Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
14 osób interesuje się tą książką
W portowym miasteczku Solmaris każdy zna każdego, ale lokalne sekrety pozostają pilnie strzeżone przed wścibskimi nieznajomymi. To naprawdę zła wiadomość dla Elys Greyharbor, która uciekła z Venturis z nadzieją, że w nadmorskiej tawernie odnajdzie odpowiedzi dotyczące swojej matki i wreszcie zacznie żyć na własnych zasadach.
Zamiast spokojnego nowego początku znajduje tu jednak magiczny pamiętnik pełen zagadek, wyjątkowo złośliwego kota i Jaxtona Nordstara – bezczelnego, irytująco czarującego awanturnika, który miał sprowadzić ją do domu. Los ma jednak wobec nich zupełnie inne plany.
Elys i Jax zawierają kruchy sojusz i ruszają tropem legendarnego rodowego skarbu. Każda kolejna wskazówka odsłania sekrety mieszkańców Solmaris, rodzinne kłamstwa i dawno pogrzebane historie. A gdy granica między przymusową współpracą a rodzącymi się uczuciami zaczyna się zacierać, odkrycie prawdy może okazać się największym wyzwaniem.
„Sensa i serce z papieru” to pełna humoru i magii nowelka cosy romantasy o poszukiwaniu własnego miejsca, rodzinnych sekretach, odwadze, by zawalczyć o wolność, oraz o ludziach, którzy pojawiają się w naszym życiu dokładnie wtedy, gdy najbardziej ich potrzebujemy.
Nowelka z Kolekcji cosy romantasy Inanny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 158
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Sensa i serce z papieru
Maria Zdybska
Wydawnictwo Inanna
Rozdział 1
Rozdział 2
Copyright
📖 Informacja o wersji demo
Problem z małymi miasteczkami pokroju Solmaris polegał głównie na tym, że nie sposób było się w nich pojawić, nie wywołując przy okazji małej towarzyskiej sensacji i nie wzbudzając szeregu najdziwniejszych podejrzeń.
Elys miała jednak to szczęście, że podczas życia w Venturis, dla własnego bezpieczeństwa i unikania ataków złości swojej macochy, nauczyła się, jak być niewidzialną, a podejrzenia były ostatnim, czego aktualnie potrzebowała. Dlatego, kiedy otworzyła ciężkie drzwi portowej tawerny, bez trudu niepostrzeżenie wślizgnęła się do środka i szybko wtopiła pomiędzy gości, mieszaninę żeglarzy, kupców i portowych wyrobników, okupujących solidne drewniane stoły i tłoczących się wzdłuż długiej lady, za którą uwijał się postawny, siwowłosy i siwobrody mężczyzna.
– Barnabo! Barnabo, zostaw to salami! – wykrzyknął zrozpaczony gospodarz. Pokręcił głową z najwyższą dezaprobatą, a jego twarz pociemniała od nerwowej czerwieni, ostro kontrastując z białym zarostem. – Barnabo, mówię do ciebie ostatni raz! – zagrzmiał, gniewnie poruszając krzaczastymi brwiami.
Elys przełknęła nerwową suchość w gardle na jego widok. Spodziewała się tu raczej zastać starszą kobietę o imieniu Merys. W zasadzie cały jej brawurowy plan ucieczki z domu polegał wyłącznie na tych dwóch skromnych poszlakach, jakie przez lata wydobyła na temat swojej nieżyjącej matki: tawerna Siedem Żagli prowadzona przez Merys Oldeburg, miasteczko Solmaris. Tylko tyle miała, tylko na tym zasadzała się jej nadzieja na nowe, lepsze życie. Nadzieja na wolność.
– Przepraszam… – odchrząknęła cicho, kiedy zorientowała się, że wśród ogólnego zamieszania jej głos zabrzmiał żenująco słabo – przepraszam pana bardzo! – powtórzyła głośniej, starając się zwrócić uwagę siwego mężczyzny za ladą.
Jego głowa drgnęła gwałtownie. Jasnoniebieskie oczy okolone wachlarzami radosnych zmarszczek zmrużyły się, jakby starał się jej lepiej przyjrzeć, ale był krótkowidzem.
– Tak? O co chodzi? – w jego głosie nadal pobrzmiewała irytacja.
Elys wyprostowała się, mając nadzieję, że prezentuje się jak ktoś godny zaufania, a nie zbieg ukrywający się przed apodyktyczną macochą.
– Szukam kogoś, być może mógłby mi pan pomóc – zdecydowała się na uśmiech. Łagodny, delikatny, wyćwiczony przez lata udawania bycia miłą i posłuszną.
Mężczyzna uniósł lekko brwi i podrapał się po brodzie, jakby nie bardzo wiedział, co z nią zrobić.
– Oczywiście, jak tylko uporam się z tym wrednym, upartym sierściuchem – zgodził się w końcu, wzdychając, a jego wzrok zaraz skupił się na punkcie poniżej długiej lady. – Barnabo, no już! – warknął, machając groźnie palcem. – Nie mam całego dnia, a bieganie za tobą po schodach już dawno przestało mnie bawić!
Elys bezwiednie otworzyła usta, dostrzegając w końcu wielką rudą plamę czającą się pomiędzy chaotycznie porozstawianymi beczułkami, skrzynkami i butelkami. Kot miał wielkie zielone oczy, puszysty ogon i minę godną znudzonego lorda, obrzydzonego koniecznością interakcji z przedstawicielem plebsu.
– Gunter, polejesz nam jeszcze kolejkę? – zwołał wesoło wysoki chłopak o lekko zamglonym wzroku.
– A czy ja wyglądam na barmana? – Siwobrody mężczyzna zamaszyście przerzucił sobie ścierkę przez ramię i poruszył gniewnie brwiami. – Wypiłeś już dość, Mikkel, a jutro czeka cię poranny rejs! – ofukał chłopaka. – Zbieraj się lepiej do domu.
Elys zacisnęła nerwowo usta i wspięła się na wysoki stołek przy barze, wbijając wzrok w kontuar. Nie czuła się dobrze w podobnych sytuacjach.
– Och… no tak, zaczekam – wyszeptała, bardziej do siebie niż do gospodarza, gotowa znowu stać się niewidzialna.
– Ech, ta młodzież, wydaje im się, że bez kaca nie są prawdziwymi mężczyznami – mruknął Gunter. Jego ton był wciąż zgryźliwy, ale mina wskazywała na rozbawienie. Pokręcił głową i wystawił na ladę kilka maleńkich miseczek z przekąskami. Kiedy schylił się, żeby wygrzebać coś z szafki poniżej, wielka ruda plama zwana Barnabą z nieoczekiwaną szybkością wskoczyła na blat i w locie sprzątnęła porcję smażonych w głębokim oleju sardynek.
Gunter podniósł się, sapiąc, i rzucił ścierkę na ladę.
– No dobra, dość tych idiotycznych wygibasów – krzyknął za uciekającym kotem. – W twoim wieku powinieneś zachowywać się z większą godnością, wstydziłbyś się! Przysięgam, że któregoś dnia po prostu nie przyniosę ci kolacji. Zobaczymy, czy wtedy też będziesz miał tyle energii. Barnabo!
– Zostało jeszcze trochę ciastek Odelii? – zagadnęła do Guntera jakaś kobieta o opalonej twarzy i jasnych jak wiosenne niebo oczach.
– A tak, oczywiście – uśmiechnął się do niej ciepło Gunter. – Elara przyniosła je rano… gdzie ja je… Dziwne – mruknął, bezradnie drapiąc się po głowie i rozglądając pomiędzy półkami. – Przysiągłbym, że zostawiłem je dokładnie…
– Są tam, po prawej, kawałek dalej, na ladzie – podpowiedziała mu cicho Elys.
– Ach, rzeczywiście – rozpromienił się, kiedy we wskazanym miejscu odnalazł tacę z cynamonowymi ciasteczkami i podsunął ją klientce.
– No dobrze już. Jestem – oznajmił, skupiając w końcu uwagę na Elys. – Więc, o kogo chodzi?
– Merys Oldeburg – wyjaśniła pospiesznie, bojąc się, że zaraz ktoś znowu się wtrąci i przerwie ich rozmowę – Zdaje się… to znaczy, według moich informacji, Merys prowadziła tę tawernę przed… panem. – zająknęła się, bo mina Guntera robiła się coraz bardziej smętna. – Niestety nie wiem dokładnie kiedy, a bardzo mi zależy, żeby…
– O… – przerwał jej, wzdychając – naprawdę bardzo mi przykro.
Elys zamrugała, zaskoczona.
– Słucham?
– Nie lubię obwieszczać złych wiadomości, ale… obawiam się, że muszę. Merys nie żyje – wyjaśnił ze smutkiem. – Odeszła od nas jeszcze przed Zimowym Przypływem. Jest pani może jej krewną? Znajomą?
– Nie… – Elys potrząsnęła głową, z trudem przetwarzając słowa, które właśnie powiedział mężczyzna, słowa, które zdusiły ostatni promyk nadziei tlący się dotąd w jej sercu – to znaczy, cóż, tak jakby – poprawiła się pospiesznie. – Moja matka zatrzymała się u niej lata temu. Jeszcze przed moim urodzeniem. Z tego, co wiem, mieszkała właśnie tutaj, w tej tawernie, i zaprzyjaźniła się z Merys. Myślałam… – pokręciła głową i wsunęła kosmyk rudych włosów za ucho, onieśmielona własną otwartością. – To głupie, ale miałam po prostu nadzieję ją poznać i posłuchać jej wspomnień. Moja matka zmarła, kiedy byłam dzieckiem, ale w jednym ze starych listów, na który natrafiłam, opisała Merys jako wyjątkową osobę. Nie mam… innej rodziny.
– Smutna historia – Gunter podrapał się w zamyśleniu po brodzie. – Ludzie czasami mijają się jak statki nocą, każdy płynie własnym kursem. Szkoda, że przybyłaś za późno, nasza Merys była doprawdy wspaniałą osobą. Moją serdeczną przyjaciółką – położył dłoń na sercu, a na jego twarzy pojawił się słaby uśmiech. – Obydwaj za nią tęsknimy.
– Obydwaj? – upewniła się Elys, odruchowo rozglądając się, czy za kontuarem znajduje się jakiś jego współpracownik.
– Barnaba należał do Merys – wyjaśnił Gunter. – Chociaż czasami wydawało mi się, że było zupełnie odwrotnie. Nie opuszczał jej na krok, a teraz został tu biedak całkiem sam i… jak się zdaje, po prostu odziedziczył całą tę tawernę.
– Kot? – Elys zamrugała zaskoczona – Kot odziedziczył tawernę?
Gunter wzruszył ramionami, jakby w Solmaris była to całkowicie normalna kolej rzeczy.
– Merys nie miała męża ani dzieci, nie zostawiła testamentu. Po jej śmierci tawerna stała się bezpańska, tak jak i on – wskazał siedzącego na kontuarze kocura kciukiem, a Elys mogłaby przysiąc, że jego mina zrobiła się jeszcze bardziej naburmuszona. – Przychodzę tu tak często, jak mogę, na zmianę z Agnes, ale… mamy własne obowiązki i to nie wystarczy. Będę musiał szybko znaleźć kogoś do pomocy – zacmokał niechętnie i z roztargnieniem przeciągnął ścierką po blacie.
– Ale, ale… zagadałem się, jak zwykle, a tymczasem przecież jest pani tutaj gościem – przypomniał sobie i uśmiechnął się do Elys szeroko. – Oficjalnie witamy w Solmaris, nazywam się Gunter Whitebrook i jestem masterem tutejszego portu, a w wolnych chwilach, jak widać, barmanem, kucharzem, sprzątaczem, poskramiaczem wrednych kocurów i bogowie oceanów wiedzą, kim jeszcze.
– Elys – przedstawiła się i nieśmiało uścisnęła twardą dłoń Guntera. – W skrócie Lys.
– Elys, piękne imię – zauważył, puszczając do niej oko. – Jesteś głodna, Elys? Nie przeszkadza ci, jeśli będę się do ciebie zwracał po imieniu? Jesteś jeszcze taka młoda! – zaśmiał się dobrodusznie. – Zdaje się, że mam jeszcze trochę rybnej zupy Agnes. Jest piekielnie ostra, ale to lokalny specjał, musisz spróbować! Znajdę tylko jakąś czystą miskę i… – Gunter zaczął chaotycznie przeszukiwać półki i szafki, głośno trzaskając drzwiczkami.
– Nie trzeba, naprawdę nie trzeba – wydukała Elys, kompletnie onieśmielona w równych częściach jego gościnnością co chaosem jego zachowania.
– Och, daj spokój, musisz coś zjeść po podróży – mężczyzna zbył ją machnięciem ścierki. – Przypłynęłaś z kupcami z Venturis, prawda? Poza tym to na koszt tawerny, chociaż tak mogę ci osłodzić te smutne wieści, które ci przekazałem – ciągnął takim tonem, jakby się świetnie znali, przerzucając jednocześnie jakieś pakunki i talerze z jednego miejsca na drugie, co wcale nie wprowadzało porządku, tylko powodowało niepotrzebne zamieszanie. – No dobra… Barnabo, przysięgam na wszystkie sztormowe demony, że jak nie przestaniesz wściubiać nosa do każdego garnka, to obetnę ci w końcu te wielkie wąsiska! – podniósł groźnie głos, a niewyraźna ruda plama odpowiedziała mu obrażonym miauknięciem. – Gdzie te przeklęte miski… – mamrotał do siebie pod nosem gospodarz. – Jak Merys odnajdywała się w tym piekielnym bałaganie?
Elys odchrząknęła cicho.
– Może… niech pan spróbuje w tej podłużnej szafce, tam po lewej. Nie, nie tam… u góry, w kącie… – zasugerowała tak ostrożnie, jak tylko mogła.
– Ha! – ucieszył się Gunter i triumfalnie uniósł czystą miskę na zupę w górę, na co kilkoro gości zareagowało wiwatami. – No proszę! Skąd wiedziałaś? Pracowałaś kiedyś w podobnym miejscu?
– Nie… ja po prostu potrafię odnajdywać zagubione przedmioty – wyznała cicho i wzruszyła lekceważąco ramionami. Całe życie starała się nie rzucać w oczy, więc teraz miała ochotę zapaść się pod ziemię. – To takie moje małe dziwactwo.
– Dziwactwo? – zarechotał przyjemnie basowym śmiechem Gunter. – Ha! No coś takiego! Ile bym dał za takie dziwactwo, zwłaszcza rano, kiedy staram się odszukać swoje okulary.
Pokręcił głową i rzucił pod nosem coś, co brzmiało jak przekleństwo, a potem postawił przed Elys miskę zupy, a tuż obok małą szklaneczkę, którą wypełnił aromatycznym, bursztynowym rumem.
– No dobra, do dna! – zakomenderował, stawiając drugą, identyczną przed sobą.
– Ale… ja nie zamawiałam, ja nie… – Elys rzuciła mu błagalne spojrzenie.
– Wypijmy za naszą drogą Merys – zaproponował z nagłą powagą i wzniósł toast. – Niech jej dusza po wsze czasy szczęśliwie żegluje po bezkresnym oceanie. No tak… – westchnął i otarł ścierką kącik oka. – Wszystkich nas to w końcu czeka. Ale dość już tej melancholii, wybacz, staremu dziadowi.
Elys przytaknęła w milczeniu i, czując na sobie jego spojrzenie, również wychyliła szklankę rumu, co skończyło się napadem kaszlu. Nigdy nie piła czegoś równie mocnego.
– Masz gdzie dziś przenocować? – zapytał Gunter, zupełnie niewzruszony jej reakcją na napitek – Oczywiście, że nie, nikogo tu przecież nie znasz, prawda, Elys?
– Szczerze mówiąc, liczyłam na to, że zatrzymam się tutaj, u Merys – wyznała bezradnie.
– No tak, naturalnie – przytaknął, a potem jego twarz nagle się rozjaśniła – Posłuchaj, powiem ci, co zrobimy. Jeśli pomożesz mi uporządkować szafkę z kluczami, znajdę ci jakiś miły pokój i będziesz mogła w nim zostać.
Elys poczuła, jak ciężar niepewności spada jej z serca. Wsunęła szybko dłonie do kieszeni, obracając te kilka srebrnych monet, które zostały jej po zapłaceniu za przeprawę.
– Wspaniale, a… ile… – zająknęła się – ile kosztuje noc?
– Daj spokój – parsknął Gunter i zbył ją machnięciem ręki. – W tym przypadku nie mógłbym wziąć od ciebie pieniędzy. Po prostu pomóż mi zapanować nad tym chaosem, a rano nakarm i wypuść Barnabę, zgoda? – zaproponował tak spokojnie, jakby powierzanie tawerny i kota ledwie co poznanej dziewczynie o smutnej historii było najnormalniejszą rzeczą pod słońcem – Zostaw tylko otwarte okno, a potem upewnij się, że bezpiecznie wrócił. Dzięki temu rano bez przeszkód odprawię nowe statki w porcie i sprawdzę latarnię. Wpadnę około południa, kiedy już powinno być spokojniej. Poradzisz sobie, prawda?
– Ja… no jasne – wydukała Elys, walcząc z narastającą w jej sercu paniką wymieszaną z podekscytowaniem. Gwałtownie zsiadła ze stołka i wyciągnęła dłoń przez kontuar – To znaczy oczywiście, że sobie poradzę. Dziękuję. Jestem panu bardzo wdzięczna, panie Whitebrook.
– Gunter. Mów mi po prostu Gunter – mocno uścisnął jej dłoń i puścił jej oko. – Czuję się zobowiązany, żeby się tobą zaopiekować tak, jak z pewnością zrobiłaby to Merys.
Pokój był niewielki, ale wyjątkowo przytulny, z zaskakująco wygodnym łóżkiem, bielutką pościelą i błękitnymi jak morze ścianami, a co najważniejsze, duże okno wychodziło wprost na solmaryjski port, co sprawiło, że Lys bez zastrzeżeń uznała go za najpiękniejsze miejsce, w jakim kiedykolwiek spędziła noc.
Obudziła się bladym świtem, kiedy zorientowała się, że nawet puchata poduszka założona na głowę nie potrafi stłumić krzykliwych nawoływań portowych mew i wesołych dźwięków budzącego się do życia miasta. Wstała więc, ziewnęła, zrobiła kilka chwiejnych kroków, pocierając spuchnięte od snu oczy, owinęła się miękkim kocem i wyjrzała ciekawie na zewnątrz, nie mogąc się nadziwić, jak inaczej wyglądało życie miasteczka od tego, do którego przywykła w Venturis.
Tu nie była nikim wyjątkowym. Nie miała tytułu, nazwiska ani rodowych pieniędzy, nikt nie zmuszał ją do intratnego zamążpójścia i nie gnębił za każdą prawdziwą czy wyimaginowaną przewinę, za to mogła bezkarnie gapić się przez okno, obserwując wypływające w morze statki, bezkarnie przyglądać się krążącym nad barkami mewom i bezwstydnie przysłuchiwać się rozmowom kupców i żeglarzy. To wszystko było dla niej ekscytującą nowością, ten harmider, ten hałas, ten wesoły rytm małomiasteczkowego życia. Dotąd przyzwyczajona była do ciszy i sztywnej etykiety, a o prawdziwym życiu czytała tylko w swoich ukochanych książkach. Teraz, kiedy zobaczyła je własnymi oczami, serce biło jej jak szalone, miała ochotę wyjść między tych ludzi i rozmawiać z nimi, śmiać się, plotkować i kłócić.
Napełniona radosną energią, szybko zbiegła po schodach, które zawiodły ją na zaplecze tawerny. Poprzedniego wieczoru Gunter oprowadził ją po całym przybytku, wyjaśniając z grubsza rozkład i przeznaczenie poszczególnych pomieszczeń i schowków, ale wszędzie panował potworny bałagan i nadal miała problemy z orientacją. Kiedy weszła do kuchni, z wrażenia zatrzymała się w miejscu.
– Cześć, Barnabo – uśmiechnęła się serdecznie do wielkiego rudego kociska, który właśnie kończył poranną toaletę na środku ciężkiego drewnianego stołu i obrzucił ją wyniosłym spojrzeniem, jakby uznał, że właśnie zjawiła się służba. – To znaczy… – Lys odchrząknęła, przybierając formalny ton – Dzień dobry, panie Barnabo, dobrze się panu spało?
Barnaba lekko zmrużył swoje szmaragdowe oczy i jakimś cudem wyglądał tak, jakby rzucił jej w twarz jakąś impertynencką odpowiedź.
Elys przełknęła gorycz upokorzenia i tylko wygładziła fałdy spódnicy.
– Rozumiem – przytaknęła sztywno. – No cóż, mam nadzieję, że po śniadaniu i spacerze nieco poprawi się panu humor.
Barnaba nie zaszczycił jej odpowiedzią, tylko popatrzył znacząco na leżącą na kolorowych kafelkach miskę. Lys przez chwilę poczuła się zupełnie jak w domu. Jej macocha również posiadła niezwykły dar karcenia jej wyłącznie samym spojrzeniem.
Po upewnieniu się, że koci właściciel tawerny zjadł i wyszedł na swój poranny spacer, Elys postanowiła posprzątać zapuszczoną kuchnię, a potem, zachęcona rezultatami swojej pracy, idąc za ciosem, zabrała się za zagraconą spiżarnię. Ostatecznie udało się jej zidentyfikować całkiem sporo nadal dobrych żywnościowych zapasów, odpowiednio je posortować i wyznaczyć dla nich najlepsze miejsce, co naturalnie zaskutkowało chęcią zaparzenia świeżej kawy. Antyczna maszyna rzęziła, skrzypiała, piszczała i wypuszczała z siebie raz po raz małe aromatyczne obłoczki pary, ale ostatecznie wyprodukowała najsmaczniejszą i najbardziej aromatyczną kawę, jaką Elys kiedykolwiek piła. Nalała sobie sporą porcję do małego kubeczka i przymykając oczy, zaczęła popijać ją małymi łyczkami, kiedy drzwi do tawerny otworzyły się i energiczny młody mężczyzna w krzywo nasuniętej na głowę wełnianej czapce wtargnął do środka.
– Dzień dobry, jest Gunter? – zapytał, przeciągając lekko samogłoski, jak ktoś pochodzący ze wschodniego wybrzeża.
Elys natychmiast odstawiła kawę i oparła się o kontuar obydwiema rękami, szukając jakiegoś wsparcia w jego starym drewnie.
– Mówił, że rano będzie odprawiał nowe statki w porcie – odparła pospiesznie. Nie spodziewała się żadnych gości i nie wiedziała, jak powinna zareagować.
Nieznajomy przytaknął i zrobił krok w tył, ale nagle zawahał się i zatrzymał się w progu.
– Hm… zaraz… co tu tak pachnie? Czy to kawa? – zagadnął z błagalnym wyrazem twarzy.
Lys zauważyła jego zaspane oczy i potargane kosmyki włosów wystające spod krzywo naciągniętej na czoło czapki. Mimo wiosny, poranki na wybrzeżu bywały mroźne, a w powietrzu unosił się wilgotny chłód nocnej bryzy.
– Napije się pan? – uśmiechnęła się do niego łagodnie i wskazała zapraszającym gestem na stołek przed kontuarem. – Właśnie zaparzyłam cały dzbanek, szkoda, żeby się zmarnowała. Mogę też zrobić jajka z bekonem albo naleśniki – zaproponowała, mając świeżo w pamięci listę produktów, które odnalazła w spiżarni.
Twarz mężczyzny natychmiast pojaśniała nadzieją. Wychylił się za drzwi i zaczął energicznie machać.
– Hej, chłopaki, w Siedmiu Żaglach jest znowu kawa i śniadanie! – zawołał tak głośno i niespodziewanie, że Lys aż podskoczyła, wylewając przy tym trochę kawy.
– Żartujesz! – odkrzyknął ktoś jeszcze bardziej entuzjastycznie.
– Niemożliwe! – ucieszył się kolejny.
– Stary Gunter nauczył się w końcu gotować? – jeszcze jeden mężczyzna wybuchnął tubalnym śmiechem.
– Wydawało mi się, że widziałem go w porcie?
Po chwili cała grupa mężczyzn, sądząc po ubraniach, rybaków lub żeglarzy, wtłoczyła się pospiesznie do tawerny.
– Nie uwierzę, dopóki nie spróbuję! – oznajmił już w progu najwyższy i najbardziej barczysty z nich. Zrobił trzy kroki w stronę kontuaru, kiedy nagle zamarł, wytrzeszczając oczy na Elys. – O… dzień dobry – skłonił się sztywno i ściągnął z głowy czapkę. Jego kompani również robili wrażenie zmieszanych widokiem obcej osoby za ladą swojej tawerny.
– Dzień dobry. Siadajcie – przywitała się z nimi Lys. – Pan Whitebrook poprosił, żebym… – odchrząknęła, speszona ich zdziwionymi spojrzeniami – żebym tymczasowo zajęła się tawerną, więc pomyślałam, że…
Zanim zdążyła wydukać resztę, wygłodniali mężczyźni, jak gdyby nigdy nic, zaczęli zajmować po kolei krzesła przy ladzie i niektóre stoliki.
– Poproszę o jajka na bekonie – odezwał się pierwszy.
– Dla mnie naleśniki! – oznajmił następny.
– A ja chcę jedno i drugie, umieram z głodu!
– Jest więcej kawy?
– Są może drożdżówki?
Elys zamrugała, kompletnie zaskoczona tym, co się przed nią rozgrywało. Wśród obowiązków, jakie uzgadniała z Gunterem, nie było mowy o prowadzeniu tawerny czy karmieniu jej gości. W zasadzie chciała tylko poczęstować kawą jednego zziębniętego rybaka, a teraz miała ich na głowie cały tuzin, głodnych i pełnych nadziei na posilające śniadanie.
– Tak… oczywiście, już się robi – potaknęła i rzuciła się na zaplecze, do kuchni. Uznała, że musi po prostu pójść za ciosem, a cóż trudnego było w przygotowaniu śniadania… No cóż, kilku…nastu śniadań. W obcej kuchni. Tak szybko jak to możliwe. W duchu podziękowała za lata praktyki w Venturis, gdzie na życzenie macochy pomagała służbie w codziennych obowiązkach, oraz za swójszczególny magiczny talent do odnajdywania zagubionych przedmiotów. Łyżka, nóż, rondel, patelnia, trzepaczka, jajka, bekon, masło, pieczywo, świeża kawa i mleko, cukier i cynamon – Lys sprawnie, jak ktoś, kto znał tawernianą kuchnię od podszewki, wyciągała kolejne przedmioty i produkty i już po kilku chwilach tawernę wypełnił zapach smażonego boczku i świeżo zaparzonej kawy. Nie przewidziała jednak, że te zapachy zwabią kolejnych wygłodniałych mieszkańców Solmaris.
Lys potarła w zdumieniu czoło, kiedy kolejna grupka gości wtargnęła do rozbrzmiewającego wesołym gwarem rozmów wnętrza i jak gdyby nigdy nic rozsiadła się przy wolnych stolikach. Postanowiła sobie w duchu, że poważnie porozmawia na ten temat z Gunterem, ale na razie nie miała wyboru, jak tylko dalej odgrywać rolę nowej gospodyni. Zresztą wypraszanie tych wszystkich gości byłoby zwyczajnie niegrzeczne. Westchnęła i zabrała się do zbierania zamówień.
– A… dla pana? – zagadnęła młodego mężczyznę, który zajął jeden z ostatnich stolików i jako jedyny siedział całkiem sam. – Może naleśniki lub sadzone jajka?
Podniósł na nią wzrok znad książki, przez chwilę patrzył na nią trochę nieobecnym wzrokiem. W jednej dłoni trzymał niewielki fragment białej kartki misternie poskładanej w kształt fantazyjnego żaglowca. Lys natychmiast zwróciła uwagę na podniszczoną okładkę tomu, który pospiesznie zamknął, wciskając papierowy statek pomiędzy strony, a trochę mimochodem także na ciepłobrązowy odcień jego tęczówek.
– Dla mnie wystarczy kawa – odparł w końcu i posłał jej spojrzenie, które rozjaśniło jej nastrój równie skutecznie, co promień porannego słońca wyłaniającego się zza burej chmury.
– Z mlekiem i cukrem? – uśmiechnęła się szerzej niż zamierzała.
– Czarna, doprawiona szczyptą morskiej solidla odstraszenia demonów – parsknął cicho na widok jej zdumionej miny, a potem odchylił się na krześle i wzruszył przepraszająco ramionami. – Inna mnie nie obudzi, a nadmiar słodyczy podobno przyciąga krwiopijców. Lubię poczuć odrobinę goryczy, dopiero wtedy czuję, że żyję.
Elys uniosła brwi, nie do końca pewna, czy to był żart, czy może jakiś dziwaczny lokalny zwyczaj picia kawy.
– Długa noc?
– Wczesny poranek – sprostował, zaciskając kształtne usta tak, jakby tłumił uśmiech, a Elys pomyślała, że jego oczy i ich żywa energia przypominały nie tylko słońce, ale i świeżo zaparzoną kawę, tę pierwszą, która obiecuje, że czeka nas wspaniały dzień. Coś w tej wizji ją urzekło i przepełniło nieoczekiwanie kojącym uczuciem rozprężenia. Bezwiednie przechyliła głowę, a wraz z nią dzbanek kawy, z którego pechowo ulało się nieco aromatycznego płynu.
Sensa i serce z papieru
Copyright © Maria Zdybska
Copyright © Wydawnictwo Inanna
Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak
Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.
ebook ISBN 978-83-7995-666-1
Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski
Redakcja: Grażyna Wesołowska
Korekta: Agata Nowak | proAutor.pl
Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski
Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor.pl
Skład i typografia: Bookiatryk.pl
Przygotowanie ebooka: Bookiatryk.pl
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
MORGANA Katarzyna Wolszczak
ul. Kormoranów 126/31
85-432 Bydgoszcz
www.inanna.pl
Książkę i ebook najtaniej kupisz w MadBooks.pl
To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.
Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.
Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl
