Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Najważniejsza zasada brzmi: nie zakochuj się w swoim byłym
Emily Larsen miała jasny plan: nie płakać po stracie faceta i nie pisać o nim książki. Spakowała więc walizkę i złamane serce, po czym uciekła do Ochrydy – uroczej miejscowości nad jeziorem, gdzie chciała odzyskać równowagę, spokój oraz wiarę w mężczyzn.
Nie przewidziała jednak, że ON również się tam pojawi.
Grant Donovan – dziennikarz, były narzeczony, a obecnie jej największy koszmar – przyjeżdża do Macedonii. Teraz Larsen musi dzielić z nim dom, piękne widoki i… kłopotliwe sytuacje, z jakich sama słynie.
Choć miała skupić się na sobie, jej plan w końcu bierze w łeb. Zaczyna śledzić Granta, by dowiedzieć się, co go tu przywiodło, a wtedy wszystko się komplikuje.
Jakby tego było mało, do macedońskiego raju z impetem wpadają Mallory, Susan i June. Urlop zmienia się w pełen zamieszania wyjazd, podczas którego Emily utwierdza się w kilku rzeczach.
Po pierwsze: ma cudowne przyjaciółki. Po drugie: nie istnieje nic lepszego od makalo. Po trzecie: miłość potrafi być okropnie upierdliwa.
Nie da się przed nią uciec, nawet jeśli wyjedzie się na koniec świata.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 284
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
– Samolot zaraz spadnie do morza! – drze się jakiś nastolatek za moimi plecami.
– To nie jest morze, idioto – zauważam, a siedząca obok mnie kobieta zaczyna chichotać.
Patrzę przez okno i uśmiecham się do siebie, gdy cudownie niebieska woda Jeziora Ochrydzkiego wydaje się tak blisko, że mogłabym zanurzyć w niej palce, gdyby tylko w samolotach można było otwierać okna. Dużo podróżowałam, ale okrążenie w powietrzu nad tą czystą i zachwycającą taflą jest czymś, co za każdym razem zapiera mi dech w piersi. Z jednej strony nie dziwię się, że ten młotek pomylił jezioro z morzem, bo jest naprawdę duże. Z drugiej mógł się, kurwa, wysilić i przeczytać co nieco o miejscu, do którego targają go rodzice. Powinien też być wdzięczny, że zabrali go do jednego z najpiękniejszych zakamarków globu, żeby wypoczął po zakończeniu roku szkolnego. Ja mam nadzieję, że kojący widok jeziora, słoik makalo oraz produkowana przez miejscowych rakija uzdrowią moje złamane serce.
– Może pojedziemy jedną taksówką? – zagaja moja towarzyszka, a ja odrywam wzrok od fenomenalnego widoku za szybą i odzywam się do sąsiadki z fotela obok:
– Dokąd pani jedzie?
Podaje mi adres hotelu, a ja potakuję, bo kojarzę ten obiekt. Chwalę jej wybór, po czym informuję, że taksówka będzie już na mnie czekać, więc mogę wziąć kogoś dodatkowego. Jestem w Ochrydzie trzeci raz i mam zaufanego taksówkarza, który nie poda wygórowanej ceny za transport. Wielu mieszkańców utrzymuje się dzięki turystom, więc korzystają z niewiedzy przyjezdnych. Babce siedzącej obok mnie się upiekło, bo dotrze do celu bez rujnowania się.
– Skąd pani jest? – pyta moja nowa znajoma, gdy powoli podchodzimy do lądowania na mikroskopijnym lotnisku.
– Z Nowego Jorku. A pani?
– Ja również – oznajmia z szerokim uśmiechem. – Proszę wybaczyć wścibstwo, ale skądś kojarzę pani twarz.
Yhm, zaczyna się. Niby jestem przyzwyczajona do tego, że obcy ludzie mnie rozpoznają, ale czasem tęsknię za anonimowością. Kobieta wciąż się we mnie wpatruje. Czeka na moją reakcję. No dobra, Susan kazała mi być miłą dla fanów. Uśmiecham się uprzejmie, wyciągam dłoń i mówię:
– Emily Larsen.
Babka szerzej otwiera oczy i rozdziawia usta. Już połączyła kropki.
– Ale numer! – piszczy. – Czytałam pani książki. Jestem wielką fanką.
– Bardzo mi miło – rzucam, a potem skupiam się na przetrwaniu lądowania, bo to dla mnie najmniej komfortowy moment podróży.
Nastolatek za mną przeżywa każdą sekundę i chyba nie rozumie, że można to robić w ciszy, bo ciągle gada o tym, że wykąpie się w morzu, jeśli przeżyje lot. Mam nadzieję, że wynajęli pokój w hotelu położonym z dala od mojego miejsca pobytu. Ta, co przytuliła się do mojej taksówki, mieszka bardzo blisko.
– Ja jestem Betty – trajkocze moja czytelniczka, idąc obok mnie chwilę później, gdy już można postawić stopy na ziemi.
– Fajnie cię poznać, Betty.
– Koleżanki mi nie uwierzą! Przyjechałam na urlop, a tymczasem spotykam znaną autorkę. Nawet mam w walizce twoją ostatnią książkę, bo jeszcze nie zdążyłam przeczytać.
– Wyszła dwa tygodnie temu – próbuję ją pocieszyć, że nie mam jej za złe braków w lekturze.
– Pierwszą pochłonęłam w poprzednie święta… – kontynuuje swój wykład, kiedy czekamy na bagaże.
Półtora roku temu na rynku ukazała się moja pierwsza książka. Nie spodziewałam się, że odniosę sukces, ale zaufałam Susan i wtargnęłam szturmem na księgarniane półki. Czasem mam wrażenie, że to tylko sen, który zaczął się pewnego jesiennego dnia. Wtedy moja rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej: wróciłam z zagranicznej eskapady i razem z narzeczonym zaczynaliśmy układać sobie życie w małym mieszkaniu w Nowym Jorku. Niestety los ze mnie zadrwił i mimo satysfakcjonującej kariery moja sytuacja jest w tej chwili – delikatnie rzecz ujmując – do dupy.
– Może wyjdziemy któregoś dnia na drinka? – nie poddaje się Betty. Ja pierdolę, a tak cichutko siedziała przez prawie cały lot. Nie spodziewałam się po niej takiego słowotoku. – Będę tutaj przez tydzień, później lecę do Albanii. A ty gdzie się zatrzymałaś?
– Wynajęłam piętro w prywatnym domu – odpowiadam i udaję, że nie słyszałam pytania o drinka. Potrzebuję spokoju. – Tam jest nasz transport – dodaję i wskazuję machającego do mnie faceta.
Informuję go, że zabieramy moją znajomą, na co on jedynie wzrusza ramionami i pakuje nasze walizki do bagażnika. Ponieważ uwielbia gadać, ucinają sobie z Betty pogawędkę, a ja przymykam powieki i wmawiam sobie, że najbliższy miesiąc należy do mnie i do mojego zdrowia psychicznego, które staram się odbudować. Mój wydawca, Jack, kazał mi nie myśleć o pracy aż do sierpnia. Nowa książka się sprzedaje, czytelnicy wracają, spotkania autorskie zaplanowaliśmy dopiero na jesień, a tekst, który ma się ukazać na początku roku, odesłałam przedwczoraj do redakcji. Mam wolne. Mogę, a właściwie muszę odpocząć. Naprawdę tego potrzebuję.
– Jak Emily przyjechała tutaj po raz pierwszy – opowiada nasz kierowca – wyrżnęła orła tuż po wyjściu z lotniska. Od razu zaoferowałem jej tani przejazd, żeby ją pocieszyć. Dotarła nad jezioro z obdartymi kolanami.
Oboje z Betty zanoszą się od śmiechu, a ja szczerze tęsknię za wakacjami, gdy krwawiły mi kolana. Z perspektywy czasu oceniam, że był to niewielki uszczerbek na zdrowiu i dumie. No i zdecydowanie łatwiejszy do wyleczenia niż obecne rany. Dzisiaj przybyłam do Ochrydy z krwawiącym sercem, bo w moim życiu nie ma już Granta.
Jest prze-kurwa-pięknie. Stoję na promenadzie, która ciągnie się wzdłuż brzegu jeziora, i gapię się na hipnotyzującą wodę. Odbijają się w niej promienie popołudniowego żaru, rozświetlając rozległy błękit. Za moimi plecami toczy się życie mieszkańców oraz turystów. Kawałek stąd można spotkać zaniedbane chodniki, niewielkie sklepy z rdzewiejącymi dachami, kilkupiętrowe bloki pozbawione uroku małych domków, foliowe obrusy na plastikowych stołach w knajpach, w których trudno dogadać się po angielsku. Tutaj jednak, przy Jeziorze Ochrydzkim, panuje turystyczny raj. Każdy zakątek krzyczy: „Wakacje!”. Uwielbiam tu być. Gdy tylko narzeczony zrobił mnie w chuja, natychmiast pomyślałam o zaplanowaniu wyprawy właśnie tutaj – do najpiękniejszego miejsca w Macedonii.
Wysiadłam z taksówki przy promenadzie, bo przede mną drobna wspinaczka wąskimi uliczkami. Przyda mi się trochę ruchu po kilkunastu godzinach siedzenia w samolocie lub na lotnisku. W Belgradzie wprawdzie spacerowałam, czekając ponad dwie godziny na lot, ale korytarze pełne sklepów to co innego niż przechadzka na świeżym powietrzu. Betty pojechała kawałek dalej, aby zameldować się w hotelu. Obiecałam jej, że wyskoczymy na tego drinka jutro wieczorem. Może przyda mi się towarzystwo, gdy będę odwiedzać którąś z lokalnych restauracji, aby topić smutki w alkoholu.
– Pora się zbierać – mówię sama do siebie, po czym chwytam walizkę i powolnym krokiem ruszam w górę przecinającymi się uliczkami.
Wynajęłam piętro w domu, w którym zatrzymaliśmy się kiedyś z Grantem. Nie unikam ryzyka, ale w kwestii lokalu wolę sprawdzone miejscówki. Tę testowaliśmy razem. Pewnie dopadną mnie wspomnienia, ale będę dzielna. Obiecałam Susan, że nie dam się pokonać jakiemuś facetowi i jego kutasowi – nawet jeśli ten facet był moim narzeczonym, a jego kutas… no cóż… lubiliśmy się. Będę silną i niezależną kobietą, która odcina się od beznadziejnych mężczyzn, za to wchodzi w dojrzałe, zdrowe relacje z macedońskimi winami oraz słoiczkami pełnymi czosnkowej magii. Spoglądam na zegarek i dokonuję szybkich obliczeń. Nie zdążę już dzisiaj, ale jutro wyruszę po tutejsze smakołyki. Jest tu genialny sklep. Chyba za nim tęskniłam.
– Wreszcie – sapię, dotarłszy do celu.
Wygrzebuję klucze spod doniczki, którą wskazała mi w mailu właścicielka budynku, i po chwili otwieram drzwi do mieszkania, w którym spędzę najbliższy miesiąc. Uśmiecham się na widok wielkiego łóżka. Tym razem będę w nim spać sama, ale nie wykluczam, że być może ktoś je jednorazowo odwiedzi. Susan twierdzi, że najlepszym sposobem na to, aby wybić sobie z głowy faceta, jest inny facet. Nie wiem, skąd u niej takie przemyślenia, bo zanim związała się z moim bratem, zwykła nie zapamiętywać nawet imion mężczyzn, których przeleciała. Robi mi się przyjemnie ciepło na wspomnienie najbliższych, więc wykonuję kilka fotek, których będą mi zazdrościć – między innymi ujęcie jeziora, które widzę z balkonu – i wysyłam do rodziców, brata oraz Susan, mojej agentki i przyjaciółki.
– Dotarłaś bez przygód? – pyta ona, kiedy odbieram połączenie wideo na komunikatorze.
– Nie wyjebałam się, jeśli o to pytasz – oznajmiam z uśmiechem.
Nic nie poradzę na to, że słynę z bliskich relacji z grawitacją.
– Cieszę się – mówi Susan. – Jakie masz plany?
– Wezmę prysznic, rozpakuję się, a potem ruszę coś zjeść i wpatrywać się w zachód słońca.
– Brzmi idealnie.
– Mam dużo miejsca – kuszę i uśmiecham się wymownie. – Pakuj walizkę i przybywaj.
– Przydałby mi się odpoczynek. – Udaje, że się zastanawia. – Muszę jednak dopilnować promocji twojej książki, a poza tym June ma jakiś kryzys od rocznicy ślubu, więc razem z Mallory staramy się zapewniać jej rozrywkowe weekendy.
– W Ochrydzie na pewno pożegnałaby ten kryzys – namawiam ją.
– Mam nadzieję, że ty pożegnasz swój – odpowiada i celuje we mnie palcem. – Zapominasz o tym cwanym chujku, zabawiasz się z jakimś przystojniakiem i wracasz do Nowego Jorku bosko opalona. No i z winem dla mnie.
– Słyszałem! – drze się gdzieś w tle mój brat, a w następnej sekundzie widzę, jak na kolana Susan wskakuje Cookie. – Cześć, siostra.
– Spacerek? – pytam, choć jest to oczywiste, bo Leo trzyma w ręku smycz.
– Przewietrzyłem ją trochę. – Śmieje się, po czym głaszcze psa po głowie. – Ochryda nadal słoneczna i bajecznie piękna? – dodaje, a ja tylko kiwam głową.
– W samolocie spotkałam swoją fankę – wyznaję, a potem opowiadam im o podróży i o tym, co zamierzam dziś zjeść.
Chyba mi zazdroszczą, bo każą się bujać i kończą rozmowę, rechocząc jak hieny. Udaję się pod prysznic, przebieram w sukienkę i szybko wypakowuję zawartość walizki do szafy. Wsuwam stopy w lekkie trampki, zamykam mieszkanie i ruszam – tym razem w dół – aby znaleźć miejsce na jednoosobową kolację mającą uzdrowić serce. Na parterze wytężam słuch, bo podobno ktoś wynajął drugie mieszkanie, ale panuje cisza, więc jedynie wzruszam ramionami. Mam tylko nadzieję, że pode mną nie zamieszkała druga Betty, tylko jakiś seksowny i mówiący po angielsku mężczyzna, który pomoże mi zapomnieć o przeszłości. Śmiejąc się z własnego pomysłu, zahaczam paskiem torebki o klamkę i prawie nabijam sobie siniaka.
Idę pomiędzy domami i wdycham świeże powietrze, które pachnie początkiem czegoś nowego. Gdy docieram nad jezioro, wszędzie roi się od gawędzących ludzi, wesołych dzieci, spacerujących psów i kotów, które wydają się nie mieć domów, ale ktoś się nimi opiekuje. Kilkakrotnie weszłam tutaj do restauracji i poczułam się, jakby to kot był kierownikiem sali. Cookie – suczka mojego brata – pewnie byłaby w Ochrydzie królową dzielnicy. Wszędzie jej pełno i jest pyskata. Choć kota mogłaby się pewnie wystraszyć, znając ją i jej poczucie bycia kozakiem.
Dostaję stolik już w pierwszym odwiedzonym miejscu, co mnie cieszy, bo jestem cholernie głodna. Szybko dokonuję wyboru, dorzucając do kolacji porcję makalo, a także lampkę wina. Należy mi się za ostatnie miesiące ciężkiej pracy oraz prób uzdrowienia duszy.
Kilka minut później zanurzam usta w cudownie owocowym trunku, a jakiś wysoki brunet zmierza do wyjścia, puszczając do mnie oko. Uśmiecham się i pewnie pomachałabym zachęcająco, ale koleś znika za drzwiami. No proszę, jeszcze nic nie zjadłam, a już mam ochotę na ciacho. Zapominam jednak o potencjalnym deserze w ładnej koszuli, gdy na stół wjeżdża moja kolacja. O tak, to jest to, czego potrzebowałam: wakacyjny klimat, boska okolica, pyszne jedzenie i plączący się wokół przystojniacy. Chyba nie ma opcji, aby coś popsuło mi ten urlop.
Kocham biżuterię. Chyba każda kobieta zaciera rączki na widok szlachetnych kamieni, błyszczących kolczyków czy – no właśnie – pereł ochrydzkich. Nic dziwnego, że w celu poprawienia sobie humoru po wciąż nieprzepracowanym rozstaniu z Grantem o poranku wędruję do jednego ze sklepów rodziny Filevi. Perły są niejako znakiem firmowym Ochrydy. Wyglądają cudownie i najchętniej obwiesiłabym się nimi jak choinka. Nie ukrywam, że kręci mnie też wątek tajemniczej receptury, według której rodzina Filevi od tysiąc dziewięćset dwudziestego ósmego roku tworzy perłowe warstwy, używając do ich produkcji łusek plaszicy. Podobno sposób wyrabiania biżuterii jest przekazywany z pokolenia na pokolenie i pilnie strzeżony. Cholera, aż mam ciarki, jak o tym myślę. Lubię takie klimaty.
Wkraczam do sklepu witana chłodem bijącym od płytek podłogowych i klimatyzacji. Na zewnątrz jest bardzo ciepło, a promienie słoneczne wdzierają się przez ubranie. W sklepie od razu dostaję gęsiej skórki, i to nie tylko na widok pereł. Uśmiecham się do ekspedientki i węszę wśród dostępnych wzorów. Mam już w domu kolczyki i naszyjnik, ale odniosłam sukces na rynku wydawniczym i mogę sobie poszaleć w jednym z miejsc, gdzie mam do czynienia z oryginałem, a nie tanią podróbą, jaką zdarzyło mi się kupić na straganie podczas pierwszej wizyty, bo po prostu nie miałam o tym pojęcia.
– Poproszę ten komplet – mówię po chwili do miłej pani, która podaje mi dopasowane do siebie kolczyki i bransoletkę.
Już widzę, jak dekoruję się tym podczas spotkań autorskich jesienią. Będę miała przy sobie namiastkę lata. Z uśmiechem na ustach płacę w euro i dostaję resztę trochę w euro, trochę w denarach macedońskich. Uwielbiam beztroskę tutejszych mieszkańców. Dziękuję za obsługę, zgarniam perły i certyfikat ich autentyczności, a potem powolnym krokiem szukam miejsca na idealne ochrydzkie śniadanie, czyli zupę. Udaje mi się dorwać stolik z widokiem na jezioro i podczas posiłku czuję, jak moja wyjąca o litość dusza stopniowo doznaje ukojenia. Wiedziałam, że tutaj uda mi się uzdrowić serce. Póki co dobrze mi idzie. Perły już pomagają, mimo że jesteśmy razem godzinę.
Po drodze do mieszkania odwiedzam jeszcze sklep z lokalnymi przysmakami i zaopatruję się w makalo, ajvar i przepyszne masło z orzechów laskowych. Dorzucam butelkę wina, żeby było w pogotowiu w razie spadku nastroju. Jest bardzo dobre. Wiem, bo próbowałam. Lubię ten sklep, bo można tutaj skosztować kilku rzeczy, zanim dokona się zakupu. Ja obkupiłam się wzorowo. Targam to wszystko pod górę, a gdy docieram do drzwi, słyszę, że w mieszkaniu na dole ktoś się przemieszcza. Ciekawe, kto tu przebywa. Może zapukam wieczorem i zaproponuję wspólne rozpracowanie butelki wina. Mam tylko nadzieję, że to nie jakaś nadpobudliwa czytelniczka, która będzie potem informować cały świat, gdzie jestem i co robię. Głupio się najebać, gdy wiesz, że ktoś wrzuci dowody na Instagram.
Spoglądam na zegarek i oceniam, że moi bliscy w Nowym Jorku chyba jeszcze śpią lub dopiero co wstali i nie chciałabym drażnić ich z rana. Przygotowuję sobie kawę, siadam na balkonie i relaksuję oczy, wpatrując się w Jezioro Ochrydzkie. Odpoczywam. Tak na sto procent. Przymykam powieki, unoszę twarz w stronę słońca i macham sobie stopą w rytm południowych dźwięków miasteczka, docierających do mnie z każdej strony.
– Niech to szlag – szepczę, gdy klapek zsuwa mi się ze stopy, którą radośnie machałam, i ląduje na parterze.
Wychylam się za barierki i widzę, że uciekinier wylądował pod oknem sąsiada z dołu. Wzdycham, odstawiam niedopitą kawę na stolik i w jednym bucie wędruję na parter, żeby odzyskać zgubę. Wychodzę z domu i uśmiecham się do starszego pana, który właśnie przejeżdża rowerem obok mnie. Podnoszę klapek i zerkam przez okno, bo z natury jestem ciekawska i chętnie podejrzę kogoś, kto tu mieszka. Okno jest otwarte, ale nic nie słyszę. Może ktoś sobie uciął drzemkę, czyta lub po prostu… hmm… wali konia? Cholera, Susan chyba miała rację, że potrzebuję romansu, aby zapomnieć o zerwanych zaręczynach. Właściwie to odrzuconych, bo przecież pierścionek przeleciał przez pokój po moim nerwowym rzucie.
Może wieczorem razem z Betty zapolujemy na wolnych samców? Zamyślona zmierzam na górę, ale – ponieważ wciąż mam klapek w ręce zamiast na stopie – już na trzecim schodku uderzam palcami o drewno i ostatkiem sił powstrzymuję jęk bólu, który wydobywa się z mego wnętrza. Muszę pamiętać, żeby pić głównie w mieszkaniu, a nie poza nim. Na tych schodach na pewno się wypierdolę, jeśli będę wracać napruta.
Wieczór jest ciepły, bezwietrzny i głośny. Turyści okupują duże restauracje i małe knajpki, zakochane pary wędrują nad jeziorem, trzymając się za ręce, czym wywołują u mnie odruch wymiotny, a dzieci śmieją się głośno i biegają jak napędzane piekielną mocą. Spacerem docieram do hotelu, w którym zatrzymała się Betty. Mają przyjemną restaurację tuż nad brzegiem jeziora, więc widok jest bajeczny. Odnajduję wzrokiem moją nową koleżankę i odkrywam, że siedzi przy stoliku w towarzystwie dwóch facetów. Wszyscy troje trzymają w rękach szklanki i głośno rechoczą, więc chyba zapowiada się udana noc. Gdy podchodzę bliżej, rozpoznaję mężczyznę, który wczoraj puścił do mnie oko w restauracji. O tak, bardzo dobrze, że się tu zjawiłam. Koleś uśmiecha się uwodzicielsko na mój widok i śmiem przypuszczać, że to może być początek mojej terapii zalecanej przez doktor Susan.
– Mówiłam wam o Emily – oznajmia podniecona Betty, gdy mnie zauważa. – To moja ulubiona autorka. Na pewno macie jej książki też w Los Angeles.
– Miło poznać – odzywa się blondyn, siedzący tuż obok mojej czytelniczki. Chyba nawet trzyma ją za kolano. – Jestem Ian, a to mój przyjaciel z importu Vito.
Zerkam na przystojnego bruneta o zdecydowanie włoskich korzeniach i witam się z nim w jego ojczystym języku. Wygląda na to, że mu zaimponowałam, bo również po włosku wyznaje:
– Nie sądziłem, że coś jeszcze mnie tu zaskoczy.
– Dobrze znasz miasto? – pytam, zajmując miejsce obok włoskiego ciacha.
– Jestem tu drugi raz, ale nigdy jeszcze nie miałem tak znakomitego towarzystwa. – Wymownie lustruje mnie od stóp do głów.
Dziękuję samej sobie, że ogoliłam nogi i całą resztę, bo jeśli ten facet po kilku drinkach wprosi się do mnie na ruchanko, będę gotowa. Cholera, celibat chyba zaburza moją decyzyjność, ale co tam. Co dzieje się na wakacjach, zostaje na wakacjach.
– Możemy się włączyć do dyskusji? – wtrąca żartobliwie Ian, więc przechodzimy na angielski. – Betty mówiła, że piszesz.
– Zdarza mi się – rzucam z uśmiechem.
– Przyznaję, że nie czytałem twoich książek, ale obiecuję nadrobić – kontynuuje opalony blondas, a Betty zaczyna wymieniać mu tytuły i prezentować recenzje moich papierowych dzieci.
W tym czasie pojawia się kelner, więc wybieram coś dla siebie, bacznie obserwowana przez nowego znajomego. Vito jest wysoki, ma ciemne oczy, falujące włosy i to coś, czego nie da się zdefiniować, a czemu trudno się oprzeć. No i, podobnie jak wczoraj, nosi ładną koszulę. Hmm, Vito. Jak tak na niego zerkam, to mam nadzieję, że złoży mi propozycję nie do odrzucenia.
– Czy twoim ulubionym filmem jest Ojciec chrzestny? – wypalam, a wszyscy wybuchają śmiechem.
– Jednym z wielu na pewno – mówi rozbawiony Vito. – A twoim?
– Lubię go, ale na swojej liście mam też trochę typowo kobiecych pozycji.
– Ian ciągle ogląda Moje wielkie greckie wesele – kabluje, wskazując na kumpla.
– Kocham greckie klimaty – tłumaczy się tamten i chichocze. – Lubię też Mamma Mia!.
Serio? Faceta kręcą śluby i tańce na plaży? To nie domena kobiet?
– Jesteście parą? – wypalam po raz kolejny, marszcząc brwi, a oni obaj zapowietrzają się ze śmiechu.
Betty też się chichra, choć zerka z ciekawością na Iana. Pewnie czeka na informację, w kogo wolałby wejść dziś w nocy: w nią czy w swojego przyjaciela.
– Emily – odzywa się włoski cud natury, wycierając łzy. – Mam przeczucie, że ten urlop na długo pozostanie w mojej pamięci.
Patrzy na mnie tak, że chyba zaraz będę musiała zmienić majtki. Gdyby był gejem, nie oblizywałby się na mój widok, prawda? Z trudem biorę głęboki wdech, odbieram od kelnera swojego drinka, a potem wdaję się w dyskusję o ciekawych miejscach świata, książkach i magii Ochrydy.
O Nowym Jorku mówi się, że nigdy nie zasypia, ale o Ochrydzie też trudno powiedzieć, aby kładła się z kurami. Niektóre sklepy z pamiątkami są tutaj otwarte do późnych godzin wieczornych, a wręcz zahaczających o noc. Dochodzi dziesiąta, gdy zbliżam się do tętniącego życiem zbiorowiska knajp, w których turyści wspomagają macedońskich przedsiębiorców. Mijam pomnik świętego Klimenta i łapię się na tym, że kiwam w jego stronę głową. Jeszcze tylko brakuje, abym mu życzyła dobrego wieczoru. Ten piąty drink mógł być przekroczeniem pewnej granicy, ale tak dobrze smakował w towarzystwie nawalonej Betty, wesołego Iana i seksownego Vita, że nie chciałam rezygnować. Wchodzę w plątaninę wąskich i stromych uliczek, łapię równowagę i postanawiam poświecić sobie telefonem, aby nie zaliczyć spektakularnej gleby, zanim w ogóle dotrę do tych wyczynowych schodów w wynajmowanym mieszkaniu. Grzebię w torebce, ale nie odnajduję smartfona.
– Co, do chuja? – gadam sama do siebie, a moje ciśnienie rośnie z powodu stresu.
Uzmysławiam sobie, że zgubiłam telefon, i chce mi się płakać. Hmm… A może zostawiłam go w restauracji hotelowej? Decyduję się wrócić tam i zapytać. Napędzana adrenaliną nieco trzeźwieję, więc bez chwiania się i dyskusji z posągiem Klimenta docieram do restauracji, a kelner od wejścia macha do mnie… moim telefonem. Z radości ściskam chłopa i daję mu drugi tego wieczoru napiwek. Muszę chwilę ochłonąć z tych wrażeń.
– Poproszę zimne piwo. – Rozsiadam się na pierwszym wolnym krześle.
– Na pewno chce pani mieszać alkohole? – docieka mężczyzna, chowając banknot do kieszonki w koszuli.
– Dam radę – zapewniam i po chwili sączę chłodnego browara. – Od razu lepiej – kwituję, a zmęczenie nadprogramowym spacerem jakby osłabia się wskutek chłodzenia od wewnątrz. – Dobranoc – rzucam kwadrans później i po raz kolejny kieruję się do mieszkania.
Przechodzę przez plac, unikając kontaktu wzrokowego z posągiem i z podchmielonymi uwodzicielami po pięćdziesiątce. Wkraczam w gąszcz uliczek i wspinam się ostrożnie, bo jednak trochę kręci mi się w głowie od wypitego alkoholu. Ponadto z każdą minutą coraz mocniej żałuję, że nie skorzystałam z toalety, bo muszę coraz mocniej zaciskać uda, aby nie popuścić. Jest blisko, kiedy się potykam, ale przypominam sobie o latarce w odnalezionym cudownie telefonie. Oświetlając sobie drogę, docieram do drzwi wejściowych. Przede mną te cholerne schody, ale chyba już nie dam rady.
– Ratunku – szepczę sama do siebie i rozglądam się w ciemności, bo u sąsiada lub sąsiadki z dołu nie świeci się światło.
Przebierając nogami, szybciutko podejmuję brawurową decyzję. Schylam się i przechodzę pod oknem, żeby schować się za róg domu. Widziałam w ciągu dnia, że jest tam bujny trawnik, który rozrósł się od mojej ostatniej wizyty. Czuję pod stopami miękką trawę i kucam, aby opróżnić pęcherz. Pamiętam, że kiedyś byłam gotowa zrobić to w windzie mojego wydawnictwa, ale na szczęście uniknęłam takiego występu. Dzisiaj nie było opcji, abym wspięła się po tych jebanych schodach z pełnym, a właściwie przepełnionym pęcherzem.
– Ale ulga. – Wzdycham, a po chwili otwieram drzwi i rozpoczynam wspinaczkę. – Kurwa, nic nie widzę.
Nie zaświeciłam sobie światła, więc po omacku pokonuję kolejne stopnie, trzymając się kurczowo ściany. Wreszcie jestem u siebie. Dopiero teraz wpadam na to, że znowu mogłam wykorzystać latarkę w telefonie. Mój mózg chyba serio jest na wakacjach. Od razu idę pod prysznic, a potem zanurzam się w pościeli i zasypiam, kołysana wspomnieniem włoskiego spojrzenia oraz procentami obezwładniającymi moje ciało.
Budzi mnie cudowne ciepło promieni słonecznych wpadających do pokoju przez cienkie firanki. Siadam na łóżku i stwierdzam, że spodziewałam się większego kaca, a tymczasem tylko lekko pobolewa mnie głowa. Kawa powinna załatwić sprawę. Decyduję, że zjem lekkie śniadanie i udam się do Twierdzy Samuela, żeby napawać się widokiem z najwyższego punktu obserwacyjnego. U stóp twierdzy jest genialna miejscówka, gdzie kupię kawę, usiądę na turkusowym krześle i będę podziwiać Ochrydę z wysokości. Tak, to brzmi jak zajebisty plan. Przygotowuję sobie kanapki z masłem z orzechów laskowych, które łechta moje podniebienie, a potem wypijam jedynie małą butelkę wody, aby nie powtórzyć numeru z nocnej wyprawy. Gdybym sikała pod murami, które przyciągają turystów, w dodatku w biały dzień, ktoś mógłby mnie zauważyć. A internet nie zapomina.
Opuszczam budynek i nasuwam na nos moje niebieskie okulary. Jest niesamowicie gorąco, ale zarazem niesamowicie cudownie. Zaopatrzona w kapelusz z szerokim rondem rozpoczynam wspinaczkę do twierdzy. Na szczęście mieszkam w połowie drogi od jeziora, więc nie spocę się jak dzika świnia, zanim dotrę do celu.
– Emily? – pyta męski głos z mojej lewej, gdy kilka minut później prawie wypluwam płuca.
Patrzę na faceta, który wygląda, jakby wyszedł z żurnala, a nie wędrował po oblanych żarem kamiennych uliczkach. Ma na sobie jasną koszulę, krótkie spodenki wyprasowane chyba z osiem razy, mokasyny oraz kapelusz, w którym prezentuje się niczym lowelas z telewizyjnego romansu, a nie początkujący farmer. Podoba mi się. Zasapana uśmiecham się do niego, próbując wyrównać oddech. Cholera, pewnie jestem cała czerwona i mokra od tego ciepła, a włosy przyklejają mi się do policzków. Niezłe zestawienie z jego świeżością i zajebistością.
– Cześć, Vito.
– Domyślam się, że planujesz odwiedzić Twierdzę Samuela – zgaduje, spoglądając na mnie wymownie zza swoich eleganckich i zapewne modnych okularów przeciwsłonecznych.
– Trafiłeś.
– Mogę się przyłączyć?
Posyła mi uśmiech, który pozbawia mnie wolnej woli, więc jedynie się szczerzę.
– Niebieski to twój ulubiony kolor? – docieka, przyłapawszy mnie na poprawianiu niesfornych kosmyków oblepiających czoło.
– Lubię dużo kolorów, ale niebieski jest dość oryginalny, jeśli chodzi o włosy, a jestem fanką oryginalności – wyjaśniam, za wszelką cenę próbując nie sapać przy każdym kroku.
– Przyznam, że rano przy śniadaniu zerknąłem na opisy twoich książek i chyba na serio potrafisz się wyróżnić.
– Dziękuję.
– Czytałem, że masz narzeczonego i że w książkach…
– To już nieaktualne – przerywam mu, żeby nie drążył tematu. – Moje życie wciąż się zmienia. Piszę trochę o przeszłości, trochę o tym, co dzieje się teraz. Najważniejsze jest odkrywanie z czytelnikiem nowych miejsc i pokazywanie, co mi się tam przytrafiło.
– Zaintrygowałaś mnie – przyznaje i śmieje się krótko. – Skoro nie przyjechałaś z narzeczonym, to może wypijemy razem kawę w tej knajpie przy twierdzy?
– Jesteś jakąś wróżką? – pytam wesoło. – Taki miałam plan od momentu, gdy się obudziłam.
– Nigdy nie sprawdzałem, czy mam dar, ale obiecuję zerknąć kiedyś do szklanej kuli – oznajmia i oboje w dobrych nastrojach wdrapujemy się na górę, gdzie wchodzimy do nietypowej miejscówki.
Jest tu wszystko. No może poza zwłokami, bo w takim upale pewnie byłoby je czuć. Chyba że są w lodówce, to cofam swoje słowa. Generalnie trudno określić styl wnętrza. Stoją tu krzesła drewniane, tapicerowane, fotele, ława, manekin, wielkie kwiaty, meble pamiętające minimum lata osiemdziesiąte, stare radioodbiorniki, walizka, telefon jak z dawnych filmów, a nawet maszyna do szycia. Nigdzie nie widziałam takiej mieszanki jak tu. Wystarczy jednak odwrócić wzrok od tego nietuzinkowego zestawienia i spojrzeć przez otwarte okna, aby zbierać szczękę z podłogi. Widok na jezioro oraz czerwone dachy zabudowań jest stąd po prostu nieziemski. Większy obszar można podziwiać jedynie z murów twierdzy.
– Siądziemy na zewnątrz? – proponuję, wskazując turkusowe krzesła stojące na wąskim tarasie.
– Jasne – odpowiada Vito. – Ja zapraszam.
– Dżentelmen. – Poruszam znacząco brwiami, czym go rozbawiam.
Wychodzę na zewnątrz i zdejmuję okulary, aby lepiej przyjrzeć się temu, co figuruje na liście światowego dziedzictwa UNESCO, a czego mogę doświadczać na żywo. Wzdycham z zachwytu i opadam na krzesło przy niewielkim stoliku stojącym przy barierce. Chwilę później zjawia się Vito i też na moment zastyga, gapiąc się na leżącą w dole Ochrydę.
– Uwielbiam ten klimat – komentuje, po czym zajmuje swoje miejsce. – Długo się znacie z Betty?
– Poznałyśmy się w samolocie. W sumie to już lądował.
– To dlatego nie mieszkacie razem w hotelu.
– Jakie śledztwo – rzucam i parskam śmiechem. – A ty długo znasz Iana?
– Przyjechałem do Los Angeles na studia i tam się poznaliśmy. Trzymamy się razem od prawie dwudziestu lat.
– Czym się zajmujesz zawodowo?
– Pracuję w Hollywood – mówi i uśmiecha się szeroko. – Odpowiadam za dźwięk.
– Wow, to ciekawe. Lubisz obracać się wśród gwiazd?
– Nie jesteśmy przyjaciółmi, ale mijamy się – tłumaczy. – Ian jest kaskaderem, więc ma większe szanse na krótką rozmowę z jakimś aktorem.
– Macie bardzo ciekawą pracę – przyznaję, a on się śmieje.
– Powiedziała autorka bestsellerów. Opowiedz, jak ty trafiłaś do swojej branży.
– Właściwie to przypadkiem – zaczynam, a zanim nasza kawa pojawi się na stoliku, jestem w połowie opowieści o tym, jak poznałam Susan.
Pół godziny później, gawędząc o naszych ulubionych miejscach we Włoszech, wchodzimy przez wielką bramę, kupujemy bilety i pokonujemy liczne schody, aby pospacerować wśród turystów odwiedzających wysokie mury. Jest przyjemnie. Podziwiam ogrom jeziora, słuchając opowieści Vita, który wspomina swoje odwiedziny w Nowym Jorku. Pyta, w której części miasta mieszkam, i już mam powiedzieć, że w Bronksie, ale przecież kilka miesięcy temu wyprowadziłam się, porzucając narzeczonego, który wcześniej porzucił mnie.
– Rozglądam się za mieszkaniem, ale jeszcze nie zdecydowałam – wyjaśniam. – Chwilowo zaszczycam rodziców swoją obecnością.
– Lubisz z nimi mieszkać?
– W sumie to nawet śmieszne, gdy przed snem sprawdzają, czy czegoś nie podpaliłam.
– Co proszę? – pyta zaskoczony i szeroko otwiera oczy.
– No cóż – mówię i przygryzam wargę. – Był pewien incydent z kanapą.
Miło spędziłam czas z moim nowym znajomym. Porozmawialiśmy po włosku, co chyba mu się spodobało, bo kazał mi się trzymać pod ramię. Możliwe też, że po moim trzecim potknięciu stwierdził, że rozwalę sobie ryj, jeżeli nie będzie mnie asekurował. Dziś wieczorem znów wychodzimy we czwórkę i jeśli ręka Iana nadal będzie błądzić po kolanach Betty, będę mogła uznać to spotkanie za podwójną randkę, bo Vito coraz mocniej mnie do siebie przyciąga. Taki wniosek wysnuwam, wdrapując się na schody prowadzące do mieszkania. Z uśmiechem i nadzieją na wakacyjny romans wchodzę pod prysznic, aby zmyć z siebie trudy wędrówki w porannym upale. Na całym ciele pojawiły mi się pierwsze ślady opalenizny. Gdy wychodzę z łazienki, odkrywam, że mam wiadomość od właścicielki mieszkania. Czytając, z trudem powstrzymuję śmiech, bo kobieta pyta, czy nie słyszałam niczego podejrzanego, gdyż w nocy ktoś nasikał do butów sąsiada z dołu. Koleś chyba się poskarżył. Co za pizduś, czy też – jak by to powiedziała Mallory – miękka faja. Teraz w dodatku faja z obszczanymi butami.
– Ja pierdolę – szepczę. – Nie widziałam ich.
Zresztą jak miałam widzieć, skoro było ciemno jak w dupie? No trudno, chłop wypierze je sobie jeszcze raz, bo z wiadomości wynika, że suszyły się pod domem. W nocy? Niech się nauczy, że pranie suszy się do słońca, a nie księżyca. Odpisuję, że nic nie słyszałam, a potem przebieram się w lekką sukienkę i przeszukuję ofertę lokali gastronomicznych, wypatrując czegoś interesującego na wczesny obiad. Zerkam też na Instagram, bo widzę, że sporo osób polubiło moje zdjęcie z wczorajszego spaceru po Ochrydzie. Przeglądam swój profil i zastanawiam się, co mogłabym w nim udoskonalić. Na pewno przydałoby się wymazać Granta z kilku zdjęć, ale wtedy pojawi się wiele niewygodnych pytań, na które nie chcę odpowiadać ludziom w sieci lub podczas wywiadów. Grant w jakiś sposób już na zawsze zostanie częścią mojego dawnego życia, tylko szkoda, że potraktował mnie na koniec jak jakąś niezbyt udaną randkę. Z bólem w sercu oglądam fotki z kolacji, kiedy to świętowaliśmy moją pierwszą książkę. Miałam ładną sukienkę, Leo wystroił się w garnitur, w którym – jak się potem dowiedziałam – wystąpił na swojej sprawie rozwodowej, a Susan wyglądała na dumną i szczęśliwą. Grant założył krawat. Pamiętam, jaka byłam zaskoczona, bo krawat w zestawieniu z jego łysą głową, brodą i tatuażami prezentował się naprawdę dziwnie. On powiedział jednak, że to wyjątkowa okazja. Wtedy jeszcze mnie kochał.
– Niech to szlag – oświadczam i rzucam telefon na łóżko, po czym wychodzę na moment na balkon, żeby uspokoić nerwy.
Opieram się o balustradę i uważam, aby przypadkiem znów nie zrzucić klapka. Przypominam sobie o butach, które w nocy uraczyłam wątpliwą przyjemnością. Wychylam się za róg, spoglądam w kierunku trawnika i widzę, że na zielonej wysepce stoi para granatowo-białych cichobiegów. Pewnie suszą się po raz drugi. No cóż, wygląda na to, że powinnam unikać sąsiada z dołu, aby nie zaśmiać mu się w twarz, że noc to nie pora na pranie.
Uśmiecham się do siebie, a potem cofam o krok, bo słyszę na dole jakiś ruch. Otwierają się drzwi. Oho, Pan Obszczybut widocznie wybiera się na spacer. Z ciekawością podpatruję, jak wyłania się z budynku. Widzę szerokie barki otulone jasnym T-shirtem, sandały w rozmiarze nie-ma-większego, a także kapelusz mający chronić przed słońcem, które zaczyna jeszcze mocniej przypiekać. Nagle moje serce podchodzi do gardła, gdy dostrzegam, że spod rękawów koszulki wychodzą tatuaże. Dobrze mi, kurwa, znane tatuaże. Kiedy obiekt zatrzymuje się, żeby poprawić kapelusz, wstrzymuję oddech na widok ogolonej głowy. Nie, błagam, losie. To się nie dzieje naprawdę. Stoję cicho, aby mnie nie zauważył, choć pewnie z moich mediów społecznościowych już wie, że jestem w Ochrydzie. Targa mną wiele emocji i mam ochotę zarazem zacząć płakać i rzucić czymś ciężkim za oddalającym się mężczyzną.
– To są jakieś jaja – stwierdzam, a następnie wracam do pokoju i drżącymi dłońmi wystukuję wiadomość do Susan.
Emily:
W nocy zlałam się w buty nie zgadniesz kogo.
Otrząsam się z osłupienia i ponownie patrzę przez okno balkonowe. Sylwetka rozpływa się w promieniach słońca oraz wskutek rosnącej odległości, ale jestem pewna, że przeleciałam mnóstwo mil, dotarłam na inny kontynent i zaszyłam się w małym mieście w Macedonii, a moim sąsiadem jest Grant Donovan – facet, z którym miałam spędzić życie.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
To są jakieś jaja
isbn: 978-83-8423-340-5
© Katarzyna Bester i Wydawnictwo Amare 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Amare.
redakcja: Magdalena Wołoszyn-Cępa
korekta: Emilia Kapłan
okładka: Izabela Surdykowska-Jurek
przygotowanie e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Amare należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: kontakt@wydawnictwo-amare.pl
https://wydawnictwo-amare.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
