Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Na terenie Warszawy działa grupa przestępcza zajmująca się handlem ludźmi. Podkomisarz Irena Adamczuk od półtora roku próbuje rozpracować jej struktury. Gdy naczelnik daje jej zaledwie dwa tygodnie na osiągnięcie przełomu, przyszłość policjantki w wydziale kryminalnym staje pod znakiem zapytania.
Wtedy na korytarzu komisariatu spotyka przerażoną Martę. Dziewczyna jest przekonana, że ktoś chce ją zabić. Brak namacalnych dowodów sprawia, że nikt nie traktuje jej słów poważnie. Podkomisarz wie, że ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebuje, jest kolejna sprawa, szczególnie taka, w którą sama nie potrafi uwierzyć. Mimo to decyduje się jej pomóc. Tymczasem w prowadzonym od miesięcy dochodzeniu pojawia się nowy trop, który może zmienić wszystko.
Czy dziewczynie naprawdę grozi niebezpieczeństwo? Czy źródła jej lęku należy szukać w tajemniczej przeszłości, którą skrywa? I czy Irena zdoła rozbić siatkę handlarzy kobietami, zanim zostanie odsunięta od śledztwa?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 318
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Mojej ukochanej żonie i ukochanym córkom - za miłość, wsparcie i nieustanne inspirowanie mnie każdego dnia
.
Prolog
Chciała krzyczeć.
Dać upust przerażeniu i panice, które narastały w niej od chwili, gdy została tu zamknięta. Nie mogła jednak wydać z siebie nawet najcichszego pisku, wiedziała, że wtedy ją usłyszy. Jej dłonie były związane w nadgarstkach jednym sznurkiem, przeplecionym przez drugi. Stopy miała zmarznięte od siedzenia na zimnych płytkach, a na sobie tylko T-shirt i dżinsowe spodnie, niezmieniane od kilku dni. Pomieszczenie, w którym ją przetrzymywano, było piwnicą obłożoną jasnymi, małymi kafelkami. W rogu stało kilka pustych szaf przywierconych do ścian.
Piwnica miała małe okienka tuż przy suficie, jak zsypy na węgiel, które wpuszczały do środka mdłe światło. Grube kraty przyspawano do framug tak, by nikt nie zdołał uciec. Rzucały grube cienie, tworząc szachownicę na podłodze i ścianach. Przetrzymywał ją tu od dwóch dni, a mimo to przez każdą godzinę, każdą minutę i każdą sekundę karmiła się nadzieją, że ktoś jej szuka. Że lada moment pojawi się policja, a ona usłyszy, że już jest bezpieczna. Że nic jej nie grozi. Niczego nie pragnęła teraz tak jak tych słów.
Porywacz jednak nic nie mówił, o nic nie poprosił, nie odpowiadał na pytania. Po prostu wchodził, napełniał miskę z jedzeniem, wymieniał tę służącą za toaletę i wychodził.
W ściany wkręcono ogromne metalowe koła, a do nich przyczepiono łańcuchy zakończone stalowymi linkami. Jeden punkt wyposażono w skórzany pas, taki, jakim wiąże się nadgarstki w zakładach psychiatrycznych; był wyraźnie splamiony starą, wyschniętą krwią.
Tęskniła za rodzicami i siostrą. Nawiedzające ją myśli o tym, że pewnie tu umrze, skłaniały ją do refleksji, że była dla nich zbyt surowa. Oddałaby teraz wszystko, by móc ich przeprosić, choćby za minutę na wypowiedzenie ostatnich, pożegnalnych słów. W takiej chwili przychodzą myśli o tym, jak błahe tak naprawdę są nasze spory i problemy codziennego życia, wszystkie zmartwienia, którym wagę nadajemy tylko my. Zrozumienie tego przychodzi, niestety, gdy już jest za późno.
Pociągnęła nosem, po czym spojrzała na węzły. Nagle coś przyszło jej do głowy. Przyłożyła prawy nadgarstek tuż przy wiązaniu do drugiego sznurka. Palcami wsunęła linę pod spód wiązania, na wysokości żył. Była mocno ściśnięta, tarła miękką skórę do bólu, ale przeszła. Potem naciągnęła sznur tak, by przed jej dłonią utworzył się okrąg. Wsunęła w niego dłoń i pociągnęła do siebie, żeby wydostał się spod nadgarstka.
Była wolna.
Otworzyła szeroko oczy, jakby sama nie mogła uwierzyć, że naprawdę się udało. Sznur wysunął się spod tego przymocowanego do ściany. Ręce nadal miała ze sobą związane, ale była wolna. Wstała, by poszukać drogi ucieczki. Okienka znajdowały się zbyt wysoko. Nie mogła zobaczyć, gdzie jest ani tym bardziej marzyć o ucieczce tą drogą. Musiała przejść przez dom.
Zdrętwiałe mięśnie zaprotestowały natychmiast, kolana zadrżały. Musiała oprzeć się o ścianę, żeby nie upaść. Kiedy w końcu zrobiła pierwszy krok, serce zaczęło jej bić tak głośno, że była pewna, iż słychać je w całym domu. Wiedziała, że musi się wziąć w garść, to była jej jedyna szansa na ocalenie swojego życia. Żółć podeszła jej do gardła i z trudem przełknęła ślinę, wzięła wdech, następnie ruszyła do starych drzwi i nacisnęła zimną klamkę. Otworzyły się bez oporu.
Czuła, jakby strach wpił jej w trzewia szponiaste palce, zacisnął pięść, szarpnął i zakręcił.
Za drzwiami znajdował się wąski korytarz wyłożony tymi samymi białymi płytkami co piwnica. Po prawej dostrzegła garaż. Stało w nim stare auto z matową czerwoną karoserią i oponami oblepionymi liśćmi. Po lewej zobaczyła dwie inne piwnice. Jedna miała drzwi lekko uchylone, druga była zamknięta ciężkimi metalowymi wrotami. Obok znajdowały się schody prowadzące na górę, również wyłożone zimnymi płytkami. Pod nimi ustawiono dużą lodówkę, która buczała głośno.
Wtedy usłyszała dźwięk dobiegający z góry. Kroki.
Porywacz był w domu.
Dziewczyna wstrzymała oddech i cofnęła się pod drzwi, dociskając dłoń do ust, żeby nie wydać żadnego dźwięku. Chciała usiąść w rogu i płakać, ale musiała znaleźć w sobie odwagę. Wiedziała, że jeżeli tu zostanie, umrze. Zakradła się w stronę ciemnego garażu, a każdy krok stawiała tak ostrożnie, że właściwie sunęła po podłodze, ciągle opierając się dłonią o zimne ściany. Stary garaż pachniał olejem i smarem. Mijając stojący w nim samochód, zajrzała przez uchylone okno. Kluczy nie było w stacyjce, a auto okazało się zamknięte. Poszła dalej i zobaczyła tłuste plamy benzyny ciągnące się spod baku. Czuła jej ostry zapach.
Podeszła do drewnianych drzwi garażowych i pociągnęła za klamkę powoli i cicho, by nie przyciągać uwagi porywacza, ale były zamknięte. Złapała za wajchę, jak w zwolnionym tempie wysunęła ją z metalowego ucha i bardzo powoli pociągnęła w górę. Słyszała pisk i skrzypienie starej konstrukcji. Gdy rygiel wysunął się z dziury w betonie, drzwi garażowe ustąpiły, a świeże powietrze otuliło jej skórę.
Chwyciła drzwi i zamarła, nasłuchując. Nie słyszała już kroków. Bała się odwrócić, sparaliżowana myślą, że porywacz może stać tuż za nią. Napięcie rosło, serce przyspieszało, a adrenalina pędziła w żyłach jak szalona. Kiedy w końcu odważyła się zerknąć za siebie, nikogo tam nie było. Tylko porzucony samochód, oświetlony bladą poświatą z małego okienka, i pusty korytarz. Przez kilka sekund panowała taka cisza, że słyszała własną krew pulsującą w uszach. Dopiero gdy dźwięki na górze powróciły, wysunęła się na zewnątrz.
Chłodne powietrze uderzyło ją w twarz zapachem mokrej ziemi. Był wczesny poranek. Mgła wisiała nisko, tuż nad rosą. Dziewczyna stała przy starym domu z czasów PRL-u, pomalowanym na pomarańczowo, z popękanym tynkiem i metalowymi balustradami przy schodach oraz balkonach. Przed budynkiem ciągnęła się linia lasu, gęsta i ciemna, tuż pod szarym, ciężkim niebem. Najbliższy dom majaczył w oddali, mały i nierealny jak miraż. Dziewczyna wysunęła się spod linii balkonu i spojrzała w górę, w okno, żeby się upewnić, czy droga jest wolna.
Wtedy złapali kontakt wzrokowy.
Stał za firanką jak duch. Trzymał w dłoni kubek kawy i patrzył prosto na nią. Ich spojrzenia spotkały się na sekundę, która rozciągnęła się w nieskończoność. Dziewczyna nie czekała ani chwili dłużej. Rzuciła się do ucieczki i prędko dobiegła do mokrej po nocnym deszczu bramki, która okazała się zamknięta. Zaczęła się wspinać, a krople moczyły ubranie i dłonie. Gdy zeskoczyła po stronie ulicy, zobaczyła, jak mężczyzna w kapturze wybiega już przez drzwi wejściowe i zaczyna pędzić po schodach.
– Zostaw mnie! – krzyknęła na całe gardło, ale jej głos rozpłynął się w pustce.
Biegła środkiem wysypanej kamykami drogi, czując, jak płuca płoną od zimnego, porannego powietrza. Domy w oddali majaczyły we mgle niczym scena z horroru. Scena, w której oglądający ją jest pewien, że ofiara nie zdąży uciec, że nikt nie przyjdzie jej z pomocą. Powiał wiatr, szarpnął krzakami i sypnął na nią drobinki wody. W pełnym biegu obejrzała się przez ramię i zobaczyła, że porywacz wydostał się właśnie zza bramki. Był zbyt szybki. Wiedziała, że ją dogoni.
– Pomocy! On mnie zabije! – wołała, ile sił, ale dom w oddali wciąż wydawał się tak samo daleki jak przed chwilą.
Podmuchy wiatru uderzającego ją w twarz i szumiący las zagłuszały jej głos, sprawiając wrażenie, jakby krzyczała do siebie.
– Zostaw mnie! Nikomu nic nie powiem! – Obejrzała się, dostrzegając przy tym, jak szybko napastnik skrócił do niej dystans, i analizowała, ile jeszcze potrzebuje czasu, by dobiec do następnego domu.
Wiedziała, że nie zdąży.
Skręciła gwałtownie w stronę lasu i zniknęła za ścianą omszałych konarów. Gałęzie smagały ją po twarzy, mokra ziemia ślizgała się pod stopami, raniąc skórę, ale teraz niczego nie czuła. W sytuacji zagrożenia mózg potrafi zamaskować ból, by zwiększyć szanse na przeżycie. To element instynktu przetrwania. Uciekała na oślep, przedzierając się między drzewami i wystającymi krzakami. Odwróciła się, a nie widząc nigdzie napastnika, wykorzystała moment i dopadła do drzewa, przywierając do niego plecami tak mocno, jakby stary pień mógł ją wchłonąć.
Kora była zimna, nasiąknięta deszczem, szorstka pod palcami. Wbiła w nią paznokcie i zamknęła oczy na sekundę, ale zaraz otworzyła je szeroko. Wiedziała, że nie mogła tego robić. Nie mogła nie widzieć przestrzeni przed sobą, nawet jeśli dostrzegała tylko plamy szarości i rozmyte linie pni. Łzy napłynęły jej do oczu. Mrugnęła, a jedna spłynęła po policzku, zimna jak kropla deszczu. Potem druga. Nie wytarła ich, bo bała się poruszyć. Spojrzała w bok, między pniami widziała wąską ścieżkę, prawie niewidoczną, rozmazaną przez deszcz. „Może prowadziła do drogi? Może do zabudowań?” – zastanawiała się. Gdyby ruszyła teraz, musiałaby przebiec przez kilka metrów odsłoniętego terenu. Wystarczająco, żeby ją zobaczył.
Nagle liście mlasnęły pod czyimś butem. Dziewczyna wcisnęła się mocniej za pień. Napastnik był blisko, słyszała, jak idzie przez gęsty las. Chodził powoli między drzewami, a każdy trzask mokrych gałęzi brzmiał dla niej jak wystrzał z pistoletu. Nie ruszyła się nawet o milimetr. Niespodziewanie, jak po pstryknięciu palcami, odgłosy ustały. Las znów pogrążył się w ciszy, która trwała niewiarygodnie długo. Dziewczyna rozejrzała się po tonącej we mgle przestrzeni, zamknęła oczy i pozwoliła sobie na jedną myśl. „Może się udało, może poszedł w złą stronę?”
Serce zatrzymało się jej na ułamek sekundy. Wstrzymała oddech tak gwałtownie, że aż zabolało ją w piersi. Zacisnęła palce na mokrej korze. Czuła pod paznokciami drobne odłamki drewna i zimną wodę, która spływała w zagłębieniach pnia. „Nie ruszaj się. Może nie wie. Może tylko przechodzi” – powtarzała w myślach.
Męska dłoń pojawiła się nagle tuż za nią. Brudne palce zacisnęły się na krawędzi drzewa, kilka centymetrów od jej twarzy.
Nie zdążyła krzyknąć.
Rozdział 1
Mówię prawdę
– Odnalazłaś się już w dużym mieście? – spytał Tadeusz Nowacki, naczelnik Wydziału Kryminalnego w Komisariacie Policji Warszawa Ursynów przy ulicy Janowskiego 7, który był przełożonym Ireny. Tydzień wcześniej skończył czterdzieści trzy lata, o czym musiał wiedzieć każdy pracujący w miejscowej policji.
Irena nie znała go dobrze, wiedziała tylko, że był książkowym wzorem narcyza. On sam uważał się za człowieka, który nie ma problemu z przyznaniem się do swoich wad, gdyby jakieś miał. Adamczuk pracowała tu już od półtora roku, a mimo to była to ich dopiero trzecia rozmowa. Według legend krążących po korytarzach komisariatu schowanego między starymi blokami, gdzie więcej stało zaparkowanych fiatów, niż przechodziło ludzi, Nowacki miał żonę i dzieci. Nigdzie jednak nie widziała ich zdjęć, zatem może nie lubił odsłaniać prywatnej strony życia, co doskonale rozumiała, a może były to tylko plotki i jedyną osobą, jaką w życiu kochał, była ta w lustrze.
Tadeusz uchodził za postrach policjantów, bo lubił nadużywać swej pozycji. Twardy, chamski, niepatrzący w oczy podczas rozmowy. Podobno kiepski glina, ale posiadający jedną umiejętność, której nie dało się niczym zastąpić – potrafił skutecznie wchodzić w dupę wyższym rangą. I najwyraźniej właśnie to pozwoliło mu zajść tak daleko.
– Może i bym się odnalazła, gdybym miała chwilę, by to miasto poznać. Odkąd rozpoczęłam tu służbę, ani razu nie miałam urlopu – odpowiedziała podkomisarz Adamczuk i zacisnęła na moment pełne, karminowe usta, które potem przygryzła nerwowo.
Miała blond włosy spięte w kucyk i okulary z czerwonymi oprawkami na upstrzonym piegami nosie. Nosiła obcisłe czarne dżinsy, które zasłaniały paskudną bliznę na łydce po pogryzieniu rottweilera, który zaatakował ją przed domem mordercy obcinacza uszu. Miała teraz na sobie niebieską koszulę z długimi rękawami i rozpiętymi dwoma pierwszymi guzikami, a złota bransoletka zdobiła jej lewy nadgarstek. Jak zwykle nie zrobiła makijażu, uważała, że niszczy jej cerę, a malowanie zostawi sobie na moment, gdy zacznie widać po niej wiek.
Naczelnik stał przy biurku przed oknem swojego gabinetu, bokiem do niej. Podkomisarz obserwowała go bez ruchu, z dłonią opartą na blacie tuż obok kubka. Przełożony miał na sobie koszulę, kiedyś zapewne jasnoniebieską, dziś przygaszoną pod wpływem prania. Materiał na plecach był wyraźnie pognieciony. Marynarka od munduru wisiała na oparciu krzesła. Rękawy podwinął niedbale i nierówno, jakby zrobił to w trakcie rozmowy telefonicznej. Krótkie włosy, przy skroniach już wyraźnie siwe, układały się płasko, bez śladu stylizacji. Co chwilę zerkał na swoje odbicie w lakierowanych drzwiczkach szafki bądź wszelakich połyskliwych powierzchniach, jakie mógł w gabinecie napotkać. Lubił na siebie patrzeć.
Irena nabrała powietrza. Zniecierpliwiona tym, jak długo zajmuje mu parzenie kawy, postanowiła zagaić rozmowę.
– Kraków też nie jest mały, więc może dlatego nie czuję dużej różnicy. – Widziała, jak przytaknął, jakby przyjął jej słowa do wiadomości. – Ale nie poprosił mnie pan tutaj, by mówić o stolicy.
Pokręcił głową przecząco.
– W czym mogę pomóc, panie naczelniku?
Kiedy sięgał po cukier, wyciągnął go pytająco w stronę Ireny.
– Nie, dzięki – odparła.
Zerknął na swe odbicie w oknie, po czym wsypał trzy łyżeczki cukru do kubka.
– Wezwałem cię, bo chciałem pogadać o twoich dokonaniach.
– O moich? – Nie musiała widzieć jego twarzy, żeby wiedzieć, że był zły.
Wziął kubek do ręki i przeszedł przez wąski gabinet, zbyt ciasny jak na rangę, którą miał reprezentować. Światło wpadało przez wysokie, lekko przybrudzone okno, rozwarstwiając się na smugach kurzu unoszących się w powietrzu. Za szybą widać było Ursynów z początku pierwszej dekady dwudziestego pierwszego wieku: szare bloki, parking z kilkoma wysłużonymi polonezami. Irena siedziała przy stole ustawionym nieco bokiem do biurka przełożonego. Na ścianie wisiała mapa Ursynowa z pinezkami, czerwonymi i żółtymi, oraz kalendarz, na którym kilka dni zakreślono długopisem.
Pachniało świeżo zaparzoną kawą. Nowacki uderzył kubkiem o stół, a brązowy płyn omal się nie rozlał. Uniósł brwi, widząc, że jej to nie ruszyło, i jakby poczuł do niej lekki podziw. Do tej pory każdy, kogo wzywał na dywanik, nabierał się na ten numer. Usiadł obok niej, nie naprzeciwko. Blisko, ale i tak nie zmusiło go to do patrzenia jej w oczy.
– No dobrze – powiedział, wypuszczając powietrze nosem i skupiając wzrok na kawie. – To skoro nie zwiedza pani miasta, to powie mi pani, co tak właściwie tu robi?
Irena zmarszczyła brwi, zaskoczona pytaniem.
– Nie rozumiem.
– Prokurator prowadzący sprawę porwań i przemytów dziewczyn z Ukrainy i Białorusi do Niemiec, do której została pani tu sprowadzona, twierdzi, że sprawa jak stała, tak stoi. Poszlaki prowadzą donikąd, a ostatnio doszły nam trzy kolejne zgłoszenia o zaginionych Polkach, które z opisu pasują do tych ze Wschodu. Młode, ładne, z ambicjami, by zostać modelkami. Często wabione ofertami fikcyjnych agencji modelingowych. A my nie mamy żadnych poszlak, żadnych świadków. – Poprawił kołnierzyk koszuli. – I jak tylko znajdowaliśmy ciała dziewczyn ze Wschodu, to wiadomo, szkoda każdej, ale odkąd znaleźli Polkę, to zaczyna mnie to wkurwiać – wziął łyk kawy – a pani jako pracownik pionu kryminalnego nie zdobyła żadnych nowych informacji pozwalających na ustalenie sprawców, szlaków przerzutów, punktów kontaktowych… Jedno wielkie nic. Stąd moje pytanie: co pani tak właściwie tu robi?
– Na ten moment dalej szukamy.
Wziął łyk i odstawił kubek, zdenerwowany.
– Za dużo cukru nasypałem. – Przejechał językiem po wewnętrznej stronie warg z niesmakiem. – No ale mów, co się dzieje? Czemu to stoi?
– Mieliśmy jeden trop, nieduży. Pewien uliczny diler miał posiadać informacje, które mogłyby nam pomóc przynajmniej zrozumieć, kto przewozi te dziewczyny. Udało nam się ustalić, że część z nich zostaje w Polsce, by pracować jako striptizerki i w agencjach towarzyskich, zapewne dla zwrotu kosztów przerzutu. Znamy lokale, ale nikt nic nie mówi, dziewczyny boją się pisnąć choćby słowa, a właścicielami klubów są słupy. Często bezdomni, którzy podpisali, co musieli, u notariusza i od tamtej pory nikt ich nie widział.
– Czy ten diler coś wam już powiedział?
– Nie zdążył.
Naczelnik odwrócił na krótko głowę w stronę dziewczyny, ale nie uniósł oczu.
– Mamy ciało? – dopytał.
– Nie.
– To może jeszcze się odezwie?
– Nie było z nim problemów, gdy chodziło o kontakt. Zapadła decyzja, że jest gotowy powiedzieć coś, co może posunąć sprawę do przodu, i zapadł się pod ziemię. Nie pojawia się w mieszkaniu matki, gdzie mieszkał, telefon jest wyłączony. To oczywiste.
– Oczywiste. – Naczelnik sięgnął po kawę, ale przypomniał sobie, że mu nie smakuje, i odstawił kubek. – Może leży gdzieś naćpany? Albo zmienili mu dzielnicę do handlu, bo tu zbyt dobrze już go znają? Pytaliście inne jednostki, czy nie zarejestrowały nagłego pojawienia się kogoś nowego?
– Rozmawiałam z jego dziewczyną. Powiedziała, że wrócił do siebie do Wałbrzycha. Jednak rodzice chłopaka tego nie potwierdzają. Ona sama była roztrzęsiona, dobrze wie, że mu coś zrobili.
– Zgodziła się zeznawać?
– Ona? Ona nic nie wie.
– A pytałaś? – parsknął, a na jego usta wypełzł nieprzyjemny grymas.
Irena miała ochotę powiedzieć mu, żeby przestał pieprzyć, bo doskonale wiedziała, że ma pełny wgląd w akta sprawy. Wiedział o niej wszystko.
– Czyli… – mówił do siebie – nie wiemy, kto za tym stoi, nie mamy nawet podejrzanych. To może w ogóle nie ma sprawy i gonimy duchy?
– Mamy już ponad osiem zaginięć dziewczyn w przedziale wiekowym od szesnastu do dwudziestu dwóch lat. Odnaleźliśmy cztery ciała, w tym jedną Polkę, która nie należała do tych zgłoszonych do zaginięcia, czyli ofiar może być więcej, niż sądzimy. Biegli potwierdzili obecność nasienia pochodzącego od kilku różnych osób, podrażnienia w gardle i odbycie, sińce na pośladkach i plecach. A zasinienia na szyi i obrzęk płuc świadczą o tym, że została uduszona. Można zakładać, że zabili ją podczas gwałtu, dokonanego przez co najmniej trzech mężczyzn, którzy spełniali na niej jakieś sadystyczne fantazje seksualne, i najprawdopodobniej zabawa zaszła za daleko. Czy znęcanie się nad kobietą jest dla pana sprawą duchem?
– Jakieś ślady naskórka pod paznokciami? – spytał.
– Nie.
– Nie broniła się. To może chciała? Czemu pani od razu zakłada znęcanie? Jak ta dziewczyna była ubrana?
Irena poczuła uderzenie gorąca na te słowa, a ręka aż ją swędziała, by wylać mu kawę na twarz. Wiedziała, że wytyczne mówią o tym, by zgwałconą kobietę zapytać o ubiór, żeby móc stwierdzić, czy prowokowała sprawcę. Wiedziała również, że miało to na celu określenie, czy do zdarzenia doszło w sposób przypadkowy, czy było to zaplanowane i sprawca znał ofiarę. Pozwalało zawęzić pole poszukiwań napastnika. Mimo to nienawidziła tego zalecenia, bo wypowiadane w taki oskarżycielski sposób, jak zrobił to teraz naczelnik, brzmi, jakby napastnika stawiano w roli ofiary. „Nie chciał, ale przecież miała krótką spódniczkę, to co miał zrobić? Brak słów” – pomyślała.
Zrobiła krótką przerwę i wróciła spokojnie do dyskusji:
– Te dziewczyny nie są atakowane na chodniku, często są porywane, gdy są jeszcze nieletnie, następnie są gwałcone i uczone posłuszeństwa przez ból. Potem przemycają je do obcego kraju, gdzie robi się z nich prostytutki, zmuszane do seksu kilka razy dziennie, by ostatecznie skończyły martwe w lesie. Uważa pan, naczelniku, że tego chcą? One wiedzą, że walka i opór prowadzą do znacznie gorszego bólu. Dlatego się nie bronią. Trwa śledztwo, czekamy na…
– Czekacie – wszedł jej w słowo. – A może warto w końcu zacząć coś robić?
– Panie naczelniku…
– Pani podkomisarz, ściągnięto panią do nas w jednym istotnym celu. Tym celem było rozbicie grupy przestępczej, która przemyca młode dziewczyny przez nasz kraj. Powołana do tego grupa dochodzeniowa utknęła w martwym punkcie i sprawa się nie rusza, a gdy dotarły do nas pani poczynania, komendant uznał, że potrzebuje tutaj takiej osoby jak pani. Świeżej krwi. – Nie zmienił wyrazu twarzy. – Będę z panią szczery. Ja miałem innego kandydata na to stanowisko. Gościa z doświadczeniem, który zjadł zęby na podobnych sprawach. Ale zamiast niego dostałem panią.
– Panie naczelniku – Irena rzuciła mu twardy uśmiech, wiedząc, do czego to zmierza – nie ma sensu tego przeciągać. Chce mnie pan odsunąć od sprawy?
– Nie. Daję pani dwa tygodnie, jeżeli do tego czasu nie zobaczę postępów w sprawie, to napiszę raport do komendanta rejonowego z prośbą o odwołanie pani z wydziału. Będzie pani do dyspozycji komendanta i to on już będzie decydował o pani dalszym losie.
– Że co? – oburzyła się.
– W mniejszych miastach są mniejsze problemy, przestępcy są mniej kreatywni i mniej zorganizowani. Najprawdopodobniej Warszawa panią przerosła i nie ma w tym wstydu. Pracuję tu całe życie i sam czasem czuję się przytłoczony, zwłaszcza że czasy mamy trudne. Na małym komisariacie będzie pani lepiej, są tam sprawy na wagę pani umiejętności. Jak w Nowym Sączu.
Irena patrzyła na mężczyznę, choć ten wciąż nie podniósł oczu, następnie poprawiła okulary środkowym palcem, co nie uszło uwadze naczelnika.
– Chyba że przyniosę przełom w sprawie w ciągu tych dwóch tygodni – powiedziała i odsunęła kubek kawy, po czym wstała. – Rozumiem, że pozostali z grupy dochodzeniowej nie są zagrożeni czasowo?
– Nie. Do ich pracy nie mam zastrzeżeń.
– Jasne, w końcu tylko pracują nad nią dwa razy dłużej niż ja. – Irena zaczęła odchodzić.
– Nie powiedziałem, że skończyliśmy.
– Wszystko zostało już powiedziane, a ja nie chcę tracić nawet minuty, skoro mój czas jest ograniczony. Widzimy się za dwa tygodnie. – Nagle się zatrzymała, rozkładając szerzej ręce, jakby szukała czegoś, czego mogłaby się złapać. Poczuła, że opuszczają ją siły, a świat przed oczami zaczyna falować. Kręciło jej się w głowie. Miała wrażenie, że zaraz się przewróci. Krew odpłynęła jej z twarzy, była blada jak ściana.
– Źle się czujesz?
Fale zimna i gorąca przepływały jednocześnie przez jej ciało, a oddech przyspieszył. Podparła się o oparcie krzesła i czekała. Po kilku sekundach wszystko wolno zaczęło wracać do normy. Stała stabilnie, jakby nigdy nic się nie stało, i przetarła spoconą twarz oraz szyję.
– Idź do siebie i się napij wody – zaordynował niewzruszony. – Tylko mi u mnie nie mdlej.
Przełknęła ślinę, czuła, że mięśnie stają się wystarczająco silne, by mogła odejść, i bez słowa poszła w kierunku drzwi.
– Do widzenia – odparła.
Zamknęła za sobą drzwi.
Przez chwilę stała nieruchomo, z dłonią wciąż zaciśniętą na klamce. Zawroty głowy i napady osłabienia towarzyszyły jej już od trzech tygodni. Pogarszały się i przychodziły w coraz mniej komfortowych momentach. Losowo, jakby ciało robiło jej na złość. Lekarzy uważała jednak za ostateczność, nie lubiła się badać. Wierzyła, że lekarz zawsze coś znajdzie, nieważne, czy człowiek jest chory, czy nie. A przy tych atakach miała podskórne przeczucie, że tym razem naprawdę lepiej nie poznać diagnozy. Lepiej było nie wiedzieć, nie miała czasu na choroby.
Poprawiła koszulę i ruszyła dalej. Korytarz komisariatu na Ursynowie pachniał mieszanką taniego środka do mycia podłóg i starego dymu papierosowego, które od lat wgryzały się w ściany. Wszystkie komendy miały tę wspólną cechę, jakby razem z oznaczeniem policji na ścianie wpuszczano do środka także te zapachy.
Ruszyła szybkim krokiem, jakby sama przed sobą musiała udowodnić, że może w tym stanie utrzymać tempo. Minęła tablicę ogłoszeń dla funkcjonariuszy, korkową i przeładowaną kartkami. Grafiki służb, notatki o szkoleniach, które i tak pewnie odwołają, czy komunikaty, na które nikt już nie patrzył. Komenda żyła swoim życiem. Irena zacisnęła podświadomie szczękę, aż mięśnie na policzkach wyrysowały się pod skórą.
Słowa naczelnika wciąż dudniły jej w głowie. „Najprawdopodobniej Warszawa panią przerosła”. „Bezczelny gnojek” – pomyślała. Jakby to było takie proste. Wejść w sam środek otwartej sprawy, w środek największego miasta w tym kraju, gdzie przestępcy byli inteligentni, ostrożni i znali się na prawie. Do tego sprawa wykraczała poza granice Polski, bo mieli do czynienia z grupą przestępczą najwyższych lotów. Kobiety w burdelach bały się rozmawiać. Wiedziały, że współpraca z policją sprowadzi na nie znacznie gorszy los niż ten, który już teraz można było nazwać piekłem. Prędzej wyciągnęłoby się informacje z ulicznych oprychów niż od nich. A najgorsze było to, że Irena nie miała żadnego tropu. Żadnego punktu zaczepienia.
Zwolniła dopiero pod koniec korytarza, tam, gdzie stały plastikowe krzesła dla interesantów. Jedno z nich miało pęknięte oparcie. Ktoś próbował je kiedyś skleić, ale klej zostawił tylko matową smugę.
Wtedy ją zauważyła.
Młoda dziewczyna siedziała pod ścianą, lekko pochylona, z rękami splecionymi na kolanach. Mogła mieć dziewiętnaście lat, choć opuchlizna pod oczami wyglądała jak u czterdziestolatki. Za duży T-shirt z napisami w stylu graffiti, dżinsy i trampki, które kiedyś były białe. Włosy spięła niedbale, kilka pasm opadało jej na twarz. Wpatrywała się w podłogę i nie sposób było nie zwrócić uwagi na jej nerwowe zaciskanie palców.
Nie wyglądała jak ktoś, kto przyszedł złożyć zawiadomienie i spokojnie czeka na swoją kolej. Raczej jak ktoś, kto nie wie, czy w ogóle powinien tu być. Z pokoju obok wyszedł sierżant Majchrzak. Miał rozpiętą pod szyją koszulę, spod której wystawały czarne, kręcone włosy wspinające się niemal na szyję. Pod mokrą od potu pachą trzymał teczkę. Widząc dziewczynę, przewrócił oczami i głośno wypuścił powietrze nosem.
– Proszę pani, czekaniem nic pani tutaj nie wskóra – rzucił niemal z pretensją. – Proszę już iść do domu.
Dziewczyna zerwała się na nogi i zaszła mu drogę. Wyglądała jak małe dziecko, które próbuje namówić rodzica na zakup zabawki.
– Panie władzo, chciałam pana jeszcze raz prosić…
– Już tłumaczyłem – wszedł jej w słowo – to jest za mało. To nie jest tak, że ja nie chcę, ale w tym przypadku mam związane ręce.
– Ale ja naprawdę nie wiem, co mam robić. – Dziewczyna była wyraźnie zmartwiona. – Nie wiem, dokąd z tym pójść.
– Proszę iść do domu. Przespać się, zająć się czymś. Nie myśleć o tym.
– Ja się boję! – Dziewczyna zmarszczyła twarz, walcząc ze łzami. Wyglądała, jakby miała paść na kolana i błagać.
Irena się zatrzymała i obserwowała całe zajście.
– Niech pani szuka pomocy u psychologa, my tutaj nie poradzimy. Wie pani, którędy wyjść. – Policjant się odwrócił, chcąc wymusić zakończenie rozmowy.
– On mnie zabije, a wy nic nie robicie! – syknęła, po czym cofnęła się o krok i wbiła palce we włosy. Była czerwona z emocji, z oczami mokrymi od łez. Oddychała coraz głośniej i szybciej, położyła dłoń na klatce piersiowej, jakby ją bolało serce.
Policjant poprawił rękaw koszuli, zupełnie niewzruszony jej stanem. Dziewczyna machnęła dłonią, jak gdyby próbowała się ochłodzić, po czym usiadła z powrotem na krześle i ukryła twarz w dłoniach.
Irenie zrobiło się jej żal. Podeszła, nie zwracając uwagi na sierżanta.
– Wszystko w porządku? – spytała miękkim głosem.
– O proszę. – Majchrzak wskazał ręką na Irenę. – Może pani podkomisarz tutaj pomoże. Ona ponoć rozwiązuje każdą sprawę, nawet te niemożliwe. Zatem idealnie się wpasuje w profil tej tutaj. Ja natomiast muszę zająć się tymi, które faktycznie istnieją. Do widzenia. – Policjant odszedł korytarzem, kręcąc głową ze złości. Dał tym wyraźny sygnał, że ani łzy, ani stan psychiczny dziewczyny nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia.
Irena odprowadziła go wzrokiem, po czym spojrzała na płaczącą nastolatkę. Zerknęła na zegarek, dochodziła dwudziesta. Wiedziała, że powinna już być w samochodzie. Ale nie po to wstąpiła do policji, żeby odwracać wzrok od osób, które potrzebują pomocy.
Usiadła obok niej i pochyliła się do przodu, palcem poprawiając okulary, które zsunęły się lekko z nosa.
– Hej, chcesz wody? – odezwała się pogodnie. – Jest gorąco, dobrze ci zrobi.
– Nie. – Dziewczyna pociągnęła nosem. – Nie, dziękuję.
– Jak masz na imię?
– Marta.
– Cześć, Marta, ja jestem podkomisarz Irena Adamczuk. Miło cię poznać. – Z uśmiechem wyciągnęła do niej dłoń.
Nastolatka po krótkiej chwili zawahania uścisnęła ją. Następnie się wyprostowała i przetarła mokre policzki. Irena zrobiła wyraźną pauzę, po czym przeszła do sedna:
– Słyszałam, jak mówisz, że on cię zabije. Powiesz mi, o co w tym chodzi?
– Naprawdę chce pani wiedzieć?
Podkomisarz przytaknęła.
– Chodzi o koszmar, który nawiedza mnie niemal każdej nocy. W tym koszmarze budzę się w ciemnej piwnicy przypięta do ściany. Ale udaje mi się uciec. Gdy uciekam z tego domu, on mnie goni. Mężczyzna w kapturze. Jest szybki i straszny. Chowam się w lesie, jest szaro i zimno, jak po deszczu. Próbuję się ukryć za drzewem, ale wtedy… – zrobiła przerwę – on mnie znajduje i…
– Morduje cię?
Marta przytaknęła.
– Wiem, jak to brzmi. Jakbym była nienormalna.
– Nikt nie uważa cię za nienormalną. Wiesz, jak wygląda ten mężczyzna? – dopytała Irena. – Potrafiłabyś go opisać?
– Nie, ma na sobie kaptur. Czuję, jak mnie dźga, słyszę, jak mnie woła. Za każdym razem dokładnie ten sam sen, jak powtarzany film. Na końcu kaptur spada mu z głowy, ale nie widzę dokładnie twarzy. – Zaczęła nerwowo wykrzywiać swoje palce. – A gdy zbliżam się do parku albo lasu, gdzieś, gdzie jest dużo drzew, zaczynam się trząść, a strach mnie paraliżuje. Jakbym przeczuwała, że on tam jest, że się czai i tylko czeka, aż podejdę bliżej.
Irena się rozejrzała po korytarzu. W tyle trzasnęły drzwi prowadzące na klatkę schodową z windą.
– Ktoś ci groził? Zaatakowano cię w przeszłości? – dociekała. – Masz z kimś jakiś zatarg?
– Nie. Nigdy nie zostałam zaatakowana.
– Nikt ci w szkole nie dokuczał? Jakaś fałszywa koleżanka albo kolega?
– Nie. Może pani coś z tym zrobić? – Spojrzała na nią zapłakanymi oczami. – Ja wiem, że on jest prawdziwy, i wiem, że mnie szuka. Nie chcę umierać.
– Skąd to wiesz?
– Czuję to. Te sny nie przychodzą do mnie bez powodu. Wcześniej były rzadko, ale teraz niemal każdej nocy.
W tym samym momencie wrócił policjant, który wcześniej ją odprawił. Zobaczył Irenę siedzącą na korytarzu obok dziewczyny i pokiwał głową z niezadowoleniem. Dał jej do zrozumienia, że tylko traci czas. Minął je, jakby były powietrzem, wsunął klucz do zamka i wszedł do swojego pokoju, bez słowa zamykając za sobą drzwi. Irena poczekała na skrzypnięcie jego krzesła, po czym wróciła do rozmowy.
– On mi nie uwierzył – zaczęła Marta. – Nikt mi nie wierzy. Prosiłam, żeby się tym zajął, ale powiedział mi, że nie może. Że tego nie zrobi.
– Marto, musisz zrozumieć, że na podstawie samego snu nie możemy oficjalnie wszcząć śledztwa.
– Na pewno da się coś zrobić.
– To działa tak… – Irena odwróciła się do niej bokiem. – Przychodzi do nas osoba, która zgłasza popełnienie przestępstwa. Najczęściej ma już jakieś dowody, które na ten moment można nazwać poszlakami. Jednak jest to coś, co już wskazuje na złamanie prawa. Najpierw podejmowane są czynności sprawdzające na podstawie jednego z artykułów z kodeksu karnego, później ewentualnie dochodzi do wydania postanowienia o wszczęciu lub o odmowie wszczęcia. Tak to normalnie się odbywa. Sen nie jest realnym zagrożeniem, które wynikałoby z przepisów. Nikt ci nie grozi, nikt cię nie prześladuje, nikt cię nie zaatakował. Będzie trudno na tej podstawie wszcząć cokolwiek. Gdyby jednak coś się działo, dzwoń na dziewięć, dziewięć, siedem. Przyjadą i…
– Nie przyjadą. Dzwoniłam już raz. Kobieta w telefonie powiedziała mi, żebym nie blokowała linii.
Irena wzięła wdech. Chciała dziewczynie pomóc, ale w tej sytuacji nie było takiego sposobu.
– Boję się. – Znów pociągnęła nosem.
– Masz telefon? – spytała Irena. – Możesz zadzwonić po kogoś, kto po ciebie przyjedzie? Twój chłopak, może?
Dziewczyna przytaknęła.
– Nie mam chłopaka – mruknęła – ale mogę zadzwonić po mamę. Może przyjedzie.
– Chodź, zadzwonimy po nią. Poczekam z tobą – zaproponowała.
Irena zabrała ją na dyżurkę, która znajdowała się piętro niżej, i razem z nią czekała na przyjazd matki. Wiedziała, że jest już spóźniona. W którymś momencie przestała nawet spoglądać na zegarek.
Spędziła z Martą prawie czterdzieści minut. Głównie rozmawiały: o pogodzie, szkole, koniach. Dziewczyna była wielką fanką tych zwierząt, choć, jak sama przyznała, im była starsza, tym mniej miała czasu na jazdę. Rozmowa była ciepła i zwyczajna, taka, jaka, zdaniem podkomisarz, była teraz dziewczynie potrzebna. Niemal zupełnie zapomniały o harmidrze, który panował na recepcji komisariatu. Irena celowo unikała tematu prześladującego ją snu, nie chciała do tego wracać. Zauważyła, że Marta powoli się rozluźnia. Może właśnie tego potrzebowała najbardziej: ucha, któremu mogła się wygadać.
Wtedy do komisariatu weszła kobieta w niebieskim płaszczu, z krótko ściętymi włosami. Kręciła głową na boki, jakby oglądała mecz tenisa. Nie było wątpliwości, że to matka dziewczyny, bo ta zawiesiła na niej wzrok. Gdy tylko odnalazła córkę, od razu do niej podeszła i mocno ją przytuliła. Irena wstała i czekała cierpliwie. Zerknęła na zegarek wiszący na ścianie, dwudziesta pierwsza dziesięć. Była już spóźniona prawie dwie godziny. Wzięła tylko głębszy oddech i poprawiła palcem okulary. Marta puściła matkę, po czym niespodziewanie przytuliła się do Ireny. Podkomisarz zamarła na ułamek sekundy, zaskoczona tym gestem, ale zaraz odwzajemniła uścisk.
– Dziękuję – powiedziała dziewczyna, zakłopotana obecnością matki. – Miło się rozmawiało.
– Mnie również.
– Gośka. Jestem matką tej aferzystki. – Kobieta przywitała się żarcikiem, na który nikt nie zareagował poza nią. – Mam nadzieję, że nie narobiła pani problemów?
– Żadnych. Marta przyszła prosić o pomoc, do tego trzeba odwagi. Powinna być pani dumna z córki.
Kobieta zmierzyła Irenę od góry do dołu, jakby poczuła się zaatakowana. „Niezłe ziółko” – pomyślała podkomisarz.
– Czy mogę do pani zadzwonić? – spytała zmieszana dziewczyna. – Gdybym potrzebowała pomocy? Policja nie przyjeżdża, kiedy dzwonię…
– Przepraszam, ale śledczy nie mają telefonów służbowych – odparła Irena. – Dzielnicowi mają. Ewentualnie mogę się zorientować, kto patroluje wasz rejon, i przekazać numer do niego.
– Nie, niech się pani nie trudzi. Marta, daj spokój. – Kobieta złapała córkę za rękę i lekko pociągnęła do siebie, a dziewczyna wręcz zwiędła i spuściła wzrok. – Do widzenia. No chodź już – pospieszała ją matka.
– Do widzenia – dodała jeszcze nastolatka.
– Do widzenia. – Irena odpowiedziała już pod nosem, gdy wychodziły w pośpiechu z komisariatu. Podkomisarz stała jeszcze przez moment, odprowadzając je wzrokiem.
– Jaka pani podkomisarz jest hojna – odezwała się zachrypniętym głosem kobieta z recepcji, po czym kaszlnęła.
Grażynka miała rude, kręcone włosy i białą koszulę. Była otyła i wyraźnie przeziębiona, z sinymi, podkrążonymi oczami i nosem czerwonym od smarkania. Pracowała tutaj od zawsze i nigdy nie wzięła nawet jednego dnia urlopu. Dwadzieścia cztery lata na tym samym stanowisku, z tymi samymi obowiązkami i godzinami pracy. Nigdy jej to jednak nie przeszkadzało. Nie marudziła. Lubiła to, co miała, i twierdziła, że nie potrzebuje niczego więcej.
Irena czasem jej zazdrościła takiego podejścia do życia.
Grażynka codziennie proponowała wszystkim herbatę z cytryną, którą sama piła litrami. Irena nigdy jednak nie widziała, żeby ktokolwiek kiedykolwiek ją przyjął.
– Czemu hojna? – dopytała.
– No w sensie, że poświęciłaś dziewczynie czas. Przychodzi tu i przychodzi, i z kim by nie rozmawiała, to przeganiają ją jak niechcianego psa. – Wzięła łyk herbaty i wyciągnęła ją do Ireny. – Chcesz?
– Nie, dzięki. – Adamczuk odwróciła się jeszcze za dziewczyną. – Zresztą, to tylko chwila z mojego życia, a czułam, że potrzebuje porozmawiać.
– Aaaaa, wiesz, jak to jest. Teraz chwila, a zaraz przyklei się do ciebie jak kot, któremu raz dałaś się mleka napić i teraz ciągle przyłazi. Dziewucha potrzebuje pomocy, jest chora, skoro się jej rzeczy wydają, a jakoś nikt tego nie widzi. Bidula. Chociaż patrząc po matce, to wcale się jakoś nie dziwię. – Grażynka zaśmiała się głośno, słychać ją było w całym komisariacie.
Irena uśmiechnęła się mimowolnie, nie z powodu żartu, a zaraźliwego śmiechu recepcjonistki.
– Może nie będzie tak źle. Dobra, lecę. Pa. – Pomachała, wychodząc.
– Paaaaaaa! Widzimy się jutro!
Irena opuściła komisariat akurat w chwili, gdy bordowe słońce chowało się za szarymi blokami. Minęła oznakowane radiowozy, których o tej porze stało już na parkingu całkiem sporo. Policjanci kończyli zmianę. Wychodzili pojedynczo albo po dwóch, zmęczeni, z rozpiętymi mundurami i papierosami trzymanymi między palcami. Ktoś rzucił krótkie „do jutra”, ktoś inny trzasnął drzwiami radiowozu trochę za mocno. Jeden z funkcjonariuszy stał przy bagażniku, przepisywał coś z notesu do służbowych papierów i co chwilę uderzał się w kark, starając się odgonić komara, który zawsze zdołał uniknąć uderzenia.
Komisariat powoli wypluwał z siebie ludzi, ale nie pustoszał. Takie miejsca nigdy naprawdę nie pustoszały. Irena wsiadła do swojego ciemnego Audi i dwadzieścia minut później dotarła do wolnostojącego domu w dzielnicy Mokotów, znajdującej się bliżej centrum. Automatyczna brama otworzyła się przed nią powoli, z cichym pomrukiem mechanizmu. Ładny, trzystumetrowy budynek w nowej zabudowie tonął w miękkim świetle punktowych lampek ogrodowych.
Zaparkowała obok Porsche Carrery generacji 996, z czarnym lakierem i wnętrzem obszytym beżową skórą. Zgasiła silnik i odruchowo sięgnęła po akta sprawy, które włożyła do schowka przed wizytą u naczelnika. Zamierzała przejrzeć je po pracy. Liczyła, że w notatkach z przesłuchania świadka, niedawno zamordowanego, choć oficjalnie wciąż uznawanego za zaginionego, znajdzie coś między wierszami. Cokolwiek, co pozwoli jej zbliżyć się do grupy przestępczej.
Wzięła teczkę pod pachę i wysiadła z samochodu, zamykając drzwi z wyraźnym skrzypnięciem zawiasów. Przeszła przez podjazd wyłożony betonowymi płytami i wsunęła klucz do zamka ciężkich czarnych drzwi. Gdy weszła do środka, zobaczyła dwie małe lampki zapalone w dużym, otwartym salonie. W tle cicho grała muzyka. Pachniało kolacją, a chłód klimatyzowanego pomieszczenia przynosił ulgę po skwarze, jaki panował na komisariacie. Lipiec tego roku nie miał litości.
Irena zsunęła buty i skarpetki, a gdy już chciała wejść dalej, zatrzymała się w pół kroku, widząc swoje szare i spękane pięty. Dotarło do niej, że w końcu musi o siebie zadbać i pójść do kosmetyczki. Na moment zawiesiła również wzrok na bliznach po oparzeniach, które miała na stopach od czasu pościgu za porywaczami przez tunel pod willą w Krakowie. Wróciła do butów i wsunęła na stopy skarpetki. Następnie rozpuściła włosy, odpięła dwa guziki koszuli i odsłoniła lekko dekolt.
Weszła do środka, ostrożnie stawiając stopy na parkiecie. Dotarła do końca przedpokoju, gdzie na kamiennej ścianie wisiał ogromny obraz wykonany farbami, przedstawiający abstrakcyjną walkę trzech kolorów, której Irena nie rozumiała. Było to dzieło właściciela domu, a podobnych obrazów było tutaj pełno. Wtedy zauważyła pozostawiony na środku przedpokoju biały but. Nie powinno go tu być, właściciel domu dbał o czystość. Wychyliła się, ale w kuchni z dużą wyspą nikogo nie zobaczyła. W garnku gotowała się woda, bulgocząc głośno, a para rozchodziła się pod sufitem.
Dom wyglądał jak z katalogu. Z tych drogich, drukowanych na grubym papierze, które później leżały na stolikach w kancelariach i salonach kosmetycznych. Jasna elewacja, wysokie okna, ciepłe światło świec migoczące w półmroku. W powietrzu unosił się zapach pieczonej ryby, masła i ziół. Rozmaryn, czosnek, może wino. Irena przez moment pomyślała, że przesadza. Że daje się ponieść własnym nerwom. Mimo to nie potrafiła pozbyć się złego przeczucia.
– Mateo? – Jej cichy głos odbił się od wysokich ścian i zgasł.
Właściciel nie odpowiedział. Odwróciła się, żeby spojrzeć na pozostałe obuwie. Stało pod ścianą, obok ciężkiej drewnianej szafki. Mateo nie zostawiał rzeczy w nieładzie. Nigdy. Potrafił poprawić krzywo odłożony widelec, zanim ktokolwiek zdążył usiąść do stołu. Dlatego ten cholerny but tak ją martwił.
– Mateo, przysięgam, że nie mam ochoty na żarty… – Ruszyła w stronę kuchni.
Paliło się tam tylko jedno światło pod szafkami. Na blacie leżały deska i posiekana natka pietruszki. Obok stały otwarta butelka czerwonego wina i dwa kieliszki. Jeden pusty, drugi napełniony do połowy. „Dlaczego zostawił to wszystko w trakcie przygotowywania?” – zastanawiała się. I wtedy zauważyła nóż leżący na płytkach. Podeszła bliżej i wyłączyła gaz. Cisza, która zapadła po ustaniu bulgotu, była gorsza niż hałas. Została tylko muzyka. Ostrze leżało na podłodze, częściowo wsunięte pod szafkę, błyszczało w świetle świec. Podkomisarz przez kilka sekund patrzyła na nie bez ruchu, czując, że serce zaczyna bić jej za szybko. Rozejrzała się, szukając innych śladów. Jakby oceniała miejsce zbrodni.
Złapała za szmatkę, by nie dotknąć noża gołymi palcami. Nie chciała zostawić własnych odcisków palców. Odłożyła nóż na blat, cicho, żeby nie zwrócić na siebie uwagi. Zrobiła to odruchowo i natychmiast tego pożałowała. Nie powinna była niczego dotykać. Powinna zostawić wszystko tak, jak znalazła, to podstawa, której uczono ją w szkole policyjnej. Z salonu nadal płynęła muzyka.
„Bez, kurwa, przesady” – pomyślała. Ruszyła w stronę salonu. Na niskim stole stały talerze, świece i złote sztućce. Z głośników wieży stereo sączyła się ta sama łagodna piosenka Jamesa Blunta You’re Beautiful. Irena czuła, jak ogarnia ją stres. Włamania do jej mieszkania i okna rozbijane cegłą powtarzały się co kilka miesięcy. Czy ten ktoś znalazłby to miejsce? Znalazłby jego?
Narobiła sobie wrogów podczas pracy w Nowym Sączu i w Krakowie. Wrogów wśród bardzo niebezpiecznych ludzi, a minusem zatrzymania grupy przestępczej jest fakt, że nigdy nie zamkniesz wszystkich. Zawsze komuś uda się uniknąć kary. Może nie widnieje nigdzie w papierach, może nikt nigdy nie zrobił mu zdjęcia albo po prostu miał farta i nie było go na miejscu podczas zatrzymania. Tacy ludzie następnie wyjeżdżają poza granice kraju i nie wracają. „Czy chcieliby się teraz zemścić? Może” – martwiła się.
Nie chciała nawet o tym myśleć. Błądziła spojrzeniem po salonie. Kanapa, potem fotel, a następnie stolik. Kieliszek na dywanie, ale wokół niego ani jednej plamy. Wtedy zauważyła coś pod kanapą, z tej perspektywy nie potrafiła stwierdzić, co to było.
– Mateo? – spytała drżącym głosem.
Chciała podejść bliżej, ale wtedy za jej plecami poruszyło się powietrze. Nie zdążyła się odwrócić, gdy ktoś zaszedł ją od tyłu i jedną ręką chwycił za ramię, a drugą przycisnął coś zimnego i twardego do jej skroni. Pistolet.
Irena przestała oddychać. Zrozumiała, że to nie była kolacja.
To była pułapka.
Redakcja: Magdalena Gonta-BiernatKorekta: Elżbieta RożkiewiczRysunki: Paweł LeśniakProjekt okładki: Tomasz BiernatSkład: Tomasz Biernat
Copyright by Paweł Leśniak 2026Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Nocą,Warszawa 2026
Druk i oprawa:Drukarnia Sowa
ISBN: 978-83-68657-72-2
WYDAWNICTWO NOCĄul. Filipiny Płaskowickiej 46/8902-778 WarszawaNIP: 9512496374www.wydawnictwonoca.ple-mail: [email protected]
Spis treści
Prolog
Rozdział 1
