Siedmiu mężów Evelyn Hugo - Taylor Jenkins Reid - ebook
Opis

Powieść, którą pokochały setki tysięcy Amerykanek!

 

To spotkanie zmieni życie Monique. Młoda dziennikarka dostaje propozycję przeprowadzenia wywiadu z Evelyn Hugo – aktorką, która ma za sobą imponującą karierę w Hollywood. Warunek jest jeden: ta rozmowa nie może zostać opublikowana przed śmiercią artystki. Evelyn opowiada o tym, jak wyrwała się z biedy i trafiła do wymarzonego świata kina. Sława, pieniądze, skandale i blask reflektorów… W Hollywood nikt nie jest bez grzechu. Dlaczego Evelyn ma za sobą aż siedem małżeństw? Kogo kochała naprawdę? Jej życie kryje tajemnice, które nigdy nie powinny trafić na pierwsze strony gazet.

Lektura obowiązkowa dla wszystkich fanów Marilyn Monroe i Audrey Hepburn! Gdyby Evelyn Hugo istniała naprawdę, byłaby ich najlepszą przyjaciółką albo… największą konkurentką.

 

Fascynująca powieść o miłości i cenie sławy.

Emily Giffin

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 476

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The Seven Husbands of Evelyn Hugo

Copyright © 2017 by Rabbit Reid, Inc.

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Adriana Biernacka

Redakcja: Malwina Błażejczak

Korekta: Alicja Laskowska, Joanna Fortuna

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Grzegorz Kalisiak

Projekt graficzny okładki i stron tytułowych: FecitStudio

Fotografie na okładce: © RetroAtelier, © Brian Podolsky / EyeEm | Getty Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66278-38-7

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Dla Lilah

Walić patriarchat, kochanie

NEW YORK TRIBUNE

Evelyn Hugo wystawia swoje suknie na aukcję

AUTOR: PRIYA AMRIT 2 MARCA 2017 ROKU

Legenda filmu i ikona lat 60. Evelyn Hugo ogłosiła, że zamierza wystawić dwanaście swoich najbardziej znanych sukien na aukcji w domu aukcyjnym Christie’s. Zebrane w ten sposób pieniądze planuje przeznaczyć na badania nad rakiem piersi.

Siedemdziesięciodziewięcioletnią Hugo od dawna uznaje się za ikonę stylu i elegancji. Aktorka znana jest z tego, że umiejętnie łączy zmysłowość z umiarem, a jej kreacje są uważane za kamienie milowe mody i hollywoodzkiego szyku.

Ci, którzy zamierzają nabyć fragment historii Hugo, interesują się nie tylko sukniami, lecz także okolicznościami, w jakich gwiazda je nosiła. Na aukcji znajdą się szmaragdowozielona suknia projektu Mirandy La Conda, którą Hugo założyła na galę rozdania Oscarów w 1959 roku, fioletowa, zwiewna suknia z okrągłym dekoltem z organdyny, w której Hugo wystąpiła na premierze Anny Kareniny w 1962 roku, oraz granatowa jedwabna kreacja projektu Michaela Maddaxa, którą miała na sobie, kiedy odbierała statuetkę Oscara za Wszystko dla nas.

Hugo ma na swoim koncie wiele hollywoodzkich skandali, między innymi siedem małżeństw, w tym trwający wiele lat związek z producentem filmowym Harrym Cameronem. Hugo i Cameron byli rodzicami Connor Cameron, która bez wątpienia stała się inspiracją do zorganizowania aukcji. Pani Cameron zmarła w zeszłym roku na raka piersi w wieku zaledwie 41 lat.

Hugo urodziła się w 1938 roku jako Evelyn Elena Herrera w rodzinie kubańskich imigrantów i dorastała w nowojorskiej dzielnicy Hell’s Kitchen. W 1955 roku przeprowadziła się do Hollywood, pofarbowała włosy na blond i zmieniła nazwisko na Evelyn Hugo. Błyskawicznie dostała się do hollywoodzkiej elity. Pozostawała w centrum uwagi przez ponad trzy dekady, po czym wycofała się z showbiznesu pod koniec lat 80. i poślubiła finansistę Roberta Jamisona, starszego brata trzykrotnej laureatki Oscara, Celii St. James. Teraz, po śmierci swojego siódmego męża, Hugo zamieszkała na Manhattanie.

Niezwykle piękna i będąca niedościgłym wzorem szyku oraz wyzywającej seksualności Hugo od dawna fascynuje kinomanów na całym świecie. Spodziewany zysk z aukcji to minimum 2 miliony dolarów.

— MOŻESZ PRZYJŚĆ DO MOJEGO BIURA?

Rozglądam się wokół, spoglądam na biurka obok mnie, a potem znowu na Frankie, próbując ustalić, do kogo się zwraca. Wskazuję na siebie.

— Mówisz do mnie?

Frankie ma strasznie mało cierpliwości.

— Tak, Monique, do ciebie. To dlatego powiedziałam: „Monique, czy możesz przyjść do mojego biura?”.

— Przepraszam, usłyszałam tylko końcówkę zdania.

Frankie odwraca się na pięcie. Biorę swój notes i podążam za nią.

W wyglądzie Frankie jest coś bardzo niepokojącego. Nie jestem pewna, czy powiedzielibyście o niej, że jest konwencjonalnie atrakcyjna — ma ostre rysy twarzy i bardzo szeroko rozstawione oczy — ale mimo to jest osobą, na którą patrzy się z podziwem. Jest szczupła, bardzo wysoka, ma krótko obcięte włosy w stylu afro i słabość do jaskrawych kolorów oraz dużej biżuterii, więc każdy ją zauważa, gdy wchodzi do jakiegoś pomieszczenia.

Była jednym z powodów, dla których przyjęłam tę pracę. Podziwiałam ją od czasu, gdy studiowałam dziennikarstwo, czytałam jej artykuły w tych samych magazynach, które obecnie prowadzi jako redaktor naczelna i dla których ja teraz pracuję. I jeśli mam być szczera, jest coś inspirującego w tym, że czarnoskóra kobieta zajmuje tak wysokie stanowisko. Jako że sama jestem mulatką — mam jasnobrązową skórę i ciemnobrązowe oczy po moim czarnoskórym ojcu oraz mnóstwo piegów na twarzy dzięki mojej białej mamie — Frankie sprawia, że czuję się pewniejsza i liczę na to, że kiedyś to ja będę sprawowała tak ważną funkcję.

— Usiądź — mówi Frankie, zajmując miejsce i wskazując na pomarańczowe krzesło stojące naprzeciw jej przezroczystego biurka Lucite.

Siadam spokojnie i zakładam nogę na nogę. Pozwalam jej mówić pierwszej.

— Zaskakujący zwrot w sprawie — mówi, patrząc w komputer. — Ludzie Evelyn Hugo wystąpili z zapytaniem, czy jesteśmy zainteresowani napisaniem artykułu. Wywiadu na wyłączność.

Instynktownie chciałabym powiedzieć „O, cholera”, a także „Dlaczego mi to mówisz?”.

— O czym dokładnie miałby być? — pytam.

— Domyślam się, że o aukcji sukien, którą organizuje — mówi Frankie. — Jak rozumiem, chciałaby zebrać jak najwięcej pieniędzy dla Amerykańskiej Organizacji na rzecz Zapobiegania Rakowi Piersi.

— Potwierdzili to?

Frankie kręci głową.

— Potwierdzili jedynie, że Evelyn ma coś do powiedzenia.

Evelyn Hugo jest jedną z największych gwiazd filmowych wszech czasów. Nie musi mieć nic ważnego do powiedzenia, żeby ludzie chcieli jej słuchać.

— Może być z tego temat na okładkę, prawda? Jest przecież żywą legendą. To ona osiem razy wychodziła za mąż?

— Siedem — prostuje Frankie. — I tak, ten wywiad ma ogromny potencjał. I dlatego mam nadzieję, że wysłuchasz mnie do końca.

— Co masz na myśli?

Frankie nabiera powietrza w płuca i robi taką minę, że zaczynam się obawiać, że zaraz mnie wyleje z pracy. Ale po chwili mówi:

— Evelyn zażyczyła sobie właśnie ciebie.

— Mnie? — W ciągu ostatnich pięciu minut już drugi raz jestem zaskoczona tym, że ktoś chce ze mną rozmawiać. Muszę popracować na swoją pewnością siebie. Dość powiedzieć, że ostatnio zebrała niezłe lanie. Chociaż nie będę udawać, że kiedykolwiek była w szczytowej formie.

— Szczerze mówiąc, moja reakcja była identyczna — mówi Frankie.

Szczerze mówiąc, czuję się nieco urażona. Chociaż oczywiście rozumiem jej punkt widzenia. Pracuję w „Vivant” niecały rok, zajmuję się głównie pisaniem artykułów sponsorowanych. Wcześniej pisałam artykuły na blog Discourse, stronę zajmującą się komentowaniem bieżących zdarzeń i kulturą, która nazywa się magazynem, ale tak naprawdę jest blogiem z chwytliwymi nagłówkami. Zajmowałam się tam przede wszystkim działem Stylowe Życie i pisałam na modne tematy oraz zamieszczałam felietony.

Po latach pracy jako wolny strzelec etat w Discourse był dla mnie kołem ratunkowym. Ale kiedy zaproponowano mi pracę w „Vivant”, nie mogłam tego zignorować. Z radością skorzystałam z szansy na dołączenie do korporacji zatrudniającej legendy dziennikarstwa.

Pierwszego dnia szłam wzdłuż ścian ozdobionych rozpoznawalnymi okładkami — na jednej z nich widniała feministyczna aktywistka Debbie Palmer, była naga i upozowana i stała na szczycie wieżowca z widokiem na Manhattan w 1984 roku; ta przedstawiająca artystę Roberta Turnera podczas malowania na płótnie z 1991 roku opatrzona była podpisem, że malarz choruje na AIDS. Ogarnęło mnie surrealistyczne uczucie na myśl o tym, że jestem częścią świata „Vivant”. Zawsze chciałam ujrzeć swoje nazwisko na błyszczącym papierze magazynu.

Niestety przez ostatnie dwanaście numerów nie zrobiłam nic oprócz przeprowadzania konwencjonalnych wywiadów z posiadaczami wielkich fortun, podczas gdy moi współpracownicy z Discourse próbują zmienić świat przez Internet. Mówiąc wprost, nie jestem zbytnio sobą zachwycona.

— Zrozum, nie chodzi o to, że cię nie doceniamy, bo tak nie jest — mówi Frankie. — Sądzimy, że możesz wiele osiągnąć w „Vivant’, ale miałam nadzieję, że uda mi się zlecić to jakiejś bardziej doświadczonej dziennikarce. Wobec tego mówię wprost, że nie zostałaś zaproponowana przez nas zespołowi Evelyn. Posłaliśmy im pięć znanych nazwisk, a oni odpowiedzieli, że masz być ty.

Frankie odwraca monitor komputera w moją stronę i pokazuje mi wiadomość mejlową podpisaną przez jakiegoś Thomasa Welcha, który, jak zakładam, jest odpowiedzialny za PR Eveyn Hugo.

Od: Thomas Welch

Do: Frankie Troupe

Do wiadomości: Jason Stamey; Ryan Powers

Ma być Monique Grant albo Evelyn wycofuje swoją propozycję.

Oniemiała patrzę na Frankie. I szczerze mówiąc, jestem również zachwycona tym, że Evelyn Hugo wybrała mnie.

— Znasz Evelyn Hugo? O to chodzi? — pyta Frankie i odwraca monitor w swoją stronę.

— Nie — mówię, zaskoczona, że w ogóle zadała mi to pytanie. — Widziałam kilka jej filmów, ale dla mojego pokolenia to przebrzmiała gwiazda.

— Łączą cię z nią jakieś więzy osobiste?

Kręcę głową.

— Z całą pewnością nie.

— Ale przecież pochodzisz z Los Angeles?

— No tak, ale sądzę, że jedyne, co może mnie łączyć z Evelyn Hugo, to to, że mój tata mógł pracować przy którymś z jej filmów. Mogę zapytać mamy.

— Świetnie. Dziękuję. — Frankie patrzy na mnie wyczekująco.

— Mam to zrobić teraz?

— Jeśli to nie problem.

Wyjmuję telefon z kieszeni i piszę do mamy: „Czy Tata kiedykolwiek pracował przy jakimś filmie z Evelyn Hugo?”.

Pojawiają się trzy kropki, podnoszę głowę i widzę, że Frankie próbuje podejrzeć, co napisałam. Chyba dociera do niej niestosowność jej zachowania, ponieważ natychmiast siada prosto.

Mój telefon sygnalizuje dźwiękiem nadejście wiadomości.

Mama pisze: „Może? Było ich tak wiele, że trudno ogarnąć. Dlaczego pytasz?”.

„To długa historia”, odpowiadam, „próbuję się dowiedzieć, czy coś mnie łączy z Evelyn Hugo. Sądzisz, że tata ją znał?”.

Mama odpowiada: „Ha! Nie. Twój ojciec nigdy nie zadawał się z nikim sławnym na planie filmowym. Nawet kiedy nalegałam, żeby zapoznał nas z jakimiś celebrytami”.

Śmieję się.

— Wygląda na to, że nie. Żadnych związków z Evelyn Hugo.

Frankie potakuje.

— No dobrze, moja druga teoria sprowadza się do tego, że niektórzy wybierają sobie kogoś z mniejszym przebiciem, żeby móc go kontrolować i mieć wpływ na ostateczny rezultat.

Czuję, że mój telefon znowu wibruje. „To mi przypomniało, że zamierzałam wysłać ci karton ze starymi pracami taty. Niektóre są świetne. Uwielbiam je, ale wydaje mi się, że ty pokochasz je jeszcze bardziej. Wyślę w tym tygodniu”.

— Sądzisz, że zrobią ofiarę z kogoś słabego — mówię do Frankie.

— Tak jakby. — Posyła mi łagodny uśmiech.

— Więc ludzie Evelyn przejrzeli winietę, znaleźli moje nazwisko wśród mniej znaczących dziennikarzy i pomyśleli, że uda im się ze mnie zrobić popychadło. O to chodzi?

— Tego się obawiam.

— I mówisz mi o tym, ponieważ…

Frankie zastanawia się nad odpowiedzią.

— Ponieważ wydaje mi się, że nie jesteś osobą, którą można pomiatać. Sądzę, że cię nie doceniają. I naprawdę zależy mi na tym wywiadzie. Chcę, żeby wszyscy o nim pisali.

— Po co to mówisz? — pytam i odrobinę przesuwam się na krześle.

Frankie składa ręce przed sobą i kładzie je na biurku, po czym pochyla się w moją stronę.

— Pytam cię, czy dasz sobie radę w bezpośrednim starciu z Evelyn Hugo.

Gdybym zrobiła listę rzeczy, o które ktoś może mnie dzisiaj zapytać, to pytanie znajdowałoby się gdzieś na pozycji numer dziewięć milionów. Czy dam radę Evelyn Hugo? Nie mam pojęcia.

— Tak — mówię w końcu.

— I tyle? Po prostu tak?

Chcę skorzystać z tej okazji. Pragnę napisać tę historię. Mam dość tego, że stoję na najniższym szczeblu drabiny. Potrzebuję wygranej, do cholery jasnej.

— Tak, kurwa?

Frankie potakuje i się nad czymś zastanawia.

— Lepiej, ale wciąż nie jestem przekonana.

Mam trzydzieści pięć lat. Piszę od ponad dekady. W przyszłości chciałabym podpisać kontrakt na wydanie książki. Chcę sama wybierać tematy. Chcę być nazwiskiem, które znajduje się na liście, kiedy do gazety dzwonią ludzie pokroju Evelyn Hugo. W „Vivant” czuję się niedoceniana. Jeśli mam zamiar osiągnąć to, co zaplanowałam, musi nastąpić jakiś przełom. Ktoś musi stanąć na mojej drodze. I powinno się to stać szybko, ponieważ jedyne, co mi zostało, to ta cholerna kariera. Jeśli chcę zmian, muszę zmienić sposób, w jaki wykonuję obowiązki. Zapewne drastycznie.

— Evelyn chce mnie — mówię. — Ty chcesz Evelyn. Wydaje mi się, że nie muszę cię przekonywać, Frankie. Raczej to ty powinnaś przekonać mnie.

Frankie milczy jak zaklęta, patrzy na mnie ponad złączonymi palcami. Zamierzałam wzbudzić jej szacunek. Być może przegięłam.

Czuję się podobnie jak wtedy, gdy zaczęłam trening z ciężarkami i od razu wybrałam dla siebie dwudziestokilowe obciążniki. Za dużo na początek sprawia, że zyskujesz głównie pewność, iż nie masz pojęcia, co robisz.

Z całej siły powstrzymuję się od próby odkręcenia tego i przeproszenia jej. Mama wychowała mnie na grzeczną i dobrze ułożoną dziewczynę. Przez długi czas żyłam w przekonaniu, że człowiek cywilizowany jest człowiekiem służalczym. Ale ten rodzaj uprzejmości nie sprawdził się na dłuższą metę. Świat szanuje ludzi, którzy uważają, że powinni przejąć jego stery. Nigdy tego nie rozumiałam, ale przynajmniej przestałam już z tym walczyć. Pewnego dnia zamierzam znaleźć się na miejscu Frankie, a może nawet zajść dalej niż ona. Robić ważne, doniosłe rzeczy, z których będę dumna. Zostawić po sobie ślad. Na razie nie zrobiłam nawet pierwszego kroku.

Cisza trwa tak długo, że mam wrażenie, że zaraz pęknę, napięcie wzrasta z każdą mijającą sekundą. Ale to Frankie pęka pierwsza.

— Dobrze — mówi i wyciąga do mnie rękę, wstając zza biurka.

Czuję się zszokowana i dumna, gdy wyciągam swoją. Staram się, by mój uścisk był stanowczy; Frankie zgniata mi dłoń jak imadło.

— Proszę, zrób to dobrze, Monique. Dla nas i dla siebie.

— Zrobię.

Odsuwamy się od siebie, a ja kieruję się w stronę drzwi.

— Być może czytała twój artykuł na temat wspomaganych samobójstw w Discourse — mówi Frankie, zanim wychodzę z gabinetu.

— Słucham?

— Był wspaniały. Może to dlatego chce ciebie. Dzięki niemu cię znaleźliśmy. To genialna historia. Nie ze względu na popularność, jaką zyskała, lecz dzięki tobie, dzięki temu, że pięknie ją opisałaś.

To był jeden z pierwszych naprawdę znaczących artykułów, jakie stworzyłam z własnej woli. Natknęłam się na tę historię, kiedy miałam napisać tekst o wzroście popularności kiełków, zwłaszcza w restauracjach na Brooklynie. Udałam się na ryneczek na Park Slope, żeby przeprowadzić wywiad z jakimś miejscowym farmerem, ale kiedy wyznałam, że nie przepadam za kapustą sarepską, powiedział mi, że przypominam mu jego siostrę. Do zeszłego roku była głównie mięsożerna; potem, gdy dowiedziała się, że ma raka mózgu, przestawiła się na dietę wegańską i organiczną.

W dalszej rozmowie powiedział mi o grupie wsparcia dla osób, które zamierzają poddać się eutanazji w asyście lekarza, skierowanej do chorych i ich bliskich. Wiele osób w grupie walczyło o prawo do godnej śmierci. Zdrowe jedzenie nie mogło ocalić życia siostrze farmera, i ani on, ani ona nie chcieli, żeby musiała cierpieć dłużej niż to konieczne.

Od tamtej chwili wiedziałam, że powinnam oddać głos ludziom należącym do tej grupy wsparcia.

Wróciłam do siedziby Discourse i napisałam szkic artykułu. Sądziłam, że zostanie odrzucony, podobnie jak moje ostatnie teksty o hipsterskich trendach i celebrytach. Ale ku mojemu zdumieniu dostałam zielone światło.

Pracowałam niezmordowanie, chodziłam na spotkania grupy w piwnicach kościoła, rozmawiałam z członkami, pisałam i przepisywałam, aż poczułam, że zawarłam w tekście całą złożoność problemu pomocy przy samobójstwie ludziom w cierpieniu — zarówno stronę opowiadającą się za miłosierdziem, jak i tę dotyczącą moralności.

Z tego artykułu jestem najbardziej zadowolona. Nie raz wracałam do domu po pracy i czytałam go na nowo, przypominając sobie, do czego jestem zdolna, i wspominając satysfakcję, jaką poczułam, mogąc podzielić się prawdą, niezależnie od tego, jak trudno było ją przełknąć.

— Dziękuję — mówię do Frankie.

— Po prostu uważam, że jesteś utalentowana. Zapewne o to chodzi.

— Chyba raczej nie.

— No, nie — przyznaje. — Raczej nie. Ale napisz ten artykuł najlepiej jak się da, żeby następnym razem nie było co do tego żadnych wątpliwości.

THESPILL.COM

Evelyn Hugo wyznaje

Autor: Julia Santos 4 marca 2017 roku

Wieść niesie, że ikona piękna, ŻYWA LEGENDA, najpiękniejsza na świecie blondynka Evelyn Hugo wystawia na aukcję swoje sukniei zgadza się na przeprowadzenie wywiadu, przed czym wzbraniała się od kilku dekad.

PROSZĘ, powiedzcie, że w końcu jest gotowa na rozmowę o tych wszystkich swoich mężach. (Rozumiem czterech, no może pięciu, sześciu nawet, ale siedmiu? Siedmiu mężów? Nie wspominając o tym, o czym powszechnie wiadomo, że romansowała z kongresmenem Jackiem Eastonem na początku lat 80. Miała dziewczyna wzięcie).

Jeśli nie puści pary z ust na temat mężów, módlmy się, żeby chociaż zdradziła, skąd ma takie brwi. Serio, PODZIEL SIĘ TĄ TAJEMNICĄ, EVELYN.

Kiedy wyświetlają filmy z E sprzed lat, gdy miała lśniące blond włosy, ciemne, proste jak strzała brwi, mocno opaloną skórę i złotobrązowe oczy, po prostu nie ma rady, trzeba rzucić to, co się aktualnie robi, i gapić się na nią.

A nawet jeszcze nie wspomniałam o jej ciele.

Zero tyłka, zero bioder — tylko wielkie cycki i szczupłe ciało.

Przez całe swoje dorosłe życie dążyłam do takiej figury. (Uwaga: Wciąż jestem daleko. Może przez spaghetti, które pochłaniałam na obiad każdego dnia przez cały ostatni tydzień).

Jest tylko jedna sprawa, która nie daje mi spokoju: Evelyn mogła wybrać każdego. (Hmm, na przykład mnie?). Ale zdecydowała się na jakąś nowicjuszkę z „Vivant”. Mogła mieć każdego. (Na przykład mnie). Dlaczego postawiła na jakąś Monique Grant (a nie na mnie)?

No dobrze. Po prostu jestem zgorzkniała, że to nie ja dostałam tę szansę.

Powinnam zatrudnić się w „Vivant”. Dostają naprawdę najlepsze kąski.

KOMENTARZE:

Hihello565 pisze: Nawet pracownicy „Vivant” nie chcą już pracować w „Vivant”. Korporacyjny szmatławiec nastawiony na artykuły sponsorowane.

Ppppppppppps w odpowiedzi na komentarz Hihello565: Aha, jasne. Coś mi jednak mówi, że gdyby najbardziej szanowany, najbardziej luksusowy magazyn w kraju zaproponował ci pracę, to byś ją przyjęła.

EChristine999 pisze: Czy córka Evelyn nie umarła niedawno na raka? Wydaje mi się, że ostatnio coś o tym czytałam. Jaka szkoda. Przy okazji, czy to zdjęcie Evelyn przy grobie Harry’ego Camerona? Długo nie mogłam się pozbierać po tej tragedii. Piękna rodzina. Taka szkoda, że ich straciła.

PaniJeanineGrambs pisze: KOGO obchodzi Evelyn Hugo. PRZESTAŃCIE PISAĆ O TYCH LUDZIACH. Jej małżeństwa, romanse i większość filmów dowodzą tylko jednego: jest szmatą. Trzecia nad ranem była hańbą dla kobiet. Skupcie się na ludziach, którzy na to zasługują.

SexiLexi89 pisze: Evelyn Hugo jest prawdopodobnie najpiękniejszą kobietą, jaka chodziła po ziemi. Znacie scenę w Duszy towarzystwa, kiedy wychodzi naga z wody, a obraz z kamery zanika w chwili, gdy niemal dociera do jej sutków? Wspaniałe.

PennyDriverKLM pisze: Wszyscy chwalą Evelyn Hugo za WYGLĄD, bo zrobiła sobie włosy na blond i ciemne brwi. Evelyn, pozdrawiam cię.

YuppiePigs3 pisze: Za chuda! Nie w moim typie.

EvelynHugoByłaŚwięta pisze: Ta kobieta przekazała MILIONY DOLARÓW na cele charytatywne dla organizacji wspierających maltretowane kobiety oraz środowiska LGBTQ+, a teraz sprzedaje suknie, by wspomóc badania nad rakiem, a wy mówicie tylko o jej brwiach? Serio?

JuliaSantos@TheSpill w odpowiedzi na komentarz EvelynHugoByłaŚwięta: Słuszna uwaga, PRZEPRASZAM. Na swoją obronę mam to, że zaczęła zarabiać miliony, będąc rozkapryszoną dziunią w latach sześćdziesiątych. Nie miałaby żadnych szans, gdyby nie talent i uroda, a nigdy nie byłaby tak piękna bez TYCH BRWI. Ale spoko, masz dużo racji.

EvelynHugoByłaŚwięta w odpowiedzi na komentarz JuliaSantos@TheSpill: przepraszam za swoje czepialstwo. To przez to, że nie zjadłam lunchu. Mea culpa. Dodam jeszcze, że „Vivant” nie ma szans na tak dobry artykuł, jaki wyszedłby spod twojego pióra. Evelyn powinna wybrać ciebie.

JuliaSantos@TheSpill w odpowiedzi na komentarz EvelynHugoByłaŚwięta: Co nie????? Kim jest ta Monique Grant? Muszę się nią zająć…

PRZEZ KILKA DNI CZYTAŁAM WSZYSTKO, co mogłam znaleźć na temat Evelyn Hugo. Nigdy nie byłam filmomaniaczką, tym bardziej nie interesowały mnie hollywoodzkie gwiazdy. Jednak życie Evelyn, przynajmniej powszechnie znana jego wersja, wystarczyłoby na scenariusz do dziesięciu oper mydlanych.

Bardzo młodo wyszła za mąż, po czym rozwiodła się, gdy miała osiemnaście lat. Następnie był związek z innym aktorem oraz burzliwe małżeństwo z królem Hollywood, Donem Adlerem. Mówi się, że go zostawiła, ponieważ ją bił. Powróciła na ekrany w nowofalowych filmach francuskich. Szybki ślub z piosenkarzem Mickiem Rivą w Las Vegas. Wspaniałe małżeństwo z wytwornym Rexem Northem, które dobiegło końca, gdy oboje znaleźli sobie kochanków. Piękna historia o miłości jej życia, Harrym Cameronie, oraz narodzinach ich córki, Connor. Ich druzgoczący rozwód oraz bardzo szybki ślub z reżyserem jej starych filmów Maxem Girardem. Przypuszczalnie również romans z kongresmenem Jackiem Eastonem, który zakończył związek z Girardem. W końcu ślub z finansistą Robertem Jamisonem, o którym mówi się, że miał na celu dokopać jej byłej rywalce i siostrze Roberta, aktorce Celii St. James. Wszyscy jej mężowie już nie żyją, więc jedynie Evelyn ma całkowitą wiedzę na temat tych związków.

Jestem świadoma, że jeśli zechciałabym sprowadzić rozmowę na ten temat, byłby to koniec mojego wywiadu.

Zasiedziałam się do późna w biurze, w końcu około dwudziestej pierwszej wyruszam do domu. Mam małe mieszkanie. Najlepszym określeniem jest maciupka puszka sardynek. Ale to zadziwiające, jakie wydaje się duże, kiedy brakuje w nim połowy rzeczy.

David wyprowadził się pięć tygodni temu, a ja wciąż jeszcze nie odkupiłam naczyń, które zabrał ze sobą, oraz stolika podarowanego nam przez jego matkę z zeszłym roku w prezencie ślubnym. Jezu. Nie dotrwaliśmy nawet do pierwszej rocznicy.

Wchodzę do mieszkania, odkładam torbę na sofę i dociera do mnie, jakie to było małostkowe z jego strony, że zabrał ten stolik. Jego nowa kawalerka w San Francisco była w pełni wyposażona dzięki hojnemu gestowi jego pracodawcy, który zaoferował mu awans połączony z przeprowadzką. Podejrzewam, że David schował stolik do magazynu razem ze stolikiem nocnym, który według niego mu się należał, oraz ze wszystkimi naszymi książkami kucharskimi. Nie brakuje mi ich. Nie gotuję. Ale kiedy na książkach jest dedykacja „Dla Monique i Davida z życzeniami wielu lat szczęścia”, ma się wrażenie, że połowa należy do ciebie.

Odwieszam płaszcz i zastanawiam się, nie po raz pierwszy, które pytanie jest bliższe prawdy: Czy David przyjął nową pracę i przeprowadził się do San Francisco beze mnie? Czy to ja nie chciałam wyjechać z Nowego Jorku z nim? Zdejmując buty, kolejny raz dochodzę do wniosku, że odpowiedź leży gdzieś pośrodku. Ale potem wraca do mnie ta myśl, która wciąż powoduje dyskomfort: to on wyjechał.

Zamawiam pad thai na kolację i wchodzę pod prysznic. Odkręcam ciepłą wodę, niemal gorącą. Uwielbiam, gdy woda jest tak gorąca, że aż parzy. Uwielbiam zapach szamponu. Moim ulubionym miejscem jest chyba natrysk. To tutaj, stojąc w parze wodnej, pokryta pianą, nie czuję się Monique Grant, kobietą porzuconą przez męża. Ani nawet Monique Grant, pisarką w impasie. Jestem po prostu Monique Grant, właścicielką luksusowych produktów kąpielowych.

Odświeżyłam się, wysuszyłam, założyłam dresy i odgarnęłam włosy do tyłu, gdy przyszedł dostawca z jedzeniem.

Siedzę z plastikowym pojemnikiem i próbuję oglądać telewizję. Staram się skupić. Chcę zmusić swój mózg do zrobienia czegoś, czegokolwiek innego, niż myślenie o pracy lub Davidzie. Ale gdy już kończę jeść, dociera do mnie, że wszystko na darmo. Równie dobrze mogłabym pracować.

Sam pomysł na przeprowadzenie wywiadu z Evelyn Hugo, kontrolowanie jej opowieści oraz baczenie na to, czy nie próbuje przejąć nade mną kontroli — wszystko to sprawia, że czuję się przytłoczona. Często przejawiam tendencję do nadmiernego przygotowywania się. A dokładniej: zawsze zachowuję się podobnie do strusia, mam ochotę zakopać głowę w piasku, żeby uniknąć tego, z czym nie mam ochoty się mierzyć.

W związku z tym przez kolejne trzy dni nie robię nic, oprócz szukania informacji na temat Evelyn Hugo. Całymi dniami ściągam stare artykuły o jej małżeństwach i skandalach. Wieczorami oglądam jej dawne filmy.

Oglądam ją w Zachodzie słońca nad Karoliną, Annie Kareninie, Jadeicie oraz Wszystko dla nas. Tyle razy przeglądam GIF-y, w których wychodzi z wody w filmie Dusza towarzystwa, że gdy zasypiam, filmik bez przerwy odtwarza mi się przed oczami.

Oglądam jej filmy i zaczynam się w niej troszeczkę zakochiwać. Pomiędzy dwudziestą trzecią a drugą w nocy, gdy reszta świata śpi, mój laptop migocze, pokazując jej osobę, a jej głos rozbrzmiewa w moim salonie.

Niewątpliwie jest oszałamiająco piękną kobietą. Ludzie często sprowadzają ją do gęstych brwi i blond włosów, ale ja nie mogę oderwać oczu od jej sylwetki. Ma silnie zarysowaną szczękę, wysokie kości policzkowe oraz usta, które wyglądają tak, jakby zawsze były lekko opuchnięte. Ma wielkie oczy w kształcie migdała. Opalona skóra przy jasnych włosach sprawia wrażenie, jakby Evelyn dopiero zeszła z plaży, a jednocześnie prezentuje się elegancko. Wiem, że ten wygląd — tak jasne włosy przy brązowej skórze — nie jest naturalny, a jednak nie mogę pozbyć się poczucia, że tak właśnie powinno być, że ludzie powinni się tacy rodzić.

Nie mam wątpliwości, że z tego powodu historyk filmu Charles Redding powiedział kiedyś o twarzy Evelyn: „niesamowita. Tak delikatna, tak bliska doskonałości, że kiedy się na nią patrzy, odnosi się wrażenie, że jej rysy w połączeniu z proporcjami prędzej czy później musiały się pojawić na świecie”.

Zawieszam plakaty Evelyn z lat pięćdziesiątych, na których nosi obcisłe sweterki i sztywne staniki, zdjęcia prasowe przedstawiające ją z Donem Adlerem na terenie Sunset Studios, które zostały zrobione krótko po ich ślubie, fotki z wczesnych lat sześćdziesiątych, na których ma albo długie, proste włosy, albo miękkie fale i często pozuje w krótkich szortach.

Jest jedno zdjęcie, na którym ma jednoczęściowy kostium i siedzi na brzegu jakiejś nieskazitelnej plaży, w wielkim, miękkim, czarnym kapeluszu, który zakrywa prawie całą jej twarz, a białe włosy zaczesane na prawą stronę oświetla blask promieni słonecznych.

Jedno z moich ulubionych jest czarno-białym ujęciem z uroczystości wręczenia Złotych Globów w 1967 roku. Siedzi, jej włosy są luźno podpięte do góry. Ma na sobie jasną koronkową suknię z głębokim, lecz bezpiecznym dekoltem sięgającym do rowka między piersiami; przez wysokie rozcięcie w spódnicy widać jej prawą nogę.

Obok niej znajduje się dwóch mężczyzn, ich nazwiska zatarły się gdzieś w międzyczasie, którzy patrzą na nią, podczas gdy ona nie odrywa wzroku od sceny. Mężczyzna siedzący obok gapi się na jej piersi. Ten widoczny nieco dalej — na jej udo. Obaj są oczarowani i pełni nadziei, że uda im się zobaczyć odrobinę więcej.

Może trochę naginam rzeczywistość, gdy patrzę na to zdjęcie, ale zaczynam dostrzegać pewien wzór: Evelyn daje ci nadzieję, że dostaniesz odrobinę więcej.

I zawsze ci tego odmawia.

Nawet w szeroko omawianej scenie seksu z Trzeciej nad ranem z 1977 roku, w której wije się, siedząc tyłem na swoim partnerze, Donie Adlerze, widać jej całe piersi nie dłużej niż przez trzy sekundy. Przez wiele lat krążyły plotki, że niesamowite przychody z tego filmu brały się z tego, że pary przychodziły do kina po kilka razy, by obejrzeć tę scenę.

Skąd wie, ile ma dawać, a ile ukrywać?

I czy to wszystko ma jakiś wpływ na to, co teraz chce powiedzieć? A może zamierza bawić się mną, tak jak przez lata igrała z publicznością?

Czy Evelyn Hugo powie mi tyle, żebym nie mogła wysiedzieć w miejscu, lecz nigdy dość, by wyjawić całą prawdę?

BUDZĘ SIĘ PÓŁ GODZINY PRZED BUDZIKIEM. Sprawdzam pocztę, Frankie wysłała mi wiadomość, która sprowadza się do jednej linijki wpisanej w temacie: INFORMUJ MNIE NA BIEŻĄCO, wykrzyczanej do mnie wielkimi literami. Robię sobie małe śniadanie.

Zakładam czarne spodnie, białą koszulkę i ulubiony sweter w jodełkę. Swoje długie, kręcone włosy zbieram w kok na czubku głowy. Rezygnuję ze szkieł kontaktowych i wybieram okulary w najgrubszych czarnych oprawkach.

Gdy spoglądam w lustro, zauważam, że trochę schudłam na twarzy, odkąd odszedł David. Chociaż zawsze byłam szczupła, mój tyłek i twarz jako pierwsze uwydatniają dodatkowe kilogramy. Będąc z Davidem — w ciągu dwóch lat, gdy ze sobą chodziliśmy i jedenastu miesięcy małżeństwa — trochę przytyłam. David lubi jeść. Ale podczas gdy on wstawał rano, żeby pobiegać, ja wylegiwałam się w łóżku.

Teraz patrząc na swoje odbicie, zauważam, że jestem szczuplejsza i ogarnięta, czuję przypływ pewności siebie. Dobrze wyglądam. Dobrze się czuję.

Przed wyjściem zakładam jeszcze wielbłądzi kaszmirowy szal, który dostałam od mamy na święta w zeszłym roku. A potem stawiam jedną stopę przed drugą i kieruję się do metra, na Manhattan.

Evelyn mieszka w okolicach Piątej Alei z widokiem na Central Park. Wystarczająco dokładnie przejrzałam Internet, żeby wiedzieć, że jest w posiadaniu tego apartamentu oraz nadmorskiej willi w pobliżu Malagi w Hiszpanii. To mieszkanie ma od końca lat sześćdziesiątych, kiedy kupiła je razem z Harrym Cameronem. Willę odziedziczyła pięć lat temu po śmierci Roberta Jamisona. Proszę, przypomnijcie mi, żebym w przyszłym życiu powróciła jako gwiazda filmowa.

Budynek, w którym mieszka Evelyn, przynajmniej z zewnątrz — zbudowany z wapienia, przedwojenny, w stylu beaux arts — wygląda niezwykle. Wita mnie starszy, przystojny portier, gdy staję na progu kamienicy. Spogląda na mnie łagodnie i z uśmiechem.

— Jak mogę pani pomóc? — pyta.

— Przyszłam do pani Evelyn Hugo. Nazywam się Monique Grant. — Jestem zmieszana, gdy to mówię.

Uśmiecha się i otwiera przede mną drzwi. Musiał się mnie spodziewać. Prowadzi mnie do windy i naciska guzik najwyższego piętra.

— Miłego dnia, pani Grant — mówi i znika, gdy zamykają się drzwi windy.

Równo o jedenastej dzwonię do drzwi apartamentu Evelyn. Otwiera mi jakaś kobieta w dżinsach i granatowej bluzce. Wygląda na pięćdziesiąt lat, może trochę więcej. Z pochodzenia jest Azjatką, ma proste kruczoczarne włosy związane w kucyk. W ręce trzyma stos kopert.

— Dzień dobry, Monique. — Uśmiecha się i wyciąga do mnie rękę. Witam się z nią. Wygląda na taką osobę, która naprawdę lubi poznawać ludzi, od razu czuję do niej sympatię, mimo że obiecałam sobie, że pozostanę niewzruszona niezależnie od tego, co mnie dzisiaj spotka. — Mam na imię Grace.

— Witaj, Grace — mówię. — Miło cię poznać.

— Mnie również. Wejdź.

Grace odsuwa się i zaprasza mnie do środka. Odkładam torbę na podłogę i zdejmuję płaszcz.

— Możesz go zawiesić tutaj — mówi Grace, otwierając szafę w korytarzu i podając mi drewniany wieszak.

Szafa jest wielkości mojej jedynej łazienki. Nie da się ukryć, że Evelyn ma forsy jak lodu. Ale muszę się postarać, żeby ten fakt mnie nie onieśmielał. Jest piękna, bogata, wpływowa, seksowna i czarująca. A ja jestem zwykłym człowiekiem.

Muszę się jakoś przekonać do tego, że ona i ja jesteśmy sobie równe, bo w przeciwnym razie nie mam co tu robić.

— Świetnie — odpowiadam z uśmiechem. — Dziękuję. — Zawieszam płaszcz na wieszaku i wkładam do szafy, po czym Grace ją zamyka.

— Evelyn jest na górze, jeszcze się szykuje. Coś ci podać? Wodę, kawę, herbatę?

— Poproszę kawę.

Grace prowadzi mnie do jakiegoś pokoju. Jest jasny i przestronny, stoją w nim wysokie do sufitu białe regały na książki oraz dwa kremowe, miękkie krzesła.

— Usiądź — zaprasza. — Z czym chcesz?

— Kawę? — pytam, nie wiedząc, o co jej chodzi. — Ze śmietanką? To znaczy, mleko też może być. Ale wolę śmietankę. Cokolwiek masz. — Biorę się w garść. — Chodzi mi o to, że chciałabym odrobinę śmietanki, jeśli masz. Widać po mnie, że się denerwuję?

Grace posyła mi uśmiech.

— Trochę. Ale nie musisz się niczym martwić. Evelyn to bardzo miła osoba. Jest zasadnicza i skryta, ale można do tego przywyknąć. Pracowałam dla wielu ludzi i możesz mi zaufać, gdy mówię, że Evelyn jest lepsza od pozostałych.

— Zapłaciła ci, żebyś tak mówiła? — pytam. Próbuję żartować, ale brzmi to ostrzej i bardziej oskarżycielsko, niż zamierzałam.

Na szczęście Grace wybucha śmiechem.

— Rzeczywiście w zeszłym roku w prezencie świątecznym wykupiła dla mnie i dla mojego męża wycieczkę do Londynu i Paryża. Więc jeśli o to chodzi, to odpowiedź jest twierdząca.

Jezu.

— Aha, wszystko jasne. Kiedy będziesz się zwalniała, daj znać.

Grace nadal się śmieje.

— Umowa stoi. Za chwilę przyniosę ci kawę z odrobiną śmietanki.

Siadam i sprawdzam telefon. Mam wiadomość od mamy, życzy mi powodzenia. Dotykam ekranu i bezskutecznie walczę z autokorektą, która nieustannie zmienia mi wcześnie na wytrzaśnie, kiedy słyszę kroki na schodach. Odwracam się i widzę siedemdziesięciodziewięcioletnią Evelyn idącą w moją stronę.

Wygląda równie olśniewająco jak na zdjęciach.

Ma posturę baleriny. Jest ubrana w cienkie, czarne i obcisłe spodnie oraz długi szaro-granatowy sweter w paski. Jest tak szczupła, jak przez całe życie, i z tego co widzę, musiała mieć jakieś zabiegi na twarz, ponieważ nikt w jej wieku tak nie wygląda bez pomocy chirurga plastycznego.

Jej skóra promienieje; ma lekki rumieniec, jakby właśnie wyszorowała ją do czysta. Evelyn ma sztuczne rzęsy, a może tylko dała je sobie przedłużyć. Policzki, dawniej raczej wydatne, teraz są nieco zapadnięte. Ale i lekko zaróżowione, podczas gdy na ustach widnieje ciemny odcień szminki w kolorze nude.

Włosy sięgają jej poniżej ramion — piękne odcienie bieli, szarości i blondu, dające tło dla jej twarzy. Jestem pewna, że są farbowane, ale efekt jest jak najbardziej naturalny: elegancko starzejącej się kobiety, która spędza sporo czasu na słońcu.

Jednakże jej brwi, te ciemne, grube, proste linie, które były jej znakiem rozpoznawczym, z czasem stały się rzadsze. I teraz mają taki sam kolor jak włosy.

Zauważam, że nie założyła butów, tylko duże, grube dziergane skarpety.

— Witaj, Monique — mówi Evelyn.

Zaskakują mnie swoboda i pewność w jej głosie, gdy wymawia moje imię, jakby znała mnie od lat.

— Dzień dobry — odpowiadam.

— Jestem Evelyn.

Podajemy sobie ręce. Dociera do mnie, jak niezwykłą formą manifestowania władzy jest chwila, gdy podaje się swoje imię, które znają wszyscy w pomieszczeniu, a nawet na całym świecie.

Przychodzi Grace z białym kubkiem z kawą i białą podstawką.

— Proszę. Z odrobiną śmietanki.

— Dziękuję bardzo — mówię, biorąc je od niej.

— Ja też taką lubię — zauważa Evelyn, a ja czuję się zażenowana swoją ekscytacją. Poczułam się tak, jakbym celowo sprawiła jej przyjemność.

— Czy mam wam jeszcze coś podać? — pyta Grace.

Kręcę głową, a Evelyn w ogóle nic nie mówi. Grace wychodzi.

— Chodź — mówi Evelyn. — Pójdziemy do salonu, tam jest wygodniej.

Biorę swoją torbę, Evelyn zabiera kubek z mojej dłoni, żeby mi pomóc. Kiedyś przeczytałam, że charyzma to „urok, który inspiruje do poświęceń”. Nie jestem w stanie przestać o tym myśleć, kiedy ona niesie moją kawę. Tak wpływowa kobieta i tak mały, skromny gest to naprawdę czarujące połączenie.

Wchodzimy do dużego, jasnego pokoju z oknami zajmującymi całą ścianę. Naprzeciw błękitnej sofy stoją szare krzesła. Pod stopami mam gruby dywan w kolorze kości słoniowej, na jego końcu, w blasku światła wpadającego przez okno, stoi czarny fortepian z otwartą klapą.

Na ścianach wiszą dwa duże czarno-białe zdjęcia.

To nad sofą przedstawia Harry’ego Camerona na planie filmowym.

Nad kominkiem wisi plakat do filmu Małe kobietki z 1959 roku. Znajdują się na nim wizerunki Evelyn, Celii St. James i dwóch innych aktorek. Wszystkie cztery kobiety być może były sławne w latach pięćdziesiątych, ale tylko Evelyn i Celia oparły się upływowi czasu. Patrząc teraz na plakat, dostrzegam, że Evelyn i Celia lśnią jaśniej niż pozostałe kobiety. Ale jestem przekonana, że wynika to z moich uprzedzeń. Widzę to, co chcę zobaczyć, mając do dyspozycji wiedzę o tym, jak się wszystko potoczyło.

Evelyn stawia mój kubek i spodek na czarnym lakierowanym stoliku.

— Usiądź — zaprasza i sama zajmuje miejsce na jednym z pluszowych foteli. Podciąga nogi. — Gdzie ci wygodnie.

Potakuję i odkładam torbę. Siadam na kanapie i wyjmuję notes.

— Postanowiła pani wystawić suknie na aukcję — zaczynam. Przygotowuję długopis i jestem gotowa do rozpoczęcia wywiadu.

— Właściwie zaprosiłam tu panią z myślą o czymś innym — mówi Evelyn.

Patrzę jej prosto w oczy, chyba się przesłyszałam.

— Słucham?

Evelyn siada wygodniej i patrzy na mnie.

— Nie mam zbyt wiele do powiedzenia o tym, że przekazałam kilka kiecek na aukcję w Christie’s.

— A zatem…

— Chciałam z tobą porozmawiać o czymś innym.

— To znaczy o czym?

— O moim życiu.

— O pani życiu? — powtarzam, jestem zaskoczona i próbuję za nią nadążyć.

— Chcę wszystko opowiedzieć.

Historia życia Evelyn Hugo byłaby… sama nie wiem. Czymś w stylu artykułu roku.

— Chce pani opowiedzieć o sobie dla „Vivant”?

— Nie — odpowiada.

— Nie chce pani opowiadać o swoim życiu?

— Nie chcę opowiadać dla „Vivant”.

— To po co mnie tu pani zaprosiła? — Jestem jeszcze bardziej zdezorientowana niż chwilę wcześniej.

— Bo tylko tobie opowiem tę historię.

Patrzę na nią, próbuję rozszyfrować to, co do mnie mówi.

— Zamierza pani opowiedzieć o swoim życiu, chce pani, żebym to ja ją wysłuchała, ale nie chce pani udziału „Vivant”?

Evelyn potakuje.

— Wreszcie to zrozumiałaś.

— Co dokładnie pani proponuje? — Nie wierzę, że właśnie znalazłam się w sytuacji, kiedy jedna z najbardziej intrygujących osób na świecie proponuje, że opowie mi swoją historię tak bez żadnego powodu. Chyba czegoś nie rozumiem.

— Opowiem ci o moim życiu w sposób, który przyniesie korzyści dla nas obu. Chociaż, szczerze mówiąc, głównie tobie.

— O jakim stopniu poufałości mówimy? — Może ma na myśli jakiś artykuł wspomnieniowy? Lekką historyjkę, którą opublikuje tam, gdzie jej się spodoba?

— O całej prawdzie. O tym, co dobre, co złe, co niecne. Jakkolwiek by tego nie ująć, zamierzam opowiedzieć prawdę o wszystkim, co robiłam w życiu.

A niech mnie.

Czuję się głupio, bo przyszłam tutaj, spodziewając się, że odpowie mi na pytania dotyczące sukni. Kładę notes na stole przed sobą i ostrożnie odkładam długopis. Chcę to rozegrać po mistrzowsku. Mam wrażenie, że przyleciał do mnie wspaniały, delikatny ptaszek i usiadł na moim ramieniu, i jeśli wykonam jakiś fałszywy ruch, zaraz odleci.

— Dobrze, jeśli właściwie zrozumiałam, mówi pani, że chciałaby wyznać swoje grzechy…

Do tej pory Evelyn była zrelaksowana, raczej wycofana, teraz to się zmienia. Pochyla się w moją stronę.

— Nic nie powiedziałam o wyznawaniu grzechów. W ogóle nic nie mówiłam o grzechach.

Lekko się uchylam. Dałam ciała.

— Przepraszam — mówię. — Zły dobór słów.

Evelyn nic nie mówi.

— Przepraszam, pani Hugo. To dla mnie nieco surrealistyczna sytuacja.

— Możesz nazywać mnie Evelyn — odpowiada.

— Dobrze, Evelyn, jaki jest kolejny krok? Co mamy robić razem? Dokładnie? — Podnoszę kubek i przystawiam go do ust, upijam zaledwie odrobinę kawy.

— Nie będzie z tego materiału na okładkę „Vivant” — mówi.

— Tak, to już wiem — odpowiadam, odstawiając kubek.

— Napiszemy książkę.

— My?

— Tak, ty i ja — potwierdza Evelyn. — Czytałam twoje artykuły. Podoba mi się, że wyrażasz się jasno i zwięźle. W twoich tekstach nie ma bzdurnych fragmentów, podobają mi się i sądzę, że tak powinna wyglądać moja książka.

— Mam zostać ghostwriterem twojej autobiografii? — Fantastycznie. Absolutnie fantastycznie. To jest doskonały powód do pozostania w Nowym Jorku. Wspaniały powód. Takie rzeczy nie zdarzają się w San Francisco.

Evelyn ponownie kręci głową.

— Daję ci moją historię, Monique. Opowiem ci całą prawdę. A ty napiszesz o tym książkę.

— A następnie umieścimy na niej twoje nazwisko i powiemy wszystkim, że to ty ją napisałaś. To jest właśnie ghostwriting. — Znowu podnoszę kubek.

— Mojego imienia na niej nie będzie. Nie będę już żyła.

Krztuszę się kawą i plamię jasny dywan kropelkami w kolorze brązu.

— O Boże — mówię, chyba zbyt głośno, odstawiając kubek. — Wylałam kawę na dywan.

Evelyn macha ręką, ale po chwili puka Grace, uchyla drzwi i zagląda do środka.

— Wszystko w porządku?

— Rozlałam kawę, przepraszam — mówię.

Grace otwiera drzwi na całą szerokość, wchodzi, żeby zobaczyć, co się stało.

— Przepraszam. Po prostu jestem trochę wstrząśnięta.

Spotykam się wzrokiem z Evelyn, nie znam jej zbyt dobrze, ale widzę, że każe mi się zamknąć.

— Żaden problem — odpowiada Grace. — Zajmę się tym.

— Jesteś głodna, Monique? — pyta Evelyn, wstając.

— Słucham?

— W pobliżu jest fajna restauracja, w której można kupić pyszne sałatki. Ja stawiam.

Dopiero dochodzi południe, a kiedy się denerwuję, w pierwszej kolejności tracę apetyt, ale i tak się zgadzam, ponieważ mam wrażenie, że to tak naprawdę nie było pytanie.

— Doskonale — mówi Evelyn. — Grace, zadzwonisz do Trambino?

Evelyn chwyta mnie pod ramię i niecałe dziesięć minut później idziemy wypielęgnowanymi chodnikami Upper East Side.

Zaskakuje mnie ostre, zimne powietrze i zauważam, że Evelyn mocniej owija się płaszczem wokół swojej szczupłej talii.

W świetle dziennym łatwiej dostrzec oznaki starzenia. Białka jej oczu są nieco zmatowiałe, skóra na dłoniach stała się niemal przezroczysta. Wyraźne niebieskie żyły przypominają mi te na rękach mojej babci. Uwielbiałam miękką, jakby papierową gładkość jej skóry, to, że straciła elastyczność i uszczypnięta nie wracała na miejsce.

— Evelyn, co miałaś na myśli, mówiąc, że nie będziesz żyła?

Evelyn się śmieje.

— To, że chcę, byś opublikowała książkę jako autoryzowaną biografię ze swoim imieniem na okładce, dopiero gdy umrę.

— Aha — mówię, jakby to było coś zupełnie normalnego. A potem uświadamiam sobie, że nie jest, nie, to szalone. — Nie chcę być wścibska, ale czy to oznacza, że umierasz?

— Wszyscy umieramy, skarbie. Ty też umierasz. Ja umieram, ten facet umiera.

Wskazuje na mężczyznę w średnim wieku, który wyprowadza czarnego, kudłatego psa. Facet ją słyszy, widzi jej palec wycelowany w siebie i dociera do niego, kto to mówi. Ma taką minę, jakby właśnie wygrał na loterii.

Skręcamy do restauracji, schodzimy dwa stopnie w dół.

Evelyn siada przy stoliku w głębi. Nie czeka, aż ją tam zaprowadzą. Po prostu wie, dokąd iść, i zakłada, że wszyscy się tego domyślą. Podchodzi do nas kelner w czarnych spodniach, białej koszuli i czarnym krawacie i stawia dwie szklanki z wodą. W szklance Evelyn nie ma lodu.

— Dziękuję, Troy — mówi Evelyn.

— Sałatka siekana? — pyta.

— Dla mnie oczywiście tak, ale nie wiem, co dla mojej przyjaciółki — odpowiada Evelyn.

Biorę ze stołu serwetkę i kładę ją na kolanach.

— Sałatka siekana brzmi zachęcająco, ja też poproszę.

Troy uśmiecha się i odchodzi.

— Posmakuje ci — mówi Evelyn, jakbyśmy były przyjaciółkami i prowadziły normalną pogawędkę.

— No dobrze — próbuję skierować rozmowę na właściwe tory. — Powiedz mi coś więcej o książce, którą będziemy pisać.

— Powiedziałam ci wszystko, co musisz wiedzieć.

— Powiedziałaś mi, że ja ją napiszę, a ty umrzesz.

— Powinnaś zwracać większą uwagę na dobór słów.

Być może znalazłam się nie w swojej lidze — w tej chwili raczej nie jestem w miejscu, w którym chciałabym być — ale wiem coś na temat właściwego wysławiania się.

— Wobec tego musiałam cię źle zrozumieć. Zapewniam, że jestem bardzo rozważna, jeśli chodzi o dobór słów.

Evelyn wzrusza ramionami. Ta rozmowa niewiele dla niej znaczy.

— Jesteś młoda, a całe twoje pokolenie pochopnie obchodzi się ze słowami, które niosą ze sobą wielkie znaczenie.

— Rozumiem.

— I nie powiedziałam, że zamierzam wyznawać swoje grzechy. Powiedzenie, że to, o czym chcę opowiedzieć, jest grzeszne, może być mylące i krzywdzące. Nie żałuję tego, co robiłam, przynajmniej nie w takim sensie, jakiego się spodziewasz, pomimo że w świetle dnia moje czyny mogą wydawać się okrutne i odrażające.

— Je ne regrette rien[1] — mówię, podnosząc szklankę i sącząc wodę.

— Właśnie o to chodzi — potwierdza Evelyn. — Chociaż ta piosenka jest bardziej o tym, że nie żałujesz, ponieważ nie żyjesz przeszłością. Ja natomiast mam na myśli to, że dzisiaj podjęłabym takie same decyzje. Krótko mówiąc, są rzeczy, których żałuję. Tylko że… nie chodzi o nic odrażającego. Nie żałuję wielu kłamstw ani tego, że kogoś zraniłam. Jestem pogodzona z faktem, że czasami, gdy robi się coś dobrego, skutki uboczne mogą być niezbyt przyjemne. Ponadto odczuwam współczucie dla samej siebie. Ufam sobie. Weźmy na przykład to, że wcześniej na ciebie naskoczyłam, u mnie w mieszkaniu, kiedy powiedziałaś, że będę wyznawać grzechy. To nie było miłe i nie jestem przekonana, że na to zasłużyłaś. Ale nie żałuję tego. Ponieważ wiem, że miałam swoje powody i zrobiłam, co mogłam, kiedy moje uczucia i myśli zostały wystawione na taką próbę.

— Wzdrygasz się na dźwięk słowa „grzech”, ponieważ sugeruje, że powinnaś odczuwać skruchę.

Pojawiają się nasze sałatki. Troy bez słowa dodaje pieprzu do talerza Evelyn, dopóki ona z uśmiechem nie podnosi ręki. Ja odmawiam.

— Można odczuwać skruchę, ale tego nie żałować — mówi Evelyn.

— Dokładnie tak — przyznaję. — Rozumiem. Mam nadzieję, że będziesz w stanie zdzierżyć moje zwątpienie w trakcie pracy, biorąc pod uwagę, że zależy nam na tym samym. Nawet jeśli jest wiele sposobów interpretacji tego, o czym mówimy.

Evelyn podnosi widelec, ale nic z nim nie robi.

— Uważam, że niezwykle ważne jest, żeby dziennikarka, która będzie miała w swoich rękach całą moją spuściznę, wiedziała dokładnie, co mam na myśli i ujmowała to we właściwy sposób — wyjaśnia. — Jeśli mam ci opowiedzieć o swoim życiu, jeśli mam ci powiedzieć, co naprawdę zaszło, całą prawdę stojącą za moimi małżeństwami, filmami, które nakręciłam, ludźmi, których kochałam, z którymi sypiałam, których krzywdziłam, i kompromisami, na jakie poszłam, i dokąd mnie one zawiodły, muszę wiedzieć, że mnie rozumiesz. Muszę wiedzieć, że usłyszysz dokładnie to, co próbuję powiedzieć, i nie zamieścisz w mojej historii żadnych własnych interpretacji.

Myliłam się. To nie jest gra o małą stawkę dla Evelyn. Ona po prostu potrafi swobodnie mówić o sprawach wielkiej wagi. Teraz jednak, w tej właśnie chwili, kiedy wypowiada się tak obszernie, żeby wszystko dokładnie wyjaśnić, uświadamiam sobie, że to dzieje się naprawdę. Jest prawdziwe. Ona rzeczywiście chce opowiedzieć mi historię swojego życia — historię, która bez wątpienia zawiera bolesne prawdy o jej karierze, małżeństwach i wizerunku. Stawia się w wyjątkowo niewygodnej pozycji. Oddaje mi bardzo dużo władzy. Nie wiem, dlaczego mi ją daje. Ale to nie przeczy faktowi, że oddaje ją mnie. A moim zadaniem na tę chwilę jest udowodnienie, że jestem tego warta i podejdę do zdania z pełną powagą.

Odkładam widelec.

— To wszystko jest dla mnie jasne i przepraszam, że podeszłam do tego tak powierzchownie.

Evelyn macha ręką.

— Cała kultura jest teraz powierzchowna. To coś nowego.

— Czy mogłabym zadać jeszcze kilka pytań? Jak tylko zrozumiem, na czym stoję, obiecuję skupić się tylko na tym, co mówisz i co masz na myśli, żebyś czuła się zrozumiana i przekonana, że nikt lepiej ode mnie nie zajmie się twoimi sekretami.

Moja szczerość bardzo szybko ją rozbraja.

— Możesz zaczynać — mówi i wkłada do ust porcję sałatki.

— Jeśli mam wydać książkę po twojej śmierci, jakiego rodzaju przychodu finansowego się spodziewasz?

— Dla mnie czy dla ciebie?

— Zacznijmy od ciebie.

— Niczego się nie spodziewam. Pamiętaj, będę martwa.

— Wspominałaś o tym.

— Następne pytanie.

Pochylam się konspiracyjnie.

— Nie chciałabym zostać źle zrozumiana, ale ile to może potrwać? Czy mam wstrzymywać się z wydaniem książki przez lata, zanim…

— Umrę?

— No cóż… tak — mówię.

— Następne pytanie.

— Słucham?

— Proszę o następne pytanie.

— Nie odpowiedziałaś na poprzednie.

Evelyn milczy.

— No dobrze, wobec tego: co ja z tego będę miała w sensie materialnym?

— To o wiele ciekawsze pytanie i zastanawiałam się, dlaczego tak długo wstrzymywałaś się z jego zadaniem.

— No więc pytam.

— Ty i ja będziemy spotykać się przez kolejne dni, tak długo, jak będzie trzeba, a ja opowiem ci absolutnie wszystko. A potem nasza relacja dobiegnie końca, ty będziesz wolna, a może raczej zobowiązana do napisania książki i sprzedania jej temu, kto najwięcej za nią zapłaci. Mam na myśli naprawdę wysokie stawki. Nalegam, żebyś bezwzględnie je wynegocjowała, Monique. Każ im zapłacić tyle, ile zapłaciliby białemu mężczyźnie. A gdy się z tym uporasz, każdy cent będzie twój.

— Mój? — pytam, zdumiona.

— Powinnaś napić się wody. Wyglądasz tak, jakbyś miała zemdleć.

— Evelyn, autoryzowana biografia o twoim życiu, w której opowiadasz o swoich siedmiu małżeństwach…

— Tak?

— Taka książka jest warta miliony dolarów, nawet jeśli nie będę negocjować.

— Ale będziesz — mówi Evelyn i z zadowoloną miną upija łyk wody.

Muszę zadać to pytanie. Już za długo się przed nim wzbraniam.

— Dlaczego, do licha, chcesz to dla mnie zrobić?

Evelyn potakuje. Spodziewała się tego pytania.

— Na razie uznaj to za prezent.

— Ale dlaczego?

— Następne pytanie.

— Pytam poważnie.

— Ja też jestem poważna, Monique. Następne pytanie.

Przypadkiem upuszczam widelec na śnieżnobiały obrus. Oliwa z sosu wsiąka w tkaninę, sprawiając, że robi się ciemniejsza i bardziej przezroczysta. Siekana sałatka jest pyszna, ale ma za dużo cebuli, czuję, że mój oddech pali powietrze wokół mnie. Co do cholery się tu dzieje?

— Nie chciałabym być niewdzięczna, ale uważam, że zasługuję na wyjaśnienie, dlaczego najsławniejsza aktorka wszech czasów wybrała mnie z całego tłumu, żebym została jej biografką i zarobiła miliony dolarów na jej historii?

— „Huffington Post” pisze, że mogłabym sprzedać swoją biografię za dwanaście milionów dolarów.

— Jezu Chryste.

— Domyślam się, że warto to wiedzieć.

W rozbawieniu Evelyn, tym, jaką przyjemność czerpie z szokowania mnie, widzę, że jest to w jakimś stopniu napawanie się przewagą. Lubi robić rzeczy, które mogą zmienić życie innych. Czyż nie jest to inna definicja władzy? Przyglądanie się, jak ludzie się zabijają za coś, co dla ciebie nie ma żadnego znaczenia?

— Dwanaście milionów to dużo pieniędzy, ale nie zrozum mnie źle… — mówi i nie musi kończyć zdania, ponieważ sama kończę je w swojej głowie. Ale dla mnie to niewiele.

— Mimo to, Evelyn, dlaczego? Dlaczego ja?

Evelyn podnosi na mnie wzrok, jej twarz nie wyraża żadnych emocji.

— Następne pytanie.

— Z całym szacunkiem, ale nie grasz ze mną fair.

— Daję ci szansę zarobienia fortuny i wywindowania się na szczyt w swojej profesji. Nie muszę być fair. Z pewnością nie w taki sposób, o jaki ci chodzi.

Z jednej strony ta propozycja nie wymaga żadnego namysłu. Ale jednocześnie Evelyn nie dała mi żadnych konkretów. Mogę stracić aktualną pracę, kradnąc historię dla siebie. A ta praca jest wszystkim, co teraz mam.

— Czy mogę się nad tym chwilę zastanowić?

— Nad czym?

— Nad tym wszystkim.

Evelyn lekko mruży oczy.

— Nad czym, do licha, chcesz się zastanawiać?

— Przepraszam, jeśli poczułaś się urażona — mówię.

Evelyn przerywa mi.

— Nie uraziłaś mnie. — Sama sugestia, że mogłabym ją dotknąć, sprawia, że czuje się dotknięta.

— Muszę sporo przemyśleć — mówię.

Mogą mnie zwolnić. Ona może się wycofać. Mogę ponieść spektakularną porażkę podczas pisania tej książki.

Evelyn pochyla się, żeby mnie wysłuchać.

— Na przykład co?

— Na przykład jak mam to rozegrać z „Vivant”? Sądzą, że dostaną wywiad na wyłączność. W tej chwili już umawiają fotografa.

— Powiedziałam Thomasowi Welchowi, żeby niczego im nie obiecywał. Jeśli sami popuścili wodze fantazji i poczynili fałszywe założenia na temat okładki, to ich problem.

— I mój również. Ponieważ teraz już wiem, że nie masz zamiaru z nimi współpracować.

— I co?

— I co mam zrobić? Wrócić do biura i powiedzieć szefowej, że nie będziesz rozmawiała z „Vivant”, bo umówiłyśmy się, że razem napiszemy książkę? To będzie wyglądało tak, jakbym knuła za ich plecami, na dodatek w czasie pracy, i ukradła dla siebie ich tekst.

— To już nie jest mój problem — mówi Evelyn.

— Właśnie dlatego muszę wszystko przemyśleć. Ponieważ to mój problem.

Evelyn mnie słucha. Widzę, że traktuje mnie poważnie, wspiera się na łokciach.

— Taka okazja zdarza się raz w życiu, Monique. Rozumiesz to?

— Oczywiście.

— Więc zrób coś dla siebie i łap życie za jaja, moja droga. Nie musisz czuć się zobowiązana do robienia tego, co słuszne, skoro to, co rozsądne, jest na wyciągnięcie ręki.

— Nie wydaje ci się, że powinnam postawić sprawę jasno przed moją szefową? Będą myśleli, że zaplanowałam, że ich wykiwam.

Evelyn kręci głową.

— Kiedy mój zespół poprosił o ciebie, wasza redakcja zaproponowała kogoś na wyższym stanowisku. Zgodzili się ciebie przysłać, dopiero kiedy oświadczyłam wprost, że albo ty, albo nikt inny. Jak sądzisz, dlaczego tak zrobili?

— Ponieważ wydaje im się, że ja nie…

— Ponieważ prowadzą interesy. Podobnie jak ty. W tej chwili twój interes zwyżkuje. Musisz podjąć decyzję. Piszemy tę książkę razem, czy nie? Powinnaś wiedzieć, że jeśli ty jej nie napiszesz, nie dam jej nikomu innemu. Moja opowieść umrze ze mną.

— Dlaczego chcesz opowiedzieć o swoim życiu właśnie mnie? Nawet mnie nie znasz. To nie ma sensu.

— Nie czuję się zobowiązana, żeby wyjaśniać ci jakikolwiek sens.

— O co ci chodzi, Evelyn?

— Zadajesz za dużo pytań.

— Bo mam przeprowadzić z tobą wywiad.

— Załóżmy. — Upija wody, przełyka, po czym patrzy mi prosto w oczy. — Kiedy skończymy, nie będziesz miała żadnych pytań — mówi. — Obiecuję ci, że wszystkie te rzeczy, o których tak bardzo chcesz wiedzieć, staną się dla ciebie jasne, gdy skończymy. Ale nie zamierzam odpowiadać na żadne pytania, dopóki nie dojdziemy do pewnych spraw. To ja opowiadam. Tak to ma wyglądać.

Słucham jej i rozmyślam, po czym uświadamiam sobie, że byłabym kretynką, gdybym odrzuciła tę propozycję, niezależnie od warunków, jakie stawia. Kiedy David wyjechał do San Francisco, nie zostałam w Nowym Jorku po to, żeby podziwiać Statuę Wolności. Zrobiłam to, bo chciałam wspiąć się po drabinie najwyżej jak to możliwe. Zostałam, bo chciałam, żeby nazwisko, które dostałam od ojca, zawiodło mnie w takie miejsce, gdzie będzie pisane wielkimi literami. To jest moja szansa.

— Zgoda — mówię.

— Dobrze. Cieszę się, że to słyszę. — Evelyn się rozluźnia, ponownie podnosi szklankę i uśmiecha się do mnie. — Monique, chyba cię lubię — mówi.

Głęboko oddycham, dopiero teraz uświadamiam sobie, że niemal wstrzymywałam oddech.

— Dziękuję, Evelyn. To wiele dla mnie znaczy.

[1]  (fr.) Niczego nie żałuję, tytuł piosenki Michela Vaucaire wykonywanej przez Édith Piaf.

EVELYN I JA WRACAMY DO JEJ APARTAMENTU.

— Widzimy się w moim gabinecie za pół godziny.

— Dobrze — odpowiadam. Evelyn idzie w głąb korytarza i znika mi z oczu. Zdejmuję płaszcz i odwieszam go do szafy.

Powinnam wykorzystać ten czas na skontaktowanie się z Frankie. Jeśli się do niej nie odezwę, to sama zacznie mnie ścigać.

Muszę tylko wymyślić, jak mam to rozegrać. Czy mogę mieć pewność, że nie będzie próbowała odebrać mi tego tematu?

Sądzę, że jedyną opcją jest udawanie, że wszystko idzie zgodnie z planem. Mój jedyny plan to kłamstwo.

Oddycham.

Jedno z moich najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa pochodzi z czasów, gdy rodzice zabrali mnie na Zuma Beach w Malibu. Była wiosna, jak sądzę. Woda jeszcze nie ogrzała się wystarczająco.

Mama została na piasku, gdzie rozkładała nasz koc i parasol, podczas gdy tata wziął mnie na ręce i pobiegł w stronę wody. Pamiętam, że w jego ramionach czułam się tak, jakbym nic nie ważyła. A potem, gdy wsadził mi stopy do wody, rozpłakałam się i powiedziałam, że jest za zimna.

Zgodził się ze mną. Była zimna. Ale po chwili powiedział: „Spróbuj pięć razy głęboko zaczerpnąć powietrza. A jak skończysz, założę się, że już nie będzie ci tak zimno”. Stałam i patrzyłam, jak sam wchodzi do wody. Patrzyłam, jak oddycha. A potem i ja weszłam, i zaczęłam oddychać z nim. Miał rację. Nie było aż tak zimno.

Później tata oddychał ze mną za każdym razem, gdy chciałam się rozpłakać. Kiedy obtarłam łokieć, kiedy kuzynka nazwała mnie Oreo, kiedy mama powiedziała, że nie możemy wziąć szczeniaczka, tata zawsze siadał i ze mną oddychał. Po tylu latach nadal nie jest mi łatwo myśleć o tych chwilach.

Na razie oddycham tu, w poczekalni Evelyn, skupiam się na sobie tak, jak mnie uczył.

A kiedy czuję się uspokojona, biorę telefon i wybieram numer Frankie.

— Monique. — Odbiera po drugim sygnale. — Mów. Jak idzie?

— Dobrze — odpowiadam. Zaskakuje mnie spokój we własnym głosie. — Evelyn w zasadzie jest taka, jak można by się spodziewać po ikonie. Wciąż przepiękna. Jak zawsze charyzmatyczna.

— I?

— I… sprawy podążają swoim tempem.

— Czy zamierza wypowiedzieć się na jakiś inny temat niż suknie?

Co mam powiedzieć, żeby kryć własną dupę?

— No wiesz, jest niechętna wypowiedziom na inne tematy, interesuje ją raczej nagłośnienie aukcji. Na razie próbuję ją zmiękczać, zyskać jej zaufanie, zanim zacznę naciskać.

— Czy zapozuje do zdjęcia na okładkę?

— Tego jeszcze nie wiem. Zaufaj mi, Frankie — mówię i aż wzdrygam się, bo z moich słów emanuje szczerość. — Wiem, jakie to ważne. Ale teraz muszę postarać się, by Evelyn mnie polubiła, żeby móc wywierać jakiś wpływ na nią i osiągnąć to, na czym nam zależy.

— W porządku — uspakaja się Frankie. — Oczywiście chciałabym również czegoś innego niż kilka sucharów na temat sukien, lecz to i tak więcej niż udało się zdobyć jakiemukolwiek magazynowi od dziesiątek lat, więc… — Frankie jeszcze coś mówi, ale przestałam jej słuchać. Za bardzo skupiam się na tym, że raczej nie dostanie nawet tych sucharów.

A ja dostanę o wiele, wiele więcej.

— Muszę kończyć — mówię. — Za kilka minut mamy zacząć rozmowę.

Rozłączam się i wydycham powietrze z płuc. Jakoś przeżyłam.

Ruszam przed siebie i słyszę Grace w kuchni. Otwieram drzwi i widzę, że przycina łodygi kwiatów.

— Przepraszam, że przeszkadzam. Evelyn powiedziała, żebym przyszła do jej gabinetu, ale nie wiem, gdzie to jest.

— Och — mówi Grace, odkładając nożyczki i wycierając ręce w ręcznik. — Zaprowadzę cię.

Idę za nią na górę do gabinetu Evelyn. Ściany są pomalowane na popielaty kolor, na podłodze leży chodnik w kolorze złotego beżu. W dużych oknach wiszą ciemnoniebieskie zasłony, a ścianę po drugiej stronie pokoju wypełniają półki na książki. Szaroniebieska kanapa stoi naprzeciw dużego szklanego biurka.

Grace uśmiecha się i pozostawia mnie samą w oczekiwaniu na Evelyn. Kładę torbę na kanapie i zerkam na swój telefon.

— Siądź przy biurku. — Evelyn wchodzi do pokoju. Podaje mi szklankę wody. — Zakładam, że ja będę mówić, a ty pisać.

— Tak sądzę — odpowiadam, siadając na wskazanym krześle. — Nigdy wcześniej nie próbowałam napisać biografii. Przecież nie jestem biografką.

Evelyn patrzy na mnie wymownie. Usadawia się naprzeciwko mnie, na kanapie.

— Pozwól, że coś ci wyjaśnię. Kiedy miałam czternaście lat, moja mama już nie żyła, mieszkałam z ojcem. Im starsza byłam, tym mocniej docierało do mnie, że to tylko kwestia czasu, gdy ojciec spróbuje mnie wydać za jakiegoś swojego kolegę lub szefa, kogoś, kto pomoże mu w trudnej sytuacji. Jeśli mam być szczera, przyznam, że im bardziej się rozwijałam, tym mniejszą miałam pewność, że ojciec nie będzie próbował uszczknąć czegoś dla siebie.

Byliśmy tak biedni, że kradliśmy prąd z mieszkania nad nami. Mieliśmy w domu jedno gniazdko podłączone do instalacji sąsiadów, więc każdy sprzęt, którego używaliśmy, podłączaliśmy do tego gniazdka. Jeśli musiałam odrabiać lekcje po zmroku, przyłączałam do niego lampę i siadałam pod nią z książką.

Moja mama była święta. Naprawdę była. Oszołamiająco piękna, miała cudowny głos i serce ze złota. Zanim umarła, często powtarzała mi, że wyniesiemy się z Hell’s Kitchen i pojedziemy prosto do Hollywood. Mówiła, że będzie najsławniejszą kobietą na świecie i kupi dla nas posiadłość na plaży. Marzyłam o tym, że będziemy obie mieszkały w tym domu, organizowały przyjęcia, piły szampana. A potem umarła, a dla mnie było to niczym pobudka ze snu. Nagle znalazłam się w świecie, w którym nic podobnego mi się nie przydarzy. A ja na zawsze utknę w Hell’s Kitchen.

Byłam piękna już jako czternastolatka. Och, wiem, że cały świat woli, kiedy kobieta nie jest świadoma swojej siły, ale ja mam to gdzieś. Oglądali się za mną. Cóż, nie jestem z tego dumna. To nie ja stworzyłam swoją twarz. Nie dałam sobie takiego ciała. Ale przecież nie będę udawała i mówiła: „Ojej, naprawdę się komuś podobałam?” jak jakaś zarozumiała pinda.