez… jeszcze nie wiedziała przez kogo, no i obowiązkowo mały stolik w środku, żeby można się było napić gorącej świątecznej herbaty, takiej z plasterkami pomarańczy, imbiru, cytryny, goździkami i gwiazdkami anyżu.
– No nie wiem, musiałabym porozmawiać z Krystianem i z panią…
– Tak, tak, wiem. – Kalina się skrzywiła. – Ale obiecaj, że to przemyślisz.
Widząc zapał, jaki rozświetlał oczy dziewczyny, Magda uśmiechnęła się i pożegnawszy sąsiadkę, pomyślała, że ten pomysł, żeby Kalina kilka godzin dziennie spędzała w sklepiku z pamiątkami, nie jest taki zły. Pracownica właścicielki mogłaby trzy, cztery godziny szybciej wracać do domu, do rodziny.
Jutro tam podjadę i porozmawiam – pomyślała Magda i szybko udała się do kuchni, usłyszała bowiem głosy zbliżającego się rodzeństwa Kaliny. Swojego małego synka pozostawiła pod opieką najstarszej podopiecznej. Ufała Kalinie, wiedziała, że dziewczyna ma doświadczenie w opiece nad tak małymi dziećmi, bo przecież bardzo szybko musiała przejąć rolę matki. Zanim wyjęła z piekarnika brytfannę z mięsem, do domu jak burza wpadł Jasiek w towarzystwie Poli. Zachowywali się tak głośno, że aż mały Antoś się rozpłakał i Kalina musiała go zabrać na górę, żeby go uspokoić. Po chwili zjawił się Tomek, a za nim Krystian z torbą pełną zakupów.
– Ale ładnie pachnie – powiedział i cmoknął żonę w policzek. – Dzieciaki, marsz do łazienki i siadamy do obiadu, żeby nam żadne elfy nie sprzątnęły tych pyszności sprzed nosa – zwrócił się do młodszych dzieci, które rozlokowały się właśnie na kanapie i zaczęły sobie wyrywać pilota do telewizora.
Magda powiedziała, że fajnie pisać pamiętnik, więc myślę, że będę to robiła, bo pozwoli mi to zatrzymać na dłużej chwile.
Któregoś dnia jedna z nauczycielek weszła do klasy i wywołała mnie na korytarz, informując, że zostałam wezwana przez panią dyrektor. W pierwszej chwili pomyślałam, że któryś z chłopców narozrabiał, ale chwilę później odrzuciłam tę myśl, ponieważ moi bracia chodzili do zupełnie innej szkoły. Milion pytań kotłowało się w mojej głowie i na żadne z nich nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi. Weszłam do gabinetu dyrektorki, podświadomie czując, że nie będzie to miła rozmowa.
– Dzień dobry, Kalinko – przywitała mnie dyra z uśmiechem na twarzy, ale widziałam, że nie był on wcale szczery.
Na jednym z foteli siedziała z filiżanką kawy jakaś ładnie ubrana pani i również się przymilnie do mnie uśmiechała, chociaż od razu zauważyłam, że uśmiech był tylko na ustach – jej oczy pozostawały bardzo smutne. Może nawet trochę zatroskane, nie wiem, jak to określić.
– Kalinko, to jest pani Zofia Filewska. – Dyrektorka przedstawiła mi kobietę, jakby to była jej dobra kumpelka. – Pani Zofia jest kuratorką społeczną i chciałaby zadać ci kilka pytań.
Spojrzałam na tę kobietę i w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka. Czego ona może ode mnie chcieć? – pomyślałam. – Tata zajmuje się nami może nie wzorowo, bo musi przecież chodzić do pracy i bądź co bądź dużo spędza w niej czasu, ale jest dobrym rodzicem. Nie ma problemu z prawem, nie nadużywa alkoholu, radzi sobie jak może, mając mnie do pomocy.
– Czy macie jakąś rodzinę oprócz taty? – zapytała kobieta, brutalnie przerywając moje myśli.
– Nie, nie mamy – odpowiedziałam natychmiast. – Ale tata dobrze się nami opiekuje, radzi sobie, nie chodzimy ani głodni, ani brudni, ani żadne z nas nie ma problemów w szkole, a poza tym…
– Kalinko, ja wiem, że wasz ojciec świetnie sobie daje radę z opieką nad czwórką dzieci, ale nie o to cię pytałam. – Kobieta tym razem przerwała mój słowotok. – Pytałam, czy macie jakąś bliższą lub dalszą rodzinę oprócz taty.
– Nie! Nie mamy! – prawie krzyknęłam.
– A babcia? Podobno macie babcię.
– Babcia? – prychnęłam. – W całym swoim szesnastoletnim życiu widziałam ją może ze dwa razy. Ona nie utrzymuje z nami kontaktu, a i my nie garniemy się do niej. Jeszcze gdy żyła mama, rodzice próbowali nawiązać z nią kontakt, ale ona się na nas wypięła. I to dosłownie.
– Kalinko, proszę, nie używaj słów, które do ciebie nie pasują – zwróciła mi uwagę dyrektorka.
Spojrzałam na nią i przeprosiłam, chociaż zupełnie nie wiedziałam, co takiego ją zbulwersowało, przecież nie użyłam żadnego wulgaryzmu.
– Czy mogą mi panie powiedzieć, o co tak właściwie chodzi? Bo chyba nie o miłość do naszej babci, której prawie wcale nie znamy?
– Dobrze, to przejdźmy do sedna. Widzisz, wasz tata miał dzisiaj wypadek w pracy. I to dość poważny. Został przewieziony do szpitala w Wejherowie, gdzie jest operowany, a rokowania na szybkie wyjście do domu są raczej słabe.
Jakiś ogień zaczął pełzać od moich stóp w górę, na brzuchu dołączyła do niego ciężka metalowa obręcz i ścisnęła tak mocno, że ledwo potrafiłam złapać oddech. Potem ogień powoli zaczął zajmować górne partie mojego ciała i z tą obręczą razem chyba świetnie się bawili. Kiedy żar dotarł do mojej twarzy, coś we mnie pękło. To, że jeszcze niedawno myślałam, że wszystko, co najgorsze, już mi się w życiu przytrafiło, było po prostu jednym wielkim kłamstwem. Pani dyrektor podała mi szklankę z wodą, ale ręce tak mi się trzęsły, że prawie natychmiast się tą wodą oblałam. Poczułam ciepłą dłoń na ramieniu, a kiedy spojrzałam na twarz dyrektorki, już wiedziałam, że nie czeka mnie nic dobrego.
– Widzisz, w tej sytuacji muszę znaleźć dla was opiekę, bo jak się domyślasz, nie możemy was zostawić samych.
– Ale ja się zaopiekuję moim rodzeństwem, obiecuję, że niczego im nie zabraknie, ja umiem… – zawołałam i rozpłakałam się jak trzyletnia dziewczynka, której ktoś zabrał ulubioną lalkę.
– Niestety, problem w tym, że nie jesteś pełnoletnia i nie możesz zostać sama w domu z trójką młodszego rodzeństwa. To niemożliwe. Dlatego zapytałam cię o babcię.
– Ona ma nas w dupie, jestem pewna, że nigdy nie zgodzi się przyjechać do Pucka.
– Kalinko, błagam, panuj nad słownictwem – szepnęła dyrektorka, ale w jej głosie było więcej żalu niż złości.
– W takim razie pojedziemy teraz do waszego domu, spakujesz kilka najważniejszych rzeczy dla siebie i twojego rodzeństwa, które odbierzemy ze szkoły i przedszkola, i pojedziemy do pogotowia opiekuńczego, w którym poczekacie na dalsze decyzje. Może jednak wasza babcia okaże się osobą, która się wami zaopiekuje na czas niedyspozycji taty.
– Wątpię – chlipnęłam, ale gdzieś głęboko w sercu poczułam maleńką iskierkę nadziei. Przecież ta kobieta – moja babcia – nie może być aż tak bezduszną osobą. Każdy ma w sobie jakieś pokłady dobra i empatii. Ona zapewne też.
Pojechałam z tą panią Zofią do domu. Kiedy ona spokojnie przechadzała się po naszym skromnym, ale czystym mieszkaniu, ja pakowałam do dwóch plecaków rzeczy chłopców, a do jednej walizki swoje i mojej małej siostrzyczki. Łzy cały czas kapały mi na ręce, ale musiałam być silna. Kto jak nie ja? Przecież to tylko na chwilę. Przecież za kilka dni tata wróci do domu i znów będziemy razem. Przecież…
Udało mi się ubłagać tę kobietę, żeby pojechała ze mną do taty do szpitala. Była stanowcza i początkowo mówiła, że nie ma takiej opcji, ale wreszcie zmiękła i naginając prawo i obowiązki zawodowe, zawiozła mnie do Wejherowa. Pozwolono mi wejść dosłownie na kilka sekund. Tata był po jednej operacji, leżał nieprzytomny podłączony do jakichś rurek i urządzeń, wyglądał strasznie. Z trudem hamowałam łzy, widząc go takiego bezbronnego, bladego i milczącego. Z Wejherowa pojechałyśmy najpierw do szkoły po Tomka i Jaśka, a potem do przedszkola po Polę. Najspokojniej, jak tylko potrafiłam, wytłumaczyłam mojemu rodzeństwu, co się stało, chociaż nie było łatwo, bo Pola zaczęła tak płakać, że z trudem ją uspokoiłam.
Trafiliśmy do pogotowia opiekuńczego. Na szczęście pozwolono nam zostać razem, więc cały czas miałam moich braci i siostrę przy sobie. W głowie czułam mętlik, ale za każdym razem, gdy otwierały się drzwi pomieszczenia, w którym mieliśmy zostać na noc, wierzyłam, że stanie w nich starsza pani, uśmiechnie się do nas i powie, że jest naszą babcią, i zaopiekuje się nami. W naszym domu. W domu, w którym będziemy czekać na powrót taty. Niestety babcia nie przyjechała, a mnie i rodzeństwo zawieziono do Sopotu do domu dziecka, gdzie nas rozdzielono. Pola trafiła do sali maluchów, Tomek i Jasiek do jednego pokoju, w którym mieszkali już jacyś chłopcy, a ja do innego. Na szczęście prawie cały czas mogliśmy przebywać razem w świetlicy. Starałam się jak najczęściej być blisko Poli, bo wiedziałam, jak bardzo jest wystraszona i jak bardzo mnie teraz potrzebuje. Wieczorami za zgodą pani dyrektor siadałam przy jej łóżku i opowiadałam jej o mamie, bo tego najbardziej lubiła słuchać. Zasypiała z fotografią mamy w rączce. Kiedy jej oddech stawał się miarowy i spokojny, wyciągałam jej to zdjęcie i kładłam pod poduszkę, żeby rano, gdy się obudzi, mogła mamie powiedzieć „dzień dobry”, tak jak robiła to w domu. Tomek dość szybko zaakceptował sytuację, ale Jasiek ciągle pytał, czy wiadomo, kiedy tata wyjdzie ze szpitala. A ja? Ja niczego nie wiedziałam, bo nie wolno mi było jeździć do Wejherowa. Kilka dni nie chodziliśmy do szkół ani do przedszkola, ale w końcu któregoś ranka przyjechał jakiś bus i zawiózł nas do placówek. To było daleko i widziałam, że panu kierowcy jest nie na rękę tam jeździć.
Pewnego dnia znów stało się coś strasznego. Pękła jakaś rura na ostatnim piętrze i zanim personel bidula zorientował się w skutkach tej katastrofy, było już zalanych kilka pokoi, w tym chłopców i sala maluchów. Poprzenoszono łóżka i rzeczy dzieciaków do innych pomieszczeń i zrobiło się naprawdę tłoczno. Kilkoro dzieci wyjechało, podobno do innych placówek, ale te, które zostały, i tak nie czuły komfortu mieszkania na kupie, jeżeli pobyt w bidulu można w ogóle nazwać komfortem. Ale wiem, że były to dzieci, które wolały mieszkać w domu dziecka niż w swoim rodzinnym, gdzie istniała wielka patologia. I ja je w pełni rozumiałam. Ale my przecież mieliśmy mieszkanie i moglibyśmy wrócić do domu, ja wszystkim bym się zajęła. To co, że miałam dopiero szesnaście lat. Mentalnie i psychicznie byłam dojrzalsza niż wiele kobiet dużo ode mnie starszych.
W pogotowiu opiekuńczym byli dla nas bardzo mili, jedna z pań dokładnie wytłumaczyła mi, w jakiej jesteśmy sytuacji, chociaż ja już o tym wiedziałam, bo to nie był nasz pierwszy pobyt w tym miejscu. Ale napiszę tutaj o tym, może kiedyś Pola lub któryś z moich braci będzie chciał się więcej dowiedzieć, wspominając naszą dramatyczną przeszłość. Cieszę się, że są takie miejsca, chociaż czy nam ono było potrzebne? Cały czas uważam, że dałabym sobie radę w opiece nad młodszym rodzeństwem, ale wiadomo, prawo to prawo.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
