Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
24 osoby interesują się tą książką
Każdy zabójca popełnia kiedyś błąd… Podobno.
Listopadowe dochodzenie odcisnęło piętno na Harrym Belmoncie i Faith Adams. Podczas gdy legendarny śledczy zaszywa się w swoim leśnym azylu, by odreagować brutalne wydarzenia, Faith nie przestaje tropić przestępców.
Kiedy pewnego deszczowego dnia jedzie na miejsce zbrodni, jest świadkiem wypadku, w którym ginie młody dziennikarz radiowy. Człowiek znany z bezlitosnej krytyki policji… i samego Belmonta.
Zdeterminowany, by bronić swojej reputacji, Harry wraca do wydziału zabójstw. Razem z Faith i jej nowym partnerem, Landonem Sharpem, zagłębia się w śledztwo, które z każdym dniem przybiera coraz mroczniejszy obrót. Wkrótce okazuje się, że śmierć radiowca nie była przypadkowa i może być powiązana ze zbrodniami, jakie w ostatnim czasie wstrząsnęły Nowym Jorkiem.
Harry, Faith i Landon muszą działać szybko, by zapobiec dalszemu rozlewowi krwi. Wszystkie niedawne ofiary zostały zamordowane w wyjątkowo brutalny sposób.
I wszystkie straciły życie w przeciągu siedmiu dni.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 341
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Do dupy z taką wiosną. Leje jak z cebra, a wycieraczki ledwo nadążają z robotą. W dodatku trzy przecznice stąd czeka na mnie lekarz sądowy oraz grupa techników. Są też zwłoki, ale im się raczej nie śpieszy. Wolałabym się jednak nie spóźniać przez ten pieprzony korek, z którego przed chwilą udało mi się wyrwać. Przez czterdzieści minut przesuwałam się tylko w sznurze aut, ale wreszcie jazda nabrała tempa. Mrużę oczy, bo światła samochodu znajdującego się przed moim rozmazują się w strugach deszczu i trudno mi ocenić odległość. Muszę jechać zgodnie z zasadami, mimo że przydałoby się pośpieszyć. Bezpieczeństwo na drodze jest jednak ważniejsze niż chwila spóźnienia. Jako stróż prawa powinnam dawać przykład za kierownicą. Poza tym nie wyglądałoby to dobrze, gdybym…
– No i chuj – szepczę do siebie, walnąwszy w samochód z przodu. – Nic się panu nie stało?! – drę się przez okno, obserwując wysiadającego z wozu faceta.
Chyba mnie nie słyszy przez tę ulewę. Odpinam pas i opuszczam pojazd, nasuwam kaptur na głowę i szybko zerkam na uszkodzenia. Nie uderzyłam mocno, więc nie spodziewam się tragedii. W świetle reflektorów widać głównie padający deszcz, ale udaje mi się ocenić szkody. Drobne rysy na zderzaku, może koleś nie będzie się rzucał. Pokażę blachę i załatwimy to szybko, a przynajmniej taką mam nadzieję, bo nie chcę tutaj moknąć. No i słuchać tych wkurzających dźwięków, które już się uruchomiły. Nie znoszę ludzi, którzy używają klaksonu przed użyciem mózgu.
– Wszystko w porządku? – pytam, podchodząc do kierowcy, który wciąż stoi obok drzwi i nie wykonuje żadnego ruchu.
Za nami tworzy się korek, ale ta gorsza część mnie cieszy się, że nie muszę w nim tkwić, bo znajduję się na początku. Ja i nieruchomy kierowca Hondy.
– Chyba nie – duka, a ja podążam za jego przerażonym spojrzeniem.
Nie, błagam, niech to będzie tylko zły sen. Natychmiast podbiegam do leżącego na drodze mężczyzny. Nie śni mi się. Niestety. Rejestruję, że z innych samochodów też wysiadają ludzie. Unoszę wzrok i wskazuję palcem kobietę, która właśnie trzasnęła drzwiami swojego auta.
– Proszę zadzwonić pod dziewięćset jedenaście! – instruuję ją głośno.
Klękam na mokrym asfalcie i sprawdzam puls człowieka, który leży pomiędzy dwoma samochodami. Skąd on się tu wziął? Przecież w tym miejscu nie ma przejścia. Wybiegł zza drzew? Ale co robił w parku? Nie wygląda i nie pachnie jak bezdomny.
– Nie chciałem go potrącić – wyznaje spanikowany kierowca, w którego pojazd walnęłam.
– Odbił mi się od tylnej szyby – tłumaczy gorączkowo facet z drugiego samochodu.
Cholera, nie wyczuwam pulsu. Spoglądam na kobietę, która miała wezwać pomoc. Widzę, że gada, przyciskając telefon do ucha. Oby pogoda nie okazała się przeszkodą i karetka dotarła w miarę szybko. Niech to szlag. Nienawidzę wypadków drogowych. Wracają do mnie wspomnienia pewnej nocy sprzed lat, ale potrząsam głową, aby pozbyć się wyobrażenia małej Natalie i rozpędzonego samochodu. Przeszłość nie może rzutować na moją pracę. Skupiam się na tu i teraz i ponownie próbuję wyczuć puls. Nic. Mam nadzieję, że ten człowiek przeżyje, choć nie wygląda to dobrze. Z jego rozbitej głowy wylewa się strumień krwi, która miesza się z płynącą po szosie wodą.
– Jechałem wolno – kontynuuje kierowca, który potrącił tego nieszczęśnika. – Wyskoczył nagle. Nie widziałem go.
Wierzę temu facetowi, ale nie mam czasu zajmować się potrąceniem prawdopodobnie ze skutkiem śmiertelnym. Muszę jechać na miejsce znalezienia innych zwłok. Łudzę się, że ten tutaj jeszcze nie zszedł ze świata, ale niewyczuwalny puls każe mi porzucić naiwną wiarę w dobro. Skoro nie mogę pomóc temu nieszczęśnikowi, powinnam chociaż zadbać o to, żeby świadkowie byli na miejscu, gdy przyjdzie do składania zeznań. Wzdycham, poprawiam kaptur, a potem podnoszę się z kolan i wyciągam odznakę.
– Proszę się nie oddalać – informuję obu kierowców. – Zaraz zjawią się służby i wszystko wyjaśnimy.
Obaj posłusznie potakują. Tyle dobrze, że nie muszę ścigać kogoś, kto zbiegł z miejsca wypadku. Że też to przytrafiło się akurat mnie. Masakra. Rozglądam się i oceniam prawdopodobieństwo, że koleś wskoczył prosto pod samochód. W sumie nie ma na sobie kurtki przeciwdeszczowej czy swetra, a jest dość chłodno, więc bardzo możliwe, że pędził odebrać sobie życie. W dodatku jest boso, zatem niewykluczone, że był pod wpływem narkotyków i do galopu ku śmierci popchnęła go chwila utraty kontaktu z rzeczywistością. Wziął coś mocnego, oderwał się od świata, zerwał z kanapy i pobiegł. Biedny chłopak. Wygląda na młodszego ode mnie. Miał przed sobą długie lata mniej lub bardziej ciekawych doświadczeń. Zawsze boli mnie dusza, gdy jestem świadkiem takiej sytuacji.
Odwracam się w reakcji na znajomy dźwięk. Chwilę później chłopcy opuszczają samochód i natychmiast mnie rozpoznają. Podchodzę do nich i wyjaśniam, co tu zaszło.
– Puknęłam tego w Hondzie – dodaję. – Możecie to załatwić beze mnie? Jestem w drodze na miejsce zbrodni.
– Jasne – zapewnia mnie Will, z którym kończyłam akademię. – Dam ci znać, jak coś ustalimy. Przejedź tamtędy – mówi, wskazując mi drogę dłonią.
Kiwam im głową na pożegnanie i wracam do samochodu. Co za fatalny dzień. Zerkam na telefon. Mam nieodebrane połączenie od Landona, mojego nowego partnera, z którym zaczęłam pracować w grudniu. Jest w porządku, ale nie plotkujemy po pracy, jak robiłam to z Norą, bo detektyw Sharp zwykle śpieszy się do żony i dzieci. Teraz też pewnie odlicza czas do końca służby, a ja zaginęłam w akcji. Natychmiast oddzwaniam, uruchamiając silnik.
– Faith, gdzie jesteś? – zaczyna, odebrawszy.
– Będę za dziesięć minut – obiecuję. – Był wypadek.
– Nic ci się nie stało?
– Mnie nie, ale obtarłam komuś zderzak.
– Mogło być gorzej – komentuje Landon.
– W sumie ten zderzak to nie jego największe zmartwienie – wyjaśniam. – Potrącił faceta, który rzekomo nagle wyskoczył na drogę. Wydaje mi się, że nie przeżył.
– O kurwa – syczy. – Jeśli musisz tam być, załatwię tu wszystko sam.
– Nie, nie, już jadę. Chłopcy z drogówki dadzą mi znać, co ustalili w związku ze stłuczką. Już są na miejscu.
– Okej, w takim razie czekamy. Technicy zaczęli pracę, bo obejrzałem ciało.
– Ja już jedno dziś widziałam, więc jesteśmy kwita – próbuję żartować, bo w naszym zawodzie trzeba się ratować przed pochłonięciem przez ciemność.
Znów mam przed oczami wypadek. Najpierw ten sprzed chwili, a potem ten sprzed lat. Zimny dreszcz pełznie mi po kręgosłupie. Po raz kolejny przeszłość wyciąga po mnie swoje szpony, ale maksymalnie skupiam się na drodze. Druga kolizja zdecydowanie popsułaby mi dzień, który już nie należy do udanych.
Niespełna kwadrans później wkraczam do budynku, w którym ktoś stracił życie. Na elewacji wiszą tabliczki z nazwami firm, a przeszklone drzwi na pewno zostały już sprawdzone pod kątem odcisków palców. Macham na powitanie dwóm technikom, którzy uważnie oglądają przyciski windy. Wchodzę na pierwsze piętro, zostawiając za sobą mokre ślady. Przed żółtą taśmą zdejmuję kurtkę, bo nie chcę zalać miejsca znalezienia zwłok.
– Wybaczcie spóźnienie – rzucam. – Co mamy?
– Mężczyzna, lat pięćdziesiąt osiem, według lekarza sądowego nie żyje od jakichś dziesięciu godzin – odpowiada Landon. – Ciało znalazła żona. Przyszła sprawdzić, dlaczego nie wrócił po południu z pracy. Telefon milczał, więc zaczęła się martwić.
Podążam za nim do pomieszczenia, w którym znajdują się ciemne meble biurowe, skórzane fotele oraz otwarte drzwi do niewielkiej łazienki. Idę w ich kierunku. W wannie leży martwy mężczyzna, a wokół niego uwijają się technicy. Przyglądam się twarzy zaatakowanej przez stężenie pośmiertne i wydaje mi się, że już ją widziałam.
– To jego biuro – oznajmia Landon. – Był…
– Znam go – wtrącam, nie mogąc oderwać wzroku od twarzy denata. – Wiem, kto to jest.
Robi mi się trochę słabo, ale wzdrygam się, bo nagle rozdzwania się mój telefon.
W biurze zdejmuję okrycie, opadam na fotel i marzę o gorącej kawie. Landon chyba marzy o wyjściu do domu, bo ciągle zerka na zegarek.
– Jakieś przedstawienie w szkole? – zagajam.
– Proszę? – Unosi na mnie zaskoczone spojrzenie.
– Sprawdzasz godzinę. Jeśli masz ciekawsze rzeczy do roboty niż zbieranie danych o denacie, nie krępuj się. Sama najchętniej zaszyłabym się w domu pod kocem. Na ciebie pewnie czekają lekcje do odrobienia albo jakiś trening.
Landon się śmieje, po czym wstaje i oświadcza:
– Nigdzie się nie śpieszę. Moja żona ma dziś rozmowę o pracę i sprawdzałem, czy już jest po, bo nic się nie odzywa i zaczynam się niepokoić.
– Ach, nie wiedziałam. Jakaś wymarzona posada?
– Tak, w jej branży to bardzo ceniona miejscówka, ale opowiem więcej, jeśli uda jej się tam przenieść.
– Jasne. Nie zapeszajmy – zgadzam się z nim, a następnie pytam: – Wychodzisz?
– Skoczę po kawę – informuje, narzucając na siebie płaszcz. – Leje, jest chłodno, a bez sensu siedzieć tu bez kofeiny.
– Nie mogłam prosić o lepszego partnera – kwituję i puszczam do niego oko.
Wychodzi, śmiejąc się z moich słów. Miło z jego strony, że umie zachować się jak gentleman i upolować kawę w tak chujową pogodę. Deszczowy wieczór nie sprzyja aktywności umysłowej. Uruchamiam komputer i postanawiam jak najszybciej pozyskać dane o naszym denacie, żeby móc zabrać je do domu, zamiast kwitnąć tutaj całą noc. Przypominam sobie ciało w niewielkiej łazience przy biurze. Swoją drogą facet musiał spędzać dużo czasu w pracy, skoro zadbał nawet o wannę. Wannę, w której umarł lub został umieszczony po śmierci. Deszcz uderza w okno, a ja drżę, choć nie zmarzłam. Szarpią mną emocje. Nie mogę się doczekać, aż Landon wróci z kawą.
– Przejrzyjmy twoje poczynania, Gordon – mówię sama do siebie, wyszukując w sieci wiadomości o naszej ofierze.
Wiedziałam, że skądś znam twarz Gordona Myersa. Okazało się, że był jasnowidzem, który nie stronił od kontaktów z mediami, a wręcz ich łaknął. Czasem pokazywano go w ogólnokrajowej telewizji, jak chwalił się swoimi osiągnięciami. Część z nich była efektem policyjnej pracy, nie szklanej kuli pana Myersa, ale ludzie gadali, że niektóre porwane osoby namierzył samodzielnie. Nie zawsze doprowadzał rodzinę do żywego zaginionego, czasem niestety do jego zwłok, ale mimo wszystko wielu wierzyło w jego nadprzyrodzone moce i nie narzekał na brak zajęcia. Pamiętam, że kiedyś wszedł w konflikt z policją, bo jego wersja wydarzeń – wyczytana ze szczotki zaginionej dziewczynki – różniła się od tego, co ustalili śledczy. Wręcz obrażał policjantów w telewizji, próbując nastawiać przeciwko nim społeczeństwo. Okrutny los pokazał, że to detektywi mieli rację, i dziecko znaleziono martwe w jakimś lesie. Było wtedy głośno w mediach. Nick zajmował się tym tematem w swojej gazecie. Ostatnia sprawa Myersa też nie zakończyła się pomyślnie dla ofiary i jej bliskich. To, co ich spotkało, jest przerażające.
– Czytasz o naszej gwieździe? – Głos Landona sprawia, że podskakuję na krześle. – Nie chciałem cię wystraszyć – dodaje, stawiając przede mną wielki kubek kawy.
– Wybaczam ci – oświadczam, po czym zanurzam usta w boskim nektarze.
– Co myślisz o śmierci Myersa? – pyta Sharp, zająwszy swoje miejsce.
– Nie mam jeszcze żadnej teorii. A ty?
– Koszula była wilgotna. Myślisz, że utonął?
– W wannie nie było wody – przypominam. – Może obmywał twarz i się ochlapał. Albo prał koszulę w biurze, bo się wybrudził.
– A może zginął w tej wannie, gdy była pełna. Możliwe też, że utopiono go w jakimś zbiorniku wodnym – zgaduje Landon.
– Jaki interes miałby zabójca, przenosząc ciało z innego miejsca akurat do biura?
– Ktoś chciał, żeby go znaleziono, bo planował przesłać wiadomość – sugeruje Landon. – Może Gordon Myers wziął od kogoś kupę szmalu, nie pomógł i teraz ktoś się na nim zemścił. Wiesz, ku przestrodze dla innych. To nie był jedyny wróżbita w mieście.
– To bardzo prawdopodobne – przyznaję. – Powinniśmy przejrzeć jego dokumenty i sprawdzić każdego, kogo nadzieję zawiódł. Zobaczymy, co powie doktor Nelson po sekcji zwłok.
Mój partner wzdycha, a następnie odstawia kawę, zakasuje rękawy i włącza komputer.
– Jutro przeszukamy jego biuro – proponuje. – A dziś sprawdźmy, czy pan jasnowidz nie zaliczył niedawno jakiejś medialnej wtopy. To może wskazać nam pierwszych podejrzanych.
– Wchodzę w to – zapewniam i zabieram się do pracy. – Zacznę od Sheili Hartley.
Tata piecze ciasto. Stoję w progu kuchni i gapię się na poczynania staruszka. On śmieje się i pyta:
– Wszystko w porządku, Faith?
– Upiekłeś ciasto?
– Tak. Jak tylko wystygnie, dam ci spróbować. Muszę jeszcze skończyć robić masę – wyjaśnia, mieszając w misce coś czekoladowego. – Trochę mi z tym zeszło, bo późno wróciłem z zakupów.
– Jestem w szoku – wyznaję, czym jeszcze mocniej go rozbawiam.
– Będziesz w większym, jak tego spróbujesz. Czekolada w nowej odsłonie.
– Kim jesteś i co zrobiłeś z moim ojcem?! – wołam, opuszczając kuchnię.
Idę pod prysznic, bo potrzebuję trochę gorącej wody i odprężenia. Wiosna zaczyna się dość chłodno i deszczowo, a ja tęsknię już za słońcem. Kilka dni temu były jakieś przebłyski, ale przykryły je powracające chmury. Potrzebuję relaksu, który daje mi ciepły strumień wody oraz pięknie pachnący żel. Kwadrans później wracam do kuchni w wygodnym dresie, a tata stawia przede mną miskę zupy.
– Ugotowałem po pracy. Nowy przepis.
– Od tej koleżanki, która wiecznie cię odwozi? – pytam z wrednym uśmiechem, ale ojciec udaje, że nie słyszał.
– Jak ci minął dzień? – rzuca.
– Miałam stłuczkę.
– Nic ci się nie stało? – W jego głosie pojawia się dawka troski.
– Wszystko okej, tato. Obtarłam zderzak Hondy. Facet zatrzymał się nagle, bo potrącił pieszego.
– Co z tym pieszym?
– Niestety nie przeżył uderzenia.
– Ten kierowca trafi do pudła?
Uśmiecham się ciepło, bo tata zawsze martwi się o wszystkich, nawet o nieznajomych. Jest cudownym człowiekiem, ale wolałabym, żeby mniej się stresował. Nie jest to jednak proste, kiedy ma córkę policjantkę.
– Dzwonili do mnie chłopcy z drogówki – relacjonuję. – Nie dość, że mi się upiekło, bo okazało się, że zderzak był porysowany wcześniej, to w dodatku podejrzewają, że chłopak wyskoczył znienacka i jakby rzucił się pod koła. Nie wiem, jak skończy się ta sprawa, ale mam nadzieję, że kierowca Hondy, którą rzekomo obtarłam, nie trafi do więzienia.
– Też mam taką nadzieję – przyznaje tata.
– Nie przejmuj się – proszę go. – Temu chłopakowi i tak nie wrócimy życia, a okoliczności wypadku mogą być łagodzące względem…
Dociera do mnie dźwięk dzwoniącego telefonu. Truchtam do korytarza, bo zostawiłam smartfon w kieszeni kurtki. Odbieram połączenie.
– Hej, Will.
– Faith, wybacz porę, ale pomyślałem, że cię to zainteresuje.
– Uniewinnili faceta z Hondy? – pytam z nadzieją.
– Jego los nie jest jeszcze przesądzony, ale znam przypadki, kiedy kierowcę uniewinniono, bo pieszy wtargnął na jezdnię. Czuję, że to może być podobna sytuacja.
– Obyś miał słuszne przeczucia, Will. A co chciałeś mi powiedzieć?
– No właśnie. Do rzeczy. Zidentyfikowaliśmy ofiarę.
– Szybko. Miał przy sobie dokumenty?
– Nie, ale jeden ze świadków go rozpoznał. Dwie godziny później była u nas jego siostra i potwierdziła tożsamość. To dziennikarz radiowy.
– Jego słuchacze będą tęsknić – stwierdzam.
– Oni na pewno. W dodatku myślimy, że rozpętają nam niezłe piekło. Przygotuj się na kamery na komisariacie.
– O czym ty mówisz? – dociekam, czując ścisk w żołądku.
– Ten dziennikarz, Philip Booker, nie znosił policji. Prowadził program na temat spraw kryminalnych i zawsze przypieprzył się do wtopy służb. Po prostu z nas szydził. Nie dość, że dziennikarze zechcą wiedzieć wszystko i na pewno będą nas popędzać, bo zginął jeden z nich, to jeszcze jego wielbiciele będą nam patrzeć na ręce, czy przykładamy się do wyjaśnienia sprawy.
– Kurwa – syczę. – Będą kwestionować każdy nasz ruch i wyzywać od nieudaczników. Portale plotkarskie będą miały używanie. W dodatku brałam udział w wypadku. Mam przejebane.
– Staramy się zakopać ten fakt najgłębiej, jak się tylko da, żeby media nie miały pożywki.
– Dzięki, Will.
– Drobiazg. Niestety o innej twojej sprawie Booker gadał tak dużo i długo, że pewnie i tak będą cię wypytywać. Dzwonię, żeby dać ci cynk, że dziennikarze mogą się na ciebie uwziąć. Zresztą nie tylko na ciebie.
– To znaczy? – pytam, marszcząc brwi.
Will wzdycha, ścisza głos i wyjaśnia:
– Przez ostatnie miesiące jednym z ulubionych tematów Bookera była sprawa mordercy znad rzeki.
Jego słowa wywołują u mnie uczucie chłodu. Wiem, co zaraz powie, a stres ściska mi gardło. Will kontynuuje:
– Program Philipa Bookera skupiał się na chorych insynuacjach, że detektyw prowadzący sprawę pomagał mordercy. Oczywiście nie ty byłaś celem jego zjadliwych komentarzy. Był nim…
Wchodzę mu w słowo, szepcząc:
– Harry Belmont.
Obserwuję przez okno, jak w przygotowanym przeze mnie karmniku kotłuje się ptasia banda. Wczoraj przywiozłem z miasteczka nowy worek ziarna, a te głodomory już od rana śpiewały odę do wyżerki. Kurwa, chyba staję się lepszym człowiekiem, bo z nudów zacząłem dokarmiać ptaki, a miesiąc temu zapisałem się do biblioteki. Wzdycham, sięgam po kubek herbaty i unoszę go do ust, delektując się nutami jakiejś sączącej się z radia ballady. Starzeję się. To musi być to.
Czasem myślę o Nowym Jorku, jednak to też przypisuję wiekowi. Moje rodzinne miasto wzywa, ale rozsądek każe być głuchym na to wezwanie. W Kingston jestem daleko od spraw, które niszczą mi karierę i łamią serce. Na wspomnienie ostatniej z nich zaczynają mi się trząść dłonie. Wszystko jest jeszcze świeże, mimo że minęło sporo czasu. Emocje, które targały mną w listopadzie, nie osłabły. Wciąż czuję się… po prostu nijak. Pobyt tutaj pozwala mi zachować zdrowie psychiczne i trochę podleczyć duszę.
Przymykam powieki i pomiędzy dźwiękiem muzyki a ptasim śpiewem dociera do mnie sygnał wiadomości. Wstaję z fotela i idę po telefon, który leży na komodzie. Pewnie znowu promocja na jakiegoś robota kuchennego, którego nie potrzebuję.
Mój błogi nastrój gdzieś znika, gdy odczytuję SMS.
Eric:
Słyszałeś już? Jak chcesz pogadać, dzwoń.
Natychmiast dopadają mnie mroczne wizje, że Charlie popełnił samobójstwo. Nie, na pewno nie. Dzwoniliby do mnie od razu. O co zatem chodzi? Zawieszam palec nad zieloną słuchawką, żeby przepytać przyjaciela, o czym to miałem słyszeć w mojej samotni. W tej chwili jednak w radiu zaczynają się wiadomości i wszystko staje się jasne. Spiker nawija:
– Wczoraj wczesnym wieczorem zginął nasz redakcyjny kolega, Philip Booker. Został śmiertelnie potrącony przez samochód. Policja bada okoliczności zdarzenia. Zarówno my, jak i rodzina Philipa liczymy na rzetelne śledztwo. Nasz współpracownik znany był ze swojej przenikliwości i otwartości umysłu. Jego ostatnim dużym tematem była sprawa mordercy znad rzeki oraz fakt, że detektyw Harry Belmont mógł współpracować ze sprawcą. Gdzie dzisiaj jest upadła gwiazda wydziału zabójstw? Czy swoim zniknięciem potwierdza tezę Philipa? Z szacunku do pracy naszego kolegi będziemy drążyć ten temat, aby odkryć prawdę.
Na antenie pojawia się kolejny spiker, który tym razem mówi o zwolnieniach w jednej z korporacji na Manhattanie, ale przestaję go słuchać, bo gniew rośnie we mnie jak szalony. Czy te czubki naprawdę twierdzą, że uciekłem tutaj przez kretyńskie wywody jakiegoś reportera? I co to ma, kurwa, znaczyć „upadła gwiazda wydziału zabójstw”? To nie show-biznes, a ciężka policyjna robota, o której zasrani dziennikarze nie mają pojęcia.
– Niech to szlag – rzucam, a następnie wybieram numer Erica. – Kim był ten cały Booker? – pytam na powitanie.
– A więc słyszałeś – odzywa się po drugiej stronie mój kumpel. – Dziennikarz radiowy. Miał wieczorne, a czasem nocne pasmo użalania się nad nieudolnością służb i prezentowania zrytych teorii spiskowych. Facet wyjątkowo nie znosił policji. Potrafił się przyjebać do każdego śledztwa, byle tylko udowodnić, że jakiś mundurowy źle wykonuje swoją pracę.
– Miałeś z nim do czynienia?
– Ja nie, ale znam kilku gliniarzy, na których nie zostawił suchej nitki. Podobnie pogrywał sobie z detektywami z sektora prywatnego. Koleś miał grono wyznawców swoich bredni. Ostatnio bardzo mocno skupił się na tobie. Nie mówiłem, żeby cię nie wkurwiać, ale teraz media pewnie nie zostawią tego w spokoju. Byłeś na językach końcem roku, ale sprawa była na tyle głośna, że te hieny na pewno chętnie ją rozgrzebią. Przykro mi, Harry, ale będą próbowali cię odnaleźć, żeby zasypać wkurzającymi pytaniami. Już widziałem tytuły sugerujące, że Bookera ktoś popchnął do samobójstwa pod kołami. Pismaki nie odpuszczą, zrobią sobie z niego męczennika. Mam nadzieję, że nikt nie wyda miejsca twojego pobytu.
Ponieważ od dłuższego czasu jedynymi dylematami, jakie staram się mieć, jest wybór pomiędzy kawą a herbatą oraz decyzja, z której strony domu postawić karmnik dla ptaków, jestem w kropce. Nie wiem, co robić. Ubiec dziennikarskie hieny, wtrącić się w sprawę i ją rozwiązać? A może lepiej przeczekać, aż wszystko ucichnie, Booker spocznie w grobie, a moje ukrywanie się przed światem znów nie będzie nikomu przeszkadzać?
– Co byś zrobił na moim miejscu? – pytam Erica.
– Nie wiem, stary. Naprawdę nie wiem. Ale jeśli chcesz przyjechać i pokazać im wielkie fuck you, to przygotuję ci pokój – mówi i słyszę, że mu wesoło. Po chwili dodaje: – Bella się ucieszy, że wujek obejrzy z nią kolejny romans Disneya.
Zna mnie. Wie, że jestem jak rozjuszony byk. Wystarczy pomachać mi przed nosem sugestią, że jestem nieudolny, a ja spinam się i chcę udowodnić światu, że takie gadki może sobie wsadzić w dupę. Jeżeli sprawa śmierci tego całego Bookera jest podejrzana i wymaga śledztwa, chcę je poprowadzić. Pokażę dziennikarskim gnidom, że trzeba ostrożnie przechodzić przez jezdnię i dwa razy się zastanowić, zanim oczerni się detektywa wydziału zabójstw. Biorę głęboki wdech i przypominam sobie o czekającym na linii Ericu.
– Tylko żadnej pościeli w księżniczki – ostrzegam go, a on wybucha śmiechem.
Landon znika za drzwiami, żeby przynieść kawę i ciastka. Złoty chłopak. Poszłabym sama, bo dziś jest całkiem ładna pogoda, ale skoro Sharp się wyrywał, to nie chciałam się wtrącać. W dostarczaniu żywności bije na głowę Norę, ale nie mówię jej tego. Trzymamy się wersji, że była idealną partnerką i zawsze będę za nią tęsknić, a także regularnie odwiedzać ją na nowym stanowisku. Nigdy nie zapomnę jej wsparcia w pierwszych miesiącach po moim przeniesieniu do wydziału zabójstw, a także tego wszystkiego, czego się od niej nauczyłam.
Spoglądam przez okno na ulice Nowego Jorku, gdzie po wczorajszej ulewie nie widać śladu. Po raz kolejny sięgam po telefon i zaciskam na nim palce. Od rana zastanawiam się, czy denerwować Belmonta najnowszymi doniesieniami. Wczorajszy zgon Philipa Bookera wstrząsnął medialnym światkiem. Nawet Nick dzwonił do mnie o świcie, aby dopytać o detale, ale poinformowałam go, że Bookera nie zamordowano. Brat obiecał oczywiście nie wspominać, że byłam świadkiem wypadku, do którego doszło wczoraj wczesnym wieczorem. Nie mam czasu na dyskusje z lokalnymi dziennikarzami. Muszę skupić się na martwym Gordonie Myersie. Podobno dziś odbędzie się sekcja zwłok. Jestem cholernie ciekawa wniosków doktora Nelsona.
Postanawiam udać się do Nory. Po pierwsze, nie widziałam jej od zeszłego tygodnia, a po drugie, może wiedzieć więcej o naszym denacie. Możliwe, że wtrącał swoje magiczne trzy grosze w którąś z prowadzonych przez Norę spraw. Nie wierzę, że koleś wszedł do wanny i umarł. Ktoś tam był i dowiem się kto. Opuszczam pokój i chwilę później uśmiecham się na widok przyjaciółki podlewającej swój kwiatek.
– Nie próżnujesz – nabijam się. – Od razu widać, kto jest stworzony do pracy za biurkiem.
– Muszę im pokazać, że nie trafiłam tu przypadkiem – rzuca i puszcza do mnie oko.
– Świetnie ci idzie.
– A co u ciebie? – pyta, odstawiwszy konewkę.
– Gordon Myers – oznajmiam, po czym obie zajmujemy krzesła.
– Pan Pokażę-Wam-Przyszłość – komentuje Nora. – Oczywiście szkoda mi, że zszedł z tego świata, ale zawsze mnie wkurzał. Kiedyś nie było miesiąca, żeby ktoś w wydziale o nim nie wspominał. Jak nie był wynajęty przez rodzinę, to dzwonił z ofertą współpracy. Ostatnimi czasy nieco się uspokoił, ale potrafił zajść za skórę.
– Wtrącał ci się w jakieś śledztwo?
– Raz, a co najgorsze, gadał takie rzeczy, że matka chłopaka była bliska samobójstwa z powodu przepowiedni – Nora robi palcami cudzysłów – tego całego jasnowidza. Według niego młody nie żył już w momencie, kiedy dowiedziano się, że nie wrócił do domu po szkole. Myślałam, że palnę Myersa w pysk, bo mama zaginionego w ogóle nie współpracowała, tylko popadła w jakieś otępienie. Nie dziwiłam się. Gdyby mi ktoś wmawiał, że moje dziecko na sto procent już nie żyje, na pewno z czasem siadłoby mi to na psychikę.
– Znaleźliście jej syna żywego?
– Tak, wyciągnęliśmy go z meliny ćpunów po tygodniu policyjnej roboty, a nie patrzenia w szklaną kulę czy wróżenia z brudnej bielizny. – Wytrzeszczam oczy, a ona dodaje: – Nie pytaj. Myers był… hmm… radykalny. W każdym razie mnie tylko przeszkadzał w śledztwie, ale słyszałam, że w niektórych sprawach trafił z tymi swoimi wróżbami.
– Nie mamy jeszcze wyników sekcji, ale wszystko wskazuje na to, że ktoś pomógł mu umrzeć. Myślisz, że ktoś, kogo zawiódł, mógł chcieć się go pozbyć? – pytam cicho.
– Moja droga, tam właśnie zaczęłabym szukać. – Nora prycha. – Ludzie bardzo liczą na pomoc osób, które zobowiązują się znaleźć ich bliskich. Nam nie płacą za to bezpośrednio, a wiesz, jacy potrafią być wkurzeni, jeśli śledztwo tkwi w miejscu. Dzwonią, przychodzą i dopominają się efektów. Pomyśl, jaki czują gniew, gdy jasnowidz bierze od nich forsę, a zaginiony wciąż pozostaje zaginionym lub odnajduje się martwy, mimo że rzekomo cały czas żył i wysyłał sygnały. A za każdy sygnał się płaci.
– Na początek chcemy z Sharpem sprawdzić bliskich tej dziewczyny, o której ostatnio było głośno – informuję, na co Nora się krzywi, bo obie widziałyśmy zmasakrowane ciało Sheili Hartley.
– Szczerze? – szepcze moja była partnerka. – Gdyby to oni go zabili, w jakimś stopniu byłabym w stanie ich zrozumieć. To, co im nagadał, było po prostu podłe.
– Zgadzam się – mówię, a następnie wstaję z krzesła. – Wracam do siebie. Pora wziąć się do roboty. Landon pewnie już przyniósł coś słodkiego.
– Zostaw mi jedno ciastko. – Nora mruga porozumiewawczo.
Ledwo oddalam się od jej biurka, dzwoni mój telefon. Natychmiast odbieram.
– Doktorze Nelson.
– Detektyw Adams – odzywa się patolog po drugiej stronie. – Mam wyniki sekcji waszego wczorajszego denata.
– Szybko. – Jestem zaskoczona. – Wiemy, jak go zabito?
– Prawdę mówiąc, ta śmierć i dla mnie wygląda podejrzanie, ale musicie sami udowodnić, że ktoś przyczynił się do odejścia tego człowieka.
– Chce mi pan powiedzieć, że umarł z przyczyn naturalnych?
– Poniekąd. Zabiła go astma. Gordon Myers udusił się podczas ataku choroby.
Zatrzymuję się na środku korytarza, bo ta informacja trochę niszczy moją wizję śledztwa.
– Ale przecież na pewno miał pod ręką lekarstwo. Myśli pan, że nie zadziałało? No i po co miałby wchodzić do wanny, skoro się dusił?
– Nie mam pojęcia, ale na ciele są pewne obrażenia, których geneza jest dla mnie tajemnicą. Może one pomogą wam rozwikłać tę sprawę, choć równie dobrze mógł je nabyć na przykład podczas treningu na siłowni.
– Zgłoszę się do pana jak najprędzej – zapewniam, a moja krew zaczyna szybciej krążyć.
No i dupa. Byłam pewna, że Myersa zabito, a tymczasem mamy bardzo dziwny przypadek. Intuicja podpowiada mi, że astma jest jedynie współwinna całego zajścia. Żeby udowodnić swoją teorię, potrzebuję więcej dowodów. Niemal dobiegam do biura, chcąc omówić z Landonem dalsze postępowanie, ale nie zastaję go w pokoju. Na pewno niedawno tu był, bo w powietrzu unosi się zapach kofeiny. Staję jak wryta w progu i przesuwam wzrokiem od pustego kubka po mojej kawie do ubłoconych butów spoczywających na moim biurku. To niemożliwe. Mam jakieś jebane déjà vu. Mrugam, próbując odpędzić wizję, ale ona nie znika. Zakładam ręce na biodra i warczę:
– Zabieraj te buciory, Belmont.
Uśmiecham się jak zwycięzca i powoli zdejmuję nogi z blatu. Adams popędza mnie, ciskając wzrokiem pioruny. Mocno mnie to bawi, dlatego przeciągam tę chwilę, aby móc się nią jak najdłużej delektować. Nawet nie sądziłem, że dokuczanie Faith sprawi mi taką przyjemność. Chyba mi tego trochę brakowało przez ostatnie miesiące.
– Co tu robisz? – pyta moja koleżanka. – I dlaczego, do jasnej cholery, znowu wypiłeś mi kawę?
– Stygła – wyjaśniam, po czym wzruszam ramionami.
Adams zaciska pięści, a ja hamuję się przed wybuchem śmiechu.
– Nie wierzę, że znów mi się to przytrafia – gada sama do siebie. – Za jakie grzechy?
– Chodź, kupię ci nową kawę, a ty opowiesz mi o swojej wczorajszej przygodzie.
– Moja przygoda czeka u lekarza sądowego, więc wybacz, ale muszę tam jechać.
– Nie chodzi mi o Myersa – wtrącam.
– Ale jak…
Wskazuję na papiery leżące na biurku i na zdjęcia z miejsca znalezienia zwłok. W dodatku na ekranie komputera wdzięczy się artykuł o jasnowidzu. Każdy, kto tu wejdzie, od razu wie, czyja śmierć zajmuje detektyw Adams.
– Chcę wiedzieć, jak zginął Booker – oznajmiam.
– A więc to jest powód twojego przyjazdu. – Faith unosi wysoko brwi. – Skąd w ogóle wiesz, że zginął?
– Ptaszki ćwierkają.
– Aha, bo uwierzę, że słuchasz ptaszków. – Parska śmiechem, a potem marszczy czoło i zgaduje: – Eric do ciebie dzwonił?
– Bystrzaku – nabijam się z niej. – Pewnie jesteś opoką tego wydziału.
– Posłuchaj, Harry. Naprawdę się śpieszę. Gdzie Landon?
– Ten nowy? – dopytuję.
– Mój nowy partner. Tak po prostu zostawił ci moje cappuccino i wyszedł?
– Powiedziałem mu, kim jestem i że przypilnuję twojej kawy.
– Yhm. Świetnie ci poszło. Nie mówił, dokąd się wybiera?
– Zadzwonił mu telefon.
– Dobra, zgarnę go przy wyjściu – stwierdza Adams, sięga po marynarkę i dodaje: – Twoja ciekawość musi poczekać, aż wrócę od doktora Nelsona.
– Nie lubię czekać. Opowiesz mi po drodze – proponuję i wstaję z jej fotela.
– Czyś ty ochujał? To nie twoje śledztwo.
– Interesuje mnie Philip Booker. Im szybciej mi o nim opowiesz, tym szybciej będziesz mogła sobie prowadzić swoje śledztwo z Louisem.
– Landonem – poprawia mnie.
– No właśnie – rzucam, a następnie wychodzę za nią z biura.
– Jesteś jak opryszczka, Belmont. – Śmieje się pod nosem. – Wracasz nieproszony, a jak się przyczepisz, to trudno się ciebie pozbyć.
– Pamiętaj, że uratowałem ci życie.
Przewraca oczami i wzdycha, ale doskonale zdaje sobie sprawę, że i tak z nią pojadę, więc nie próbuje walczyć z rzeczywistością. Czasem mnie wkurza, ale muszę przyznać, że szybko się uczy.
Gdy wychodzimy z budynku, zauważam nowego partnera Faith. Koleś gada przez telefon, ale na nasz widok szybko kończy i podbiega z uśmiechem na twarzy.
– Jedzie pan z nami? – pyta uprzejmie i chyba jara się moją obecnością.
– To Harry – poprawia go Faith. – Jedzie z nami, bo jest uparty, ale nie prowadzi tego śledztwa.
– Jestem jak opryszczka – powtarzam jej słowa, na co Adams robi wielkie oczy, a jej kolega minę, jakby zupełnie nie rozumiał porównania. Wyrywam ich z zawieszenia słowami: – Jedźmy. Wam się śpieszy, mnie się śpieszy.
Wsiadamy do samochodu Faith, a ona zaczyna opowieść, która mnie interesuje.
– Jechałam za facetem, który stuknął tego całego Bookera. Było ślisko, słaba widoczność, oberwanie chmury.
– Dlatego obtarłaś mu zderzak? – Uśmiecham się wrednie.
Adams ponownie wzdycha i grozi:
– Chcesz tu wysiąść?
– Mów dalej.
– Kiedy już się zatrzymałam i wcale nie uszkodziłam samochodu przede mną, okazało się, że faceta zahamował wybiegający na jezdnię Booker. Pojawił się nagle i akurat pomiędzy dwoma pojazdami. Odbił się od jednego, a potem od drugiego. Widziałam cieknącą z jego głowy krew. Nie wyczułam pulsu. Podobno ratownicy potwierdzili zgon, gdy tylko dotarli na miejsce.
– Skąd przybiegł? – chcę wiedzieć.
– Nie mam pojęcia, Harry. Chłopcy z drogówki powinni mieć nagrania.
– Nie wyglądają mi na mocno zaangażowanych w tę sprawę – informuję, a na twarzy Faith maluje się skupienie.
Wreszcie przelotnie na mnie spogląda i oświadcza:
– Przyjechałeś przejąć śledztwo i pokazać fanom Bookera, że jego opinia na twój temat była chybiona i że policja zna się na swojej robocie.
– Jeszcze nie zdecydowałem, ale chyba tak właśnie zrobię – przyznaję. – Nelson ma już wyniki sekcji?
– Słyszałem, że dziś mają być – wcina się ten nowy.
– Świetnie. Akurat będę na miejscu.
– Dlaczego sądzisz, że sekcja pokaże coś innego niż śmierć wskutek wypadku? – Faith robi zdegustowaną minę. – Przecież wybiegł na szosę żywy, a po uderzeniu przez auto umarł.
Biorę głęboki wdech i tłumaczę Pannie Przemądrzałej, jak podchodzi się do sprawy:
– Był boso, bez kurtki i parasola, a podobno lało tutaj prawie cały dzień. W dodatku wbiegł pod koła, a przynajmniej tak przeczytałem w raporcie. Jeśli toksykologia coś wykaże, wielbiciele pana Bookera będą musieli podać w wątpliwość wszystkie jego teorie, bo nie będzie wiadomo, czy nie bywał nafurany na antenie. Jeżeli był czysty, a uciekał przed kimś lub przed czymś, wszyscy mąciciele dostaną nauczkę, żeby nie wtrącać się w sprawy, które ich przerastają.
– Genialne – komentuje ten z tylnego siedzenia.
– Serio, Landon? – Faith zerka na niego w lusterku. – Nie możemy pozwolić chłopakowi spoczywać w spokoju, tylko będziemy doszukiwać się przesłania dla innych dupków?
– A wasz denat jak umarł? – Moje pytanie na moment wytrąca Adams z równowagi. Widzę, jak zaciska palce na kierownicy. – No, Faith, powiedz. Przecież nie jechałabyś do doktora Nelsona, gdyby wszystko podał ci na tacy przez telefon.
– Udusił się – szepcze.
– Co proszę? – Niejaki Landon nachyla się do nas z tylnego siedzenia.
– Dostał ataku astmy – cedzi przez zęby Faith.
– Czyli to nie morderstwo? – powątpiewa jej partner.
– Tego nie wiemy. Musimy się dowiedzieć, dlaczego był w wannie i dlaczego nie znaleźliśmy obok niego inhalatora.
Śmieję się krótko, a następnie kwituję:
– Sama drążysz, a do mnie się przyjebałaś o Bookera.
– Wysiadasz za trzy, dwa… – zaczyna odliczać, a ja unoszę ręce w geście kapitulacji.
– Dobra, dobra. Opowiedzcie o tej waszej sprawie. Kojarzę jasnowidza z wanny.
Z jednej strony wkurwia mnie zachowanie Harry’ego, z drugiej jakoś tak lepiej się czuję, kiedy wiem, że nadzoruje śledztwo, mimo że robi to nieproszony. Hmm… My, kobiety, jesteśmy jednak skomplikowane.
– Trenował krav magę – mówi Landon, wyrywając mnie z zadumy. – Te obrażenia mógł przynieść z treningu.
– Te powstały tuż przed śmiercią – informuje patolog, wskazując dłonią konkretne punkty. – Jeśli nie miał treningu wczoraj rano, można by uznać je za związane z napaścią.
Landon zerka do notatek i robi kwaśną minę. Wszystko jasne. Nie jestem zaskoczona, kiedy się odzywa:
– Krav maga o szóstej trzydzieści.
– Jesteśmy w dupie – podsumowuję.
Od dziesięciu minut przyglądamy się otarciom i siniakom na ciele Myersa. Dotychczas wykonana toksykologia niczego nie wykazała, a obrażenia nie są jednoznaczne, jednak czuję, że tego faceta ktoś zabił. Może dalsze badania nieco rozjaśnią sprawę. Wprawdzie śmierdzi to zbrodnią idealną, bez konkretnych dowodów, ale nie pozwolę przypisać tego astmie. Trenowanie przez Gordona Myersa sztuk walki trochę utrudnia sprawę, bo mógł go obić morderca, ale też kolega z grupy. Swoją drogą skoro umiał się bronić, dlaczego tego nie zrobił? Czy sprawca był aż tak sprytny, że zaskoczył go w jego własnym biurze? No i jak zdołał go zabić, zwalając winę na astmę? Wywołał reakcję alergiczną?
– Znalazł pan ślad po igle? – pytam z nadzieją.
– Żadnego – odpowiada Nelson. – A sprawdzałem dokładnie, bo atak astmy mógł zostać wywołany przez napastnika. Niestety nic na to nie wskazuje, ale jeszcze poczekajmy na badania tkanek.
Moja teoria idzie się jebać, więc bazuję na widocznych obrażeniach.
– Jeśli na tej krav madze nie biją się kijami po ciele, obstawiam, że był związany, choć równie dobrze mógł za ciasno zapiąć pasek od spodni – stwierdzam, pokazując im nikły ślad biegnący poziomo po brzuchu denata. – Nadgarstki i kostki czyste – dodaję, zawiedziona, że nie mamy ewidentnych śladów krępowania.
– Tutaj mógł się w coś uderzyć. – Landon skupia się na łydce ofiary, gdzie widnieje siniak o nieregularnym kształcie.
– Albo ktoś go mocno trzymał – wtrąca milczący dotychczas Belmont.
– Co sugerujesz? – dociekam.
Sharp marszczy brwi, a doktor Nelson zamienia się w słuch. Wszyscy czekamy na głos najbardziej doświadczonego śledczego. Widzi coś, co my przegapiliśmy? Przygląda się ciału i myśli. Liczę na jego pomoc, choć będę zła na siebie, jeśli pominęłam coś oczywistego, a on mi to zaraz wypomni.
– Sprawdził pan usta i nos? – odzywa się wreszcie Harry.
– Oczywiście, ale mogę zerknąć jeszcze raz, jeśli potrzeba – zapewnia patolog.
– Poproszę.
– To ty znasz takie słowa? – mówię zaskoczona, a Belmont spogląda na mnie spod zmrużonych powiek, więc kieruję kolejne pytanie do doktora Nelsona: – Zmarł w pozycji, w jakiej go znaleziono?
– Tak lub w innej, ale zaraz po śmierci został usadowiony w wannie. Zgon nastąpił około dziewiątej rano. Żona znalazła go koło szóstej wieczorem i od razu wezwała policję.
– Czyli przez cały dzień nikt nie był z nim umówiony – wnioskuję. – O której miał spotkanie z klientem? Przecież po treningu nie pojechał do biura bez powodu.
– O ósmej – odpowiada Landon. – Dzwoniłem do tego faceta. Wczoraj śpieszył się na samolot. Jutro wraca do miasta i ma się zjawić na przesłuchaniu.
– Może to on go zabił – sugeruję. – Albo minął się na korytarzu z mordercą i jest w stanie nam pomóc. W budynku nie ma kamer, więc nie uchwyciły zabójcy.
– Nie wiemy, czy ktokolwiek… – zaczyna Sharp, ale przerywa mu głos Nelsona:
– Ale numer.
Wszyscy podchodzimy do patologa, który intensywnie się czemuś przygląda, a na jego twarzy maluje się niedowierzanie. Unosi pęsetę do światła. Wstrzymuję powietrze, a Belmont prycha, jakby w ogóle nie był zaskoczony. Skąd wiedział?
– Włókno – oświadcza doktor. – Oddam technikom.
– Gdzie było? – pytam.
– W nosie. Wcześniej go nie zauważyłem, było dość głęboko.
– Jak ty… – zwracam się do Harry’ego, ale nie pozwala mi dokończyć.
Unosi dłoń, uciszając mnie. Pobyt w dziczy zdecydowanie nie uczy dobrych manier. Jestem wkurzona, ale zaciskam zęby, bo chcę poznać teorię Belmonta, a jeśli zacznę się rzucać, on nic mi nie powie, bo jest złośliwy. Spogląda na doktora i oznajmia:
– Chciałbym zobaczyć wyniki sekcji Philipa Bookera.
– Nie ja ją robiłem – odpowiada patolog. – Ale zaraz pokażę protokół.
Ja pierdolę. Były detektyw przyjeżdża z lasu, od razu dokonuje przełomu w nie swoim śledztwie i w dodatku lekarz sądowy je mu z ręki. Jak to możliwe? Landon też wpatruje się w niego jak w bożyszcze, co – jestem pewna – ani trochę nie przeszkadza Harry’emu.
Doktor Nelson podaje mu dokumenty. Głupio mi śmiać się w prosektorium, ale ledwo się powstrzymuję, gdy widzę zawiedzioną minę Belmonta. Czyżby okazało się, że potrącony przez samochód człowiek umarł wskutek… potrącenia przez samochód?
– Jednak nikt do niego nie strzelił, zanim wylądował na masce Hondy? – droczę się, za co zostaję spiorunowana spojrzeniem.
– Jedziemy do biura Myersa – komenderuje Belmont, a ja nie umiem ukryć zaskoczenia.
– Że co?
– Słyszałaś.
– Mówiłam ci, że nie prowadzisz tego śledztwa. Pracujemy nad nim ja i Landon.
– Ja nie mam nic przeciwko – zapewnia Sharp i udaje, że nie widzi kurwików w moich oczach.
– Po co chcesz tam jechać? – pytam Harry’ego.
On wzdycha przeciągle, a potem tłumaczy:
– Bywasz wkurzająca, Adams, ale mimo to masz niezłą intuicję. Warto za nią podążyć. Jeśli wierzysz, że Myersa zamordowano, zbadajmy to.
Jestem w takim szoku, że po prostu stoję i gapię się na Belmonta, który – jak się okazuje – potrafi wykrzesać z siebie miłe słowa na temat kogoś poza sobą. Mrugam, ale się nie budzę, więc to tak na serio. Landon chichocze obok mnie, ale nie mam teraz czasu na wychowywanie go, bo nagle interesuje mnie plan Brudnego Harry’ego.
– Co proponujesz?
– Skoro zwłoki nie okazały się zbyt pomocne i mogą nie doprowadzić cię do mordercy – wyjaśnia – niech zrobi to miejsce zbrodni.
Myślę chwilę nad tą ofertą, ale przerywa mi lekki kaszel Landona.
– Faith, to co? Jedziemy?
– Niech wam będzie – kapituluję i ruszam w stronę wyjścia. – Dziękujemy, doktorze.
Podchodzę do auta, gdy w kieszeni czuję wibracje telefonu. To wiadomość, na którą czekałam, jednak w żaden sposób nie pomaga mi ona w dochodzeniu w sprawie śmierci Myersa.
– Inhalator był w kieszeni płaszcza – informuję moich kompanów.
– Gdyby był sam i mógł swobodnie się poruszać, sięgnąłby po niego – ocenia Landon.
– Skłaniam się ku wersji, że ktoś pomógł mu umrzeć – przypominam, a następnie zajmujemy miejsca i odpalam silnik.
Podczas jazdy Sharp próbuje zrobić z naszym nieproszonym pomocnikiem wywiad życia, ale Harry zbywa go krótkimi odpowiedziami oraz burczeniem. Od razu przypomina mi się nasze pierwsze spotkanie, kiedy to przy domku w lesie powitał mnie gbur z siekierą. Niewiele się zmienił, ale mam wrażenie, że cywilizacja powoli wyciąga po niego swoje łapska. Oby pierwszy dopadł go fryzjer.
Wreszcie parkuję w pobliżu biura Myersa, podaję nazwiska policjantowi przed budynkiem i wsiadamy do windy, w której technicy zabezpieczyli tyle odcisków, że będą je sprawdzać bez końca. Zawsze pozostaje maleńka nadzieja, że morderca był tak nieostrożny, że dotknął klamki lub przycisku windy bez rękawiczek. Rzadko się to sprawdza, ale i tak się łudzę.
Kiedy docieramy na miejsce, Landon zamienia się w przewodnika, a zarazem chyba próbuje zostać ulubionym przydupasem Harry’ego. Przygryzam wargę, żeby się nie roześmiać. Niezły z niego zdrajca. Nora by mi tego nie zrobiła.
– O wpół do siódmej miał trening – relacjonuje Sharp – potem o ósmej spotkanie, następnie przestał odbierać telefony. Żona zajrzała do biura koło szóstej i znalazła Myersa w wannie. Natychmiast zadzwoniła pod dziewięćset jedenaście. Ja byłem tu o wpół do siódmej, Faith jakieś pół godziny później. Technicy przyjechali szybko i zostali, gdy my wróciliśmy do biura, żeby przejrzeć informacje o denacie.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Siedem dni
isbn: 978-83-8423-578-2
© Katarzyna Bester i Wydawnictwo Zaczytani 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Zaczytani.
redakcja: Magdalena Wołoszyn-Cępa
korekta: Emilia Kapłan
okładka: Grzegorz Araszewski
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Zaczytani należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: wydawnictwo@zaczytani.pl
https://zaczytani.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
