Carrie Soto powraca - Taylor Jenkins Reid - ebook + książka

Carrie Soto powraca ebook

Taylor Jenkins Reid

4,3

31 osób interesuje się tą książką

Opis

Carrie Soto na korcie nie ma sobie równych. Za zwycięstwa przyszło jej jednak słono zapłacić.
W momencie przejścia na emeryturę Carrie jest najlepszą tenisistką, jaką widział świat. Pobiła wszystkie rekordy i zdobyła dwadzieścia Wielkich Szlemów. Towarzyszy jej również przekonanie, że zasłużyła na każde swoje zwycięstwo. Pod okiem swojego ojca-trenera poświęciła praktycznie wszystko, by stać się niepokonaną.
Jednak sześć lat po przejściu na emeryturę niespodziewanie jeden z jej rekordów zostaje pobity. Dokonuje tego Nicki Chan – oszałamiająca i brutalna brytyjska tenisistka.
Mając 37 lat, Carrie Soto podejmuje szokującą decyzję o powrocie na kort, by odzyskać rekord. Nie przeszkadza jej niepochlebna reakcja sportowych mediów ani ciało, które nie ma już dawnej sprawności. Nie zniechęca jej także konieczność trenowania z Bowe’em Huntleyem – mężczyzną, przed którym kiedyś prawie otworzyła swoje serce. Podobnie jak ona, tenisista ma coś do udowodnienia, zanim zrezygnuje z gry na zawsze.
Na przekór wszystkiemu Carrie Soto powraca na jeden, ostatni sezon.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 348

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (269 ocen)
145
84
32
5
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
paacynka

Nie oderwiesz się od lektury

Kocham Carrie Soto. Ta książka z pewnością znajdzie się w moich ulubieńcach roku. Mogę się nawet pokusić o stwierdzenie, że jest to obecnie moja ulubiona jednotomówka. Zakochałam się w tej historii, w tych bohaterach i Carrie. Zakochałam się Carrie Soto. Wydaję mi się, że moje uwielbienie do tej książki spotęgowane jest miłością do tenisa. Jestem wielką fanką tego sportu i możliwość przeczytania o nim w formie powieści było prawdziwą przyjemnością. Dodatkową radość sprawiło mi rozumienie tego całego specyficznego nazewnictwa. Autorka niezwykle sprawnie posługuję się terminologią tenisową, z zaciekawieniem opisuje przebieg treningów oraz meczów. Czytając to, widzimy przygotowanie TJR w związku z tym tematem. Jeśli kogoś ma obawy, że nie połapie się w tym tenisowym świecie, to bez obaw. Autorka na samym początku wprowadza nas w ten świat i wyjaśnia zasady gry, dzięki czemu osoba, która nigdy nie miała styczności z tym sportem bez problemu ze wszystkim się zorientuje. Główną bohaterką...
30
AgaDy

Dobrze spędzony czas

Książka o ogromnej pasji, miłości do sportu i rywalizacji, dążeniu do perfekcji, wyrzeczeniach, poświęceniach i godzeniu się ze zmianami. Czyta się bardzo dobrze, jest napisana w dobrym stylu, ciekawi. Czyta się jak biografię, nawet nie znając się na tenisie, kibicuje się bohaterce i śledzi jej rozgrywki niczym najlepszy mecz na świecie
10
patsypool

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna lektura. Przeniosła mnie na korty razem z bohaterką.
10
monikaparz

Całkiem niezła

3,5⭐️
10
gryzmola

Dobrze spędzony czas

Książka TJR jak zawsze świetna! 🙌 idealnie wpasowuje się w aktualny vibe „Challengersów” 🎾
00

Popularność




 

 

 

 

Tytuł oryginału: Carrie Soto Is Back

Copyright © Taylor Jenkins Reid, 2022

Copyright © for the Polish translation by Kaja Makowska, 2023

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2023

 

Redaktorka inicjująca: Paulina Surniak

Redaktorka prowadząca: Andżelika Stasiłowicz

Marketing i promocja: Aleksandra Wróblewska

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Aleksandra Deskur, Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Oryginalny projekt okładki: © Henry Petrides

Zdjęcie modelki na okładce: © Katleho Seisa | gettyimages.com

Tło okładki: © Kai Grim, © De Visu, © Roman Samborskyi, © donatas1205 | shutterstock.com

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-67815-84-0

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bradowi Mendelsohnowi – jedynemu człowiekowi,

którego mogłabym nazwać swoim trenerem

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Chan vs. Cortez

 

US Open

 

Wrzesień 1994

 

 

 

Od wyniku tego meczu zależy dorobek całego mojego życia.

Mój ojciec Javier i ja siedzimy w pierwszym rzędzie we Flushing Meadows, tuż za linią boczną. Liniowi stoją z rękami na plecach po obu stronach kortu. Na wprost nad tłumem góruje sędzia. Dziewczyny od podawania piłek kucają nisko, gotowe do sprintu.

To trzeci set. Nicki Chan wzięła pierwszy, Ingrid Cortez wycisnęła drugi. Ostatni wyłoni zwyciężczynię.

Razem z ojcem – i dwudziestoma tysiącami innych ludzi na stadionie – obserwujemy, jak Nicki Chan zbliża się do linii bazy. Zgina kolana i przyjmuje stabilną pozycję. Następnie staje na palcach, wyrzuca piłkę w powietrze i machnięciem nadgarstka posyła zawrotny serw z prędkością dwustu kilometrów na godzinę na bekhend Ingrid Cortez.

Cortez odbiera z zaskakującą mocą. Piłka upada tuż przy linii. Nicki nie jest w stanie jej dosięgnąć. Punkt dla Cortez.

Zamykam oczy i wypuszczam powietrze.

– Cuidado[1]. Kamery nas obserwują – przestrzega ojciec przez zaciśnięte zęby.

Nosi jeden ze swoich wielu słomkowych kapeluszy. Z tyłu spod ronda wystają mu kręcone siwe włosy.

– Tato, wszyscy nas obserwują.

Nicki Chan w tym roku wygrała już dwa Wielkie Szlemy – Australian Open i French Open. Jeśli wygra ten mecz, wyrówna mój życiowy rekord dwudziestu tytułów wielkoszlemowych. Ustanowiłam go w osiemdziesiątym siódmym roku, kiedy po raz dziewiąty wygrałam Wimbledon i zostałam najlepszą tenisistką wszech czasów.

Nicki ma wyjątkowy styl. Jest agresywna i głośna. Gra niemal wyłącznie z linii końcowej. Serwuje i uderza po ziemi z niewiarygodną siłą. To wszystko pozwoliło jej zdominować kobiecego tenisa w ciągu ostatnich pięciu lat. Ale kiedy zaczynała swoją przygodę z tourem WTA pod koniec lat osiemdziesiątych, była dla mnie niczym niewyróżniającą się przeciwniczką. Może i radziła sobie na kortach ziemnych, ale mogłam bez trudu pokonać ją na jej własnym podwórku w Londynie.

Wszystko zmieniło się po moim przejściu na emeryturę w osiemdziesiątym dziewiątym. Nicki zaczęła wygrywać szlemy w zatrważającym tempie. Teraz depcze mi po piętach.

Zaciskam szczękę.

Ojciec patrzy na mnie ze spokojem.

– Chodzi mi o to, że fotografowie mogą uchwycić, jak się wściekasz albo życzysz jej źle.

Mam na sobie czarną koszulkę bez rękawów i jeansy. Parę szylkretowych okularów przeciwsłonecznych Oliver Peoples. Rozpuściłam włosy. Moim zdaniem w wieku prawie trzydziestu siedmiu lat wyglądam lepiej niż kiedykolwiek. Niech robią tyle zdjęć, ile chcą.

– Co ci zawsze powtarzałem na mistrzostwach juniorów?

– Nie daj nic po sobie poznać.

– Exacto, hija[2].

Ingrid Cortez to siedemnastoletnia Hiszpanka, która zaskoczyła niemal wszystkich szybkim awansem w rankingach. Stylem gry przypomina trochę Nicki. Jest silna i głośna, ale częściej gra po skosie. Okazuje zaskakująco dużo emocji na korcie. Teraz posyła zabójczego asa serwisowego obok Nicki i krzyczy z radości.

– Wiesz, może to właśnie Cortez ją zatrzyma – mówię.

Ojciec kręci głową.

– Lo dudo[3].

Ledwie porusza ustami, kiedy się odzywa, i świadomie unika wzrokiem kamery. Nie mam wątpliwości, że jutro rano otworzy gazetę i przejrzy sekcje sportowe w poszukiwaniu swojego zdjęcia. Uśmiechnie się do siebie, kiedy zobaczy, że wygląda bardzo przystojnie. Chociaż po chemioterapii ubyło mu trochę kilogramów, nie ma już raka. Jego ciało odbiło się od dna. Odzyskał koloryt i wygląda dobrze.

Kiedy słońce pada na jego twarz, daję mu tubkę kremu z filtrem. Mruży oczy i kręci głową, jakby to była obraza dla nas obojga.

– Cortez dobrze zagrała – ocenia. – Ale Nicki oszczędza siły na trzeciego seta.

Mój puls przyspiesza. Nicki zdobywa trzy piłki i wygrywa gema. W trzecim secie jest trzy do trzech.

Ojciec na mnie spogląda, opuszcza okulary, żebym mogła dostrzec jego oczy.

– Entonces[4], co zamierzasz zrobić? – pyta.

Odwracam wzrok.

– Nie wiem.

Zakłada okulary z powrotem i patrzy na kort. Lekko kiwa głową.

– Cóż, jeśli nie robisz nic, to właśnie to robisz. Nic.

– Sí, papá[5], rozumiem.

Nicki serwuje szeroko. Cortez biegnie i stara się przejąć piłkę, ale ta trafia w siatkę.

Spoglądam na ojca. Nieznacznie marszczy brwi.

W boksie zawodniczek siedzi zgarbiony trener Cortez. Chowa twarz w dłoniach.

Nicki nie ma trenera. Zostawiła ostatniego prawie trzy lata temu i od tego czasu zdobyła sześć szlemów bez niczyjej pomocy.

Mój tata dużo gada o zawodniczkach, które nie mają trenerów. Ale w przypadku Nicki widocznie wstrzymuje się z osądem.

Cortez się pochyla, trzyma rękę na biodrach i próbuje złapać oddech. Nicki nie odpuszcza. Posyła kolejny mocny serw. Cortez biegnie, ale nie trafia.

Nicki się uśmiecha.

Znam ten uśmiech. Byłam na jej miejscu.

W następnym punkcie Nicki zdobywa gema.

– Cholera – rzucam w trakcie zmiany.

Ojciec unosi brwi.

– Cortez się rozsypuje, kiedy tylko przestaje kontrolować sytuację. I Nicki o tym wie.

– Nicki jest mocna – stwierdzam. – Ale przede wszystkim elastyczna. W mgnieniu oka dostosowuje grę do konkretnej słabości przeciwniczki.

Ojciec przytakuje.

– Każda zawodniczka ma słaby punkt – dodaję. – A Nicki potrafi go z łatwością znaleźć.

– Racja.

– Więc jaki jest jej słaby punkt?

Ojciec powstrzymuje uśmiech. Podnosi napój i upija łyk.

– Co? – pytam.

– Nic – odpowiada.

– Nie podjęłam żadnej decyzji.

– W porządku.

Obie zawodniczki wychodzą z powrotem na kort.

– Nicki jest po prostu trochę za wolna – uznaję, obserwując, jak idzie do linii końcowej. – Bardzo silna, ale nie szybka. Zbyt niemrawo manewruje i dobiera uderzenia. Nie dorównuje prędkością Cortez, nawet dzisiaj. Tym bardziej nie dorównuje Moretti, Antonowicz czy nawet Perez.

– Ani tobie – uzupełnia ojciec. – Nikt w tourze nie dorównuje prędkością tobie. Nie tylko jeśli chodzi o nogi, ale o głowę también[6].

Przytakuję.

– Mówię o ustawianiu się na pozycji, przyjmowaniu piłki w powietrzu, zwalnianiu tempa tak, żeby Nicki nie mogła jej odbić z odpowiednią siłą. Nikt w tourze WTA tego nie potrafi. Nie tak, jak robiłaś to ty – kontynuuje.

– Musiałabym dorównać jej siłą – zauważam. – I jakimś cudem nadal utrzymać prędkość.

– Co nie będzie łatwe.

– Nie w moim wieku i nie z moim kolanem – zaznaczam. – Nie skaczę tak jak kiedyś.

– Es verdad[7] – zgadza się ojciec. – Będziesz musiała dać z siebie wszystko.

– Jeśli się tego podejmę – zastrzegam.

Ojciec przewraca oczami, ale potem przez jego twarz znów przemyka fałszywy uśmiech.

Śmieję się.

– Poważnie, kogo obchodzi, że będziesz się krzywił na zdjęciu?

– Nie czepiam się ciebie, więc ty nie czepiaj się mnie. ¿Lo entendés, hija?[8]

Znowu się śmieję.

– Sí, lo entiendo, papá[9].

Nicki wygrywa także następnego gema. Jeszcze jeden i koniec. Wyrówna mój rekord.

Skronie mi pulsują, kiedy sobie to wszystko wyobrażam. Cortez nie powstrzyma Nicki Chan, nie dzisiaj. A ja utknęłam na trybunach. Muszę tu siedzieć i patrzeć, jak Nicki odbiera mi wszystko, na co pracowałam.

– Kto będzie mnie trenował? – pytam. – Ty?

Ojciec na mnie nie patrzy, ale widzę, że sztywnieją mu ramiona. Bierze wdech, dobiera słowa.

– Decyzja należy do ciebie – oznajmia w końcu.

– Więc co? Mam zadzwonić do Larsa?

– Zrobisz to, co zechcesz, pichona[10] – mówi. – Tak wygląda dorosłość.

Chce, żebym błagała. I zasłużyłam na to.

Cortez wypruwa sobie flaki, ale jest zmęczona. Widać to po tym, jak trzęsą jej się nogi, kiedy stoi w miejscu. Trafia w siatkę. Jest trzydzieści do zera.

Kurwa mać.

Rozglądam się po tłumie. Ludzie się pochylają, niektórzy bębnią palcami. Wszyscy jakby oddychają trochę szybciej. Mogę sobie tylko wyobrazić, co mówią komentatorzy.

Widzowie wokół nas kątem oka spoglądają na mnie i mojego ojca. Zaczynam czuć się jak w klatce.

– Jeśli się zdecyduję – szepczę – chcę, żebyś mnie trenował. Mówię serio, tato.

Patrzy na mnie, kiedy Cortez zdobywa punkt. Ludzie wstrzymują oddech, z ekscytacją oglądając, jak przed nimi tworzy się historia. Może zachowywałabym się jak oni, gdyby to nie groziło mojej historii.

– Na pewno, hija? Nie jestem tym samym człowiekiem, którym byłem kiedyś. Nie jestem taki… wytrzymały jak dawniej.

– To jest nas dwoje – rzucam. – Będziesz trenował przygasłą gwiazdę.

Jest czterdzieści do piętnastu. Nicki ma piłkę turniejową.

– Będę trenował największą tenisistkę wszech czasów. – Obraca się do mnie i bierze mnie za rękę. Dobijam czterdziestki, ale nadal, jakimś cudem, jego dłonie są większe od moich. I tak jak wtedy, gdy byłam dzieckiem, są ciepłe, szorstkie i silne. Kiedy ściska moją dłoń, czuję się taka mała, jakbym była wiecznym dzieckiem, a on tym olbrzymem, na którego muszę patrzeć z dołu.

Nicki serwuje. Biorę gwałtowny wdech.

– Więc zgadasz się? – pytam.

Cortez odbija.

– Możemy przegrać… w kiepskim stylu – dodaję. – Pokażemy wszystkim, że Siekiera już nie potrafi rąbać. Spodobałoby im się to. Splamiłabym swój rekord i swoje dziedzictwo. Mogłabym… zniszczyć wszystko.

Nicki uderza po ziemi.

– Nie zniszczymy wszystkiego. Bo tenis to nie wszystko, pichona.

Nie wiem, czy się zgadzam.

– Ale i tak – zaczynam – będziemy musieli pracować ciężej niż kiedykolwiek. Jesteś na to gotowy?

– To byłby największy zaszczyt w moim życiu – wyznaje ojciec.

Widzę, że w jego oczach pojawiają się łzy, i powstrzymuję się od odwrócenia wzroku. Mocniej ściska moją dłoń.

– Jeśli zostanę twoim trenerem po raz drugi, umrę szczęśliwy, pichona.

Próbuję ignorować delikatny ból w piersi.

– Więc chyba klamka zapadła – podsumowuję.

Ojciec się rozpromienia.

Nicki lobuje. Piłka powoli przelatuje w powietrzu. Stadion obserwuje, jak leci wysoko, a potem zaczyna opadać.

– Czyli zawieszam emeryturę – oświadczam.

Wygląda na to, że piłka przekroczy linię. Jeśli tak, porażka Cortez nastąpi odrobinę później.

Ojciec obejmuje mnie ramieniem i mocno przytula. Ledwo mogę oddychać.

– Nunca estuve más orgulloso, cielo[11] – szepcze mi do ucha i puszcza.

Piłka ląduje tuż przy linii końcowej. Tłum milczy, gdy odbija się wysoko i szybko. Cortez już odpuściła, myśląc, że poleci na out, a teraz jest już za późno. Nie da rady odpowiedzieć returnem. Rzuca się naprzód i nie trafia.

Przez ułamek sekundy panuje cisza, a potem rozlega się ryk.

Nicki Chan właśnie wygrała US Open.

Cortez upada na ziemię. Nicki wyrzuca pięści w powietrze.

Ojciec i ja się uśmiechamy. Jestem gotowa.

 

 

 

[1] Ostrożnie. Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki. O ile nie zaznaczono inaczej, tłumaczenia pochodzą z języka hiszpańskiego.

[2] Właśnie tak, córko.

[3] Wątpię.

[4] No.

[5] Tak, tato.

[6] Też.

[7] To prawda.

[8] Rozumiesz, córko?

[9] Tak, rozumiem, tato.

[10] Gołąbku.

[11] Nigdy nie byłem bardziej dumny, kochanie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PIERWSZY RAZ

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1955–1965

 

 

 

Mój ojciec przeprowadził się do Stanów Zjednoczonych z Buenos Aires w wieku dwudziestu siedmiu lat. W Argentynie był znakomitym tenisistą, zdobył trzynaście tytułów mistrzowskich w trakcie swojej jedenastoletniej kariery. Nazywali go Javier el Jaguar. Grał elegancko, ale zabójczo.

Jednak jak sam mówił, styrał sobie kolana. Skakał zbyt wysoko i nie zawsze poprawnie lądował. Gdy zbliżał się do trzydziestki, wiedział, że dłużej nie wytrzymają. Przeszedł na emeryturę w pięćdziesiątym trzecim. Kiedy o tym rozmawialiśmy, zawsze się denerwował i ostatecznie wychodził z pokoju. Wkrótce po przejściu na emeryturę zaczął snuć plany związane z przyjazdem do Stanów.

W Miami dostał pracę w eleganckim klubie tenisowym jako hitter. Cały dzień był dostępny dla klubowiczów, którzy mieli ochotę na mecz. Zazwyczaj tę pracę wykonywali studenci, którzy wracali do domu na wakacje. Jednak on poświęcał się temu w równym stopniu co grze zawodowej. Jak mawiał do członków tego pierwszego klubu: „Nie umiem grać w tenisa bez wkładania w to całego serca”.

Nie minęło wiele czasu, zanim ludzie zaczęli prosić go o prywatne lekcje. Był znany z dbałości o formę, wysokich oczekiwań i z tego, że jeśli posłucha się El Jaguara, prawdopodobnie zacznie się wygrywać mecze.

Już w pięćdziesiątym szóstym dostawał oferty pracy jako instruktor tenisa na terenie całego kraju. Tak wylądował w Palm Tennis Club w Los Angeles, gdzie poznał moją matkę, Alicię. Była tancerką, uczyła członków i członkinie klubu walca oraz fokstrota.

Matka była wysoka, ale z dumą nosiła dziesięciocentymetrowe obcasy. Specjalnie chodziła powoli i zawsze patrzyła ludziom w oczy. I trudno było ją rozśmieszyć, ale kiedy w końcu się śmiała, robiła to tak głośno, że dało się ją słyszeć przez ściany.

Na ich pierwszej randce powiedziała mu, że ma klapki na oczach w kwestii tenisa.

– Musisz z tego szybko wyrosnąć, bo jak inaczej staniesz się pełnym człowiekiem?

Powiedział jej, że postradała zmysły. Tenis go dopełniał.

– Ach, więc jesteś też uparty – stwierdziła.

Mimo to następnego dnia przyszedł do niej pod koniec zajęć z tuzinem czerwonych róż. Przyjęła je i podziękowała, ale zauważył, że nie powąchała bukietu, zanim go odłożyła. Zrozumiał, że choć on wręczył kwiaty tylko kilku kobietom w swoim życiu, ona otrzymała je od dziesiątek pełnych nadziei mężczyzn.

– Nauczysz mnie tańczyć tango? – zapytał.

Spojrzała na niego z ukosa i nawet przez moment nie wierzyła, że ten Argentyńczyk choćby nie liznął tanga. Ale potem położyła jedną rękę na jego ramieniu, uniosła drugą i powiedziała:

– No to chodź.

Ujął jej dłoń, a ona nauczyła go prowadzić ją po parkiecie.

Ojciec mówi, że nie mógł oderwać od niej wzroku. Podziwiał, jak łatwo było sunąć z nią po sali.

Kiedy skończyli, ojciec ją przechylił, ona uśmiechnęła się do niego, a następnie z niecierpliwością oznajmiła:

– Javier, w tym momencie powinieneś mnie pocałować.

W ciągu kilku miesięcy przekonał ją do potajemnego ślubu. Powiedział, że ma dla nich wielkie marzenia. Odparła, że jego marzenia to jego marzenia. Ona nie potrzebowała wiele oprócz niego.

Tej nocy, kiedy powiedziała mu, że jest w ciąży, usiadła mu na kolanach w ich mieszkaniu w Santa Monica i zapytała, czy czuje na sobie ciężar dwóch osób. Uśmiechnął się ze łzami w oczach. A potem powiedział jej, że jego zdaniem jestem chłopcem i będę dwa razy lepszym tenisistą, niż on kiedykolwiek był.

 

Kiedy byłam mała, ojciec przynosił na korty wysokie krzesełko, żebym mogła patrzeć, jak gra. Mówi, że moja głowa chodziła od lewej do prawej i śledziła piłkę. Według niego matka czasami przychodziła i próbowała wyciągnąć mnie z krzesełka, żebym usiadła w cieniu albo coś przekąsiła, ale płakałam, dopóki nie zaprowadziła mnie z powrotem na kort.

Ojciec uwielbiał opowiadać o tym, jak to byłam małym brzdącem, a on po raz pierwszy włożył mi rakietę do ręki. Delikatnie rzucił do mnie piłkę i później przysięgał, że tego pamiętnego dnia zamachnęłam się i ją odbiłam.

Pobiegł z powrotem do domu, niosąc mnie na barana, żeby powiedzieć o tym mojej matce. Uśmiechnęła się do niego i wróciła do gotowania obiadu.

– Rozumiesz, co do ciebie mówię? – zapytał.

Roześmiała się.

– Że nasza córka lubi tenisa? Oczywiście. Lubi tenisa, bo to jedyna rzecz, jaką jej pokazałeś.

– To tak, jakby powiedzieć, że Achilles był wielkim wojownikiem tylko dlatego, że żył w okresie wojny. Achilles był wielkim wojownikiem, ponieważ jego przeznaczeniem było nim zostać.

– Rozumiem. Więc Carolina jest Achillesem? – rzuciła. – To znaczy, że ty jesteś bogiem?

Ojciec machnął na nią ręką.

– To jej przeznaczenie – oznajmił. – To jasne jak słońce. Z twoją gracją i moją siłą może zostać najlepszą tenisistką, jaką widział świat. Kiedyś będą o niej pisać historie.

Mama przewróciła oczami, nakładając obiad.

– Wolałabym, żeby była dobra i szczęśliwa.

– Alicio. – Ojciec stanął za nią i objął ją rękami. – Nikt nie pisze historii o takich ludziach.

 

Nie pamiętam, żeby ktoś powiedział mi o śmierci matki. Nie pamiętam też jej pogrzebu, choć ojciec twierdzi, że na nim byłam. Mówi, że robiła zupę i zorientowała się, że skończył się przecier pomidorowy, więc włożyła buty i zostawiła mnie z nim w garażu, gdzie wymieniał olej w samochodzie.

Kiedy nie wróciła ze sklepu, zapukał do drzwi naszych sąsiadów i poprosił, żeby mnie przypilnowali, a sam poszedł przeszukiwać ulice.

Zobaczył karetkę kilka przecznic dalej i poczuł ścisk w żołądku. Moja matka została potrącona przez samochód, kiedy przechodziła przez ulicę w drodze do domu.

Po pogrzebie ojciec odmówił wchodzenia do ich sypialni. Zaczął sypiać w salonie. Trzymał ubrania w koszu na pranie przy telewizorze. Trwało to wiele miesięcy. Ilekroć miałam zły sen, wychodziłam z łóżka i szłam prosto na kanapę. Zawsze tam był, z włączonym telewizorem i szumem w tle.

I wtedy, pewnego dnia, do korytarza wlało się światło. Drzwi ich sypialni były otwarte. Nagromadzony na klamce kurz zniknął, a wszystko, co należało do mojej matki, zostało spakowane do kartonowych pudeł. Jej sukienki, obcasy, naszyjniki, pierścionki. Nawet jej spinki. Ktoś przyszedł do domu i wyniósł je wszystkie. I to tyle.

Niewiele po niej zostało. Praktycznie żadnych dowodów, że kiedykolwiek żyła. Tylko kilka zdjęć, które znalazłam w górnej szufladzie ojca. Wzięłam moje ulubione i schowałam pod poduszką. Bałam się, że gdybym tego nie zrobiła, wkrótce też by zniknęło.

Potem przez jakiś czas tata opowiadał mi historie o matce. Chciała, żebym była szczęśliwa. Była sprawiedliwa i dobra. Ale to doprowadzało go do płaczu, więc niebawem przestał.

Do dziś moje jedyne istotne wspomnienie o matce jest mgliste. Nie potrafię rozróżnić, co jest prawdą, a co luką, którą z czasem sama wypełniłam.

W swojej głowie widzę ją stojącą w kuchni przy piekarniku. Nosi bordową, wzorzystą sukienkę, w kwiatki albo kropki. Wiem, że ma kręcone i gęste włosy. Ojciec woła mnie z drugiego końca domu po przezwisku: Guerrerita[12]. Lecz matka kręci głową i mówi:

– Nie pozwól, żeby nazywał cię wojowniczką. Jesteś królową.

Zazwyczaj mam całkowitą pewność, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Ale czasami wydaje mi się całkowicie oczywiste, że to był tylko sen.

Tak naprawdę pamiętam pustkę, którą po sobie zostawiła. Poczucie, że kiedyś w domu był ktoś jeszcze.

Ale teraz byliśmy tylko ojciec i ja.

 

W moich pierwszych konkretnych wspomnieniach jestem młoda, ale już zirytowana. Zirytowana tymi wszystkimi pytaniami innych dziewczyn. „Gdzie twoja mama?” „Dlaczego zawsze chodzisz nieuczesana?” Zirytowana naleganiem nauczycielki, żebym mówiła po angielsku bez akcentu ojca. Zirytowana, że kazano mi się grzecznie bawić na przerwie, kiedy ja chciałam tylko ścigać się z innymi dziećmi po boisku albo rywalizować, kto najwyżej się pohuśta.

Chyba problem tkwił w tym, że to ja zawsze wygrywałam. Ale nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego przez to inni chcieli bawić się ze mną mniej, a nie więcej.

Wszystkim tym wczesnym wspomnieniom związanym z próbami znalezienia przyjaciół towarzyszyło to samo uczucie zmieszania: robię coś nie tak – i nie wiem co.

Po lekcjach patrzyłam, jak inne dzieci witają się ze swoimi matkami, które odbierają je ze szkoły. Moi koledzy i koleżanki z klasy opowiadali matkom o swoich dniach, jeżyli się, gdy matki przytulały ich przy samochodach, wycierali pocałunki matek z policzków.

Mogłabym się im przyglądać godzinami. Co jeszcze robili z matkami po szkole? Wybierali się na lody? Chodzili na zakupy po te ładne piórniki? Skąd dziewczyny miały te kokardki do włosów?

Kiedy odjeżdżali, ja posłusznie szłam dwie przecznice dalej, żeby spotkać się z ojcem na publicznych kortach tenisowych.

Dorastałam na korcie. Publiczne korty po szkole, korty w klubie latem i w weekendy. Dorastałam w kucykach i tenisowych spódniczkach. Dorastałam, siedząc w cieniu przy linii bocznej, czekając, aż ojciec skończy lekcję.

Górował nad siatką. Posyłał płynne serwy i uderzenia po ziemi. Jego przeciwnicy i uczniowie zawsze w porównaniu z nim grali bardzo chaotycznie. Mój ojciec nieustannie kontrolował sytuację na korcie.

Z perspektywy czasu widzę, że musiał być spięty i samotny przez większość mojej młodości. Owdowiały samotny ojciec z dala od domu i bez duszy, na której mógłby polegać. Teraz to dla mnie oczywiste: był tak kruchy, że mógł się załamać.

Ale jeśli jego dni były ciężkie, a noce niespokojne, to bardzo dobrze to przede mną ukrywał. Traktowałam czas spędzany z nim jak dar, którego inne dzieci nie dostały. Inaczej niż u nich, mój czas miał cel. Pracowaliśmy nad czymś znaczącym. Zamierzałam stać się najlepsza.

Każdego dnia po szkole, kiedy kończył swoje płatne lekcje, odwracał się i patrzył na mnie. „Vamos. Los fundamentos[13]” – rzucał. W tym momencie podnosiłam rakietę i dołączałam do niego na linii końcowej.

– Gem, set, mecz. Dlaczego to mówimy? – pytał.

– Ponieważ gem to podstawa gry. Musisz wygrać najwięcej gemów, żeby wygrać seta. A potem musisz wygrać najwięcej setów, żeby wygrać mecz – recytowałam.

– W gemie pierwszy punkt to…

– Piętnaście. Potem trzydzieści. Potem czterdzieści. Wtedy się wygrywa. Ale musisz mieć dwie piłki przewagi.

– A kiedy wynik jest czterdzieści do czterdziestu, jak to nazywamy?

– Równowaga. Jeśli w przypadku równowagi wygrasz punkt, to masz przewagę w zależności od tego, czy serwujesz, czy odbierasz. Wtedy stan gema to „przewaga serwis” albo „przewaga odbiór”.

– Więc jak się wygrywa?

– Jeśli serwujesz przy równowadze, musisz zdobyć następny punkt, żeby wygrać gema. Musisz wygrać sześć gemów, żeby wygrać seta, ale znowu musisz wygrać dwiema piłkami przewagi. Nie możesz po prostu wygrać seta sześć do pięciu.

– A co z meczem?

– Kobiety grają trzy sety, mężczyźni często grają pięć setów.

– A love? Co to znaczy?

– To znaczy „nic”.

– Znaczy „zero”.

– Tak, to znaczy, że nie masz żadnych punktów. Love znaczy „nic”.

Kiedy odpowiadałam poprawnie na wszystko, klepał mnie po ramieniu. A potem ćwiczyliśmy.

Wielu trenerów wprowadza innowacje, ale to nigdy nie było w stylu mojego ojca. Wierzył w piękno i prostotę robienia czegoś tradycyjnie, tylko lepiej niż inni. „Gdybym przykładał wagę do odpowiedniej formy, tak jak ty będziesz to robić, hijita, do dzisiaj zawodowo grałbym w tenisa” – mawiał. To jeden z nielicznych przypadków, kiedy – jak podejrzewałam – mnie okłamał. Już wtedy wiedziałam, że niewielu ludzi gra zawodowo w tenisa po trzydziestce.

„Bueno, papá” – odpowiadałam, gdy zaczynaliśmy ćwiczenia.

Całe moje dzieciństwo to ćwiczenia. Ćwiczenia, ćwiczenia, ćwiczenia. Serwisy, uderzenia po ziemi, praca nóg, woleje. I tak w kółko. Przez całe lato, po szkole, w każdy weekend. Tata i ja. Zawsze razem. Nasza mała drużyna. Dumny trener i najlepsza uczennica.

Uwielbiałam to, że każdy element można było wykonać dobrze albo źle. Zawsze istniał konkretny cel, do którego się dążyło.

„De nuevo[14]” – wołał, kiedy po raz pięćdziesiąty tego dnia próbowałam udoskonalić mój płaski serwis. „Obie ręce mają podnosić się z tą samą prędkością i w tym samym czasie”.

„De nuevo” – mówił, dorosły mężczyzna kucający nisko, żeby spojrzeć mi prosto w oczy, gdy sięgałam mu do bioder. „W pozycji punktowej tylna stopa musi pójść do przodu, zanim je ze sobą połączysz”.

„De nuevo” – powtarzał i uśmiechał się. „Zachowaj ten spin na drugi serw, hijita. ¿Entendido?”

I za każdym razem, w wieku pięciu, sześciu, siedmiu, ośmiu lat, odpowiadałam mu w ten sam sposób.

„Sí, papá. Sí, papá. Sí, papá. Sí, papá”.

Z czasem do „de nuevo” zaczął dodawać „excelente”.

Każdego dnia sięgałam po te excelente. Marzyłam o nich. Leżałam w nocy w łóżku na pościeli z Fistaszkami, wpatrując się w fotografię Roda Lavera, o którą błagałam ojca, i rozmyślałam o mojej formie.

Wkrótce moje uderzenia po ziemi stały się mocne, woleje precyzyjne, a serwy zabójcze. Jako ośmiolatka umiałam serwować z linii końcowej i sto razy z rzędu trafiać w mały cel w postaci kartonu po mleku.

Ludzie przechodzący obok kortów myśleli, że są dowcipni, kiedy nazywali mnie „Małą Billie Jean King”, jakbym nie słyszała tego dziesięć razy dziennie.

Wkrótce ojciec wprowadził pojęcie strategii.

– Wiele zawodniczek potrafi wygrać gemy, w których serwuje – tłumaczył. – Decime por qué[15].

– Ponieważ serw to jedyny moment, w którym zawodniczka może kontrolować piłkę.

– ¿Y qué más[16]?

– Jeśli dobrze serwujesz, kontrolujesz serw, a potem return. A nawet wymianę piłek.

– Exacto. Utrzymanie gry, kiedy serwujesz, jest podstawą twojej strategii.

– Bueno, entiendo.

– Ale większość graczy skupia całą swoją energię na serwowaniu. Doskonalą serwis tak bardzo, że zapominają o najważniejszej części.

– O returnie.

– Exacto. Twój serw to twoja obrona, ale możesz wygrywać dobrym returnem. Jeśli utrzymasz wszystkie gemy, w których serwujesz, a twoja przeciwniczka wygra swoje gemy, to kto wygra seta?

– Pierwsza osoba, która przełamie serwis drugiej osoby.

– Exacto. Jeśli przełamiesz serwis w jednym gemie, zaledwie jednym gemie, i wygrasz wszystkie swoje gemy, wygrasz seta.

– Więc muszę być dobra w serwowaniu i returnie.

– Musisz być wszechstronną zawodniczką – powiedział. – Świetna w serwowaniu, wolejach, uderzeniach po ziemi i returnie. Dobrze, gramy.

Zawsze wygrywał, dzień po dniu. Ale ja wciąż próbowałam. Mecz za meczem, codziennie po szkole, czasem dwa razy w weekendy.

Aż do pewnego pochmurnego styczniowego popołudnia, kiedy powietrze było trochę zbyt rześkie. Cały dzień groziło nam to, czego niebo w południowej Kalifornii obiecywało prawie nigdy nie robić.

Zremisowaliśmy w pierwszym secie, kiedy odebrałam dwa serwy z rzędu forhendem po skosie tak szybko, że ojciec nie dał rady do nich dobiec.

Pierwszy raz w swoim młodym życiu przełamałam jego serwis.

– ¡Excelente! – zawołał z uniesionymi rękami, biegnąc na moją stronę kortu. Obrócił mnie w powietrzu.

– Zrobiłam to! – krzyknęłam. – Przełamałam twój serwis!

– Tak jest – potwierdził. – Tak, udało ci się.

Około dwie minuty po wygraniu seta niebo się otworzyło i zaczęło lać. Ojciec zarzucił mi kurtkę na głowę i pobiegliśmy do samochodu.

Gdy już wsiedliśmy do auta i zamknęliśmy drzwi, spojrzałam na niego. Uśmiechał się promiennie, mimo że drżał z zimna.

– Excelente, pichoncita – powiedział, ściskając moją rękę. – Muy pero muy bien[17]. – Uśmiech nie schodził mu z twarzy, gdy przekręcał kluczyk w stacyjce i wyjeżdżał z parkingu.

Od tego momentu, choć nadal nie mogłam wygrać z nim meczu, stawiałam sobie za cel przełamać jego serwis przynajmniej raz dziennie. I dawałam radę.

Na koniec każdej sesji wracaliśmy z ojcem do domu z dwiema torbami jedzenia z klubowej stołówki. Trzymałam ciepłe pudełka na kolanach i patrzyłam, jak mijamy wielkie domy.

Ojciec parkował, a potem, zanim wysiedliśmy, mówił:

„Dziś dobrze nam poszło. Ale co zrobić lepiej, żeby jutro to poprawić?”

Podawałam mu listę, nad którą pracowałam przez całą drogę do domu.

„Szybciej podnosić nogi” – mówiłam. „Trzymać nadgarstek nisko”. Albo: „Dopilnować, żeby nie cofać się za daleko przed opadającym wolejem”.

Każdej wieczoru dodawał jeszcze jedną rzecz, o której nie pomyślałam. „Patrzeć na piłkę, nie na rakietę”. „Wykończyć uderzenie po ziemi z forhendu”.

Każdego wieczoru przytakiwałam. Oczywiście. Jak mogłam zapomnieć?

Potem wchodziliśmy do domu i jedliśmy razem kolację przed telewizorem. Najczęściej włączaliśmy wieczorne wiadomości, ale zawsze uwielbiałam te rzadkie noce, kiedy pozwalał mi oglądać The Lucy Show. On w swoim rozkładanym fotelu, ja na kanapie i dwie tace. Śmiał się do rozpuku. Ja też.

Później, po umyciu zębów i przebraniu się w piżamę, ojciec dawał mi całusa w czoło i mówił:

– Dobranoc, mój Achillesie, największy wojowniku w historii tenisa.

Kiedy gasło światło, wkładałam rękę pod poduszkę i szukałam zdjęcia mamy, które zabrałam z szuflady ojca.

Na zdjęciu mama leży na hamaku w ogródku, przytula mnie i uśmiecha się do aparatu. Nad nami jest drzewo pomarańczowe. Ja śpię w jej ramionach. Ona opiera brodę na mojej głowie i trzyma rękę na moich plecach. Ma długie włosy ułożone w delikatne loki. Kiedyś przejeżdżałam palcem po zdjęciu, po jej sukience, od ramion do stóp.

Tuliłam zdjęcie do piersi, a potem chowałam je z powrotem pod poduszkę i zasypiałam.

Pewnej nocy, kiedy miałam jakieś osiem lat, chciałam popatrzeć na zdjęcie, ale go nie znalazłam.

Rzuciłam poduszkę na ziemię. Zeskoczyłam z łóżka i podniosłam materac. Jak mogłam je zgubić, coś tak ważnego?

Zaczęłam krzyczeć, a po policzkach spływały mi łzy.

Ojciec wpadł do środka i zastał mnie czerwoną i zapłakaną w pokoju przewróconym do góry nogami. Spokojnie odłożył materac na łóżko i wziął mnie w ramiona.

– Pichoncita. No te preocupés[18]. Ze zdjęciem wszystko w porządku. Włożyłem je z powrotem do szuflady. Czas przestać patrzeć na nie co noc.

– Pero[19] ja chcę na nie patrzeć co noc.

Pokręcił głową i mocno mnie przytulił.

– Cariño[20], wyrzuć to z głowy. To zbyt duży ciężar do dźwigania.

 

 

 

[12] Mała wojowniczka.

[13] Lecimy z podstawami.

[14] Od nowa.

[15] Powiedz mi dlaczego.

[16] I co jeszcze?

[17] Cudownie, ale to cudownie.

[18] Nie martw się.

[19] Ale.

[20] Kochana.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1966

 

 

 

Do czasu dziewiątych urodzin pokonałam każdego rówieśnika w klubie. Dlatego ojciec zwerbował syna jednego ze swoich dorosłych uczniów, żeby ze mną grał. Był nim trzynastoletni chłopiec o imieniu Chris.

– Nie rozumiem, dlaczego możesz tu grać – poinformował mnie. – Nie należysz do klubu.

Staliśmy przy siatce, czekając na początek meczu. Nasi ojcowie rozmawiali i się śmiali.

– Ty też nie – zauważyłam.

– Mój tata tak. Twój tutaj pracuje. Twój tata pracuje dla nas.

Ojcowie ruszyli w naszym kierunku, a Chris jęknął.

– Możemy po prostu mieć to za sobą? Nie mam ochoty bawić się z siedmioletnią dziewczynką.

Patrzyłam na niego przez chwilę, czując, jak napinają mi się ramiona.

– Mam dziewięć lat, kretynie.

Chris wytrzeszczył oczy, ale nie powiedział nic więcej. Dość wcześnie się nauczyłam, że większość dupków nie ma dobrej riposty.

– W porządku, dzieci, gracie do dwóch – oznajmił mój tata.

Chris serwował jako pierwszy. Przykucnęłam w gotowości. Podrzucił piłkę i powoli podkręcił. Odbiłam ją i przeleciała na skos boiska. Punkt dla mnie.

0-15.

Chris znów serwował. Odebrałam strzał mijającym uderzeniem. 0-30.

Następnym razem udałam, że ziewam. 0-40.

– Gem Carrie! – zawołał mój ojciec.

Chris lekko poczerwieniał na twarzy. Nie potrafiłam stwierdzić, czy jest zły, czy zawstydzony. Posłałam mu uśmiech.

Mecz szybko się skończył.

Przy ostatnim serwisie przerzuciłam piłkę przez siatkę. Nie chciało mi się bawić z topspinem czy szybkością. Ale on i tak odbił za linię.

– Jesteś beznadziejny w tenisa – powiedziałam, podając mu rękę.

– Carolina! – zawołał ojciec.

– Przepraszam, ale to prawda – rzuciłam. Spojrzałam na Chrisa. – Jesteś beznadziejny.

Patrzyłam, jak Chris zerka na swojego tatę z boku kortu. Mężczyzna pokręcił głową, zgasił papierosa i przewrócił oczami.

Pamiętam, że pomyślałam: „Właśnie dlatego powinieneś trenować, Chris”.

Kiedy zeszliśmy z kortu, ojciec położył mi rękę na ramieniu.

– To było coś.

– Nawet nie musiałam się starać – przyznałam, zmierzając w stronę szatni.

– Och, dałaś to jasno do zrozumienia. I byłaś wredna.

– Dlaczego miałabym być dla niego miła? Nazwał mnie siedmiolatką.

– Ludzie będą cię różnie nazywali – ostrzegł. – Zawsze mają określenia na takich jak my.

– Bo nie jesteśmy członkami? – zapytałam, odkładając swoje rzeczy na bok.

Ojciec przystanął.

– Bo jesteśmy zwycięzcami. Nie miej pretensji do całego świata, Carolino – powiedział. – Nie pozwól, żeby to, co ktoś mówi o tobie, określało, jak się czujesz sama ze sobą.

Spojrzałam na niego.

– Jeśli powiem, że twoje włosy są fioletowe, czy to znaczy, że są fioletowe? – zapytał.

– Nie, są brązowe.

– Czy to znaczy, że musisz mi udowodnić, że są brązowe?

Pokręciłam głową.

– Nie, przecież to widzisz.

– Kiedyś będziesz jedną z największych tenisistek na świecie, cariño. To prawda, tak jak to, że twoje włosy są brązowe. Nie musisz im tego pokazywać. Wystarczy, że tak jest.

Zastanowiłam się.

– Oczekuję, że następnym razem w starciu z dzieciakiem takim jak Chris nadal będziesz pięknie grać w tenisa – oznajmił. – Rozumiesz?

– Está bien[21] – przytaknęłam.

– I nie płaczemy, kiedy przegrywamy, ale też nie cieszymy się, kiedy wygrywamy.

– Bueno, entiendo.

– Nie grasz ze swoim przeciwnikiem, rozumiesz to, tak?

Popatrzyłam na niego niepewnie. Ale musiał uwierzyć, że rozumiem wszystko, czym miałam się stać. Niezrozumienie której­kolwiek z tych rzeczy wydawało mi się niemożliwą do zniesienia zdradą.

– Za każdym razem, gdy wychodzisz na kort, musisz zagrać lepszy mecz niż ten, który rozegrałaś poprzednim razem. Czy dziś dałaś z siebie wszystko?

– Nie.

– Następnym razem chcę, żebyś pokonała samą siebie. Każdego kolejnego dnia musisz być lepsza niż poprzedniego.

Usiadłam na ławce obok i zaczęłam rozmyślać. To, co proponował ojciec, było o wiele, wiele trudniejszym przedsięwzięciem. Ale kiedy już ta myśl pojawiła się w mojej głowie, musiałam się z nią zmierzyć. Nie mogłam jej wyrzucić.

– Entiendo – powiedziałam.

– A teraz idź po rzeczy. Jedziemy na plażę.

– Nie, tato – błagałam. – Proszę, nie. Nie możemy po prostu wrócić do domu? Albo może pójdziemy na lody? Jedna dziewczyna z klasy powiedziała, że jest takie miejsce ze świetnymi kanapkami lodowymi. Pomyślałam, że moglibyśmy tam pójść.

Roześmiał się.

– Nie wyćwiczymy nóg, siedząc i jedząc kanapki lodowe. Osiągniemy to tylko…

Zmarszczyłam brwi.

– …biegając w piasku.

– Sí, biegając w piasku, entonces vámonos[22].

 

 

 

[21] W porządku.

[22] Więc chodźmy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1968

 

 

 

Po około dwóch kolejnych latach wygrywania z każdym dzieciakiem w mieście dostaliśmy telefon od Larsa van de Berga, jednego z najsłynniejszych trenerów juniorów w kraju.

Trenował czternastolatkę, Mary-Louise Bryant, w Laguna Beach. Mary-Louise zaczęła już wygrywać juniorskie mistrzostwa. W tamtym roku doszła do półfinału juniorskiego Wimbledonu.

– Lars zadzwonił, bo wszyscy w L.A. o tobie mówią – powiedział mój ojciec, kiedy jechaliśmy na południe autostradą w kierunku Laguna Beach.

Miałam na sobie białą spódniczkę tenisową i koszulkę polo oraz kremowy kardigan. Włożyłam nowe skarpetki i nowiuteńką, oślepiająco białą parę tenisówek.

Mój ojciec kupił cały strój tydzień wcześniej. Wyprał wszystko i rano przygotował do włożenia.

Kiedy zobaczyłam falbankę na tylnej części spodenek, spojrzałam na niego z nadzieją, że nie mówi poważnie. Ale z wyrazu jego twarzy wynikało, że jednak tak. Więc je włożyłam.

– Udaje, że to tylko mecz towarzyski – kontynuował ojciec. – Ale chce sprawdzić, czy stanowisz zagrożenie dla Mary-Louise.

Już rozmawiano na temat mojej przyszłości. Wiedziałam, że wkrótce będę brała udział w turniejach, tak jak niektóre dzieci wiedzą, że pójdą na studia. I tak jak w przypadku studiów miałam wrażenie, że mój ojciec po cichu kombinuje, jak za to zapłacić.

Wierciłam się w fotelu, próbując sprawić, żeby kardigan nie obcierał mi szyi.

– Czy stanowię zagrożenie dla Mary-Louise? – zapytałam.

– Tak – odpowiedział.

Opuściłam szybę i patrzyłam, jak mijamy Pacyfik.

– Chcę, żebyś zastanowiła się nad swoim planem gry – rzekł ojciec. – Mary-Louise jest trzy lata starsza, więc musisz założyć, że jest wyższa, silniejsza, może bardziej pewna siebie. Jak to wpłynie na twoją strategię? Masz pięć minut.

– Dobrze.

Ojciec podgłośnił radio i skupił się na drodze. Wkrótce ruch znacznie zwolnił i zatrzymaliśmy się. Obserwowałam dzieci bawiące się w piasku. Widziałam dwie dziewczynki w moim wieku, które budowały zamek.

Przepaść między mną a rówieśniczkami zawsze była znacząca, ale teraz wydawała się prawie nie do pokonania.

Pół sekundy później znów ruszyliśmy, a ja się zastanawiałam, dlaczego ktoś chciałby budować coś z piasku, skoro to coś jutro zniknie i nie będzie czym się pochwalić.

– Bueno, contame[23]– odezwał się tata. – Jaki masz plan?

– Jeśli jest silniejsza ode mnie, muszę sprawić, żeby jak najwięcej biegała przy siatce, uderzać po skosie. Niewątpliwie czuje się dość pewnie, więc muszę nią wstrząsnąć na samym początku. Jeśli będzie się obawiać, że jedenastolatka ją pokona, wtedy jedenastolatka ją pokona.

– Muy bien[24] – pochwalił i przybił mi piątkę. – Mój Achilles. Największy z Greków.

Powstrzymałam uśmiech.

 

Mary-Louise wygrała rzut monetą i zdecydowała się serwować jako pierwsza.

Stanęłam na linii końcowej i odbiłam napięte struny mojej rakiety o dłoń. Trzymałam uchwyt i obracałam rakietę w dłoni.

Spojrzałam na nowiuteńkie buty. Zauważyłam ryskę na czubku. Schyliłam się i ją wytarłam.

Lars i mój ojciec siedzieli na ławce. Lars miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, piaskowe włosy i uśmiech, który nigdy nie docierał do oczu. Przedstawił Mary-Louise mojego ojca jako Jaguara tonem, który mnie zaniepokoił.

Mary-Louise stała po drugiej stronie kortu. Nosiła białą tenisową spódniczkę i sweter, a na włosach pasującą opaskę. Kiedy wstała, zobaczyłam ją w pełnej krasie: wysoką, szczupłą, o kanciastej i delikatnej twarzy. Może to kwestia idealnej falbanki na spódniczce albo swobody, z jaką trzymała drewnianą rakietę Dunlop Maxply Fort, ale miałam wrażenie, że choć na korcie obie czujemy się jak w domu, nie dogadałybyśmy się w innych sprawach.

Posłała mi uśmiech. Pomyślałam, że jest najładniejszą dziewczyną, jaką widziałam w życiu.

Nie łudziłam się, że jestem piękna. Byłam przysadzista i miałam szerokie ramiona, do tego łydki i przedramiona grubsze niż koleżanki z klasy. Niektóre z popularniejszych dziewczyn – te, które nosiły kokardy i kardigany, te, za którymi chłopcy gonili na przerwie – zaczęły mnie przezywać, kiedy nauczycielka nie słyszała.

Gdy pewnego ranka weszłam do klasy, Christina Williams szepnęła głośno do Diane Richards:

– Idzie. Bum, bum, bum. – Jakby ciężar moich kroków wstrząsał salą w posadach, kiedy zmierzałam do ławki.

Cała klasa wybuchnęła śmiechem.

– Przynajmniej nie dostałam dwói z testu z matmy, frajerko – rzuciłam, zajmując miejsce.

Znowu wybuchnęli śmiechem. Ale Christina się rozpłakała.

Nauczycielka to zauważyła i wezwała nas do siebie.

Kiedy przycisnęła Christinę, ta rozpłakała się jeszcze bardziej i zaprzeczyła, jakoby kiedykolwiek mi dokuczała. Ja nie spuszczałam głowy i przyznałam, co powiedziałam.

Jakimś cudem tchórzce uszło to na sucho, a ja zostałam wysłana do dyrektorki, która następnie zadzwoniła do mojego ojca. Przyjechał i zabrał mnie do domu.

Po wysłuchaniu mojej wersji wydarzeń udzielił mi reprymendy i kazał spojrzeć w lustro. Powiedział mi, że jestem piękna.

– Pichona, sos hermosa.

Przyjrzałam się swojej twarzy, żeby dostrzec to, o czym mówił. Miałam oliwkową skórę i zielone oczy matki. Kolor włosów ojca. Ale ciało, rysy… Nie wiedziałam, skąd się wzięły. Chciałam mieć takie loki jak rodzice. Chciałam mieć włosy mamy, jej szczupłe nadgarstki, jej idealny nos. Nie odziedziczyłam żadnej z tych cech.

– W ogóle nie jestem podobna do mamy – jęknęłam w końcu.

Była tak niezaprzeczalnie piękna. Miała wartość wypisaną na twarzy.

– Jesteś – odparł. – I silna jak ona.

Skupiłam się na swoich szerokich ramionach i potężnych rękach. Na szczęście nie musiałam być ładna. Moje ciało zostało stworzone do wojny.

I dzięki Bogu, bo miałam zamiar wykorzystać je, żeby zmiażdżyć piękną Mary-Louise Bryant.

0-0.

Mary-Louise podrzuciła piłkę i uderzyła. Kiedy biegłam do odbioru, pomyślałam, że najlepiej będzie, jeśli szybko odbiję ją z powietrza. Ale gdy zajęłam pozycję, zobaczyłam, że Mary-Louise zbliża się do siatki. Zakładała, że nie mam dość siły na uderzenie mijające. I tak w ostatniej chwili uderzyłam po ziemi. Musiała się spieszyć z powrotem i trafiła w siatkę.

Pierwszy punkt dla mnie. 0-15.

Wracając na linię końcową, zerknęłam na ojca. On i Lars mi się przyglądali. Lars wybałuszał oczy. Ojciec powstrzymywał uśmiech.

Przykucnęłam i czekałam na jej następny serw. Teraz Mary-Louise wyglądała na skupioną. Nagle piłka przeleciała nad siatką, szybka jak bicz. Nie mogłam jej odebrać.

15-15.

Każdy kolejny serw wprawiał mnie w osłupienie.

30-15

40-15.

I właśnie tak wygrała pierwszego gema.

Spojrzałam na ojca i zobaczyłam, jak marszczy brwi. Nie wiedziałam, co sobie myśli.

Teraz ja serwowałam. Każda piłka trafiała dokładnie tam, gdzie chciałam. Ustawiałam strzały kilka uderzeń do przodu. Mary-Louise biegała po całym korcie. Ale za każdym razem odbierała. Nasze długie wymiany ostatecznie kończyły się po jej myśli.

Pozostałam czujna. Za każdym razem trafiałam w piłkę. Ale niezależnie od tego, jak dobrze uderzałam, to nie miało żadnego znaczenia.

Wygrała pierwszego seta 7-5.

Byłam już wyczerpana. Ojciec bez słowa podał mi ręcznik. Odetchnęłam głęboko. Nie mogłam przegrać. Nie dopuszczałam takiej opcji.

Myślałam, że tym pierwszym punktem zbiję ją z tropu. Ale ją obudziłam. Dałam jej powód, żeby grała jak najlepiej.

Musiałam odebrać jej możliwość zwycięskich piłek. Z każdym serwisem celowałam w asy. To było ryzykowne. Mogłam popełnić podwójny błąd serwisowy. Ale czułam, że to moja jedyna szansa.

Mój pierwszy serw był twardy i odbił się wysoko. Rzuciła się za piłką i wybiła ją poza linię boiska. 15-0.

Zrobiłam to ponownie. 30-0.

Spojrzałam na ojca, podnosząc piłkę, i zobaczyłam, że na jego twarz wpłynął uśmiech.

Zaserwowałam płasko, ale tym razem blisko T. Przeleciał obok niej. 40-0.

Miałam ją. Czułam mrowienie na czubku głowy i na karku. Czułam przestrzeń między stawami, płynność mięśni. Czułam szum w kościach.

Zaserwowałam nisko i szybko. Returnowała z rotacją, którą rozumiałam od urodzenia. Wiedziałam, dokąd poleci piłka, jak się odbije. Uderzyłam ją z całej siły. Piłka po jej odbiorze wypadła za kort.

Wygrałam. Teraz było 1-1 i wszystko sprowadzało się do tego, kto wygra trzeciego seta.

Po pierwszym serwie Mary-Louise w następnym gemie walczyłyśmy o punkt, ale skończyło się na tym, że uderzyła nisko po ziemi i piłka śmignęła obok mnie. Chciałam krzyknąć, ale wiedziałam, że ojciec by tego nie zaakceptował.

Z tym mrowieniem jest tak, że może przejść równie szybko, jak się pojawi.

Mary-Louise przejęła kontrolę nad kortem. Przełamała mój serwis i wygrała gema. Szybko reagowałam. Biegałam jak szalona. Ale to nie wystarczyło.

Kiedy zdobyła ostatni punkt, upadłam na kolana. Czułam, że świat rozpada się na kawałki. Przez chwilę siedziałam na ziemi z zamkniętymi oczami.

Gdy je otworzyłam, Mary-Louise i Lars rozmawiali przy ławce, a mój ojciec stał nade mną i podawał mi rękę.

Miał pogodną twarz okalaną ciemnymi kręconymi włosami. Jego rzęsy były długie, brwi pełne, a oczy jasnobrązowe. Nie mogłam w nie spojrzeć.

– Vámonos – powiedział. – Możemy iść.

Wstałam i skupiłam wzrok na Mary-Louise. Wiedziałam, co muszę zrobić. Musiałam tylko znaleźć w sobie siłę.

Podeszłam do niej.

– Zagrałaś piękny mecz – odezwałam się.

Kiedy wypowiadałam te słowa, nie byłam sobą. Mój głos pozostał szorstki i zimny, intonacja kompletnie płaska. Wyciągnęłam rękę, żeby uścisnąć jej dłoń, a ona się uśmiechnęła i natychmiast ją przyjęła.

– Carrie – zaczęła. – To najtrudniejszy mecz, jaki grałam od dawna.

– Dziękuję, że tak mówisz, ale wygrałaś.

– Nie pokonałabym cię, gdybym miała jedenaście lat.

– Dzięki – rzuciłam.

Ale na pewno wiedziała, że jedyne, co miało znaczenie, to moja porażka.

Spakowaliśmy z ojcem nasze rzeczy i wróciliśmy do samo­chodu. Schowałam rakietę w pokrowcu i wrzuciłam ją do tyłu, a potem opadłam na fotel.

Kiedy tata wsiadł do auta, wpatrywałam się w schowek, próbując powstrzymać łzy, które napływały mi do oczu.

– Hablemos[25] – zagaił.

– Nie powinieneś był kazać mi z nią grać – wyrzuciłam z siebie łamiącym się głosem.

Ojciec pokręcił głową.

– Ni lo intentes[26] – powiedział. – Nie taką lekcję powinnaś z tego wyciągnąć. Spróbuj jeszcze raz.

– Nienawidzę tenisa! – krzyknęłam i kopnęłam schowek.

– Nie kop mojego auta. Powinnaś być mądrzejsza.

Zamknęłam oczy i próbowałam odetchnąć. Kiedy je otworzyłam, nie mogłam patrzeć na ojca. Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam, jak po drugiej stronie ulicy kobieta wychodzi z domu i odbiera pocztę. Zastanawiałam się, czy ona też miała okropny dzień. A może jej życie nie wyglądało tak jak moje. Może była wolna od tej całej presji, tego poczucia, że żyje albo umiera, myśląc jedynie o tym, jak dobrze coś potrafi. Czy ciążyła na niej potrzeba wygrywania we wszystkim, co robiła? Czy żyła bez żadnego celu?

Przeniosłam wzrok na ojca, ale on się nie odwrócił. I właśnie wtedy poczułam, że w końcu go zawiodłam. Udowodniłam, że nie jestem godna całej wiary, jaką we mnie pokładał.

– Skończyłaś? – zapytał. – Z histerią?

– Nadal… chcesz mnie trenować? – odpowiedziałam pytaniem.

Zrobił minę, której nie potrafiłam odczytać. Pokręcił głową i kciukiem otarł mi łzy.

– Cariño, jak mogłaś w ogóle o to zapytać? – Popatrzył mi w oczy. – Jestem bardziej dumny z bycia twoim ojcem i twoim trenerem dzisiaj niż kiedykolwiek wcześniej.

– Jak to możliwe?

– Wiem, że jesteś zdenerwowana, bo przegrałaś.

– Poniosłam porażkę – powiedziałam. – Więc jestem porażką.

Tata pokręcił głową. Uśmiech nie schodził mu z twarzy.

– Jesteś tak bardzo podobna do mnie, hija. Ale teraz proszę, posłuchaj: byłem tak skupiony na uczeniu cię wygrywania, że nie nauczyłem cię, że każdy przegrywa mecze.

– Ja nie jestem każdy. Mam być najlepsza.

– I będziesz. Dzisiaj to udowodniłaś. Dziś zagrałaś swój najlepszy mecz w życiu.

Spojrzałam na niego.

– Czy kiedykolwiek zagrałaś tyle uderzeń po ziemi tuż przed linią końcową? – zapytał.

– Nie – odparłam.

– Czy kiedykolwiek zaserwowałaś trzy asy z rzędu jak dzisiaj?

Zaczęłam tupać nogą.

– Nie. Mój pierwszy serw był świetny.

– Byłaś niesamowita, cariño – pochwalił. – Biegałaś po piłkę prawie przy każdym strzale.

– Tak, ale potem przez połowę czasu trafiałam w siatkę.

– Bo jeszcze nie jesteś zawodniczką, którą kiedyś się staniesz.

Moje powściągliwe serce nieznacznie się otworzyło.

– Z każdym meczem jesteś o jeden mecz bliżej do zostania największą tenisistką, jaką widział świat. Nie urodziłaś się tą osobą. Urodziłaś się, by nią zostać. I właśnie dlatego z każdym wejściem na kort musisz dawać z siebie wszystko. Nie po to, żeby pokonać przeciwniczkę…

– Ale po to, żeby stać się bardziej sobą – dokończyłam.

– Teraz zaczynasz rozumieć. – Ojciec się ucieszył. – Dziś grałaś najlepszego tenisa w swoim życiu.

– A ty jesteś zadowolony. Ze mnie. Bo grałam świetnie.

– Bo grałaś najlepiej w życiu.

– I każdego dnia będę grała coraz lepiej – obiecałam. – Aż pewnego dnia będę najlepsza.

– Aż nie osiągniesz pełni swoich możliwości. To jest najważniejsze. Nie zatrzymamy się nawet na sekundę, dopóki nie będziesz najlepszą wersją siebie – podsumował. – Nie będziemy odpoczywać. Aż w końcu to stanie się prawdą. Algúndía[27].

– Bo wtedy będę tą osobą, którą mam być.

– Exacto.

Ojciec skupił się na kierownicy i wrzucił bieg. Jednak zanim wyjechał na drogę, spojrzał na mnie jeszcze raz.

– Nigdy więcej się nie zastanawiaj, czy przestanę cię trenować, hija. Nunca[28].

Przytaknęłam z uśmiechem. Chyba doskonale rozumiałam, co chciał mi przekazać.

– Ponieważ dzisiaj było dobrze – odezwałam się kilka chwil później – myślałam o tym, co zrobiłam. No wiesz, co zadziałało.

– Contame[29].