Siedem dni - Katarzyna Bester - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Siedem dni ebook i audiobook

Katarzyna Bester

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

24 osoby interesują się tą książką

Opis

Każdy zabójca popełnia kiedyś błąd… Podobno.

Listopadowe dochodzenie odcisnęło piętno na Harrym Belmoncie i Faith Adams. Podczas gdy legendarny śledczy zaszywa się w swoim leśnym azylu, by odreagować brutalne wydarzenia, Faith nie przestaje tropić przestępców.

Kiedy pewnego deszczowego dnia jedzie na miejsce zbrodni, jest świadkiem wypadku, w którym ginie młody dziennikarz radiowy. Człowiek znany z bezlitosnej krytyki policji… i samego Belmonta.

Zdeterminowany, by bronić swojej reputacji, Harry wraca do wydziału zabójstw. Razem z Faith i jej nowym partnerem, Landonem Sharpem, zagłębia się w śledztwo, które z każdym dniem przybiera coraz mroczniejszy obrót. Wkrótce okazuje się, że śmierć radiowca nie była przypadkowa i może być powiązana ze zbrodniami, jakie w ostatnim czasie wstrząsnęły Nowym Jorkiem.

Harry, Faith i Landon muszą działać szybko, by zapobiec dalszemu rozlewowi krwi. Wszystkie niedawne ofiary zostały zamordowane w wyjątkowo brutalny sposób.
I wszystkie straciły życie w przeciągu siedmiu dni.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 341

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 20 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Diana Giurow i Mikołaj Krawczyk

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Rozdział pierwszy

Faith

Do dupy z taką wio­sną. Leje jak z ce­bra, a wy­cie­racz­ki le­d­wo na­dą­ża­ją z ro­bo­tą. W do­dat­ku trzy prze­czni­ce stąd cze­ka na mnie le­karz są­do­wy oraz gru­pa tech­ni­ków. Są też zwło­ki, ale im się ra­czej nie śpie­szy. Wo­la­ła­bym się jed­nak nie spóź­niać przez ten pie­przo­ny ko­rek, z któ­re­go przed chwi­lą uda­ło mi się wy­rwać. Przez czter­dzie­ści mi­nut prze­su­wa­łam się tyl­ko w sznu­rze aut, ale wresz­cie jaz­da na­bra­ła tem­pa. Mru­żę oczy, bo świa­tła sa­mo­cho­du znaj­du­ją­ce­go się przed moim roz­ma­zu­ją się w stru­gach desz­czu i trud­no mi oce­nić od­le­głość. Mu­szę je­chać zgod­nie z za­sa­da­mi, mimo że przy­da­ło­by się po­śpie­szyć. Bez­pie­czeń­stwo na dro­dze jest jed­nak waż­niej­sze niż chwi­la spóź­nie­nia. Jako stróż pra­wa po­win­nam da­wać przy­kład za kie­row­ni­cą. Poza tym nie wy­glą­da­ło­by to do­brze, gdy­bym…

– No i chuj – szep­czę do sie­bie, wal­nąw­szy w sa­mo­chód z przo­du. – Nic się panu nie sta­ło?! – drę się przez okno, ob­ser­wu­jąc wy­sia­da­ją­ce­go z wozu fa­ce­ta.

Chy­ba mnie nie sły­szy przez tę ule­wę. Od­pi­nam pas i opusz­czam po­jazd, na­su­wam kap­tur na gło­wę i szyb­ko zer­kam na uszko­dze­nia. Nie ude­rzy­łam moc­no, więc nie spo­dzie­wam się tra­ge­dii. W świe­tle re­flek­to­rów wi­dać głów­nie pa­da­ją­cy deszcz, ale uda­je mi się oce­nić szko­dy. Drob­ne rysy na zde­rza­ku, może ko­leś nie bę­dzie się rzu­cał. Po­ka­żę bla­chę i za­ła­twi­my to szyb­ko, a przy­naj­mniej taką mam na­dzie­ję, bo nie chcę tu­taj mok­nąć. No i słu­chać tych wku­rza­ją­cych dźwię­ków, któ­re już się uru­cho­mi­ły. Nie zno­szę lu­dzi, któ­rzy uży­wa­ją klak­so­nu przed uży­ciem mó­zgu.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – py­tam, pod­cho­dząc do kie­row­cy, któ­ry wciąż stoi obok drzwi i nie wy­ko­nu­je żad­ne­go ru­chu.

Za nami two­rzy się ko­rek, ale ta gor­sza część mnie cie­szy się, że nie mu­szę w nim tkwić, bo znaj­du­ję się na po­cząt­ku. Ja i nie­ru­cho­my kie­row­ca Hon­dy.

– Chy­ba nie – duka, a ja po­dą­żam za jego prze­ra­żo­nym spoj­rze­niem.

Nie, bła­gam, niech to bę­dzie tyl­ko zły sen. Na­tych­miast pod­bie­gam do le­żą­ce­go na dro­dze męż­czy­zny. Nie śni mi się. Nie­ste­ty. Re­je­stru­ję, że z in­nych sa­mo­cho­dów też wy­sia­da­ją lu­dzie. Uno­szę wzrok i wska­zu­ję pal­cem ko­bie­tę, któ­ra wła­śnie trza­snę­ła drzwia­mi swo­je­go auta.

– Pro­szę za­dzwo­nić pod dzie­więć­set je­de­na­ście! – in­stru­uję ją gło­śno.

Klę­kam na mo­krym as­fal­cie i spraw­dzam puls czło­wie­ka, któ­ry leży po­mię­dzy dwo­ma sa­mo­cho­da­mi. Skąd on się tu wziął? Prze­cież w tym miej­scu nie ma przej­ścia. Wy­biegł zza drzew? Ale co ro­bił w par­ku? Nie wy­glą­da i nie pach­nie jak bez­dom­ny.

– Nie chcia­łem go po­trą­cić – wy­zna­je spa­ni­ko­wa­ny kie­row­ca, w któ­re­go po­jazd wal­nę­łam.

– Od­bił mi się od tyl­nej szy­by – tłu­ma­czy go­rącz­ko­wo fa­cet z dru­gie­go sa­mo­cho­du.

Cho­le­ra, nie wy­czu­wam pul­su. Spo­glą­dam na ko­bie­tę, któ­ra mia­ła we­zwać po­moc. Wi­dzę, że gada, przy­ci­ska­jąc te­le­fon do ucha. Oby po­go­da nie oka­za­ła się prze­szko­dą i ka­ret­ka do­tar­ła w mia­rę szyb­ko. Niech to szlag. Nie­na­wi­dzę wy­pad­ków dro­go­wych. Wra­ca­ją do mnie wspo­mnie­nia pew­nej nocy sprzed lat, ale po­trzą­sam gło­wą, aby po­zbyć się wy­obra­że­nia ma­łej Na­ta­lie i roz­pę­dzo­ne­go sa­mo­cho­du. Prze­szłość nie może rzu­to­wać na moją pra­cę. Sku­piam się na tu i te­raz i po­now­nie pró­bu­ję wy­czuć puls. Nic. Mam na­dzie­ję, że ten czło­wiek prze­ży­je, choć nie wy­glą­da to do­brze. Z jego roz­bi­tej gło­wy wy­le­wa się stru­mień krwi, któ­ra mie­sza się z pły­ną­cą po szo­sie wodą.

– Je­cha­łem wol­no – kon­ty­nu­uje kie­row­ca, któ­ry po­trą­cił tego nie­szczę­śni­ka. – Wy­sko­czył na­gle. Nie wi­dzia­łem go.

Wie­rzę temu fa­ce­to­wi, ale nie mam cza­su zaj­mo­wać się po­trą­ce­niem praw­do­po­dob­nie ze skut­kiem śmier­tel­nym. Mu­szę je­chać na miej­sce zna­le­zie­nia in­nych zwłok. Łu­dzę się, że ten tu­taj jesz­cze nie zszedł ze świa­ta, ale nie­wy­czu­wal­ny puls każe mi po­rzu­cić na­iw­ną wia­rę w do­bro. Sko­ro nie mogę po­móc temu nie­szczę­śni­ko­wi, po­win­nam cho­ciaż za­dbać o to, żeby świad­ko­wie byli na miej­scu, gdy przyj­dzie do skła­da­nia ze­znań. Wzdy­cham, po­pra­wiam kap­tur, a po­tem pod­no­szę się z ko­lan i wy­cią­gam od­zna­kę.

– Pro­szę się nie od­da­lać – in­for­mu­ję obu kie­row­ców. – Za­raz zja­wią się służ­by i wszyst­ko wy­ja­śni­my.

Obaj po­słusz­nie po­ta­ku­ją. Tyle do­brze, że nie mu­szę ści­gać ko­goś, kto zbiegł z miej­sca wy­pad­ku. Że też to przy­tra­fi­ło się aku­rat mnie. Ma­sa­kra. Roz­glą­dam się i oce­niam praw­do­po­do­bień­stwo, że ko­leś wsko­czył pro­sto pod sa­mo­chód. W su­mie nie ma na so­bie kurt­ki prze­ciw­desz­czo­wej czy swe­tra, a jest dość chłod­no, więc bar­dzo moż­li­we, że pę­dził ode­brać so­bie ży­cie. W do­dat­ku jest boso, za­tem nie­wy­klu­czo­ne, że był pod wpły­wem nar­ko­ty­ków i do ga­lo­pu ku śmier­ci po­pchnę­ła go chwi­la utra­ty kon­tak­tu z rze­czy­wi­sto­ścią. Wziął coś moc­ne­go, ode­rwał się od świa­ta, ze­rwał z ka­na­py i po­biegł. Bied­ny chło­pak. Wy­glą­da na młod­sze­go ode mnie. Miał przed sobą dłu­gie lata mniej lub bar­dziej cie­ka­wych do­świad­czeń. Za­wsze boli mnie du­sza, gdy je­stem świad­kiem ta­kiej sy­tu­acji.

Od­wra­cam się w re­ak­cji na zna­jo­my dźwięk. Chwi­lę póź­niej chłop­cy opusz­cza­ją sa­mo­chód i na­tych­miast mnie roz­po­zna­ją. Pod­cho­dzę do nich i wy­ja­śniam, co tu za­szło.

– Puk­nę­łam tego w Hon­dzie – do­da­ję. – Mo­że­cie to za­ła­twić beze mnie? Je­stem w dro­dze na miej­sce zbrod­ni.

– Ja­sne – za­pew­nia mnie Will, z któ­rym koń­czy­łam aka­de­mię. – Dam ci znać, jak coś usta­li­my. Prze­jedź tam­tę­dy – mówi, wska­zu­jąc mi dro­gę dło­nią.

Ki­wam im gło­wą na po­że­gna­nie i wra­cam do sa­mo­cho­du. Co za fa­tal­ny dzień. Zer­kam na te­le­fon. Mam nie­ode­bra­ne po­łą­cze­nie od Lan­do­na, mo­je­go no­we­go part­ne­ra, z któ­rym za­czę­łam pra­co­wać w grud­niu. Jest w po­rząd­ku, ale nie plot­ku­je­my po pra­cy, jak ro­bi­łam to z Norą, bo de­tek­tyw Sharp zwy­kle śpie­szy się do żony i dzie­ci. Te­raz też pew­nie od­li­cza czas do koń­ca służ­by, a ja za­gi­nę­łam w ak­cji. Na­tych­miast od­dzwa­niam, uru­cha­mia­jąc sil­nik.

– Fa­ith, gdzie je­steś? – za­czy­na, ode­braw­szy.

– Będę za dzie­sięć mi­nut – obie­cu­ję. – Był wy­pa­dek.

– Nic ci się nie sta­ło?

– Mnie nie, ale ob­tar­łam ko­muś zde­rzak.

– Mo­gło być go­rzej – ko­men­tu­je Lan­don.

– W su­mie ten zde­rzak to nie jego naj­więk­sze zmar­twie­nie – wy­ja­śniam. – Po­trą­cił fa­ce­ta, któ­ry rze­ko­mo na­gle wy­sko­czył na dro­gę. Wy­da­je mi się, że nie prze­żył.

– O kur­wa – sy­czy. – Je­śli mu­sisz tam być, za­ła­twię tu wszyst­ko sam.

– Nie, nie, już jadę. Chłop­cy z dro­gów­ki da­dzą mi znać, co usta­li­li w związ­ku ze stłucz­ką. Już są na miej­scu.

– Okej, w ta­kim ra­zie cze­ka­my. Tech­ni­cy za­czę­li pra­cę, bo obej­rza­łem cia­ło.

– Ja już jed­no dziś wi­dzia­łam, więc je­ste­śmy kwi­ta – pró­bu­ję żar­to­wać, bo w na­szym za­wo­dzie trze­ba się ra­to­wać przed po­chło­nię­ciem przez ciem­ność.

Znów mam przed ocza­mi wy­pa­dek. Naj­pierw ten sprzed chwi­li, a po­tem ten sprzed lat. Zim­ny dreszcz peł­znie mi po krę­go­słu­pie. Po raz ko­lej­ny prze­szłość wy­cią­ga po mnie swo­je szpo­ny, ale mak­sy­mal­nie sku­piam się na dro­dze. Dru­ga ko­li­zja zde­cy­do­wa­nie po­psu­ła­by mi dzień, któ­ry już nie na­le­ży do uda­nych.

Nie­speł­na kwa­drans póź­niej wkra­czam do bu­dyn­ku, w któ­rym ktoś stra­cił ży­cie. Na ele­wa­cji wi­szą ta­blicz­ki z na­zwa­mi firm, a prze­szklo­ne drzwi na pew­no zo­sta­ły już spraw­dzo­ne pod ką­tem od­ci­sków pal­ców. Ma­cham na po­wi­ta­nie dwóm tech­ni­kom, któ­rzy uważ­nie oglą­da­ją przy­ci­ski win­dy. Wcho­dzę na pierw­sze pię­tro, zo­sta­wia­jąc za sobą mo­kre śla­dy. Przed żół­tą ta­śmą zdej­mu­ję kurt­kę, bo nie chcę za­lać miej­sca zna­le­zie­nia zwłok.

– Wy­bacz­cie spóź­nie­nie – rzu­cam. – Co mamy?

– Męż­czy­zna, lat pięć­dzie­siąt osiem, we­dług le­ka­rza są­do­we­go nie żyje od ja­kichś dzie­się­ciu go­dzin – od­po­wia­da Lan­don. – Cia­ło zna­la­zła żona. Przy­szła spraw­dzić, dla­cze­go nie wró­cił po po­łu­dniu z pra­cy. Te­le­fon mil­czał, więc za­czę­ła się mar­twić.

Po­dą­żam za nim do po­miesz­cze­nia, w któ­rym znaj­du­ją się ciem­ne me­ble biu­ro­we, skó­rza­ne fo­te­le oraz otwar­te drzwi do nie­wiel­kiej ła­zien­ki. Idę w ich kie­run­ku. W wan­nie leży mar­twy męż­czy­zna, a wo­kół nie­go uwi­ja­ją się tech­ni­cy. Przy­glą­dam się twa­rzy za­ata­ko­wa­nej przez stę­że­nie po­śmiert­ne i wy­da­je mi się, że już ją wi­dzia­łam.

– To jego biu­ro – oznaj­mia Lan­don. – Był…

– Znam go – wtrą­cam, nie mo­gąc ode­rwać wzro­ku od twa­rzy de­na­ta. – Wiem, kto to jest.

Robi mi się tro­chę sła­bo, ale wzdry­gam się, bo na­gle roz­dzwa­nia się mój te­le­fon.

Rozdział drugi

Faith

W biu­rze zdej­mu­ję okry­cie, opa­dam na fo­tel i ma­rzę o go­rą­cej ka­wie. Lan­don chy­ba ma­rzy o wyj­ściu do domu, bo cią­gle zer­ka na ze­ga­rek.

– Ja­kieś przed­sta­wie­nie w szko­le? – za­ga­jam.

– Pro­szę? – Uno­si na mnie za­sko­czo­ne spoj­rze­nie.

– Spraw­dzasz go­dzi­nę. Je­śli masz cie­kaw­sze rze­czy do ro­bo­ty niż zbie­ra­nie da­nych o de­na­cie, nie krę­puj się. Sama naj­chęt­niej za­szy­ła­bym się w domu pod ko­cem. Na cie­bie pew­nie cze­ka­ją lek­cje do od­ro­bie­nia albo ja­kiś tre­ning.

Lan­don się śmie­je, po czym wsta­je i oświad­cza:

– Ni­g­dzie się nie śpie­szę. Moja żona ma dziś roz­mo­wę o pra­cę i spraw­dza­łem, czy już jest po, bo nic się nie od­zy­wa i za­czy­nam się nie­po­ko­ić.

– Ach, nie wie­dzia­łam. Ja­kaś wy­ma­rzo­na po­sa­da?

– Tak, w jej bran­ży to bar­dzo ce­nio­na miej­sców­ka, ale opo­wiem wię­cej, je­śli uda jej się tam prze­nieść.

– Ja­sne. Nie za­pe­szaj­my – zga­dzam się z nim, a na­stęp­nie py­tam: – Wy­cho­dzisz?

– Sko­czę po kawę – in­for­mu­je, na­rzu­ca­jąc na sie­bie płaszcz. – Leje, jest chłod­no, a bez sen­su sie­dzieć tu bez ko­fe­iny.

– Nie mo­głam pro­sić o lep­sze­go part­ne­ra – kwi­tu­ję i pusz­czam do nie­go oko.

Wy­cho­dzi, śmie­jąc się z mo­ich słów. Miło z jego stro­ny, że umie za­cho­wać się jak gen­tle­man i upo­lo­wać kawę w tak chu­jo­wą po­go­dę. Desz­czo­wy wie­czór nie sprzy­ja ak­tyw­no­ści umy­sło­wej. Uru­cha­miam kom­pu­ter i po­sta­na­wiam jak naj­szyb­ciej po­zy­skać dane o na­szym de­na­cie, żeby móc za­brać je do domu, za­miast kwit­nąć tu­taj całą noc. Przy­po­mi­nam so­bie cia­ło w nie­wiel­kiej ła­zien­ce przy biu­rze. Swo­ją dro­gą fa­cet mu­siał spę­dzać dużo cza­su w pra­cy, sko­ro za­dbał na­wet o wan­nę. Wan­nę, w któ­rej umarł lub zo­stał umiesz­czo­ny po śmier­ci. Deszcz ude­rza w okno, a ja drżę, choć nie zmar­z­łam. Szar­pią mną emo­cje. Nie mogę się do­cze­kać, aż Lan­don wró­ci z kawą.

– Przej­rzyj­my two­je po­czy­na­nia, Gor­don – mó­wię sama do sie­bie, wy­szu­ku­jąc w sie­ci wia­do­mo­ści o na­szej ofie­rze.

Wie­dzia­łam, że skądś znam twarz Gor­do­na My­er­sa. Oka­za­ło się, że był ja­sno­wi­dzem, któ­ry nie stro­nił od kon­tak­tów z me­dia­mi, a wręcz ich łak­nął. Cza­sem po­ka­zy­wa­no go w ogól­no­kra­jo­wej te­le­wi­zji, jak chwa­lił się swo­imi osią­gnię­cia­mi. Część z nich była efek­tem po­li­cyj­nej pra­cy, nie szkla­nej kuli pana My­er­sa, ale lu­dzie ga­da­li, że nie­któ­re po­rwa­ne oso­by na­mie­rzył sa­mo­dziel­nie. Nie za­wsze do­pro­wa­dzał ro­dzi­nę do ży­we­go za­gi­nio­ne­go, cza­sem nie­ste­ty do jego zwłok, ale mimo wszyst­ko wie­lu wie­rzy­ło w jego nad­przy­ro­dzo­ne moce i nie na­rze­kał na brak za­ję­cia. Pa­mię­tam, że kie­dyś wszedł w kon­flikt z po­li­cją, bo jego wer­sja wy­da­rzeń – wy­czy­ta­na ze szczot­ki za­gi­nio­nej dziew­czyn­ki – róż­ni­ła się od tego, co usta­li­li śled­czy. Wręcz ob­ra­żał po­li­cjan­tów w te­le­wi­zji, pró­bu­jąc na­sta­wiać prze­ciw­ko nim spo­łe­czeń­stwo. Okrut­ny los po­ka­zał, że to de­tek­ty­wi mie­li ra­cję, i dziec­ko zna­le­zio­no mar­twe w ja­kimś le­sie. Było wte­dy gło­śno w me­diach. Nick zaj­mo­wał się tym te­ma­tem w swo­jej ga­ze­cie. Ostat­nia spra­wa My­er­sa też nie za­koń­czy­ła się po­myśl­nie dla ofia­ry i jej bli­skich. To, co ich spo­tka­ło, jest prze­ra­ża­ją­ce.

– Czy­tasz o na­szej gwieź­dzie? – Głos Lan­do­na spra­wia, że pod­ska­ku­ję na krze­śle. – Nie chcia­łem cię wy­stra­szyć – do­da­je, sta­wia­jąc przede mną wiel­ki ku­bek kawy.

– Wy­ba­czam ci – oświad­czam, po czym za­nu­rzam usta w bo­skim nek­ta­rze.

– Co my­ślisz o śmier­ci My­er­sa? – pyta Sharp, za­jąw­szy swo­je miej­sce.

– Nie mam jesz­cze żad­nej teo­rii. A ty?

– Ko­szu­la była wil­got­na. My­ślisz, że uto­nął?

– W wan­nie nie było wody – przy­po­mi­nam. – Może ob­my­wał twarz i się ochla­pał. Albo prał ko­szu­lę w biu­rze, bo się wy­bru­dził.

– A może zgi­nął w tej wan­nie, gdy była peł­na. Moż­li­we też, że uto­pio­no go w ja­kimś zbior­ni­ku wod­nym – zga­du­je Lan­don.

– Jaki in­te­res miał­by za­bój­ca, prze­no­sząc cia­ło z in­ne­go miej­sca aku­rat do biu­ra?

– Ktoś chciał, żeby go zna­le­zio­no, bo pla­no­wał prze­słać wia­do­mość – su­ge­ru­je Lan­don. – Może Gor­don My­ers wziął od ko­goś kupę szma­lu, nie po­mógł i te­raz ktoś się na nim ze­mścił. Wiesz, ku prze­stro­dze dla in­nych. To nie był je­dy­ny wróż­bi­ta w mie­ście.

– To bar­dzo praw­do­po­dob­ne – przy­zna­ję. – Po­win­ni­śmy przej­rzeć jego do­ku­men­ty i spraw­dzić każ­de­go, kogo na­dzie­ję za­wiódł. Zo­ba­czy­my, co po­wie dok­tor Nel­son po sek­cji zwłok.

Mój part­ner wzdy­cha, a na­stęp­nie od­sta­wia kawę, za­ka­su­je rę­ka­wy i włą­cza kom­pu­ter.

– Ju­tro prze­szu­ka­my jego biu­ro – pro­po­nu­je. – A dziś sprawdź­my, czy pan ja­sno­widz nie za­li­czył nie­daw­no ja­kiejś me­dial­nej wto­py. To może wska­zać nam pierw­szych po­dej­rza­nych.

– Wcho­dzę w to – za­pew­niam i za­bie­ram się do pra­cy. – Za­cznę od She­ili Har­tley.

Tata pie­cze cia­sto. Sto­ję w pro­gu kuch­ni i ga­pię się na po­czy­na­nia sta­rusz­ka. On śmie­je się i pyta:

– Wszyst­ko w po­rząd­ku, Fa­ith?

– Upie­kłeś cia­sto?

– Tak. Jak tyl­ko wy­sty­gnie, dam ci spró­bo­wać. Mu­szę jesz­cze skoń­czyć ro­bić masę – wy­ja­śnia, mie­sza­jąc w mi­sce coś cze­ko­la­do­we­go. – Tro­chę mi z tym ze­szło, bo póź­no wró­ci­łem z za­ku­pów.

– Je­stem w szo­ku – wy­zna­ję, czym jesz­cze moc­niej go roz­ba­wiam.

– Bę­dziesz w więk­szym, jak tego spró­bu­jesz. Cze­ko­la­da w no­wej od­sło­nie.

– Kim je­steś i co zro­bi­łeś z moim oj­cem?! – wo­łam, opusz­cza­jąc kuch­nię.

Idę pod prysz­nic, bo po­trze­bu­ję tro­chę go­rą­cej wody i od­prę­że­nia. Wio­sna za­czy­na się dość chłod­no i desz­czo­wo, a ja tę­sk­nię już za słoń­cem. Kil­ka dni temu były ja­kieś prze­bły­ski, ale przy­kry­ły je po­wra­ca­ją­ce chmu­ry. Po­trze­bu­ję re­lak­su, któ­ry daje mi cie­pły stru­mień wody oraz pięk­nie pach­ną­cy żel. Kwa­drans póź­niej wra­cam do kuch­ni w wy­god­nym dre­sie, a tata sta­wia przede mną mi­skę zupy.

– Ugo­to­wa­łem po pra­cy. Nowy prze­pis.

– Od tej ko­le­żan­ki, któ­ra wiecz­nie cię od­wo­zi? – py­tam z wred­nym uśmie­chem, ale oj­ciec uda­je, że nie sły­szał.

– Jak ci mi­nął dzień? – rzu­ca.

– Mia­łam stłucz­kę.

– Nic ci się nie sta­ło? – W jego gło­sie po­ja­wia się daw­ka tro­ski.

– Wszyst­ko okej, tato. Ob­tar­łam zde­rzak Hon­dy. Fa­cet za­trzy­mał się na­gle, bo po­trą­cił pie­sze­go.

– Co z tym pie­szym?

– Nie­ste­ty nie prze­żył ude­rze­nia.

– Ten kie­row­ca tra­fi do pu­dła?

Uśmie­cham się cie­pło, bo tata za­wsze mar­twi się o wszyst­kich, na­wet o nie­zna­jo­mych. Jest cu­dow­nym czło­wie­kiem, ale wo­la­ła­bym, żeby mniej się stre­so­wał. Nie jest to jed­nak pro­ste, kie­dy ma cór­kę po­li­cjant­kę.

– Dzwo­ni­li do mnie chłop­cy z dro­gów­ki – re­la­cjo­nu­ję. – Nie dość, że mi się upie­kło, bo oka­za­ło się, że zde­rzak był po­ry­so­wa­ny wcze­śniej, to w do­dat­ku po­dej­rze­wa­ją, że chło­pak wy­sko­czył znie­nac­ka i jak­by rzu­cił się pod koła. Nie wiem, jak skoń­czy się ta spra­wa, ale mam na­dzie­ję, że kie­row­ca Hon­dy, któ­rą rze­ko­mo ob­tar­łam, nie tra­fi do wię­zie­nia.

– Też mam taką na­dzie­ję – przy­zna­je tata.

– Nie przej­muj się – pro­szę go. – Temu chło­pa­ko­wi i tak nie wró­ci­my ży­cia, a oko­licz­no­ści wy­pad­ku mogą być ła­go­dzą­ce wzglę­dem…

Do­cie­ra do mnie dźwięk dzwo­nią­ce­go te­le­fo­nu. Truch­tam do ko­ry­ta­rza, bo zo­sta­wi­łam smart­fon w kie­sze­ni kurt­ki. Od­bie­ram po­łą­cze­nie.

– Hej, Will.

– Fa­ith, wy­bacz porę, ale po­my­śla­łem, że cię to za­in­te­re­su­je.

– Unie­win­ni­li fa­ce­ta z Hon­dy? – py­tam z na­dzie­ją.

– Jego los nie jest jesz­cze prze­są­dzo­ny, ale znam przy­pad­ki, kie­dy kie­row­cę unie­win­nio­no, bo pie­szy wtar­gnął na jezd­nię. Czu­ję, że to może być po­dob­na sy­tu­acja.

– Obyś miał słusz­ne prze­czu­cia, Will. A co chcia­łeś mi po­wie­dzieć?

– No wła­śnie. Do rze­czy. Zi­den­ty­fi­ko­wa­li­śmy ofia­rę.

– Szyb­ko. Miał przy so­bie do­ku­men­ty?

– Nie, ale je­den ze świad­ków go roz­po­znał. Dwie go­dzi­ny póź­niej była u nas jego sio­stra i po­twier­dzi­ła toż­sa­mość. To dzien­ni­karz ra­dio­wy.

– Jego słu­cha­cze będą tę­sk­nić – stwier­dzam.

– Oni na pew­no. W do­dat­ku my­śli­my, że roz­pę­ta­ją nam nie­złe pie­kło. Przy­go­tuj się na ka­me­ry na ko­mi­sa­ria­cie.

– O czym ty mó­wisz? – do­cie­kam, czu­jąc ścisk w żo­łąd­ku.

– Ten dzien­ni­karz, Phi­lip Bo­oker, nie zno­sił po­li­cji. Pro­wa­dził pro­gram na te­mat spraw kry­mi­nal­nych i za­wsze przy­pie­przył się do wto­py służb. Po pro­stu z nas szy­dził. Nie dość, że dzien­ni­ka­rze ze­chcą wie­dzieć wszyst­ko i na pew­no będą nas po­pę­dzać, bo zgi­nął je­den z nich, to jesz­cze jego wiel­bi­cie­le będą nam pa­trzeć na ręce, czy przy­kła­da­my się do wy­ja­śnie­nia spra­wy.

– Kur­wa – sy­czę. – Będą kwe­stio­no­wać każ­dy nasz ruch i wy­zy­wać od nie­udacz­ni­ków. Por­ta­le plot­kar­skie będą mia­ły uży­wa­nie. W do­dat­ku bra­łam udział w wy­pad­ku. Mam prze­je­ba­ne.

– Sta­ra­my się za­ko­pać ten fakt naj­głę­biej, jak się tyl­ko da, żeby me­dia nie mia­ły po­żyw­ki.

– Dzię­ki, Will.

– Dro­biazg. Nie­ste­ty o in­nej two­jej spra­wie Bo­oker ga­dał tak dużo i dłu­go, że pew­nie i tak będą cię wy­py­ty­wać. Dzwo­nię, żeby dać ci cynk, że dzien­ni­ka­rze mogą się na cie­bie uwziąć. Zresz­tą nie tyl­ko na cie­bie.

– To zna­czy? – py­tam, marsz­cząc brwi.

Will wzdy­cha, ści­sza głos i wy­ja­śnia:

– Przez ostat­nie mie­sią­ce jed­nym z ulu­bio­nych te­ma­tów Bo­oke­ra była spra­wa mor­der­cy znad rze­ki.

Jego sło­wa wy­wo­łu­ją u mnie uczu­cie chło­du. Wiem, co za­raz po­wie, a stres ści­ska mi gar­dło. Will kon­ty­nu­uje:

– Pro­gram Phi­li­pa Bo­oke­ra sku­piał się na cho­rych in­sy­nu­acjach, że de­tek­tyw pro­wa­dzą­cy spra­wę po­ma­gał mor­der­cy. Oczy­wi­ście nie ty by­łaś ce­lem jego zja­dli­wych ko­men­ta­rzy. Był nim…

Wcho­dzę mu w sło­wo, szep­cząc:

– Har­ry Bel­mont.

Rozdział trzeci

Harry

Ob­ser­wu­ję przez okno, jak w przy­go­to­wa­nym prze­ze mnie karm­ni­ku ko­tłu­je się pta­sia ban­da. Wczo­raj przy­wio­złem z mia­stecz­ka nowy wo­rek ziar­na, a te gło­do­mo­ry już od rana śpie­wa­ły odę do wy­żer­ki. Kur­wa, chy­ba sta­ję się lep­szym czło­wie­kiem, bo z nu­dów za­czą­łem do­kar­miać pta­ki, a mie­siąc temu za­pi­sa­łem się do bi­blio­te­ki. Wzdy­cham, się­gam po ku­bek her­ba­ty i uno­szę go do ust, de­lek­tu­jąc się nu­ta­mi ja­kiejś są­czą­cej się z ra­dia bal­la­dy. Sta­rze­ję się. To musi być to.

Cza­sem my­ślę o No­wym Jor­ku, jed­nak to też przy­pi­su­ję wie­ko­wi. Moje ro­dzin­ne mia­sto wzy­wa, ale roz­są­dek każe być głu­chym na to we­zwa­nie. W King­ston je­stem da­le­ko od spraw, któ­re nisz­czą mi ka­rie­rę i ła­mią ser­ce. Na wspo­mnie­nie ostat­niej z nich za­czy­na­ją mi się trząść dło­nie. Wszyst­ko jest jesz­cze świe­że, mimo że mi­nę­ło spo­ro cza­su. Emo­cje, któ­re tar­ga­ły mną w li­sto­pa­dzie, nie osła­bły. Wciąż czu­ję się… po pro­stu ni­jak. Po­byt tu­taj po­zwa­la mi za­cho­wać zdro­wie psy­chicz­ne i tro­chę pod­le­czyć du­szę.

Przy­my­kam po­wie­ki i po­mię­dzy dźwię­kiem mu­zy­ki a pta­sim śpie­wem do­cie­ra do mnie sy­gnał wia­do­mo­ści. Wsta­ję z fo­te­la i idę po te­le­fon, któ­ry leży na ko­mo­dzie. Pew­nie zno­wu pro­mo­cja na ja­kie­goś ro­bo­ta ku­chen­ne­go, któ­re­go nie po­trze­bu­ję.

Mój bło­gi na­strój gdzieś zni­ka, gdy od­czy­tu­ję SMS.

Eric:

Sły­sza­łeś już? Jak chcesz po­ga­dać, dzwoń.

Na­tych­miast do­pa­da­ją mnie mrocz­ne wi­zje, że Char­lie po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Nie, na pew­no nie. Dzwo­ni­li­by do mnie od razu. O co za­tem cho­dzi? Za­wie­szam pa­lec nad zie­lo­ną słu­chaw­ką, żeby prze­py­tać przy­ja­cie­la, o czym to mia­łem sły­szeć w mo­jej sa­mot­ni. W tej chwi­li jed­nak w ra­diu za­czy­na­ją się wia­do­mo­ści i wszyst­ko sta­je się ja­sne. Spi­ker na­wi­ja:

– Wczo­raj wcze­snym wie­czo­rem zgi­nął nasz re­dak­cyj­ny ko­le­ga, Phi­lip Bo­oker. Zo­stał śmier­tel­nie po­trą­co­ny przez sa­mo­chód. Po­li­cja bada oko­licz­no­ści zda­rze­nia. Za­rów­no my, jak i ro­dzi­na Phi­li­pa li­czy­my na rze­tel­ne śledz­two. Nasz współ­pra­cow­nik zna­ny był ze swo­jej prze­ni­kli­wo­ści i otwar­to­ści umy­słu. Jego ostat­nim du­żym te­ma­tem była spra­wa mor­der­cy znad rze­ki oraz fakt, że de­tek­tyw Har­ry Bel­mont mógł współ­pra­co­wać ze spraw­cą. Gdzie dzi­siaj jest upa­dła gwiaz­da wy­dzia­łu za­bójstw? Czy swo­im znik­nię­ciem po­twier­dza tezę Phi­li­pa? Z sza­cun­ku do pra­cy na­sze­go ko­le­gi bę­dzie­my drą­żyć ten te­mat, aby od­kryć praw­dę.

Na an­te­nie po­ja­wia się ko­lej­ny spi­ker, któ­ry tym ra­zem mówi o zwol­nie­niach w jed­nej z kor­po­ra­cji na Man­hat­ta­nie, ale prze­sta­ję go słu­chać, bo gniew ro­śnie we mnie jak sza­lo­ny. Czy te czub­ki na­praw­dę twier­dzą, że ucie­kłem tu­taj przez kre­tyń­skie wy­wo­dy ja­kie­goś re­por­te­ra? I co to ma, kur­wa, zna­czyć „upa­dła gwiaz­da wy­dzia­łu za­bójstw”? To nie show-biz­nes, a cięż­ka po­li­cyj­na ro­bo­ta, o któ­rej za­sra­ni dzien­ni­ka­rze nie mają po­ję­cia.

– Niech to szlag – rzu­cam, a na­stęp­nie wy­bie­ram nu­mer Eri­ca. – Kim był ten cały Bo­oker? – py­tam na po­wi­ta­nie.

– A więc sły­sza­łeś – od­zy­wa się po dru­giej stro­nie mój kum­pel. – Dzien­ni­karz ra­dio­wy. Miał wie­czor­ne, a cza­sem noc­ne pa­smo uża­la­nia się nad nie­udol­no­ścią służb i pre­zen­to­wa­nia zry­tych teo­rii spi­sko­wych. Fa­cet wy­jąt­ko­wo nie zno­sił po­li­cji. Po­tra­fił się przy­je­bać do każ­de­go śledz­twa, byle tyl­ko udo­wod­nić, że ja­kiś mun­du­ro­wy źle wy­ko­nu­je swo­ją pra­cę.

– Mia­łeś z nim do czy­nie­nia?

– Ja nie, ale znam kil­ku gli­nia­rzy, na któ­rych nie zo­sta­wił su­chej nit­ki. Po­dob­nie po­gry­wał so­bie z de­tek­ty­wa­mi z sek­to­ra pry­wat­ne­go. Ko­leś miał gro­no wy­znaw­ców swo­ich bred­ni. Ostat­nio bar­dzo moc­no sku­pił się na to­bie. Nie mó­wi­łem, żeby cię nie wkur­wiać, ale te­raz me­dia pew­nie nie zo­sta­wią tego w spo­ko­ju. By­łeś na ję­zy­kach koń­cem roku, ale spra­wa była na tyle gło­śna, że te hie­ny na pew­no chęt­nie ją roz­grze­bią. Przy­kro mi, Har­ry, ale będą pró­bo­wa­li cię od­na­leźć, żeby za­sy­pać wku­rza­ją­cy­mi py­ta­nia­mi. Już wi­dzia­łem ty­tu­ły su­ge­ru­ją­ce, że Bo­oke­ra ktoś po­pchnął do sa­mo­bój­stwa pod ko­ła­mi. Pi­sma­ki nie od­pusz­czą, zro­bią so­bie z nie­go mę­czen­ni­ka. Mam na­dzie­ję, że nikt nie wyda miej­sca two­je­go po­by­tu.

Po­nie­waż od dłuż­sze­go cza­su je­dy­ny­mi dy­le­ma­ta­mi, ja­kie sta­ram się mieć, jest wy­bór po­mię­dzy kawą a her­ba­tą oraz de­cy­zja, z któ­rej stro­ny domu po­sta­wić karm­nik dla pta­ków, je­stem w krop­ce. Nie wiem, co ro­bić. Ubiec dzien­ni­kar­skie hie­ny, wtrą­cić się w spra­wę i ją roz­wią­zać? A może le­piej prze­cze­kać, aż wszyst­ko ucich­nie, Bo­oker spo­cznie w gro­bie, a moje ukry­wa­nie się przed świa­tem znów nie bę­dzie ni­ko­mu prze­szka­dzać?

– Co byś zro­bił na moim miej­scu? – py­tam Eri­ca.

– Nie wiem, sta­ry. Na­praw­dę nie wiem. Ale je­śli chcesz przy­je­chać i po­ka­zać im wiel­kie fuck you, to przy­go­tu­ję ci po­kój – mówi i sły­szę, że mu we­so­ło. Po chwi­li do­da­je: – Bel­la się ucie­szy, że wu­jek obej­rzy z nią ko­lej­ny ro­mans Di­sneya.

Zna mnie. Wie, że je­stem jak roz­ju­szo­ny byk. Wy­star­czy po­ma­chać mi przed no­sem su­ge­stią, że je­stem nie­udol­ny, a ja spi­nam się i chcę udo­wod­nić świa­tu, że ta­kie gad­ki może so­bie wsa­dzić w dupę. Je­że­li spra­wa śmier­ci tego ca­łe­go Bo­oke­ra jest po­dej­rza­na i wy­ma­ga śledz­twa, chcę je po­pro­wa­dzić. Po­ka­żę dzien­ni­kar­skim gni­dom, że trze­ba ostroż­nie prze­cho­dzić przez jezd­nię i dwa razy się za­sta­no­wić, za­nim oczer­ni się de­tek­ty­wa wy­dzia­łu za­bójstw. Bio­rę głę­bo­ki wdech i przy­po­mi­nam so­bie o cze­ka­ją­cym na li­nii Eri­cu.

– Tyl­ko żad­nej po­ście­li w księż­nicz­ki – ostrze­gam go, a on wy­bu­cha śmie­chem.

Rozdział czwarty

Faith

Lan­don zni­ka za drzwia­mi, żeby przy­nieść kawę i ciast­ka. Zło­ty chło­pak. Po­szła­bym sama, bo dziś jest cał­kiem ład­na po­go­da, ale sko­ro Sharp się wy­ry­wał, to nie chcia­łam się wtrą­cać. W do­star­cza­niu żyw­no­ści bije na gło­wę Norę, ale nie mó­wię jej tego. Trzy­ma­my się wer­sji, że była ide­al­ną part­ner­ką i za­wsze będę za nią tę­sk­nić, a tak­że re­gu­lar­nie od­wie­dzać ją na no­wym sta­no­wi­sku. Ni­g­dy nie za­po­mnę jej wspar­cia w pierw­szych mie­sią­cach po moim prze­nie­sie­niu do wy­dzia­łu za­bójstw, a tak­że tego wszyst­kie­go, cze­go się od niej na­uczy­łam.

Spo­glą­dam przez okno na uli­ce No­we­go Jor­ku, gdzie po wczo­raj­szej ule­wie nie wi­dać śla­du. Po raz ko­lej­ny się­gam po te­le­fon i za­ci­skam na nim pal­ce. Od rana za­sta­na­wiam się, czy de­ner­wo­wać Bel­mon­ta naj­now­szy­mi do­nie­sie­nia­mi. Wczo­raj­szy zgon Phi­li­pa Bo­oke­ra wstrzą­snął me­dial­nym świat­kiem. Na­wet Nick dzwo­nił do mnie o świ­cie, aby do­py­tać o de­ta­le, ale po­in­for­mo­wa­łam go, że Bo­oke­ra nie za­mor­do­wa­no. Brat obie­cał oczy­wi­ście nie wspo­mi­nać, że by­łam świad­kiem wy­pad­ku, do któ­re­go do­szło wczo­raj wcze­snym wie­czo­rem. Nie mam cza­su na dys­ku­sje z lo­kal­ny­mi dzien­ni­ka­rza­mi. Mu­szę sku­pić się na mar­twym Gor­do­nie My­er­sie. Po­dob­no dziś od­bę­dzie się sek­cja zwłok. Je­stem cho­ler­nie cie­ka­wa wnio­sków dok­to­ra Nel­so­na.

Po­sta­na­wiam udać się do Nory. Po pierw­sze, nie wi­dzia­łam jej od ze­szłe­go ty­go­dnia, a po dru­gie, może wie­dzieć wię­cej o na­szym de­na­cie. Moż­li­we, że wtrą­cał swo­je ma­gicz­ne trzy gro­sze w któ­rąś z pro­wa­dzo­nych przez Norę spraw. Nie wie­rzę, że ko­leś wszedł do wan­ny i umarł. Ktoś tam był i do­wiem się kto. Opusz­czam po­kój i chwi­lę póź­niej uśmie­cham się na wi­dok przy­ja­ciół­ki pod­le­wa­ją­cej swój kwia­tek.

– Nie próż­nu­jesz – na­bi­jam się. – Od razu wi­dać, kto jest stwo­rzo­ny do pra­cy za biur­kiem.

– Mu­szę im po­ka­zać, że nie tra­fi­łam tu przy­pad­kiem – rzu­ca i pusz­cza do mnie oko.

– Świet­nie ci idzie.

– A co u cie­bie? – pyta, od­sta­wiw­szy ko­new­kę.

– Gor­don My­ers – oznaj­miam, po czym obie zaj­mu­je­my krze­sła.

– Pan Po­ka­żę-Wam-Przy­szłość – ko­men­tu­je Nora. – Oczy­wi­ście szko­da mi, że zszedł z tego świa­ta, ale za­wsze mnie wku­rzał. Kie­dyś nie było mie­sią­ca, żeby ktoś w wy­dzia­le o nim nie wspo­mi­nał. Jak nie był wy­na­ję­ty przez ro­dzi­nę, to dzwo­nił z ofer­tą współ­pra­cy. Ostat­ni­mi cza­sy nie­co się uspo­ko­ił, ale po­tra­fił zajść za skó­rę.

– Wtrą­cał ci się w ja­kieś śledz­two?

– Raz, a co naj­gor­sze, ga­dał ta­kie rze­czy, że mat­ka chło­pa­ka była bli­ska sa­mo­bój­stwa z po­wo­du prze­po­wied­ni – Nora robi pal­ca­mi cu­dzy­słów – tego ca­łe­go ja­sno­wi­dza. We­dług nie­go mło­dy nie żył już w mo­men­cie, kie­dy do­wie­dzia­no się, że nie wró­cił do domu po szko­le. My­śla­łam, że pal­nę My­er­sa w pysk, bo mama za­gi­nio­ne­go w ogó­le nie współ­pra­co­wa­ła, tyl­ko po­pa­dła w ja­kieś otę­pie­nie. Nie dzi­wi­łam się. Gdy­by mi ktoś wma­wiał, że moje dziec­ko na sto pro­cent już nie żyje, na pew­no z cza­sem sia­dło­by mi to na psy­chi­kę.

– Zna­leź­li­ście jej syna ży­we­go?

– Tak, wy­cią­gnę­li­śmy go z me­li­ny ćpu­nów po ty­go­dniu po­li­cyj­nej ro­bo­ty, a nie pa­trze­nia w szkla­ną kulę czy wró­że­nia z brud­nej bie­li­zny. – Wy­trzesz­czam oczy, a ona do­da­je: – Nie py­taj. My­ers był… hmm… ra­dy­kal­ny. W każ­dym ra­zie mnie tyl­ko prze­szka­dzał w śledz­twie, ale sły­sza­łam, że w nie­któ­rych spra­wach tra­fił z tymi swo­imi wróż­ba­mi.

– Nie mamy jesz­cze wy­ni­ków sek­cji, ale wszyst­ko wska­zu­je na to, że ktoś po­mógł mu umrzeć. My­ślisz, że ktoś, kogo za­wiódł, mógł chcieć się go po­zbyć? – py­tam ci­cho.

– Moja dro­ga, tam wła­śnie za­czę­ła­bym szu­kać. – Nora pry­cha. – Lu­dzie bar­dzo li­czą na po­moc osób, któ­re zo­bo­wią­zu­ją się zna­leźć ich bli­skich. Nam nie pła­cą za to bez­po­śred­nio, a wiesz, jacy po­tra­fią być wku­rze­ni, je­śli śledz­two tkwi w miej­scu. Dzwo­nią, przy­cho­dzą i do­po­mi­na­ją się efek­tów. Po­myśl, jaki czu­ją gniew, gdy ja­sno­widz bie­rze od nich for­sę, a za­gi­nio­ny wciąż po­zo­sta­je za­gi­nio­nym lub od­naj­du­je się mar­twy, mimo że rze­ko­mo cały czas żył i wy­sy­łał sy­gna­ły. A za każ­dy sy­gnał się pła­ci.

– Na po­czą­tek chce­my z Shar­pem spraw­dzić bli­skich tej dziew­czy­ny, o któ­rej ostat­nio było gło­śno – in­for­mu­ję, na co Nora się krzy­wi, bo obie wi­dzia­ły­śmy zma­sa­kro­wa­ne cia­ło She­ili Har­tley.

– Szcze­rze? – szep­cze moja była part­ner­ka. – Gdy­by to oni go za­bi­li, w ja­kimś stop­niu by­ła­bym w sta­nie ich zro­zu­mieć. To, co im na­ga­dał, było po pro­stu pod­łe.

– Zga­dzam się – mó­wię, a na­stęp­nie wsta­ję z krze­sła. – Wra­cam do sie­bie. Pora wziąć się do ro­bo­ty. Lan­don pew­nie już przy­niósł coś słod­kie­go.

– Zo­staw mi jed­no ciast­ko. – Nora mru­ga po­ro­zu­mie­waw­czo.

Le­d­wo od­da­lam się od jej biur­ka, dzwo­ni mój te­le­fon. Na­tych­miast od­bie­ram.

– Dok­to­rze Nel­son.

– De­tek­tyw Adams – od­zy­wa się pa­to­log po dru­giej stro­nie. – Mam wy­ni­ki sek­cji wa­sze­go wczo­raj­sze­go de­na­ta.

– Szyb­ko. – Je­stem za­sko­czo­na. – Wie­my, jak go za­bi­to?

– Praw­dę mó­wiąc, ta śmierć i dla mnie wy­glą­da po­dej­rza­nie, ale mu­si­cie sami udo­wod­nić, że ktoś przy­czy­nił się do odej­ścia tego czło­wie­ka.

– Chce mi pan po­wie­dzieć, że umarł z przy­czyn na­tu­ral­nych?

– Po­nie­kąd. Za­bi­ła go ast­ma. Gor­don My­ers udu­sił się pod­czas ata­ku cho­ro­by.

Za­trzy­mu­ję się na środ­ku ko­ry­ta­rza, bo ta in­for­ma­cja tro­chę nisz­czy moją wi­zję śledz­twa.

– Ale prze­cież na pew­no miał pod ręką le­kar­stwo. My­śli pan, że nie za­dzia­ła­ło? No i po co miał­by wcho­dzić do wan­ny, sko­ro się du­sił?

– Nie mam po­ję­cia, ale na cie­le są pew­ne ob­ra­że­nia, któ­rych ge­ne­za jest dla mnie ta­jem­ni­cą. Może one po­mo­gą wam roz­wi­kłać tę spra­wę, choć rów­nie do­brze mógł je na­być na przy­kład pod­czas tre­nin­gu na si­łow­ni.

– Zgło­szę się do pana jak naj­prę­dzej – za­pew­niam, a moja krew za­czy­na szyb­ciej krą­żyć.

No i dupa. By­łam pew­na, że My­er­sa za­bi­to, a tym­cza­sem mamy bar­dzo dziw­ny przy­pa­dek. In­tu­icja pod­po­wia­da mi, że ast­ma jest je­dy­nie współ­win­na ca­łe­go zaj­ścia. Żeby udo­wod­nić swo­ją teo­rię, po­trze­bu­ję wię­cej do­wo­dów. Nie­mal do­bie­gam do biu­ra, chcąc omó­wić z Lan­do­nem dal­sze po­stę­po­wa­nie, ale nie za­sta­ję go w po­ko­ju. Na pew­no nie­daw­no tu był, bo w po­wie­trzu uno­si się za­pach ko­fe­iny. Sta­ję jak wry­ta w pro­gu i prze­su­wam wzro­kiem od pu­ste­go kub­ka po mo­jej ka­wie do ubło­co­nych bu­tów spo­czy­wa­ją­cych na moim biur­ku. To nie­moż­li­we. Mam ja­kieś je­ba­ne déjà vu. Mru­gam, pró­bu­jąc od­pę­dzić wi­zję, ale ona nie zni­ka. Za­kła­dam ręce na bio­dra i war­czę:

– Za­bie­raj te bu­cio­ry, Bel­mont.

Rozdział piąty

Harry

Uśmie­cham się jak zwy­cięz­ca i po­wo­li zdej­mu­ję nogi z bla­tu. Adams po­pę­dza mnie, ci­ska­jąc wzro­kiem pio­ru­ny. Moc­no mnie to bawi, dla­te­go prze­cią­gam tę chwi­lę, aby móc się nią jak naj­dłu­żej de­lek­to­wać. Na­wet nie są­dzi­łem, że do­ku­cza­nie Fa­ith spra­wi mi taką przy­jem­ność. Chy­ba mi tego tro­chę bra­ko­wa­ło przez ostat­nie mie­sią­ce.

– Co tu ro­bisz? – pyta moja ko­le­żan­ka. – I dla­cze­go, do ja­snej cho­le­ry, zno­wu wy­pi­łeś mi kawę?

– Sty­gła – wy­ja­śniam, po czym wzru­szam ra­mio­na­mi.

Adams za­ci­ska pię­ści, a ja ha­mu­ję się przed wy­bu­chem śmie­chu.

– Nie wie­rzę, że znów mi się to przy­tra­fia – gada sama do sie­bie. – Za ja­kie grze­chy?

– Chodź, ku­pię ci nową kawę, a ty opo­wiesz mi o swo­jej wczo­raj­szej przy­go­dzie.

– Moja przy­go­da cze­ka u le­ka­rza są­do­we­go, więc wy­bacz, ale mu­szę tam je­chać.

– Nie cho­dzi mi o My­er­sa – wtrą­cam.

– Ale jak…

Wska­zu­ję na pa­pie­ry le­żą­ce na biur­ku i na zdję­cia z miej­sca zna­le­zie­nia zwłok. W do­dat­ku na ekra­nie kom­pu­te­ra wdzię­czy się ar­ty­kuł o ja­sno­wi­dzu. Każ­dy, kto tu wej­dzie, od razu wie, czy­ja śmierć zaj­mu­je de­tek­tyw Adams.

– Chcę wie­dzieć, jak zgi­nął Bo­oker – oznaj­miam.

– A więc to jest po­wód two­je­go przy­jaz­du. – Fa­ith uno­si wy­so­ko brwi. – Skąd w ogó­le wiesz, że zgi­nął?

– Ptasz­ki ćwier­ka­ją.

– Aha, bo uwie­rzę, że słu­chasz ptasz­ków. – Par­ska śmie­chem, a po­tem marsz­czy czo­ło i zga­du­je: – Eric do cie­bie dzwo­nił?

– By­strza­ku – na­bi­jam się z niej. – Pew­nie je­steś opo­ką tego wy­dzia­łu.

– Po­słu­chaj, Har­ry. Na­praw­dę się śpie­szę. Gdzie Lan­don?

– Ten nowy? – do­py­tu­ję.

– Mój nowy part­ner. Tak po pro­stu zo­sta­wił ci moje cap­puc­ci­no i wy­szedł?

– Po­wie­dzia­łem mu, kim je­stem i że przy­pil­nu­ję two­jej kawy.

– Yhm. Świet­nie ci po­szło. Nie mó­wił, do­kąd się wy­bie­ra?

– Za­dzwo­nił mu te­le­fon.

– Do­bra, zgar­nę go przy wyj­ściu – stwier­dza Adams, się­ga po ma­ry­nar­kę i do­da­je: – Two­ja cie­ka­wość musi po­cze­kać, aż wró­cę od dok­to­ra Nel­so­na.

– Nie lu­bię cze­kać. Opo­wiesz mi po dro­dze – pro­po­nu­ję i wsta­ję z jej fo­te­la.

– Czyś ty ochu­jał? To nie two­je śledz­two.

– In­te­re­su­je mnie Phi­lip Bo­oker. Im szyb­ciej mi o nim opo­wiesz, tym szyb­ciej bę­dziesz mo­gła so­bie pro­wa­dzić swo­je śledz­two z Lo­uisem.

– Lan­do­nem – po­pra­wia mnie.

– No wła­śnie – rzu­cam, a na­stęp­nie wy­cho­dzę za nią z biu­ra.

– Je­steś jak opryszcz­ka, Bel­mont. – Śmie­je się pod no­sem. – Wra­casz nie­pro­szo­ny, a jak się przy­cze­pisz, to trud­no się cie­bie po­zbyć.

– Pa­mię­taj, że ura­to­wa­łem ci ży­cie.

Prze­wra­ca ocza­mi i wzdy­cha, ale do­sko­na­le zda­je so­bie spra­wę, że i tak z nią po­ja­dę, więc nie pró­bu­je wal­czyć z rze­czy­wi­sto­ścią. Cza­sem mnie wku­rza, ale mu­szę przy­znać, że szyb­ko się uczy.

Gdy wy­cho­dzi­my z bu­dyn­ku, za­uwa­żam no­we­go part­ne­ra Fa­ith. Ko­leś gada przez te­le­fon, ale na nasz wi­dok szyb­ko koń­czy i pod­bie­ga z uśmie­chem na twa­rzy.

– Je­dzie pan z nami? – pyta uprzej­mie i chy­ba jara się moją obec­no­ścią.

– To Har­ry – po­pra­wia go Fa­ith. – Je­dzie z nami, bo jest upar­ty, ale nie pro­wa­dzi tego śledz­twa.

– Je­stem jak opryszcz­ka – po­wta­rzam jej sło­wa, na co Adams robi wiel­kie oczy, a jej ko­le­ga minę, jak­by zu­peł­nie nie ro­zu­miał po­rów­na­nia. Wy­ry­wam ich z za­wie­sze­nia sło­wa­mi: – Jedź­my. Wam się śpie­szy, mnie się śpie­szy.

Wsia­da­my do sa­mo­cho­du Fa­ith, a ona za­czy­na opo­wieść, któ­ra mnie in­te­re­su­je.

– Je­cha­łam za fa­ce­tem, któ­ry stuk­nął tego ca­łe­go Bo­oke­ra. Było śli­sko, sła­ba wi­docz­ność, obe­rwa­nie chmu­ry.

– Dla­te­go ob­tar­łaś mu zde­rzak? – Uśmie­cham się wred­nie.

Adams po­now­nie wzdy­cha i gro­zi:

– Chcesz tu wy­siąść?

– Mów da­lej.

– Kie­dy już się za­trzy­ma­łam i wca­le nie uszko­dzi­łam sa­mo­cho­du przede mną, oka­za­ło się, że fa­ce­ta za­ha­mo­wał wy­bie­ga­ją­cy na jezd­nię Bo­oker. Po­ja­wił się na­gle i aku­rat po­mię­dzy dwo­ma po­jaz­da­mi. Od­bił się od jed­ne­go, a po­tem od dru­gie­go. Wi­dzia­łam ciek­ną­cą z jego gło­wy krew. Nie wy­czu­łam pul­su. Po­dob­no ra­tow­ni­cy po­twier­dzi­li zgon, gdy tyl­ko do­tar­li na miej­sce.

– Skąd przy­biegł? – chcę wie­dzieć.

– Nie mam po­ję­cia, Har­ry. Chłop­cy z dro­gów­ki po­win­ni mieć na­gra­nia.

– Nie wy­glą­da­ją mi na moc­no za­an­ga­żo­wa­nych w tę spra­wę – in­for­mu­ję, a na twa­rzy Fa­ith ma­lu­je się sku­pie­nie.

Wresz­cie prze­lot­nie na mnie spo­glą­da i oświad­cza:

– Przy­je­cha­łeś prze­jąć śledz­two i po­ka­zać fa­nom Bo­oke­ra, że jego opi­nia na twój te­mat była chy­bio­na i że po­li­cja zna się na swo­jej ro­bo­cie.

– Jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łem, ale chy­ba tak wła­śnie zro­bię – przy­zna­ję. – Nel­son ma już wy­ni­ki sek­cji?

– Sły­sza­łem, że dziś mają być – wci­na się ten nowy.

– Świet­nie. Aku­rat będę na miej­scu.

– Dla­cze­go są­dzisz, że sek­cja po­ka­że coś in­ne­go niż śmierć wsku­tek wy­pad­ku? – Fa­ith robi zde­gu­sto­wa­ną minę. – Prze­cież wy­biegł na szo­sę żywy, a po ude­rze­niu przez auto umarł.

Bio­rę głę­bo­ki wdech i tłu­ma­czę Pan­nie Prze­mą­drza­łej, jak pod­cho­dzi się do spra­wy:

– Był boso, bez kurt­ki i pa­ra­so­la, a po­dob­no lało tu­taj pra­wie cały dzień. W do­dat­ku wbiegł pod koła, a przy­naj­mniej tak prze­czy­ta­łem w ra­por­cie. Je­śli tok­sy­ko­lo­gia coś wy­ka­że, wiel­bi­cie­le pana Bo­oke­ra będą mu­sie­li po­dać w wąt­pli­wość wszyst­kie jego teo­rie, bo nie bę­dzie wia­do­mo, czy nie by­wał na­fu­ra­ny na an­te­nie. Je­że­li był czy­sty, a ucie­kał przed kimś lub przed czymś, wszy­scy mą­ci­cie­le do­sta­ną na­ucz­kę, żeby nie wtrą­cać się w spra­wy, któ­re ich prze­ra­sta­ją.

– Ge­nial­ne – ko­men­tu­je ten z tyl­ne­go sie­dze­nia.

– Se­rio, Lan­don? – Fa­ith zer­ka na nie­go w lu­ster­ku. – Nie mo­że­my po­zwo­lić chło­pa­ko­wi spo­czy­wać w spo­ko­ju, tyl­ko bę­dzie­my do­szu­ki­wać się prze­sła­nia dla in­nych dup­ków?

– A wasz de­nat jak umarł? – Moje py­ta­nie na mo­ment wy­trą­ca Adams z rów­no­wa­gi. Wi­dzę, jak za­ci­ska pal­ce na kie­row­ni­cy. – No, Fa­ith, po­wiedz. Prze­cież nie je­cha­ła­byś do dok­to­ra Nel­so­na, gdy­by wszyst­ko po­dał ci na tacy przez te­le­fon.

– Udu­sił się – szep­cze.

– Co pro­szę? – Nie­ja­ki Lan­don na­chy­la się do nas z tyl­ne­go sie­dze­nia.

– Do­stał ata­ku ast­my – ce­dzi przez zęby Fa­ith.

– Czy­li to nie mor­der­stwo? – po­wąt­pie­wa jej part­ner.

– Tego nie wie­my. Mu­si­my się do­wie­dzieć, dla­cze­go był w wan­nie i dla­cze­go nie zna­leź­li­śmy obok nie­go in­ha­la­to­ra.

Śmie­ję się krót­ko, a na­stęp­nie kwi­tu­ję:

– Sama drą­żysz, a do mnie się przy­je­ba­łaś o Bo­oke­ra.

– Wy­sia­dasz za trzy, dwa… – za­czy­na od­li­czać, a ja uno­szę ręce w ge­ście ka­pi­tu­la­cji.

– Do­bra, do­bra. Opo­wiedz­cie o tej wa­szej spra­wie. Ko­ja­rzę ja­sno­wi­dza z wan­ny.

Rozdział szósty

Faith

Z jed­nej stro­ny wkur­wia mnie za­cho­wa­nie Har­ry’ego, z dru­giej ja­koś tak le­piej się czu­ję, kie­dy wiem, że nad­zo­ru­je śledz­two, mimo że robi to nie­pro­szo­ny. Hmm… My, ko­bie­ty, je­ste­śmy jed­nak skom­pli­ko­wa­ne.

– Tre­no­wał krav magę – mówi Lan­don, wy­ry­wa­jąc mnie z za­du­my. – Te ob­ra­że­nia mógł przy­nieść z tre­nin­gu.

– Te po­wsta­ły tuż przed śmier­cią – in­for­mu­je pa­to­log, wska­zu­jąc dło­nią kon­kret­ne punk­ty. – Je­śli nie miał tre­nin­gu wczo­raj rano, moż­na by uznać je za zwią­za­ne z na­pa­ścią.

Lan­don zer­ka do no­ta­tek i robi kwa­śną minę. Wszyst­ko ja­sne. Nie je­stem za­sko­czo­na, kie­dy się od­zy­wa:

– Krav maga o szó­stej trzy­dzie­ści.

– Je­ste­śmy w du­pie – pod­su­mo­wu­ję.

Od dzie­się­ciu mi­nut przy­glą­da­my się otar­ciom i si­nia­kom na cie­le My­er­sa. Do­tych­czas wy­ko­na­na tok­sy­ko­lo­gia ni­cze­go nie wy­ka­za­ła, a ob­ra­że­nia nie są jed­no­znacz­ne, jed­nak czu­ję, że tego fa­ce­ta ktoś za­bił. Może dal­sze ba­da­nia nie­co roz­ja­śnią spra­wę. Wpraw­dzie śmier­dzi to zbrod­nią ide­al­ną, bez kon­kret­nych do­wo­dów, ale nie po­zwo­lę przy­pi­sać tego ast­mie. Tre­no­wa­nie przez Gor­do­na My­er­sa sztuk wal­ki tro­chę utrud­nia spra­wę, bo mógł go obić mor­der­ca, ale też ko­le­ga z gru­py. Swo­ją dro­gą sko­ro umiał się bro­nić, dla­cze­go tego nie zro­bił? Czy spraw­ca był aż tak spryt­ny, że za­sko­czył go w jego wła­snym biu­rze? No i jak zdo­łał go za­bić, zwa­la­jąc winę na ast­mę? Wy­wo­łał re­ak­cję aler­gicz­ną?

– Zna­lazł pan ślad po igle? – py­tam z na­dzie­ją.

– Żad­ne­go – od­po­wia­da Nel­son. – A spraw­dza­łem do­kład­nie, bo atak ast­my mógł zo­stać wy­wo­ła­ny przez na­past­ni­ka. Nie­ste­ty nic na to nie wska­zu­je, ale jesz­cze po­cze­kaj­my na ba­da­nia tka­nek.

Moja teo­ria idzie się je­bać, więc ba­zu­ję na wi­docz­nych ob­ra­że­niach.

– Je­śli na tej krav ma­dze nie biją się ki­ja­mi po cie­le, ob­sta­wiam, że był zwią­za­ny, choć rów­nie do­brze mógł za cia­sno za­piąć pa­sek od spodni – stwier­dzam, po­ka­zu­jąc im ni­kły ślad bie­gną­cy po­zio­mo po brzu­chu de­na­ta. – Nad­garst­ki i kost­ki czy­ste – do­da­ję, za­wie­dzio­na, że nie mamy ewi­dent­nych śla­dów krę­po­wa­nia.

– Tu­taj mógł się w coś ude­rzyć. – Lan­don sku­pia się na łyd­ce ofia­ry, gdzie wid­nie­je si­niak o nie­re­gu­lar­nym kształ­cie.

– Albo ktoś go moc­no trzy­mał – wtrą­ca mil­czą­cy do­tych­czas Bel­mont.

– Co su­ge­ru­jesz? – do­cie­kam.

Sharp marsz­czy brwi, a dok­tor Nel­son za­mie­nia się w słuch. Wszy­scy cze­ka­my na głos naj­bar­dziej do­świad­czo­ne­go śled­cze­go. Wi­dzi coś, co my prze­ga­pi­li­śmy? Przy­glą­da się cia­łu i my­śli. Li­czę na jego po­moc, choć będę zła na sie­bie, je­śli po­mi­nę­łam coś oczy­wi­ste­go, a on mi to za­raz wy­po­mni.

– Spraw­dził pan usta i nos? – od­zy­wa się wresz­cie Har­ry.

– Oczy­wi­ście, ale mogę zer­k­nąć jesz­cze raz, je­śli po­trze­ba – za­pew­nia pa­to­log.

– Po­pro­szę.

– To ty znasz ta­kie sło­wa? – mó­wię za­sko­czo­na, a Bel­mont spo­glą­da na mnie spod zmru­żo­nych po­wiek, więc kie­ru­ję ko­lej­ne py­ta­nie do dok­to­ra Nel­so­na: – Zmarł w po­zy­cji, w ja­kiej go zna­le­zio­no?

– Tak lub w in­nej, ale za­raz po śmier­ci zo­stał usa­do­wio­ny w wan­nie. Zgon na­stą­pił oko­ło dzie­wią­tej rano. Żona zna­la­zła go koło szó­stej wie­czo­rem i od razu we­zwa­ła po­li­cję.

– Czy­li przez cały dzień nikt nie był z nim umó­wio­ny – wnio­sku­ję. – O któ­rej miał spo­tka­nie z klien­tem? Prze­cież po tre­nin­gu nie po­je­chał do biu­ra bez po­wo­du.

– O ósmej – od­po­wia­da Lan­don. – Dzwo­ni­łem do tego fa­ce­ta. Wczo­raj śpie­szył się na sa­mo­lot. Ju­tro wra­ca do mia­sta i ma się zja­wić na prze­słu­cha­niu.

– Może to on go za­bił – su­ge­ru­ję. – Albo mi­nął się na ko­ry­ta­rzu z mor­der­cą i jest w sta­nie nam po­móc. W bu­dyn­ku nie ma ka­mer, więc nie uchwy­ci­ły za­bój­cy.

– Nie wie­my, czy kto­kol­wiek… – za­czy­na Sharp, ale prze­ry­wa mu głos Nel­so­na:

– Ale nu­mer.

Wszy­scy pod­cho­dzi­my do pa­to­lo­ga, któ­ry in­ten­syw­nie się cze­muś przy­glą­da, a na jego twa­rzy ma­lu­je się nie­do­wie­rza­nie. Uno­si pę­se­tę do świa­tła. Wstrzy­mu­ję po­wie­trze, a Bel­mont pry­cha, jak­by w ogó­le nie był za­sko­czo­ny. Skąd wie­dział?

– Włók­no – oświad­cza dok­tor. – Od­dam tech­ni­kom.

– Gdzie było? – py­tam.

– W no­sie. Wcze­śniej go nie za­uwa­ży­łem, było dość głę­bo­ko.

– Jak ty… – zwra­cam się do Har­ry’ego, ale nie po­zwa­la mi do­koń­czyć.

Uno­si dłoń, uci­sza­jąc mnie. Po­byt w dzi­czy zde­cy­do­wa­nie nie uczy do­brych ma­nier. Je­stem wku­rzo­na, ale za­ci­skam zęby, bo chcę po­znać teo­rię Bel­mon­ta, a je­śli za­cznę się rzu­cać, on nic mi nie po­wie, bo jest zło­śli­wy. Spo­glą­da na dok­to­ra i oznaj­mia:

– Chciał­bym zo­ba­czyć wy­ni­ki sek­cji Phi­li­pa Bo­oke­ra.

– Nie ja ją ro­bi­łem – od­po­wia­da pa­to­log. – Ale za­raz po­ka­żę pro­to­kół.

Ja pier­do­lę. Były de­tek­tyw przy­jeż­dża z lasu, od razu do­ko­nu­je prze­ło­mu w nie swo­im śledz­twie i w do­dat­ku le­karz są­do­wy je mu z ręki. Jak to moż­li­we? Lan­don też wpa­tru­je się w nie­go jak w bo­żysz­cze, co – je­stem pew­na – ani tro­chę nie prze­szka­dza Har­ry’emu.

Dok­tor Nel­son po­da­je mu do­ku­men­ty. Głu­pio mi śmiać się w pro­sek­to­rium, ale le­d­wo się po­wstrzy­mu­ję, gdy wi­dzę za­wie­dzio­ną minę Bel­mon­ta. Czyż­by oka­za­ło się, że po­trą­co­ny przez sa­mo­chód czło­wiek umarł wsku­tek… po­trą­ce­nia przez sa­mo­chód?

– Jed­nak nikt do nie­go nie strze­lił, za­nim wy­lą­do­wał na ma­sce Hon­dy? – dro­czę się, za co zo­sta­ję spio­ru­no­wa­na spoj­rze­niem.

– Je­dzie­my do biu­ra My­er­sa – ko­men­de­ru­je Bel­mont, a ja nie umiem ukryć za­sko­cze­nia.

– Że co?

– Sły­sza­łaś.

– Mó­wi­łam ci, że nie pro­wa­dzisz tego śledz­twa. Pra­cu­je­my nad nim ja i Lan­don.

– Ja nie mam nic prze­ciw­ko – za­pew­nia Sharp i uda­je, że nie wi­dzi kur­wi­ków w mo­ich oczach.

– Po co chcesz tam je­chać? – py­tam Har­ry’ego.

On wzdy­cha prze­cią­gle, a po­tem tłu­ma­czy:

– By­wasz wku­rza­ją­ca, Adams, ale mimo to masz nie­złą in­tu­icję. War­to za nią po­dą­żyć. Je­śli wie­rzysz, że My­er­sa za­mor­do­wa­no, zba­daj­my to.

Je­stem w ta­kim szo­ku, że po pro­stu sto­ję i ga­pię się na Bel­mon­ta, któ­ry – jak się oka­zu­je – po­tra­fi wy­krze­sać z sie­bie miłe sło­wa na te­mat ko­goś poza sobą. Mru­gam, ale się nie bu­dzę, więc to tak na se­rio. Lan­don chi­cho­cze obok mnie, ale nie mam te­raz cza­su na wy­cho­wy­wa­nie go, bo na­gle in­te­re­su­je mnie plan Brud­ne­go Har­ry’ego.

– Co pro­po­nu­jesz?

– Sko­ro zwło­ki nie oka­za­ły się zbyt po­moc­ne i mogą nie do­pro­wa­dzić cię do mor­der­cy – wy­ja­śnia – niech zro­bi to miej­sce zbrod­ni.

My­ślę chwi­lę nad tą ofer­tą, ale prze­ry­wa mi lek­ki ka­szel Lan­do­na.

– Fa­ith, to co? Je­dzie­my?

– Niech wam bę­dzie – ka­pi­tu­lu­ję i ru­szam w stro­nę wyj­ścia. – Dzię­ku­je­my, dok­to­rze.

Pod­cho­dzę do auta, gdy w kie­sze­ni czu­ję wi­bra­cje te­le­fo­nu. To wia­do­mość, na któ­rą cze­ka­łam, jed­nak w ża­den spo­sób nie po­ma­ga mi ona w do­cho­dze­niu w spra­wie śmier­ci My­er­sa.

– In­ha­la­tor był w kie­sze­ni płasz­cza – in­for­mu­ję mo­ich kom­pa­nów.

– Gdy­by był sam i mógł swo­bod­nie się po­ru­szać, się­gnął­by po nie­go – oce­nia Lan­don.

– Skła­niam się ku wer­sji, że ktoś po­mógł mu umrzeć – przy­po­mi­nam, a na­stęp­nie zaj­mu­je­my miej­sca i od­pa­lam sil­nik.

Pod­czas jaz­dy Sharp pró­bu­je zro­bić z na­szym nie­pro­szo­nym po­moc­ni­kiem wy­wiad ży­cia, ale Har­ry zby­wa go krót­ki­mi od­po­wie­dzia­mi oraz bur­cze­niem. Od razu przy­po­mi­na mi się na­sze pierw­sze spo­tka­nie, kie­dy to przy dom­ku w le­sie po­wi­tał mnie gbur z sie­kie­rą. Nie­wie­le się zmie­nił, ale mam wra­że­nie, że cy­wi­li­za­cja po­wo­li wy­cią­ga po nie­go swo­je łap­ska. Oby pierw­szy do­padł go fry­zjer.

Wresz­cie par­ku­ję w po­bli­żu biu­ra My­er­sa, po­da­ję na­zwi­ska po­li­cjan­to­wi przed bu­dyn­kiem i wsia­da­my do win­dy, w któ­rej tech­ni­cy za­bez­pie­czy­li tyle od­ci­sków, że będą je spraw­dzać bez koń­ca. Za­wsze po­zo­sta­je ma­leń­ka na­dzie­ja, że mor­der­ca był tak nie­ostroż­ny, że do­tknął klam­ki lub przy­ci­sku win­dy bez rę­ka­wi­czek. Rzad­ko się to spraw­dza, ale i tak się łu­dzę.

Kie­dy do­cie­ra­my na miej­sce, Lan­don za­mie­nia się w prze­wod­ni­ka, a za­ra­zem chy­ba pró­bu­je zo­stać ulu­bio­nym przy­du­pa­sem Har­ry’ego. Przy­gry­zam war­gę, żeby się nie ro­ze­śmiać. Nie­zły z nie­go zdraj­ca. Nora by mi tego nie zro­bi­ła.

– O wpół do siód­mej miał tre­ning – re­la­cjo­nu­je Sharp – po­tem o ósmej spo­tka­nie, na­stęp­nie prze­stał od­bie­rać te­le­fo­ny. Żona zaj­rza­ła do biu­ra koło szó­stej i zna­la­zła My­er­sa w wan­nie. Na­tych­miast za­dzwo­ni­ła pod dzie­więć­set je­de­na­ście. Ja by­łem tu o wpół do siód­mej, Fa­ith ja­kieś pół go­dzi­ny póź­niej. Tech­ni­cy przy­je­cha­li szyb­ko i zo­sta­li, gdy my wró­ci­li­śmy do biu­ra, żeby przej­rzeć in­for­ma­cje o de­na­cie.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Sie­dem dni

isbn: 978-83-8423-578-2

© Ka­ta­rzy­na Be­ster i Wy­daw­nic­two Za­czy­ta­ni 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa Za­czy­ta­ni.

re­dak­cja: Mag­da­le­na Wo­ło­szyn-Cępa

ko­rek­ta: Emi­lia Ka­płan

okład­ka: Grze­gorz Ara­szew­ski

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two Za­czy­ta­ni na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: wy­daw­nic­two@za­czy­ta­ni.pl

https://za­czy­ta­ni.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.