Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
25 osób interesuje się tą książką
WSZYSTKO, CO POTRÓJNE, JEST DOSKONAŁE
Hierarchia wciąż nazywa mnie Visem Telimusem. Wciąż ogłasza mnie Catenicusem. Wszyscy, jak jeden mąż, wciąż wierzą, że wiedzą, kim jestem.
Jednak coś się zmieniło. Wygrałem Iudicium i wiele straciłem – a teraz, choć wydaje się to niemożliwe, starożytne urządzenie ukryte za Labiryntem powieliło mnie w trzech osobnych światach. Inna wersja mnie w każdym z nich: w Obiteum, Luceum i Res. Trzy różne ciała, trzy różne życia. Muszę się ukrywać, walczyć, grać w polityczne gierki. Muszę trenować, ufać i kłamać. Muszę zabijać, uzdrawiać i udowadniać swoją wartość raz za razem, na nowo i bez końca.
Jestem kochany, nienawidzony i całkowicie sam.
Przede wszystkim jednak muszę znaleźć odpowiedzi, zanim będzie za późno. Zrozumieć naturę tego, co mi zrobiono – i dlaczego.
Muszę znaleźć sposób, by powstrzymać nadchodzący Kataklizm, ponieważ jeśli wszystko, czego się dowiedziałem, jest prawdą... mogę być jedynym, który jest w stanie to zrobić.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 1119
Okładka
Karta tytułowa
Cykl Hierarchia
Tabela Rang
Mapa Republiki Cateńskiej
Część 1. Omne trium perfectum
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Część 2. Ante omnia armari
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51
Rozdział 52
Rozdział 53
Rozdział 54
Rozdział 55
Rozdział 56
Rozdział 57
Część 3. Tuae electiones fis
Rozdział 58
Rozdział 59
Rozdział 60
Rozdział 61
Rozdział 62
Rozdział 63
Rozdział 64
Rozdział 65
Rozdział 66
Rozdział 67
Rozdział 68
Rozdział 69
Rozdział 70
Rozdział 71
Rozdział 72
Rozdział 73
Rozdział 74
Rozdział 75
Rozdział 76
Rozdział 77
Rozdział 78
Rozdział 79
Rozdział 80
Główne postacie
Słowniczek
Miejsca
Podziękowania
Karta redakcyjna
Tył okładki
Okładka
Strona tytułowa
Dedykacja
Meritum publikacji
Prawa autorskie
Wola wielu — tom I
Siła nielicznych — tom II
The Justice of One — tom III
w przygotowaniu — tom IV
Synowi
Strach, jak powiedział mi kiedyś ojciec, to po prostu świadomość utraty kontroli. Nic więcej. Właśnie dlatego czasem jedyny sposób, aby się nie bać, to zawierzyć ludziom, którzy – jak się zdaje – tę kontrolę mają.
CZEKAJ. UCIEKAJ.
Szkarłat niemal całkowicie przesłania te słowa. Krew spływa po przegubie, rozlewa się na dłoni, ciemne kropelki kapią z palców na ziemię. Pędzę za Caerorem przez czerwony, rozmigotany tunel; mąci mi się w oczach. Krąg brązowych ostrzy został daleko za nami. Labirynt musi być już blisko. Rany bolą. Brat Ulciscora próbował mi przed chwilą wytłumaczyć, dlaczego musiałem wyryć ten napis na własnym ciele. To była wiadomość.
Przesłana do mnie samego.
Znajdującego się w innym świecie.
Wyjaśnienie brzmi zbyt dziwnie, bym mógł je w tym momencie w pełni zaakceptować. Właśnie ta nieustanna natarczywość w jego głosie skłoniła mnie do działania. Pokaleczyłem się, mimo że prośba wydała mi się absurdalna i dość makabryczna. Ton oraz rozpaczliwa, wręcz desperacka potrzeba wiary, że ten człowiek naprawdę rozumie, co tu się dzieje. Że wie, w jaki sposób uratować nas z tego koszmaru.
Że panuje nad sytuacją.
– Jak chcesz ominąć Relikty? – wykrztuszam z siebie. Wciąż jestem poważnie osłabiony. Ledwie rozumiem, co mówię. Odnoszę wrażenie, że kamienne ściany i czerwony półmrok wchłaniają mój głos.
– Relikty są w Res. – Caeror nawet się nie odwraca. – Podobnie jak labirynt.
Nie mam czasu na wątpliwości i dyskusje: tunel kończy się tuż przed nami. Wychodzi na to, że miał rację. Wyjście nie jest strzeżone. Z podłoża nie wyrasta ani jedna ściana, nasza obecność nie ożywia fali grzechoczącej, obsydianowej śmierci. Z duszą na ramieniu wybiegam do rozległej, kamiennej sali. Tej samej, w której jeszcze niecałą godzinę temu znajdował się labirynt.
Poza tym wszystko wygląda identycznie. Nawet posadzka. Kierujemy się ku ruchomej platformie, zabezpieczonej poręczą z czerwonego szkła.
– Uważaj. Musimy wsiąść jednocześnie. – Caeror przystaje, czeka, aż stanę obok. – Teraz.
Jest ciasno.
– Dotknijmy poręczy jednocześnie. I… już.
Barierka zaczyna się jarzyć. Unosimy się. Wykorzystuję te chwile, by wyrównać oddech.
Podziemna sala błyskawicznie znika. Suniemy ku górze w ciemności, rozproszonej jedynie przez szkarłatną poświatę.
Caeror odwraca głowę i przygląda mi się uważnie. Ciemna zaniedbana broda i kędzierzawe włosy okalają starą bliznę, ciągnącą się od policzka aż po miejsce, w którym powinno być lewe ucho. Pod wieloma względami mężczyzna zupełnie nie przypomina Ulciscora, ale ma identyczne, przenikliwe orzechowe oczy. Nawet gdybym o tym nie wiedział, od razu bym się domyślił, że to jego brat.
– Jesteś… rzeczywisty. Prawda? – Na jego usta nagle wypływa uśmiech. Szeroki, promienny. Rozcina napięcie gładko niczym sztylet. Caeror wpatruje się we mnie wyraźnie podekscytowany. – Powiedz mi, do cholery, że jesteś prawdziwy…
– T…tak. – Czuję się skołowany. Co innego niby miałbym odpowiedzieć?
Mój towarzysz zadziera głowę i, ku mojemu przerażeniu, wyje triumfalnie prosto w ziejącą nad nami otchłań. W okrzyku pobrzmiewa dzika, niepohamowana radość. Po chwili milknie, rozluźnia zaciśnięte na poręczy palce, nabiera powietrza i znów się wydziera. Ostatecznie odgłos przechodzi w pełen ulgi śmiech. Caeror aż dygocze z emocji.
– Tak! Na bogów przegniłych, tak! Nareszcie, do licha. Siedem lat. A niech cię… Mówiłeś, że jak się nazywasz?
– Vis.
– Vis! Słuchaj, Vis, kiedy stąd wyjdziemy, mocno cię wyściskam. I będzie to uścisk znacznie dłuższy, niż byłoby stosowne w kulturalnym towarzystwie. Za co z góry najmocniej przepraszam. – Ponownie zanosi się śmiechem, w którym mieszają się satysfakcja i obłęd. – Na bogów przegniłych!
Jestem spięty, zdezorientowany i obolały, lecz ta jego czysta, dziecięca niemal wesołość okazuje się na tyle zaraźliwa, że powoli się uspokajam, choć serce wciąż wali mi jak młotem.
– Cieszę się, że jesteś zadowolony. – Idę za przykładem Caerora i ostrożnie odrywam jedną rękę od świecącej barierki. – Ale przedtem wspomniałeś… że jesteśmy w Obiteum. Że to… inny świat? – Ostatnie słowa podkreślam niepewnym chichotem. Bo przecież musiałem się przesłyszeć. Ta sugestia wypowiedziana na głos wydaje się jeszcze bardziej niedorzeczna.
Caeror przestaje rechotać. Cichnie, aczkolwiek wciąż szczerzy się do mnie szeroko.
– Tak, wiem. Niełatwo to zrozumieć. A zanim będę mógł ci to wszystko wytłumaczyć, jeszcze niejedno cię zaskoczy. Teraz jednak nie pora. Dopóki nie wydostaniemy się z tej wyspy, grozi nam poważne niebezpieczeństwo. – Nadal jest wesoły, lecz jakaś nuta w jego tonie wskazuje, że to nie żarty. – Pozwolisz, że odłożymy wyjaśnienia na potem? Obiecuję, że później odpowiem na każde twoje pytanie.
– Zgoda. – W sumie nie była to prośba.
Caeror życzliwie kiwa głową, zauważa, że rozcieram ramię.
– Boli?
– Boli. Pewnie od tych skaleczeń. – Wzruszam ramionami.
– Jesteś pewien?
– Nie wiem. Dopiero co poczułem. – Nie myślałem o tym, lecz zainteresowanie towarzysza sprawia, że zaczynam się zastanawiać. – Prawdę mówiąc, boli mnie całe ramię.
Caeror ponownie kiwa głową. Nie sprawia wrażenia zaskoczonego. Wyjmuje coś z kieszeni.
– Przywiąż to do ręki. Kamieniem do skóry.
Wręcza mi zawieszony na rzemieniu amulet.
Wytężam wzrok w czerwonej poświacie. Precyzyjnie rzeźbiony, kamienny medalik o średnicy około cala. Przedstawia skarabeusza.
– Co to?
– Vitaerium. – Caeror pokazuje mi swoją rękę, na której nosi identyczny amulet. – Tylko pamiętaj, nie zgub go pod żadnym pozorem.
– Dlaczego? – Nie kryję niepokoju.
Vitaeria służą podtrzymywaniu ludzi przy życiu. Zazwyczaj bardzo chorych.
– Dzięki niemu nie ucierpisz wskutek niepożądanego przecieku z Res albo Luceum. – Caeror wymownie muska szramę widniejącą w miejscu, gdzie powinno być ucho. – Poza tym tutejsze powietrze jest… jak by to ująć… niezbyt zdrowe. Na zewnątrz, bez tego amuletu, już po jakiejś godzinie twoje gardło i płuca pokryłyby się pęcherzami. Ale, Vis? – Unosi brew. – Zadajesz pytania, a jeszcze się nie wydostaliśmy.
Powstrzymuję ciętą ripostę, która ciśnie mi się na język, i pragnienie rozwikłania tajemnic. Szybkimi ruchami zawiązuję rzemień na ręce. Skarabeusz płasko przywiera do skóry. Niespecjalnie się na tych kwestiach znam, ale jak przez mgłę pamiętam, że tego rodzaju amulety działają wyłącznie na ludzi, którzy odwiedzili Aurora Columnae.
– Jest tylko taka sprawa, że… – zaczynam.
Medalion dopasowuje się do mojego ciała, przenika mnie dreszcz. Ciarki przemykają od stóp do głów. Ból ustaje.
– Lepiej?
– Tak. – Masuję lewą rękę. Zaskoczony, znacznie spokojniejszy niż przed momentem.
– Więc teraz się skup.
Do końca drogi wysłuchuję pospiesznych wyjaśnień. Dowiaduję się, czego powinienem się spodziewać po wyjściu; Caeror udziela kilku prostych wskazówek i instrukcji. Powietrze będzie sprawiało ból przy oddychaniu, lecz to normalne i wkrótce przywyknę. Z wejścia dostaniemy się na dół dzięki czemuś w rodzaju windy. W tym punkcie mój osobliwie rozbawiony towarzysz wyraził radość, że nie cierpię na lęk wysokości. Co do pory, to mamy właśnie świt lub jest niewiele później, a moim zadaniem będzie bacznie obserwować niebo i dać znać, kiedy tylko wypatrzę na nim cokolwiek ruchomego. Dosłownie cokolwiek.
Ostatnie napomnienie powtarza aż trzykrotnie i przy tym nawet jego wyśmienity nastrój nieco przygasa, a ton staje się poważny.
Kilka razy na dłuższą chwilę milknie i popada w zadumę. Jego żywiołowość napawa mnie otuchą. Czuję się pewnie, nie muszę zadawać mu dodatkowych pytań, wystarczy, że po prostu zaufam.
– Jesteśmy prawie na miejscu – obwieszcza nagle Caeror, zerkając ku górze.
Równie niespodziewanie z otaczającej nas pustki wyłania się pionowa ściana, widoczna w czerwonym blasku bijącym z poręczy. Platforma hamuje i staje na równi z wylotem wąskiego korytarza. Mimo że wiem, iż przejście wiedzie na zewnątrz, pozwalam prowadzić towarzyszowi.
– Scintres Exunus! – wykrzykuje przed siebie Caeror. Odpowiada mu donośny zgrzyt i majaczące przed nami schody zalewa blask wstającego dnia. W świetle dostrzegam wyraźnie ściany. Nie widzę w pobliżu ani jednego bezokiego trupa.
– Za czym się tak rozglądasz? – Dostrzega moje zdumienie. Przystaje.
– Za niczym – odpowiadam, lecz on świdruje mnie natarczywym wzrokiem. – Przedtem były tu ciała, zwłoki.
– Przebite obsydianowymi ostrzami? – dopytuje się, a kiedy niepewnie potakuję, wyraz jego twarzy się zmienia. – Kolejna adaptacja. – Rzuca okiem na moje zakrwawione lewe ramię, lecz jeśli nawet przyszedł mu do głowy jakiś pomysł, to natychmiast go odrzuca. – Cóż, od początku było wiadomo, że bez odrobiny szczęścia się nie obejdzie. Ale teraz musimy przede wszystkim jak najszybciej się stąd wydostać. Chodź.
Ruszam jego śladem.
Już od jakiegoś czasu powietrze stopniowo gęstnieje, lecz mniej więcej w połowie schodów duchota staje się nie do zniesienia. Gęsty, lepki opar okleja mi płuca. Kaszlę i przez moment, ogarnięty nagłą paniką, próbuję wziąć głęboki oddech. Piecze mnie całe gardło, zaciska się przełyk.
– Ach, słodka woń Obiteum. – W ironicznej uwadze towarzysza wybrzmiewa nuta współczucia.
Zaciskam pięści i opieram się nimi o najbliższą ścianę. Zwieszam głowę. Zaciskam zęby. Czuję, jakby w piersi rozszalał mi się pożar.
– Już dobrze – chrypię po dłuższej chwili i prostuję się z wysiłkiem. Nie mam pojęcia, ile to trwało, ale ból zmalał. Nie zniknął, gdyż płuca nadal buntują się przy każdym wdechu, ale stał się znośny.
– Jesteś przytomny? Nic nie mąci ci myśli? – Caeror mierzy mnie wnikliwym spojrzeniem.
Potwierdzam. Odgarnia z twarzy kosmyk czarnych włosów i rusza dalej po schodach. Żwawo, z determinacją.
– Zatem naprzód!
Docieramy na górę. Ukazuje nam się wyjście. Zwalniam. Staram się zrozumieć, co widzę. Poza trójkątnym otworem rozpościera się jedynie bezkres porannego nieba. Przepełnia mnie ulga. Niestety jednak, przelotna.
Zielone zbocze, z którego wszedłem do kopuły, zniknęło bez śladu. W jego miejsce pojawiło się…
Właściwie to nic. Pustka. Z ostrożnych rachunków wynika, że znajdujemy się jakiś tysiąc stóp nad ziemią. Podchodzę do wyjścia i z wolna odsłania się przede mną jałowy pejzaż. Jak okiem sięgnąć nic, tylko zniszczenie. Piach i kamienie. Lasy i rzeki zniknęły. Nie udaje mi się wypatrzyć nawet jednej plamki zieleni.
Dostaję zawrotów głowy. W moim sercu wzbiera groza. Protest.
Po raz pierwszy w pełni dociera do mnie, że Caeror nie żartował.
– Na bogów przegniłych… – szepczę, omiatając pustkowie niedowierzającym spojrzeniem. – Na bogów przegniłych…
– Tak, całkiem trafny komentarz.
Przenoszę wzrok na odległy ocean. Po chwili uświadamiam sobie, że to rzeczywiście jest szkielet Solivagus, ale jedynym znajomym elementem krajobrazu są bielejące monolity Morskiego Muru. Między nimi a plażą woda ledwie faluje, lecz poza ich obrębem… Tam piętrzą się wysokie bałwany. Ciemne masy wody, strzeliste niczym górskie szczyty. Na moich oczach jedna z nich uderza w mur. Tuż za słupami gwałtownie się kurczy, opada. Jednak pod samymi kolumnami dochodzi do prawdziwych eksplozji. Raz po raz wylatują ku górze tumany gęstej, mokrej mgły, która ledwie zdąży opaść przed nadejściem kolejnej fali.
Skoro widzę je z tej odległości, muszą mieć… Trudno mi obliczyć. Sto stóp wysokości? Więcej?
Odrywam spojrzenie od morza. Podchodzę bliżej wyjścia, przytrzymuję się ręką i ostrożnie wyglądam. Zerkam w górę i w dół. W lewo, w prawo. Czerwone szklane ściany niemal natychmiast znikają z pola widzenia. Zatrzymuję się tam jeszcze na chwilę w porywistym wietrze, wpatrując się w oszałamiająco odległą, jałową ziemię.
– Domyślam się, że próbowali to zniszczyć. – Caeror posyła mi życzliwy uśmiech, a gdy cofam się znad przepaści, wydobywa coś z kieszeni. Trójkątny kawałek obsydianu, opatrzony kilkoma cienkimi jak igła kolcami. Wielkości przeciętnej monety.
– Oni? Czyli kto? – Przyglądam się drobiazgowi ciekawie. Zgodnie z zapowiedzią towarzysza oddycha mi się coraz łatwiej.
– Siła walcząca po stronie Ka. To, co nazywają Zbieżnością. – Caeror wpatruje się w trójkąt, gładząc skołtunioną brodę. Nagle zauważa moje puste spojrzenie. – Veridius nie opowiedział ci o Zbieżności? Nie wiesz, przeciwko komu walczymy? Nie wiesz, dlaczego się tu znalazłeś?
– Nie. Mówiłem ci przecież, że to nie Veridius mnie przysłał. Studiuję w Akademii, a on jest po prostu jej principalisem. To wszystko. – Może nie jest to cała prawda, ale nie pominąłem zbyt wiele.
– Aha… – Brat Ulciscora patrzy mi w oczy. – No tak… – Raczej nie jest przerażony, ale ewidentnie zbity z tropu.
Unosi rękę i przyciska sobie obsydianowy trójkąt do potylicy. Syczy przez zęby, przywiera do ściany. Kiedy się odwraca, zauważam, że kamień pokrywają znaki. Czyżby pismo? Są zbyt małe, by stwierdzić cokolwiek jednoznacznie, ale bardziej przypominają obrazkowe symbole niż litery. Kojarzą mi się z pismem nyripkiańskim, aczkolwiek z tym językiem dalekiej północy miałem za mało styczności, więc trudno o pewność.
Caeror opuszcza rękę. Nadal stoi do mnie plecami. Trójkąt pozostał na miejscu. Nie popłynęła nawet kropla krwi. Moment później towarzysz się otrząsa, ignoruje moje zaniepokojone spojrzenie i podchodzi do wyjścia. Spogląda w przepaść.
– Tak, to rzeczywiście musi być dla ciebie poważny wstrząs – przyznaje po dłuższej chwili.
– Coś w tym rodzaju. – Parskam śmiechem, który wywołuje w płucach nieprzyjemne kłucie.
– Skoro tak, to co właściwie o tym wszystkim wiesz, Vis? – Caeror wciąż patrzy w dół.
– Niewiele. Prawie nic – odpowiadam.
Wreszcie zwraca się ku mnie. Nie komentuje, tylko mruży oczy.
– Cóż – zaczynam – wiedziałem, na przykład, że istnieje takie miejsce jak Obiteum.
– Dlaczego więc, na grobowce bogów, przebiegłeś labirynt? – Brat Ulciscora zanosi się pełnym niedowierzania śmiechem. – Domyślam się, że nie dla zabawy. Ani przez przypadek. – Zawiesza głos. Zamyśla się. – Chociaż to byłaby cudowna anegdota.
– Szczerze mówiąc, starałem się dowiedzieć, co cię spotkało.
Caeror wychyla się raz jeszcze. Przestępuję niepewnie z nogi na nogę, wpatruję się w jego kark. Czy to wyobraźnia płata mi figle, czy te znaki świecą zielonym blaskiem?
Wtem moją uwagę przykuwa gwałtowny ruch. Tuż poza trójkątnym wyjściem pojawia się okrągła płyta z gładkiego, czarnego kamienia. Ma jakieś cztery stopy szerokości. Nieruchomieje z głuchym zgrzytem na poziomie posadzki. Ją również pokrywają symbole przypominające nyripkiańskie pismo. Większe niż na trójkącie, lecz równie enigmatyczne. Z platformy dobywa się rytmiczny pomruk.
Wyraźnie zadowolony Caeror wykonuje zapraszający gest. Jak gdyby uprzejmie ustępował mi przejścia w drzwiach.
Wpatruję się w błyszczący kamienny dysk, który wisi w powietrzu tysiąc stóp nad ziemią. Podnoszę wzrok na towarzysza.
– Nie, dziękuję.
– Nic ci nie grozi.
Stanowczo kręcę głową, ale Caeror tylko unosi brew i dalej znacząco pokazuje mi platformę. Ostatecznie krzywię się i kapituluję. Podchodzę niepewnie na sam próg.
– To nie jest platforma Woli. – W orzechowych oczach Caerora maluje się niezmącony spokój. – Nie taka, jaką mógłbyś sobie wyobrazić. – Postukuje palcem w zawieszony na karku trójkąt. – Pochodzi z czasów wojny przeciwko Zbieżności. Naprawdę jest bezpieczna. Poza tym wybacz, że się powtórzę, ale naprawdę nie mamy zbyt wiele czasu. – W jego tonie słyszę obawę.
Vek.
Kucam. Muskam kamienny dysk ręką. Powierzchnia leciutko drży. A widoczna pod nią ziemia jest przerażająco, koszmarnie odległa.
Vek. Vek. Vek.
No cóż, postanowiłem mu przecież zaufać.
Chwytam krawędź wyjścia i ostrożnie stawiam stopę na czarnym kole. Zerkam za siebie, z rozpaczliwą nadzieją, że mimo wszystko źle zrozumiałem. Caeror jednak po prostu kiwa głową z serdecznym uśmiechem. Zbieram się w sobie i stopniowo przenoszę swój środek ciężkości naprzód, aż w końcu dociera do mnie, że obsydianowa platforma rzeczywiście nie spada.
Z sercem w gardle odrywam dłoń od ściany.
Natychmiast uderza mnie wiatr. Niemal tracę równowagę. Siadam, bardzo powoli, plecami do wejścia, tak by zostawić miejsce towarzyszowi. Oddech mi przyspiesza, przez co płuca znów zaczynają palić. Pod palcami czuję chłodny, niepokojąco gładki kamień. Jedynymi nierównościami są na nim linie, układające się w zagadkowe inskrypcje.
Po chwili czuję na grzbiecie plecy Caerora, który dołącza do mnie na platformie. Gdy zbieram się na odwagę i rzucam okiem przez ramię, okazuje się, że jedziemy już na dół. Ciemniejące w ścianie wyjście majaczy jakieś dwadzieścia stóp wyżej. Całe pole widzenia wypełnia mi czerwona, szklana ściana. Ogromna. Nieskończenie większa, niż zapamiętałem.
– Nie zapomnij, Vis. Odpowiadasz za niebo po swojej stronie – odzywa się Caeror. W jego głosie słyszę ewidentne skupienie.
– Czego właściwie mam wypatrywać?
– Drapieżców – rzuca mój towarzysz, po czym przypomina sobie, z kim rozmawia. – To nasi wrogowie. Naprawdę wyjątkowo nieprzyjemne kreatury. Latające. Więc jeśli coś zobaczysz, choćby drobny punkcik na horyzoncie, natychmiast daj znać.
Ponownie spoglądam przed siebie. Omiatam wzrokiem błękitny bezkres.
– Nawet jeżeli to będzie zwyczajny ptak?
– To nie będzie ptak – chichocze nerwowo Caeror. – O bogowie. Ptak. Wszystko bym dał, żeby to był ptak. – Milknie. Zapada dziwnie ponure milczenie.
– A co zrobimy, jeżeli zobaczę jednego z tych Drapieżców?
– Będziemy się modlić, żeby spaść i szybko zginąć. – Znów urywa, ale już po chwili mruczy pod nosem: – Przepraszam. To było nie na miejscu. Jestem po prostu odrobinę zajęty.
Przebiega mnie dreszcz.
– Czyli znasz mojego brata. I trafiłeś tutaj z mojego powodu. – Szklista platforma wibruje, na moment wpadam w panikę. Caeror syczy. – Chyba… powinienem bardziej się skupić. Ale wiesz? Wykorzystajmy ten czas. Opowiedz mi, jakim cudem się tu znalazłeś. A później ja wypełnię luki w twojej wiedzy. Bo widzę, że są niemałe.
Słyszę, jak bardzo jest spięty, więc nie dyskutuję. W najprostszy możliwy sposób relacjonuję ostatni rok swojego życia, a platforma tymczasem – w irytująco ślimaczym tempie – opada ku wyschniętej ziemi. Opowiadam o tym, jak odnalazł mnie Ulciscor; o zleconym przez niego śledztwie w sprawie domniemanego zabójstwa brata, o które podejrzewał Veridiusa. Opisuję odkrycie ruin. Mówię o tym, jak usilnie Ulciscor nalegał, bym przebiegł labirynt. Oczywiście pomijam przy tym kwestię swojej zamierzchłej przeszłości. Może i jesteśmy w jakimś innym świecie, lecz Caeror był przecież typowym przedstawicielem Hierarchii, więc nie widzę powodu, by silić się na wyjawianie prawdy w każdym szczególe. Poza tym jednak opowiadam otwarcie i szczerze.
Jednocześnie przez cały czas bacznie obserwuję widnokrąg. Niebo jest bezchmurne i aż nienaturalnie puste. Powyżej poziomu potężnych, pieniących się w dali fal nie porusza się nic. W dół nie patrzę. Brak mi odwagi.
Obsydianowa platforma kołysze się już tylko raz. W momencie, gdy po raz pierwszy pada z moich ust imię Lanistii.
– Poznałeś Lani?
Odzyskuję władzę nad mięśniami sparaliżowanymi strachem i odczekuję chwilę, by przerażone serce przynajmniej odrobinę zwolniło. Wciąż suniemy w dół.
– Trenowała mnie. Mogę ci o niej opo…
– Nie – syczy cicho, mimo że jest zajęty czymś wymagającym niemałej koncentracji. – Dzięki, ale… nie w tej chwili.
Niedługo później zbliżamy się do szaro-brązowej ziemi. Z westchnieniem ulgi zsuwam się z połyskliwego dysku i rozkoszuję dotykiem twardego, stabilnego podłoża. Platforma ląduje z głuchym stuknięciem.
Odwracam się. Caeror nadal siedzi z pochyloną głową. Dygocze na całym ciele. Obsydianowy trójkąt wciąż tkwi mu w karku.
– Daj mi momencik – szepcze pomiędzy rwanymi oddechami, gdy wyczuwa mój niepokój.
Bez słowa kiwam głową i rozglądam się dokoła. Zjechaliśmy na dno gigantycznego krateru, wypełnionego skruszonymi skałami i ziemią, szerokiego na przynajmniej pięć mil i całkowicie pustego. Nie ma tu żywych stworzeń, brakuje jakichkolwiek wyróżniających się elementów krajobrazu. Krawędzie pustynnej misy piętrzą się na sto stóp, i to najmarniej.
Moją uwagę przykuwa jednak potężny cień na skraju pola widzenia. Odwracam się i zadzieram głowę.
Niemal połowę nieba przesłania szybująca, niewiarygodnie wręcz olbrzymia kula z czerwonego szkła.
Cofam się o krok. Ile może mieć średnicy…? Trzy tysiące stóp? Więcej? Nic jej nie podtrzymuje, na niczym nie wisi. Widok oszałamia. Dezorientuje zmysły.
– Niczego nie zauważyłeś po drodze? – Caeror doszedł do siebie na tyle, by wstać. Blask poranka pada na jego bladą twarz, kamienny trójkąt wciąż trzyma się na karku.
– Niczego.
Brat Ulciscora kilkoma kopnięciami zasypuje błyszczącą platformę piachem. Kamienny dysk znika. Caeror przygląda się swemu dziełu i po chwili na jego twarz powraca wyraz nieco wcześniejszej, wszechogarniającej ekscytacji. Podnosi promienne spojrzenie. Przyjaźnie klepie mnie po ramieniu.
– No, już prawie. Idzie ci znacznie lepiej niż mnie, kiedy tutaj trafiłem.
– Musiałeś przechodzić przez to wszystko sam?
– Nie, na grobowce bogów. Też miałem pomoc. – Jego oczy przesłania cień smutku. Znika jednak niemal od razu.
– Skąd wiedziałeś, że pojawię się właśnie dzisiaj?
– Nie wiedziałem. Spędziłem tu jakieś… dwa tygodnie. Zapasów wystarczyłoby mi jeszcze na co najmniej miesiąc. To coś w rodzaju wakacji. Pozwalam sobie na nie raz na półtora roku – dodaje z nikłym uśmiechem.
Zastanawiam się przez chwilę.
– Masz na myśli okres, w którym Akademia urządza Iudicium?
– Nie inaczej. – Caeror przeciąga się i przywołuje mnie skinieniem. – Musimy wejść na ten grzbiet. Tak szybko jak się da.
Ruszamy na zachód. Pod naszymi stopami chrzęści żwir.
– Więc… czym szantażował cię Ulciscor? – Towarzysz zerka na mnie z ukosa.
– Zagroził mi zesłaniem na Płyty.
– Na bogów przegniłych… – Caeror na ułamek chwili zwalnia. Gdy znowu się odzywa, odnoszę wrażenie, że zanurzył się w głąb siebie, we własne wspomnienia. – Tak mi przykro, Vis – mówi szczerze. Lekko się garbi.
– Przecież nie mogłeś przewidzieć, co się wydarzy.
– Nieprawda, wiedziałem. Właśnie dlatego próbowałem dać mu znać, co robimy z Veridiusem. – Nerwowo skubie rękaw. Odruch przypomina mi jego brata. – Kiedy Ulciscor się na coś uwziął, zawsze potrafił być cholernie groźny. Ale w głębi duszy wcale taki nie jest. Rozumiem, przeżył koszmar, ale czegoś takiego nikomu by nie zrobił. Nigdy w życiu.
Ograniczam się do milczącego potaknięcia. Słyszę w słowach przewodnika rozpaczliwą nadzieję, że nie zaprzeczę. Wyczuwam, że Caeror chce zadać mi znacznie więcej pytań, dowiedzieć się czegoś nowego o Ulciscorze i świecie, który zostawił przed siedmioma laty. To jednak może zaczekać.
– Kiedy się tu znalazłem, wspomniałeś coś o wojnie? To właśnie jej ślady widzimy dokoła?
– Tak, oczywiście, że tak. – Ściąga brwi. Zastanawia się, od czego zacząć. – Powinienem cię ostrzec. Są sprawy, o których dowiedziałem się od Veridiusa. Inne rzeczy wyczytałem i przetłumaczyłem z inskrypcji w ruinach. Jeszcze kolejne poznałem dopiero tutaj. Ale wiele z tego to nadal tylko moje… domysły. W tej historii wciąż jest wiele luk i starałem się je jakoś wypełnić.
– Jasne.
– No dobrze. – Brat Ulciscora robi długi wydech. Ciszę w niecce krateru mąci jedynie grzechot kamyków uskakujących spod naszych nóg. Ponure zbocze staje się coraz bardziej strome. – Chyba najprościej będzie zacząć od wojny. Wybuchła przed tysiącami lat, przeciwko nieprzyjacielowi znanemu jako Zbieżność. Wróg chciał wszystkich zniewolić i z tego, co zdołaliśmy ustalić z Veridiusem, w pewnym momencie był bliski sukcesu. – Krzywi się lekko. – Wtedy nasza strona podzieliła świat na trzy niemal identyczne części. Res, świat, z którego pochodzimy; Obiteum, czyli tutaj; i Luceum. Nie pytaj mnie, jak tego dokonali – rzuca z przebiegłym uśmiechem.
Mimowolnie kiwam głową. Historia brzmi niewiarygodnie, aczkolwiek pasuje do wszystkiego, co już usłyszałem. I co zobaczyłem.
– Tylko w czym właściwie miało to pomóc? Niemal identyczne, mówisz?
Przedtem, zaraz po moim przybyciu, powiedział coś innego.
– Pod względem fizycznym są takie same, co do najdrobniejszego szczegółu. Chcieli natomiast ograniczyć moc Woli. Trzy światy powstały, by ją osłabić, rozdzielić jej zastosowania i możliwości. – Caeror przyspiesza kroku, nie pozwala mi zadać żadnego z miliona pytań tłoczących się w mojej głowie. – Ludzie nazwali to Rozdarciem. Potem wojna wciąż trwała, lecz siły oporu w każdym z trzech światów walczyły z różnym powodzeniem. Wola w każdym umożliwiała co innego. Stawali w obliczu odmiennych wyborów. Wszystko się rozbiegło, zróżnicowało.
Oszołomiony próbuję zebrać myśli i dopasować do siebie wszystkie elementy układanki.
– „Obiteum stracone. Nie otwieraj bramy” – mamroczę pod nosem, przypominając sobie upiorny refren, powtarzany przez bezokie trupy w ruinach. O Rozdarciu wspominali też Artemius i strażnicy labiryntu. – Czyli Zbieżność zwyciężyła tutaj, a na Res została pokonana? – To jedyny logiczny wniosek, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że staramy się pozostać niezauważeni. Nie ulega wątpliwości, że grozi nam jakieś niebezpieczeństwo.
Szybująca za nami kula przypomina zimne, martwe słońce. Tyle że wypełnia nienaturalnie dużą część pola widzenia. Caeror milczy tak długo, iż zaczynam wątpić, czy usłyszał pytanie.
– Co wiesz na temat Kataklizmu? – pyta.
Nie odpowiadam od razu. Zaskoczył mnie nagłą zmianą tematu.
– No… Chyba tyle, co wszyscy… Trzysta lat temu wydarzyło się coś strasznego. Potężna katastrofa, która pochłonęła niemal całą ludzką populację. Ocalały głównie dzieci, a wszelkie wcześniejsze zapiski uległy zniszczeniu. Cywilizacja upadła. Uczeni do dziś snują rozmaite teorie na temat przyczyn i przebiegu Kataklizmu, ale prawda jest taka, że nikt nie wie nic konkretnego.
– To nie do końca prawda – zauważa Caeror i milknie. Waha się. Ma współczującą minę człowieka, który musi przekazać bardzo złą wiadomość. – Ruiny, które znalazłeś w pobliżu Akademii… Wcześniej powstał tam kompleks zabudowań właśnie po to, by powstrzymać Kataklizm. Jego architekci wiedzieli, co się zbliża. – Przeciera twarz dłońmi, po czym posyła mi szczery, smutny uśmiech. – To po prostu planowy ubój, Vis. Kataklizmy przypominają ograniczanie liczebności ludzkiego stada przez przeciwnika, o którego istnieniu zapomnieli mieszkańcy naszego świata. Ta katastrofa, której usiłowali zapobiec architekci, była jedenasta z kolei. Jedenasta w ciągu trzech tysięcy lat. A jednak, choć dysponowali naprawdę sporą wiedzą, ponieśli klęskę.
Teren od pewnego czasu zaczyna przypominać bardziej strome urwisko niż zbocze. Pniemy się niestrudzenie pomiędzy głazami i odłamkami skał. Do grani zostało nam niecałe pięćset stóp. Idę za Caerorem, próbuję wszystko zrozumieć. Ogarnąć myślami skalę tego, o czym opowiada. Oswoić się z otaczającą nas pustką.
– Czyli podczas Kataklizmu to Zbieżność po prostu zabiła tych wszystkich ludzi?
– Tak, w każdym razie ja tak to rozumiem. I zrobi to ponownie. A potem znowu – szepcze. Przystaje, podaje mi rękę, a kiedy wchodzę wyżej, zerka ponad moim ramieniem. – Vis, przeciwnik nie zwyciężył jedynie tutaj. Moim zdaniem wygrał wszędzie.
Zatrzymuję się i odwracam. Patrzę za wzrokiem przewodnika. Zaszliśmy dość wysoko, by otworzyła się przed nami zupełnie nowa perspektywa. Czerwona kula wciąż wisi nad sercem krateru, szklane ściany migoczą w porannym świetle.
Z wolna, zdjęty rosnącym lękiem, rozpoznaję ten widok. Znam to miejsce. Ruiny w pobliżu Akademii. Przypomina mi się jedna z makiet utkanych z białego światła. Jedna z trzech wersji Solivagus, oświetlających bezokie trupy stojące w niszach.
Dostrzegam coraz więcej szczegółów. Na powierzchni są wyryte linie. Co prawda zauważyłem je już wcześniej, lecz z oddali wyglądały inaczej. Nie są to inskrypcje, lecz też nie zostały rozmieszczone chaotycznie. Tworzą znajome kształty, zarysy.
Kiedy odnajduję spojrzeniem kontury wybrzeża Suus, Caeror kładzie mi dłoń na ramieniu. Ruchem głowy wskazuje grzbiet krateru.
– Przykro mi. Wiem, że niełatwo ci tego słuchać, ale musimy iść dalej.
To wszystko mnie przytłacza, lecz jego spokój, współczucie i determinacja pozwalają mi się opanować. Biorę głęboki haust powietrza.
Ruszamy przed siebie.
Po drugiej stronie grzbietu, gdy niecka krateru niknie za naszymi plecami, ponownie ukazują mi się fale. Niewiarygodnie wielkie, mimo że wciąż oddalone o całe mile. Ryk spienionej wody niesie się po jałowych wzgórzach niczym burzowe grzmoty.
Zbieram i porządkuję rozbiegane myśli. Wierzę Caerorowi, że jesteśmy w innym świecie. Dowody na to są liczne i oczywiste. Ale co do całej reszty…
– Powiedziałeś, że zostałem skopiowany – rzucam i milknę. Poruszył wiele niepokojących kwestii, ale ta wydaje mi się najgorsza.
– Tak. Urządzenie, w którym byłeś, brama, bada drobiazgowo wszystko, co trafi do niej na Res, i tworzy nowe wersje w Luceum i Obiteum. Doskonałe repliki.
– Chcesz powiedzieć, że na Res istnieje inna wersja mnie? Oryginał?
– Zgadza się.
– I jest jeszcze jedna kopia w trzecim świecie? W Luceum?
– Tak.
Kręcę głową. Mdli mnie. Nie chcę przyjąć tych słów do wiadomości.
– Nie czuję się kopią.
Caeror mierzy mnie wzrokiem, po czym ponownie wpatruje się w puste, poranne niebo.
– Być może „kopia” jest w tym przypadku zbyt prymitywnym określeniem. To bardziej jak… – Ściąga usta, poszukuje w myślach lepszego wyjaśnienia. – Nie jesteśmy mniej sobą niż tamci. Pomyśl o tym, jakbyś w pewnym momencie skręcił w inną odnogę drogi. Ty to nadal ty. Tyle że wędrujesz innym szlakiem niż pozostali.
Staram się przetrawić te słowa. Mimo jego życzliwego tonu nie wyciągam zbyt wesołych wniosków.
– A czy cały ten świat jest w takim razie kopią naszego?
– Nie wiem. Być może to jest oryginał. Ale… taki stan zaistniał tysiące lat temu. W każdym razie ja tak to rozumiem.
Wpatruję się w roziskrzone bałwany, nieustannie rozbijające się o Morski Mur. Tumany wilgotnej mgiełki tryskają ku górze.
– Czyli tutejszy świat wędruje innym szlakiem już szmat czasu – zauważam półgłosem.
Wspinamy się na kolejny pagórek. Ze szczytu dostrzegam coś, co zapewne stanowi nasz cel. Sporych rozmiarów obsydianowe koło. Mniej więcej pięćdziesiąt stóp od nas. Gładka, ciemna powierzchnia płyty wyraziście kontrastuje z burym otoczeniem, lecz mój wzrok przyciągają przede wszystkim srebrne linie, które przecinają to czarne zwierciadło.
Nawet stąd trudno o pomyłkę. Widzę znajomy trójkąt, wymierzony w dalekie fale.
– Daj mi chwilę. – Podchodzimy i Caeror bez wahania wchodzi na szklistą powierzchnię. Idę za nim ostrożnie. Prosto do wierzchołka symbolu Hierarchii.
Mój towarzysz zdejmuje z szyi amulet. Większy od tych, które nosimy na ramionach, również wykonany z obsydianu. Widnieje na nim symbol, skrzyżowane ze sobą bicz i pasterska laska.
Caeror kuca, po czym wciska medalion we wgłębienie w samym wierzchołku herbu Hierarchii. Energicznym ruchem przekręca go, obracając tym samym niewielki, kilkucalowy fragment czarnego kamienia.
– Gotowe. – Spogląda na horyzont i nagle rozciąga wargi w szerokim, promiennym uśmiechu. – Na bogów przegniłych. Wciąż trudno mi uwierzyć, że naprawdę tu jesteś. – Kręci głową.
Tuż ponad amuletem pojawia się kilka świetlistych punkcików. Początkowo są niemal niezauważalne, giną w promieniach słońca, lecz jarzą się coraz mocniej, aż wreszcie tworzą kolejne znaki, podobne do tych, jakimi opatrzony jest trójkąt tkwiący w karku Caerora.
Nie podzielam wesołości przewodnika. Odrywam spojrzenie od lśniących punktów i ponownie rozglądam się po pustkowiu.
– Czy można stąd jakoś wrócić?
Caeror z westchnieniem podchodzi do świetlistych symboli. W tej chwili już się nie uśmiecha. Przyklęka i dotyka kolejno kilku znaków. Powietrze wypełnia głuchy pomruk kumulującej się energii, kamienny krąg nagle przebiega drżenie. Aż dotąd byłem przekonany, że to jednolity kawał skały, lecz teraz dzieli się na unoszące się fragmenty. Całe sekcje obracają się i składają. W efekcie pojawia się przed nami wysoka na dziesięć stóp, trójkątna brama. W ciemnych ścianach przegląda się błękitne niebo.
– Nie, Vis – szept Caerora jest tak cichy, że ledwie go słychać. – Stąd nie ma powrotu.
Mój towarzysz wyciąga medalion z wgłębienia, a następnie staje na srebrnym znaku. Pomruk nie ucichł, przeciwnie, brzmi coraz bardziej natarczywie. Caeror przywołuje mnie gestem.
Zbliżam się z niepokojem. Podstawa obsydianowej bramy jaśnieje coraz mocniej. Robi się przejrzysta jak szkło. Z wolna przezroczyste stają się też oba ramiona trójkąta.
– Kataklizm, któremu nie udało się zapobiec. Ten w… naszym świecie. – Wciąż trudno mi mówić o tym na głos. – Wspomniałeś, że był jedenasty. I że nastąpił trzy tysiące lat po pierwszym.
Matematyka nie jest skomplikowana. Aczkolwiek przeliczyłem wszystko już kilkanaście razy.
Caeror rzuca mi przepraszający uśmiech.
– Przecież nie znalazłem się tutaj, bo uznałem, że mamy masę czasu.
Vek.
– Ale czy do poprzednich katastrof zawsze dochodziło w regularnych odstępach? – W moim głosie narasta desperacja.
– Tak wynika z tekstów, które zdołaliśmy przetłumaczyć z Veridiusem. Dzieje się to dość regularnie.
Markotnieję.
Od ostatniego Kataklizmu minęły trzysta dwa lata.
Emissa. Callidus. Eidhin. Aequa, Lanistia… Nawet ten przeklęty przez bogów Ulciscor.
– Ale znasz sposób, w jaki można temu zapobiec?
Veridius przysyłał tu studentów. Robił to, nie licząc się z konsekwencjami. Oczyma duszy widzę zmasakrowane zwłoki Belli na ścianie labiryntu. To jedyne możliwe wytłumaczenie jego działań.
– Mam nadzieję. Tak uważam. Z twoją pomocą.
Pomruk przeradza się w przenikliwy pisk i nagle, w momencie gdy cała brama wygląda już jak wykonana z kryształu, zapada cisza.
Słychać tylko odgłosy odległych fal. Sekunda. Trzy sekundy. I nic.
Wtem, gwałtownie i niespodziewanie, ze szklanej konstrukcji unosi się mgła. Ciągnie się niczym smuga dymu, zostawiając w powietrzu trójkątny, eteryczny tunel. W jego ścianach jaśnieje milion widmowych odbić bramy. Przejście kieruje się prosto ku roziskrzonym w oddali masom wody.
Srebro pod naszymi stopami zaczyna rytmicznie migotać białym światłem. Coraz bardziej jaskrawym.
– Jak?
Moje serce kołacze w zgodnym rytmie z pulsującym blaskiem. Mimo przerażenia idę za przykładem Caerora i stoję całkiem nieruchomo.
Bijąca z dołu poświata podkreśla cienie na twarzy towarzysza. Caeror przeszywa mnie spojrzeniem orzechowych oczu, jego wargi układają się w krzywy uśmiech.
– To proste, Vis. Musimy zabić boga.
Mgnienie później pochłania nas światło.
Leżę w łóżku. U mojego boku siedzi Emissa. Delikatnie gładzi mój policzek, szepcze słowa otuchy. W pewnym momencie jej zielone oczy rozbłyskują. Śmieje się z czegoś, co powiedziałem, choć natychmiast zapominam, na czym polegał żart. Długie, ciemne włosy opadają na rozpromienioną twarz dziewczyny. Muskają moją, gdy Emissa mnie całuje. Nawet na moment nie pozwala mi skupić uwagi na czymkolwiek innym.
Mam mglistą świadomość, że coś złego stało się z moją ręką. Kojące pomruki dziewczyny nie do końca łagodzą ból. Ale to nic, dopóki ona jest przy mnie, da się to znieść. Dopóki tu zostanie, nic mi nie grozi.
Otwieram oczy i widzę błękitne niebo. Otwieram je ponownie i widzę gwiazdy skrzące się na nocnym, bezksiężycowym niebie. Dolatuje mnie szum fal. Skrzypi drewno, pluska woda mącona uderzeniami wioseł. W tych krótkich chwilach jawy moje ramię dosłownie płonie i chcę tylko opuścić znowu powieki. Wiem, że Emissa jest snem. Zdaję sobie sprawę, że nie jest prawdziwa. Ale i tak jej potrzebuję. Czasami nawet ułuda może nas ocalić.
Z wolna jednak wracam na jawę. To takie uczucie, jakby ktoś odebrał mi ciepły koc. Przytomność odzyskuję stopniowo. Nie od razu mam dość siły, by otworzyć oczy na dobre. Czuję rytmiczne kołysanie, woń soli. Słyszę łopot żagli i chlupot wody. Pod plecami mam wilgotne deski, wiosenny wietrzyk igra z połami mojej tuniki. Czyli statek jest niewielki. Na dużym umieściliby mnie pod pokładem. Przyćmiony umysł stara się nadążyć za rzeczywistością. Przypominam sobie stojące kręgiem brązowe ostrza. Wycięte na mojej ręce słowa. Zablokowane przejście do labiryntu. A potem…
Potem ta dziwna biała rotunda pośród śniegu, wysoko na górskim szczycie, która pojawiała się i znikała na przemian.
Krew.
Straciłem lewą rękę.
Biorę rozedrgany oddech. Ogarnia mnie głęboki żal. Nie muszę nawet patrzeć – za całe potwierdzenie wystarcza mi ból – lecz i tak podnoszę powieki. Mrugam, rażony promieniami słońca; odwracam wzrok od usianego chmurami błękitu.
Wilgotny bandaż owinięty wokół krótkiego kikuta jest bardziej czarny niż czerwony. Ten widok chwyta mnie za gardło.
– Tá sé ina dhúiseacht – dolatuje mnie warknięcie. Tłumię falę lęku i próbuję się obrócić. Udaje mi się na tyle, że dostrzegam sylwetkę mężczyzny. Kilka stóp ode mnie. Nieznajomy zauważa mój ruch, podchodzi i kuca. Jest muskularny. Ma na sobie jedynie zwykłe spodnie. Nagi tors pokrywają zawiłe wzory i symbole, błękitne linie odcinają się od bladej skóry. – Bheith fós.
Tym razem zwraca się do mnie. Ton nie wskazuje, by był zadowolony, ale nie wyczuwam też agresji.
Jęczę i kręcę głową. Staram się dać mu znać, że nie rozumiem. Próbuję coś powiedzieć, lecz z moich ust płynie jedynie suchy charkot.
Mężczyzna na moment znika, po czym wraca z bukłakiem, który przystawia mi do ust. Piję zbyt łapczywie, krztuszę się już pierwszym łykiem.
– Mall. – Szorstko, natarczywie. – Ól go mall.
Kiwam głową. Domyślam się, co powiedział. Tym razem udaje mi się przełknąć. Napój pomaga. Leżę, dopóki nie odzyskuję dość siły i zacięcia, by usiąść.
Ledwie się ruszyłem, wielkolud jednym palcem popycha mnie z powrotem na deski pokładu.
– Bheith fós.
Krzywię się, choć w jego zachowaniu wyczuwam raczej irytację niż wrogość. Nie zostałem związany. Raczej nie jestem tu więźniem.
– Nie rozumiem, co mówisz.
Odpowiada mi pustym wzrokiem.
– Dydw i ddim yn deall? – próbuję cymryjskiego, gdyż ten język wydaje mi się najbardziej zbliżony do mowy olbrzyma. Na jego twarzy nie zachodzi nawet najdelikatniejsza zmiana.
Udaje mi się wychrypieć to samo jeszcze w czterech innych językach – w tym po vetuzjańsku, gdyż z jakiegoś powodu wydaje mi się, że właśnie tę mowę słyszałem w owej dziwnej rotundzie, choć nie pamiętam ani słowa z tego, co faktycznie usłyszałem w szoku i agonii tych strasznych chwil. Tak czy inaczej, niczego nie osiągam. Mężczyzna ponownie podsuwa mi bukłak. Piję z wdzięcznością. Woda, wraz z ostrymi powiewami morskiej bryzy, rozpędza zalegającą w moim umyśle mgłę. Coraz łatwiej mi się oddycha.
Ponownie próbuję się dźwignąć i kiedy tym razem nieznajomy chce mnie powstrzymać, warczę. Zaskoczony cofa rękę. Śmieje się gardłowo i wstaje.
Przez moment walczę ze swoim nieporadnym ciałem, lecz wreszcie siadam i opieram się plecami o kadłub. Rozglądam się. To mała łódź: ledwie dwadzieścia stóp długości, prymitywna konstrukcja. Na samotnym maszcie wisi biały kwadratowy żagiel. Poza człowiekiem, z którym usiłowałem porozmawiać, zauważam jeszcze tylko dwóch pasażerów.
Drugi nieznajomy trzyma ster. Przygląda mi się ciekawie, lecz nie wypowiada ani słowa. Podobnie jak ten pierwszy wygląda na dzikiego. Niebezpiecznego. Obaj mają tak samo długie i rude włosy, natarte jakąś białą masą, pozwalającą ułożyć z nich wysoki, zaczesany do tyłu czub, sztywny mimo wiatru. Ich piersi pokrywa podobna gęstwina niebieskich symboli. Spirale kojarzą mi się z tatuażami Eidhina, lecz te są grube i jaskrawe. Namalowane.
Trzeci mężczyzna leży wygodnie wyciągnięty po drugiej stronie łodzi, śpi. Na jego piersi spoczywa długa drewniana laska. Sękaty kostur, pokryty misternymi rzeźbieniami, dzielącymi całość na kilka części. Nie dostrzegam jego twarzy, ale ma na sobie biały płaszcz. Z trudem przypominam sobie kogoś, kogo zobaczyłem na tamtym szczycie. Był identycznie ubrany. To nie może być zbieg okoliczności.
– Muszę z nim porozmawiać. – Wskazuję palcem nieznajomego z laską, która w tej chwili wydaje się niemal świecić. Chyba nie powinienem był tak gwałtownie siadać.
– Fos. – Ton i zmarszczone brwi nie pozostawiają wątpliwości, co znaczy to słowo.
Ryzykuję. Próbuję wstać i natychmiast padam z powrotem, na co obaj nieznajomi reagują wybuchem śmiechu. Rechoczą dość paskudnie, bez cienia współczucia.
Koryguję wcześniejsze wnioski. Być może nie związali mnie, bo po prostu nie musieli.
– Jakim cudem przepłynęliście przez Morski Mur? Dokąd mnie zabieracie? – mamroczę pod nosem i wyciągam palec przed siebie. Rozglądam się. Roziskrzone niebieskie fale. Po prawej stronie wznosi się zielone wybrzeże; suniemy wzdłuż lądu, ale nigdzie ani jednego znajomego widoku.
– Bhailcnoc – odzywa się jeden z dwóch mężczyzn, który stoi bliżej. Odgadł, o co pytam, wskazuje tam, gdzie ja.
– Bhailcnoc – powtarzam.
Prawdopodobnie tak nazywa się nasz cel. Chyba że słowo oznacza „wioskę”. Albo „miasto”. Albo „dom”. Lub też „miejsce, w którym cię zabijemy”. Trudno powiedzieć.
Przenoszę spojrzenie na śpiącego. Zastanawiam się, czy nie obudzić go krzykiem, ale przypływ energii, jaki poczułem tuż po przebudzeniu, okazał się krótkotrwały. Błyskawicznie ogarnia mnie przemożne zmęczenie. Pokład kołysze się pode mną dziwnie mocno, choć na morzu prawie nie ma fal.
Kładę się, ku wyraźnemu zadowoleniu obu nieznajomych. Zamykam oczy z nadzieją, że znowu spotkam wyśnioną Emissę.
– Éirigh suas.
Coś mocno trąca mnie w pierś. Jęczę, otwieram oczy. Nade mną kołysze się przepiękne, usiane gwiazdami niebo. Chlupie woda. Nie mam pojęcia, czy przespałem jeden dzień, czy może więcej.
Podnoszę się z trudem i siadam. Odruchowo próbuję podeprzeć się lewą ręką, przez co niemal upadam. Mężczyzna w białym płaszczu uważnie mi się przygląda. Stoi nade mną i cofa właśnie laskę, którą zamierzał dźgnąć mnie raz jeszcze. Dobiega czterdziestki i nie sprawia wrażenia osiłka jak tamci dwaj, jego sylwetka jest smukła. Rudych włosów nie uformował w czub, spływają swobodnie poniżej ramion. Ma gęstą brodę. Przeszywa mnie spojrzeniem niebieskich oczu.
Poznaję go.
– Czy… pamiętasz mnie? Czy… mówisz tym językiem? – pytam z nadzieją. Starożytny vetuzjański nie jest moją najmocniejszą stroną, ale myślę, że powinien mnie zrozumieć.
– Cén teanga í sin? – Nieznajomy ściąga brwi.
Vek.
– Było takie… białe… miejsce – podejmuję powoli, starannie wymawiając kolejne słowa. – W górach. Śnieg. Dwoje innych. Czy… ty mówiłeś?
Mężczyzna jedynie marszczy czoło i rzuca okiem na towarzyszy, jakby chciał ich spytać, czy cokolwiek zrozumieli. Obaj wzruszają ramionami.
– Cian. – Nieznajomy w bieli wzdycha i wskazuje palcem siebie.
– Vis. – Stukam się w pierś. Chwieję się wraz z pokładem, w łódź uderza silniejsza fala. Wciąż jestem słaby. Co gorsza, straciłem poczucie równowagi.
Cian zauważa mój stan. Mruczy pod nosem, sięga za siebie i wręcza mi bukłak oraz coś, co wygląda na soloną rybę. Burczy mi w brzuchu. Poczęstunek przyjmuję z wielką radością.
Kiedy się posilam, Cian wciąż beztrosko gada. Jedzenie i woda sprawiają, że odzyskuję energię, choć daleko mi do życiowej formy. Melodia głosu mężczyzny co chwilę się zmienia. Domyślam się, że on również próbuje kilku różnych języków. Jego towarzysze szybko tracą zainteresowanie i zaszywają się po drugiej stronie łodzi.
– Nie rób słów – słyszę nagle. Cian mówi to tak wesoło i swobodnie, że dopiero po chwili dociera do mnie, że go rozumiem. – Niebezpieczeństwo.
Nie reaguję, choć wymaga to ode mnie całej siły woli. Ten sam vetuzjański dialekt. Nadal przeżuwam i przyglądam się wybrzeżu. Nie patrzę na niego. Grzbiety fal mienią się srebrzyście. Na brzegu piętrzą się gęsto porośnięte zielenią wzgórza. Zauważam, że przemierzamy jakąś zatokę i kierujemy się ku garstce siermiężnych chat, otoczonych drewnianą palisadą. Zza zaostrzonych pali podnoszą się smużki dymu i znikają na niebie, na którym maluje się już obietnica nowego dnia. Łódź zmierza ku pomostowi o prostej konstrukcji.
– Bhailcnoc – odgaduję.
– Mieliśmy cię zabić na wyspie. Odroczyłem to. Ale niewiele. – Po tym słyszę już tylko strumień słów w innym języku. Cian mówi radośnie, a ja wciąż patrzę na zabudowania. Zerkam z ukosa na tamtych, lecz są zajęci zupełnie czymś innym. – Dziś w nocy. Bądź gotów. Przedtem nie rób problemów. Dotknij głowy, jeśli rozumiesz.
Od niechcenia drapię się po głowie. Nie odrywam oczu od tafli wody usianej refleksami gwiazd.
Cian, jakby zniecierpliwiony, macha rękoma i woła coś do towarzyszy, którzy reagują śmiechem. Podchodzi do nich i wdaje się w swobodną rozmowę. Zapomina o mnie na dobre.
Zaczynam się gorączkowo zastanawiać. Ból, wyczerpanie i niepewność stają się w tej chwili problemami mniejszej wagi. Zbliżamy się do brzegu, nadal staram się rozglądać z zainteresowaniem i siedzieć rozluźniony. Nie mam pojęcia, gdzie jestem. Nie wiem, jak długo płynęliśmy, lecz jedno jest pewne: mam sojusznika. Pierwszy krok – ucieczka. O resztę będę martwił się potem.
Dobijamy. Cumujemy przy asyście strażniczki odzianej w ciemną zieleń. Cian wysiada pierwszy. Dopiero w tej chwili zauważam haft na jego białym płaszczu – misterne zielone wzory, całkiem podobne do tych, które pokrywają piersi wojowników. Gdy staję niepewnie o własnych siłach, wyciąga do mnie rękę i pomaga zejść na ląd. Cóż, zmysł równowagi może kiedyś wróci, ale jeszcze nie teraz. Kiedy wreszcie udaje mi się wyprostować, strażniczka kieruje we mnie ostrze włóczni.
Nieznajomi wdają się w krótką, ożywioną dyskusję. Kobieta wygląda na ewidentnie zdziwioną moim przybyciem. Po chwili jednak ustępuje i prowadzą mnie za palisadę. Stojące za nią chaty są naprawdę zgrzebne. Okrągłe, kryte słomianymi strzechami, o ścianach z błota i trzciny. Pomiędzy nimi wytyczone zostały słabo oświetlone pochodniami ścieżki, wydeptane w błotnistej ziemi. Dokąd trafiłem? Nie potrafię przypisać takich domostw do żadnego znanego sobie miejsca. Nie sądzę też, by komukolwiek w granicach Republiki pozwolono otaczać osadę własnymi fortyfikacjami, nawet tak prymitywnymi.
Kilka razy potykam się, co wynika zarówno z utraty poczucia równowagi, jak i zmęczenia, aż w końcu zostaję zaprowadzony do pozbawionej okien chaty, której drzwi blokuje drewniana belka. Konstrukcja opiera się na pojedynczym słupie pośrodku; tlący się ogień w glinianym naczyniu, wbudowanym w podłogę, oświetla ławki pokryte zwierzęcymi skórami, ale nic poza tym. Siadam, nie czekając na zaproszenie. Oddech mam rwany, mąci mi się w oczach. Nawet ten niewielki wysiłek okazał się dla mnie zbyt poważny.
Cian obserwuje moje zmagania, po czym mówi coś wojownikom. Mierzą mnie wzrokiem i wychodzą. Zamykają za sobą drzwi.
– Za chwilę wrócą.
Ledwie zostajemy sami, jego swobodna postawa znika bez śladu. Kuca przede mną i wyciąga coś z zawieszonej u pasa sakiewki. Fiolka z jakimś zielonym płynem.
– Pij – szepcze.
– Co to? – pytam równie cicho, obrzucam buteleczkę nieufnym spojrzeniem.
– Pomoże ci spać. Głęboko. Obudzisz się wypoczęty. – Cian dostrzega moją podejrzliwość. – Wciąż jesteś słaby. Musisz nabrać sił, jeśli chcesz dziś uciec, a to twoja jedyna szansa.
Bez przekonania przyjmuję fiolkę.
– Nie wiem, czy akurat sen mi pomoże – mamroczę do siebie we wspólnej mowie, po czym dodaję: – Dlaczego ci ludzie… chcą… mnie zabić? – Niestety jest mi znacznie łatwiej rozumieć vetuzjański, niż mówić w tym języku.
– Nie oni. Tylko ci w drodze. Ruarc i Gaj. – Chwila wahania. Spogląda mi w oczy. – Boją się ciebie, Wędrowcze. – Cianem wstrząsa dreszcz. Odnoszę wrażenie, że jego odpowiedzi podszyte są pytaniami, lecz zanim mam szansę na nie odpowiedzieć, dolatuje nas z zewnątrz wołanie. – Pij. Już – ponagla.
W zmęczonej głowie mnożą się znaki zapytania. Imiona, które przed momentem wymienił, nic mi nie mówią. Chcę wiedzieć, kim oni są, gdzie jestem i co, do diabła, stało się z moją ręką w labiryncie. Trudno mi jednak zignorować pobrzmiewający w głosie Ciana niepokój, a mimo że jestem skołowany, ten człowiek sprawia wrażenie szczerze zatroskanego o moje bezpieczeństwo.
– Kiedy będziemy wolni, mam zabrać cię na spotkanie z kimś innym. Nie znam jego imienia, ale podobno ty go znasz. Ten człowiek będzie mówić twoim językiem – dodaje pospiesznie Cian. – Wszystko ci wyjaśni.
Bardziej niż jego słowa uspokaja mnie błyszcząca w jego niebieskich oczach determinacja. Z ponurą rezygnacją wypijam duszkiem zielony napój, który okazuje się potwornie gorzki. Krztuszę się i oddaję Cianowi pustą fiolkę. Chwilę później drzwi stają otworem. Mój sojusznik ukrywa buteleczkę, po czym zwraca się do stojących w wejściu wojowników.
– Fós aon rud – warczy i rzuca mi poirytowane spojrzenie. – Ná lig aon duine isteach nó amach go dtí anocht. – Drugie zdanie brzmi jak polecenie.
Wojownicy rozstępują się i przepuszczają go. Cian wychodzi, nie oglądając się za siebie. Tamci ruszają za nim. Dobiega mnie trzask drzwi, a potem stukot opadającej belki.
Zostałem sam.
Śmierć jest bramą.
W ciągu ostatniego dnia, odkąd ocknąłem się w uczelnianej izbie chorych, usłyszałem odległe echo tych słów aż zbyt wiele razy. Jedna z mądrości mojego ojca. Nikła pociecha od jego ducha.
Niemniej, gdy w milczeniu dołączam do tłumu żałobników, kiedy czuję pod palcami kształt schowanego w mojej torbie drewnianego stateczku, mimowolnie zastanawiam się nad tym raz jeszcze. Ponownie rozważam w duchu, czy jego zjawa mogła być – choć to niewiarygodne – czymś więcej niż złudzeniem ogarniętego gorączką, skłonnego do melancholii umysłu.
Chyba nigdy w życiu nie pragnąłem w cokolwiek uwierzyć aż tak rozpaczliwie.
Na zachodzie wznosi się nierówny masyw Necropolis, który przesłania niknącą za horyzontem kulę słońca. Wokół stosu zbierają się setki ludzi. Wszyscy milczą. To jedynie symboliczna uroczystość. Ciało Callidusa spoczywa już w krypcie rodu Ericiusów. Tuż po przybyciu, kilka godzin temu, poprosiłem, by pozwolono mi po raz ostatni odwiedzić zmarłego przyjaciela. Odpowiedź była odmowna.
Dławi mnie żal, gęsty i ciężki. Spoglądam w trzaskające poza ludzkimi sylwetkami płomienie. Z trudem przełykam ślinę.
– Dasz radę? Wytrzymasz? – pyta po cymryjsku stojący obok potężnie zbudowany rudzielec. Nie patrzy w moją stronę, ale wiem, że widział już wcześniej, jak się zataczam.
– Tak.
Eidhin mamrocze pod nosem. Jako jeden z nielicznych nie rzuca ku mnie ukradkowych spojrzeń. Wszyscy wiedzą, mimo że celowo trzymamy się z tyłu, a naszej obecności nikt nie anonsował. Odkąd wysiedliśmy z transwektu, kręciliśmy się po innych zakątkach Agerus, po prostu siedząc i rozmawiając w wiosennym słońcu, odkładając nasze przybycie na uroczystości żałobne dla Callidusa na ostatnią chwilę. Sam to zasugerowałem. Wielu obecnych chciałoby porozmawiać ze mną na temat Iudicium, ale przyleciałem tu tylko po to, żeby oddać hołd przyjacielowi. A tamci i ich pytania mogą zaczekać.
– Wyglądasz, jakbyś miał się zaraz przewrócić.
– Złudzenie optyczne. Po prostu dawniej byłem bardziej symetryczny.
Rozmigotany blask płomieni podkreśla pustkę smętnie zwisającego lewego rękawa mojej tuniki. Głupawe żarciki są moją najskuteczniejszą bronią przeciwko tej stracie. Nadal boli. Wciąż mam wrażenie, jakby ręka znajdowała się na miejscu.
Przed nami stojący na tle płonącego stosu kapłan prosi żałobników o uwagę. Głos duchownego niesie się daleko w chłodnym powietrzu. Z poważną miną dokonuje libacji winem i rozpoczyna właściwą część pogrzebowego obrządku.
Słucham, mimo że czuję się pusty w środku. Z bólem serca zastanawiam się, co pomyślałby o tym wszystkim sam Callidus. Stawiło się tak wielu ludzi. Ilu naprawdę go znało? Sądząc po strojach, to w znacznej mierze patrycjusze – starsi wiekiem mężczyźni i kobiety. Zapewne senatorzy z ramienia Rządu, a także co bardziej zamożni klienci rodziny Ericiusów. Bez wątpienia liczni przybyli po prostu po to, by okazać wsparcie magnusowi tertiusowi Ericiusowi.
Sam magnus stoi z przodu ze zwieszoną głową, z żoną i dwiema córkami, młodszymi od Callidusa. Kobiety mają zasłonięte twarze. Po drugiej stronie stosu zauważam Veridiusa, któremu towarzyszy gromadka poważnych, pobladłych studentów. Indol. Iro. Aequa. Emissa. Ta ostatnia łapie moje spojrzenie nad płomieniami. Odwracam się pospiesznie, by nie mogła zareagować.
Wkrótce kapłan oddaje głos tertiusowi. Dla mnie to pierwsza okazja, by lepiej przyjrzeć się człowiekowi, z którym związałem swój los. Jest smukły, przeciętnego wzrostu. Przy każdym kroku wyraźnie utyka. Niemniej, nawet ze swojego miejsca, wyczuwam otaczającą go aurę siły i władzy. Gdy zwraca się do zebranych, nie mogę pozbyć się wrażenia, że w tych ostrych rysach i bystrych, orzechowych oczach widzę samego Callidusa.
Tertius zaczyna opowiadać o utraconym synu, mówi tak cicho, że ledwie go słyszę. W większości to ckliwe historie sprzed lat. W połowie urywa i przełyka ślinę. Odwraca wzrok, a nagłą ciszę mąci chór szlochów i pociągających nosów. Sam też czuję napływające łzy. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy traktują cateńskie pogrzeby jako okazję do popisania się swoim smutkiem, jako sposób na zademonstrowanie pobożnej żałoby, jakiej oczekuje się od patrycjuszy, ale nie sądzę, by było to udawane.
Widzę przed sobą po prostu ojca. Mężczyznę, który wciąż nie do końca pogodził się z myślą, że jego ukochane dziecko odeszło naprawdę.
Magnus tertius dochodzi do siebie. Kończy mowę. Ani jednym słowem nie umniejsza roli Callidusa dla rodziny; nawet wzmianką nie daje wyrazu swojemu niezadowoleniu, że zmarły był w Akademii zaledwie Siódemką. Nic w tym dziwnego, ale i tak się cieszę. I to niejedynie ze względu na pamięć o przyjacielu. Gdyby cenzor postanowił zdystansować się od zmarłego syna, okazałoby się, że podejmując decyzję o związaniu się z nim, postąpiłem bardzo pochopnie.
Przychodzi pora na kolejne mowy. Długa litania pięknych słów, z których połowa to komplementy skierowane nie tyle pod adresem mojego dzielnego przyjaciela, co samego tertiusa. Callidus uznałby to lizusostwo za przekomiczne. Laudacje przeciągają się aż do zmroku. Następnie przechodzimy do nieodległego podnóża Necropolis, gdzie kapłan wygłasza kilka ostatnich uwag.
I nagle jest już po wszystkim.
Obaj z Eidhinem zostajemy jeszcze na chwilę. Stoimy w milczeniu. Nie do końca wiemy, co ze sobą począć. Tłum się przelewa, otacza nas morze cichych, stonowanych szeptów. Wielu żałobników czeka, by osobiście złożyć kondolencje rodzinie magnusa Ericiusa. Ciekawe, jak wielu chce mieć po prostu pewność, że ich stawiennictwo zostanie odnotowane.
– Vis?
Wzdrygam się, odwracam. Kilka kroków dalej stoi Veridius. Czarna toga zlewa się z wieczornym cieniem. Na szczęście jest sam. Ciemnoblond włosy principalisa są starannie zaczesane, jak nigdy. Odkąd wyruszyliśmy wczoraj z Akademii, nie zamieniłem z nim słowa. Nie rozmawialiśmy od chwili, gdy odrzuciłem jego propozycję i zamiast do Religii przyłączyłem się do Rządu. Nie odezwałem się do niego od momentu, gdy stwierdził, że próbował zapobiec kolejnemu Kataklizmowi.
– Principalisie…
Mój chłodny ton przywołuje na jego usta niespokojny uśmiech. W błękitnych oczach majaczy głęboka troska. Prawie jestem skłonny uwierzyć, że szczera.
– Widzę, że po powrocie będę musiał rozmówić się z Ulniusem. Nie powinieneś jeszcze wstawać. O podróży nawet nie wspominam.
– To samo usłyszałem od niego. Nie dawał mi spokoju przez całą drogę do transwektu. – Ulnius, uczelniany medyk, mógł postawić na swoim. Wystarczyłoby, żeby wezwał strażników. Rozumiał jednak, dlaczego chcę polecieć, a to porządny człowiek. Znacznie lepszy od Veridiusa. – Mam już umówione spotkanie z lekarzem. Jutro w Catenie. – To był jedyny warunek, jaki Ulnius postawił mi przed odlotem. – Czuję się dobrze.
– Znakomita wiadomość, Vis. Tak błyskawiczna rekonwalescencja to dobry znak. – W głosie principalisa nie słychać ani krzty cynizmu. Nie wydaje się też rozdrażniony faktem, że umknąłem spod jego skrzydeł. Znajduję tę troskę tak przekonującą, że naprawdę trudno uwierzyć, iż to jedynie pozory. – Bardzo się cieszę, że…
– Veridius, czego chcesz? – Nie próbuję nawet kryć zniecierpliwienia. Nie jestem już studentem, a w tej chwili nie mam nastroju na gierki.
Principalis na moment ściąga brwi, po czym wzdycha i zwraca się do Eidhina:
– Najmocniej przepraszam, Eidhinie. Czy byłbyś łaskaw zostawić nas na chwilę samych?
– Byłbym? – Rudzielec zerka na mnie.
Zapytał we wspólnej mowie, nie przejmuje się Veridiusem. O wydarzeniach z Iudicium opowiedziałem mu jak na razie jedynie zdawkowo. Częściowo dlatego, że nie jestem pewien, ile mogę mu zdradzić, a po części, ponieważ nie czuję się jeszcze na tę rozmowę gotowy. Eidhin wie jednak, że za wszystko winię principalisa.
– To nie będzie długa rozmowa – zapewniam go.
Gdy przyjaciel oddala się na dostateczną odległość, Veridius podchodzi bliżej.
– Czy przemyślałeś może to, co powiedziałem wczoraj? – pyta cicho, choć w pobliżu nie ma żywej duszy. Doskonale wiem, o co mu chodzi. Od tamtej pory myślę właściwie tylko o tym. I o drewnianej zabawce, którą znalazłem przy łóżku.
– Obiecałem, że wysłucham cię, kiedy będę gotów. – Zmagam się z falą zawrotów głowy. – Minął dopiero jeden dzień.
– I ja sądziłem, że spędzisz w łóżku znacznie więcej czasu. – Jego ton jest spokojny, grzeczny. Na jego twarzy wciąż maluje się powaga i współczucie. Gdyby ktoś nas w tej chwili obserwował, zobaczyłby jedynie mentora pokrzepiającego byłego studenta. – W chwili, w której twoja noga postanie w Catenie, twoje życie znajdzie się w niebezpieczeństwie. Próbuję powstrzymać to, co nadciąga, lecz są tacy, którym jak sądzę, zależy na czymś dokładnie przeciwnym. Kiedy dowiedzą się o twoim istnieniu, będziesz stale zagrożony. – Niezmiennie patrzy mi prosto w oczy. Stara się dać mi do zrozumienia, że mówi bardzo poważnie.
– W takim razie obaj musimy uważać, by nikomu nie powiedzieć zbyt wiele.
– Nie to chcia… – Urywa i wzdycha. – Vis, nie wyobrażam sobie, przez co w tej chwili przechodzisz. Wiem, że nie potrafię. Ale błagam cię. Nie pozwól, by żałoba przyćmiła ci wzrok. Nie bądź ślepy na to, co dzieje się dookoła. Masz wiele pytań, a ja znam na nie odpowiedzi. Bogowie wiedzą, że jesteś dość inteligentny, by rozumieć, że powinieneś je poznać. Gdy uznasz, że jesteś gotów, przyślij do mnie wiadomość. Wyślę po ciebie transwekt gdziekolwiek będziesz.
Tłumię pokusę, by odpowiedzieć jakąś kąśliwą uwagą. Kiwam gwałtownie głową. To nieprzyjemna świadomość, ale principalis rzeczywiście ma rację.
– Dobrze. – Nie zachodzi w nim żadna ewidentna zmiana, lecz w tonie, jakim wypowiedział to słowo, wyczuwam spadek napięcia. Veridius rozgląda się dokoła, jakby chciał zakończyć rozmowę, lecz nagle zmienia zdanie. – A skoro już ze sobą rozmawiamy… Twoi przyjaciele. Martwią się o ciebie.
– Jak widać. – Wskazuję szerokim gestem otaczającą nas pustkę.
– Naciskali, bym pozwolił im z tobą pomówić zaraz po uroczystości. – Principalis karci mnie spojrzeniem. – To ja poprosiłem, żeby się wstrzymali. Uznałem, że akurat dzisiaj możesz się poczuć taką uwagą bardziej przytłoczony niż pokrzepiony. Ale jeśli się mylę, mogę dać im znać.
Przyglądam się mu uważnie. Nie do końca wiem, co zrobić. Ma rację. Nie jestem gotowy. Nie potrafiłbym w tej chwili zmierzyć się z ich współczuciem. Nie czuję się gotów na pytania Indola. Nie chcę teraz usłyszeć, dlaczego w czasie Iudicium Aequa nie dotarła na czas do Callidusa. A jeśli chodzi o Emissę… Vek. Kiedy myślę o tej dziewczynie, sam nie wiem, co czuję. Wszystko jest strasznie zagmatwane.
I bardzo mi nie w smak, że Veridius tak dobrze to rozumie.
– Przekaż im, że sam ich znajdę. W Catenie – mruczę.
– Tak zrobię. Ale pamiętaj, nie lekceważ panującego w mieście napięcia. Podziały pogłębiają się coraz bardziej. Z tego, co mi powiedziano, nie będziesz mógł swobodnie porozmawiać na osobności z nikim spoza Rządu – tłumaczy Veridius z przytomnym uśmiechem. Kładzie mi dłoń na ramieniu. Przez cały czas gra, udaje troskę. – Bądź zdrów, Vis. I naprawdę… uważaj na siebie w Catenie. Nie zwlekaj z wiadomością do mnie. Musimy nauczyć się sobie ufać. – Odwraca się, by odejść.
Mój gniew, na moment uśmierzony, wybucha po jego ostatnich słowach świeżym płomieniem. Ufać. Nie mogę się powstrzymać.
– Powiedz mi, principalisie – wołam za nim. – Na pogrzebie Belli też byłeś?
Veridius niemal niedostrzegalnie sztywnieje.
– Byłem na wszystkich pogrzebach, Vis. – Nie odwraca się do mnie. – I na każdym płakałem.
Odchodzi.
Po chwili wraca do mnie Eidhin. Wciąż patrzę w ślad za principalisem. Mój gniew przygasa równie szybko, jak rozgorzał, pozostawia po sobie jedynie dym niepewności. Czy gdyby Veridius naprawdę starał się powstrzymać nadchodzący Kataklizm, powinienem się na niego złościć? Sam już nie wiem. Stojący obok rudzielec spogląda w tym samym kierunku. Milczymy. W tle słychać szepty pozostałych żałobników.
– Zaproponował, że uwolni mnie od umowy ojca – szepcze po chwili Eidhin po cymryjsku.
Rzucam na niego okiem. O gniewie już nie pamiętam. Na pewno coś źle zrozumiałem.
– Powiedział, że ma już odpowiednią zgodę. Że dostanę to na piśmie, z pieczęcią samego princepsa – kontynuuje chłopak. Mówi z nietypowym dla siebie wysiłkiem. Ze ściągniętym czołem obserwuje znikającego w tłumie principalisa. – Jedynym, co musiałem zrobić w zamian, było samodzielne zwycięstwo w Iudicium. Wówczas los mojego ludu nie zależałby już od mojego posłuszeństwa. Mógłbym robić, co chcę, a oni nie ponieśliby żadnych konsekwencji. Nie trafiliby na Płyty. – Dopiero teraz patrzy mi w oczy. – Wydawało mi się, że pokusa będzie za duża. Więc odmówiłem. A teraz nasz przyjaciel nie żyje. – W jego niebieskich oczach odbija się blask płomieni i głęboki, niemal bezdenny smutek. – Kiedyś powiedziałem ci, że oni właśnie w ten sposób zmieniają ludzi. Stopniowo, poprzez kolejne kompromisy. Powiedziałem ci, że każdy powinien wytyczyć przed sobą jasną granicę i nigdy jej nie przekraczać. Czy nadal w to wierzysz?
Zanim udaje mi się przemyśleć odpowiedź, zauważam jakiś ruch z lewej strony. Z ciemności wyłania się nieznajomy młodzieniec.
– Bądź zdrów, Catenicusie. – Ciemne okulary, które nosi mimo późnej pory, świadczą, iż jest przynajmniej sextusem. Albo nie zauważył, że przerwał nam rozmowę, albo zupełnie się tym nie przejął. – Magnus tertius życzy sobie z tobą pomówić – rzuca, po czym odchodzi. Domyślam się, że powinienem za nim pójść.
Eidhin posyła nieznajomemu nieprzyjemne spojrzenie.
– W porządku – wzdycha. – Idź. Dokończymy kiedy indziej.
Stoję jak wryty. Nadal zmagam się z doniosłością tego, co mi właśnie wyjawił. Doskonale wiem, jak bardzo ciążyła Eidhinowi umowa, którą jego ojciec zawarł z Hierarchią. Nie jestem pewien, czy potrafię sobie wyobrazić, jak bardzo kusząca musiała być dla niego oferta Veridiusa.
Już mam ruszyć za posłańcem, lecz nagle się rozmyślam. Podchodzę do Eidhina i mocno obejmuję ramieniem jego muskularną szyję. Przysuwam wargi do jego ucha.
– Nie pozwól, żeby cię kiedykolwiek zmienili, Eidhin. Nigdy. Jesteś najbardziej honorowym i najlepszym przyjacielem, jakiego mogłem sobie wymarzyć – szepczę. – I wiem, że Callidus powiedziałby ci to samo.
Puszczam go i nie czekając na odpowiedź, spieszę za nieznajomym.
Młodzieniec w ciemnych okularach prowadzi mnie bez słowa. Zostawiamy za sobą szemrzący tłum i Necropolis. Idziemy wzdłuż jednego z pieczołowicie podtrzymywanych Wiecznych Ogni, których długie koryta rozświetlają dolinę. Czyli nie kierujemy się do grobowca Ericiusów. W głębi ducha nadal marzę, by po raz ostatni zobaczyć zmarłego przyjaciela.
Staram się o tym nie myśleć. Wykorzystuję moment, by się uspokoić i oczyścić myśli. Nie po to przyjechałem, ale podejrzewałem, że ten wieczór może się tak potoczyć. Ogień trzaskający po lewej łagodzi nieco chłód zbliżającej się nocy. Po prawej stronie ścieżki rosną wysokie, starannie przystrzyżone cyprysy. Za nimi majaczą kontury niezliczonych grobowców.
Wreszcie skręcamy i wchodzimy między drzewa. Jedynym źródłem światła są już tylko gwiazdy. Stąpamy po wysypanej grzechoczącym żwirem dróżce. Po chwili wzrok przyzwyczaja mi się do mroku i kiedy już mam zapytać, dokąd zmierzamy, dostrzegam przed nami magnusa tertiusa. Siedzi na ławce, ukryty w mroku. Wpatruje się gdzieś daleko w ciemność. Już teraz wyczuwam tchnącą od niego, trudną do opisania aurę władzy.
Na nasz widok podnosi się z miejsca. Wygląda młodo jak na swój wiek. Przez chwilę wydaje mi się, że widzę Callidusa.
Magnus posyła posłańcowi znaczące spojrzenie. Na ten sygnał chłopak znika bez słowa.
– Cóż. Znów się spotykamy, Catenicusie – zagaja, kiedy zostajemy sami.
Z bliska widzę porastającą jego policzki ciemną szczecinę. W oczach dostrzegam bezradność i zmęczenie. Nawet moc tertiusa musiała ustąpić potędze żałoby.
– Magnusie Ericiusie, to dla mnie zaszczyt. – Tak, wiem, że jest sługą Hierarchii, cenzorem, ale przesadziłem tylko odrobinę. Callidus zawsze wypowiadał się na temat ojca z szacunkiem. – A… twój syn… Nie umiem wyrazić, jak bardzo mi go brakuje. Był dobrym przyjacielem. – Przy ostatnich słowach głos lekko mi się łamie. Maskuję to głośnym chrząknięciem.
– Tak też słyszałem – rzuca poważnie, lecz zwięźle. Nie przyszedł tu wymieniać się uprzejmościami, nawet szczerymi. – Powiedz, czy to dlatego uznałeś za stosowne narobić mi tylu kłopotów?
– Przepraszam?
– Rozmawiajmy otwarcie, Catenicusie. Podzielmy się prawdą w cieniu, póki jeszcze możemy. Twoje wstąpienie do Rządu jest poważnym zaskoczeniem. I wydarzyło się w momencie, gdy relacje między Rządem a Armią są niepokojąco kruche. A o ile mi wiadomo, my z tą niespodzianką nie mieliśmy nic wspólnego. – Mierzy mnie twardym spojrzeniem. – Jesteś Telimusem. Nosisz przydomek Catenicus. Zostałeś domitorem Akademii. Armia obdarzyłaby cię dowolną posadą, o jaką byś poprosił, a tymczasem u nas, zapewniam cię, zaczniesz bez żadnych szczególnych przywilejów. Nie zyskujesz niczego, wiele za to tracisz. Jeżeli więc masz nadzieję na zaufanie, jeśli choć trochę interesuje cię awans w naszych szeregach, musisz mi powiedzieć. Tu i teraz. Z jakiego powodu prowadzimy właśnie tę rozmowę?
Z premedytacją marszczę brwi. Nie odpowiadam przez kilka dobrych sekund. Nie dlatego, że mnie zaskoczył. Zdawałem sobie sprawę, że podobna chwila nastąpi. Przygotowałem się na nią i wiem, co odpowiedzieć. Lepiej jednak udać zdumienie. Po chwili spoglądam mu w oczy.
– Chcę się dowiedzieć, dlaczego zginął Callidus. I chcę dopilnować, żeby winni zapłacili za tę śmierć.
Spojrzenie magnusa Ericiusa wyostrza się jeszcze bardziej, subtelnie, lecz zauważalnie.
– Jeżeli masz zamiar ścigać Anguisów, postąpiłbyś mądrzej, dołączając do Armii – zauważa ostrożnie.
– Tak.
Ojciec Callidusa taksuje mnie przez chwilę spojrzeniem, po czym kiwa głową. Ze zrozumieniem. Nie wierzę, że za Iudicium stoją Anguisowie, z pewnością nie tylko oni. Jego reakcja pokazuje, że on myśli podobnie.
Ciekawe.
– Powiedziano mi, że byłeś z nim do końca. – Trzyma splecione dłonie za plecami. Z bólem spogląda na białe nagrobki, którymi usiana jest cała dolina.
– To prawda. – Przełykam ślinę. I nagle znów czuję w ramionach ciężar przyjaciela. Zakrwawione, zniszczone ciało. Słyszę, jak walczy o każdy oddech. Słyszę, jak cichnie, gaśnie.
– Podobno go przyniosłeś. Aż do samej Akademii – ojciec Callidusa zwraca się do mnie. Zerka w lewo.
– Był moim przyjacielem – przypominam szeptem. I tym razem głos naprawdę odmawia mi posłuszeństwa.
Przez oblicze cenzora przemyka grymas. Ponownie ucieka spojrzeniem, w którym widać cień żałoby. Ta demonstracja wrażliwości, a może nawet bezbronności, nie przystaje do emanującej z niego nadnaturalnej siły.
– Musi pan również wiedzieć… – Zbieram się w sobie i podejmuję: – Że był tylko Siódemką, ponieważ został do tego zmuszony. Popełnił błąd. Zaufał koleżance. Niejakiej Belli Volenis. Pokazał jej dokumenty zawierające listę wszystkich niedawnych wypadków śmiertelnych, do jakich doszło w czasie poprzednich Iudiciów. Chciał ją w ten sposób ochronić. Odebrała mu ją i zagroziła, że jeśli nie cofnie się do Klasy Siódmej, przekaże listę swojemu ojcu. – Urywam, by nabrać tchu. – Ta dziewczyna zginęła w trakcie Iudicium, a dokumenty są bezpieczne. Callidus odzyskał je jakiś miesiąc czy dwa temu. Tyle że już nie zdążył poprawić swojej pozycji. I… naprawdę bardzo mu zależało, by się pan o tym dowiedział.
Tertius Ericius mocno zaciska powieki.
– Kiedy to się stało, gdy tak błyskawicznie spadł nisko w rankingu, domyśliłem się, że istnieje jakiś powód. Dobry powód. Gdyby okazało się inaczej, zamierzałem mu dobitnie przypomnieć, że stać go na więcej. – Kręci głową. – Ale nie powinienem był zabraniać mu przyjazdu na Festiwal Przodków. Chciałem się z nim spotkać, żeby zapytać, co się dzieje, lecz koniec końców…
