Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czarne niebo zasnuło światło dnia i odebrało ludziom przyszłość. Świat, pogrążony w niekończącym się mroku, stał się labiryntem ruin, w których czają się istoty wabiące ocalałych głosami ich najbliższych. Wystarczy chwila słabości, by podążyć za szeptem i zniknąć bez śladu. Głód, pragnienie i strach kruszą resztki człowieczeństwa szybciej niż ciemność.
Grzegorz budzi się w podziemiach kościoła, w miejscu, które miało być bezpieczną przystanią dla tych, którzy przeżyli. Po ekstremalnie trudnej wędrówce odnalazł rodzinę. Wierzył, że to koniec ucieczki. Szybko jednak dostrzega, że bezpieczeństwo to tylko iluzja. A ci, którzy stoją za nadejściem czarnego nieba, rozpoczynają kolejny etap swojego planu. Największe zagrożenie nie kryje się już w ciemności. By ocalić żonę i dzieci, Grzegorz będzie musiał zmierzyć się nie tylko z potworami, lecz także z prawdą, którą dotąd skrywał.
Czy Grzegorz wyzna żonie straszną prawdę, którą przed nią ukrywa? I czy schron pod kościołem okaże się ostatnią twierdzą… czy miejscem, z którego nie ma ucieczki?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 292
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Mojej ukochanej żonie i ukochanym córkom - za miłość, wsparcie i nieustanne inspirowanie mnie każdego dnia.
Prolog
Trzynastoletni Adam stał tuż za dziewczyną, trzymającą pistolet za plecami. Miał na sobie znoszoną bluzę z kapturem i dżinsy. Spojrzał za siebie na podniszczony korytarz opuszczonego hotelu, który oświetlały jedynie słabe świąteczne lampki, zasilane bateriami. Ich kable przyklejone były taśmą do oblepionych kurzem ścian. Niebiesko-czerwone bożonarodzeniowe ozdoby bardziej odcinały się od ciemności, niż rzucały potrzebne im światło. Chłopiec bał się tego miejsca. Nigdy dotąd się tu nie zapędził.
Podrapał się po swędzącym, wysuszonym policzku. Jego skóra łuszczyła się wyraźnie przy uszach. Sklejone, dawno niemyte włosy opadały mu na twarz, kompulsywnie ugniatał palce z czarnymi od brudu paznokciami. Z dalszej części budynku dobiegł pełen bólu krzyk. Adam zerknął w ciągnący się dalej mroczny korytarz, ale nie usłyszał nic więcej. Przywarł do swojej przewodniczki, jednak ta się odsunęła od niego, n ie mając zamiaru dawać mu wsparcia.
Zapukała do drzwi apartamentu. Z dyndającej zawieszki został tylko postrzępiony fragment z numerem pięćset czternaście. Dziewczyna uniosła latarkę i przesunęła snop wąskiego światła po drewnianej powierzchni, na której zobaczyli namalowaną różową farbą koronę. Zapukała jeszcze raz i dopiero wtedy usłyszeli ruch po drugiej stronie. Odgłos stłumionych kroków zbliżał się do drzwi. Adam przełknął nerwowo ślinę, a oddech mu przyspieszył. Wciąż ugniatał nerwowo palce, zaciskając je jeszcze mocniej. Wiedział, że wszyscy bali się tej, która mieszkała w tym apartamencie, a teraz sam miał stanąć z nią twarzą w twarz.
Drzwi się otworzyły z głośnym trzaskiem zamka. Ich oczom ukazała się dobiegająca siedemdziesiątki kobieta w białym futrze sięgającym do połowy łydek. Trzymała w dłoni cienkiego papierosa. Pomieszczenie za nią rozświetlone było czerwonym blaskiem rozstawionych wszędzie lamp, a zapach jej przesadnie ostrych perfum wbijał się w nozdrza, tak że chłopak przetarł dłonią nos.
– Nie wołałam nikogo – odezwała się ciężkim, niemal męskim głosem.
– Matko, chłopak przynosi nowiny – zameldowała ubrana w bluzę z kapturem przewodniczka.
Starsza kobieta zerknęła na chłopaka. Nie był w stanie się jej przyjrzeć, bo czerwone światło za jej plecami wyostrzało co prawda kontury, ale przyciemniało twarz.
– Nie kojarzę cię, słodziutki – powiedziała do niego, przywołując na twarz nieładny grymas. – Jak masz na imię?
– Adam – odparł drżącym głosem.
– Po chuj go tu przyprowadzałaś? – złowrogo przeciągnęła słowa, spoglądając jednocześnie na dziewczynę. – Przecież, kochaniutka, sama możesz mi przekazać wieści.
– Chodzi o Józefa… – tłumaczyła przewodniczka.
Kobieta w futrze przyglądała się przez krótką chwilę chłopakowi, zbierając myśli, aż w końcu kiwnęła głową i zaciągnęła się cienkim papierosem. Otworzyła im drzwi szerzej, po czym ruszyła w głąb apartamentu. Szpilki uderzały bezdźwięcznie o miękką wykładzinę. Jasne loki jej peruki opadały na ramiona, zbyt idealne, zbyt wystylizowane. Całość wyglądała jak kostium, sprawiała wrażenie przebrania.
Dziewczyna w kapturze, widząc niechęć chłopca, wepchnęła go do środka.
Drzwi zaczęły się za nimi wolno zamykać, by na końcu zatrzasnąć się głośno, hotelowo. W środku panował zaduch. Ciężki zapach perfum zmieszany z dymem nikotynowym wisiał w powietrzu jak mgła. Adam potarł nos, wiedział, że nie wolno mu kichnąć. Idąc za dziewczyną, która zdążyła go wyprzedzić, spojrzał na ogromne łóżko, pokryte czerwonymi i czarnymi poduszkami. Zauważył stolik i fotele, ustawione w niemal idealnej linii w rogu pomieszczenia. Na blacie obok popielniczki leżał pokryty świeżą, czarną krwią nóż. Przed masywną szafą zauważył dwie duże, zaschnięte kałuże krwi. Sprawiały wrażenie, jakby ktoś się tam wykrwawił. Wpatrzony w nie chłopiec wpadł na dziewczynę, nie zauważając, kiedy ta się zatrzymała.
– Czego znowu Józiu potrzebuje? – spytała Matka, strzepując papierosa do popielniczki stojącej na szafce przy łóżku. – I lepiej dla niego, żeby miał dobry powód, skoro nie wraca do mnie od kilku dni. – Usiadła na materacu i okryła futrem nogi.
Dopiero wtedy Adam zobaczył jej twarz, rozjaśnioną światłem padającym z lampki w kształcie czaszki, takiej samej, jaką nosił przy sobie Józef. Gładziła ją powoli, niemal czule. Skóra jej twarzy była już wyraźnie pomarszczona, a policzki obwisłe z powodu podeszłego wieku. Usta, zbyt mocno pomalowane na czerwono, wyglądały na suche i spękane.
Matka cmoknęła, rozkładając ręce. Traciła cierpliwość. Młodsza kobieta szturchnęła chłopca.
– Józef nie żyje, proszę pani – odezwał się niepewnie.
Kobieta w futrze zatrzymała papierosa tuż przed ustami i zastygła na moment.
– Skąd o tym wiesz?
– Wyszliśmy całą grupą przeszukać okolicę i wtedy… – Adam spojrzał na dziewczynę przestraszony – …i ktoś ich zabił, i wtedy ja pobiegłem z powrotem, żeby o tym powiedzieć, i pan Józef poszedł ze mną. Okazało się, że ten, który zabił naszych, to znajomy pana Józefa, i ten postanowił go dogonić. Ale jak już to zrobił, to… – znów zerknął niepewnie – …to on go dogonił, ale ten znajomy go zabił. I tych, którzy z nim poszli, też. Nie żyją. Wszyscy. – Wypuścił głośno powietrze z płuc, jakby z ulgą, że ma to już za sobą, i mocniej ugniatał palce. Ze stresu nie mógł przełknąć śliny.
Kobieta wstała, wyraźnie zdenerwowana.
Cofnął lekko stopę, ale nie ruszył się z miejsca, wiedział, że mu nie wolno. Mimowolnie zerknął na plamy krwi na wykładzinie. Nagle poczuł piekący ból na szyi, aż odskoczył i złapał się za poparzone miejsce. Starsza kobieta stała przed nim z wyciągniętym papierosem, którym właśnie go przypaliła. Jej twarz, całkowicie bez wyrazu, okolona była peruką, przez co wyglądała niczym zaspany lew, podświetlony czerwonym blaskiem lampy. Wsadziła papierosa do ust i zdzieliła go otwartą dłonią w policzek.
– Wszyscy, kurwa, zginęli, tylko nie ty?! Tchórzu?! Śmieciu mały?! – Dostał w drugi policzek. Od razu poprawiła w to samo miejsce, a biła tak mocno, że omal go nie przewróciła. – Uciekłeś i ich zostawiłeś, zamiast im pomóc! – Splunęła na niego i uderzyła tym razem w tył jego głowy. – Pizdo mała! Powinnam cię wyrzucić na ulicę!
– Miałem szczęście! Przepraszam! – skomlał, zakrywając się rękami.
Kobieta zatrzymała otwartą dłoń tuż nad jego głową.
– Kawał z ciebie szczęściarza, co, słodziutki? Też bym, kurwa, chciała mieć tyle szczęścia w życiu, tumanie. – Złapała go mocno za nadgarstek i szarpnęła. – Stój prosto, jak do ciebie mówię, łajzo!
Chłopak z zaczerwienionymi od uderzeń policzkami i zapłakanymi oczami stanął jak na baczność, z całych sił powstrzymując płacz. Patrzył pod nogi i przełykał ślinę, aż zaczął spiętym, gardłowym głosem.
– Kazali mi, kazali mi wracać, to ja słuchałem… – Chłopiec wszystkimi siłami nie chciał pokazać, jak bardzo się boi. – Ale wtedy ja, ja szedłem za nimi. Nie wiedzieli, że idę. Szedłem, żeby pomóc albo przyprowadzić pomoc, gdyby wpadli w problemy, i wtedy znalazłem ich w domu niedaleko Nowego Sącza… i tam, w takim domu, oni, oni, byli tam wszyscy martwi. Pan Józef też. Chciałem im pomóc, ale przyszedłem za późno! – Pociągnął nosem i w tej samej chwili zauważył, że Matka ma tylko jedno oko. Drugie było sztuczne, martwe i wpatrzone w jeden punkt. Poczuł, jak strach ściska go za serce, które zaczęło mu walić za szybko, za głośno, aż czuł je w gardle.
– Kto mu to zrobił, słodziutki? – Rozciągnęła bordowe usta w złowrogim uśmiechu. – Pamiętasz, jak ten znajomy Józefa miał na imię?
– Grzegorz… proszę pani.
W tej samej chwili zza uchylonych drzwi ciemnej łazienki dobiegł ich łoskot. Dźwięki uderzeń łańcucha o płytki. Matka musiała trzymać tam kogoś zakutego jak zwierzę. Adam spojrzał na starą kobietę, która odwróciła się teraz zaskakująco lekko w stronę hałasu. Chłopak rzucił okiem na leżący na blacie zakrwawiony nóż, pojmując jednocześnie, że krew należy do więźnia. Obok noża leżało plastikowe niebieskie pudełeczko, po którego ściance ściekała strużka świeżej krwi.
Kobieta nagle chwyciła za poły futra i założyła je aż pod szyję, po czym odwróciła głowę w stronę młodej dziewczyny.
– Kochaniutka, wiesz, co robić.
– Teraz?
– Tak, kurwa, teraz! Myślałaś, że co się wydarzy, kiedy się o tym dowiem?! Mają być natychmiast gotowi do wyjścia! – wrzasnęła.
Dziewczyna w pośpiechu złapała za ramię chłopca i pociągnęła w kierunku wyjścia z apartamentu. Adam, zatrzymując się na ułamek sekundy w progu, zdążył zobaczyć Matkę otwierającą na oścież drzwi do zatopionej w mroku łazienki. Usłyszał, jak skuta łańcuchem osoba zaczęła wierzgać ze strachu, a w pomieszczeniu poniosły się trzaski i stłumione krzyki więzionej tam ofiary.
Drzwi się za nim zamknęły, ale zapach perfum Matki nie zniknął.
Rozdział 1
Bezpieczne miejsce
Letnie słońce wisiało wysoko na czystym niebie i grzało przyjemnie skórę, aż do lekkiego pieczenia. Liście na wysokich drzewach szeleściły wraz z podmuchami łagodnego wiatru i potęgowały zapach lata. Czterdziestotrzyletni Grzegorz siedział na schodach drewnianego tarasu w białych materiałowych spodniach i białym podkoszulku. Miał ciemne włosy zaczesane na bok, szeroki czubek nosa i zielone oczy. Lekki zarost dodawał mu męskości. Podrapał się po brodzie. Doskonale wiedział, że Kinga, jego żona, nie lubiła, gdy go zapuszczał.
Z odchyloną głową i zamkniętymi oczami przyjmował każdy ciepły promień ogrzewający mu twarz. Taras prowadził do ogrodu na tyłach letniskowego domku w lesie na obrzeżach Warszawy. Przyłożył do ust kubek z kawą, który obejmował palcami, powąchał ją i wziął łyk. Czuł, że przesadził z cukrem, ale nie chciało mu się iść po nową.
Jego uwagę skupiła jedna z gałęzi, która wyginała się nienaturalnie w bok. Wiewiórka trzymała się jej końcówki, kołysząc się razem z nią. Zebrała siły, skoczyła daleko i złapała się drugiego drzewa, a po chwili zniknęła za pniem. Grzegorz pokiwał głową z aprobatą. Następnie spojrzał w głąb ogrodu na swoją ośmioletnią córkę Zuzię. Kucała przy samym końcu trawnika, bez reszty czymś pochłonięta. Miała na sobie lekką, białą sukienkę, a brązowe, kręcone włosy opadały jej na ramiona, zasłaniając twarz.
Rzucił ostatnie spojrzenie na błękitne niebo i podniósł się, by wrócić do środka. Rozgrzane od słońca deski tarasu grzały przyjemnie w stopy. Gdy był już w połowie drogi, usłyszał pogodne wołanie córki:
– Dokąd idziesz, tatusiu?!
– Wracam przed laptopa – odparł szybko, po czym się zatrzymał i odwrócił do niej. – Muszę chwilę popra… – urwał. Głos uwiązł mu w gardle, gdy niespodziewanie zobaczył stojącą przed nim Zuzię.
Uśmiechała się szeroko, mimo że wyraźnie widział przechodzącą na wylot przez jej głowę dziurę po kuli z jego pistoletu. Krew zalewała jej twarz, przyklejała kręcone włosy do policzka i kapała z brody na białą sukienkę, tworząc na niej ciemnoczerwone plamy. Grzegorz wypuścił kubek z dłoni, a ten roztrzaskał się na kawałki tuż przy jego stopie.
– Co się stało, tatusiu? – dociekała niewzruszenie rozpromieniona. – Nie cieszysz się, że mnie widzisz?
Serce waliło mu jak szalone, nie mógł wydusić z siebie nawet słowa. Zuzia zrobiła krok w jego stronę, ale on zaczął się cofać. Zapraszająco wyciągnęła do niego ręce.
– Przytul mnie… – poprosiła.
Zbliżała się coraz bardziej, ale Grzegorz ciągle się cofał, starając się utrzymać dystans. Ogarnęło go skrajne przerażenie, poczuł, jak krew zastyga mu w żyłach.
– Nie chcesz mnie przytulić? – Oblicze Zuzi spochmurniało, nie była już słodką dziewczynką. – Nie miałeś problemu z tym, by strzelić mi w głowę, ale teraz nie masz odwagi wziąć mnie w ramiona? Co się stało? Nie kochasz mnie już, tatusiu?!
– Ja nie wiedziałem… – wydusił łamiącym się głosem. – Nie wiedziałem, że to ty. Myślałem…
– Wiedziałeś! – przerwała mu. – Gdy tylko mnie zobaczyłeś, to od razu wiedziałeś! Chciałeś mnie zastrzelić, bo zawsze wolałeś Jacka!
– Co? Nie mów tak…
– Zawsze miałeś dla niego czas! Jak tylko zawołał, to biegłeś! A ja musiałam się o wszystko prosić! Nie interesowałeś się mną!
Niebo pokryło się czernią, jakby ktoś wylał na nie atrament. Świat zapadł się w mrok, a taras oświetlała już tylko mała lampka wisząca na ścianie domu. Grzegorz poczuł, że zrobiło się mroźno. W tej samej chwili się zatrzymał, przywierając plecami do drzwi tarasowych. Nagle poczuł, że coś trzyma. Spojrzał na swoją dłoń, w której znajdował się pistolet. Zdezorientowany obserwował, jak jego ręka unosi się bez jego woli, a następnie celuje w dziewczynkę.
– Nie! Nie chcę! – Siłował się z samym sobą. – Błagam!
– Chcesz. Tak jak chciałeś, gdy pociągnąłeś za spust!
– Szedłem, żeby cię odnaleźć…
Dziewczynka stanęła tuż przed lufą pistoletu.
– No dalej – powiedziała niewinnie. – Oboje wiemy, że chcesz.
– Nie!!!
Pistolet wystrzelił.
***
Grzegorz wyrwał się z koszmaru, jego mięśnie były napięte do granic. Ciało odpowiedziało natychmiast przeszywającym bólem, który przeszedł w twardy skurcz. Mrugał szybko, choć oczy nie mogły złapać ostrości. W końcu dostrzegł sklepienie ze starej cegły, co podpowiedziało mu, że znajduje się w jakiejś piwnicy. Uspokoił się szybko, gdy pojął, że leży w łóżku przykryty kocem po łokcie. Po kilku wdechach obrócił głowę. Ciasne pomieszczenie oświetlone było jedynie małą lampką, postawioną na plastikowym pudle pomiędzy łóżkami. I dwoma świeczkami.
– Grzesiek! Słyszysz mnie?!
Przez piszczenie w jego głowie przedarł się stłumiony głos, nie wiedział jednak, do kogo należał. Spróbował się podnieść, tym razem ostrożnie, by nie wywołać bólu, tak jak przy przebudzeniu. Był zbyt słaby, ledwo poruszał kończynami. Pisk w jego uszach zaczął przybierać brzmienie znanego mu damskiego głosu. Ostrożnie odwrócił głowę w drugą stronę. Ktoś był obok.
Gdy jego wzrok złapał ostrość na tyle, by mógł się przyjrzeć znajdującej się przy łóżku osobie, rozpoznał swoją żonę Kingę. Jej jasnobrązowe, sięgające łopatek kręcone włosy były teraz tłuste. Była blada i chudsza, niż zapamiętał. Mimo to jej oczy błyszczały żywo spod czarnych brwi, a źrenice skrzyły się jak diamenty. Jej karminowe usta coś mówiły, składały się w półuśmiechu, tworząc na policzkach dołeczki. Miała na sobie ciemny podkoszulek z długim rękawem i lekkim dekoltem. Gdy wtuliła się w niego, sprawiło mu to ból, ale nie przeszkadzało.
Grzegorz objął ją prawą ręką i przyciągnął do siebie, jakby się bał, że zniknie. Przez chwilę oddychali razem. Gdy poruszył drugą ręką, usłyszał stukot plastiku i poczuł pieczenie w zgięciu łokcia.
– O Jezu, ostrożnie… – odezwała się Kinga, odsuwając się od niego, i przetarła mokre od łez policzki. – Nie ruszaj się, bo wyrwiesz.
– Co… to? – Grzegorz ledwo miał siłę mówić. Podniósł wolno lewą rękę i dostrzegł w niej wenflon. Wychodzący z niego dren ciągnął się w górę do zawieszonego na sznurku worka z krwią.
– Było z tobą naprawdę źle. To cud, że żyjesz. – Usiadła obok łóżka i dotknęła dłonią jego policzka. – Leżałeś nieprzytomny na stole przez kilka godzin. Mamy tu lekarza, to on cię uratował. – Pogłaskała go po twarzy.
– Gdzie je… jesteśmy? – wyszeptał i uniósł mętny wzrok.
– W podziemiach kościoła – wyjaśniła. – Nie pamiętasz?
Grzegorz rozejrzał się jeszcze raz po ciasnej piwnicy, próbował sobie cokolwiek przypomnieć. Widział dwa kolejne łóżka, dosunięte do ceglanych ścian. Były puste. Leżały na nich jedynie złożone koce.
– Gdzie Jacek? – Zamknął na chwilę oczy, wirujący świat zaczynał być nie do zniesienia.
– Grzesiek? Wszystko okej? – Kinga wstała, zaniepokojona, sądząc, że mu się pogarsza.
– Gdzie… Jacek… – wydukał. Czuł, że znów traci siły i wszystko ciemnieje. – Gdzie Ja… cek…
– Grzesiek? Grzesiek?! Grzesiek! – Kinga starała się go ocucić, ale nic nie pomagało, więc wybiegła z piwnicy. – Pomocy! Jarek! Szybko!
Gdy głowa Grzegorza opadła na poduszkę, odpłynął w czerń i ciszę.
***
Tym razem wybudzenie przyszło wolniej.
Grzegorz czuł dziwne, choć przyjemne ugniatanie dłoni. Jego stan nadal się nie poprawił, ciało w dalszym ciągu miał obolałe, a tłumiony lekami ból nie ustępował. Było z nim źle, nikt nie musiał go o tym informować, czuł to doskonale. Wziął głębszy wdech, ale płuca wydawały mu się cięższe niż zwykle. Otworzył oczy, powoli przyzwyczajając się do ciemności pomieszczenia. Ta sama piwnica, te same cegły nad głową, ten sam chłód i zapach środków odkażających. Tym razem widział już lepiej. W rogach pokoju leżało mnóstwo plastikowych, przezroczystych pudeł, wypełnionych gazami, bandażami i wszelkim sprzętem medycznym, jaki najwyraźniej zdołano znaleźć. Obok stał kosz, spod klapki wystawały chusteczki i bandaże, czerwone od jego krwi.
Uniósł wzrok na zawieszony mu nad głową woreczek z krwią, ponad połowa była pusta. Po prawej stronie siedziała Kinga, oświetlona światłem lampki. Masowała jego dłoń, spokojnie, mechanicznie, jakby robiła to już setny raz.
– Kocham cię – wyszeptał słabym głosem, a ona uśmiechnęła się ciepło, spoglądając mu głęboko w oczy.
– Przestraszyłeś mnie – mruknęła cicho.
– Sorry…
– Jak się czujesz?
– Szału nie ma. – Odchrząknął. – Mamy coś do picia?
– Tak, proszę. – Podała mu butelkę wody, wcześniej odkręciwszy zakrętkę. Pomogła mu się napić.
Gdy upił łyk, kaszlnął, dławiąc się płynem. Znów oparł głowę na poduszce i rozluźnił mięśnie, by ból stał się mniej dokuczliwy.
– Długo byłem nieprzytomny? – zapytał po chwili.
– Dwa dni. Od momentu, gdy znaleźliśmy cię pod kościołem. Teraz trzy godziny. Ale to dobrze. Jarek, który jest tu lekarzem, mówi, że potrzebujesz snu. Więc śpij, ile chcesz.
– Gdzie dzieci?
Kinga nie odpowiedziała. Spuściła głowę i spoważniała.
Widział, że coś jest nie tak.
– Co się dzieje?
– Grzesiek… – Założyła pasmo włosów za ucho. – Jak mogłeś to zrobić? – spytała twardo.
Strach wbił mu w trzewia szponiaste palce, zacisnął, szarpnął i przekręcił. Nagle jakby cały ból odsunął się na drugi plan. Grzegorz zrozumiał, że musieli znaleźć ciało Zuzi leżące na środku boiska do koszykówki. Z dziurą w głowie po kuli, którą wystrzelił. Nie miało znaczenia, że wziął ją za najeźdźcę podszywającego się pod córkę. Nie miało znaczenia, że nie chciał. Nic nie miało znaczenia, bo ona nie żyła i już nie wróci. A jego żona i syn nigdy mu tego nie wybaczą. Tak jak i on nigdy sobie tego nie wybaczy.
– Kinga… przepraszam… – zaczął łamiącym się głosem.
– Jak mogłeś iść przez pół Polski w pojedynkę? Co ty w ogóle sobie myślałeś, tak ryzykując?
Poczuł ulgę, słysząc, że jego żona mówi o czymś innym. Nie wiedziała.
– Jak mogłem? – Podniósł się odrobinę i stęknął z bólu. – Usłyszałem pogłoski o tym, że nad Sączem statki się rozstąpiły i wpuściły tu światło. Takie rzeczy działy się już w innych miejscach, zawsze tam, gdzie byli ludzie. Wiedziałem, że to był znak, że w Sączu ktoś przeżył. – Kaszlnął. – Był cień szansy, że żyjecie, i to mi wystarczyło, żeby iść. Kinga, przeszedłbym cały świat, gdybym musiał, żeby was odnaleźć.
Jego żona wyraźnie posmutniała, spuściła głowę, jakby nie chciała patrzeć mu w oczy.
– O co chodzi? – spytał szeptem.
– Grzesiek. Ja… ja muszę ci coś powiedzieć…
– Tata!!!
Rozmowę przerwał głos ich syna. Jacek wpadł do pomieszczenia, podbiegł do łóżka, szczęśliwy, i przytulił się do ojca. Chłopak miał teraz dwanaście lat. Włosy ścięte niemal na jeżyka. Zielona koszula w kratę wisiała na nim luźno, widać było, że jest o rozmiar za duża. Grzegorz zamknął oczy i przycisnął syna ostrożnie do siebie. Przez moment po prostu trwali tak w ciszy, podczas gdy on całował Jacka w głowę.
– Co ci się stało z włosami? – spytał, głaszcząc go po krótkiej fryzurze. – Wpadłeś pod kosiarkę?
– Przeszkadzały mi, teraz jest lepiej. A co ty masz na twarzy? – Jacek pociągnął go za brodę. – Mikołaju.
– Aua. – Grzegorz się zaśmiał, ale od razu zesztywniał. Nawet to sprawiało mu ból. – Nie jestem jak Mikołaj. Wyglądam jak wiking…
– Wyglądasz ekstra. – Syn znów go przytulił.
– Jacek, ale zejdź z taty, możesz mu zrobić krzywdę – upomniała go matka i pociągnęła lekko w tył. – Ostrożnie.
– Schodzę. – Chłopak cofnął się z łóżka, ale nawet stojąc obok, nie przestawał przytulać się do ojca. – Tak strasznie się cieszę!
– Ja też. – Grzegorz pocałował go w głowę.
– Mówiłem Zuzi, że się obudziłeś. Zaraz przyjdzie – dodał zadowolony.
Grzegorz spoważniał na te słowa. Wiedział, kim była istota udająca jego córkę. Skoro Jacek był przekonany, że jego siostra jest tutaj, to znaczyło, że najeźdźca wszedł z nimi do schronu. Wszyscy tutaj byli w ogromnym niebezpieczeństwie. Niebezpieczeństwie, które on sprowadził.
Drzwi do piwnicy otworzyły się wolno. Spojrzeli w tę stronę i zastygli, a Grzegorz odruchowo próbował złapać za coś, czym mógłby się bronić, ale napotkał jedynie dłoń swojej żony. Zamiast ich córki do środka wszedł ksiądz, szybkim, pewnym krokiem. Sutanna zafalowała na wysokości kolan, a biała koloratka błysnęła na tle czerni, gdy poprawił ją odruchowym gestem. Wyglądał na młodszego od Grzegorza, jeszcze przed trzydziestką. Krótkie, równo przycięte włosy i gładko ogolona twarz należały w tych czasach do rzadkości. Był wysoki, szeroki w barkach, o miedzianobrązowej skórze. Wniósł ze sobą więcej siły, niż sugerował wiek.
Zatrzaskując drzwi, odsłonił fragment tatuażu. Ciemną linię ciągnącą się od karku ku uchu. Z tej odległości nie sposób było rozpoznać wzoru. Uszy księdza były zgrubiałe i zdeformowane jak u zawodnika MMA, twarde, spuchnięte, zupełnie niepasujące do koloratki. Zrobił znak krzyża, a Kinga natychmiast się wyprostowała i również się przeżegnała. Jacek zrobił to samo, szybko i dynamicznie, jakby z obowiązku. Zachowanie syna i żony Grzegorza zmieniło się w obecności duchownego. Kinga nie trzymała go już za dłoń, tylko siedziała bokiem, wyprostowana, a Jacek spuścił wzrok.
– Szczęść Boże – odezwał się ksiądz twardym, radiowym głosem. – Grzegorzu, jestem ojciec Daniel. Przyszedłem się przywitać, ponieważ doszła do mnie wieść, że Pan cię nam oddał i że już dochodzisz do siebie. Jeśli Kinga jeszcze nie wspomniała, znajdujemy się w podziemiu kościoła. Jesteś tu bezpieczny.
Na moment zapanowała niezręczna cisza. Grzegorz chrząknął i odparł:
– Dzięki za to… – Wskazał na kroplówkę.
– Gdy oferowaliśmy ludziom schronienie przed diabłami, Pan zesłał nam również i lekarza. Opiekuje się teraz nami, byśmy się nie pochorowali. Oczywiście skomplikowanych operacji nie da się przeprowadzić w tych warunkach. Jednak lepsze to niż nic.
Grzegorzowi zakręciło się nagle w głowie i zakrył dłońmi skronie.
– Mamy wyjść? Chcesz odpocząć? – spytał kapłan.
– Nie. Mówi… – Zmarszczył twarz, po czym znów podjął: – Mówiłeś, że jest tu bezpiecznie. Jest stąd tylne wyjście?
– Grzesiek! – rzuciła Kinga i skarciła go spojrzeniem.
Grzegorz zerknął na żonę, nie rozumiejąc, czemu obecność księdza tak bardzo ją stresuje. Nawet Jacek wciąż nie patrzył na duchownego, tylko stał do niego bokiem. „Boją się go?” – zastanawiał się.
– Nic nie szkodzi. Przezorny zawsze ubezpieczony, to zrozumiałe po tym, co musiałeś przejść. Całe szczęście Bóg był u twego boku i czuwał nad tobą – podkreślił Daniel i złapał za różaniec wiszący mu na szyi. – Kingo, Jacku. Jeżeli pozwolicie, chciałbym zamienić kilka słów z Grzegorzem. Na osobności.
– Oczywiście. – Kinga niezwłocznie wstała i wyciągnęła dłoń do syna.
Ten jednak przytulił się mocniej do ręki ojca, nie chcąc go opuszczać.
– Jacek. – Matka ponagliła go ruchem dłoni, wymuszając na synu posłuszeństwo.
– Idź z mamą – poprosił Grzegorz, zmęczony. – Zobaczymy się za moment. – Pocałował go w głowę, a ten złapał matkę za rękę i minęli księdza, któremu uśmiech nie schodził z twarzy.
Syn złapał ostatni kontakt wzrokowy z ojcem, a ten puścił do niego oko, po czym wyszli z pomieszczenia. Ksiądz podszedł wolno do drzwi i docisnął je dłonią, upewniając się, że są zamknięte. Grzegorz podniósł się wyżej na łóżku, na ile zdołał.
– Jak się czujesz, Grzegorzu? – spytał duchowny już innym tonem, poważniejszym i mniej miłym. – Powiedz szczerze. Nie musisz się martwić, nie powtórzę twojej rodzinie.
– Tak, jak wyglądam.
– Lekarz przekazał mi, że doznałeś obrażeń wewnętrznych. Zmiany na skórze oraz widoczne przebarwienia mogą na to wskazywać. Nie dysponujemy jednak sprzętem diagnostycznym, który pozwoliłby dokładnie ocenić skalę urazów, dlatego nie jesteśmy w stanie określić, jak poważny jest twój stan. Zszyto wszystkie rany, które było możliwe opatrzyć, podano antybiotyki oraz środki przeciwbólowe. – Znów złapał za krzyżyk na szyi.
– Dzięki – mruknął, choć po zdawkowym tonie księdza oceniał, że czeka go ciąg dalszy. – Ale?
– Ale… nie da się tego powiedzieć łagodnie, zatem pozwolę sobie przekazać to wprost… Nie wiemy, jak długo będziemy w stanie kontynuować leczenie, mamy ograniczone zapasy i nie możemy przeznaczyć wszystkiego na jednego pacjenta, jeżeli zdajemy sobie z góry sprawę, że jego wyleczenie graniczy z cudem. Mam nadzieję, że rozumiesz, o czym mówię. Są inni, którzy będą potrzebowali tych leków oraz przetaczanej ci krwi, które mogą ocalić im życie.
Grzegorz patrzył nieruchomo, dał sobie czas na reakcję.
– Nieźle – parsknął sarkastycznie.
– Nie chcę, byś to źle odebrał. Jesteśmy gotowi nadal ci pomagać, ale musimy być pewni…
– Rozumiem, proszę księdza. Jeśli nie zacznę szybko się goić, to pozwolicie mi umrzeć. Odstawicie mi leki, bo wam ich szkoda – wychrypiał z bólem. – Kinga wie?
– Cenię sobie szczerość i bezpośredniość, więc przychodzę z tym najpierw do ciebie. Nie musisz odpowiadać od razu, to może być dla ciebie trudne…
– Słońce nadal świeci nad miastem? – wszedł mu w słowo, by zmienić temat.
– Do tego wrócimy za chwilę. – Ksiądz włożył palec pod koloratkę i pokręcił głową, wyciągając szyję, jakby kołnierzyk był niewygodny. Następnie podszedł bliżej łóżka i złapał za ramę przy nogach pacjenta. – Powiedz, proszę, Grzegorzu, jak zdołałeś przetrwać taką podróż? To bardzo daleka droga. Niemożliwa do pokonania. – Świdrował go wzrokiem. – Jak to zrobiłeś?
– Miałem farta, to wszystko. – Grzegorz zmierzył go bacznym spojrzeniem, nie ufał mu.
Światło świeczek rozjaśniło uśmiech Daniela, ale jego oczy pozostały poważne.
– Mieszkańcy kościoła mają co do ciebie obawy. A ja chcę, by czuli się w domu Boga bezpiecznie, więc muszę im to wytłumaczyć. Chodzą plotki, że tylko sam diabeł może przejść przez piekło nieruszony. Pomóż mi zrozumieć, bym mógł ugasić ich niepokój. – Zrobił celową przerwę.
– Czyli nawet jeśli wydobrzeję, to nie wolno mi tu zostać? – spytał, podnosząc się wyżej na łóżku. – To chcesz mi powiedzieć?
– Spróbuj postawić się na ich miejscu. Ochotnicy wychodzą na zewnątrz, by uzupełnić zapasy. Wielu nie wraca, a mowa tutaj o dystansie może trzech kilometrów. Potem zjawiasz się ty i twierdzisz, że przebyłeś trzysta sześćdziesiąt kilometrów marszem i żyjesz. A mówiąc, że miałeś szczęście, dajesz im tylko pretekst do tego, by cię stąd wyprosili. Mój cel jest taki sam jak Boga, czyli chronić swoje dzieci.
– Nie szedłem sam – wyjaśnił Grzegorz twardym tonem. – Było nas więcej, ale tylko ja przeżyłem, o ile można to tak nazwać, patrząc na mój stan. Więc tak, miałem szczęście i sam nie potrafię tego nazwać inaczej.
– Co im się stało?
Grzegorz kaszlnął, odkrztuszając wydzielinę z dróg oddechowych. Ksiądz podał mu chusteczkę, a pacjent splamił ją krwią. Następnie oddał ją kapłanowi.
– Broniliśmy się, padło na nich. Próbowałem ich ratować, ale nie dałem rady.
– Demony?
– Jakie znowu demony? – Grzegorz wykrzywił twarz i pokręcił głową. – To, co zasłoniło niebo, to inna cywilizacja, nie szatan. A to, co biega po ziemi, to istoty przez nich tu zesłane, nie demony. Nie ma to nic wspólnego z religią.
– Wszystko, co żyje, ma swoje korzenie w Bogu.
– Niech mi ksiądz powie, czy nad miastem nadal świeci słońce? To bardzo ważne i istotne dla naszego bezpieczeństwa.
– To dom Boży, nigdzie nie będziemy bardziej bezpieczni niż tutaj – mówił miękko i przyjemnie, niemal szeptem, z przesadną łagodnością, która działała na Grzegorza jak cierń pod skórą.
Nie był przeciwny wierze, ale z Kościołem już dawno nie było mu po drodze.
Daniel uśmiechał się cierpliwie. Dobierał słowa ostrożnie, jakby każdą sylabę wcześniej przećwiczył. A jednak wystarczyło spojrzeć mu w oczy, by zauważyć, że nie było w nich spokoju, a jedynie intencje. Duchowny znów pociągnął palcem za koloratkę, jakby się stresował.
– Niech mnie ksiądz posłucha – zaczął raz jeszcze Grzegorz, tym razem trochę spokojniej. – Widziałem na własne oczy, jak statki się ze sobą zderzyły, co spowodowało wyrwę. Nie wiem, czy to przypadek, ale jeżeli jeszcze świeci słońce, mamy szansę się uratować. Takie incydenty działy się już wcześniej i zawsze mają ten sam skutek. Nikt w miejscu objętym słońcem nie dożywa momentu, w którym znów zostaje zasłonięte. Musimy zebrać ludzi i uciekać z…
– Grzegorzu, Grzegorzu… – Ksiądz go uciszył, unosząc luźną dłoń. – Nalegasz, bym nakazał mym wiernym porzucić bezpieczne miejsce, które chroni ich od roku, i wyruszyć z tobą w podróż, którą sam uważasz za samobójczą? Wiesz, jak to brzmi? – Oddalił się, po czym znów wrócił przed łóżko. – Chcesz, by ludzie chronieni przez Boga wyszli spod jego koca i zostali odsłonięci na zagrożenie? Kinga opowiadała mi o tobie tyle dobrego. Co się stało, że sugerujesz coś takiego?
– Nie słuchasz, co do ciebie mówię… – Grzegorz poczuł ucisk w płucach, przez krótką chwilę nie mógł złapać oddechu.
– Usłyszałem już wystarczająco. Odpoczywaj. Muszę się rozmówić z pozostałymi, ale obawiam się, że nie wygląda to obiecująco. – Ksiądz się wyprostował i ruszył w kierunku drzwi.
– Człowieku, przecież zależy mi na tym, żeby moja żona i dziecko przeżyli – zdenerwował się Grzegorz i zastękał z bólu, przez co od razu złapał się za brzuch.
Ksiądz Daniel zatrzymał się z ręką na klamce i zapytał z zaskoczoną miną:
– Dziecko? – Rzucił mu podejrzliwe spojrzenie. – Nie dzieci? Przecież masz dwoje.
Grzegorz zrozumiał, że powiedział za dużo.
– Oczywiście, że dzieci… kręci mi się w głowie.
– Nie musisz się martwić o Kingę i dzieci. Pod twoją nieobecność osobiście objąłem ich opieką.
Grzegorz i ksiądz mierzyli się wzrokiem. Od pierwszej chwili, gdy się poznali, nie było między nimi sympatii. Ani nawet neutralności. Teraz to napięcie tylko się zagęściło, jakby powietrze w piwnicy stało się cięższe. Żaden nie odwracał spojrzenia.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
Pytanie Grzegorza zagłuszył hałas dochodzący z korytarza. Zgromadzeni w kościele ludzie wznieśli kilka niezgranych okrzyków, ktoś przebiegł obok pomieszczenia szpitalnego w piwnicy. Zamieszanie narastało z każdą sekundą i nie było wątpliwości, że dzieje się coś złego. Daniel otworzył gwałtownie drzwi i wyjrzał na korytarz. Był wyraźnie przejęty.
– Co się dzieje? – spytał Grzegorz, słysząc dziwaczne, rytmiczne mamrotanie wielu osób.
Ksiądz wyszedł i zamknął za sobą drzwi bez wyjaśnienia. Grzegorz wyrwał wenflon z ręki, a krew popłynęła cienką strużką na przedramię. Starł ją dłonią i z jękiem spróbował usiąść na skraju łóżka. Postrzelone udo zaprotestowało natychmiast, piekąc jak poparzenie. Szwy ciągnęły boleśnie skórę, jakby ktoś próbował rozerwać je od środka. Świat nie przestawał wirować. Musiał zamknąć oczy. Siedział tak chwilę, oddychając płytko. Ręce i nogi miał jak z waty. Podniósł podkoszulek, by ocenić swój stan. Ciemnobordowe plamy na żebrach i brzuchu nie wyglądały najlepiej. Miał wrażenie, że zwymiotuje. Było gorzej, niż sądził.
Nie miał siły wstać, ale jeśli najeźdźcy weszli do piwnic kościoła, leżenie w łóżku nie wchodziło w grę. Zsunął się na zimną kamienną podłogę, w ostatniej chwili łapiąc się materaca, co osłabiło upadek. Leżał na piwnicznej posadzce, zbierając resztki sił, po czym sapnął ciężko i się podniósł. Hałas na korytarzu nie ustawał, ktoś znów przebiegł obok. Nagle odgłosy stały się o wiele głośniejsze. Gdy Grzegorz uniósł głowę, zauważył otwarte drzwi. W progu stała ośmioletnia dziewczynka o kręconych, opadających na ramiona włosach. Jego córka. Zuzia. Duże zielone oczy wpatrywały się w niego uważnie. Brudna, schodzona koszulka sięgała jej do połowy ud, pod nią miała jasne materiałowe spodnie, a na stopach ciemne buty. Patrzyła na niego poważnie. Zbyt poważnie jak na dziecko.
Bo to nie było dziecko.
Złość uderzyła w niego jak fala przypływu, zalewając wszystkie myśli. Zapomniał o bólu, o korytarzu, o całym świecie. Patrzył na najeźdźcę, który przybrał postać jego córki. Patrzył na Damiana. Rozejrzał się gorączkowo i chwycił za rurkę opartą o ceglaną ścianę tak mocno, aż zbielały mu knykcie. Oparł się jedną ręką o łóżko, blady i wycieńczony, ale gotowy, by uderzyć.
Dziewczynka zamknęła za sobą drzwi, a rejwach docierający z korytarza przygasł.
– Musimy porozmawiać – powiedziała niewinnym, dziecięcym głosem.
– Nie mam ci nic do powiedzenia – warknął pełen złości.
– To miejsce nie jest bezpieczne. – Weszła w głąb piwnicy, gdzie łuna światła z lampki rozjaśniła jej twarz. – Musimy uciekać, natychmiast.
Grzegorz spojrzał na Zuzię. Z jej lewego oka wypłynęła czarna kropla i spłynęła po policzku.
Dziewczynka starła ją dłonią.
Redakcja: Magdalena Gonta-BiernatKorekta: Olga Smolec-Kmoch, Elżbieta RożkiewiczProjekt okładki: Tomasz BiernatSkład: Tomasz Biernat
Copyright by Paweł Leśniak 2026Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Nocą,Warszawa 2026
Druk i oprawa:Drukarnia Sowa
ISBN: 978-83-68657-39-5
WYDAWNICTWO NOCĄul. Filipiny Płaskowickiej 46/8902-778 WarszawaNIP: 9512496374www.wydawnictwonoca.ple-mail: [email protected]
Spis treści
Prolog
Rozdział 1Bezpieczne miejsce
