Siedem dni cienia - Natalia Szyszkowska - ebook + książka
NOWOŚĆ

Siedem dni cienia ebook

Natalia Szyszkowska

0,0

Opis

Umierający patriarcha wraca do domu. Rodzina, którą przez lata trzymał w strachu, ma się nim teraz opiekować.
Stara chata pośród pól i lasów jest dla swoich mieszkańców domem, warsztatem, więzieniem i jedynym znanym światem. Kiedy po ciężkiej chorobie wraca do niej Stary — spod codziennych gestów zaczynają wyłaniać się dawne krzywdy, przemilczane pragnienia i uczucia, których nie sposób już dłużej ukrywać.
Przez siedem dni Anna, Karol, ich dziesięcioletni syn Eryk oraz umierający gospodarz domu odsłaniają własne wersje tej samej rodzinnej historii. Nad wszystkim unosi się pamięć zakazanej namiętności, zdolnej ocalić człowieka i jednocześnie zniszczyć całą rodzinę.
Jedna chata. Cztery głosy. Siedem dni, podczas których opieka zmieni się w walkę, miłość w oskarżenie, a rodzinne sekrety doprowadzą bohaterów na skraj tragedii.
„Siedem dni cienia” to intensywna powieść psychologiczna o rodzinie zbudowanej na strachu i o tym, co dzieje się z ludźmi, kiedy tyran nagle traci władzę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 268

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © 2026 by Natalia Szyszkowska Copyright for this edition © 2026 by Axis Mundi

REDAKTOR PROWADZĄCY: Marta Szelichowska REDAKCJA: Agnieszka Sabak KOREKTA: Anna Piechota KOREKTA TECHNICZNA: Basia Borowska

PROJEKT OKŁADKI: Agnieszka Pastorok-Korzeniowska ZDJĘCIE AUTORKI: Archiwum prywatne Autorki

WYDANIE I ISBN PRINT: 978-83-8468-063-6 ISBN E-BOOK: 978-83-8468-064-3 ISBN ABONAMENT: 978-83-8468-065-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część książki nie może być wykorzystana bez zgody wydawcy.

Wszystkie osoby i wydarzenia opisane w tej powieści są fikcyjne, a ich ewentualna zbieżność z rzeczywistością całkowicie przypadkowa.

Okładka została częściowo zmodyfikowana za pomocą sztucznej inteligencji.

Plik przygotował Woblink

woblink.com

Mówi, że martwy ptak przestaje być ptakiem – to tak, jakby chcieć namalować ogień, patrząc na popiół. William Wharton, Ptasiek

Prolog

Słońce mocno oświetla drewnianą chatę. Stojąc przed nią i wpatrując się intensywnie, możesz ulec złudzeniu, że cała w nim tonie. Żar z nieba spada na dach, ześlizguje się po ścianach aż do ubitej, suchej ziemi wokół. Wystarczy poczekać na pierwszy płomień, przyjdzie na pewno. Od niego do pożaru już tylko jeden mały krok, pierwszy krok dziecka.

Gdy już wszystko zapłonie, a huk spadających desek wystraszy ptaki i stanie się nie do zniesienia dla ludzkiego ucha, możesz się zacząć oddalać. Powoli, lecz czujnie.

A gdy już znajdziesz bezpieczne miejsce, wolne od iskier i popiołu, zostań w nim. Stój sobie cichutko i wrastaj w ziemię jak drzewo. I trwaj tak, bez czasu, patrząc na zgliszcza.

I. Poniedziałek

Eryk zadaje śmiertelny cios

Usłyszał warkot silnika. Najpierw bardzo niewyraźny, ale to wystarczyło, by sen odszedł na dobre. Wynurzył głowę z pościeli, odrzucił kołdrę. Czuł zimno na całym ciele. Pot spływał obficie z czoła, poduszka też była wilgotna, do mokrej szyi i pleców lepiła się koszula. To dobrze, tak ma być. Gorączka ucieka z ciała, zabierając ze sobą wszystko, co zepsute tam w środku. W swojej morderczej wędrówce oczyszcza. Zostają po niej tylko żółtawe ślady na pościeli.

Odgłos pojazdu na drodze stawał się coraz bardziej intensywny. Wiedział, że dzisiaj wrócą, minionego wieczoru myślał nawet, że absolutnie nie zaśnie, że mimo choroby i osłabienia nie będzie w stanie uciec w objęcia Morfeusza tak po prostu, jakby to była zwyczajna, jedna z wielu nocy małego chłopca. Myślał o tym, co się stanie rano, gdy już zaparkują na podwórku i wysiądą. To będzie musiało wyglądać inaczej niż zwykle. Sami nie dadzą rady, nie będą w stanie zwyczajnie postawić nogi – najpierw jednej, potem drugiej – na twardej, ubitej ziemi. Nie zatrzasną z hukiem drzwi i nie wyprostują się gwałtownie, z ulgą się przeciągając lub robiąc trzy albo cztery mocne wymachy. Mały zastanawia się i liczy, nie jest pewien, ile ich właściwie powinno być.

O nie, tak już nie będzie, wie o tym, matka mu powiedziała. Przygotowała go dobrze, a on zasnął, mimo wszystko. Leży teraz, ociera pot z czoła rękawem koszuli, nasłuchuje niecierpliwie i wstrzymuje oddech. Bo oto już wrócili, silnik właśnie zgasł.

***

Dostał swój pokój przed rokiem, na dziesiąte urodziny. To był chyba najlepszy prezent ze wszystkich dotąd. Myślał, że nic nie może się równać z rowerem kupionym przez ojca, czerwonym jak krew, błyszczącym tak pięknie, że jeżdżąc pobliską leśną ścieżką w tę i z powrotem, miało się wrażenie, jakby blask farby odbijał się od drzew i zarośli. Czekał niecierpliwie na koniec zimy, na marcowe cieplejsze dni, na ten specjalny uśmiech matki, który zawsze był zgodą na pierwszą tegoroczną przejażdżkę. Biegł przez podwórze do drugiego, postawionego przed laty budynku, tuż za chatą i kurnikiem, gdzie mieścił się nie tylko garaż, ale przede wszystkim warsztat stolarski ojca i dziadka. Zakazane miejsce, jedyne, gdzie nie mógł przebywać sam. Za dużo tam niebezpiecznych narzędzi, wszędzie wióry i ten nieznośny zapach świeżego drewna, który dziadek wciągał w płuca jak najświeższe górskie powietrze. Małego ta woń dusiła i wyciskała z oczu łzy, morze łez. To właśnie tam, w lewym kącie warsztatu, tuż przy drzwiach, przykryty szczelnie folią czekał rower.

W garażu było za zimno, mógłby się pokryć rdzą i stracić swój blask, za to tutaj był bezpieczny, ogrzewany ciężką pracą czworga rąk przez całą długą zimę. Ten jeden jedyny raz w roku mały mógł przekroczyć drzwi zakazanego miejsca i zabrać swój ukochany prezent, następnie wskoczyć na siodełko i pomknąć hen, ku leśnej ścieżce. Ojciec odrywał się wówczas od pracy, jakby zdumiony, że to już kolejny rok, że tak szybko minęło, a on nawet nie zauważył. I w tym zamyśleniu patrzył jeszcze długo za synem, chociaż ten już dawno zniknął za drzwiami stolarni.

W pierwszej chwili nie zrozumiał, co trzyma w dłoni, gdy dziadek z uroczystą miną wręczył mu klucz spakowany w niebieskie pudełko przewiązane złotą wstążką. Czuł się niepewnie, nie lubił, gdy cała uwaga skupiała się na nim, nawet w dzień urodzin. Rzadko patrzył dziadkowi prosto w oczy, to było trudne dla każdego, a teraz musiał to zrobić, musiał zatrzymać wzrok i podziękować. Rozwiązał wstążkę, troszkę się plątała, zdawało mu się, że ktoś mruknął zniecierpliwiony, ale udało się, podniósł wieko. W środku leżał srebrny klucz, całkiem duży, wielkości środkowego dziadkowego palca. Wyjął go delikatnie, obracał w dłoniach i czekał, bo nie rozumiał, co ma z nim dalej zrobić. Myślał o rowerze i o tym, że teraz będzie już tylko trudniej, ale właśnie wtedy usłyszał głos matki.

– Eryku, chodź za mną.

Ruszył, trzymając w dłoni klucz, teraz dopiero poczuł, jaki jest ciężki. Matka szła powoli, minęła kuchnię, następnie domknęła po drodze lekko uchylone drzwi niewielkiego salonu, gdzie piec kaflowy stał bezużyteczny, bo nigdy wystarczająco nie rozgrzewał tego pomieszczenia w długie, zimowe dni. Owszem, przy nim było ciepło, ale wystarczyło zrobić krok w głąb pokoju, by poczuć ziąb. Szedł tak onieśmielony korytarzem, słyszał kroki ich wszystkich, ciche i równe. Pochód minął sypialnię, gdzie mały sypiał wspólnie z rodzicami, najpierw w kołysce tuż przy szerokim łóżku pachnącym zawsze świeżo upraną, wyprasowaną pościelą, a później na swoim małym, rozkładanym fotelu zrobionym ręcznie przez dziadka. Próbując dotrzymać kroku matce, zauważył zdziwiony, że chyba czegoś tam brakuje, bo miejsce w sypialni było puste. Nie zdążył zawrócić, aby się upewnić, bo oto wszyscy stanęli nagle, jak na komendę. I teraz cały ten uroczysty orszak zatrzymał się przed składzikiem.

Na co dzień był to mały pokoik z niewielkim oknem, w którym rodzice trzymali całą masę gratów. Były tam łopaty, wiadra, miotły, stare ubrania, części do samochodu, które nie mieściły się w garażu i wiele innych dziwacznych, być może wcale już niepotrzebnych rzeczy.

– No, otwieraj! – Głos dziadka, twardy i niski, wychodzący jakby z dna studni, odbił się echem w całym domu. Mały poczuł na karku oddech przesiąknięty nikotyną, drżącą dłonią podniósł klucz, wsadził do dziurki i przekręcił. Najpierw raz, szarpnął klamką i nic. Przekręcił drugi raz, trochę mocniej oparł dłoń na uchwycie, aż drzwi puściły. Uchylił je lekko, chciał zrobić krok wprzód, ale oto dziadek wyciągnął swoją silną, spracowaną dłoń i jednym pewnym ruchem otworzył drzwi na oścież.

Wszedł pierwszy, jakby to on był teraz małym chłopcem, niecierpliwym i zachłannym. Pokoik został pomalowany na biało. Gdyby nie okno i wisząca na środku sufitu żarówka, ściany i sufit zlałyby się ze sobą i nikt już nie wiedziałby, gdzie wszystko się kończy, a gdzie zaczyna. Na szczęście na podłodze leżał dywanik. Mały nie widział go nigdy wcześniej, musiał być nowy. Kolorowy, poprzecinany nierównymi zygzakami bez ładu i składu. Błękit, żółć, zieleń, czerwień, wszystkie kolory świata mieniły się na drewnianej podłodze. Zakręciło mu się w głowie, oparł plecy o ścianę i dopiero wtedy zauważył meble, jakby właśnie w jakiś magiczny sposób się tam pojawiły. Po lewej stronie od okna stał fotel, ten sam, w którym spał ostatnie lata. Po prawej natomiast, górował zbity z desek regał na książki i zabawki. Był dużo wyższy od chłopca, świeżo zrobiony, bo zapach wciąż niepokojąco drażnił nozdrza. Jakie to dziwne, mały zawsze był pewien, że to pomieszczenie jest ciasne i maleńkie jak mysia nora. Patrzył i oczom nie wierzył. Mógł się tu swobodnie poruszać, chodzić z kąta w kąt, a nawet zaprosić do dzielenia tego miejsca kogoś jeszcze. Ten pokój był prezentem dla niego i tylko dla niego. I zanim zaczerpnął tchu, by podziękować, przebiegła mu przez głowę myśl, krótka i niejasna, że stąd, dokładnie z tego miejsca w chacie, jest najdalej do pokoju dziadka, i że to może też jest ważne. Poczuł dłoń matki na swoich włosach, przytulił się mocno. Dziękował i cieszył się. Bardzo się cieszył, bo wszystko tutaj było tylko dla niego i do niego należało.

***

Osłabienie jest większe, niż myślał. Z reguły najgorsze są trzy pierwsze dni choroby. Tym razem to już piąty dzień, a gorączka wcale nie puszcza. Nogi i ręce tworzą osobny byt, nie słuchają rozkazów dobiegających z głowy, nie podnoszą się z lekkością na raz i dwa. Lekarz miał przyjechać i postawić bańki, ale tyle się działo, a tyle jeszcze miało się zdarzyć, że nikt się ostatecznie tym nie zajął. To nie tak, że całkiem zapomnieli, po prostu pomyśleli sobie, że prędzej czy później samo przejdzie, jak zawsze. Mały zna swój organizm na pamięć, choruje średnio pięć, sześć razy w roku. Scenariusz zawsze jest ten sam. Najpierw zaczyna czuć swędzenie i pieczenie gdzieś w gardle, potem przychodzi ból w krtani, jakby gromadziła się tam flegma pełna żrącego kwasu. Mały kaszle i trochę to pomaga, bo wreszcie całe to obrzydlistwo ześlizguje się do tchawicy i albo tam zostaje, dusząc niemiłosiernie, albo biegnie dalej, zajmując oskrzela i płuca na długie tygodnie. Najgorzej jest końcem lata, gdy zamiast wciągać zapach lasu i gonić motyle tuż przed rozpoczęciem szkoły, leży tylko jak kłoda, obolały i zmęczony. Czeka, choć sam nie wie na co, bo to już i tak za późno, dzień za dniem mijają niepostrzeżenie.

I już jest wrzesień. Dziadek wsiada na motocykl i niecierpliwi się, kiedy ten chudziutki, mizerny chłopiec z plecakiem o wiele większym od siebie zajmie wreszcie miejsce z tyłu, by mogli razem pomknąć do oddalonej o trzynaście kilometrów małej, wiejskiej szkoły. Ta prosta i znana droga za każdym razem jest wiecznością. W niektóre zimowe dni, gdy zaspy nie pozwalają ruszyć z miejsca, mały zostaje w domu i cieszy się, a potem tęskni jednocześnie. Powrót ze szkoły bywa ciekawszy, bo od czasu do czasu zamiast starego autobusu, psującego się raz po raz, zabierają go ze sobą sąsiedzi swoją białą niemal zabytkową już Syreną. Trójka ich dzieci, ośmioletnie bliźniaczki i ich dwunastoletni syn, chodzą do tej samej szkoły, zresztą jedynej w okolicy. Mieszkają w małym, murowanym domu, białym jak śnieg, dziewięć kilometrów od chaty. Być może mogliby nie tylko zabierać, ale i wozić go do szkoły częściej, lecz nie robią tego.

I chociaż w garażu za chatą Eryka też od dawna stoi stary, wysłużony Fiat, to w drodze do szkoły jest tylko dziadek, motocykl i droga, przeważnie pusta, ciągną się wzdłuż niej pola kukurydzy. Od czasu do czasu mijają mały zagajnik i kilka domów oddalonych od siebie. Dopiero wieża kościoła, pojawiająca się mniej więcej w połowie drogi jako niewielki punkt na horyzoncie, zwiastuje nowinę, że oto zaraz pojawi się wieś. Ta wieś, która niezmiennie stoi i czeka, lecz nie na dziadka, ona czeka na Eryka. Najgorzej jest w deszczowe dni, gdy peleryna przykleja się do ubrania, a woda spływa po czole i zalewa oczy i nos. Trudno oderwać dłonie i wytrzeć mokrą twarz, to niebezpieczne. Dziadek nigdy się nie zatrzymuje, tylko pędzi przed siebie, bo w domu czeka praca, dużo pracy. Błoto ochlapuje buty i spodnie, mały nie pamięta, czy kiedykolwiek przyjechał do szkoły czysty w porze deszczu…

A teraz musi wstać i podejść do okna. Nigdy nie był osłabiony tak długo. Zostało już tylko kilka dni wakacji, wspaniałych i zarazem tak innych od wszystkich poprzednich. Myślał, że tym razem nie zachoruje, ale właśnie wtedy, gdy był już tego niemal pewien, upadł na kolana. Siedzieli we trójkę przy stole, pachniało świeżym mlekiem i bułeczkami. Śmiali się głośno, głównie matka, bo ojciec machał tylko ręką, żeby ich uciszyć, choć wiedział przecież, że już mogą, że już im wolno, że w najbliższej okolicy nie ma żywego ducha. Wiedział dobrze, że mogą krzyczeć i śmiać się, ile wlezie, a śmiech ojca jest tak rzadki jak skarb wyłowiony z jeziora. I nagle, dokładnie w chwili, w której Eryk uginał się od śmiechu jak złamana w pół pacynka, wszystko przed nim zawirowało, zlało się w jeden czarny punkt. Miał nogi jak z waty. Takie nogi nie mogą utrzymać ciała. Upadł. Zdążył jeszcze zobaczyć matkę zrywającą się od stołu i to ostatnie, co pamięta. Gdy się ocknął, leżał już w swoim łóżku, a gorączka zamieszkała w nim na dobre i wcale nie chciała wyjść. Tak to było.

Firanka faluje delikatnie na wietrze, przez okno wpadają pierwsze promienie słońca. Dosyć, pora wstawać. Jest mało czasu na zobaczenie tego wszystkiego, a przecież samochód już dawno zaparkował na podwórzu. Eryk nie potrafi obliczyć precyzyjnie, ile może zająć to, o czym rozmawiali i na co czekali, ale jeśli dłuższą chwilę, to i tak wreszcie wszystko się skończy. Siada na łóżku, przeciera oczy i kieruje wzrok na stoliczek. Są na nim kubek z kompotem i ciepły sweter. Wciąga go na siebie, jest miękki w dotyku i pachnie ładnie. Podnosi kubek i siorbiąc, wypija kilka łyków. Zerka też uważnie, bo widzi na dnie wiśnie, które bardzo lubi. Tym razem zje je później, łyżeczkę obliże do czysta.

Z oddali słyszy głosy matki i ojca, niewyraźne wprawdzie, ale to na pewno oni. Krótkie, urywane słowa przeplatają się z odgłosami podwórza. Mały podchodzi do szyby, przesuwa firankę. Myślał, że się za nią ukryje, taki miał plan, ale z każdym krokiem bliżej celu, zmieniał zdanie. Może przecież tu stać i patrzeć sobie, to nic złego.

Z pokoiku Eryka jest najlepszy widok na garaż, a samochód już przed nim stoi. Tylne drzwi po prawej stronie są otwarte, bagażnik też. Ojciec pochyla się nad nim, ręce zanurzają się w głąb, niczym w paszczę wieloryba. Matka stoi obok otwartych drzwi i patrzy na coś, ale nie jak zwykle, tylko tak, jakby nie było tam nic szczególnego, a już na pewno nic nowego. Ojciec tymczasem wyciąga z wielkim trudem coś ciężkiego, słychać okropne skrzypienie i zgrzyt metalu. Mały widzi od razu, że to wózek. Nie dziecięcy, o nie, broń Boże. Wózek przeznaczony jest dla chorego, złożony jeszcze, ale dwa tylne koła są tak wielkie, że nie sposób pomylić ich z niczym innym. Ojciec próbuje go rozłożyć, ale robi to jakoś tak bez wprawy. Że też po tylu latach w stolarni można być tak nieporadnym. Eryk dziwi się temu i właśnie teraz chciałby pomóc ojcu najbardziej. Ale oto matka robi tylko jeden zdecydowany krok, zabiera ojcu z rąk całe to żelastwo i rozkłada zamaszyście. Mały ma wrażenie, że z wnętrza samochodu słychać jakieś dziwne charczenie, zupełnie jakby ktoś się dławił lub topił. Nasłuchuje intensywnie. Wózek stoi gotowy. Cały jest srebrny, chociaż nawet z okna widać gdzieniegdzie ślady rdzy. Ojciec zamyka bagażnik i teraz oboje z matką podchodzą do tylnych drzwi samochodu. Eryk patrzy zdumiony na uśmiechniętą matkę. Tak! Uśmiecha się na pewno. Ojciec nie ma na twarzy śladu tego grymasu, ale ona tak. I oto już z wnętrza wozu wynurza się postać, cała wygięta w łuk i cienka jak sznurek, na którym ktoś zawiesił ubranie. Nogawki spodni i rękawy koszuli powiewają na wietrze, jakby były puste w środku. Ależ on musi być lekki! Dlaczego zatem ojciec wygląda, jakby podnosił ciężary? Matka ustawia wózek przodem do okna i mały doskonale widzi głowę, lecz tylko głowę, dziwnie przekrzywioną na bok. Matka łapie za uchwyty wózka, wykonuje ostry skręt i pcha stanowczo przed siebie ten stary, zużyty grat, skrzypiący niemiłosiernie. Mały odprowadza ich wzrokiem do momentu, aż oboje znikają za ścianą chaty. Ojciec patrzy za nimi, ale nie rusza się z miejsca. Dopiero po dłuższej chwili, takiej na kilka sennych ziewnięć, otwiera przednie drzwi auta i wsiada do środka. Nie wjeżdża jednak do garażu, tylko siedzi sobie za kierownicą. Siedzi i siedzi. No ileż tak można. Nie ma temu końca.

Czas wrócić do łóżka i poczekać na najważniejsze. Niedługo przyjdą po niego. Obiecali. A gdy to nastąpi, przejdą wszyscy razem do drugiego pokoju, wąskiego i długiego. To pierwsze pomieszczenie tuż za sienią, pachnące papierosami. Mały musi zobaczyć na własne oczy, że teraz tak właśnie wygląda dziadek i że nigdy nie będzie już tym, kim był.

***

Matka otwiera drzwi bez pukania, po prostu wchodzi jak do siebie. To się musi kiedyś zmienić, ale na razie tak może zostać. Zresztą prawda jest też taka, że Eryk lubi ją widzieć całą, od razu, bez skradania się. Najpierw wchodzą ciemne oczy, bystre i patrzące przenikliwie, jakby drążyły skałę. Postać matki jest drobna i korpulentna. Grube ramiona i brzuch zawsze opasany fartuchem wypełniają pokój. Z łatwością można się w niego wtulić. Ale cały skarb matki to długi czarny warkocz ułożony na szerokich plecach. Mogłaby tymi gęstymi włosami obdzielić pół świata, ojciec zawsze to powtarza, kładąc na nich swoją dłoń z czułością. Teraz, po wtargnięciu do Erykowego pokoiku, matka jest jakaś inna.

– Jak się czujesz, synku? Dasz radę wstać i pójść ze mną? – pyta niepewnie.

– Tak, już widziałem przez okno, ale pamiętam, jak powiedziałaś, że to będzie za mało, że trzeba wszystko od razu zobaczyć. Dam radę, chyba już mi lepiej, mamuś. – Sam nie wie, czy skłamał, czy powiedział prawdę, sam jeszcze nie wie, ale decyzja zapadła.

Drzwi zamykają się za nimi, idą przez długi korytarz i nagle mały ze zdziwieniem zauważa, że naprawdę czuje się dobrze, że chyba wszystko minęło. Krok ma lekki, mógłby nawet pofrunąć, gdyby potrafił. Raduje się w sobie, bo kto wie, może jeszcze zdąży złapać te ostatnie dni wakacji.

Drzwi do pokoju dziadka są otwarte. Ojciec stoi nad łóżkiem i poprawia kołdrę. Matka wchodzi do środka, staje przy ścianie, a Eryka popycha lekko w stronę ojca, który na ich widok odwraca głowę. Jest zmęczony, twarz ma szarą jak popiół, niedawno zaczął siwieć i łysieć jednocześnie i chociaż jest niewiele wyższy od matki, to wygląda teraz, jakby był od niej starszy i mniejszy. Za to dziadek to dopiero niespodzianka! Zawsze był wysokim mężczyzną, barczystym i silnym, z wyżłobionymi na twarzy bruzdami, które dodawały mu brutalnej powagi, ale i uroku. Piękny był dziadek, tak piękny, iż mały myślał czasem, że oni wszyscy nie są jego, że tylko ich sobie wypożyczył. A teraz to, co leży tutaj przed chłopcem, nie ma w sobie nic pięknego. Jest tylko znikającym punktem wtopionym w poduszkę.

Twarz dziadka ma dziwaczny grymas, jakby ból zagościł w niej na dobre. Oczy pozostały wprawdzie jasne i błękitne, ale są potwornie wytrzeszczone. Nos, kiedyś zgrabny i prosty, wygląda teraz jak osobna, wielka narośl na chudej, bladej twarzy. Policzki zapadły się aż do kości, a usta, bo to na nie patrzy teraz Eryk, zwrócone są nienaturalnie na prawą stronę twarzy i wygięte w trąbkę. To właśnie z nich wydobywa się ten dziwny dźwięk, coś jak charczenie lub bulgotanie, w każdym razie nic ludzkiego, nic zdrowego. Mały wzdryga się. Nagle zauważa, że tuż nad głową dziadka krąży mucha, duża i tłusta. W letnie, gorące miesiące pełno takich w domu. Ta grubaśna mucha bzyczy sobie, kołując nad poduszką w tę i z powrotem, w tę i z powrotem. Wreszcie zmęczona próżnym lotem siada na dziadkowym policzku. Mały odwraca się, nawet nie zauważył, że ojca już tu nie ma. Pewnie wyszedł po cichu jak duch. Matka nadal stoi pod ścianą, ona też patrzy prosto na muchę. Widzi ją, ale nic nie robi. Stoi tylko i patrzy.

Tymczasem mucha odbywa wędrówkę od policzka dziadka do czoła, następnie do drugiego policzka, krąży tak i krąży, aż zatrzymuje się na brodzie. Jest teraz dużym, czarnym punktem, jak pieprzyk. I znów podrywa się do góry, ale tylko na centymetr, może dwa. Przelatuje nad kołdrą, która szczelnie okrywa dziadka aż po pas, i znów wraca, bzycząc coraz głośniej. I dokładnie w chwili, kiedy ma ponownie usiąść na dziadkowym czole, pada martwa na kawałku prześcieradła. Lecz to nie koniec jej podróży w zaświaty, bo przez nieznaczny ruch ciała, jakby dziadkiem wstrząsnął jakiś nagły dreszcz, owad turla się i upada na drewniane, podłogowe deski.

Dwie osłabione chłopięce dłonie wiszą jeszcze w powietrzu, jakby były gotowe na następne muchy, na całe roje much, ale wokół jest zupełnie cicho, nawet charczenie ustało. Mały opuszcza ręce, są mokre od potu, do jednej przykleił się kawałeczek muszego ciała. Wyciera je o dół piżamy, do czysta. Patrzy na dziadka długo i uważnie, wreszcie nachyla swoje prawe ucho tuż nad jego ustami. Jest w tym dziadkowym paraliżu coś śmiesznego, ale nie warto teraz o tym myśleć. Nachyla się jeszcze bliżej i od razu czuje ciepły oddech żywego człowieka. Pachnie całkiem przyjemnie, a to ciekawe – mały myślał, że będzie inaczej. Dłoń matki jakby nagle wyrosła spod ziemi, zaciska się na chudym Erykowym ramieniu. Ale zanim wyjdą, stopa w drewnianym chodaku podnosi się i spada na muchę, miażdżąc ją na podłodze. Zostaje tylko bordowa plama. Próżny ten matczyny wysiłek, zupełnie bez znaczenia, bo Eryk dobrze wie, że to on uratował dziadka. To on zadał śmiertelny cios.

Anna kroi pomarańcze

Samotny sen ma w sobie spokój i niecierpliwość jednocześnie. Anna przewraca się z boku na bok, ma jeszcze czas, chociaż promienie słońca wdzierają się nieproszone przez szczelinę między grubymi zasłonami i rażą niemiłosiernie. Jest piąta rano, może kilka minut tuż po. Anna potrafi precyzyjnie określać czas, to jej wielki talent i wie doskonale, skąd go ma. Wieloletnie ćwiczenia, odkąd była młodziutką dziewczyną, przyniosły rezultaty. Godziny i minuty przestały być tajemnicą, a to niemal jak posiadanie władzy nad czasem. Eryk uwielbia ją zaskakiwać nagłymi pytaniami, która godzina, o różnych porach dnia. Najpierw rzecz jasna chowa stary, metalowy zegar kuchenny w kształcie otwartego kwiatu, stojący niezmiennie na stole. Płatki są nieregularne, najbardziej przypomina słonecznik. Jak się dobrze przyjrzeć, można zauważyć, że zegar przechyla się lekko w prawo, choć wcale nie jest duży, ot, wielkości dorosłej dłoni, nieistotne zresztą, bo i tak trzy metalowe nóżki, na których oparty jest cały ciężar, dawno się przekrzywiły. Eryk patrzy na matkę, potem na zegar i uśmiecha się podejrzliwie. A ona zgaduje godzinę, a jeśli się pomyli, to bardzo niewiele.

Anna wstaje bardzo wcześnie. Już dawno przyznała przed samą sobą uczciwie, że bardzo lubi te wczesne poranki. Otwiera ciężkie jeszcze powieki, przeciera je pulchnymi palcami i pierwsze, co widzi, to Karol pogrążony w głębokim śnie. Dobrze jest patrzeć na swojego mężczyznę tuż po minionej nocy.

– Mój mąż jest maleńkim dzieckiem, śni o niemożliwym – myśli Anna i gładzi delikatnie te krótkie i równo ostrzyżone włosy, zawsze lekko spocone przy skroniach. Następnie odchyla kołdrę i sprawnie wyślizguje się z pościeli, prosto w chłód pokoju. Stąpa boso i lekko po drewnianej podłodze, chodaki trzyma w dłoni, nakłada je na stopy dopiero na korytarzu, lecz nawet w nich idzie na palcach. Najczęściej jest w kuchni całkiem sama i pierwsze, co robi, to nastawia czajnik z wodą. Musi się napić mocnej, czarnej, mielonej kawy, najlepiej na czczo.

Odkąd pamięta, bardzo ciężko przechodził jej przez usta pierwszy kęs. Nieważne, czy to świeżutka kromka chleba z ulubionym powidłem, które sama robi i gromadzi w spiżarni, czy też posmarowana swojskim miodem. Anna po prostu niczego nie przełknie, zanim nie napije się kawy. Zawsze chciała mieć swój piec chlebowy, ale jakoś nigdy nic z tego nie wyszło, i choć już wie dlaczego, tłumaczy sobie, że to przez brak pieniędzy i czasu, tego czasu, który z taką naturalnością potrafi odgadywać. Kawa rozchodzi się po ciele, pobudza do życia, jej zapach mogłaby wdychać bez końca. Ogrzewa dłonie, trzymając w nich ciepły kubek, czasem przytula go do policzka.

Bywają też dużo rzadsze poranki, gdy tuż za kuchennymi drzwiami widzi starego. Niezauważalnie dla niego zwalnia wtedy kroku i przygląda mu się uważnie. Nie mówią nic, dopóki kawa nie wypełni zapachem całego pomieszczenia. Dopiero wtedy zaczynają rozmawiać. Są między nimi słowa krótkie, lecz ważne, przypominają wydawanie rozkazów po obu stronach frontu, bo każdy dzień musi zostać zaplanowany, a każdy taki plan należy powtórzyć na głos.

Stary potrafił kiedyś zjeść pół bochenka chleba na śniadanie. Z czasem podobnie jak Anna zaczął już tylko pić kawę. Po odłożeniu szklanki, bo nie uznawał kubków ani filiżanek, w której na dnie grubo zalegały fusy, wstawał od stołu i zaczynał obchód. Ruszał prosto do kurnika, potem zaglądał do garażu, a na samym końcu otwierał warsztat, lecz nie rozpoczynał jeszcze pracy. Wracał znów do kuchni, odkrawał sobie dwie grube kromki chleba, smarował je cienko masłem, a na wierzch w sezonie nakładał pokaźny, świeży plaster pomidora i ogórka. Dopiero wówczas, w pełni gotów, wychodził z kuchennego pomieszczenia swoim mocnym, zdecydowanym krokiem. Nie żegnał się z Anną, po prostu znikał na cały długi dzień za drzwiami stolarni.

***

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog

I. Poniedziałek

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie