Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
25 osób interesuje się tą książką
W portowym miasteczku Solmaris każdy zna każdego, a sekrety mają wyjątkowo krótką żywotność. Elara Everdale właśnie wróciła do domu, który zna aż za dobrze, i do życia, od którego próbowała uciec. Między opieką nad ekscentryczną babcią, rodzinną magią a własnymi wątpliwościami, Elara próbuje odnaleźć się na nowo… najlepiej z dala od klątw, problemów i nieznajomych piratów.
Niestety, los ma wobec niej inne plany.
Kiedy w Solmaris pojawia się charyzmatyczny kapitan z mroczną reputacją i jeszcze mroczniejszym problemem, Elara zostaje wciągnięta w sprawę, która może okazać się znacznie bardziej niebezpieczna, niż ktokolwiek przypuszczał. Zwłaszcza że magia w jej rodzinie nie zawsze działa tak, jak powinna, a ona sama skrywa tajemnicę, która może zmienić wszystko.
„Heksa i serce z kamienia” to nowelka cosy romantasy, pełna humoru, iskier między bohaterami, zapachu ciasteczek i morskiej bryzy.
Nowelka z Kolekcji cosy romantasy Inanny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 148
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Heksa i serce z kamienia
Maria Zdybska
Wydawnictwo Inanna
Rozdział 1
Copyright
📖 Informacja o wersji demo
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Strona 9
Strona 10
Problem z małymi miasteczkami pokroju Solmaris polegał głównie na tym, że nie sposób było uczestniczyć w jakimkolwiek lokalnym wydarzeniu towarzyskim, nie wpadając przypadkowo na kogoś, kogo zdecydowanie nie miało się ochoty spotkać.
Oczywiście w normalnych okolicznościach stypy raczej nie uznawało się za „wydarzenie towarzyskie”, ale tym razem chodziło przecież o Merys, o serdeczną, radosną, uwielbianą powszechnie właścicielkę portowej tawerny, prawdziwą lokalną solmaryjską legendę, która przez ostatnie lata swojego wyjątkowo długiego życia głośno i dobitnie podkreślała wielokrotnie, że po śmierci oczekuje wyprawienia na swoją cześć tradycyjnego morskiego pogrzebu, a potem hucznej imprezy do rana zamiast zwykłej smętnej nasiadówki żałobników.
Kiedy tylko Elara przekroczyła próg Siedmiu Żagli, nie miała wątpliwości, że Solmaris potraktowało ostatnią wolę Merys z pełnym zaangażowaniem. Tawerna pękała w szwach, zupełnie jakby cała populacja miasta upchnęła się tego wieczoru w jej przytulnych, drewnianych wnętrzach, wypełniając przestrzeń gwarem ożywionych rozmów, melodią rytmicznych, tradycyjnych żeglarskich śpiewów, a nawet okazjonalnymi salwami śmiechu. Wszystkie te podekscytowane głosy, ciepłe światło mrugających w okrągłych kloszach świec, zapach uwielbianych przez Merys smażonych sardeli pomieszany z aromatem grzanego białego wina z goździkami sprawiały, że tawerna tętniła życiem jak nigdy dotąd, skutecznie oddalając smutek po odejściu ukochanej gospodyni.
Elara powoli zsunęła z głowy głęboki kaptur, który chronił ją przed przenikliwym zimowym wiatrem i słoną wilgocią sztormowej pory, i niepewnie rozejrzała się wokół w poszukiwaniu babci.
Chociaż urodziła się i wychowała w Solmaris, przez ostatnie lata spędzone na studiach w Temeris zdążyła już odwyknąć od małomiasteczkowego klimatu podobnych zgromadzeń. Dziś, stojąc w progu tawerny, patrząc na znajome twarze i słuchając urywków przypadkowych rozmów, których kontekstu nie potrafiła zrozumieć, czuła się jak ktoś obcy i swój zarazem. Szczerze mówiąc, najchętniej zawróciłaby na pięcie i uciekła od całego tego szumu, ale teraz była odpowiedzialna za babcię i musiała się upewnić, że wszystko z nią w porządku. Wreszcie dostrzegła ją przy jednym z narożnych stolików, w otoczeniu starych znajomych: charyzmatycznego Mastera portu Solmaris, Guntera, gadatliwej zielarki Agnes i dystyngowanej Mairin, której chyba jedynym życiowym powołaniem było wydawanie nieskończonej rodowej fortuny i opowiadanie niestworzonych historii ze swojej burzliwej młodości. Całą czwórką zgodnie popijali grzane wino i toczyli dynamiczną dyskusję, wymieniając przy tym konspiracyjne uśmieszki i spojrzenia. Zupełnie jak banda dzieciaków, planujących swój kolejny szalony wyskok. El uśmiechnęła się ze wzruszeniem do tej myśli, ale ciepło na jej sercu zgasło, kiedy przypomniało się jej, że zwykle do ich stolika przysiadała się chociaż na chwilę dowcipkująca bez końca Merys, ze swym nieodłącznym kotem Barnabą, śledzącym każdy jej krok. Teraz osierocony Barnaba został całkiem sam i przyglądał się stypie z wysokości kontuaru z wyrazem smutku wymieszanego z bezbrzeżną pogardą, która stanowiła jego domyślny stosunek do świata.
– Elara Everdale! – dobiegł do niej podniesiony z wyraźnego zdenerwowania głos.
Zmrużyła oczy, usiłując rozróżnić w tłumie osobnika, który tak stanowczo zadeklamował jej miano.
Chudy, wysoki mężczyzna przecisnął się pospiesznie pomiędzy nieporuszonymi gośćmi i oskarżycielsko wymierzył w nią palec wskazujący. Krzaczaste wąsy i bujna broda nie maskowały zbyt skutecznie wysypu drobnych, wściekle czerwonych krost, które pokrywały całą jego twarz. Elarze wystarczyło jedno spojrzenie na ten zarost i te wypryski, żeby podjęła błyskawiczną decyzję o ewakuacji. Herbert Severin. Jęknęła sfrustrowana.
Natychmiast się zgarbiła i zanurkowała w morzu zajętych rozmową osób, a następnie skurczyła się w sobie, schyliła jeszcze niżej i zaczęła sprawnie lawirować pomiędzy ciasno rozstawionymi na ten wieczór stolikami. Mężczyzna ruszył za nią w chaotyczną pogoń, ale jego wzrost i zdenerwowanie wyraźnie utrudniały mu równie płynne ruchy, więc przewrócił jedno z ciężkich drewnianych krzeseł, potknął się, przeklął i zatrzymał, a potem szamotał się na tyle długo, że pozwolił jej uciec.
– Nie chowaj się przede mną! – huczał gdzieś z tyłu Severin, syczący z bólu. – Mamy sobie kilka rzeczy do wyjaśnienia!
Nie zwalniając kroku, Elara błyskawicznie wyminęła kolejne grupki gości i zatłoczone stoliki, dopadła do jednego z boksów oddzielonych dla prywatności ścianami, po czym pospiesznie wcisnęła się na siedzisko i przysunęła tak blisko zaparowanego okna, jak to możliwe. Mężczyzna sączący dotąd w samotności swój napitek zadarł ciekawie głowę i popatrzył na nią pytająco z drugiego końca stołu.
– Elaro Everdale! – grzmiał Severin. Jego głos rozbrzmiewał teraz już niebezpiecznie blisko.
W przypływie paniki Elara zsunęła się natychmiast na podłogę i skryła pod stołem. Napotkała tam parę męskich butów i długich nóg odzianych w czarne, skórzane spodnie, na których tu i ówdzie osiadły drobinki zaschniętej soli.
Mężczyzna się schylił i wetknął głowę pod blat, żeby się jej przyjrzeć.
– Pozwolisz, że… na moment się tu schowam? – zapytała, łapiąc nerwowo oddech. Naprawdę nie miała dziś ochoty użerać się z wyrzutami Severina.
Brwi nieznajomego powędrowały w zdziwieniu w górę. Przenikliwie niebieskie oczy, podkreślone grubą czarną kreską, przyglądały się Elarze z niepokojącą czujnością, ale nie odpowiedział od razu. Uświadomiła sobie, że nie rozpoznawała go. Nawet wysiliwszy pamięć, nie potrafiła odszukać wśród wspomnień z dzieciństwa kogoś podobnego, a przecież nie zapomniałaby takich oczu.
Poczuła się nieoczekiwanie zawiedziona, kiedy mężczyzna podniósł się na siedzeniu i pozbawił ją tego przyjemnego widoku.
– Możesz już wyjść – poinformował ją po chwili.
Elara niezbyt chętnie i z nieszczególną gracją wygramoliła się na powierzchnię, a potem usiadła ciężko w kącie między oknem a stołem.
– Co mu się przytrafiło? – Mężczyzna wskazał oszczędnym ruchem podbródka w kierunku Severina, a potem zmrużył oczy, wróciwszy spojrzeniem do niej. – Masz z tym coś wspólnego, prawda? Co takiego mu zrobiłaś? Wygląda okropnie. – Skrzywił się z pozorną odrazą, ale w kącikach jego ust czaił się ślad uśmiechu.
Elara jęknęła i ukryła twarz w dłoniach.
– Wiedziałam, że to zły pomysł – wymamrotała, kręcąc głową. – Nawet bardzo zły pomysł. Co więcej, powiedziałam mu to, ostrzegałam przed konsekwencjami, ale uparł się jak ostatni osioł i teraz ma za swoje.
– Co takiego? – zdumiał się nieznajomy.
– Słucham? – Elara rozsunęła palce, zaskoczona, że się do niej zwraca.
– Właśnie powiedziałaś…
– Przepraszam, to nic ważnego, mówiłam po prostu do siebie – wyjaśniła zawstydzona. – Zdarza mi się to czasami, kiedy jestem czymś wyjątkowo zestresowana. – Nerwowo przeczesała palcami poplątane wiatrem, jasne włosy i oparła się ciężko łokciami o blat.
Mężczyzna przytaknął powoli, chociaż wyraz jego twarzy sugerował, że zupełnie nie pojmuje sensu jej zachowania.
– Ten człowiek cię zestresował? – Znowu wskazał na Severina, który nadal rozglądał się po tawernie w poszukiwaniu Elary i wyglądał na jeszcze bardziej rozeźlonego niż wcześniej. – Czy chcesz, żebym… – Nie dokończył, tylko sugestywnie mrugnął do niej jednym okiem.
Elarze zajęło chwilę, zanim zrozumiała ukryty przekaz.
– Nie… Nie! – Potrząsnęła spanikowana głową. – Proszę, zostaw go w spokoju! To nie jego wina, chociaż… – Przełknęła ślinę, rzuciła Severinowi ukradkowe spojrzenie i w końcu wzruszyła ramionami. – No cóż, w zasadzie to jego wina, ale nie miał złych intencji.
Nieznajomy podrapał się w zamyśleniu po szczęce pokrytej kilkudniowym zarostem. Na palcach zalśniły pierścienie pełne drogocennych klejnotów. Jego wzrok podążył za spojrzeniem Elary.
– Co jest nie tak z jego twarzą? – Skrzywił się, teraz już z niepodważalnym obrzydzeniem.
– Z tego, co udało mi się ustalić, to… wyjątkowo uporczywa, swędząca wysypka, ale nie mam absolutnej pewności, nie zajmuję się zawodowo leczeniem, może powinien iść do Agnes – wyjaśniła cicho, ale ponieważ mężczyzna patrzył na nią tak, jakby właśnie wyrosło jej trzecie oko, westchnęła i postanowiła doprecyzować: – Czasami to, co wydaje się klątwą, jest zwyczajnym pechem, niczym innym jak nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności. A na pecha nie znam żadnego skutecznego remedium. Nie wiem nawet, czy takie remedium w ogóle istnieje, nie licząc zmiany nastawienia samego zainteresowanego na bardziej pozytywne. W każdym razie to wykracza poza mój obszar ekspertyzy. – Wypuściła powoli oddech, po czym przysunęła się bliżej do stołu i kontynuowała ściszonym głosem: – Panu Severinowi przydarzyło się niedawno kilka nieprzyjemnych, acz zupełnie losowych sytuacji, przez co się uparł, że ktoś go przeklął. Uparł się tak bardzo, że zaczął przyciągać do siebie nieszczęścia i zupełnie bezpodstawnie uznał, że to ja jestem wszystkiemu winna, bo zamiast zdjąć jego nieistniejącą, dodajmy, klątwę, pogorszyłam jeszcze sprawę pecha. A tak naprawdę wszystko wskazuje na to, że pan Severin sam siebie przeklął, tylko nie dopuszcza do siebie tej myśli. Zawzięty i roszczeniowy pacjent. Beznadziejny przypadek.
Nieznajomy powoli odchylił się na swoim miejscu i utkwił te niemożliwie niebieskie oczy w Elarze z taką mocą, jakby zamierzał przejrzeć ją na wylot.
– Zajmujesz się klątwami? – zapytał z nagłą powagą.
– Zajmowałam. – Uśmiechnęła się kwaśno. – Do wczoraj. Od dziś szukam nowego powołania. Znalezienie sensownego i możliwie dobrze płatnego zajęcia nie powinno być takie trudne, prawda? – Zaczęła nerwowo bębnić palcami po stole, a jej umysł ruszył w swoją zwyczajną chaotyczną wędrówkę pomiędzy nachodzącymi ją w przyspieszonym tempie myślami. – Potrafię wiele rzeczy – stwierdziła, starając się przekonać bardziej samą siebie niż swojego rozmówcę. – Mogłabym na przykład… – Urwała, bo pomysł, który w jej głowie wydawał się genialny, już po chwili, prawie wypowiedziany, robił wrażenie idiotycznego. – Albo nie. Chociaż w zasadzie – plątała się, rozważając za i przeciw. – No nie… To też nie. Raczej się nie uda. – Zrobiła smętną minę i wzniosła błagalnie oczy do nieba. – Bogowie… Dlaczego po prostu nie zostałam na uniwersytecie, kiedy taką miałam okazję. Teoria magiczna szła mi doskonale. Tak bardzo tęsknię za biblioteką w Temeris. – Westchnęła, raz jeszcze przeczesała włosy i dopiero teraz zauważyła, że nieznajomy patrzy na nią jak na wariatkę. – Przepraszam, znowu to robię… Znowu gadam do siebie. Poszedł już sobie? – zapytała, szukając w zatłoczonej przestrzeni chudej sylwetki Severina.
– Rozsiadł się na dobre – odparł nieznajomy.
Elara skuliła się w sobie.
– A czym ty się zajmujesz? – postanowiła zmienić temat, co wyszło dość niezręcznie.
– Ja… – Nieznajomy zmarszczył brwi, jakby zadała mu wyjątkowo skomplikowane pytanie. Wziął do ręki butelkę rumu, która stała dotąd w kącie stołu, i świeżą szklaneczkę, po czym nalał do pełna i podsunął napitek Elarze pod nos, opóźniając odpowiedź. – Hmm, jestem… kapitanem statku – oznajmił w końcu i błysnął w niespodziewanie szerokim uśmiechu białymi zębami. Elara zamrugała, zaskoczona tym, jak ten uśmiech zmienił jego twarz. Już wcześniej wydał się jej przystojny, dostrzegła to nawet przy całym swoim zdenerwowaniu, ale teraz emanował nieodparcie pociągającym, szelmowskim urokiem, od którego dziewczynie niemal zakręciło się w głowie.
Bez zastanowienia chwyciła za swoją szklaneczkę i jednym haustem wypiła zawartość, licząc, że alkohol pozwoli się jej otrząsnąć.
– Och, naprawdę? – zdziwiła się uprzejmie, ale rum mocno palił ją w gardle, więc jej głos zabrzmiał żałośnie słabo. – Kapitanem statku. – Potaknęła z uznaniem. – A poza tym jesteś kupcem? Czy zwykłym żeglarzem?
Nieznajomy zrobił niezdecydowaną minę.
– Coś w tym rodzaju – odpowiedział wymijająco.
– Coś w tym rodzaju – powtórzyła nieufnie. – A więc nie jesteś ani jednym, ani drugim.
– Ależ oczywiście, że jestem… – wzruszył obojętnie ramionami i nalał następną kolejkę rumu do obydwu szklaneczek – po trochu i tym, i tamtym.
Elarze nie umknęło, jak uciekał teraz przed nią wzrokiem.
– Po trochu – podchwyciła. – A cała reszta… – zmrużyła podejrzliwie oczy – ciebie?
Nieznajomy zaśmiał się krótko i nachylił nad stołem, aż ich twarze nieoczekiwanie znalazły się blisko siebie.
– Cała reszta jest nieustraszonym piratem, kochanie – wyznał zniżonym głosem i puścił jej oko.
Elara wciągnęła gwałtownie powietrze. Nie zamierzała dać się oczarować tym jego przeklętym oczom.
– Piratem. – Wydęła pogardliwie wargi i skrzyżowała ręce na piersiach, ignorując to, jak szybko bije jej głupie serce. – No tak, powinnam od razu się domyślić. Tak się tylko zastanawiam… – Pokręciła głową z najwyższą dezaprobatą. – Jesteś pewien, że pirat to pełnoprawny zawód?
– Ciiii, nie tak głośno! – Nieznajomy wyprostował się gwałtownie i przytknął jeden palec do ust, nie przestając się cwaniacko uśmiechać. – Nie chcesz chyba wystraszyć wszystkich porządnych mieszkańców tej spokojnej mieściny ani publicznie ujawniać, że zadajesz się z kimś mojego pokroju. – W jego spojrzeniu zagrały teraz szelmowskie iskry, a Elara wkurzyła się na myśl, że mężczyzna świadomie nią manipuluje.
– Porządnych mieszkańców? – Ze wzburzenia uniosła brwi i głos. – Zaraz… A ja? – Zacisnęła palce na blacie. – Ach, czyli martwisz się o to, jak zareagują na wieść o piracie porządni mieszkańcy Solmaris, a mnie bez ogródek wyznałeś szokującą prawdę – wytknęła mu zjadliwie. – Powinnam chyba czuć się urażona. Czyżbym nie zaliczała się do tej samej godnej szacunku kategorii?
Pirat zrobił taką minę, jakby przez chwilę na poważnie rozważał ten dylemat.
– Wątpliwe – zawyrokował w końcu obojętnym tonem.
– Wątpliwe?!
Nieznajomy ponownie nachylił się nad stołem.
– Fakt, że chowasz się za plecami oszałamiająco przystojnego, ale też zupełnie obcego i z całą pewnością niebezpiecznego pirata przed wściekłym osobnikiem, którego najwyraźniej oszukałaś w sprawie zdjęcia klątwy, mówi mi…
– Wypraszam sobie – przerwała mu oburzona Elara, podniósłszy ostrzegawczo palec wskazujący. – Wcale go nie oszukałam. Nigdy bym tego nie zrobiła. To nieetyczne i niezgodne z kodeksem, a poza tym magiczne implikacje…
– …mówi mi, że ty do nich nie za bardzo pasujesz – ciągnął jak gdyby nigdy nic. – Zresztą nie wyglądasz na tutejszą. – Pokręcił powoli głową.
Elara nie była do końca pewna, czy ma to odebrać jako komplement, czy zniewagę, ale nuta arogancji w jego głosie sprawiła, że poczuła instynktowy opór.
– Mylisz się, pochodzę z Solmaris – oświadczyła dobitnie. – Moja rodzina mieszka tu od pokoleń.
– Interesujące, chociaż zasadniczo to niczego nie zmienia – skwitował niewzruszony. – W każdej rodzinie znajdzie się jakaś czarna owca, która odszczepia się od stada i wbrew swojej naturze postanawia zostać wilkiem. – Jego oczy znowu błysnęły szelmowsko.
– To akurat zabawne, bo tak się składa, że rodzina Everdale bardzo kocha swoje wilki – odparowała, z satysfakcją dostrzegając zmieszanie na jego przystojnej twarzy. – A teraz wybacz, panie piracie – wstała i dygnęła lekko z udawanym szacunkiem – ale zagrożenie minęło, zrobiło się późno, a ja mam jeszcze kilka ważnych spraw do załatwienia.
– Zaraz… – Mężczyzna wstał raptownie, niemal przewracając przy tym butelkę rumu. – Nazywasz się Everdale? Odelia Everdale?
Elara przyjrzała mu się badawczo. Nadal go nie rozpoznawała, chociaż on najwyraźniej znał jej rodzinę, nawet jeśli był nietutejszy. Nie wiedziała, co ma o tym sądzić.
– Odelia to moja babcia – wytłumaczyła.
Na twarzy pirata odmalował się wyraz ulgi.
– Doskonale się składa, bo muszę z nią pilnie porozmawiać.
Elara minęła stół i zatrzymała się dopiero w bezpiecznej odległości.
– Wolałabym, żebyś jej nie niepokoił – oznajmiła z naciskiem. – Zwłaszcza dziś. Ona i Merys były przyjaciółkami – dodała ściszonym głosem.
Pirat zmrużył niepewnie oczy.
– Merys…?
Elara odpowiedziała mu spojrzeniem pełnym niedowierzania.
– Merys Oldeburg całe życie prowadziła tę tawernę – wyjaśniła powoli. – Dziś spotkaliśmy się tu, żeby oddać jej kości falom i wypić za nią ostatni toast.
Brwi pirata powędrowały w górę.
– Trafiłem na stypę? – Wydawał się w połowie zaskoczony, a w połowie rozbawiony.
– No cóż, masz najwyraźniej… niezwykłe wyczucie czasu – skwitowała kwaśno Elara. – Dobrej nocy!
Odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie, zamierzając szerokim łukiem ominąć Severina.
– Dobrej nocy? – krzyknął za nią pirat. Brzmiał na szczerze rozczarowanego. – Nie możesz mnie tak po prostu tu zostawić. Nie wiem nawet, jak masz na imię!
Uśmiechnęła się pod nosem, rozbawiona jego flirtem, a potem rzuciła mu przez ramię ostatnie spojrzenie.
– Bo o to nie zapytałeś – odcięła się i zarzuciła kaptur na głowę. – A teraz żegnaj.
Usłyszała za sobą stłumiony śmiech. Zdążyła minąć kolejny stolik, kiedy nieznajomy odzyskał głos.
– Nazywam się Corin Blackwater. Kapitan Corin Blackwater!
Elara dopadła do stolika babci nieco za bardzo zziajana i nieco za bardzo zarumieniona, żeby dało się to uzasadnić jedynie ciepłem i tłokiem panującymi w tawernie. Zastała Odelię przy partyjce pokera z jej nieodłącznymi przyjaciółmi. Najwyraźniej postanowili używać morskich muszelek w charakterze żetonów, a Barnaba, dumnie zalegający w kącie stolika w całym swoim futrzastym majestacie, przejął rolę niewzruszonego niczym krupiera. Sądząc po jego minie, poziom gry nie wywarł na nim szczególnego wrażenia, ale Elara wiedziała z doświadczenia, że Barnabie w ogóle ciężko było czymkolwiek zaimponować.
– Babciu, czas już na nas. – Położyła dłoń na ramieniu Odelii Everdale i ścisnęła je lekko.
– Och, tu jesteś, kochanie. – Babcia Odelia natychmiast się rozpromieniła, ale na jej twarz wpłynął zaraz przebiegły uśmieszek. – Widziałam, że rozmawiałaś z bardzo przystojnym młodzieńcem, dlaczego mi go nie przedstawisz?
– To… nieznajomy – wykrztusiła z siebie kompletnie zaskoczona Elara. – Zamieniliśmy tylko kilka słów i to w zasadzie przypadkiem.
– Ach tak – mruknęła Babcia, niezbyt subtelnie puszczając oko Agnes, która zaczęła jeszcze mniej subtelnie chichotać. – Przypadek. – Szturchnęła łokciem siedzącego obok Guntera. – Nieznajomy – podkreśliła, rzucając Mairin porozumiewawcze spojrzenie.
Elara odchrząknęła zmieszana i poprawiła kaptur, modląc się w duchu, żeby Severin jej nie zlokalizował.
– Chodźmy już, babciu, zrobiło się naprawdę późno. Czas spać.
– Spać! – Odelia wyglądała na głęboko dotkniętą jej słowami. – Wnuczka, która kładzie się wcześniej od swojej babci! – sarknęła, czym wywołała rechot Guntera. – Do czego to doszło! Mówiłam przed chwilą Merys, że odkąd wróciłaś do Solmaris, zdecydowanie zbyt mało czasu spędzasz ze swoimi rówieśnikami. To niezdrowe, kochanie!
Dziewczyna westchnęła i wzięła babcię za rękę, która mimo narzekania zaczęła zbierać się do wyjścia.
– Spędziłam z rówieśnikami dostatecznie dużo czasu na uniwersytecie. Zaręczam ci, że ty i Wilk doskonale dotrzymujecie mi teraz towarzystwa. Nikogo więcej mi nie potrzeba.
Elara zignorowała wzmiankę o Merys. Nauczyła się już, że w podobnych sytuacjach to najlepsza strategia. Babcia… coraz częściej miewała problemy z pamięcią i zdarzało się, że jej wspomnienia niekiedy zastępowały teraźniejszość. Jej przyjaciele również dobrze o tym wiedzieli, więc żadne z nich nie skomentowało wypowiedzi starszej pani ani nawet nie okazało zdziwienia.
Odelia nie przestawała kręcić głową z typowo babciną dezaprobatą, kiedy Elara pomagała jej włożyć gruby płaszcz i szczelnie otulić szyję kaszmirowym szalem.
– Zamiast całymi dniami ślęczeć nad pracą i zajmować się takim piernikiem jak ja, powinnaś używać życia – fuknęła, z miną obrażonego dziecka. – Wiesz, że ja w twoim wieku…
– Taaak, wiem – jęknęła Elara, marząc o jak najszybszym opuszczeniu tawerny. – Mówiłaś mi już, babciu. Złamałaś niejedno serce w Solmaris.
– A i owszem, a i owszem – rozpromieniła się babcia. Elara skinieniem głowy pożegnała się z jej przyjaciółmi i razem ruszyły w kierunku drzwi. – Zresztą nie tylko w Solmaris – ciągnęła Odelia, puszczając wnuczce oko. – Kiedyś do naszego portu zawinął statek z Venturis z załogą pełną przystojnych marynarzy i kapitanem o oczach, które samym spojrzeniem namawiały do grzechu, a ja i Merys… – Zawahała się, a El nie mogła nic poradzić na to, że sama pomyślała o pewnym kapitanie z wyjątkowymi oczami.
– Chociaż, szczerze mówiąc, i moje serce nie raz zostało złamane – podjęła Odelia, kiedy opuściły w końcu zatłoczony budynek i wsunęła rękę pod ramię wnuczki. – Tylko w ten sposób można nauczyć się doceniać to, co naprawdę ważne, El. Dlatego mam nadzieję, że i tobie będzie to dane.
– Życzysz mi złamanego serca? – zapytała przekornie i przyciągnęła babcię do siebie. Zimowy wiatr od morza wypełniał powietrze iskrzącymi drobinkami lodu.
Babcia zgromiła ją wzrokiem, nagle nieoczekiwanie poważna.
– Życzę ci uczucia, które sprawi, że twoje serce oszaleje i nigdy nic już nie będzie takie samo jak wcześniej.
Elara wzruszyła ramionami. Brakowało jej czasu na takie głupoty jak miłość. Miała na głowie babcię i podupadający rodzinny biznes.
– No cóż, pożyjemy, zobaczymy.
– Aha! – Babcia dźgnęła ją kościstym łokciem w bok. – I to jest właśnie twój problem, kochanie! Nie wystarczy czekać. Trzeba działać! – zrugała ją. – Na przykład ten przystojniak, z którym rozmawiałaś w tawernie. Ja nigdy nie pozwoliłabym mu się wymknąć! – Roześmiała się głośno. – Nie w taką zimną noc. Gdybym była młodsza i gdyby to o mnie chodziło… – Poruszyła znacząco siwymi brwiami.
– Babciu! – zgromiła ją zgorszona Elara.
– No już, już, nie wtrącam się! – Odelia uniosła pojednawczo dłonie w obronnym geście. – Zrobisz, co uważasz za słuszne! Jak zwykle zresztą.
Heksa i serce z kamienia
Copyright © Maria Zdybska
Copyright © Wydawnictwo Inanna
Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak
Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.
ebook ISBN 978-83-7995-914-3
Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski
Redakcja: Paulina Kalinowska
Korekta: Agata Nowak | proAutor.pl
Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski
Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor.pl
Skład i typografia: Bookiatryk.pl
Przygotowanie ebooka: Bookiatryk.pl
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
MORGANA Katarzyna Wolszczak
ul. Kormoranów 126/31
85-432 Bydgoszcz
www.inanna.pl
Książkę i ebook najtaniej kupisz w MadBooks.pl
To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.
Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.
Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl
