Skazana - Teri Terry - ebook
Opis

Prequel wyróżnionej licznymi nagrodami trylogii Zresetowana autorstwa Teri Terry, królowej thrillera dla nastolatków! Jestem tylko dziewczyną, jedną dziewczyną. Co mogę zrobić? Spokojne domowe życie Sam, córki wicepremiera, najwyraźniej nie potrwa już długo. Czasy są burzliwe. Rząd zamknął granice, narastają gwałtowne protesty. Władza o stwarzanie problemów obwinia młodzież i coraz bardziej zaostrza skierowane przeciwko niej rygory. Z odgórnego rozkazu zostają zablokowane telefony komórkowe, zakazuje się jakichkolwiek zebrań i brutalnie tłamsi wszelkie przejawy opozycyjnego myślenia. Sam żyje rozdarta między lojalnością względem rodziny a poczuciem tego, co uważa za właściwe. Kiedy poznaje Avę i Lucasa, przestaje się wahać. Jedna dziewczyna, jeden wybór. Skoro jej decyzja może mieć znaczenie, powinna ją podjąć. Mimo że życie Sam wisi na włosku, a serce krwawi… Pulsujący od emocji thriller, pełen sekretów i świeżo ujawnionych faktów, które rzucają nowe światło na uhonorowaną nagrodami trylogię Zresetowana.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 413

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

FATED

Text copyright © Teri Terry, 2019

First published in Great Britain in 2019 by The Watts Publishing Group

The right of Teri Terry to be identified as the author of this work has been asserted by her in accordance with the Copyright, Designs and Patents Act, 1998.

Wszystkie postaci i zdarzenia w niniejszej powieści za wyjątkiem tych, które należą do domeny publicznej, są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, jest całkowicie przypadkowe.

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Debit, Młody Book

Copyright © 2019 for the Polish translation by Patrycja Zarawska under exclusive license to Wydawnictwo Debit, Młody Book

Redakcja: Ewa Kosiba

Korekta: Marta Stasińska, Ewa Ambroch

Zdjęcia wykorzystane w projekcie okładki: Shutterstock

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A jeśli ją kopiujesz, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

ISBN 978-83-8057-350-5

Wydawnictwo Debit Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1

40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

email:[email protected]

www.mlodybook.com.pl

www.facebook.com/BookMlody

www.instagram.com/mlodybook

E – wydanie 2019

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Do Czytelników wszędzie pod słońcem,którzy mają nadzieję na lepszy świat i marzą o nim:jest przecież Wasz. Sprawcie, żeby taki był.

Część 1: Chaos

Porządek jest sztuczny, narzucony przez rząd:

natura dąży do chaosu!

Komu ufasz?

A4A,

publiczny manifest

W ludzkiej naturze leży zarówno tworzenie, jak i niszczenie.

Ale pozwólmy wrogom przewrócić świat, a potem,

gdy już zabraknie im sił, wkroczmy, by uratować sytuację.

Na nich spadnie wina za chaos, dla nas będzie uznanie.

Poza tym to oszczędza energię.

posłanka opozycji Astrid Connor,

osobisty dziennik

1.Sam

Utknęliśmy jak w pułapce. Od nienawiści i furii dzieli nas tylko cienkie szkło i nieco stali. Strach chwyta mnie od środka za brzuch, tłamsi oddech w płucach.

Tato mówi coś do kierowcy, rzuca mu polecenia ostrym tonem, każe nas stąd zabrać, nic jednak nie da się zrobić – zostaliśmy otoczeni.

Wokół widać wykrzywione wściekłością twarze, słychać obsceniczne wrzaski. Czyjaś ręka rozbija cegłę o okno przy moim siedzeniu i ze mnie też wyrywa się krzyk, ale na szczęście szyba wytrzymuje – jest kuloodporna. Chyba nie da się jej rozbić, co? A jeśli ktoś będzie w nią walił i walił?

Teraz samochód się kołysze. Tamci napierają na niego z wszystkich stron, huśtają coraz mocniej.

Zbliżają się syreny; ludzie wokół nas zaczynają się odsuwać i uciekać. Nadbiegają policjanci ze sprzętem do tłumienia zamieszek, tworzą mur z tarcz i pałek, a te ostatnie idą w ruch. Obraz się zamazuje: tłum i krew.

Obok mojego okna pada na ziemię jakaś dziewczyna, a ludzie po prostu przechodzą – zaraz ktoś ją stratuje, zrani. Wyciągam się w stronę szyby, ale tracę dziewczynę z oczu.

– N a   d ó ł,  Samantho – upomina mnie tato.

Piszczą nasze opony. Kierowcy jakoś udaje się zawrócić, najeżdża przy tym na chodnik, przepycha wóz przez rozwrzeszczaną ciżbę.

Wytaczamy się z powrotem na drogę i pędzimy – tak szybko, jak to możliwe na zatłoczonych londyńskich ulicach, którymi każdy, tak jak my, próbuje uciec jak najdalej od tego, co się dzieje.

Tato rozmawia przez telefon; koniecznie chce wiedzieć, jak to się stało, że wpadliśmy w ten tłum bez ostrzeżenia. Kończy rozmowę.

– Samantha? – mówi do mnie. – Potrzebują mnie już teraz. Będziesz musiała pojechać ze mną.

Przez całą drogę mamy zielone światło – czy robią to specjalnie dla nas? Kiedy jesteśmy już pod pałacem Westminsterskim, strażnicy rozsuwają nowe bramy w wysokich ogrodzeniach, którymi chronione są teraz gmachy parlamentu, i wjeżdżamy na dziedziniec. Drzwi się otwierają i pośpiesznie wysiadamy z wozu, ciasno otoczeni ochroną – przypominam sobie, że to tryb alarmowy, ogłaszają go, kiedy zagrożenie jest wysokie – i zaraz wchodzimy po schodach do środka.

Tatę szybko dokądś zabierają, a ja zostaję w holu, mrugając oszołomiona, sparaliżowana zdumieniem. Mam dziwne wrażenie, jakby czas przesuwał się nie w tę stronę albo jakbym się znajdowała poza nim, patrzyła na scenę rozgrywającą się w przyśpieszonym tempie, ale nie brała w niej udziału. Jakbym wciąż siedziała unieruchomiona w samochodzie w środku szalejących zamieszek.

Mojego ramienia dotyka czyjaś chłodna dłoń. To Astrid Connor – posłanka z partii opozycji, minister czegoś tam w gabinecie cieni. Jej córka chodzi do mojej szkoły, stąd ją znam.

– Samantho, kochanie. W porządku? To musiało być straszne. – Jej usta wykrzywiają się w czymś, co pewnie miało być dodającym otuchy uśmiechem, ale jakoś nie bardzo wyszło.

Przełykam ślinę, niepewna, co powiedzieć.

– Czy mogę iść do domu? – pytam w końcu, nie mogąc ścierpieć własnego głosu: cichutkiego, słabego.

– Nie wiem. Trzeba sprawdzić zabezpieczenia. Zobaczę, czy ktoś mógłby cię odwieźć. – Rozgląda się, po czym gestem przywołuje asystentkę, która pośpiesznie podchodzi. – Idź, napij się herbaty, a ja dopilnuję, żeby ktoś po ciebie przyszedł, gdy tylko się da.

Asystentka zabiera mnie do kawiarni, sadza przy stoliku i przynosi kubek herbaty. Chwytam go obiema rękami, żeby nie rozlać napoju, tak mi się trzęsą dłonie.

Na ścianie wisi telewizor. BBC pokazuje sceny z miejsca, w którym dopiero co byliśmy – nazywają to  i n c y d e n t e m.  Lubią to słowo. Widząc teraz na ekranie tamte zdarzenia – napierający tłum, nasz samochód o mało nie przewrócony przez ludzi – czuję, jakbym znowu tam była, jakby to się działo na nowo. Dziwaczne wrażenie – jakbym się przyglądała scenie spoza własnego ciała.

Potem dodają, że samochód wicepremiera Gregory’ego utknął w tłumie protestujących, z wicepremierem i jego córką w środku. Na ekranie pojawia się nasze zdjęcie. Stare, zrobione w czasie wyborów jakiś rok temu – miałam wtedy czternaście lat i nienawidziłam sukienki, w którą kazali mi się ubrać. Mama powiedziała, że niebieski materiał będzie mi pasował do oczu, ale przez ten kolor i przez to, że moje blade blond włosy ułożono w ciasne loczki, wyglądałam znacznie młodziej. Tato przybrał minę poważnego polityka. Wtedy ta mina była czymś, co mógł założyć i zdjąć, kiedy tylko chciał, teraz jednak wydaje się raczej, że jest już przymocowana na stałe, nieusuwalna jak pasma siwizny na skroniach, które z każdym  i n c y d e n t e m  wspinają się coraz wyżej.

Odliczam wolno w głowie od momentu, gdy wspomniano o nas w wiadomościach. „Jeden, dwa, trzy, cztery…” Zaczyna się. Wibruje komórka – SMS.

„Wporzo, Sam?”

„Tak”.

„Co się stało?”

„Oglądasz wiadomości! Tak samo, tylko głośniej”.

„Gdzie jesteś?”

„Zawlekli mnie do WM na herbatę”.

„Sfilmowałaś coś?”

„Miałam co innego do roboty”.

„A co u ciebie? Szkoła dzisiaj zamknięta – trzymaj kciuki, żeby pociągnęło do jutra”.

„Tak. Tak!!!”

„Co widziałaś? Bałaś się?”

Zastanawiam się przez moment. W jednej chwili jechaliśmy drogą, tato miał mnie wysadzić pod szkołą, a zaraz potem – no… rozpętało się piekło. Moja pamięć odtwarza skłębione obrazy: pełne nienawiści twarze, krzyki, cegła rzucona w okno, potem policjanci i krew. Przerażona mina dziewczyny, która zniknęła pod stopami tłumu tuż przy moim oknie.

Kłamię w odpowiedzi:

„Nic nie widziałam”.

SMS-y przychodzą nieustannie: od koleżanek ze szkoły, od nauczycielki plastyki, kuzynostwa, nawet od Sandy, córeczki przywódcy opozycji – od wszystkich krewnych i znajomych królika. Większość to wariacje na temat: „Wszystko w porządku? Nic ci nie jest?”. Odpowiadam: „Tak. W porządku”, „Nic mi nie jest” – i to chyba prawda. Przynajmniej… w sensie cielesnym; szyba się nie stłukła. A gdyby prysła? Ale wytrzymała. Jednak tak naprawdę  n i e  jest ze mną w porządku.

Kiedy tak odpowiadam na pytania i na słowa dodające otuchy, wciąż czekam na telefon albo SMS, który nie przychodzi, aż w końcu nie mogę się powstrzymać i wysyłam własny: „Cześć, mamo, nic mi nie jest. Dzięki, że nie pytasz”.

Nie ma odpowiedzi.

2.Ava

Z ulgą zajmuję swoje ulubione miejsce – tę jedną jedyną ławkę w Kensington Gardens. Nowo wzniesione ogrodzenia ochraniające pałac przesłaniają widok w drugą stronę, ale z tej ławki ich nie widać. Poza tym na tyle daleko stąd do więdnących późnym latem kwiatów i głównych alejek, że rzadko ktoś się tutaj zapuszcza.

Późnowrześniowe słońce ogrzewa mi ramiona; trawa ma ten idealny odcień zieleni, który można otrzymać tylko w wyniku pielęgnacji. Wietrzyk jest delikatny, syreny odległe. Mogę prawie udawać, że nie istnieją, chociaż gdyby nie one, byłabym teraz w szkole.

W Londynie zawsze w tle rozpościera się piękno. Jest wyrazistsze niż gdzie indziej, rysuje się z ostrością. Kiedyś przeszywało mi to serce do głębi, teraz jednak wzbraniam się przed takimi myślami. Pora zablokować wrażenia ze świata i otworzyć książki. Zatonąć w słowach – moim kolejnym ulubionym miejscu.

Ale kiedy próbuję, zaczynają tańczyć na kartce i to nie ból – stary czy nowy – rozprasza mnie w tej chwili; to coś zupełnie innego. Poddaję się w końcu, zamykam podręczniki. Kładę się na ławce z podciągniętymi kolanami, plecy i ramiona z przyjemnością rozciągają się na ciepłym drewnie, które czuję przez cienką sukienkę. Zamykam oczy; słońce świeci mi w twarz, ale i tak drżę.

Czemu to musi być ona?

I tak nie mogłabym odmówić. Mimo pełnego stypendium, które dostaję, zawsze są dodatkowe koszty chodzenia do tej szkoły. Mój tato nie jest w stanie brać więcej dodatkowych zmian, niż już bierze. Muszę dawać korepetycje tej dziewczynie, nie mam innego wyboru.

Ale dlaczego to musi być  o n a?

3.Sam

Po trzech kubkach westminsterskiej herbaty, dwóch czekoladowych batonikach i nieskończonej liczbie biuletynów informacyjnych pojawia się wreszcie asystentka i oznajmia, że niedługo będę mogła iść do domu. Rysowałam sobie na papierowych serwetkach pożyczonym długopisem (bo moje rzeczy zostały w samochodzie). Starałam się uchwycić poranne obrazy. Nie zachowały mi się jednak żywo w pamięci – nie są wystarczająco realistyczne. To, co się działo, było przerażające, pozbawione sensu i gwałtowne, lecz realne. Nie da się tego zetrzeć ani zatuszować.

Asystentka zerka mi przez ramię.

– Wow – mówi. – Wspaniale rysujesz.

Kiedy przychodzi po mnie kierowca, mnę wszystkie rysunki i wrzucam je do pierwszego z brzegu kosza na śmieci.

Późnym wieczorem siedzę na łóżku ze szkicownikiem i ołówkiem i znów próbuję narysować to, co widziałam: przywołuję obrazy z pamięci, nie z telewizora. Z jakiegoś powodu to nie to samo, jak gdyby pośredniczący w przekazie reporter i kamera stanowili coś w rodzaju filtru – przypomina to celowe zamazanie postaci w wiadomościach, stosowane po to, żeby nikt nie rozpoznał sprawców. Teraz żałuję, że jednak nie wyjęłam komórki z kieszeni i sama nie pstryknęłam kilku fotek ani nie zrobiłam filmu.

Następnym razem, gdy utknę w środku zamieszek, postaram się o tym pamiętać.

Ktoś puka do moich drzwi.

– Tak?

Do mojego pokoju zagląda tato.

– Zobaczyłem światło przez szparę. Samantho, jest późno. Nie powinnaś już spać?

Wzruszam ramionami, więc wchodzi, widzi rozłożone na łóżku rysunki. Przysuwa sobie krzesło od biurka, siada koło łóżka i bierze mnie za rękę. Od dawna już nie zagląda do mojego pokoju, żeby powiedzieć „dobranoc”, a przedtem, przed wyborami, robił to co wieczór. Wiem, że nie przypadkiem zobaczył światło w szparze. W tak dużym domu nie mógł po prostu przechodzić obok, musiał specjalnie zrobić sobie wycieczkę.

– Przykro mi, że nie mogłem zostać z tobą dziś rano – mówi. – Jak się czujesz? W porządku?

Po raz pierwszy odpowiadam zgodnie z prawdą:

– Nie. Nie za bardzo.

– Ja też. Ale nie mów nikomu.

– Widzi się różne rzeczy w telewizji, ale być tam na miejscu… – Zawieszam się, zbita z tropu.

– Wiem. To co innego.

– O co chodziło? To znaczy, słyszałam, co mówili w wiadomościach, że protestowano w związku z warunkami mieszkaniowymi, zatrudnieniem i takie tam. Ale ci ludzi byli tacy  w ś c i e k l i.

– Rozumiem, że na początku było spokojnie, ale zawsze się znajdzie element, który wszystko przekręci i wykorzysta zbiorowisko do własnych celów.

– Kto tym razem?

– Śledztwo…

– Trwa. Tak, mówili o tym w wiadomościach. Ale co ty o tym myślisz?

– Wiesz, że nie wolno mi swobodnie rozmawiać…

– Ja to nie media i mam prawo wiedzieć. Dlaczego nas wzięli na cel? – Wreszcie zadaję pytanie, którego tak się boję.

Jego twarz łagodnieje.

– Nie sądzę, żeby chodziło o nas. Zobaczyli rządowy samochód, to wszystko. Znaleźliśmy się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu. A teraz pora, żebyś się położyła spać. Muszę wracać do pracy.

– Nie powinieneś też się przespać?

Uśmiecha się.

– Niedługo się kładę. Mam jeszcze parę nudnych spraw do załatwienia. I nie martw się: urząd bezpieczeństwa wzmacnia nadzór dróg, nic podobnego już się więcej nie zdarzy.

Ale za każdym razem, kiedy do czegoś dojdzie albo prawie dojdzie, ci z bezpieczeństwa zaostrzają środki – tu coś zwiększają, tam wzmacniają ochronę. Co jednak z wypadkami, do których jeszcze nie doszło? Nikt o nich do tej pory nie pomyślał?

Dawniej, kiedy tato powiedział: „Nie martw się”, to się nie martwiłam. Byłam przekonana, że on wszystko może. Dziwacznie się czuję z tym, że już tak nie myślę, co więcej:  w i e m,  że to nieprawda. Świat się przesuwa, zmienia wokół nas – nic już nie jest całkiem bezpieczne ani pewne. Londyn stoi na ruchomych piaskach.

– Gdzie jest mama?

– Została u swojej siostry. To rozsądne, nie byłoby sensu pchać się dziś wieczorem przez miasto. Dobrze. Co zrobisz, kiedy zamknę drzwi?

– Idę spać.

– Cieszę się. – Zbiera moje rysunki, kładzie je na biurku i rusza w stronę drzwi. – Chyba było coś jeszcze… – Jego wzrok na chwilę traci ostrość, po czym tato kiwa głową. – A, tak. Chciałem ci to powiedzieć w samochodzie dziś rano, ale wypadki nas wyprzedziły. Martwię się o twoje wyniki w szkole w związku z tym, ile masz zaległości.

Przewracam oczami. Serio? Po tym, co się dzisiaj zdarzyło – musimy o tym rozmawiać?

– Nie patrz tak na mnie. Wiesz, że egzaminy końcowe są ważne. Kazałem asystentce zapytać dyrektorkę twojej szkoły o sugestie. W szóstej klasie jest jakaś dziewczyna, która daje korepetycje. Spotkałabyś się z nią dziś po lekcjach, gdyby nie zamknięto szkoły. Spodziewam się, że przeniosą to na jutro.

– Co? Jutro? Ale mam inne plany. Kto to jest?

Wzrusza ramionami. Nawet jeśli znał jej nazwisko, już zapomniał. Włącza lampkę nocną, po czym gasi górne światło i zamyka za sobą drzwi.

Przynajmniej mam teraz jeszcze o kim myśleć. Naprawdę nie mogę uwierzyć, że tato nie uzgodnił tego ze mną.

Kto to może być?

4.Ava

Śpiewa łagodnym głosem.

Sov, du lilla videung,än så är det vinter…

Melodia brzmi znajomo, ciepło, jej ramiona otulają mnie jak mięciutka kołdra. Owijam się nią ciaśniej, czuję się jak w przytulnym wełnianym gniazdku, a do tego jeszcze ten maminy zapach, jakaś mieszanka kwiatowych perfum z aromatem kuchennych przypraw. Jej długie włosy miękko opadają na mój policzek.

…sov, du lilla vide,än så är det vinter…

Nie znam wszystkich słów. Zakazano mi się ich uczyć, ale coś z tej pradawnej pieśni i tak przesącza się do mojej świadomości. I wiem, że tacie by się to nie podobało; gdyby ją usłyszał, kazałby zaraz przestać. Mama zgadza się z tym, że skoro obecnie obowiązują prawa English-only, to lepiej, żebym nie znała słów, ale jej głos i tak czasami samorzutnie przechodzi na szwedzki, kiedy taty nie ma w pobliżu.

…Solskensöga ser dig,solskensfamn dig vaggar

Wtem pieśń się kończy i wszystko się zmienia.

Moją czaszką wstrząsają szorstkie dźwięki. Ogarnia mnie strach, a potem smutek; teraz znam słowa, ale przyciskam sobie ręce mocno do uszu.

Nieważne, co robię, i tak wciąż je słyszę.

Nie ma jej, a ja wrzeszczę, żeby to się skończyło.

Siłą otwieram oczy. Serce mi wali o żebra w ciemności. Sięgam do stojącej przy łóżku lampki nocnej, zapominając, że nie ma żarówki – najnowszy punkt na liście niedostatków. W oddali słychać syreny, zbliżają się; możliwe, że to ten dźwięk wdarł się do mojego snu i zmienił go. A ja chciałabym wrócić do początku – w ramiona mamy.

Złoszczę się sama na siebie.

Nie ma jej,  o d e s z ł a.  Ile to już? Sześć lat?

Pogódź się z tym.

Do syren dołącza nowy dźwięk: mój budzik. Czas wstawać do szkoły.

Wychodząc, zatrzymuję się przy rozstawionych na stole szachach. Tato zrobił następny ruch i jest to zarówno interesująca rzecz do rozważenia, jak i jedyny ślad tego, że w ogóle był w domu, podczas gdy ja spałam.

Kiedy dostrzegam rozwiązanie, okazuje się oczywiste: goniec przesuwa się o dwa pola, żeby jednocześnie zablokować atak i zaszachować króla. Najwyraźniej tato jest zmęczony. Przesuwam figurę i zmieniam chorągiewkę z boku, aby dać znać, że zrobiłam ruch.

Wibruje mój telefon, przychodzi SMS – tato.

„Jesteś już za drzwiami?” *sroga buźka*

Uśmiecham się i przestępuję próg, po czym przerzucam książki do drugiej ręki, żeby zamknąć za sobą drzwi. Dopiero teraz odpowiadam.

„Tak, oczywiście”.

„Uważaj na siebie. Idź dłuższą drogą”.

Wsuwam komórkę do kieszeni; mogę udawać, że nie zauważyłam tej wiadomości albo że już jestem w drodze i za późno na zmianę trasy. Wtem telefon znów pika i nie mogę się oprzeć – zerkam.

„Wiem, że dostałaś mojego esa. Mam magiczne moce supertatuśka, pamiętasz?”

Wzdycham.

„Tak! Okej, pójdę dłuższą drogą”.

Wkrótce już wcale nie jestem pewna, czy dłuższa trasa to lepszy wybór od krótszej. Idę szybko, żeby się nie spóźnić, ale też aby jak najszybciej mieć drogę za sobą. Bezdomni znaleźli sobie kolejną ulicę, i nie chodzi o jedną czy dwie osoby, które zagubiły się w życiu, lecz o całe rodziny. Tato kazałby mi na nich nie patrzeć, powiedziałby, że kontakt wzrokowy może być niebezpieczny. Jak jednak mogę nie widzieć dzieci tulących się do siebie we śnie w kartonowych pudłach?

Wczorajsze słońce pozostało tylko wspomnieniem. Dzisiaj jest chłodno, wilgotno. Niedługo zima wyciągnie do nas swoje lodowate palce, a ci z nas, którzy chodzą szybko, w większości odwracają oczy, jak tato wymagałby ode mnie.

Lecz kiedyś tak nie było. Ci, którzy pędzą do pracy czy do szkoły, nie odwracają wzroku z poczucia winy – dlatego że mają więcej, że nie pomagają. Nie, nie chodzi o winę, tylko o s t r a c h:  to mogłem być ja. Pewnego dnia to może spotkać mnie.

Dostrzec w tych nieszczęśnikach ludzi, to jak przyznać się do własnego lęku.

5.Sam

Następnego dnia zajęcia w szkole odbywają się już normalnie, a ja wolałabym, żeby stało za tym coś więcej niż zwyczajne powody.

W samochodzie w drodze do szkoły czuję się nieswojo; nic na to nie poradzę. Może nie pomaga, że tato wyszedł z domu wcześniej i jestem sama. Powiedział, że wczoraj to nie my byliśmy celem, ale w takim razie czemu nie jedziemy razem? Gdyby tu był, przynajmniej mogłabym go o to zapytać.

Nic się jednak nie dzieje i kiedy szkolna brama otwiera się, żeby nas wpuścić, rozluźnia się w końcu węzeł, który mam w środku. Brama zamyka się za nami, zanim druga zacznie się otwierać.

Kierowca, otwierając mi drzwi wozu, uchyla czapki na powitanie. To ten sam co wczoraj – ten, który się przepychał przez tłum ludzi, może niewystarczająco wolno, by wszyscy zdążyli się odsunąć spod kół. Wzdrygam się wewnętrznie, ale nie daję tego po sobie poznać. W porannych wiadomościach mówili, że dwóch policjantów odniosło rany, i nic poza tym, a z tego, co widziałam, nie było szans, żeby wszyscy protestujący rozeszli się bez obrażeń.

Idę tam, gdzie zawsze przed dzwonkiem – pod salę plastyki. Po drodze mija mnie grupka szóstoklasistek – nie chodzą w mundurkach, tych koszmarnych ciemnych żakietach i spódnicach, które musi nosić cała reszta uczennic – i zastanawiam się, czy jest wśród nich korepetytorka, którą naraił mi tato. Mogłabym niby przypadkiem zapomnieć o tej sprawie.

– Sam, czekaj! – To Anji. Dogania mnie, wsuwa mi rękę pod ramię. – Wszystko w porządku?

– Jasne. Ale nie pogardziłabym jeszcze jednym dniem wolnym.

Spogląda na mnie ze współczuciem.

– Pewnie w tych okolicznościach mogłabyś jeszcze zostać w domu?

– Nie ma szans. Powaga. – Przewracam oczami.

Pod ścianą opierają się o grzejnik Ruth i Charlize. W tych starych budynkach zawsze panuje ziąb – nawet jeżeli na zewnątrz świeci słońce, tu jego promienie nie docierają.

– Kiedy następnym razem wpadniesz w zamieszki, zrób coś, żeby zaognić sytuację – mówi Charlize. – Przydałoby się więcej wolnego. – Mruga do mnie łobuzersko.

Wiem, że nie ma na myśli nic złego, ale wciąż czuję się nieswojo po dzisiejszej przejażdżce. No i po niespokojnej nocy.

– Więc kołysanie samochodem i walenie cegłami w okna to dla ciebie za mało? Wolałabyś, żeby szyba pękła?

Zaokrąglone oczy i krępująca cisza – taką dostaję odpowiedź. Czy chciałabym cofnąć swoje słowa? Nie, niezupełnie: chcę cofnąć  c z a s.  Sprawić, żeby to się nigdy nie wydarzyło.

– Dlaczego ludzie tak się zachowują? – Ruth przerywa ciszę pytaniem, które w nocy nie dawało mi spać. No właśnie:  d l a c z e g o?

– Mój tato mówi, że to pewnie Eurasy – odzywa się Charlize. – Trzeba ich było  w s z y s t k i c h  wykopać przed zamknięciem granic. I wciąż jeszcze można to zrobić, gdyby tylko rząd miał jaja.

Patrzy na mnie tak, jakbym miała tu decydujący głos. Pewnie powinnam przytaknąć, ale gdy się zastanawiam nad odpowiedzią, pojawiają się inne koleżanki z klasy. Szybko się upewniają, że mam swój zwykły zestaw rąk i nóg, po czym rozmowa schodzi na ważniejszy temat: przyjęcie urodzinowe Charlize. Niedługo kończy szesnaście lat i omawianie imprezy – catering, ubranie solenizantki, stroje wszystkich gości, plany co do zaproszonych chłopaków – trwa aż do dzwonka.

Pierwszy jest angielski. Na ogół nie mam  n i c  przeciw literaturze pięknej, dziś jednak mój umysł dryfuje… A tak poważnie, co Romeo i Julia mają wspólnego z moim życiem, skoro jestem uczennicą żeńskiej szkoły średniej? No i byli takimi idiotami. Żeby umierać dla chłopaka, którego ledwie się zna? Wydaje mi się to co najmniej niemożliwe. Nauczycielka najwyraźniej zauważa, że gapię się tępo w okno, ale nie wywołuje mnie do odpowiedzi. Może dzisiaj mam taryfę ulgową.

Odzywa się dzwonek i anglistka prosi, żebym chwilę została. Więc pewnie myliłam się co do taryfy.

– Tak, proszę pani? – zwracam się do nauczycielki.

Czeka, aż pozostałe dziewczyny wyjdą z sali i zamkną się za nimi drzwi.

– Jak się czujesz, Samantho?

Naprawdę chce wiedzieć, czy to taka nauczycielska nawijka?

– W porządku – odpowiadam, stawiając na ogólniki.

– Chciałabyś o czymś porozmawiać? – Potrząsam głową. – Omówienie problemu zawsze pomaga, gdy trzeba się z nim uporać. Musisz się skupiać na lekcjach, szczególnie w tym roku. „Bla, bla, bla, egzaminy, bla, bla, bla…”

Kiwam głową i udaję, że zależy mi na egzaminach, żeby się stąd wydostać, zanim mi stuknie dwudziestka.

Na drugiej lekcji mamy plastykę. Znajduję swoją pracę z zeszłego tygodnia, rozkładam ją. Malujemy martwą naturę. Tydzień temu nawet miska owoców sprawiała, że zatracałam się w malowaniu, starając się jak najlepiej oddać kolorystykę i perspektywę.

– Proszę pani! – odzywa się Charlize.

– Tak? – Pani Jenson zwraca się do niej z rezygnacją na twarzy.

– Kiedy dostaniemy do malowania coś bardziej interesującego?

– Co masz na myśli?

– Rysunek z natury.

– Rozumiem.

– Wie pani, rysowanie  m o d e l i.  Nie modelek.

W sali rozlegają się chichoty.

Nauczycielka udaje, że rozważa prośbę, po czym bierze brzoskwinię z zapasu rezerwowych owoców.

– Posługuj się wyobraźnią, Charlize.

– Ależ, proszę pani! – Teraz Charlize udaje oburzenie.

Chichotów jest coraz więcej.

– Wszystko w swoim czasie, Charlize. Opanuj światło, perspektywę, cieniowanie, kolory,  p o t e m  porozmawiamy o rysunku z natury.

– Nie powiedziała „nie” – szepcze Charlize do mnie i do Ruth.

– Łudź się, łudź – prycha Ruth.

Kiedy pani Jenson pod koniec lekcji robi rundę po klasie, zatrzymuje się obok mojej ławki.

– Dobra robota, Sam – chwali mnie z uznaniem.

Sama widzę, że nie najgorzej oddałam to, co moje oczy rejestrowały na stole. Ale to tylko  k o p i a,  nic, co żyłoby własnym życiem. Nie da się tego jabłka ugryźć.

Ani rzucić nim w kogoś.

Nie nadaje się ani do jedzenia, ani jako broń, więc po co tyle zachodu?

6.Ava

Myślałam już, że nie przyjdzie, miałam zrezygnować i iść sobie – pewnie trochę za szybko, ale jestem zdenerwowana albo coś w tym stylu. Nieznośne uczucie.

Lecz oto jest, widzę ją przez przeszklone drzwi. A z nią wicedyrektorka. Eskortuje ją, pilnuje, żeby się stawiła? Otwiera drzwi, popycha lekko dziewczynę do środka.

– Dzień dobry, Avo. Znacie się?

Samantha potrząsa głową, ale ja  j ą  znam. Każdy ją zna.

– Samantho, to jest Ava Nicholls. Jedna z naszych najlepszych uczennic z szóstej klasy! – Z nauczycielki aż bije zdumienie i czekam, żeby dodała coś w rodzaju: „To zadziwiające jak na uczennicę ze stypendium, zwłaszcza z j e j  pochodzeniem”.

Słyszałam to już, wygłaszane do nowych uczennic, jakby mnie przy tym nie było, w znaczeniu: „Jeżeli ona może, wyobraź sobie, co ty osiągniesz!”. Ale tym razem pani wicedyrektor pozostawia te słowa niewypowiedziane.

– A t o  jest Samantha Gregory. – Wygłasza to tak, jakby prezentowała bezcenne dzieło sztuki.

– Mam na imię Sam – przedstawia się dziewczyna, przestępując z nogi na nogę.

Kiwam głową, uśmiecham się lekko.

– Cześć, Sam.

– Cóż, zostawię was teraz. Samantho, postaraj się wykorzystać ten czas jak najlepiej – przykazuje wicedyrektorka.

Sam przewraca oczami, gdy tamta nie patrzy. Kiedy za nauczycielką zamykają się drzwi, dziewczyna zaczyna chodzić po sali korepetycyjnej. Wodzi wzrokiem po książkach na półkach, po rozłożonych na stołach przyborach; dotyka ich, ignoruje mnie. Porusza się jak kotka: nie jest zbyt wysoka, a każdy jej ruch odbywa się płynnie, precyzyjnie.

– Może lepiej, żebyś usiadła? – zagaduję.

Wzdycha, potem siada przy stole naprzeciwko mnie z łokciami na blacie i głową opartą na rękach.

– Czego się spodziewasz po naszych lekcjach? – pytam.

– Szybkiego wyjścia?

Unoszę brew, a Sam nagle wygląda na zakłopotaną. Prostuje się na krześle, krzyżuje ramiona.

– Przepraszam, nie bierz tego do siebie. Po prostu to nie był mój pomysł i mam inne plany. Jestem pewna, że ty też wolałabyś robić coś innego.

– Możliwe, ale potrzebuję pieniędzy.

Teraz ma zaintrygowaną minę, jakby potrzeba pieniędzy była czymś dziwnym.

– Ile ci płacą?

– Standardową stawkę minimalną dla siedemnastolatków: dwadzieścia funtów za godzinę.

– No to może zapłacę ci dwadzieścia pięć za godzinę, żebyś  u d a w a ł a,  że mnie uczysz, i odfajkowywała, co trzeba. To niezła okazja, nie? Dostaniesz łącznie czterdzieści pięć funtów za godzinę, nie namęczysz się i będziesz miała trochę wolnego.

Udaję, że rozważam ofertę, a tymczasem staram się ukryć szok. Więc ma tyle pieniędzy, że mogłaby mi zapłacić ot tak? I może jakaś cząstka mnie odczuwa pokusę – ale raczej, by się stąd wydostać, niż żeby przyjąć dodatkowe pieniądze, choćby nie wiedzieć, jak bardzo by się przydały.

Potrząsam głową.

– Prosisz mnie o oszustwo. Tego nie mogę zrobić. Poza tym przypuszczalnie wylaliby mnie, gdybym została przyłapana.

– Cholera. Bałam się, że to powiesz.

– Posłuchaj, oni chcą tylko tyle, żebyś lepiej wypadła na egzaminach. Nie zależy ci na wynikach?

Sam wzrusza ramionami. Spuszcza głowę i włosy jej opadają, przesłaniając oczy. Czy taki blady jasny blond może być naturalny? Wątpliwe, ale nie widać ciemnych odrostów. Odsuwa włosy, patrzy na mnie.

– Właściwie nie chodzi o to, że mi nie zależy. Tylko że nie wydaje się to takie ważne.

– Co w takim razie jest ważne? – Jestem autentycznie ciekawa, co może być ważne dla kogoś takiego jak ona.

Waha się, jakby szukała odpowiedzi, patrzy mi w oczy. Potem jednak odwraca wzrok i potrząsa głową.

– Słuchaj, jeśli musimy przez to przejść, miejmy już sprawę za sobą. Dobra?

– Oczywiście. – Otwieram teczki, które dostałam od jej nauczycieli. – Kazano mi popracować nad wszystkimi twoimi przedmiotami. Oprócz plastyki.

– A ja miałam nadzieję, że namaluję miskę owoców.

– W tym bym ci nie pomogła. Możesz wybrać, od czego zaczniemy.

Przegląda teczki i wskazuje tę, w której jest najmniej materiału.

– Matematyka – mówi.

Wkrótce staje się jasne, że dobrze sobie radzi, tak jak powiedział jej nauczyciel – jeśli się tylko postara. Może nigdy nie wyciągnie na szóstki, ale powinna mieć znacznie lepsze stopnie niż te, które dostaje.

Ale dlaczego miałaby się starać? Ma wszystko. Jeżeli nie znajdzie pracy, nie grozi jej nocowanie w kartonowym pudle.

7.Sam

Ledwie przestąpiłam próg swojej sypialni, rozlega się ciche pukanie do drzwi. Otwierają się: mama. Wygląda… niesamowicie: satynowa niebieska suknia, jasne włosy (jak moje) upięte, pełny makijaż, na powiekach cienie, które nie powinny pasować do jej oczu i włosów, a jednak…

– Kochanie – mówi i wyciąga ręce, po czym przysuwa mnie do siebie. – Uważaj na moją twarz! – Wymieniamy całusy w powietrzu.

– Cześć, mamo. Dotarłaś w końcu do domu?

– Tak. O, ta przerażająca wczorajsza sprawa! Jak to przeżyłaś, w porządku?

– W porządku. – Pewnie lepiej późno niż wcale. – Trochę się…

– Gdzie byłaś? Dzwoniłam do ciebie.

– Ee… w szkole? Wiesz, to takie miejsce, do którego każą ci chodzić, póki nie skończysz osiemnastki. I uczyć się różnych głupot.

– Nie bądź bezczelna. Dlaczego wracasz tak późno, akurat dzisiaj? Wieczorem idziemy na dobroczynną kolację do Tate, pamiętasz?

– Uczyłam się z korepetytorką do egzaminów. Tato to ustawił. Zapomniałam włączyć z powrotem telefon, kiedy skończyłam. Przepraszam.

Potrząsa niecierpliwie głową.

– Co on sobie myśli? Teraz musisz się naprawdę pośpieszyć. Kazałam Penny, żeby ci przygotowała ubrania. Francesco czeka, chce ci ułożyć włosy i zrobić makijaż. Biedak wychodzi z siebie, tak mało czasu zostało. Za dwadzieścia minut podjeżdża nasz samochód.

– Nie spałam za dobrze w nocy, jestem wykończona. Nie mogłabyś mnie usprawiedliwić?

– Nie, Samantho. Kochanie,  m u s i s z  pamiętać, jakie mamy szczęście; to ważna impreza charytatywna, nie może nas na niej zabraknąć. I szczególnie zależy mi na twojej obecności, skoro tato jest na swoich spotkaniach. Ubieraj się, ale już. A potem pędź do mojej garderoby, do Francesca.

Wychodzi zamaszyście z pokoju, a ja opieram się o drzwi. Na moim łóżku rzeczywiście leży suknia. Bladoniebieska, prawie lustrzane odbicie maminej, tylko krótsza i nie aż tak wycięta. Nie pamiętam, żebym ją wcześniej widziała.

Wciskam się w nią: pasuje, ale na styk. Wzięli ze mnie miarę u krawca, który ubiera mamę. Żółta karteczka w głowie: iść tam i kazać się zmierzyć na nowo.

N i e n a w i d z ę  obcisłych ciuchów. Przez jakąś nanosekundę zastanawiam się, czy przejdą gołe nogi, ale nie ma szans – sukienka jest na to za krótka. I jeszcze dopasowane buty. O Boże, co to ma być: cztery cale? Kolejna noc na szpilkach.

Ktoś delikatnie puka do drzwi. Tym razem do pokoju zagląda Penny – przyszła, żeby mnie popędzić.

– Wyglądasz przepięknie – zapewnia.

Wychodząc z sypialni, zerkam do lustra. Sukienka jest śliczna, ale nie będę mogła nic w niej zjeść; w tych butach nie przebiegnę ani kroku. Francesco zrobi coś szybko z moimi włosami i twarzą i może rzeczywiście całość wyjdzie pięknie, ale to nie jest prawdziwe. Tak samo fałszywe, jak ten uśmiech, który będę dziś mieć na twarzy.

Mamy dzisiaj podwójną ochronę – samochody konwojują nas i z przodu, i z tyłu. Nie wyglądają jak typowe wozy rządowe. Czy oni naprawdę myślą, że nikt ich nie rozpozna, bo nie mają rządowych tablic rejestracyjnych? Trzy nowe lśniące limuzyny z przyciemnianymi tylnymi szybami jadące jedna za drugą – hmm.

Czuję się nieswojo, gdy wyjeżdżamy poza bramę domu, ale na drodze nie ma dużego ruchu i mkniemy do celu bez  i n c y d e n t u.  Powinniśmy być nawet „na czas”, jak w maminym języku określa się dwudziestominutowe spóźnienie.

Wreszcie docieramy na miejsce i przetaczamy się przez bramy bezpieczeństwa, po czym ochrona pomaga nam wysiąść z wozu i trzyma nad nami parasole, bo zaczyna padać. W oczy raz po raz błyskają nam flesze – prasa oczywiście czyni swoją powinność. Nic dziwnego, że mama chciała, żebym z nią przyjechała.

W środku jak zwykle czeka szereg ważnych ludzi, którym trzeba uścisnąć rękę; jednych znam, innych nie. Dzisiejsza impreza charytatywna to nowa inicjatywa galerii Tate, wspierająca obiecujących młodych artystów. Niektórzy z nich tu są, wyróżniają się w tłumie, ale we właściwy sposób – interesujące fryzury i ubiór – wciągnięci w rozmowy przez pełne uwielbienia kobiety i podekscytowane dziewczęta. Przewracam oczami; mama pewnie to zauważa, bo dźga mnie palcem pod żebro. Domyślam się, że o artystów płci żeńskiej było trudno, albo może komitet dobroczynny – same przyjaciółki mamy – bardziej się interesował innymi atrybutami.

Jest tutaj Charlize ze swoimi rodzicami. Przemyca dla nas lampkę szampana i wyciąga mnie z sali na balkon. Kilka łyków bąbelkowego napoju i zaczyna mi szumieć w głowie, ale za to uśmiech przychodzi łatwiej.

– Widziałaś, co Stella ma na sobie? – zagaduje. – O mój Boże. A poznałaś tego Lucasa jakiegoś-tam? Przyszedł z jednym z artystów. Ciacho z niego, nie?

– Hm, dzięki – odzywa się za nami czyjś głos.

Odwracamy się jak na komendę. Nietrudno się domyślić, że osoba, która stoi za nami i śmieje się, to właśnie Lucas.

Charlize oblewa się interesującym odcieniem szkarłatu, co widać nawet mimo makijażu.

Potrząsam głową.

– Charlize, złamałaś pierwszą zasadę plotkowania. Zawsze się rozejrzyj,  z a n i m  zaczniesz o kimś mówić.

Chłopak szczerzy się w uśmiechu i rzeczywiście – ciacho z niego. Przynajmniej widzę, że Charlize miała rację. Jest wysoki, ma przydługie, faliste ciemne włosy i brązowe oczy o ciepłym odcieniu.

– Kim jesteś? – zwraca się do mnie.

– Sam. A ty to pewnie Lucas jakiś-tam.

– We własnej osobie. Mój wujek Gil jest jednym z artystów; to z nim przyszedłem.

– Sam też jest artystką – wtrąca Charlize; najwyraźniej zdążyła odzyskać mowę.

Kręcę głową.

– Wcale nie! Po prostu czasami trochę rysuję.

– I maluje.

– Macie jeszcze ochotę na szampana? – pyta Lucas.

Ja znów kręcę głową, a Charlize doprasza się drinka, więc chłopak rusza do środka.

– Flirtuje z tobą! – zauważa moja przyjaciółka. – Zrobię ci przysługę, łap okazję.

Zanim zdążę zaprotestować, Lucas wraca już z dwoma kieliszkami.

– Sorki – bąka Charlize. – Właśnie sobie przypomniałam, że obiecałam… em… coś zrobić. – I już jej nie ma.

Z głośnym pacnięciem kładę sobie rękę na czole, potrząsam głową.

– To był totalnie jej pomysł, nie mój.

– Kurczę. – Chłopak znowu uśmiecha się szeroko i podaje mi jeden kieliszek. – Szkoda byłoby zmarnować.

Nie wiem, czemu to robię, ale biorę od niego szkło i pociągam łyczek. „Tylko łyczek, nie więcej” – przyrzekam sobie.

– Jak ci się udało dostać tu dzisiaj z wujkiem?

– Też trochę maluję, więc zabrał mnie z sobą jako osobę towarzyszącą.

– Ile masz lat?

– Szesnaście. Zawsze zadajesz tyle pytań?

– Nie. Właściwie nigdy. To pewnie przez bąbelki. – Ze zmarszczonymi brwiami spoglądam na drinka, po czym pociągam jeszcze łyczek, tak żeby się upewnić.

– A ty?

– Co?

– Ile masz lat?

– Prawie szesnaście.

– Często chodzisz na takie imprezy?

– No i kto teraz zadaje dużo pytań? Tylko kiedy mama mnie zmusi.

Lucas parska śmiechem.

– Co?

– Wujek może mnie i zaprosił, ale to mama mnie zmusiła, żebym tu dziś przyszedł. Obyśmy jakoś przetrwali.

Unosi swój kieliszek i trąca nim o mój, a wtedy muszę wypić jeszcze łyczek, prawda? To przecież toast. Niegrzecznie byłoby odmówić.

Znów zerkam ze zdziwieniem na drinka.

– Mój kieliszek w tajemniczy sposób opustoszał.

– Jeszcze jeden?

– NIE. Nie ma mowy.

Kątem oka łowię przez przeszklone drzwi jakiś ruch w sali.

– O-ou. Zdaje się, że wszyscy idą na kolację.

– Możemy usiąść obok siebie?

Potrząsam głową.

– Na pewno miejsca są poprzydzielane. Ja muszę siedzieć przy najnudniejszym stole na świecie.

– Fajnie się z tobą rozmawiało, Sam – mówi Lucas, a ja jakoś nie umiem nic powiedzieć, tylko uśmiecham się do niego.

Wewnątrz znajduję mamę i nasz nudny stół obsadzony ważniakami. Lucas wylądował w połowie sali – siedzi zwrócony do mnie plecami i… och, teraz widzę. Jest przy tym samym stole co Charlize i gdy patrzę, jak rozmawiają, robi mi się dziwnie od środka – trudno określić to uczucie. Albo uznała, że gość jest do wzięcia i zostanie kolejną pozycją na jej liście szalonych miłości, albo postanowiła odbić punkty i będzie mu teraz w nieskończoność opowiadać niefajne szczególiki na mój temat.

Przynajmniej to drugie jest bardziej prawdopodobne. Miło się z nim rozmawiało – przy bąbelkach – i dla mnie przygoda się na tym skończy.

Na wypadek, gdyby Charlize dostała niezwykłego u niej napadu wyrzutów sumienia, piszę do niej pod stołem esa: „Jest cały twój, złotko”.

Kolacja wygląda na smaczną, mimo że jest dziwacznie, artystycznie podana. Właściwie jestem tak głodna, że zjadłabym cokolwiek, ale i tak już nie mogę oddychać, siedząc w tej sukience. Chichoczę w duchu; prasa miałaby używanie, gdybym najdosłowniej w świecie pękła w szwach. Po kilku kęsach pierwszego dania robi mi się niedobrze i nie nakładam sobie nic więcej na talerz.

Wreszcie pora wracać do domu. Sunąc w stronę wyjścia, a potem do samochodu, zaliczamy mnóstwo całusów w powietrzu. Widzę, że Lucas stoi na uboczu; kiwa mi głową, uśmiecha się.

Znowu błyskają flesze. Ktoś otwiera nam drzwi wozu, a gdy się zamykają za nami, z ulgą zdejmuję buty. Potem otulam się szalem i rozpinam sobie ukradkiem kilka guzików na plecach. Mama zauważa to i potrząsa głową.

Rozpieram się na siedzeniu, zamykam oczy. W głowie mi łupie od nadmiaru szampana i niedostatku jedzenia. Umieram z głodu, więc zaczynam fantazjować o tym, co znajdę do jedzenia, kiedy się w domu zakradnę do kuchni.

Prawie odpływam w sen, gdy włącza się interkom kierowcy.

– Mamy przed sobą wypadek i korek, musimy nadłożyć drogi. Ochrona sprawdziła objazd, jest bezpieczny, tyle że może być trochę… kolorowo.

– I co jeszcze? – wzdycha mama.

Otwieram oczy. Kolorowo? Cokolwiek to oznacza, chcę zobaczyć.

Początkowo okolica wygląda jak każda inna, ale stopniowo ulice stają się coraz węższe, a sklepy mniejsze – niektóre mają powybijane albo zabite deskami okna. Pod ścianami piętrzą się sterty śmieci. Gdzieniegdzie na murach widać wymalowane symbole: „A4A” czy jakoś tak? Ledwie mogę cokolwiek rozeznać. Obok nabazgrano slogany, ale jedziemy za szybko, żebym je odczytała. Na jednym rogu stoi grupka ludzi – popijają coś schowanego w papierowej torbie. Patrzą na nasze samochody z mieszaniną zaciekawienia i pogardy.

Kolejny zakręt. Ludzie kulą się w wejściach do budynków, leżą. Czy oni tu  ś p i ą,  na ulicy? Oczy otwierają mi się szeroko.

Zatrzymujemy się na czerwonym świetle.

Jakaś kobieta wstaje i podchodzi do moich drzwi, puka w okno. Szyba jest typu weneckiego lustra, więc ja widzę kobietę, lecz ona mnie nie. Na ręku trzyma małe dziecko, drugie kurczowo czepia się jej nogi.

– Proszę. Pomóżcie mi wykarmić dzieci – mówi. – Proszę!

Maluch na jej rękach ma półprzymknięte oczy. Cała trójka jest przeraźliwie chuda – skóra i kości. Jestem wstrząśnięta, niedobrze mi, nie mogę uwierzyć w to, na co patrzę.

– Mamo?

Nie odpowiada.

– Mamo! – Odwracam się do niej, ale jej twarz nic nie wyraża, oczy są utkwione w pustce gdzieś z przodu. – Nie widzisz ich? Czy możemy coś zrobić?

Światła zmieniają się na zielone i ruszamy.

8.Ava

Sam jest już na miejscu, gdy wchodzę do pokoju korepetycyjnego. Na wpół leży na stole z głową wspartą na ramionach. Oczy ma zamknięte.

Otwieram i zamykam drzwi jeszcze raz, głośniej.

Podskakuje na krześle, prostuje się. Ziewa. Jest blada, pod oczami ma lekko fioletowe kręgi.

– W porządku? – pytam.

– Hmm? Tak. Po prostu jestem zmęczona i trochę mnie boli głowa. Nie spałam za dużo tej nocy.

– Widziałam zdjęcia w gazecie. Kolacja charytatywna?

– Coś w tym stylu.

– Czy to znaczy, że nie ruszyłaś nic z zadania domowego?

– Mhm. Nie moja wina. Nie chciałam tam iść.

– Bez względu na to, czyja wina, na jutro masz wypracowanie z angielskiego, prawda? Zajmijmy się nim w pierwszej kolejności. A potem zadania z pracy zaliczeniowej z nauk ścisłych, też na jutro.

– Nieeeee – jęczy. – To za dużo. Tylko jeden przedmiot, potem muszę sobie zrobić przerwę.

– Może krótką.

– Zróbmy tak: odwalimy trochę tego nudziarstwa, a potem narysujemy się nawzajem.

Jestem zaskoczona, ale słyszałam, że naprawdę ma zdolności plastyczne – albo może to przesadzone plotki, zważywszy na to, kim jest moja uczennica.

– W ogóle nie umiem rysować – zastrzegam, jednak jestem ciekawa, jak mnie sportretuje.

– W takim razie możesz chociaż spróbować, a ja dam ci parę wskazówek. Wtedy ja też cię czegoś nauczę.

Waham się. Nie jestem pewna, czy pochwalono by mnie, gdybym część czasu przeznaczonego na naukę poświęciła na coś innego, ale może dzięki temu przekonam ją do zadań domowych?

– Dobrze – zgadzam się. – Ale dopiero, gdy  s k o ń c z y s z  wypracowanie z angielskiego.

Otwieram teczkę, a Sam w tym czasie krztusi się ze śmiechu.

– Serio? Mam napisać sonet miłosny o Romeo z punktu widzenia Julii. Oboje byli stuknięci. Żaden chłopak nie jest wart, żeby za niego umrzeć. A miłość od pierwszego wejrzenia to naciągana bzdura.

Jestem zaskoczona, słysząc z jej ust takie rzeczy. Większość dziewcząt w tej szkole zazwyczaj marzy o takim czy innym chłopaku.

– Można by pomyśleć, że tak mówisz, bo nie spotkałaś jeszcze tego właściwego.

– Kolejny mit:  t e n  właściwy. Tak jakby na całym świecie była tylko jedna osoba odpowiednia dla każdego z nas. Ciężko byłoby ją znaleźć, nie? Szanse są pewnie bliskie zera, więc po co w ogóle próbować.

– Nie musisz w to wierzyć. Po prostu  u d a w a j,  że jesteś Julią, właśnie zobaczyłaś Romea i wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia. Wystarczy.

– I zrób z tego sonet.

– To tylko czternaście linijek. Może by pomogło, gdybyś udawała, że go chcesz narysować?

Sam przechyla głowę na bok, zastanawia się.

– Masz na myśli, żeby zrobić sonet, tak jakby rysować słowami?

– Czemu nie?

Patrzy na puste strony w zeszycie, po czym sięga po długopis.

9.Sam

Tak wiele w moim życiu to pozory. Wyrobiłam się w udawaniu kogoś, kim podobno mam być, i idzie mi tak dobrze, że zatraciłam swoje prawdziwe ja.

Próbuję się wczuć w rolę Julii, wyobrażam sobie jej uczucia, a potem zaczynam niemal równocześnie: na jednej stronie zeszytu rysować, na drugiej pisać. To rzeczywiście pomaga, gdy słowa jakoś się wiążą z rysunkiem. Ava przygląda się, podsuwa pomysły, kiedy zdarzy mi się utknąć, przypomina o rymach, które muszą wystąpić w sonecie według określonego schematu.

Dotyka mojego portretu Romea, gdy jest już gotowy. Trochę przypomina Lucasa, ale nadałam mu tak idealne rysy, że stał się niemal odpychający. Czy nauczycielka zauważy kpinę? A Ava?

– To karykatura – mówi. Załapała, jestem zadowolona.

– Zrobione, pora na przerwę – stwierdzam i w tym momencie gasną światła. Bez ostrzeżenia, bez mrugania, po prostu w jednej sekundzie pokój jest jasno oświetlony, a w drugiej ciemny. W tej małej salce nie ma okien, a drzwi są zamknięte, siedzimy więc w egipskich ciemnościach.

Ogarnia mnie panika – automatyczna i głupia – serce przyśpiesza, żołądek się kurczy, nerwowo gmeram w kieszeni, szukając telefonu. Wyjmuję go i włączam latarkę. W jej słabym blasku zaczynam oddychać swobodniej.

– Co się dzieje? – pyta Ava.

– Może wywaliło korki?

Otwieram drzwi i wyglądam na ciemny korytarz. Nikogo tam nie ma. Wracam do pokoju korepetycyjnego. Ava tymczasem przeszła bocznymi drzwiami do sąsiedniego pomieszczenia, z oknem.

– To nie tylko w szkole – oznajmia. – Wszystko dokoła zgasło.

Sprawdzam poziom baterii w komórce. Zapomniałam ją wczoraj podładować, zostało tylko jedenaście procent. Na jak długo wystarczy? Te stare budynki nie mają zbyt wielu okien; chcę się wydostać na zewnątrz –  t e r a z,  już, na powietrze, do światła.

– To chyba znak, że pora kończyć na dziś – mówię.

– Zgoda – potwierdza Ava.

Zbieramy rzeczy, po czym idziemy szybko wąskim korytarzem, mając jako jedyną wskazówkę wąską smugę światła z mojego telefonu. Otwieramy drzwi i wychodzimy na dziedziniec między budynkami. Z innych wyjść też wysypują się ludzie: nauczyciele, kilka uczennic, które z jakichś powodów zostały po lekcjach w szkole. Kierujemy się w stronę biur i głównego wyjścia, ale zanim tam docieramy, wychodzi do nas wicedyrektorka.

– Poproszono nas, abyśmy zatrzymali wszystkich na miejscu – oznajmia i zanim zdąży dopowiedzieć zdanie, odzywają się syreny, nie bardzo daleko.

– Co się dzieje? – pyta jedna z nauczycielek. Po głosie można poznać, że się domyśla odpowiedzi i wicedyrektorka posyła jej znaczące spojrzenie.

– Na pewno wszystko jest w porządku. Może to dlatego, że porobiły się korki, skoro wysiadły światła drogowe? Dowiemy się tego. Póki co albo zostańcie tu na dziedzińcu, albo idźcie do biblioteki. Woźna i dozorca zaczęli już sprawdzać budynki, zbierzemy tam wszystkich.

Pozostali ruszają do środka, zmierzają do biblioteki, lecz ja podchodzę do ławki przy wejściu – chcę zostać na zewnątrz, w świetle dziennym. Ava się waha.

– Idź z nimi, jeśli chcesz – mówię.

Siada jednak ze mną, a ja jednocześnie odczuwam ulgę, że nie będę sama, i rozdrażnienie z powodu tego uczucia.

– Skończyłaś zadanie z angielskiego – odzywa się Ava. – Umowa to umowa. Możemy rysować tutaj? Ale nie jestem w tym dobra, nie obraź się przez moje bazgroły.

– Nie obrażę się – zapewniam. Wyjmuję ołówki i szkicownik, który mam zawsze w szkolnej torbie, wyrywam kilka kartek i podaję je Avie. Mając jakieś zajęcie, przestanę myśleć o czasie. Ile minut zostało nam przy dziennym świetle? Słońce już wisi nisko na niebie.

– Nie wiem, jak zacząć. – Ava jest bezradna.

– Spróbuj z jedną rzeczą, powiedzmy, z puklem włosów. To nie musi być cała twarz. Skup się na tym szczególe: możesz go oddać jak najwierniej albo zmienić, jeśli twoje wewnętrzne oko artystki postrzega go inaczej.

– Nie jestem pewna, czy mam takie! Ale spróbuję.

Wpatruje się teraz we mnie uważnie z ołówkiem w ręce. Opuszcza wzrok na kartkę i zaczyna szkicować, znowu podnosi oczy. Ja wciąż się przyglądam jej twarzy, studiuję proporcje. Jest… raczej charakterystyczna niż ładna. Rysuje oko. Wysokie kości policzkowe: ma dobrze zarysowany kościec. Dość szeroko rozstawione oczy, długie rzęsy, lecz ani śladu makijażu, któremu by to zawdzięczała. Jej ciemne, proste włosy są zatknięte za lewe ucho, a z prawej strony opadają do przodu, sięgając niżej ramion. Patrzy z uwagą, zawsze – w każdym momencie w pełni skupia się na tym, co robi. By uchwycić jej osobowość, to właśnie muszę pokazać na kartce. Ołówek na papier – zaczynam.

Wczoraj skłamałam. Wprawdzie nie rozmawiałyśmy z sobą do tej pory, ale wiedziałam, kim ona jest, i dziś nie pierwszy raz ją rysuję. W morzu wymalowanych twarzy i starannie ułożonych fryzur w tej szkole jakoś się wyróżnia. Byłam tak zaskoczona, kiedy mnie powleczono na korepetycje i zastałam właśnie ją, że musiałam się wziąć w garść, zanim usiadłam. Ava ma w sobie coś, co już wcześniej próbowałam uchwycić i niezupełnie mi się udało. Teraz, kiedy siedzi przede mną, jestem zdeterminowana.

Nie udziela się na szkolnej scenie towarzyskiej i nie ma bliskich przyjaciół, których bym zauważyła. Trzyma się na osobności, nie należy do żadnej z paczek. Jest całkiem wyizolowana. Czy nie czuje się przez to samotna? Nie wygląda na osamotnioną. Raczej wydaje się… niezależna, jakby reszta uczennic nie liczyła się dla niej za bardzo albo nawet nie była godna uwagi. I najwyraźniej nikt nie czyni z niej obiektu typowych wrednych złośliwości, mimo że Ava pobiera stypendium i ubiera się, no, nie najlepiej. Nasza szkoła potrafi być pod tym względem bezlitosna; takie uczennice, jak Charlize czy Ruth mają garderoby wielkości zwykłych domów. Gdybym się ubierała jak Ava, zaraz by mnie rozszarpano; skończyłabym w gazetach wysoko na liście najgorzej ubranych dziewczyn. Ciekawi mnie, z nutką tęsknej melancholii: jak ona daje sobie z tym radę?

Wiem, że przestała rysować, że czeka na mnie, aż skończę. Wychyla się, żeby zerknąć, ale odsuwam szkicownik.

– Jeszcze nie!

Siada więc z powrotem prosto, a ja dopracowuję jej oczy, rozcieram nieco ciemne linie…

Tak się na tym skupiam, że kiedy odchrząkuje, aż podskakuję.

– Widzisz jeszcze, co robisz? – pyta.

Zdążyło się prawie ściemnić, a ja nawet tego nie zauważyłam. Moje lęki szybko ponownie wkraczają na scenę. W otaczających nas budynkach nie zaświeciły się lampy, ale przez okno biblioteki widać mrugające światełka. Pewnie zapalili świeczki czy coś.

– Chodźmy do środka – mówię i zamykam szkicownik.

– Mogę zobaczyć?

Waham się, wolałabym najpierw dopieścić portret. Gram więc na czas.

– Dobrze, ale później. Tu jest za ciemno, a tam w środku pewnie wszyscy by się na nas gapili. Nie chcę tego.

– W porządku. Jedną chwilę. Zanim wejdziemy, najpierw zadzwonię do taty.

Wyciąga z torby telefon, prawie zupełny antyk – aż dziw, że w ogóle działa. Ale Ava wita się z kimś, mówi, że wciąż jest w szkole i że wysiadł prąd. Potem słucha, żegna się. A kiedy zwraca się do mnie, oczy ma rozszerzone.

– Tato mówi, że duży obszar Londynu jest objęty zakazem opuszczania budynków.

– Pracuje w policji?

Ava potrząsa głową, waha się.

– Jest taksówkarzem.

Wypowiada to niemal jak wyzwanie, jakby czekała, że zareaguję. Nie wiedziałam o tym i jestem pewna, że gdyby ktokolwiek w szkole wiedział, wieść by się rozniosła – nawet jeśli plotki nie interesują się Avą, czegoś takiego raczej by nie przepuszczono. Czy właśnie zdradziła mi coś, czego zazwyczaj nie mówi?

– Tato zawsze wie, co się dzieje i gdzie – dodaje.

Wyjmuję swoją komórkę – była wyciszona. Są nieodebrane telefony od asystentki taty, jeden od niego samego oraz jego SMS: „Jesteś jeszcze w szkole? Zostań tam”.

Wybieram numer.

10.Ava

W bibliotece blask świec pada na zdenerwowane twarze. Sam kieruje się jak najdalej od mrocznych obrzeży, idzie do mrugającego światła, w sam środek kręgu ludzi. Jej oczy śmigają na boki ku ciemnym zakamarkom, jakby się bała tego, co może się czaić wśród cieni.