To są jakieś jaja - Katarzyna Bester - ebook

To są jakieś jaja ebook

Katarzyna Bester

0,0

Opis

Najważniejsza zasada brzmi: nie zakochuj się w swoim byłym

Emily Larsen miała jasny plan: nie płakać po stracie faceta i nie pisać o nim książki. Spakowała więc walizkę i złamane serce, po czym uciekła do Ochrydy – uroczej miejscowości nad jeziorem, gdzie chciała odzyskać równowagę, spokój oraz wiarę w mężczyzn.

Nie przewidziała jednak, że ON również się tam pojawi.
Grant Donovan – dziennikarz, były narzeczony, a obecnie jej największy koszmar – przyjeżdża do Macedonii. Teraz Larsen musi dzielić z nim dom, piękne widoki i… kłopotliwe sytuacje, z jakich sama słynie.

Choć miała skupić się na sobie, jej plan w końcu bierze w łeb. Zaczyna śledzić Granta, by dowiedzieć się, co go tu przywiodło, a wtedy wszystko się komplikuje.

Jakby tego było mało, do macedońskiego raju z impetem wpadają Mallory, Susan i June. Urlop zmienia się w pełen zamieszania wyjazd, podczas którego Emily utwierdza się w kilku rzeczach.

Po pierwsze: ma cudowne przyjaciółki. Po drugie: nie istnieje nic lepszego od makalo. Po trzecie: miłość potrafi być okropnie upierdliwa.

Nie da się przed nią uciec, nawet jeśli wyjedzie się na koniec świata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 284

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Roz­dział pierw­szy

– Sa­mo­lot za­raz spad­nie do mo­rza! – drze się ja­kiś na­sto­la­tek za mo­imi ple­ca­mi.

– To nie jest mo­rze, idio­to – za­uwa­żam, a sie­dzą­ca obok mnie ko­bie­ta za­czy­na chi­cho­tać.

Pa­trzę przez okno i uśmie­cham się do sie­bie, gdy cu­dow­nie nie­bie­ska wo­da Je­zio­ra Ochrydz­kie­go wy­da­je się tak bli­sko, że mo­gła­bym za­nu­rzyć w niej pal­ce, gdy­by tyl­ko w sa­mo­lo­tach moż­na by­ło otwie­rać okna. Du­żo po­dró­żo­wa­łam, ale okrą­że­nie w po­wie­trzu nad tą czy­stą i za­chwy­ca­ją­cą ta­flą jest czymś, co za każ­dym ra­zem za­pie­ra mi dech w pier­si. Z jed­nej stro­ny nie dzi­wię się, że ten mło­tek po­my­lił je­zio­ro z mo­rzem, bo jest na­praw­dę du­że. Z dru­giej mógł się, kur­wa, wy­si­lić i prze­czy­tać co nie­co o miej­scu, do któ­re­go tar­ga­ją go ro­dzi­ce. Po­wi­nien też być wdzięcz­ny, że za­bra­li go do jed­ne­go z naj­pięk­niej­szych za­ka­mar­ków glo­bu, że­by wy­po­czął po za­koń­cze­niu ro­ku szkol­ne­go. Ja mam na­dzie­ję, że ko­ją­cy wi­dok je­zio­ra, sło­ik ma­ka­lo oraz pro­du­ko­wa­na przez miej­sco­wych ra­ki­ja uzdro­wią mo­je zła­ma­ne ser­ce.

– Mo­że po­je­dzie­my jed­ną tak­sów­ką? – za­ga­ja mo­ja to­wa­rzysz­ka, a ja od­ry­wam wzrok od fe­no­me­nal­ne­go wi­do­ku za szy­bą i od­zy­wam się do są­siad­ki z fo­te­la obok:

– Do­kąd pa­ni je­dzie?

Po­da­je mi ad­res ho­te­lu, a ja po­ta­ku­ję, bo ko­ja­rzę ten obiekt. Chwa­lę jej wy­bór, po czym in­for­mu­ję, że tak­sów­ka bę­dzie już na mnie cze­kać, więc mo­gę wziąć ko­goś do­dat­ko­we­go. Je­stem w Ochry­dzie trze­ci raz i mam za­ufa­ne­go tak­sów­ka­rza, któ­ry nie po­da wy­gó­ro­wa­nej ce­ny za trans­port. Wie­lu miesz­kań­ców utrzy­mu­je się dzię­ki tu­ry­stom, więc ko­rzy­sta­ją z nie­wie­dzy przy­jezd­nych. Bab­ce sie­dzą­cej obok mnie się upie­kło, bo do­trze do ce­lu bez ruj­no­wa­nia się.

– Skąd pa­ni jest? – py­ta mo­ja no­wa zna­jo­ma, gdy po­wo­li pod­cho­dzi­my do lą­do­wa­nia na mi­kro­sko­pij­nym lot­ni­sku.

– Z No­we­go Jor­ku. A pa­ni?

– Ja rów­nież – oznaj­mia z sze­ro­kim uśmie­chem. – Pro­szę wy­ba­czyć wścib­stwo, ale skądś ko­ja­rzę pa­ni twarz.

Yhm, za­czy­na się. Ni­by je­stem przy­zwy­cza­jo­na do te­go, że ob­cy lu­dzie mnie roz­po­zna­ją, ale cza­sem tę­sk­nię za ano­ni­mo­wo­ścią. Ko­bie­ta wciąż się we mnie wpa­tru­je. Cze­ka na mo­ją re­ak­cję. No do­bra, Su­san ka­za­ła mi być mi­łą dla fa­nów. Uśmie­cham się uprzej­mie, wy­cią­gam dłoń i mó­wię:

– Emi­ly Lar­sen.

Bab­ka sze­rzej otwie­ra oczy i roz­dzia­wia usta. Już po­łą­czy­ła krop­ki.

– Ale nu­mer! – pisz­czy. – Czy­ta­łam pa­ni książ­ki. Je­stem wiel­ką fan­ką.

– Bar­dzo mi mi­ło – rzu­cam, a po­tem sku­piam się na prze­trwa­niu lą­do­wa­nia, bo to dla mnie naj­mniej kom­for­to­wy mo­ment po­dró­ży.

Na­sto­la­tek za mną prze­ży­wa każ­dą se­kun­dę i chy­ba nie ro­zu­mie, że moż­na to ro­bić w ci­szy, bo cią­gle ga­da o tym, że wy­ką­pie się w mo­rzu, je­śli prze­ży­je lot. Mam na­dzie­ję, że wy­na­ję­li po­kój w ho­te­lu po­ło­żo­nym z da­la od mo­je­go miej­sca po­by­tu. Ta, co przy­tu­li­ła się do mo­jej tak­sów­ki, miesz­ka bar­dzo bli­sko.

– Ja je­stem Bet­ty – traj­ko­cze mo­ja czy­tel­nicz­ka, idąc obok mnie chwi­lę póź­niej, gdy już moż­na po­sta­wić sto­py na zie­mi.

– Faj­nie cię po­znać, Bet­ty.

– Ko­le­żan­ki mi nie uwie­rzą! Przy­je­cha­łam na urlop, a tym­cza­sem spo­ty­kam zna­ną au­tor­kę. Na­wet mam w wa­liz­ce two­ją ostat­nią książ­kę, bo jesz­cze nie zdą­ży­łam prze­czy­tać.

– Wy­szła dwa ty­go­dnie te­mu – pró­bu­ję ją po­cie­szyć, że nie mam jej za złe bra­ków w lek­tu­rze.

– Pierw­szą po­chło­nę­łam w po­przed­nie świę­ta… – kon­ty­nu­uje swój wy­kład, kie­dy cze­ka­my na ba­ga­że.

Pół­to­ra ro­ku te­mu na ryn­ku uka­za­ła się mo­ja pierw­sza książ­ka. Nie spo­dzie­wa­łam się, że od­nio­sę suk­ces, ale za­ufa­łam Su­san i wtar­gnę­łam sztur­mem na księ­gar­nia­ne pół­ki. Cza­sem mam wra­że­nie, że to tyl­ko sen, któ­ry za­czął się pew­ne­go je­sien­ne­go dnia. Wte­dy mo­ja rze­czy­wi­stość wy­glą­da­ła zu­peł­nie ina­czej: wró­ci­łam z za­gra­nicz­nej eska­pa­dy i ra­zem z na­rze­czo­nym za­czy­na­li­śmy ukła­dać so­bie ży­cie w ma­łym miesz­ka­niu w No­wym Jor­ku. Nie­ste­ty los ze mnie za­drwił i mi­mo sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cej ka­rie­ry mo­ja sy­tu­acja jest w tej chwi­li – de­li­kat­nie rzecz uj­mu­jąc – do du­py.

– Mo­że wyj­dzie­my któ­re­goś dnia na drin­ka? – nie pod­da­je się Bet­ty. Ja pier­do­lę, a tak ci­chut­ko sie­dzia­ła przez pra­wie ca­ły lot. Nie spo­dzie­wa­łam się po niej ta­kie­go sło­wo­to­ku. – Bę­dę tu­taj przez ty­dzień, póź­niej le­cę do Al­ba­nii. A ty gdzie się za­trzy­ma­łaś?

– Wy­na­ję­łam pię­tro w pry­wat­nym do­mu – od­po­wia­dam i uda­ję, że nie sły­sza­łam py­ta­nia o drin­ka. Po­trze­bu­ję spo­ko­ju. – Tam jest nasz trans­port – do­da­ję i wska­zu­ję ma­cha­ją­ce­go do mnie fa­ce­ta.

In­for­mu­ję go, że za­bie­ra­my mo­ją zna­jo­mą, na co on je­dy­nie wzru­sza ra­mio­na­mi i pa­ku­je na­sze wa­liz­ki do ba­gaż­ni­ka. Po­nie­waż uwiel­bia ga­dać, uci­na­ją so­bie z Bet­ty po­ga­węd­kę, a ja przy­my­kam po­wie­ki i wma­wiam so­bie, że naj­bliż­szy mie­siąc na­le­ży do mnie i do mo­je­go zdro­wia psy­chicz­ne­go, któ­re sta­ram się od­bu­do­wać. Mój wy­daw­ca, Jack, ka­zał mi nie my­śleć o pra­cy aż do sierp­nia. No­wa książ­ka się sprze­da­je, czy­tel­ni­cy wra­ca­ją, spo­tka­nia au­tor­skie za­pla­no­wa­li­śmy do­pie­ro na je­sień, a tekst, któ­ry ma się uka­zać na po­cząt­ku ro­ku, ode­sła­łam przed­wczo­raj do re­dak­cji. Mam wol­ne. Mo­gę, a wła­ści­wie mu­szę od­po­cząć. Na­praw­dę te­go po­trze­bu­ję.

– Jak Emi­ly przy­je­cha­ła tu­taj po raz pierw­szy – opo­wia­da nasz kie­row­ca – wy­rżnę­ła or­ła tuż po wyj­ściu z lot­ni­ska. Od ra­zu za­ofe­ro­wa­łem jej ta­ni prze­jazd, że­by ją po­cie­szyć. Do­tar­ła nad je­zio­ro z ob­dar­ty­mi ko­la­na­mi.

Obo­je z Bet­ty za­no­szą się od śmie­chu, a ja szcze­rze tę­sk­nię za wa­ka­cja­mi, gdy krwa­wi­ły mi ko­la­na. Z per­spek­ty­wy cza­su oce­niam, że był to nie­wiel­ki uszczer­bek na zdro­wiu i du­mie. No i zde­cy­do­wa­nie ła­twiej­szy do wy­le­cze­nia niż obec­ne ra­ny. Dzi­siaj przy­by­łam do Ochry­dy z krwa­wią­cym ser­cem, bo w mo­im ży­ciu nie ma już Gran­ta.

Roz­dział dru­gi

Jest prze-kur­wa-pięk­nie. Sto­ję na pro­me­na­dzie, któ­ra cią­gnie się wzdłuż brze­gu je­zio­ra, i ga­pię się na hip­no­ty­zu­ją­cą wo­dę. Od­bi­ja­ją się w niej pro­mie­nie po­po­łu­dnio­we­go ża­ru, roz­świe­tla­jąc roz­le­gły błę­kit. Za mo­imi ple­ca­mi to­czy się ży­cie miesz­kań­ców oraz tu­ry­stów. Ka­wa­łek stąd moż­na spo­tkać za­nie­dba­ne chod­ni­ki, nie­wiel­kie skle­py z rdze­wie­ją­cy­mi da­cha­mi, kil­ku­pię­tro­we blo­ki po­zba­wio­ne uro­ku ma­łych dom­ków, fo­lio­we ob­ru­sy na pla­sti­ko­wych sto­łach w knaj­pach, w któ­rych trud­no do­ga­dać się po an­giel­sku. Tu­taj jed­nak, przy Je­zio­rze Ochrydz­kim, pa­nu­je tu­ry­stycz­ny raj. Każ­dy za­ką­tek krzy­czy: „Wa­ka­cje!”. Uwiel­biam tu być. Gdy tyl­ko na­rze­czo­ny zro­bił mnie w chu­ja, na­tych­miast po­my­śla­łam o za­pla­no­wa­niu wy­pra­wy wła­śnie tu­taj – do naj­pięk­niej­sze­go miej­sca w Ma­ce­do­nii.

Wy­sia­dłam z tak­sów­ki przy pro­me­na­dzie, bo przede mną drob­na wspi­nacz­ka wą­ski­mi ulicz­ka­mi. Przy­da mi się tro­chę ru­chu po kil­ku­na­stu go­dzi­nach sie­dze­nia w sa­mo­lo­cie lub na lot­ni­sku. W Bel­gra­dzie wpraw­dzie spa­ce­ro­wa­łam, cze­ka­jąc po­nad dwie go­dzi­ny na lot, ale ko­ry­ta­rze peł­ne skle­pów to co in­ne­go niż prze­chadz­ka na świe­żym po­wie­trzu. Bet­ty po­je­cha­ła ka­wa­łek da­lej, aby za­mel­do­wać się w ho­te­lu. Obie­ca­łam jej, że wy­sko­czy­my na te­go drin­ka ju­tro wie­czo­rem. Mo­że przy­da mi się to­wa­rzy­stwo, gdy bę­dę od­wie­dzać któ­rąś z lo­kal­nych re­stau­ra­cji, aby to­pić smut­ki w al­ko­ho­lu.

– Po­ra się zbie­rać – mó­wię sa­ma do sie­bie, po czym chwy­tam wa­liz­kę i po­wol­nym kro­kiem ru­szam w gó­rę prze­ci­na­ją­cy­mi się ulicz­ka­mi.

Wy­na­ję­łam pię­tro w do­mu, w któ­rym za­trzy­ma­li­śmy się kie­dyś z Gran­tem. Nie uni­kam ry­zy­ka, ale w kwe­stii lo­ka­lu wo­lę spraw­dzo­ne miej­sców­ki. Tę te­sto­wa­li­śmy ra­zem. Pew­nie do­pad­ną mnie wspo­mnie­nia, ale bę­dę dziel­na. Obie­ca­łam Su­san, że nie dam się po­ko­nać ja­kie­muś fa­ce­to­wi i je­go ku­ta­so­wi – na­wet je­śli ten fa­cet był mo­im na­rze­czo­nym, a je­go ku­tas… no cóż… lu­bi­li­śmy się. Bę­dę sil­ną i nie­za­leż­ną ko­bie­tą, któ­ra od­ci­na się od bez­na­dziej­nych męż­czyzn, za to wcho­dzi w doj­rza­łe, zdro­we re­la­cje z ma­ce­doń­ski­mi wi­na­mi oraz sło­icz­ka­mi peł­ny­mi czosn­ko­wej ma­gii. Spo­glą­dam na ze­ga­rek i do­ko­nu­ję szyb­kich ob­li­czeń. Nie zdą­żę już dzi­siaj, ale ju­tro wy­ru­szę po tu­tej­sze sma­ko­ły­ki. Jest tu ge­nial­ny sklep. Chy­ba za nim tę­sk­ni­łam.

– Wresz­cie – sa­pię, do­tarł­szy do ce­lu.

Wy­grze­bu­ję klu­cze spod do­nicz­ki, któ­rą wska­za­ła mi w ma­ilu wła­ści­ciel­ka bu­dyn­ku, i po chwi­li otwie­ram drzwi do miesz­ka­nia, w któ­rym spę­dzę naj­bliż­szy mie­siąc. Uśmie­cham się na wi­dok wiel­kie­go łóż­ka. Tym ra­zem bę­dę w nim spać sa­ma, ale nie wy­klu­czam, że być mo­że ktoś je jed­no­ra­zo­wo od­wie­dzi. Su­san twier­dzi, że naj­lep­szym spo­so­bem na to, aby wy­bić so­bie z gło­wy fa­ce­ta, jest in­ny fa­cet. Nie wiem, skąd u niej ta­kie prze­my­śle­nia, bo za­nim zwią­za­ła się z mo­im bra­tem, zwy­kła nie za­pa­mię­ty­wać na­wet imion męż­czyzn, któ­rych prze­le­cia­ła. Ro­bi mi się przy­jem­nie cie­pło na wspo­mnie­nie naj­bliż­szych, więc wy­ko­nu­ję kil­ka fo­tek, któ­rych bę­dą mi za­zdro­ścić – mię­dzy in­ny­mi uję­cie je­zio­ra, któ­re wi­dzę z bal­ko­nu – i wy­sy­łam do ro­dzi­ców, bra­ta oraz Su­san, mo­jej agent­ki i przy­ja­ciół­ki.

– Do­tar­łaś bez przy­gód? – py­ta ona, kie­dy od­bie­ram po­łą­cze­nie wi­deo na ko­mu­ni­ka­to­rze.

– Nie wy­je­ba­łam się, je­śli o to py­tasz – oznaj­miam z uśmie­chem.

Nic nie po­ra­dzę na to, że sły­nę z bli­skich re­la­cji z gra­wi­ta­cją.

– Cie­szę się – mó­wi Su­san. – Ja­kie masz pla­ny?

– We­zmę prysz­nic, roz­pa­ku­ję się, a po­tem ru­szę coś zjeść i wpa­try­wać się w za­chód słoń­ca.

– Brzmi ide­al­nie.

– Mam du­żo miej­sca – ku­szę i uśmie­cham się wy­mow­nie. – Pa­kuj wa­liz­kę i przy­by­waj.

– Przy­dał­by mi się od­po­czy­nek. – Uda­je, że się za­sta­na­wia. – Mu­szę jed­nak do­pil­no­wać pro­mo­cji two­jej książ­ki, a po­za tym Ju­ne ma ja­kiś kry­zys od rocz­ni­cy ślu­bu, więc ra­zem z Mal­lo­ry sta­ra­my się za­pew­niać jej roz­ryw­ko­we week­en­dy.

– W Ochry­dzie na pew­no po­że­gna­ła­by ten kry­zys – na­ma­wiam ją.

– Mam na­dzie­ję, że ty po­że­gnasz swój – od­po­wia­da i ce­lu­je we mnie pal­cem. – Za­po­mi­nasz o tym cwa­nym chuj­ku, za­ba­wiasz się z ja­kimś przy­stoj­nia­kiem i wra­casz do No­we­go Jor­ku bo­sko opa­lo­na. No i z wi­nem dla mnie.

– Sły­sza­łem! – drze się gdzieś w tle mój brat, a w na­stęp­nej se­kun­dzie wi­dzę, jak na ko­la­na Su­san wska­ku­je Co­okie. – Cześć, sio­stra.

– Spa­ce­rek? – py­tam, choć jest to oczy­wi­ste, bo Leo trzy­ma w rę­ku smycz.

– Prze­wie­trzy­łem ją tro­chę. – Śmie­je się, po czym głasz­cze psa po gło­wie. – Ochry­da na­dal sło­necz­na i ba­jecz­nie pięk­na? – do­da­je, a ja tyl­ko ki­wam gło­wą.

– W sa­mo­lo­cie spo­tka­łam swo­ją fan­kę – wy­zna­ję, a po­tem opo­wia­dam im o po­dró­ży i o tym, co za­mie­rzam dziś zjeść.

Chy­ba mi za­zdrosz­czą, bo ka­żą się bu­jać i koń­czą roz­mo­wę, re­cho­cząc jak hie­ny. Uda­ję się pod prysz­nic, prze­bie­ram w su­kien­kę i szyb­ko wy­pa­ko­wu­ję za­war­tość wa­liz­ki do sza­fy. Wsu­wam sto­py w lek­kie tramp­ki, za­my­kam miesz­ka­nie i ru­szam – tym ra­zem w dół – aby zna­leźć miej­sce na jed­no­oso­bo­wą ko­la­cję ma­ją­cą uzdro­wić ser­ce. Na par­te­rze wy­tę­żam słuch, bo po­dob­no ktoś wy­na­jął dru­gie miesz­ka­nie, ale pa­nu­je ci­sza, więc je­dy­nie wzru­szam ra­mio­na­mi. Mam tyl­ko na­dzie­ję, że po­de mną nie za­miesz­ka­ła dru­ga Bet­ty, tyl­ko ja­kiś sek­sow­ny i mó­wią­cy po an­giel­sku męż­czy­zna, któ­ry po­mo­że mi za­po­mnieć o prze­szło­ści. Śmie­jąc się z wła­sne­go po­my­słu, za­ha­czam pa­skiem to­reb­ki o klam­kę i pra­wie na­bi­jam so­bie si­nia­ka.

Idę po­mię­dzy do­ma­mi i wdy­cham świe­że po­wie­trze, któ­re pach­nie po­cząt­kiem cze­goś no­we­go. Gdy do­cie­ram nad je­zio­ro, wszę­dzie roi się od ga­wę­dzą­cych lu­dzi, we­so­łych dzie­ci, spa­ce­ru­ją­cych psów i ko­tów, któ­re wy­da­ją się nie mieć do­mów, ale ktoś się ni­mi opie­ku­je. Kil­ka­krot­nie we­szłam tu­taj do re­stau­ra­cji i po­czu­łam się, jak­by to kot był kie­row­ni­kiem sa­li. Co­okie – sucz­ka mo­je­go bra­ta – pew­nie by­ła­by w Ochry­dzie kró­lo­wą dziel­ni­cy. Wszę­dzie jej peł­no i jest py­ska­ta. Choć ko­ta mo­gła­by się pew­nie wy­stra­szyć, zna­jąc ją i jej po­czu­cie by­cia ko­za­kiem.

Do­sta­ję sto­lik już w pierw­szym od­wie­dzo­nym miej­scu, co mnie cie­szy, bo je­stem cho­ler­nie głod­na. Szyb­ko do­ko­nu­ję wy­bo­ru, do­rzu­ca­jąc do ko­la­cji por­cję ma­ka­lo, a tak­że lamp­kę wi­na. Na­le­ży mi się za ostat­nie mie­sią­ce cięż­kiej pra­cy oraz prób uzdro­wie­nia du­szy.

Kil­ka mi­nut póź­niej za­nu­rzam usta w cu­dow­nie owo­co­wym trun­ku, a ja­kiś wy­so­ki bru­net zmie­rza do wyj­ścia, pusz­cza­jąc do mnie oko. Uśmie­cham się i pew­nie po­ma­cha­ła­bym za­chę­ca­ją­co, ale ko­leś zni­ka za drzwia­mi. No pro­szę, jesz­cze nic nie zja­dłam, a już mam ocho­tę na cia­cho. Za­po­mi­nam jed­nak o po­ten­cjal­nym de­se­rze w ład­nej ko­szu­li, gdy na stół wjeż­dża mo­ja ko­la­cja. O tak, to jest to, cze­go po­trze­bo­wa­łam: wa­ka­cyj­ny kli­mat, bo­ska oko­li­ca, pysz­ne je­dze­nie i plą­czą­cy się wo­kół przy­stoj­nia­cy. Chy­ba nie ma opcji, aby coś po­psu­ło mi ten urlop.

Roz­dział trze­ci

Ko­cham bi­żu­te­rię. Chy­ba każ­da ko­bie­ta za­cie­ra rącz­ki na wi­dok szla­chet­nych ka­mie­ni, błysz­czą­cych kol­czy­ków czy – no wła­śnie – pe­reł ochrydz­kich. Nic dziw­ne­go, że w ce­lu po­pra­wie­nia so­bie hu­mo­ru po wciąż nie­prze­pra­co­wa­nym roz­sta­niu z Gran­tem o po­ran­ku wę­dru­ję do jed­ne­go ze skle­pów ro­dzi­ny Fi­le­vi. Per­ły są nie­ja­ko zna­kiem fir­mo­wym Ochry­dy. Wy­glą­da­ją cu­dow­nie i naj­chęt­niej ob­wie­si­ła­bym się ni­mi jak cho­in­ka. Nie ukry­wam, że krę­ci mnie też wą­tek ta­jem­ni­czej re­cep­tu­ry, we­dług któ­rej ro­dzi­na Fi­le­vi od ty­siąc dzie­więć­set dwu­dzie­ste­go ósme­go ro­ku two­rzy per­ło­we war­stwy, uży­wa­jąc do ich pro­duk­cji łu­sek pla­szi­cy. Po­dob­no spo­sób wy­ra­bia­nia bi­żu­te­rii jest prze­ka­zy­wa­ny z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie i pil­nie strze­żo­ny. Cho­le­ra, aż mam ciar­ki, jak o tym my­ślę. Lu­bię ta­kie kli­ma­ty.

Wkra­czam do skle­pu wi­ta­na chło­dem bi­ją­cym od pły­tek pod­ło­go­wych i kli­ma­ty­za­cji. Na ze­wnątrz jest bar­dzo cie­pło, a pro­mie­nie sło­necz­ne wdzie­ra­ją się przez ubra­nie. W skle­pie od ra­zu do­sta­ję gę­siej skór­ki, i to nie tyl­ko na wi­dok pe­reł. Uśmie­cham się do eks­pe­dient­ki i wę­szę wśród do­stęp­nych wzo­rów. Mam już w do­mu kol­czy­ki i na­szyj­nik, ale od­nio­słam suk­ces na ryn­ku wy­daw­ni­czym i mo­gę so­bie po­sza­leć w jed­nym z miejsc, gdzie mam do czy­nie­nia z ory­gi­na­łem, a nie ta­nią pod­ró­bą, ja­ką zda­rzy­ło mi się ku­pić na stra­ga­nie pod­czas pierw­szej wi­zy­ty, bo po pro­stu nie mia­łam o tym po­ję­cia.

– Po­pro­szę ten kom­plet – mó­wię po chwi­li do mi­łej pa­ni, któ­ra po­da­je mi do­pa­so­wa­ne do sie­bie kol­czy­ki i bran­so­let­kę.

Już wi­dzę, jak de­ko­ru­ję się tym pod­czas spo­tkań au­tor­skich je­sie­nią. Bę­dę mia­ła przy so­bie na­miast­kę la­ta. Z uśmie­chem na ustach pła­cę w eu­ro i do­sta­ję resz­tę tro­chę w eu­ro, tro­chę w de­na­rach ma­ce­doń­skich. Uwiel­biam bez­tro­skę tu­tej­szych miesz­kań­ców. Dzię­ku­ję za ob­słu­gę, zgar­niam per­ły i cer­ty­fi­kat ich au­ten­tycz­no­ści, a po­tem po­wol­nym kro­kiem szu­kam miej­sca na ide­al­ne ochrydz­kie śnia­da­nie, czy­li zu­pę. Uda­je mi się do­rwać sto­lik z wi­do­kiem na je­zio­ro i pod­czas po­sił­ku czu­ję, jak mo­ja wy­ją­ca o li­tość du­sza stop­nio­wo do­zna­je uko­je­nia. Wie­dzia­łam, że tu­taj uda mi się uzdro­wić ser­ce. Pó­ki co do­brze mi idzie. Per­ły już po­ma­ga­ją, mi­mo że je­ste­śmy ra­zem go­dzi­nę.

Po dro­dze do miesz­ka­nia od­wie­dzam jesz­cze sklep z lo­kal­ny­mi przy­sma­ka­mi i za­opa­tru­ję się w ma­ka­lo, ajvar i prze­pysz­ne ma­sło z orze­chów la­sko­wych. Do­rzu­cam bu­tel­kę wi­na, że­by by­ło w po­go­to­wiu w ra­zie spad­ku na­stro­ju. Jest bar­dzo do­bre. Wiem, bo pró­bo­wa­łam. Lu­bię ten sklep, bo moż­na tu­taj skosz­to­wać kil­ku rze­czy, za­nim do­ko­na się za­ku­pu. Ja ob­ku­pi­łam się wzo­ro­wo. Tar­gam to wszyst­ko pod gó­rę, a gdy do­cie­ram do drzwi, sły­szę, że w miesz­ka­niu na do­le ktoś się prze­miesz­cza. Cie­ka­we, kto tu prze­by­wa. Mo­że za­pu­kam wie­czo­rem i za­pro­po­nu­ję wspól­ne roz­pra­co­wa­nie bu­tel­ki wi­na. Mam tyl­ko na­dzie­ję, że to nie ja­kaś nad­po­bu­dli­wa czy­tel­nicz­ka, któ­ra bę­dzie po­tem in­for­mo­wać ca­ły świat, gdzie je­stem i co ro­bię. Głu­pio się na­je­bać, gdy wiesz, że ktoś wrzu­ci do­wo­dy na In­sta­gram.

Spo­glą­dam na ze­ga­rek i oce­niam, że moi bli­scy w No­wym Jor­ku chy­ba jesz­cze śpią lub do­pie­ro co wsta­li i nie chcia­ła­bym draż­nić ich z ra­na. Przy­go­to­wu­ję so­bie ka­wę, sia­dam na bal­ko­nie i re­lak­su­ję oczy, wpa­tru­jąc się w Je­zio­ro Ochrydz­kie. Od­po­czy­wam. Tak na sto pro­cent. Przy­my­kam po­wie­ki, uno­szę twarz w stro­nę słoń­ca i ma­cham so­bie sto­pą w rytm po­łu­dnio­wych dźwię­ków mia­stecz­ka, do­cie­ra­ją­cych do mnie z każ­dej stro­ny.

– Niech to szlag – szep­czę, gdy kla­pek zsu­wa mi się ze sto­py, któ­rą ra­do­śnie ma­cha­łam, i lą­du­je na par­te­rze.

Wy­chy­lam się za ba­rier­ki i wi­dzę, że ucie­ki­nier wy­lą­do­wał pod oknem są­sia­da z do­łu. Wzdy­cham, od­sta­wiam nie­do­pi­tą ka­wę na sto­lik i w jed­nym bu­cie wę­dru­ję na par­ter, że­by od­zy­skać zgu­bę. Wy­cho­dzę z do­mu i uśmie­cham się do star­sze­go pa­na, któ­ry wła­śnie prze­jeż­dża ro­we­rem obok mnie. Pod­no­szę kla­pek i zer­kam przez okno, bo z na­tu­ry je­stem cie­kaw­ska i chęt­nie po­dej­rzę ko­goś, kto tu miesz­ka. Okno jest otwar­te, ale nic nie sły­szę. Mo­że ktoś so­bie uciął drzem­kę, czy­ta lub po pro­stu… hmm… wa­li ko­nia? Cho­le­ra, Su­san chy­ba mia­ła ra­cję, że po­trze­bu­ję ro­man­su, aby za­po­mnieć o ze­rwa­nych za­rę­czy­nach. Wła­ści­wie to od­rzu­co­nych, bo prze­cież pier­ścio­nek prze­le­ciał przez po­kój po mo­im ner­wo­wym rzu­cie.

Mo­że wie­czo­rem ra­zem z Bet­ty za­po­lu­je­my na wol­nych sam­ców? Za­my­ślo­na zmie­rzam na gó­rę, ale – po­nie­waż wciąż mam kla­pek w rę­ce za­miast na sto­pie – już na trze­cim schod­ku ude­rzam pal­ca­mi o drew­no i ostat­kiem sił po­wstrzy­mu­ję jęk bó­lu, któ­ry wy­do­by­wa się z me­go wnę­trza. Mu­szę pa­mię­tać, że­by pić głów­nie w miesz­ka­niu, a nie po­za nim. Na tych scho­dach na pew­no się wy­pier­do­lę, je­śli bę­dę wra­cać na­pru­ta.

Wie­czór jest cie­pły, bez­wietrz­ny i gło­śny. Tu­ry­ści oku­pu­ją du­że re­stau­ra­cje i ma­łe knajp­ki, za­ko­cha­ne pa­ry wę­dru­ją nad je­zio­rem, trzy­ma­jąc się za rę­ce, czym wy­wo­łu­ją u mnie od­ruch wy­miot­ny, a dzie­ci śmie­ją się gło­śno i bie­ga­ją jak na­pę­dza­ne pie­kiel­ną mo­cą. Spa­ce­rem do­cie­ram do ho­te­lu, w któ­rym za­trzy­ma­ła się Bet­ty. Ma­ją przy­jem­ną re­stau­ra­cję tuż nad brze­giem je­zio­ra, więc wi­dok jest ba­jecz­ny. Od­naj­du­ję wzro­kiem mo­ją no­wą ko­le­żan­kę i od­kry­wam, że sie­dzi przy sto­li­ku w to­wa­rzy­stwie dwóch fa­ce­tów. Wszy­scy tro­je trzy­ma­ją w rę­kach szklan­ki i gło­śno re­cho­czą, więc chy­ba za­po­wia­da się uda­na noc. Gdy pod­cho­dzę bli­żej, roz­po­zna­ję męż­czy­znę, któ­ry wczo­raj pu­ścił do mnie oko w re­stau­ra­cji. O tak, bar­dzo do­brze, że się tu zja­wi­łam. Ko­leś uśmie­cha się uwo­dzi­ciel­sko na mój wi­dok i śmiem przy­pusz­czać, że to mo­że być po­czą­tek mo­jej te­ra­pii za­le­ca­nej przez dok­tor Su­san.

– Mó­wi­łam wam o Emi­ly – oznaj­mia pod­nie­co­na Bet­ty, gdy mnie za­uwa­ża. – To mo­ja ulu­bio­na au­tor­ka. Na pew­no ma­cie jej książ­ki też w Los An­ge­les.

– Mi­ło po­znać – od­zy­wa się blon­dyn, sie­dzą­cy tuż obok mo­jej czy­tel­nicz­ki. Chy­ba na­wet trzy­ma ją za ko­la­no. – Je­stem Ian, a to mój przy­ja­ciel z im­por­tu Vi­to.

Zer­kam na przy­stoj­ne­go bru­ne­ta o zde­cy­do­wa­nie wło­skich ko­rze­niach i wi­tam się z nim w je­go oj­czy­stym ję­zy­ku. Wy­glą­da na to, że mu za­im­po­no­wa­łam, bo rów­nież po wło­sku wy­zna­je:

– Nie są­dzi­łem, że coś jesz­cze mnie tu za­sko­czy.

– Do­brze znasz mia­sto? – py­tam, zaj­mu­jąc miej­sce obok wło­skie­go cia­cha.

– Je­stem tu dru­gi raz, ale ni­g­dy jesz­cze nie mia­łem tak zna­ko­mi­te­go to­wa­rzy­stwa. – Wy­mow­nie lu­stru­je mnie od stóp do głów.

Dzię­ku­ję sa­mej so­bie, że ogo­li­łam no­gi i ca­łą resz­tę, bo je­śli ten fa­cet po kil­ku drin­kach wpro­si się do mnie na ru­chan­ko, bę­dę go­to­wa. Cho­le­ra, ce­li­bat chy­ba za­bu­rza mo­ją de­cy­zyj­ność, ale co tam. Co dzie­je się na wa­ka­cjach, zo­sta­je na wa­ka­cjach.

– Mo­że­my się włą­czyć do dys­ku­sji? – wtrą­ca żar­to­bli­wie Ian, więc prze­cho­dzi­my na an­giel­ski. – Bet­ty mó­wi­ła, że pi­szesz.

– Zda­rza mi się – rzu­cam z uśmie­chem.

– Przy­zna­ję, że nie czy­ta­łem two­ich ksią­żek, ale obie­cu­ję nad­ro­bić – kon­ty­nu­uje opa­lo­ny blon­das, a Bet­ty za­czy­na wy­mie­niać mu ty­tu­ły i pre­zen­to­wać re­cen­zje mo­ich pa­pie­ro­wych dzie­ci.

W tym cza­sie po­ja­wia się kel­ner, więc wy­bie­ram coś dla sie­bie, bacz­nie ob­ser­wo­wa­na przez no­we­go zna­jo­me­go. Vi­to jest wy­so­ki, ma ciem­ne oczy, fa­lu­ją­ce wło­sy i to coś, cze­go nie da się zde­fi­nio­wać, a cze­mu trud­no się oprzeć. No i, po­dob­nie jak wczo­raj, no­si ład­ną ko­szu­lę. Hmm, Vi­to. Jak tak na nie­go zer­kam, to mam na­dzie­ję, że zło­ży mi pro­po­zy­cję nie do od­rzu­ce­nia.

– Czy two­im ulu­bio­nym fil­mem jest Oj­ciec chrzest­ny? – wy­pa­lam, a wszy­scy wy­bu­cha­ją śmie­chem.

– Jed­nym z wie­lu na pew­no – mó­wi roz­ba­wio­ny Vi­to. – A two­im?

– Lu­bię go, ale na swo­jej li­ście mam też tro­chę ty­po­wo ko­bie­cych po­zy­cji.

– Ian cią­gle oglą­da Mo­je wiel­kie grec­kie we­se­le – ka­blu­je, wska­zu­jąc na kum­pla.

– Ko­cham grec­kie kli­ma­ty – tłu­ma­czy się tam­ten i chi­cho­cze. – Lu­bię też Mam­ma Mia!.

Se­rio? Fa­ce­ta krę­cą ślu­by i tań­ce na pla­ży? To nie do­me­na ko­biet?

– Je­ste­ście pa­rą? – wy­pa­lam po raz ko­lej­ny, marsz­cząc brwi, a oni obaj za­po­wie­trza­ją się ze śmie­chu.

Bet­ty też się chi­chra, choć zer­ka z cie­ka­wo­ścią na Ia­na. Pew­nie cze­ka na in­for­ma­cję, w ko­go wo­lał­by wejść dziś w no­cy: w nią czy w swo­je­go przy­ja­cie­la.

– Emi­ly – od­zy­wa się wło­ski cud na­tu­ry, wy­cie­ra­jąc łzy. – Mam prze­czu­cie, że ten urlop na dłu­go po­zo­sta­nie w mo­jej pa­mię­ci.

Pa­trzy na mnie tak, że chy­ba za­raz bę­dę mu­sia­ła zmie­nić majt­ki. Gdy­by był ge­jem, nie ob­li­zy­wał­by się na mój wi­dok, praw­da? Z tru­dem bio­rę głę­bo­ki wdech, od­bie­ram od kel­ne­ra swo­je­go drin­ka, a po­tem wda­ję się w dys­ku­sję o cie­ka­wych miej­scach świa­ta, książ­kach i ma­gii Ochry­dy.

O No­wym Jor­ku mó­wi się, że ni­g­dy nie za­sy­pia, ale o Ochry­dzie też trud­no po­wie­dzieć, aby kła­dła się z ku­ra­mi. Nie­któ­re skle­py z pa­miąt­ka­mi są tu­taj otwar­te do póź­nych go­dzin wie­czor­nych, a wręcz za­ha­cza­ją­cych o noc. Do­cho­dzi dzie­sią­ta, gdy zbli­żam się do tęt­nią­ce­go ży­ciem zbio­ro­wi­ska knajp, w któ­rych tu­ry­ści wspo­ma­ga­ją ma­ce­doń­skich przed­się­bior­ców. Mi­jam po­mnik świę­te­go Kli­men­ta i ła­pię się na tym, że ki­wam w je­go stro­nę gło­wą. Jesz­cze tyl­ko bra­ku­je, abym mu ży­czy­ła do­bre­go wie­czo­ru. Ten pią­ty drink mógł być prze­kro­cze­niem pew­nej gra­ni­cy, ale tak do­brze sma­ko­wał w to­wa­rzy­stwie na­wa­lo­nej Bet­ty, we­so­łe­go Ia­na i sek­sow­ne­go Vi­ta, że nie chcia­łam re­zy­gno­wać. Wcho­dzę w plą­ta­ni­nę wą­skich i stro­mych uli­czek, ła­pię rów­no­wa­gę i po­sta­na­wiam po­świe­cić so­bie te­le­fo­nem, aby nie za­li­czyć spek­ta­ku­lar­nej gle­by, za­nim w ogó­le do­trę do tych wy­czy­no­wych scho­dów w wy­naj­mo­wa­nym miesz­ka­niu. Grze­bię w to­reb­ce, ale nie od­naj­du­ję smart­fo­na.

– Co, do chu­ja? – ga­dam sa­ma do sie­bie, a mo­je ci­śnie­nie ro­śnie z po­wo­du stre­su.

Uzmy­sła­wiam so­bie, że zgu­bi­łam te­le­fon, i chce mi się pła­kać. Hmm… A mo­że zo­sta­wi­łam go w re­stau­ra­cji ho­te­lo­wej? De­cy­du­ję się wró­cić tam i za­py­tać. Na­pę­dza­na ad­re­na­li­ną nie­co trzeź­wie­ję, więc bez chwia­nia się i dys­ku­sji z po­są­giem Kli­men­ta do­cie­ram do re­stau­ra­cji, a kel­ner od wej­ścia ma­cha do mnie… mo­im te­le­fo­nem. Z ra­do­ści ści­skam chło­pa i da­ję mu dru­gi te­go wie­czo­ru na­pi­wek. Mu­szę chwi­lę ochło­nąć z tych wra­żeń.

– Po­pro­szę zim­ne pi­wo. – Roz­sia­dam się na pierw­szym wol­nym krze­śle.

– Na pew­no chce pa­ni mie­szać al­ko­ho­le? – do­cie­ka męż­czy­zna, cho­wa­jąc bank­not do kie­szon­ki w ko­szu­li.

– Dam ra­dę – za­pew­niam i po chwi­li są­czę chłod­ne­go bro­wa­ra. – Od ra­zu le­piej – kwi­tu­ję, a zmę­cze­nie nad­pro­gra­mo­wym spa­ce­rem jak­by osła­bia się wsku­tek chło­dze­nia od we­wnątrz. – Do­bra­noc – rzu­cam kwa­drans póź­niej i po raz ko­lej­ny kie­ru­ję się do miesz­ka­nia.

Prze­cho­dzę przez plac, uni­ka­jąc kon­tak­tu wzro­ko­we­go z po­są­giem i z pod­chmie­lo­ny­mi uwo­dzi­cie­la­mi po pięć­dzie­siąt­ce. Wkra­czam w gąszcz uli­czek i wspi­nam się ostroż­nie, bo jed­nak tro­chę krę­ci mi się w gło­wie od wy­pi­te­go al­ko­ho­lu. Po­nad­to z każ­dą mi­nu­tą co­raz moc­niej ża­łu­ję, że nie sko­rzy­sta­łam z to­a­le­ty, bo mu­szę co­raz moc­niej za­ci­skać uda, aby nie po­pu­ścić. Jest bli­sko, kie­dy się po­ty­kam, ale przy­po­mi­nam so­bie o la­tar­ce w od­na­le­zio­nym cu­dow­nie te­le­fo­nie. Oświe­tla­jąc so­bie dro­gę, do­cie­ram do drzwi wej­ścio­wych. Przede mną te cho­ler­ne scho­dy, ale chy­ba już nie dam ra­dy.

– Ra­tun­ku – szep­czę sa­ma do sie­bie i roz­glą­dam się w ciem­no­ści, bo u są­sia­da lub są­siad­ki z do­łu nie świe­ci się świa­tło.

Prze­bie­ra­jąc no­ga­mi, szyb­ciut­ko po­dej­mu­ję bra­wu­ro­wą de­cy­zję. Schy­lam się i prze­cho­dzę pod oknem, że­by scho­wać się za róg do­mu. Wi­dzia­łam w cią­gu dnia, że jest tam buj­ny traw­nik, któ­ry roz­rósł się od mo­jej ostat­niej wi­zy­ty. Czu­ję pod sto­pa­mi mięk­ką tra­wę i ku­cam, aby opróż­nić pę­cherz. Pa­mię­tam, że kie­dyś by­łam go­to­wa zro­bić to w win­dzie mo­je­go wy­daw­nic­twa, ale na szczę­ście unik­nę­łam ta­kie­go wy­stę­pu. Dzi­siaj nie by­ło opcji, abym wspię­ła się po tych je­ba­nych scho­dach z peł­nym, a wła­ści­wie prze­peł­nio­nym pę­che­rzem.

– Ale ulga. – Wzdy­cham, a po chwi­li otwie­ram drzwi i roz­po­czy­nam wspi­nacz­kę. – Kur­wa, nic nie wi­dzę.

Nie za­świe­ci­łam so­bie świa­tła, więc po omac­ku po­ko­nu­ję ko­lej­ne stop­nie, trzy­ma­jąc się kur­czo­wo ścia­ny. Wresz­cie je­stem u sie­bie. Do­pie­ro te­raz wpa­dam na to, że zno­wu mo­głam wy­ko­rzy­stać la­tar­kę w te­le­fo­nie. Mój mózg chy­ba se­rio jest na wa­ka­cjach. Od ra­zu idę pod prysz­nic, a po­tem za­nu­rzam się w po­ście­li i za­sy­piam, ko­ły­sa­na wspo­mnie­niem wło­skie­go spoj­rze­nia oraz pro­cen­ta­mi obez­wład­nia­ją­cy­mi mo­je cia­ło.

Roz­dział czwar­ty

Bu­dzi mnie cu­dow­ne cie­pło pro­mie­ni sło­necz­nych wpa­da­ją­cych do po­ko­ju przez cien­kie fi­ran­ki. Sia­dam na łóż­ku i stwier­dzam, że spo­dzie­wa­łam się więk­sze­go ka­ca, a tym­cza­sem tyl­ko lek­ko po­bo­le­wa mnie gło­wa. Ka­wa po­win­na za­ła­twić spra­wę. De­cy­du­ję, że zjem lek­kie śnia­da­nie i udam się do Twier­dzy Sa­mu­ela, że­by na­pa­wać się wi­do­kiem z naj­wyż­sze­go punk­tu ob­ser­wa­cyj­ne­go. U stóp twier­dzy jest ge­nial­na miej­sców­ka, gdzie ku­pię ka­wę, usią­dę na tur­ku­so­wym krze­śle i bę­dę po­dzi­wiać Ochry­dę z wy­so­ko­ści. Tak, to brzmi jak za­je­bi­sty plan. Przy­go­to­wu­ję so­bie ka­nap­ki z ma­słem z orze­chów la­sko­wych, któ­re łech­ta mo­je pod­nie­bie­nie, a po­tem wy­pi­jam je­dy­nie ma­łą bu­tel­kę wo­dy, aby nie po­wtó­rzyć nu­me­ru z noc­nej wy­pra­wy. Gdy­bym si­ka­ła pod mu­ra­mi, któ­re przy­cią­ga­ją tu­ry­stów, w do­dat­ku w bia­ły dzień, ktoś mógł­by mnie za­uwa­żyć. A in­ter­net nie za­po­mi­na.

Opusz­czam bu­dy­nek i na­su­wam na nos mo­je nie­bie­skie oku­la­ry. Jest nie­sa­mo­wi­cie go­rą­co, ale za­ra­zem nie­sa­mo­wi­cie cu­dow­nie. Za­opa­trzo­na w ka­pe­lusz z sze­ro­kim ron­dem roz­po­czy­nam wspi­nacz­kę do twier­dzy. Na szczę­ście miesz­kam w po­ło­wie dro­gi od je­zio­ra, więc nie spo­cę się jak dzi­ka świ­nia, za­nim do­trę do ce­lu.

– Emi­ly? – py­ta mę­ski głos z mo­jej le­wej, gdy kil­ka mi­nut póź­niej pra­wie wy­plu­wam płu­ca.

Pa­trzę na fa­ce­ta, któ­ry wy­glą­da, jak­by wy­szedł z żur­na­la, a nie wę­dro­wał po ob­la­nych ża­rem ka­mien­nych ulicz­kach. Ma na so­bie ja­sną ko­szu­lę, krót­kie spoden­ki wy­pra­so­wa­ne chy­ba z osiem ra­zy, mo­ka­sy­ny oraz ka­pe­lusz, w któ­rym pre­zen­tu­je się ni­czym lo­we­las z te­le­wi­zyj­ne­go ro­man­su, a nie po­cząt­ku­ją­cy far­mer. Po­do­ba mi się. Za­sa­pa­na uśmie­cham się do nie­go, pró­bu­jąc wy­rów­nać od­dech. Cho­le­ra, pew­nie je­stem ca­ła czer­wo­na i mo­kra od te­go cie­pła, a wło­sy przy­kle­ja­ją mi się do po­licz­ków. Nie­złe ze­sta­wie­nie z je­go świe­żo­ścią i za­je­bi­sto­ścią.

– Cześć, Vi­to.

– Do­my­ślam się, że pla­nu­jesz od­wie­dzić Twier­dzę Sa­mu­ela – zga­du­je, spo­glą­da­jąc na mnie wy­mow­nie zza swo­ich ele­ganc­kich i za­pew­ne mod­nych oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych.

– Tra­fi­łeś.

– Mo­gę się przy­łą­czyć?

Po­sy­ła mi uśmiech, któ­ry po­zba­wia mnie wol­nej wo­li, więc je­dy­nie się szcze­rzę.

– Nie­bie­ski to twój ulu­bio­ny ko­lor? – do­cie­ka, przy­ła­paw­szy mnie na po­pra­wia­niu nie­sfor­nych ko­smy­ków ob­le­pia­ją­cych czo­ło.

– Lu­bię du­żo ko­lo­rów, ale nie­bie­ski jest dość ory­gi­nal­ny, je­śli cho­dzi o wło­sy, a je­stem fan­ką ory­gi­nal­no­ści – wy­ja­śniam, za wszel­ką ce­nę pró­bu­jąc nie sa­pać przy każ­dym kro­ku.

– Przy­znam, że ra­no przy śnia­da­niu zer­k­ną­łem na opi­sy two­ich ksią­żek i chy­ba na se­rio po­tra­fisz się wy­róż­nić.

– Dzię­ku­ję.

– Czy­ta­łem, że masz na­rze­czo­ne­go i że w książ­kach…

– To już nie­ak­tu­al­ne – prze­ry­wam mu, że­by nie drą­żył te­ma­tu. – Mo­je ży­cie wciąż się zmie­nia. Pi­szę tro­chę o prze­szło­ści, tro­chę o tym, co dzie­je się te­raz. Naj­waż­niej­sze jest od­kry­wa­nie z czy­tel­ni­kiem no­wych miejsc i po­ka­zy­wa­nie, co mi się tam przy­tra­fi­ło.

– Za­in­try­go­wa­łaś mnie – przy­zna­je i śmie­je się krót­ko. – Sko­ro nie przy­je­cha­łaś z na­rze­czo­nym, to mo­że wy­pi­je­my ra­zem ka­wę w tej knaj­pie przy twier­dzy?

– Je­steś ja­kąś wróż­ką? – py­tam we­so­ło. – Ta­ki mia­łam plan od mo­men­tu, gdy się obu­dzi­łam.

– Ni­g­dy nie spraw­dza­łem, czy mam dar, ale obie­cu­ję zer­k­nąć kie­dyś do szkla­nej ku­li – oznaj­mia i obo­je w do­brych na­stro­jach wdra­pu­je­my się na gó­rę, gdzie wcho­dzi­my do nie­ty­po­wej miej­sców­ki.

Jest tu wszyst­ko. No mo­że po­za zwło­ka­mi, bo w ta­kim upa­le pew­nie by­ło­by je czuć. Chy­ba że są w lo­dów­ce, to co­fam swo­je sło­wa. Ge­ne­ral­nie trud­no okre­ślić styl wnę­trza. Sto­ją tu krze­sła drew­nia­ne, ta­pi­ce­ro­wa­ne, fo­te­le, ła­wa, ma­ne­kin, wiel­kie kwia­ty, me­ble pa­mię­ta­ją­ce mi­ni­mum la­ta osiem­dzie­sią­te, sta­re ra­dio­od­bior­ni­ki, wa­liz­ka, te­le­fon jak z daw­nych fil­mów, a na­wet ma­szy­na do szy­cia. Ni­g­dzie nie wi­dzia­łam ta­kiej mie­szan­ki jak tu. Wy­star­czy jed­nak od­wró­cić wzrok od te­go nie­tu­zin­ko­we­go ze­sta­wie­nia i spoj­rzeć przez otwar­te okna, aby zbie­rać szczę­kę z pod­ło­gi. Wi­dok na je­zio­ro oraz czer­wo­ne da­chy za­bu­do­wań jest stąd po pro­stu nie­ziem­ski. Więk­szy ob­szar moż­na po­dzi­wiać je­dy­nie z mu­rów twier­dzy.

– Sią­dzie­my na ze­wnątrz? – pro­po­nu­ję, wska­zu­jąc tur­ku­so­we krze­sła sto­ją­ce na wą­skim ta­ra­sie.

– Ja­sne – od­po­wia­da Vi­to. – Ja za­pra­szam.

– Dżen­tel­men. – Po­ru­szam zna­czą­co brwia­mi, czym go roz­ba­wiam.

Wy­cho­dzę na ze­wnątrz i zdej­mu­ję oku­la­ry, aby le­piej przyj­rzeć się te­mu, co fi­gu­ru­je na li­ście świa­to­we­go dzie­dzic­twa UNE­SCO, a cze­go mo­gę do­świad­czać na ży­wo. Wzdy­cham z za­chwy­tu i opa­dam na krze­sło przy nie­wiel­kim sto­li­ku sto­ją­cym przy ba­rier­ce. Chwi­lę póź­niej zja­wia się Vi­to i też na mo­ment za­sty­ga, ga­piąc się na le­żą­cą w do­le Ochry­dę.

– Uwiel­biam ten kli­mat – ko­men­tu­je, po czym zaj­mu­je swo­je miej­sce. – Dłu­go się zna­cie z Bet­ty?

– Po­zna­ły­śmy się w sa­mo­lo­cie. W su­mie to już lą­do­wał.

– To dla­te­go nie miesz­ka­cie ra­zem w ho­te­lu.

– Ja­kie śledz­two – rzu­cam i par­skam śmie­chem. – A ty dłu­go znasz Ia­na?

– Przy­je­cha­łem do Los An­ge­les na stu­dia i tam się po­zna­li­śmy. Trzy­ma­my się ra­zem od pra­wie dwu­dzie­stu lat.

– Czym się zaj­mu­jesz za­wo­do­wo?

– Pra­cu­ję w Hol­ly­wo­od – mó­wi i uśmie­cha się sze­ro­ko. – Od­po­wia­dam za dźwięk.

– Wow, to cie­ka­we. Lu­bisz ob­ra­cać się wśród gwiazd?

– Nie je­ste­śmy przy­ja­ciół­mi, ale mi­ja­my się – tłu­ma­czy. – Ian jest ka­ska­de­rem, więc ma więk­sze szan­se na krót­ką roz­mo­wę z ja­kimś ak­to­rem.

– Ma­cie bar­dzo cie­ka­wą pra­cę – przy­zna­ję, a on się śmie­je.

– Po­wie­dzia­ła au­tor­ka be­st­sel­le­rów. Opo­wiedz, jak ty tra­fi­łaś do swo­jej bran­ży.

– Wła­ści­wie to przy­pad­kiem – za­czy­nam, a za­nim na­sza ka­wa po­ja­wi się na sto­li­ku, je­stem w po­ło­wie opo­wie­ści o tym, jak po­zna­łam Su­san.

Pół go­dzi­ny póź­niej, ga­wę­dząc o na­szych ulu­bio­nych miej­scach we Wło­szech, wcho­dzi­my przez wiel­ką bra­mę, ku­pu­je­my bi­le­ty i po­ko­nu­je­my licz­ne scho­dy, aby po­spa­ce­ro­wać wśród tu­ry­stów od­wie­dza­ją­cych wy­so­kie mu­ry. Jest przy­jem­nie. Po­dzi­wiam ogrom je­zio­ra, słu­cha­jąc opo­wie­ści Vi­ta, któ­ry wspo­mi­na swo­je od­wie­dzi­ny w No­wym Jor­ku. Py­ta, w któ­rej czę­ści mia­sta miesz­kam, i już mam po­wie­dzieć, że w Bronk­sie, ale prze­cież kil­ka mie­się­cy te­mu wy­pro­wa­dzi­łam się, po­rzu­ca­jąc na­rze­czo­ne­go, któ­ry wcze­śniej po­rzu­cił mnie.

– Roz­glą­dam się za miesz­ka­niem, ale jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łam – wy­ja­śniam. – Chwi­lo­wo za­szczy­cam ro­dzi­ców swo­ją obec­no­ścią.

– Lu­bisz z ni­mi miesz­kać?

– W su­mie to na­wet śmiesz­ne, gdy przed snem spraw­dza­ją, czy cze­goś nie pod­pa­li­łam.

– Co pro­szę? – py­ta za­sko­czo­ny i sze­ro­ko otwie­ra oczy.

– No cóż – mó­wię i przy­gry­zam war­gę. – Był pe­wien in­cy­dent z ka­na­pą.

Mi­ło spę­dzi­łam czas z mo­im no­wym zna­jo­mym. Po­roz­ma­wia­li­śmy po wło­sku, co chy­ba mu się spodo­ba­ło, bo ka­zał mi się trzy­mać pod ra­mię. Moż­li­we też, że po mo­im trze­cim po­tknię­ciu stwier­dził, że roz­wa­lę so­bie ryj, je­że­li nie bę­dzie mnie ase­ku­ro­wał. Dziś wie­czo­rem znów wy­cho­dzi­my we czwór­kę i je­śli rę­ka Ia­na na­dal bę­dzie błą­dzić po ko­la­nach Bet­ty, bę­dę mo­gła uznać to spo­tka­nie za po­dwój­ną rand­kę, bo Vi­to co­raz moc­niej mnie do sie­bie przy­cią­ga. Ta­ki wnio­sek wy­snu­wam, wdra­pu­jąc się na scho­dy pro­wa­dzą­ce do miesz­ka­nia. Z uśmie­chem i na­dzie­ją na wa­ka­cyj­ny ro­mans wcho­dzę pod prysz­nic, aby zmyć z sie­bie tru­dy wę­drów­ki w po­ran­nym upa­le. Na ca­łym cie­le po­ja­wi­ły mi się pierw­sze śla­dy opa­le­ni­zny. Gdy wy­cho­dzę z ła­zien­ki, od­kry­wam, że mam wia­do­mość od wła­ści­ciel­ki miesz­ka­nia. Czy­ta­jąc, z tru­dem po­wstrzy­mu­ję śmiech, bo ko­bie­ta py­ta, czy nie sły­sza­łam ni­cze­go po­dej­rza­ne­go, gdyż w no­cy ktoś na­si­kał do bu­tów są­sia­da z do­łu. Ko­leś chy­ba się po­skar­żył. Co za piz­duś, czy też – jak by to po­wie­dzia­ła Mal­lo­ry – mięk­ka fa­ja. Te­raz w do­dat­ku fa­ja z ob­szcza­ny­mi bu­ta­mi.

– Ja pier­do­lę – szep­czę. – Nie wi­dzia­łam ich.

Zresz­tą jak mia­łam wi­dzieć, sko­ro by­ło ciem­no jak w du­pie? No trud­no, chłop wy­pie­rze je so­bie jesz­cze raz, bo z wia­do­mo­ści wy­ni­ka, że su­szy­ły się pod do­mem. W no­cy? Niech się na­uczy, że pra­nie su­szy się do słoń­ca, a nie księ­ży­ca. Od­pi­su­ję, że nic nie sły­sza­łam, a po­tem prze­bie­ram się w lek­ką su­kien­kę i prze­szu­ku­ję ofer­tę lo­ka­li ga­stro­no­micz­nych, wy­pa­tru­jąc cze­goś in­te­re­su­ją­ce­go na wcze­sny obiad. Zer­kam też na In­sta­gram, bo wi­dzę, że spo­ro osób po­lu­bi­ło mo­je zdję­cie z wczo­raj­sze­go spa­ce­ru po Ochry­dzie. Prze­glą­dam swój pro­fil i za­sta­na­wiam się, co mo­gła­bym w nim udo­sko­na­lić. Na pew­no przy­da­ło­by się wy­ma­zać Gran­ta z kil­ku zdjęć, ale wte­dy po­ja­wi się wie­le nie­wy­god­nych py­tań, na któ­re nie chcę od­po­wia­dać lu­dziom w sie­ci lub pod­czas wy­wia­dów. Grant w ja­kiś spo­sób już na za­wsze zo­sta­nie czę­ścią mo­je­go daw­ne­go ży­cia, tyl­ko szko­da, że po­trak­to­wał mnie na ko­niec jak ja­kąś nie­zbyt uda­ną rand­kę. Z bó­lem w ser­cu oglą­dam fot­ki z ko­la­cji, kie­dy to świę­to­wa­li­śmy mo­ją pierw­szą książ­kę. Mia­łam ład­ną su­kien­kę, Leo wy­stro­ił się w gar­ni­tur, w któ­rym – jak się po­tem do­wie­dzia­łam – wy­stą­pił na swo­jej spra­wie roz­wo­do­wej, a Su­san wy­glą­da­ła na dum­ną i szczę­śli­wą. Grant za­ło­żył kra­wat. Pa­mię­tam, ja­ka by­łam za­sko­czo­na, bo kra­wat w ze­sta­wie­niu z je­go ły­są gło­wą, bro­dą i ta­tu­aża­mi pre­zen­to­wał się na­praw­dę dziw­nie. On po­wie­dział jed­nak, że to wy­jąt­ko­wa oka­zja. Wte­dy jesz­cze mnie ko­chał.

– Niech to szlag – oświad­czam i rzu­cam te­le­fon na łóż­ko, po czym wy­cho­dzę na mo­ment na bal­kon, że­by uspo­ko­ić ner­wy.

Opie­ram się o ba­lu­stra­dę i uwa­żam, aby przy­pad­kiem znów nie zrzu­cić klap­ka. Przy­po­mi­nam so­bie o bu­tach, któ­re w no­cy ura­czy­łam wąt­pli­wą przy­jem­no­ścią. Wy­chy­lam się za róg, spo­glą­dam w kie­run­ku traw­ni­ka i wi­dzę, że na zie­lo­nej wy­sep­ce stoi pa­ra gra­na­to­wo-bia­łych ci­cho­bie­gów. Pew­nie su­szą się po raz dru­gi. No cóż, wy­glą­da na to, że po­win­nam uni­kać są­sia­da z do­łu, aby nie za­śmiać mu się w twarz, że noc to nie po­ra na pra­nie.

Uśmie­cham się do sie­bie, a po­tem co­fam o krok, bo sły­szę na do­le ja­kiś ruch. Otwie­ra­ją się drzwi. Oho, Pan Ob­szczy­but wi­docz­nie wy­bie­ra się na spa­cer. Z cie­ka­wo­ścią pod­pa­tru­ję, jak wy­ła­nia się z bu­dyn­ku. Wi­dzę sze­ro­kie bar­ki otu­lo­ne ja­snym T-shir­tem, san­da­ły w roz­mia­rze nie-ma-więk­sze­go, a tak­że ka­pe­lusz ma­ją­cy chro­nić przed słoń­cem, któ­re za­czy­na jesz­cze moc­niej przy­pie­kać. Na­gle mo­je ser­ce pod­cho­dzi do gar­dła, gdy do­strze­gam, że spod rę­ka­wów ko­szul­ki wy­cho­dzą ta­tu­aże. Do­brze mi, kur­wa, zna­ne ta­tu­aże. Kie­dy obiekt za­trzy­mu­je się, że­by po­pra­wić ka­pe­lusz, wstrzy­mu­ję od­dech na wi­dok ogo­lo­nej gło­wy. Nie, bła­gam, lo­sie. To się nie dzie­je na­praw­dę. Sto­ję ci­cho, aby mnie nie za­uwa­żył, choć pew­nie z mo­ich me­diów spo­łecz­no­ścio­wych już wie, że je­stem w Ochry­dzie. Tar­ga mną wie­le emo­cji i mam ocho­tę za­ra­zem za­cząć pła­kać i rzu­cić czymś cięż­kim za od­da­la­ją­cym się męż­czy­zną.

– To są ja­kieś ja­ja – stwier­dzam, a na­stęp­nie wra­cam do po­ko­ju i drżą­cy­mi dłoń­mi wy­stu­ku­ję wia­do­mość do Su­san.

Emi­ly:

W no­cy zla­łam się w bu­ty nie zgad­niesz ko­go.

Otrzą­sam się z osłu­pie­nia i po­now­nie pa­trzę przez okno bal­ko­no­we. Syl­wet­ka roz­pły­wa się w pro­mie­niach słoń­ca oraz wsku­tek ro­sną­cej od­le­gło­ści, ale je­stem pew­na, że prze­le­cia­łam mnó­stwo mil, do­tar­łam na in­ny kon­ty­nent i za­szy­łam się w ma­łym mie­ście w Ma­ce­do­nii, a mo­im są­sia­dem jest Grant Do­no­van – fa­cet, z któ­rym mia­łam spę­dzić ży­cie.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

To są ja­kieś ja­ja

isbn: 978-83-8423-340-5

© Ka­ta­rzy­na Be­ster i Wy­daw­nic­two Ama­re 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa Ama­re.

re­dak­cja: Mag­da­le­na Wo­ło­szyn-Cę­pa

ko­rek­ta: Emi­lia Ka­płan

okład­ka: Iza­be­la Sur­dy­kow­ska-Ju­rek

przy­go­to­wa­nie e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two Ama­re na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-ma­il: kon­takt@wy­daw­nic­two-ama­re.pl

https://wy­daw­nic­two-ama­re.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.