To są jakieś jaja - Katarzyna Bester - ebook
NOWOŚĆ

To są jakieś jaja ebook

Katarzyna Bester

4,3

120 osób interesuje się tą książką

Opis

Najważniejsza zasada brzmi: nie zakochuj się w swoim byłym

Emily Larsen miała jasny plan: nie płakać po stracie faceta i nie pisać o nim książki. Spakowała więc walizkę i złamane serce, po czym uciekła do Ochrydy – uroczej miejscowości nad jeziorem, gdzie chciała odzyskać równowagę, spokój oraz wiarę w mężczyzn.

Nie przewidziała jednak, że ON również się tam pojawi.
Grant Donovan – dziennikarz, były narzeczony, a obecnie jej największy koszmar – przyjeżdża do Macedonii. Teraz Larsen musi dzielić z nim dom, piękne widoki i… kłopotliwe sytuacje, z jakich sama słynie.

Choć miała skupić się na sobie, jej plan w końcu bierze w łeb. Zaczyna śledzić Granta, by dowiedzieć się, co go tu przywiodło, a wtedy wszystko się komplikuje.

Jakby tego było mało, do macedońskiego raju z impetem wpadają Mallory, Susan i June. Urlop zmienia się w pełen zamieszania wyjazd, podczas którego Emily utwierdza się w kilku rzeczach.

Po pierwsze: ma cudowne przyjaciółki. Po drugie: nie istnieje nic lepszego od makalo. Po trzecie: miłość potrafi być okropnie upierdliwa.

Nie da się przed nią uciec, nawet jeśli wyjedzie się na koniec świata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 284

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (35 ocen)
25
4
2
1
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
koziolek88

Nie polecam

Kiedyś bardzo lubiłam książki autorki, jednak kilku ostatnich nie da się czytać. Nudne, bez ładu i składu i do tego ten język, książka dzieje się za granicą, a język rynsztokowy z polskiego podwórka.
41
Alutekk

Nie polecam

Nie polecam. Strasznie nudna, szkoda czasu i jeszcze język rynsztokowy.
41
olkaola3

Nie polecam

Nie polecam .Książka monotonna ,nic specjalnego się nie działało Po opisie liczyłam na jakieś wow ale ku mojemu rozczarowaniu tak nie było Książka nie warta czasu
31
Pasjonatka9

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca i zabawna. Polecam całą serię.
10
MmWw1

Nie oderwiesz się od lektury

swietna ksiazka
10



Roz­dział pierw­szy

– Sa­mo­lot za­raz spad­nie do mo­rza! – drze się ja­kiś na­sto­la­tek za mo­imi ple­ca­mi.

– To nie jest mo­rze, idio­to – za­uwa­żam, a sie­dzą­ca obok mnie ko­bie­ta za­czy­na chi­cho­tać.

Pa­trzę przez okno i uśmie­cham się do sie­bie, gdy cu­dow­nie nie­bie­ska wo­da Je­zio­ra Ochrydz­kie­go wy­da­je się tak bli­sko, że mo­gła­bym za­nu­rzyć w niej pal­ce, gdy­by tyl­ko w sa­mo­lo­tach moż­na by­ło otwie­rać okna. Du­żo po­dró­żo­wa­łam, ale okrą­że­nie w po­wie­trzu nad tą czy­stą i za­chwy­ca­ją­cą ta­flą jest czymś, co za każ­dym ra­zem za­pie­ra mi dech w pier­si. Z jed­nej stro­ny nie dzi­wię się, że ten mło­tek po­my­lił je­zio­ro z mo­rzem, bo jest na­praw­dę du­że. Z dru­giej mógł się, kur­wa, wy­si­lić i prze­czy­tać co nie­co o miej­scu, do któ­re­go tar­ga­ją go ro­dzi­ce. Po­wi­nien też być wdzięcz­ny, że za­bra­li go do jed­ne­go z naj­pięk­niej­szych za­ka­mar­ków glo­bu, że­by wy­po­czął po za­koń­cze­niu ro­ku szkol­ne­go. Ja mam na­dzie­ję, że ko­ją­cy wi­dok je­zio­ra, sło­ik ma­ka­lo oraz pro­du­ko­wa­na przez miej­sco­wych ra­ki­ja uzdro­wią mo­je zła­ma­ne ser­ce.

– Mo­że po­je­dzie­my jed­ną tak­sów­ką? – za­ga­ja mo­ja to­wa­rzysz­ka, a ja od­ry­wam wzrok od fe­no­me­nal­ne­go wi­do­ku za szy­bą i od­zy­wam się do są­siad­ki z fo­te­la obok:

– Do­kąd pa­ni je­dzie?

Po­da­je mi ad­res ho­te­lu, a ja po­ta­ku­ję, bo ko­ja­rzę ten obiekt. Chwa­lę jej wy­bór, po czym in­for­mu­ję, że tak­sów­ka bę­dzie już na mnie cze­kać, więc mo­gę wziąć ko­goś do­dat­ko­we­go. Je­stem w Ochry­dzie trze­ci raz i mam za­ufa­ne­go tak­sów­ka­rza, któ­ry nie po­da wy­gó­ro­wa­nej ce­ny za trans­port. Wie­lu miesz­kań­ców utrzy­mu­je się dzię­ki tu­ry­stom, więc ko­rzy­sta­ją z nie­wie­dzy przy­jezd­nych. Bab­ce sie­dzą­cej obok mnie się upie­kło, bo do­trze do ce­lu bez ruj­no­wa­nia się.

– Skąd pa­ni jest? – py­ta mo­ja no­wa zna­jo­ma, gdy po­wo­li pod­cho­dzi­my do lą­do­wa­nia na mi­kro­sko­pij­nym lot­ni­sku.

– Z No­we­go Jor­ku. A pa­ni?

– Ja rów­nież – oznaj­mia z sze­ro­kim uśmie­chem. – Pro­szę wy­ba­czyć wścib­stwo, ale skądś ko­ja­rzę pa­ni twarz.

Yhm, za­czy­na się. Ni­by je­stem przy­zwy­cza­jo­na do te­go, że ob­cy lu­dzie mnie roz­po­zna­ją, ale cza­sem tę­sk­nię za ano­ni­mo­wo­ścią. Ko­bie­ta wciąż się we mnie wpa­tru­je. Cze­ka na mo­ją re­ak­cję. No do­bra, Su­san ka­za­ła mi być mi­łą dla fa­nów. Uśmie­cham się uprzej­mie, wy­cią­gam dłoń i mó­wię:

– Emi­ly Lar­sen.

Bab­ka sze­rzej otwie­ra oczy i roz­dzia­wia usta. Już po­łą­czy­ła krop­ki.

– Ale nu­mer! – pisz­czy. – Czy­ta­łam pa­ni książ­ki. Je­stem wiel­ką fan­ką.

– Bar­dzo mi mi­ło – rzu­cam, a po­tem sku­piam się na prze­trwa­niu lą­do­wa­nia, bo to dla mnie naj­mniej kom­for­to­wy mo­ment po­dró­ży.

Na­sto­la­tek za mną prze­ży­wa każ­dą se­kun­dę i chy­ba nie ro­zu­mie, że moż­na to ro­bić w ci­szy, bo cią­gle ga­da o tym, że wy­ką­pie się w mo­rzu, je­śli prze­ży­je lot. Mam na­dzie­ję, że wy­na­ję­li po­kój w ho­te­lu po­ło­żo­nym z da­la od mo­je­go miej­sca po­by­tu. Ta, co przy­tu­li­ła się do mo­jej tak­sów­ki, miesz­ka bar­dzo bli­sko.

– Ja je­stem Bet­ty – traj­ko­cze mo­ja czy­tel­nicz­ka, idąc obok mnie chwi­lę póź­niej, gdy już moż­na po­sta­wić sto­py na zie­mi.

– Faj­nie cię po­znać, Bet­ty.

– Ko­le­żan­ki mi nie uwie­rzą! Przy­je­cha­łam na urlop, a tym­cza­sem spo­ty­kam zna­ną au­tor­kę. Na­wet mam w wa­liz­ce two­ją ostat­nią książ­kę, bo jesz­cze nie zdą­ży­łam prze­czy­tać.

– Wy­szła dwa ty­go­dnie te­mu – pró­bu­ję ją po­cie­szyć, że nie mam jej za złe bra­ków w lek­tu­rze.

– Pierw­szą po­chło­nę­łam w po­przed­nie świę­ta… – kon­ty­nu­uje swój wy­kład, kie­dy cze­ka­my na ba­ga­że.

Pół­to­ra ro­ku te­mu na ryn­ku uka­za­ła się mo­ja pierw­sza książ­ka. Nie spo­dzie­wa­łam się, że od­nio­sę suk­ces, ale za­ufa­łam Su­san i wtar­gnę­łam sztur­mem na księ­gar­nia­ne pół­ki. Cza­sem mam wra­że­nie, że to tyl­ko sen, któ­ry za­czął się pew­ne­go je­sien­ne­go dnia. Wte­dy mo­ja rze­czy­wi­stość wy­glą­da­ła zu­peł­nie ina­czej: wró­ci­łam z za­gra­nicz­nej eska­pa­dy i ra­zem z na­rze­czo­nym za­czy­na­li­śmy ukła­dać so­bie ży­cie w ma­łym miesz­ka­niu w No­wym Jor­ku. Nie­ste­ty los ze mnie za­drwił i mi­mo sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cej ka­rie­ry mo­ja sy­tu­acja jest w tej chwi­li – de­li­kat­nie rzecz uj­mu­jąc – do du­py.

– Mo­że wyj­dzie­my któ­re­goś dnia na drin­ka? – nie pod­da­je się Bet­ty. Ja pier­do­lę, a tak ci­chut­ko sie­dzia­ła przez pra­wie ca­ły lot. Nie spo­dzie­wa­łam się po niej ta­kie­go sło­wo­to­ku. – Bę­dę tu­taj przez ty­dzień, póź­niej le­cę do Al­ba­nii. A ty gdzie się za­trzy­ma­łaś?

– Wy­na­ję­łam pię­tro w pry­wat­nym do­mu – od­po­wia­dam i uda­ję, że nie sły­sza­łam py­ta­nia o drin­ka. Po­trze­bu­ję spo­ko­ju. – Tam jest nasz trans­port – do­da­ję i wska­zu­ję ma­cha­ją­ce­go do mnie fa­ce­ta.

In­for­mu­ję go, że za­bie­ra­my mo­ją zna­jo­mą, na co on je­dy­nie wzru­sza ra­mio­na­mi i pa­ku­je na­sze wa­liz­ki do ba­gaż­ni­ka. Po­nie­waż uwiel­bia ga­dać, uci­na­ją so­bie z Bet­ty po­ga­węd­kę, a ja przy­my­kam po­wie­ki i wma­wiam so­bie, że naj­bliż­szy mie­siąc na­le­ży do mnie i do mo­je­go zdro­wia psy­chicz­ne­go, któ­re sta­ram się od­bu­do­wać. Mój wy­daw­ca, Jack, ka­zał mi nie my­śleć o pra­cy aż do sierp­nia. No­wa książ­ka się sprze­da­je, czy­tel­ni­cy wra­ca­ją, spo­tka­nia au­tor­skie za­pla­no­wa­li­śmy do­pie­ro na je­sień, a tekst, któ­ry ma się uka­zać na po­cząt­ku ro­ku, ode­sła­łam przed­wczo­raj do re­dak­cji. Mam wol­ne. Mo­gę, a wła­ści­wie mu­szę od­po­cząć. Na­praw­dę te­go po­trze­bu­ję.

– Jak Emi­ly przy­je­cha­ła tu­taj po raz pierw­szy – opo­wia­da nasz kie­row­ca – wy­rżnę­ła or­ła tuż po wyj­ściu z lot­ni­ska. Od ra­zu za­ofe­ro­wa­łem jej ta­ni prze­jazd, że­by ją po­cie­szyć. Do­tar­ła nad je­zio­ro z ob­dar­ty­mi ko­la­na­mi.

Obo­je z Bet­ty za­no­szą się od śmie­chu, a ja szcze­rze tę­sk­nię za wa­ka­cja­mi, gdy krwa­wi­ły mi ko­la­na. Z per­spek­ty­wy cza­su oce­niam, że był to nie­wiel­ki uszczer­bek na zdro­wiu i du­mie. No i zde­cy­do­wa­nie ła­twiej­szy do wy­le­cze­nia niż obec­ne ra­ny. Dzi­siaj przy­by­łam do Ochry­dy z krwa­wią­cym ser­cem, bo w mo­im ży­ciu nie ma już Gran­ta.

Roz­dział dru­gi

Jest prze-kur­wa-pięk­nie. Sto­ję na pro­me­na­dzie, któ­ra cią­gnie się wzdłuż brze­gu je­zio­ra, i ga­pię się na hip­no­ty­zu­ją­cą wo­dę. Od­bi­ja­ją się w niej pro­mie­nie po­po­łu­dnio­we­go ża­ru, roz­świe­tla­jąc roz­le­gły błę­kit. Za mo­imi ple­ca­mi to­czy się ży­cie miesz­kań­ców oraz tu­ry­stów. Ka­wa­łek stąd moż­na spo­tkać za­nie­dba­ne chod­ni­ki, nie­wiel­kie skle­py z rdze­wie­ją­cy­mi da­cha­mi, kil­ku­pię­tro­we blo­ki po­zba­wio­ne uro­ku ma­łych dom­ków, fo­lio­we ob­ru­sy na pla­sti­ko­wych sto­łach w knaj­pach, w któ­rych trud­no do­ga­dać się po an­giel­sku. Tu­taj jed­nak, przy Je­zio­rze Ochrydz­kim, pa­nu­je tu­ry­stycz­ny raj. Każ­dy za­ką­tek krzy­czy: „Wa­ka­cje!”. Uwiel­biam tu być. Gdy tyl­ko na­rze­czo­ny zro­bił mnie w chu­ja, na­tych­miast po­my­śla­łam o za­pla­no­wa­niu wy­pra­wy wła­śnie tu­taj – do naj­pięk­niej­sze­go miej­sca w Ma­ce­do­nii.

Wy­sia­dłam z tak­sów­ki przy pro­me­na­dzie, bo przede mną drob­na wspi­nacz­ka wą­ski­mi ulicz­ka­mi. Przy­da mi się tro­chę ru­chu po kil­ku­na­stu go­dzi­nach sie­dze­nia w sa­mo­lo­cie lub na lot­ni­sku. W Bel­gra­dzie wpraw­dzie spa­ce­ro­wa­łam, cze­ka­jąc po­nad dwie go­dzi­ny na lot, ale ko­ry­ta­rze peł­ne skle­pów to co in­ne­go niż prze­chadz­ka na świe­żym po­wie­trzu. Bet­ty po­je­cha­ła ka­wa­łek da­lej, aby za­mel­do­wać się w ho­te­lu. Obie­ca­łam jej, że wy­sko­czy­my na te­go drin­ka ju­tro wie­czo­rem. Mo­że przy­da mi się to­wa­rzy­stwo, gdy bę­dę od­wie­dzać któ­rąś z lo­kal­nych re­stau­ra­cji, aby to­pić smut­ki w al­ko­ho­lu.

– Po­ra się zbie­rać – mó­wię sa­ma do sie­bie, po czym chwy­tam wa­liz­kę i po­wol­nym kro­kiem ru­szam w gó­rę prze­ci­na­ją­cy­mi się ulicz­ka­mi.

Wy­na­ję­łam pię­tro w do­mu, w któ­rym za­trzy­ma­li­śmy się kie­dyś z Gran­tem. Nie uni­kam ry­zy­ka, ale w kwe­stii lo­ka­lu wo­lę spraw­dzo­ne miej­sców­ki. Tę te­sto­wa­li­śmy ra­zem. Pew­nie do­pad­ną mnie wspo­mnie­nia, ale bę­dę dziel­na. Obie­ca­łam Su­san, że nie dam się po­ko­nać ja­kie­muś fa­ce­to­wi i je­go ku­ta­so­wi – na­wet je­śli ten fa­cet był mo­im na­rze­czo­nym, a je­go ku­tas… no cóż… lu­bi­li­śmy się. Bę­dę sil­ną i nie­za­leż­ną ko­bie­tą, któ­ra od­ci­na się od bez­na­dziej­nych męż­czyzn, za to wcho­dzi w doj­rza­łe, zdro­we re­la­cje z ma­ce­doń­ski­mi wi­na­mi oraz sło­icz­ka­mi peł­ny­mi czosn­ko­wej ma­gii. Spo­glą­dam na ze­ga­rek i do­ko­nu­ję szyb­kich ob­li­czeń. Nie zdą­żę już dzi­siaj, ale ju­tro wy­ru­szę po tu­tej­sze sma­ko­ły­ki. Jest tu ge­nial­ny sklep. Chy­ba za nim tę­sk­ni­łam.

– Wresz­cie – sa­pię, do­tarł­szy do ce­lu.

Wy­grze­bu­ję klu­cze spod do­nicz­ki, któ­rą wska­za­ła mi w ma­ilu wła­ści­ciel­ka bu­dyn­ku, i po chwi­li otwie­ram drzwi do miesz­ka­nia, w któ­rym spę­dzę naj­bliż­szy mie­siąc. Uśmie­cham się na wi­dok wiel­kie­go łóż­ka. Tym ra­zem bę­dę w nim spać sa­ma, ale nie wy­klu­czam, że być mo­że ktoś je jed­no­ra­zo­wo od­wie­dzi. Su­san twier­dzi, że naj­lep­szym spo­so­bem na to, aby wy­bić so­bie z gło­wy fa­ce­ta, jest in­ny fa­cet. Nie wiem, skąd u niej ta­kie prze­my­śle­nia, bo za­nim zwią­za­ła się z mo­im bra­tem, zwy­kła nie za­pa­mię­ty­wać na­wet imion męż­czyzn, któ­rych prze­le­cia­ła. Ro­bi mi się przy­jem­nie cie­pło na wspo­mnie­nie naj­bliż­szych, więc wy­ko­nu­ję kil­ka fo­tek, któ­rych bę­dą mi za­zdro­ścić – mię­dzy in­ny­mi uję­cie je­zio­ra, któ­re wi­dzę z bal­ko­nu – i wy­sy­łam do ro­dzi­ców, bra­ta oraz Su­san, mo­jej agent­ki i przy­ja­ciół­ki.

– Do­tar­łaś bez przy­gód? – py­ta ona, kie­dy od­bie­ram po­łą­cze­nie wi­deo na ko­mu­ni­ka­to­rze.

– Nie wy­je­ba­łam się, je­śli o to py­tasz – oznaj­miam z uśmie­chem.

Nic nie po­ra­dzę na to, że sły­nę z bli­skich re­la­cji z gra­wi­ta­cją.

– Cie­szę się – mó­wi Su­san. – Ja­kie masz pla­ny?

– We­zmę prysz­nic, roz­pa­ku­ję się, a po­tem ru­szę coś zjeść i wpa­try­wać się w za­chód słoń­ca.

– Brzmi ide­al­nie.

– Mam du­żo miej­sca – ku­szę i uśmie­cham się wy­mow­nie. – Pa­kuj wa­liz­kę i przy­by­waj.

– Przy­dał­by mi się od­po­czy­nek. – Uda­je, że się za­sta­na­wia. – Mu­szę jed­nak do­pil­no­wać pro­mo­cji two­jej książ­ki, a po­za tym Ju­ne ma ja­kiś kry­zys od rocz­ni­cy ślu­bu, więc ra­zem z Mal­lo­ry sta­ra­my się za­pew­niać jej roz­ryw­ko­we week­en­dy.

– W Ochry­dzie na pew­no po­że­gna­ła­by ten kry­zys – na­ma­wiam ją.

– Mam na­dzie­ję, że ty po­że­gnasz swój – od­po­wia­da i ce­lu­je we mnie pal­cem. – Za­po­mi­nasz o tym cwa­nym chuj­ku, za­ba­wiasz się z ja­kimś przy­stoj­nia­kiem i wra­casz do No­we­go Jor­ku bo­sko opa­lo­na. No i z wi­nem dla mnie.

– Sły­sza­łem! – drze się gdzieś w tle mój brat, a w na­stęp­nej se­kun­dzie wi­dzę, jak na ko­la­na Su­san wska­ku­je Co­okie. – Cześć, sio­stra.

– Spa­ce­rek? – py­tam, choć jest to oczy­wi­ste, bo Leo trzy­ma w rę­ku smycz.

– Prze­wie­trzy­łem ją tro­chę. – Śmie­je się, po czym głasz­cze psa po gło­wie. – Ochry­da na­dal sło­necz­na i ba­jecz­nie pięk­na? – do­da­je, a ja tyl­ko ki­wam gło­wą.

– W sa­mo­lo­cie spo­tka­łam swo­ją fan­kę – wy­zna­ję, a po­tem opo­wia­dam im o po­dró­ży i o tym, co za­mie­rzam dziś zjeść.

Chy­ba mi za­zdrosz­czą, bo ka­żą się bu­jać i koń­czą roz­mo­wę, re­cho­cząc jak hie­ny. Uda­ję się pod prysz­nic, prze­bie­ram w su­kien­kę i szyb­ko wy­pa­ko­wu­ję za­war­tość wa­liz­ki do sza­fy. Wsu­wam sto­py w lek­kie tramp­ki, za­my­kam miesz­ka­nie i ru­szam – tym ra­zem w dół – aby zna­leźć miej­sce na jed­no­oso­bo­wą ko­la­cję ma­ją­cą uzdro­wić ser­ce. Na par­te­rze wy­tę­żam słuch, bo po­dob­no ktoś wy­na­jął dru­gie miesz­ka­nie, ale pa­nu­je ci­sza, więc je­dy­nie wzru­szam ra­mio­na­mi. Mam tyl­ko na­dzie­ję, że po­de mną nie za­miesz­ka­ła dru­ga Bet­ty, tyl­ko ja­kiś sek­sow­ny i mó­wią­cy po an­giel­sku męż­czy­zna, któ­ry po­mo­że mi za­po­mnieć o prze­szło­ści. Śmie­jąc się z wła­sne­go po­my­słu, za­ha­czam pa­skiem to­reb­ki o klam­kę i pra­wie na­bi­jam so­bie si­nia­ka.

Idę po­mię­dzy do­ma­mi i wdy­cham świe­że po­wie­trze, któ­re pach­nie po­cząt­kiem cze­goś no­we­go. Gdy do­cie­ram nad je­zio­ro, wszę­dzie roi się od ga­wę­dzą­cych lu­dzi, we­so­łych dzie­ci, spa­ce­ru­ją­cych psów i ko­tów, któ­re wy­da­ją się nie mieć do­mów, ale ktoś się ni­mi opie­ku­je. Kil­ka­krot­nie we­szłam tu­taj do re­stau­ra­cji i po­czu­łam się, jak­by to kot był kie­row­ni­kiem sa­li. Co­okie – sucz­ka mo­je­go bra­ta – pew­nie by­ła­by w Ochry­dzie kró­lo­wą dziel­ni­cy. Wszę­dzie jej peł­no i jest py­ska­ta. Choć ko­ta mo­gła­by się pew­nie wy­stra­szyć, zna­jąc ją i jej po­czu­cie by­cia ko­za­kiem.

Do­sta­ję sto­lik już w pierw­szym od­wie­dzo­nym miej­scu, co mnie cie­szy, bo je­stem cho­ler­nie głod­na. Szyb­ko do­ko­nu­ję wy­bo­ru, do­rzu­ca­jąc do ko­la­cji por­cję ma­ka­lo, a tak­że lamp­kę wi­na. Na­le­ży mi się za ostat­nie mie­sią­ce cięż­kiej pra­cy oraz prób uzdro­wie­nia du­szy.

Kil­ka mi­nut póź­niej za­nu­rzam usta w cu­dow­nie owo­co­wym trun­ku, a ja­kiś wy­so­ki bru­net zmie­rza do wyj­ścia, pusz­cza­jąc do mnie oko. Uśmie­cham się i pew­nie po­ma­cha­ła­bym za­chę­ca­ją­co, ale ko­leś zni­ka za drzwia­mi. No pro­szę, jesz­cze nic nie zja­dłam, a już mam ocho­tę na cia­cho. Za­po­mi­nam jed­nak o po­ten­cjal­nym de­se­rze w ład­nej ko­szu­li, gdy na stół wjeż­dża mo­ja ko­la­cja. O tak, to jest to, cze­go po­trze­bo­wa­łam: wa­ka­cyj­ny kli­mat, bo­ska oko­li­ca, pysz­ne je­dze­nie i plą­czą­cy się wo­kół przy­stoj­nia­cy. Chy­ba nie ma opcji, aby coś po­psu­ło mi ten urlop.

Roz­dział trze­ci

Ko­cham bi­żu­te­rię. Chy­ba każ­da ko­bie­ta za­cie­ra rącz­ki na wi­dok szla­chet­nych ka­mie­ni, błysz­czą­cych kol­czy­ków czy – no wła­śnie – pe­reł ochrydz­kich. Nic dziw­ne­go, że w ce­lu po­pra­wie­nia so­bie hu­mo­ru po wciąż nie­prze­pra­co­wa­nym roz­sta­niu z Gran­tem o po­ran­ku wę­dru­ję do jed­ne­go ze skle­pów ro­dzi­ny Fi­le­vi. Per­ły są nie­ja­ko zna­kiem fir­mo­wym Ochry­dy. Wy­glą­da­ją cu­dow­nie i naj­chęt­niej ob­wie­si­ła­bym się ni­mi jak cho­in­ka. Nie ukry­wam, że krę­ci mnie też wą­tek ta­jem­ni­czej re­cep­tu­ry, we­dług któ­rej ro­dzi­na Fi­le­vi od ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­ste­go ósme­go ro­ku two­rzy per­ło­we war­stwy, uży­wa­jąc do ich pro­duk­cji łu­sek pla­szi­cy. Po­dob­no spo­sób wy­ra­bia­nia bi­żu­te­rii jest prze­ka­zy­wa­ny z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie i pil­nie strze­żo­ny. Cho­le­ra, aż mam ciar­ki, jak o tym my­ślę. Lu­bię ta­kie kli­ma­ty.

Wkra­czam do skle­pu wi­ta­na chło­dem bi­ją­cym od pły­tek pod­ło­go­wych i kli­ma­ty­za­cji. Na ze­wnątrz jest bar­dzo cie­pło, a pro­mie­nie sło­necz­ne wdzie­ra­ją się przez ubra­nie. W skle­pie od ra­zu do­sta­ję gę­siej skór­ki, i to nie tyl­ko na wi­dok pe­reł. Uśmie­cham się do eks­pe­dient­ki i wę­szę wśród do­stęp­nych wzo­rów. Mam już w do­mu kol­czy­ki i na­szyj­nik, ale od­nio­słam suk­ces na ryn­ku wy­daw­ni­czym i mo­gę so­bie po­sza­leć w jed­nym z miejsc, gdzie mam do czy­nie­nia z ory­gi­na­łem, a nie ta­nią pod­ró­bą, ja­ką zda­rzy­ło mi się ku­pić na stra­ga­nie pod­czas pierw­szej wi­zy­ty, bo po pro­stu nie mia­łam o tym po­ję­cia.

– Po­pro­szę ten kom­plet – mó­wię po chwi­li do mi­łej pa­ni, któ­ra po­da­je mi do­pa­so­wa­ne do sie­bie kol­czy­ki i bran­so­let­kę.

Już wi­dzę, jak de­ko­ru­ję się tym pod­czas spo­tkań au­tor­skich je­sie­nią. Bę­dę mia­ła przy so­bie na­miast­kę la­ta. Z uśmie­chem na ustach pła­cę w eu­ro i do­sta­ję resz­tę tro­chę w eu­ro, tro­chę w de­na­rach ma­ce­doń­skich. Uwiel­biam bez­tro­skę tu­tej­szych miesz­kań­ców. Dzię­ku­ję za ob­słu­gę, zgar­niam per­ły i cer­ty­fi­kat ich au­ten­tycz­no­ści, a po­tem po­wol­nym kro­kiem szu­kam miej­sca na ide­al­ne ochrydz­kie śnia­da­nie, czy­li zu­pę. Uda­je mi się do­rwać sto­lik z wi­do­kiem na je­zio­ro i pod­czas po­sił­ku czu­ję, jak mo­ja wy­ją­ca o li­tość du­sza stop­nio­wo do­zna­je uko­je­nia. Wie­dzia­łam, że tu­taj uda mi się uzdro­wić ser­ce. Pó­ki co do­brze mi idzie. Per­ły już po­ma­ga­ją, mi­mo że je­ste­śmy ra­zem go­dzi­nę.

Po dro­dze do miesz­ka­nia od­wie­dzam jesz­cze sklep z lo­kal­ny­mi przy­sma­ka­mi i za­opa­tru­ję się w ma­ka­lo, ajvar i prze­pysz­ne ma­sło z orze­chów la­sko­wych. Do­rzu­cam bu­tel­kę wi­na, że­by by­ło w po­go­to­wiu w ra­zie spad­ku na­stro­ju. Jest bar­dzo do­bre. Wiem, bo pró­bo­wa­łam. Lu­bię ten sklep, bo moż­na tu­taj skosz­to­wać kil­ku rze­czy, za­nim do­ko­na się za­ku­pu. Ja ob­ku­pi­łam się wzo­ro­wo. Tar­gam to wszyst­ko pod gó­rę, a gdy do­cie­ram do drzwi, sły­szę, że w miesz­ka­niu na do­le ktoś się prze­miesz­cza. Cie­ka­we, kto tu prze­by­wa. Mo­że za­pu­kam wie­czo­rem i za­pro­po­nu­ję wspól­ne roz­pra­co­wa­nie bu­tel­ki wi­na. Mam tyl­ko na­dzie­ję, że to nie ja­kaś nad­po­bu­dli­wa czy­tel­nicz­ka, któ­ra bę­dzie po­tem in­for­mo­wać ca­ły świat, gdzie je­stem i co ro­bię. Głu­pio się na­je­bać, gdy wiesz, że ktoś wrzu­ci do­wo­dy na In­sta­gram.

Spo­glą­dam na ze­ga­rek i oce­niam, że moi bli­scy w No­wym Jor­ku chy­ba jesz­cze śpią lub do­pie­ro co wsta­li i nie chcia­ła­bym draż­nić ich z ra­na. Przy­go­to­wu­ję so­bie ka­wę, sia­dam na bal­ko­nie i re­lak­su­ję oczy, wpa­tru­jąc się w Je­zio­ro Ochrydz­kie. Od­po­czy­wam. Tak na sto pro­cent. Przy­my­kam po­wie­ki, uno­szę twarz w stro­nę słoń­ca i ma­cham so­bie sto­pą w rytm po­łu­dnio­wych dźwię­ków mia­stecz­ka, do­cie­ra­ją­cych do mnie z każ­dej stro­ny.

– Niech to szlag – szep­czę, gdy kla­pek zsu­wa mi się ze sto­py, któ­rą ra­do­śnie ma­cha­łam, i lą­du­je na par­te­rze.

Wy­chy­lam się za ba­rier­ki i wi­dzę, że ucie­ki­nier wy­lą­do­wał pod oknem są­sia­da z do­łu. Wzdy­cham, od­sta­wiam nie­do­pi­tą ka­wę na sto­lik i w jed­nym bu­cie wę­dru­ję na par­ter, że­by od­zy­skać zgu­bę. Wy­cho­dzę z do­mu i uśmie­cham się do star­sze­go pa­na, któ­ry wła­śnie prze­jeż­dża ro­we­rem obok mnie. Pod­no­szę kla­pek i zer­kam przez okno, bo z na­tu­ry je­stem cie­kaw­ska i chęt­nie po­dej­rzę ko­goś, kto tu miesz­ka. Okno jest otwar­te, ale nic nie sły­szę. Mo­że ktoś so­bie uciął drzem­kę, czy­ta lub po pro­stu… hmm… wa­li ko­nia? Cho­le­ra, Su­san chy­ba mia­ła ra­cję, że po­trze­bu­ję ro­man­su, aby za­po­mnieć o ze­rwa­nych za­rę­czy­nach. Wła­ści­wie to od­rzu­co­nych, bo prze­cież pier­ścio­nek prze­le­ciał przez po­kój po mo­im ner­wo­wym rzu­cie.

Mo­że wie­czo­rem ra­zem z Bet­ty za­po­lu­je­my na wol­nych sam­ców? Za­my­ślo­na zmie­rzam na gó­rę, ale – po­nie­waż wciąż mam kla­pek w rę­ce za­miast na sto­pie – już na trze­cim schod­ku ude­rzam pal­ca­mi o drew­no i ostat­kiem sił po­wstrzy­mu­ję jęk bó­lu, któ­ry wy­do­by­wa się z me­go wnę­trza. Mu­szę pa­mię­tać, że­by pić głów­nie w miesz­ka­niu, a nie po­za nim. Na tych scho­dach na pew­no się wy­pier­do­lę, je­śli bę­dę wra­cać na­pru­ta.

Wie­czór jest cie­pły, bez­wietrz­ny i gło­śny. Tu­ry­ści oku­pu­ją du­że re­stau­ra­cje i ma­łe knajp­ki, za­ko­cha­ne pa­ry wę­dru­ją nad je­zio­rem, trzy­ma­jąc się za rę­ce, czym wy­wo­łu­ją u mnie od­ruch wy­miot­ny, a dzie­ci śmie­ją się gło­śno i bie­ga­ją jak na­pę­dza­ne pie­kiel­ną mo­cą. Spa­ce­rem do­cie­ram do ho­te­lu, w któ­rym za­trzy­ma­ła się Bet­ty. Ma­ją przy­jem­ną re­stau­ra­cję tuż nad brze­giem je­zio­ra, więc wi­dok jest ba­jecz­ny. Od­naj­du­ję wzro­kiem mo­ją no­wą ko­le­żan­kę i od­kry­wam, że sie­dzi przy sto­li­ku w to­wa­rzy­stwie dwóch fa­ce­tów. Wszy­scy tro­je trzy­ma­ją w rę­kach szklan­ki i gło­śno re­cho­czą, więc chy­ba za­po­wia­da się uda­na noc. Gdy pod­cho­dzę bli­żej, roz­po­zna­ję męż­czy­znę, któ­ry wczo­raj pu­ścił do mnie oko w re­stau­ra­cji. O tak, bar­dzo do­brze, że się tu zja­wi­łam. Ko­leś uśmie­cha się uwo­dzi­ciel­sko na mój wi­dok i śmiem przy­pusz­czać, że to mo­że być po­czą­tek mo­jej te­ra­pii za­le­ca­nej przez dok­tor Su­san.

– Mó­wi­łam wam o Emi­ly – oznaj­mia pod­nie­co­na Bet­ty, gdy mnie za­uwa­ża. – To mo­ja ulu­bio­na au­tor­ka. Na pew­no ma­cie jej książ­ki też w Los An­ge­les.

– Mi­ło po­znać – od­zy­wa się blon­dyn, sie­dzą­cy tuż obok mo­jej czy­tel­nicz­ki. Chy­ba na­wet trzy­ma ją za ko­la­no. – Je­stem Ian, a to mój przy­ja­ciel z im­por­tu Vi­to.

Zer­kam na przy­stoj­ne­go bru­ne­ta o zde­cy­do­wa­nie wło­skich ko­rze­niach i wi­tam się z nim w je­go oj­czy­stym ję­zy­ku. Wy­glą­da na to, że mu za­im­po­no­wa­łam, bo rów­nież po wło­sku wy­zna­je:

– Nie są­dzi­łem, że coś jesz­cze mnie tu za­sko­czy.

– Do­brze znasz mia­sto? – py­tam, zaj­mu­jąc miej­sce obok wło­skie­go cia­cha.

– Je­stem tu dru­gi raz, ale ni­g­dy jesz­cze nie mia­łem tak zna­ko­mi­te­go to­wa­rzy­stwa. – Wy­mow­nie lu­stru­je mnie od stóp do głów.

Dzię­ku­ję sa­mej so­bie, że ogo­li­łam no­gi i ca­łą resz­tę, bo je­śli ten fa­cet po kil­ku drin­kach wpro­si się do mnie na ru­chan­ko, bę­dę go­to­wa. Cho­le­ra, ce­li­bat chy­ba za­bu­rza mo­ją de­cy­zyj­ność, ale co tam. Co dzie­je się na wa­ka­cjach, zo­sta­je na wa­ka­cjach.

– Mo­że­my się włą­czyć do dys­ku­sji? – wtrą­ca żar­to­bli­wie Ian, więc prze­cho­dzi­my na an­giel­ski. – Bet­ty mó­wi­ła, że pi­szesz.

– Zda­rza mi się – rzu­cam z uśmie­chem.

– Przy­zna­ję, że nie czy­ta­łem two­ich ksią­żek, ale obie­cu­ję nad­ro­bić – kon­ty­nu­uje opa­lo­ny blon­das, a Bet­ty za­czy­na wy­mie­niać mu ty­tu­ły i pre­zen­to­wać re­cen­zje mo­ich pa­pie­ro­wych dzie­ci.

W tym cza­sie po­ja­wia się kel­ner, więc wy­bie­ram coś dla sie­bie, bacz­nie ob­ser­wo­wa­na przez no­we­go zna­jo­me­go. Vi­to jest wy­so­ki, ma ciem­ne oczy, fa­lu­ją­ce wło­sy i to coś, cze­go nie da się zde­fi­nio­wać, a cze­mu trud­no się oprzeć. No i, po­dob­nie jak wczo­raj, no­si ład­ną ko­szu­lę. Hmm, Vi­to. Jak tak na nie­go zer­kam, to mam na­dzie­ję, że zło­ży mi pro­po­zy­cję nie do od­rzu­ce­nia.

– Czy two­im ulu­bio­nym fil­mem jest Oj­ciec chrzest­ny? – wy­pa­lam, a wszy­scy wy­bu­cha­ją śmie­chem.

– Jed­nym z wie­lu na pew­no – mó­wi roz­ba­wio­ny Vi­to. – A two­im?

– Lu­bię go, ale na swo­jej li­ście mam też tro­chę ty­po­wo ko­bie­cych po­zy­cji.

– Ian cią­gle oglą­da Mo­je wiel­kie grec­kie we­se­le – ka­blu­je, wska­zu­jąc na kum­pla.

– Ko­cham grec­kie kli­ma­ty – tłu­ma­czy się tam­ten i chi­cho­cze. – Lu­bię też Mam­ma Mia!.

Se­rio? Fa­ce­ta krę­cą ślu­by i tań­ce na pla­ży? To nie do­me­na ko­biet?

– Je­ste­ście pa­rą? – wy­pa­lam po raz ko­lej­ny, marsz­cząc brwi, a oni obaj za­po­wie­trza­ją się ze śmie­chu.

Bet­ty też się chi­chra, choć zer­ka z cie­ka­wo­ścią na Ia­na. Pew­nie cze­ka na in­for­ma­cję, w ko­go wo­lał­by wejść dziś w no­cy: w nią czy w swo­je­go przy­ja­cie­la.

– Emi­ly – od­zy­wa się wło­ski cud na­tu­ry, wy­cie­ra­jąc łzy. – Mam prze­czu­cie, że ten urlop na dłu­go po­zo­sta­nie w mo­jej pa­mię­ci.

Pa­trzy na mnie tak, że chy­ba za­raz bę­dę mu­sia­ła zmie­nić majt­ki. Gdy­by był ge­jem, nie ob­li­zy­wał­by się na mój wi­dok, praw­da? Z tru­dem bio­rę głę­bo­ki wdech, od­bie­ram od kel­ne­ra swo­je­go drin­ka, a po­tem wda­ję się w dys­ku­sję o cie­ka­wych miej­scach świa­ta, książ­kach i ma­gii Ochry­dy.

O No­wym Jor­ku mó­wi się, że ni­g­dy nie za­sy­pia, ale o Ochry­dzie też trud­no po­wie­dzieć, aby kła­dła się z ku­ra­mi. Nie­któ­re skle­py z pa­miąt­ka­mi są tu­taj otwar­te do póź­nych go­dzin wie­czor­nych, a wręcz za­ha­cza­ją­cych o noc. Do­cho­dzi dzie­sią­ta, gdy zbli­żam się do tęt­nią­ce­go ży­ciem zbio­ro­wi­ska knajp, w któ­rych tu­ry­ści wspo­ma­ga­ją ma­ce­doń­skich przed­się­bior­ców. Mi­jam po­mnik świę­te­go Kli­men­ta i ła­pię się na tym, że ki­wam w je­go stro­nę gło­wą. Jesz­cze tyl­ko bra­ku­je, abym mu ży­czy­ła do­bre­go wie­czo­ru. Ten pią­ty drink mógł być prze­kro­cze­niem pew­nej gra­ni­cy, ale tak do­brze sma­ko­wał w to­wa­rzy­stwie na­wa­lo­nej Bet­ty, we­so­łe­go Ia­na i sek­sow­ne­go Vi­ta, że nie chcia­łam re­zy­gno­wać. Wcho­dzę w plą­ta­ni­nę wą­skich i stro­mych uli­czek, ła­pię rów­no­wa­gę i po­sta­na­wiam po­świe­cić so­bie te­le­fo­nem, aby nie za­li­czyć spek­ta­ku­lar­nej gle­by, za­nim w ogó­le do­trę do tych wy­czy­no­wych scho­dów w wy­naj­mo­wa­nym miesz­ka­niu. Grze­bię w to­reb­ce, ale nie od­naj­du­ję smart­fo­na.

– Co, do chu­ja? – ga­dam sa­ma do sie­bie, a mo­je ci­śnie­nie ro­śnie z po­wo­du stre­su.

Uzmy­sła­wiam so­bie, że zgu­bi­łam te­le­fon, i chce mi się pła­kać. Hmm… A mo­że zo­sta­wi­łam go w re­stau­ra­cji ho­te­lo­wej? De­cy­du­ję się wró­cić tam i za­py­tać. Na­pę­dza­na ad­re­na­li­ną nie­co trzeź­wie­ję, więc bez chwia­nia się i dys­ku­sji z po­są­giem Kli­men­ta do­cie­ram do re­stau­ra­cji, a kel­ner od wej­ścia ma­cha do mnie… mo­im te­le­fo­nem. Z ra­do­ści ści­skam chło­pa i da­ję mu dru­gi te­go wie­czo­ru na­pi­wek. Mu­szę chwi­lę ochło­nąć z tych wra­żeń.

– Po­pro­szę zim­ne pi­wo. – Roz­sia­dam się na pierw­szym wol­nym krze­śle.

– Na pew­no chce pa­ni mie­szać al­ko­ho­le? – do­cie­ka męż­czy­zna, cho­wa­jąc bank­not do kie­szon­ki w ko­szu­li.

– Dam ra­dę – za­pew­niam i po chwi­li są­czę chłod­ne­go bro­wa­ra. – Od ra­zu le­piej – kwi­tu­ję, a zmę­cze­nie nad­pro­gra­mo­wym spa­ce­rem jak­by osła­bia się wsku­tek chło­dze­nia od we­wnątrz. – Do­bra­noc – rzu­cam kwa­drans póź­niej i po raz ko­lej­ny kie­ru­ję się do miesz­ka­nia.

Prze­cho­dzę przez plac, uni­ka­jąc kon­tak­tu wzro­ko­we­go z po­są­giem i z pod­chmie­lo­ny­mi uwo­dzi­cie­la­mi po pięć­dzie­siąt­ce. Wkra­czam w gąszcz uli­czek i wspi­nam się ostroż­nie, bo jed­nak tro­chę krę­ci mi się w gło­wie od wy­pi­te­go al­ko­ho­lu. Po­nad­to z każ­dą mi­nu­tą co­raz moc­niej ża­łu­ję, że nie sko­rzy­sta­łam z to­a­le­ty, bo mu­szę co­raz moc­niej za­ci­skać uda, aby nie po­pu­ścić. Jest bli­sko, kie­dy się po­ty­kam, ale przy­po­mi­nam so­bie o la­tar­ce w od­na­le­zio­nym cu­dow­nie te­le­fo­nie. Oświe­tla­jąc so­bie dro­gę, do­cie­ram do drzwi wej­ścio­wych. Przede mną te cho­ler­ne scho­dy, ale chy­ba już nie dam ra­dy.

– Ra­tun­ku – szep­czę sa­ma do sie­bie i roz­glą­dam się w ciem­no­ści, bo u są­sia­da lub są­siad­ki z do­łu nie świe­ci się świa­tło.

Prze­bie­ra­jąc no­ga­mi, szyb­ciut­ko po­dej­mu­ję bra­wu­ro­wą de­cy­zję. Schy­lam się i prze­cho­dzę pod oknem, że­by scho­wać się za róg do­mu. Wi­dzia­łam w cią­gu dnia, że jest tam buj­ny traw­nik, któ­ry roz­rósł się od mo­jej ostat­niej wi­zy­ty. Czu­ję pod sto­pa­mi mięk­ką tra­wę i ku­cam, aby opróż­nić pę­cherz. Pa­mię­tam, że kie­dyś by­łam go­to­wa zro­bić to w win­dzie mo­je­go wy­daw­nic­twa, ale na szczę­ście unik­nę­łam ta­kie­go wy­stę­pu. Dzi­siaj nie by­ło opcji, abym wspię­ła się po tych je­ba­nych scho­dach z peł­nym, a wła­ści­wie prze­peł­nio­nym pę­che­rzem.

– Ale ulga. – Wzdy­cham, a po chwi­li otwie­ram drzwi i roz­po­czy­nam wspi­nacz­kę. – Kur­wa, nic nie wi­dzę.

Nie za­świe­ci­łam so­bie świa­tła, więc po omac­ku po­ko­nu­ję ko­lej­ne stop­nie, trzy­ma­jąc się kur­czo­wo ścia­ny. Wresz­cie je­stem u sie­bie. Do­pie­ro te­raz wpa­dam na to, że zno­wu mo­głam wy­ko­rzy­stać la­tar­kę w te­le­fo­nie. Mój mózg chy­ba se­rio jest na wa­ka­cjach. Od ra­zu idę pod prysz­nic, a po­tem za­nu­rzam się w po­ście­li i za­sy­piam, ko­ły­sa­na wspo­mnie­niem wło­skie­go spoj­rze­nia oraz pro­cen­ta­mi obez­wład­nia­ją­cy­mi mo­je cia­ło.

Roz­dział czwar­ty

Bu­dzi mnie cu­dow­ne cie­pło pro­mie­ni sło­necz­nych wpa­da­ją­cych do po­ko­ju przez cien­kie fi­ran­ki. Sia­dam na łóż­ku i stwier­dzam, że spo­dzie­wa­łam się więk­sze­go ka­ca, a tym­cza­sem tyl­ko lek­ko po­bo­le­wa mnie gło­wa. Ka­wa po­win­na za­ła­twić spra­wę. De­cy­du­ję, że zjem lek­kie śnia­da­nie i udam się do Twier­dzy Sa­mu­ela, że­by na­pa­wać się wi­do­kiem z naj­wyż­sze­go punk­tu ob­ser­wa­cyj­ne­go. U stóp twier­dzy jest ge­nial­na miej­sców­ka, gdzie ku­pię ka­wę, usią­dę na tur­ku­so­wym krze­śle i bę­dę po­dzi­wiać Ochry­dę z wy­so­ko­ści. Tak, to brzmi jak za­je­bi­sty plan. Przy­go­to­wu­ję so­bie ka­nap­ki z ma­słem z orze­chów la­sko­wych, któ­re łech­ta mo­je pod­nie­bie­nie, a po­tem wy­pi­jam je­dy­nie ma­łą bu­tel­kę wo­dy, aby nie po­wtó­rzyć nu­me­ru z noc­nej wy­pra­wy. Gdy­bym si­ka­ła pod mu­ra­mi, któ­re przy­cią­ga­ją tu­ry­stów, w do­dat­ku w bia­ły dzień, ktoś mógł­by mnie za­uwa­żyć. A in­ter­net nie za­po­mi­na.

Opusz­czam bu­dy­nek i na­su­wam na nos mo­je nie­bie­skie oku­la­ry. Jest nie­sa­mo­wi­cie go­rą­co, ale za­ra­zem nie­sa­mo­wi­cie cu­dow­nie. Za­opa­trzo­na w ka­pe­lusz z sze­ro­kim ron­dem roz­po­czy­nam wspi­nacz­kę do twier­dzy. Na szczę­ście miesz­kam w po­ło­wie dro­gi od je­zio­ra, więc nie spo­cę się jak dzi­ka świ­nia, za­nim do­trę do ce­lu.

– Emi­ly? – py­ta mę­ski głos z mo­jej le­wej, gdy kil­ka mi­nut póź­niej pra­wie wy­plu­wam płu­ca.

Pa­trzę na fa­ce­ta, któ­ry wy­glą­da, jak­by wy­szedł z żur­na­la, a nie wę­dro­wał po ob­la­nych ża­rem ka­mien­nych ulicz­kach. Ma na so­bie ja­sną ko­szu­lę, krót­kie spoden­ki wy­pra­so­wa­ne chy­ba z osiem ra­zy, mo­ka­sy­ny oraz ka­pe­lusz, w któ­rym pre­zen­tu­je się ni­czym lo­we­las z te­le­wi­zyj­ne­go ro­man­su, a nie po­cząt­ku­ją­cy far­mer. Po­do­ba mi się. Za­sa­pa­na uśmie­cham się do nie­go, pró­bu­jąc wy­rów­nać od­dech. Cho­le­ra, pew­nie je­stem ca­ła czer­wo­na i mo­kra od te­go cie­pła, a wło­sy przy­kle­ja­ją mi się do po­licz­ków. Nie­złe ze­sta­wie­nie z je­go świe­żo­ścią i za­je­bi­sto­ścią.

– Cześć, Vi­to.

– Do­my­ślam się, że pla­nu­jesz od­wie­dzić Twier­dzę Sa­mu­ela – zga­du­je, spo­glą­da­jąc na mnie wy­mow­nie zza swo­ich ele­ganc­kich i za­pew­ne mod­nych oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych.

– Tra­fi­łeś.

– Mo­gę się przy­łą­czyć?

Po­sy­ła mi uśmiech, któ­ry po­zba­wia mnie wol­nej wo­li, więc je­dy­nie się szcze­rzę.

– Nie­bie­ski to twój ulu­bio­ny ko­lor? – do­cie­ka, przy­ła­paw­szy mnie na po­pra­wia­niu nie­sfor­nych ko­smy­ków ob­le­pia­ją­cych czo­ło.

– Lu­bię du­żo ko­lo­rów, ale nie­bie­ski jest dość ory­gi­nal­ny, je­śli cho­dzi o wło­sy, a je­stem fan­ką ory­gi­nal­no­ści – wy­ja­śniam, za wszel­ką ce­nę pró­bu­jąc nie sa­pać przy każ­dym kro­ku.

– Przy­znam, że ra­no przy śnia­da­niu zer­k­ną­łem na opi­sy two­ich ksią­żek i chy­ba na se­rio po­tra­fisz się wy­róż­nić.

– Dzię­ku­ję.

– Czy­ta­łem, że masz na­rze­czo­ne­go i że w książ­kach…

– To już nie­ak­tu­al­ne – prze­ry­wam mu, że­by nie drą­żył te­ma­tu. – Mo­je ży­cie wciąż się zmie­nia. Pi­szę tro­chę o prze­szło­ści, tro­chę o tym, co dzie­je się te­raz. Naj­waż­niej­sze jest od­kry­wa­nie z czy­tel­ni­kiem no­wych miejsc i po­ka­zy­wa­nie, co mi się tam przy­tra­fi­ło.

– Za­in­try­go­wa­łaś mnie – przy­zna­je i śmie­je się krót­ko. – Sko­ro nie przy­je­cha­łaś z na­rze­czo­nym, to mo­że wy­pi­je­my ra­zem ka­wę w tej knaj­pie przy twier­dzy?

– Je­steś ja­kąś wróż­ką? – py­tam we­so­ło. – Ta­ki mia­łam plan od mo­men­tu, gdy się obu­dzi­łam.

– Ni­g­dy nie spraw­dza­łem, czy mam dar, ale obie­cu­ję zer­k­nąć kie­dyś do szkla­nej ku­li – oznaj­mia i obo­je w do­brych na­stro­jach wdra­pu­je­my się na gó­rę, gdzie wcho­dzi­my do nie­ty­po­wej miej­sców­ki.

Jest tu wszyst­ko. No mo­że po­za zwło­ka­mi, bo w ta­kim upa­le pew­nie by­ło­by je czuć. Chy­ba że są w lo­dów­ce, to co­fam swo­je sło­wa. Ge­ne­ral­nie trud­no okre­ślić styl wnę­trza. Sto­ją tu krze­sła drew­nia­ne, ta­pi­ce­ro­wa­ne, fo­te­le, ła­wa, ma­ne­kin, wiel­kie kwia­ty, me­ble pa­mię­ta­ją­ce mi­ni­mum la­ta osiem­dzie­sią­te, sta­re ra­dio­od­bior­ni­ki, wa­liz­ka, te­le­fon jak z daw­nych fil­mów, a na­wet ma­szy­na do szy­cia. Ni­g­dzie nie wi­dzia­łam ta­kiej mie­szan­ki jak tu. Wy­star­czy jed­nak od­wró­cić wzrok od te­go nie­tu­zin­ko­we­go ze­sta­wie­nia i spoj­rzeć przez otwar­te okna, aby zbie­rać szczę­kę z pod­ło­gi. Wi­dok na je­zio­ro oraz czer­wo­ne da­chy za­bu­do­wań jest stąd po pro­stu nie­ziem­ski. Więk­szy ob­szar moż­na po­dzi­wiać je­dy­nie z mu­rów twier­dzy.

– Sią­dzie­my na ze­wnątrz? – pro­po­nu­ję, wska­zu­jąc tur­ku­so­we krze­sła sto­ją­ce na wą­skim ta­ra­sie.

– Ja­sne – od­po­wia­da Vi­to. – Ja za­pra­szam.

– Dżen­tel­men. – Po­ru­szam zna­czą­co brwia­mi, czym go roz­ba­wiam.

Wy­cho­dzę na ze­wnątrz i zdej­mu­ję oku­la­ry, aby le­piej przyj­rzeć się te­mu, co fi­gu­ru­je na li­ście świa­to­we­go dzie­dzic­twa UNE­SCO, a cze­go mo­gę do­świad­czać na ży­wo. Wzdy­cham z za­chwy­tu i opa­dam na krze­sło przy nie­wiel­kim sto­li­ku sto­ją­cym przy ba­rier­ce. Chwi­lę póź­niej zja­wia się Vi­to i też na mo­ment za­sty­ga, ga­piąc się na le­żą­cą w do­le Ochry­dę.

– Uwiel­biam ten kli­mat – ko­men­tu­je, po czym zaj­mu­je swo­je miej­sce. – Dłu­go się zna­cie z Bet­ty?

– Po­zna­ły­śmy się w sa­mo­lo­cie. W su­mie to już lą­do­wał.

– To dla­te­go nie miesz­ka­cie ra­zem w ho­te­lu.

– Ja­kie śledz­two – rzu­cam i par­skam śmie­chem. – A ty dłu­go znasz Ia­na?

– Przy­je­cha­łem do Los An­ge­les na stu­dia i tam się po­zna­li­śmy. Trzy­ma­my się ra­zem od pra­wie dwu­dzie­stu lat.

– Czym się zaj­mu­jesz za­wo­do­wo?

– Pra­cu­ję w Hol­ly­wo­od – mó­wi i uśmie­cha się sze­ro­ko. – Od­po­wia­dam za dźwięk.

– Wow, to cie­ka­we. Lu­bisz ob­ra­cać się wśród gwiazd?

– Nie je­ste­śmy przy­ja­ciół­mi, ale mi­ja­my się – tłu­ma­czy. – Ian jest ka­ska­de­rem, więc ma więk­sze szan­se na krót­ką roz­mo­wę z ja­kimś ak­to­rem.

– Ma­cie bar­dzo cie­ka­wą pra­cę – przy­zna­ję, a on się śmie­je.

– Po­wie­dzia­ła au­tor­ka be­st­sel­le­rów. Opo­wiedz, jak ty tra­fi­łaś do swo­jej bran­ży.

– Wła­ści­wie to przy­pad­kiem – za­czy­nam, a za­nim na­sza ka­wa po­ja­wi się na sto­li­ku, je­stem w po­ło­wie opo­wie­ści o tym, jak po­zna­łam Su­san.

Pół go­dzi­ny póź­niej, ga­wę­dząc o na­szych ulu­bio­nych miej­scach we Wło­szech, wcho­dzi­my przez wiel­ką bra­mę, ku­pu­je­my bi­le­ty i po­ko­nu­je­my licz­ne scho­dy, aby po­spa­ce­ro­wać wśród tu­ry­stów od­wie­dza­ją­cych wy­so­kie mu­ry. Jest przy­jem­nie. Po­dzi­wiam ogrom je­zio­ra, słu­cha­jąc opo­wie­ści Vi­ta, któ­ry wspo­mi­na swo­je od­wie­dzi­ny w No­wym Jor­ku. Py­ta, w któ­rej czę­ści mia­sta miesz­kam, i już mam po­wie­dzieć, że w Bronk­sie, ale prze­cież kil­ka mie­się­cy te­mu wy­pro­wa­dzi­łam się, po­rzu­ca­jąc na­rze­czo­ne­go, któ­ry wcze­śniej po­rzu­cił mnie.

– Roz­glą­dam się za miesz­ka­niem, ale jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łam – wy­ja­śniam. – Chwi­lo­wo za­szczy­cam ro­dzi­ców swo­ją obec­no­ścią.

– Lu­bisz z ni­mi miesz­kać?

– W su­mie to na­wet śmiesz­ne, gdy przed snem spraw­dza­ją, czy cze­goś nie pod­pa­li­łam.

– Co pro­szę? – py­ta za­sko­czo­ny i sze­ro­ko otwie­ra oczy.

– No cóż – mó­wię i przy­gry­zam war­gę. – Był pe­wien in­cy­dent z ka­na­pą.

Mi­ło spę­dzi­łam czas z mo­im no­wym zna­jo­mym. Po­roz­ma­wia­li­śmy po wło­sku, co chy­ba mu się spodo­ba­ło, bo ka­zał mi się trzy­mać pod ra­mię. Moż­li­we też, że po mo­im trze­cim po­tknię­ciu stwier­dził, że roz­wa­lę so­bie ryj, je­że­li nie bę­dzie mnie ase­ku­ro­wał. Dziś wie­czo­rem znów wy­cho­dzi­my we czwór­kę i je­śli rę­ka Ia­na na­dal bę­dzie błą­dzić po ko­la­nach Bet­ty, bę­dę mo­gła uznać to spo­tka­nie za po­dwój­ną rand­kę, bo Vi­to co­raz moc­niej mnie do sie­bie przy­cią­ga. Ta­ki wnio­sek wy­snu­wam, wdra­pu­jąc się na scho­dy pro­wa­dzą­ce do miesz­ka­nia. Z uśmie­chem i na­dzie­ją na wa­ka­cyj­ny ro­mans wcho­dzę pod prysz­nic, aby zmyć z sie­bie tru­dy wę­drów­ki w po­ran­nym upa­le. Na ca­łym cie­le po­ja­wi­ły mi się pierw­sze śla­dy opa­le­ni­zny. Gdy wy­cho­dzę z ła­zien­ki, od­kry­wam, że mam wia­do­mość od wła­ści­ciel­ki miesz­ka­nia. Czy­ta­jąc, z tru­dem po­wstrzy­mu­ję śmiech, bo ko­bie­ta py­ta, czy nie sły­sza­łam ni­cze­go po­dej­rza­ne­go, gdyż w no­cy ktoś na­si­kał do bu­tów są­sia­da z do­łu. Ko­leś chy­ba się po­skar­żył. Co za piz­duś, czy też – jak by to po­wie­dzia­ła Mal­lo­ry – mięk­ka fa­ja. Te­raz w do­dat­ku fa­ja z ob­szcza­ny­mi bu­ta­mi.

– Ja pier­do­lę – szep­czę. – Nie wi­dzia­łam ich.

Zresz­tą jak mia­łam wi­dzieć, sko­ro by­ło ciem­no jak w du­pie? No trud­no, chłop wy­pie­rze je so­bie jesz­cze raz, bo z wia­do­mo­ści wy­ni­ka, że su­szy­ły się pod do­mem. W no­cy? Niech się na­uczy, że pra­nie su­szy się do słoń­ca, a nie księ­ży­ca. Od­pi­su­ję, że nic nie sły­sza­łam, a po­tem prze­bie­ram się w lek­ką su­kien­kę i prze­szu­ku­ję ofer­tę lo­ka­li ga­stro­no­micz­nych, wy­pa­tru­jąc cze­goś in­te­re­su­ją­ce­go na wcze­sny obiad. Zer­kam też na In­sta­gram, bo wi­dzę, że spo­ro osób po­lu­bi­ło mo­je zdję­cie z wczo­raj­sze­go spa­ce­ru po Ochry­dzie. Prze­glą­dam swój pro­fil i za­sta­na­wiam się, co mo­gła­bym w nim udo­sko­na­lić. Na pew­no przy­da­ło­by się wy­ma­zać Gran­ta z kil­ku zdjęć, ale wte­dy po­ja­wi się wie­le nie­wy­god­nych py­tań, na któ­re nie chcę od­po­wia­dać lu­dziom w sie­ci lub pod­czas wy­wia­dów. Grant w ja­kiś spo­sób już na za­wsze zo­sta­nie czę­ścią mo­je­go daw­ne­go ży­cia, tyl­ko szko­da, że po­trak­to­wał mnie na ko­niec jak ja­kąś nie­zbyt uda­ną rand­kę. Z bó­lem w ser­cu oglą­dam fot­ki z ko­la­cji, kie­dy to świę­to­wa­li­śmy mo­ją pierw­szą książ­kę. Mia­łam ład­ną su­kien­kę, Leo wy­stro­ił się w gar­ni­tur, w któ­rym – jak się po­tem do­wie­dzia­łam – wy­stą­pił na swo­jej spra­wie roz­wo­do­wej, a Su­san wy­glą­da­ła na dum­ną i szczę­śli­wą. Grant za­ło­żył kra­wat. Pa­mię­tam, ja­ka by­łam za­sko­czo­na, bo kra­wat w ze­sta­wie­niu z je­go ły­są gło­wą, bro­dą i ta­tu­aża­mi pre­zen­to­wał się na­praw­dę dziw­nie. On po­wie­dział jed­nak, że to wy­jąt­ko­wa oka­zja. Wte­dy jesz­cze mnie ko­chał.

– Niech to szlag – oświad­czam i rzu­cam te­le­fon na łóż­ko, po czym wy­cho­dzę na mo­ment na bal­kon, że­by uspo­ko­ić ner­wy.

Opie­ram się o ba­lu­stra­dę i uwa­żam, aby przy­pad­kiem znów nie zrzu­cić klap­ka. Przy­po­mi­nam so­bie o bu­tach, któ­re w no­cy ura­czy­łam wąt­pli­wą przy­jem­no­ścią. Wy­chy­lam się za róg, spo­glą­dam w kie­run­ku traw­ni­ka i wi­dzę, że na zie­lo­nej wy­sep­ce stoi pa­ra gra­na­to­wo-bia­łych ci­cho­bie­gów. Pew­nie su­szą się po raz dru­gi. No cóż, wy­glą­da na to, że po­win­nam uni­kać są­sia­da z do­łu, aby nie za­śmiać mu się w twarz, że noc to nie po­ra na pra­nie.

Uśmie­cham się do sie­bie, a po­tem co­fam o krok, bo sły­szę na do­le ja­kiś ruch. Otwie­ra­ją się drzwi. Oho, Pan Ob­szczy­but wi­docz­nie wy­bie­ra się na spa­cer. Z cie­ka­wo­ścią pod­pa­tru­ję, jak wy­ła­nia się z bu­dyn­ku. Wi­dzę sze­ro­kie bar­ki otu­lo­ne ja­snym T-shir­tem, san­da­ły w roz­mia­rze nie-ma-więk­sze­go, a tak­że ka­pe­lusz ma­ją­cy chro­nić przed słoń­cem, któ­re za­czy­na jesz­cze moc­niej przy­pie­kać. Na­gle mo­je ser­ce pod­cho­dzi do gar­dła, gdy do­strze­gam, że spod rę­ka­wów ko­szul­ki wy­cho­dzą ta­tu­aże. Do­brze mi, kur­wa, zna­ne ta­tu­aże. Kie­dy obiekt za­trzy­mu­je się, że­by po­pra­wić ka­pe­lusz, wstrzy­mu­ję od­dech na wi­dok ogo­lo­nej gło­wy. Nie, bła­gam, lo­sie. To się nie dzie­je na­praw­dę. Sto­ję ci­cho, aby mnie nie za­uwa­żył, choć pew­nie z mo­ich me­diów spo­łecz­no­ścio­wych już wie, że je­stem w Ochry­dzie. Tar­ga mną wie­le emo­cji i mam ocho­tę za­ra­zem za­cząć pła­kać i rzu­cić czymś cięż­kim za od­da­la­ją­cym się męż­czy­zną.

– To są ja­kieś ja­ja – stwier­dzam, a na­stęp­nie wra­cam do po­ko­ju i drżą­cy­mi dłoń­mi wy­stu­ku­ję wia­do­mość do Su­san.

Emi­ly:

W no­cy zla­łam się w bu­ty nie zgad­niesz ko­go.

Otrzą­sam się z osłu­pie­nia i po­now­nie pa­trzę przez okno bal­ko­no­we. Syl­wet­ka roz­pły­wa się w pro­mie­niach słoń­ca oraz wsku­tek ro­sną­cej od­le­gło­ści, ale je­stem pew­na, że prze­le­cia­łam mnó­stwo mil, do­tar­łam na in­ny kon­ty­nent i za­szy­łam się w ma­łym mie­ście w Ma­ce­do­nii, a mo­im są­sia­dem jest Grant Do­no­van – fa­cet, z któ­rym mia­łam spę­dzić ży­cie.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

To są ja­kieś ja­ja

isbn: 978-83-8423-340-5

© Ka­ta­rzy­na Be­ster i Wy­daw­nic­two Ama­re 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa Ama­re.

re­dak­cja: Mag­da­le­na Wo­ło­szyn-Cę­pa

ko­rek­ta: Emi­lia Ka­płan

okład­ka: Iza­be­la Sur­dy­kow­ska-Ju­rek

przy­go­to­wa­nie e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two Ama­re na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-ma­il: kon­takt@wy­daw­nic­two-ama­re.pl

https://wy­daw­nic­two-ama­re.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.