Sebastian Bergman. Uczeń - Michael Hjorth, Hans Rosenfeldt - ebook
NOWOŚĆ

Sebastian Bergman. Uczeń ebook

Michael Hjorth, Hans Rosenfeldt

4,1

63 osoby interesują się tą książką

Opis

Uczeń to druga część cyklu kryminalnego z Sebastianem Bergmanem, psychologiem policyjnym i specjalistą od seryjnych morderców.

W Sztokholmie dochodzi do serii brutalnych morderstw, których ofiarami są kobiety. Śledztwo prowadzone przez zespół pod wodzą Torkela Höglunda nie posuwa się naprzód.

Morderstwa w najdrobniejszych szczegółach przypominają zbrodnie popełnione przez Edwarda Hinde, seryjnego mordercę, którego Sebastian Bergman pomógł aresztować piętnaście lat temu. Hinde jednak nadal odsiaduje wyrok. Policja jest przekonana, że ma do czynienia z naśladowcą.

Sebastian Bergman postanawia uczestniczyć w śledztwie. Wkrótce odkrywa, że wszystkie te morderstwa skierowane są przeciwko niemu...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 678

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (7 ocen)
2
4
1
0
0
Sortuj według:
Chilim26

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna. Bardzo wciągająca seria.
00

Popularność




Tytuł ory­gi­nału: LÄRJUNGEN

Redak­cja: Wero­nika Girys-Cza­go­wiec Pro­jekt okładki: Pär Wic­kholm Zdję­cie na okładce: Jacob Lew­kow, Pär Wic­kholm Korekta: Maciej Kor­ba­siń­ski

Copy­ri­ght © Michael Hjorth & Hans Rosen­feldt 2011 Publi­shed by agre­ement with Salo­mons­son Agency Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2022

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie III

ISBN 978-83-8252-365-2

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Kiedy tuż przed wpół do ósmej wie­czo­rem tak­sówka skrę­ciła w Tolléns väg, Richard Gran­lund nie spo­dzie­wał się, że jego dzień może być jesz­cze gor­szy. Czte­ro­dniowy pobyt w Mona­chium i oko­li­cach. Podróż w inte­re­sach. W lipcu Niemcy pra­co­wali w zasa­dzie nor­mal­nie. Od rana do wie­czora miał spo­tka­nia z klien­tami. Fabryki, sale kon­fe­ren­cyjne i całe morze wypi­tej kawy. Był zmę­czony, ale zado­wo­lony. Taśmy trans­por­towe i pro­ce­sowe może nie były sza­le­nie eks­cy­tu­jące – jego praca rzadko budziła zacie­ka­wie­nie, ni­gdy nie sta­wała się natu­ral­nym tema­tem roz­mów przy kola­cjach czy innych oka­zjach towa­rzy­skich – ale sprze­da­wały się nie­źle. Taśmy. Sprze­da­wały się naprawdę dobrze.

Samo­lot z Mona­chium miał wyle­cieć o 9.05. Byłby wów­czas w Sztok­hol­mie dwa­dzie­ścia po jede­na­stej. Zaj­rzałby na chwilę do biura, by spraw­dzić sytu­ację. Do domu dotarłby około pierw­szej. Zamie­rzał zjeść późny lunch z Katha­riną, a potem resztę popo­łu­dnia poświę­cić na pracę w ogro­dzie. Taki był plan.

Dopóki nie usły­szał, że lot o 9.05 na Arlandę jest odwo­łany. Usta­wił się w kolejce do sta­no­wi­ska Lufthansy i dostał miej­sce w samo­lo­cie o 13.05. Jesz­cze cztery godziny na Flu­gha­fen München Franz Josef Strauss. Nie było mu do śmie­chu. Z wes­tchnie­niem rezy­gna­cji wyjął komórkę i napi­sał SMS-a do Katha­riny. Będzie musiała zjeść lunch bez niego. Ale może zdążą jesz­cze spę­dzić tro­chę czasu w ogro­dzie. Jaka jest pogoda? Może drink na weran­dzie wie­czo­rem? Mógł coś przy­wieźć, miał teraz czas na zakupy.

Katha­rina odpo­wie­działa natych­miast. To przy­kre z tym spóź­nie­niem. Tęskni za nim. Pogoda w Sztok­hol­mie jest wspa­niała, więc drink to świetny pomysł. Liczy na nie­spo­dziankę. Całusy.

Richard udał się do jed­nego ze skle­pów, które na­dal wabiły swoją ofertą tax free, choć był prze­ko­nany, że dla zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści podróż­nych nie miało to już więk­szego zna­cze­nia. Zna­lazł półkę z goto­wymi drin­kami i wziął butelkę, którą znał z tele­wi­zyj­nej reklamy. Mojito Clas­sic.

W dro­dze do Press-Stopu spraw­dził swój lot na tablicy. Gate 26. Potrze­bo­wał dzie­się­ciu minut na doj­ście.

Zamó­wił fili­żankę kawy i kanapkę, potem zajął się prze­glą­da­niem świeżo zaku­pio­nego numeru „Gar­den Illu­stra­ted”. Czas powoli posu­wał się naprzód. Przez kilka minut oglą­dał wystawy skle­pów, kupił jesz­cze jedną gazetę, tym razem o gadże­tach, poszedł do innej kawiarni i wypił butelkę wody mine­ral­nej. Po wizy­cie w toa­le­cie wresz­cie nade­szła pora, żeby udać się do samo­lotu. W pocze­kalni prze­żył kolejne zasko­cze­nie. Samo­lot o 13.05 miał opóź­nie­nie. Nowy boar­ding time 13.40. Wylot był spo­dzie­wany mniej wię­cej o 14.00. Richard znów się­gnął po tele­fon. Poin­for­mo­wał Katha­rinę o dodat­ko­wym spóź­nie­niu i dał wyraz swo­jej zło­ści na samo­loty w ogóle i Lufthansę w szcze­gól­no­ści. Zna­lazł wolne krze­sło i usiadł. Nie dostał żad­nego SMS-a z odpo­wie­dzią.

Zadzwo­nił.

Nikt nie odbie­rał.

Może wybrała się na lunch do mia­sta z kimś innym. Scho­wał komórkę i zamknął oczy. Wku­rza­nie się na tę całą sytu­ację nie miało sensu, i tak nie mógł nic na to pora­dzić.

Za kwa­drans druga młoda kobieta zza kon­tu­aru wezwała pasa­że­rów na pokład, prze­pra­sza­jąc za opóź­nie­nie. Kiedy wszy­scy już sie­dzieli w kabi­nie, po ruty­no­wej pre­zen­ta­cji środ­ków bez­pie­czeń­stwa, któ­rej i tak nikt nie słu­chał, głos zabrał kapi­tan. Jakaś lampka w samo­lo­cie poka­zy­wała błędne war­to­ści. Pro­blem tkwił chyba w samej lampce, ale nie nale­żało ryzy­ko­wać. Obsługa tech­niczna już była w dro­dze, żeby jej się przyj­rzeć. Kapi­tan prze­pro­sił za to utrud­nie­nie i wyra­ził nadzieję na wyro­zu­mia­łość. W samo­lo­cie szybko zro­biło się gorąco. Richard czuł, jak jego wyro­zu­mia­łość i względ­nie dobry humor wypły­wają z niego wraz z potem nasą­cza­ją­cym koszulę na ple­cach i pod pachami. Wresz­cie znów ode­zwał się kapi­tan. Z dobrą wia­do­mo­ścią. Usterka została usu­nięta. I z drugą, tro­chę gor­szą. Prze­ga­pili swój prze­dział cza­sowy i wyglą­dało na to, że muszą prze­pu­ścić jesz­cze dzie­więć samo­lo­tów, ale gdy nadej­dzie ich kolej, wylecą do Sztok­holmu.

Kapi­tan wyra­ził ubo­le­wa­nie.

Wylą­do­wali na Arlan­dzie o 17.20.

Spóź­nieni dwie godziny i dzie­sięć minut.

Albo sześć godzin.

Zależy, jak na to spoj­rzeć.

W dro­dze po bagaż Richard znów zadzwo­nił do domu. Nikt się nie zgło­sił. Spró­bo­wał jesz­cze raz na komórkę Katha­riny. Po pię­ciu sygna­łach włą­czyła się poczta gło­sowa. Pew­nie była w ogro­dzie i nie sły­szała tele­fonu. Richard dotarł do wiel­kiej hali z taśmo­cią­gami baga­żo­wymi. Moni­tor nad taśmą numer trzy infor­mo­wał, że za osiem minut zostaną dostar­czone bagaże z lotu LH2416.

Cze­kali dwa­na­ście minut.

A kwa­drans póź­niej Richard miał pew­ność, że jego walizki tam nie było.

Znów musiał usta­wić się w kolejce, żeby zgło­sić zagi­nię­cie bagażu w okienku Lufthansy. Zosta­wił kwit, podał swój adres i jak naj­lep­szy opis zagi­nio­nej walizki i mógł wresz­cie wyjść do hali przy­lo­tów i poszu­kać tak­sówki. Po wyj­ściu przez waha­dłowe drzwi zde­rzył się z upa­łem. Naprawdę było lato. Zapo­wia­dał się piękny wie­czór. Czuł lekki nawrót dobrego humoru na myśl o drinku z rumem na weran­dzie w pro­mie­niach wie­czor­nego słońca. Sta­nął w kolejce do tak­só­wek. Kiedy wyjeż­dżali z kom­pleksu Arlandy, kie­rowca powie­dział mu, że dzi­siaj na uli­cach Sztok­holmu pano­wało sza­leń­stwo. Kom­pletne sza­leń­stwo. Rów­no­cze­śnie zwol­nił do mniej wię­cej pięć­dzie­się­ciu kilo­me­trów na godzinę i został wessany w nie­koń­czący się korek samo­cho­dów jadą­cych na połu­dnie drogą E4.

Tak więc kiedy tak­sówka wresz­cie skrę­ciła w Tolléns väg, Richard Gran­lund nie spo­dzie­wał się, że dzi­siaj może go spo­tkać coś jesz­cze gor­szego.

Zapła­cił kartą i prze­szedł przez kwit­nący, zadbany ogród do domu. Aktówkę i pla­sti­kową torbę z butelką zosta­wił przy drzwiach.

– Halo!

Nikt nie odpo­wie­dział. Richard zdjął buty i wszedł do kuchni. Wyj­rzał przez okno, żeby spraw­dzić, czy Katha­riny nie ma w ogro­dzie, ale było tam pusto. Tak samo jak w kuchni. Żad­nej kar­teczki z wyja­śnie­niem. Richard się­gnął po swój tele­fon i spraw­dził, czy nie ma nie­ode­bra­nych połą­czeń albo SMS-ów. Nie było. W domu pano­wała duchota. Słońce grzało nie­stru­dze­nie. Richard otwo­rzył drzwi na werandę i tak zosta­wił, żeby się wie­trzyło. Potem poszedł na górę. Chciał wziąć prysz­nic i się prze­brać. Czuł się brudny, całe ubra­nie miał prze­po­cone. Jesz­cze na scho­dach zdjął kra­wat i zaczął odpi­nać koszulę, ale prze­rwał, kiedy wszedł do sypialni. Katha­rina leżała na łóżku. To było pierw­sze, co zauwa­żył. Potem bły­ska­wicz­nie zare­je­stro­wał jesz­cze trzy rze­czy.

Leżała na brzu­chu.

Była zwią­zana.

Nie żyła.

Wagon metra zatrząsł się pod­czas hamo­wa­nia. Młoda mama z wóz­kiem sto­jąca przed Seba­stia­nem Berg­ma­nem moc­niej chwy­ciła za sta­lowy pręt i ner­wowo rozej­rzała się dokoła. Od chwili kiedy weszła do wagonu przy S:t Erik­splan, była bar­dzo spięta i choć jej pła­czący synek uspo­koił się i zasnął już po paru minu­tach, ona się nie odprę­żyła. Widać było, że nie lubi się tło­czyć z tyloma obcymi oso­bami. Seba­stian widział u niej kilka wyraź­nych oznak. Ewi­dentną próbą zacho­wa­nia nie­na­ru­szo­nej sfery oso­bi­stej było cią­głe prze­su­wa­nie stóp, żeby się z nikim nie zde­rzyć. Kro­pelki potu na gór­nej war­dze. Czujne spoj­rze­nie, które ni­gdzie nie spo­częło na dłu­żej. Seba­stian pró­bo­wał uśmiech­nąć się do niej uspo­ka­ja­jąco, ale ona w odpo­wie­dzi szybko ucie­kła wzro­kiem i na­dal ska­no­wała oto­cze­nie, czujna i spięta. Seba­stian rozej­rzał się zatem po prze­peł­nio­nym wago­nie metra, który znów zatrzy­mał się z meta­licz­nym sykiem w tunelu zaraz za Hötorget. Po kil­ku­mi­nu­to­wym postoju w ciem­no­ści pociąg powoli roz­pę­dził się i popełzł w kie­runku T-Cen­tra­len. Seba­stian zwy­kle sta­rał się nie jeź­dzić metrem, zwłasz­cza w godzi­nach szczytu czy w sezo­nie tury­stycz­nym. To był nie­wy­godny i hała­śliwy śro­dek loko­mo­cji. Za nic w świe­cie nie mógł przy­zwy­czaić się do zbio­ro­wo­ści ludz­kiej z jej wszyst­kimi odgło­sami i dźwię­kami. Prze­waż­nie cho­dził pie­szo lub jeź­dził tak­sówką. Żeby zacho­wać dystans do ludzi. Stać z boku. Tak wła­śnie było przed­tem. Ale teraz nic już nie było tak jak zwy­kle.

Nic.

Seba­stian oparł się o drzwi na końcu i zaj­rzał do następ­nego wagonu. Mógł ją widzieć przez nie­wielką szybę. Jej jasne włosy, pochy­loną twarz. Była pogrą­żona w lek­tu­rze gazety codzien­nej. Uświa­do­mił sobie, że spo­glą­da­jąc na nią, uśmie­cha się sam do sie­bie.

Jak zwy­kle prze­sia­dła się na T-Cen­tra­len. Szyb­kim kro­kiem zeszła po kamien­nych scho­dach do czer­wo­nej linii metra. Nie­trudno było ją śle­dzić. Jeśli tylko zacho­wy­wał odpo­wiedni dystans, zasła­niali go prze­pły­wa­jący po pero­nie pasa­że­ro­wie i tury­ści zapa­trzeni w swoje mapy.

Zacho­wy­wał dystans.

Nie chciał jej zgu­bić.

Ale nie mógł dać się przy­ła­pać.

Nie­ła­two było to wszystko pogo­dzić, ale zaczy­nał nabie­rać wprawy.

Kiedy pięt­na­ście minut póź­niej pociąg czer­wo­nej linii metra zatrzy­mał się na sta­cji Gärdet, Seba­stian odcze­kał chwilę przed wyj­ściem z nie­bie­skiego wago­nika. Musiał być ostroż­niej­szy. Tutaj na pero­nie krę­ciło się mniej ludzi, więk­szość pasa­że­rów wysia­dła na poprzed­niej sta­cji. Seba­stian wybrał wagon przed nią, tak że przy wysia­da­niu była odwró­cona do niego ple­cami. Przy­śpie­szyła kroku i znaj­do­wała się już w poło­wie drogi do rucho­mych scho­dów, kiedy Seba­stian ją zauwa­żył. Także dla kobiety z wóz­kiem Gärdet musiało być sta­cją doce­lową i Seba­stian posta­no­wił trzy­mać się za nią, na wypa­dek gdyby osoba, którą śle­dził, nagle zde­cy­do­wała się odwró­cić. Kobieta nie­śpiesz­nie pchała swój wózek za ludźmi podą­ża­ją­cymi w stronę scho­dów, pew­nie mając nadzieję, że unik­nie tłoku na scho­dach. Gdy Seba­stian tak szedł za jej ple­cami, uświa­do­mił sobie, jak bar­dzo są podobni.

Dwoje ludzi, któ­rzy zawsze chcą utrzy­mać dystans.

Kobieta.

Mar­twa.

We wła­snym domu.

Zwy­kle nie był to wystar­cza­jący powód, żeby wezwać Kra­jową Poli­cję Kry­mi­nalną i zespół Tor­kela Höglunda.

Naj­czę­ściej był to tra­giczny finał rodzin­nej sprzeczki, kłótni o dzieci, dra­matu zazdro­ści, mocno zakra­pia­nego wie­czoru w towa­rzy­stwie, które oka­zało się nie­od­po­wied­nie.

Wszy­scy pra­cu­jący w poli­cji wie­dzieli, że jeśli kobieta zostaje zamor­do­wana w domu, sprawcę naj­czę­ściej znaj­duje się wśród naj­bliż­szej rodziny. Dla­tego nie było nic dziw­nego w tym, że Stina Kau­pin zasta­na­wiała się, czy przy­pad­kiem nie roz­ma­wia z mor­dercą, kiedy tuż po wpół do ósmej ode­brała zgło­sze­nie na numer 112.

– SOS sto dwa­na­ście, co się stało?

– Moja żona nie żyje.

Resztę słów męż­czy­zny trudno było zro­zu­mieć. Jego głos zdra­dzał roz­pacz i szok. Zamilkł na dłuż­szą chwilę, aż Stina pomy­ślała, że się roz­łą­czył. Potem usły­szała, jak tam­ten pró­buje zapa­no­wać nad swoim odde­chem. Stina musiała doło­żyć sta­rań, żeby wydo­być od niego adres. Męż­czy­zna w słu­chawce powta­rzał tylko, że jego żona nie żyje i że jest pełno krwi. Wszę­dzie krew. Czy mogą przy­je­chać? Jak naj­szyb­ciej? Stina miała przed oczami obraz męż­czy­zny w śred­nim wieku z zakrwa­wio­nymi dłońmi, który powoli acz nie­uchron­nie zaczy­nał sobie uświa­da­miać, co zro­bił. W końcu dostała adres w Tum­bie. Popro­siła zgła­sza­ją­cego – domnie­ma­nego mor­dercę – żeby został na miej­scu i nie doty­kał niczego w domu. Wysyła do niego poli­cję i karetkę. Odło­żyła słu­chawkę i prze­ka­zała sprawę dalej poli­cji Södertörn w Hud­dinge, która z kolei wysłała na miej­sce patrol w radio­wo­zie.

Erik Lind­man i Fabian Holst wła­śnie skoń­czyli spo­ży­wać w aucie spóź­niony fast­fo­odowy obiad, kiedy otrzy­mali pole­ce­nie, żeby udać się na Tolléns väg pod numer 19.

Dzie­sięć minut póź­niej byli na miej­scu. Wysie­dli z samo­chodu i przyj­rzeli się domowi. Żaden z nich nie był szcze­gól­nie zain­te­re­so­wany ogrod­nic­twem, ale domy­ślali się, że ktoś zain­we­sto­wał wiele czasu i pie­nię­dzy, żeby osią­gnąć tę ide­al­nie bujną zie­leń, która ota­czała żółty drew­niany dom.

Znaj­do­wali się w poło­wie drogi na ogro­do­wej ścieżce, kiedy drzwi wej­ściowe się otwo­rzyły. Obaj odru­chowo się­gnęli do kabury na pra­wym bio­drze. Męż­czy­zna sto­jący w drzwiach miał roz­piętą koszulę i spo­glą­dał na umun­du­ro­wa­nych funk­cjo­na­riu­szy nieco roz­ko­ja­rzo­nym wzro­kiem.

– Karetka nie będzie potrzebna.

Poli­cjanci wymie­nili szyb­kie spoj­rze­nia. Męż­czy­zna naj­wy­raź­niej był pod wpły­wem szoku. Ludzie w szoku dzia­łają według wła­snych zasad. Nie­prze­wi­dy­wal­nie. Nie­lo­gicz­nie. Wpraw­dzie facet w drzwiach spra­wiał wra­że­nie dość wyczer­pa­nego i roz­bi­tego, ale nie zamie­rzali ryzy­ko­wać. Lind­man pod­szedł bli­żej, pod­czas gdy Holst zwol­nił kroku, cały czas trzy­ma­jąc rękę na służ­bo­wej broni.

– Richard Gran­lund? – zapy­tał Lind­man i prze­szedł kilka ostat­nich kro­ków do męż­czy­zny, który stał ze spoj­rze­niem utkwio­nym gdzieś za jego ple­cami.

– Karetka nie będzie potrzebna – powtó­rzył męż­czy­zna swoim bez­barw­nym gło­sem. – Kobieta, z którą roz­ma­wia­łem, powie­działa, że wyśle karetkę. Nie trzeba. Zapo­mnia­łem powie­dzieć, że…

Lind­man wła­śnie zna­lazł się przy nim i ujął go za ramię. Kon­takt fizyczny spra­wił, że męż­czy­zna w drzwiach drgnął i odwró­cił się do niego. Przyj­rzał mu się z wyra­zem zdzi­wie­nia na twa­rzy, jakby pierw­szy raz widział poli­cjanta i dzi­wił się, jak on mógł podejść tak bli­sko.

Nie ma krwi na rękach ani na ubra­niu, odno­to­wał w myślach Lind­man.

– Richard Gran­lund?

Męż­czy­zna ski­nął.

– Wró­ci­łem do domu, a ona tam leżała…

– Skąd pan wró­cił?

– Co?

– Skąd pan wró­cił? Gdzie pan był?

Może to nie był naj­lep­szy moment na prze­słu­chi­wa­nie osoby ewi­dent­nie znaj­du­ją­cej się w sta­nie szoku, ale infor­ma­cje otrzy­mane przy pierw­szym kon­tak­cie będzie można porów­nać z tym, co zezna w dal­szym toku śledz­twa.

– W Niem­czech. Służ­bowo. Mój samo­lot był spóź­niony. Czy raczej… naj­pierw lot został odwo­łany, a potem opóź­niony, a ja jesz­cze musia­łem zostać na lot­ni­sku, bo mój bagaż… – Męż­czy­zna umilkł. Jakby nagle ude­rzyła go jakaś myśl, coś do niego dotarło. Spoj­rzał na Lind­mana nieco przy­tom­niej. – Czy mogłem ją ura­to­wać? Gdy­bym przy­je­chał na czas, wtedy ona by żyła?

To były nor­malne w przy­pad­kach śmierci roz­wa­ża­nia co-by-było-gdyby, Lind­man sły­szał je wiele razy. W wielu spra­wach, przy któ­rych pra­co­wał, ludzie ginęli, bo zna­leźli się w nie­wła­ści­wym cza­sie w nie­wła­ści­wym miej­scu. Prze­cho­dzili przez ulicę aku­rat w chwili, kiedy jechał nią pijak za kół­kiem. Spali w przy­cze­pach kem­pin­go­wych, kiedy z butli z gazem zaczy­nał ulat­niać się gaz. Skra­cali sobie drogę przez tory wła­śnie wtedy, gdy nad­jeż­dżał pociąg. Spa­da­jące prze­wody elek­tryczne, napa­leni bru­talni męż­czyźni, samo­chody po złej stro­nie drogi. Przy­pa­dek, zbieg oko­licz­no­ści. Zapo­mniane klu­cze mogły opóź­nić kogoś o te kilka sekund, któ­rych bra­ko­wało, żeby zdą­żyć prze­do­stać się przez nie­strze­żony prze­jazd kole­jowy. Spóź­niony samo­lot mógł spra­wić, że czy­jaś żona była sama na tyle długo, żeby mor­derca zdą­żył ude­rzyć. Roz­wa­ża­nia co-by-było-gdyby.

Nor­malne w przy­pad­kach śmierci.

Nie­moż­liwe do roz­strzy­gnię­cia.

– Gdzie jest pań­ska żona, panie Gran­lund? – zapy­tał Lind­man spo­koj­nym gło­sem.

Męż­czy­zna w drzwiach zda­wał się namy­ślać nad tym pyta­niem. Musiał prze­sta­wić się ze swo­ich prze­żyć w podróży i ewen­tu­al­nej winy, która nagle na niego spa­dła, na tu i teraz. Na to, co było straszne.

Na to, czemu nie umiał zapo­biec.

W końcu jakoś odna­lazł się w tym wszyst­kim.

– Na górze. – Richard Gran­lund wyko­nał ruch ręką uko­śnie do góry i zaczął pła­kać. Lind­man dał znak kole­dze, żeby poszedł na pię­tro, a sam wpro­wa­dził pła­czą­cego męż­czy­znę do domu. Ni­gdy nie można było i nie powinno się mieć takiej pew­no­ści, ale Lind­man nabrał prze­ko­na­nia, że ten czło­wiek, któ­rego eskor­to­wał do kuchni, obej­mu­jąc go za ramiona, nie jest mor­dercą.

Na dole scho­dów Holst wycią­gnął broń i trzy­mał ją przy udzie. Jeśli ten zdru­zgo­tany męż­czy­zna, któ­rym zaopie­ko­wał się Lind­man, nie był mor­dercą, ist­niało ryzyko, że on, lub ona, co było jed­nak mniej praw­do­po­dobne, na­dal znaj­duje się w domu. Na górze otwo­rzyła się przed nim nie­wielka prze­strzeń. Okna w dachu. Podwójna sofa, tele­wi­zor i odtwa­rzacz Blu-ray. Na ścia­nach półki z książ­kami i fil­mami. Czworo drzwi. Dwoje otwar­tych, dwoje zamknię­tych. Ze szczytu scho­dów Holst widział nogę zamor­do­wa­nej kobiety w sypialni. W łóżku. To zna­czy, że należy zawia­do­mić Kra­jową Poli­cję Kry­mi­nalną, pomy­ślał, szybko zaglą­da­jąc do kolej­nego pokoju z otwar­tymi drzwiami. Gabi­net do pracy. Pusty. Zamknięte drzwi pro­wa­dziły do toa­lety i gar­de­roby. Oba pomiesz­cze­nia były puste. Holst scho­wał broń i pod­szedł do sypialni. Zatrzy­mał się na progu.

Od tygo­dnia w poli­cji krą­żył okól­nik roze­słany przez zespół docho­dze­niowo-śled­czy do spraw zabójstw Kra­jo­wej Poli­cji Kry­mi­nal­nej. Cho­dziło o zgła­sza­nie im infor­ma­cji na temat przy­pad­ków śmierci, które speł­niały nastę­pu­jące kry­te­ria:

Gdy ofiara została zna­le­ziona w swo­jej sypialni.

Gdy ofiara była zwią­zana.

Gdy ofiara miała pode­rżnięte gar­dło.

Sygnał komórki Tor­kela zakłó­cił ostat­nią zwrotkę grom­kiego Sto lat. Ode­brał, wyco­fu­jąc się do kuchni. W tle roz­brzmie­wało jesz­cze poczwórne „Niech żyje”.

Vilma obcho­dziła uro­dziny.

Trzy­na­ste.

Nasto­latka.

Wła­ści­wie przy­pa­dały w ostatni pią­tek, ale wtedy zapro­siła swoje kole­żanki do kina. Starsi, nudni człon­ko­wie rodziny, jak na przy­kład jej tata, zostali zapro­szeni w inny, zwy­kły wie­czór. Tor­kel wraz z Yvonne kupili córce w pre­zen­cie komórkę. Nową. Wła­sną. Dotych­czas Vilma przej­mo­wała apa­raty po star­szej sio­strze albo po któ­rymś z rodzi­ców, kiedy w pracy wymie­niano im służ­bowe. Teraz dostała nową. Z Andro­idem. Tor­kel pamię­tał, że Billy tak to nazwał, kiedy poma­gał mu wybrać model i markę. Yvonne mówiła, że Vilma od piątku prak­tycz­nie się z nią nie roz­sta­wała.

Kuchenny stół zamie­nił się na ten wie­czór w wystawę pre­zen­tów. Star­sza sio­stra kupiła Vil­mie tusz do rzęs, cień do powiek, błysz­czyk i fluid. Sole­ni­zantka otrzy­mała wszystko już w pią­tek, ale wyło­żyła jesz­cze raz, żeby pochwa­lić się swoim plo­nem. Tor­kel wziął do ręki tusz, który obie­cy­wał dzie­sięć razy buj­niej­sze rzęsy, wsłu­chu­jąc się w infor­ma­cje napły­wa­jące mu do ucha.

Mor­der­stwo. W Tum­bie. Kobieta w sypialni, zwią­zana, z pode­rżnię­tym gar­dłem.

Tor­kel był zda­nia, że Vilma jest jesz­cze o wiele za młoda na maki­jaż, ale usły­szał, że jest jedyną dziew­czynką w szó­stej kla­sie, która się nie maluje, a w siód­mej kla­sie po pro­stu nie­wy­obra­żalne było poka­zać się w szkole bez maki­jażu. Nie opie­rał się więc zbyt długo. Zda­wał sobie sprawę, że czasy się zmie­niają, powi­nien się cie­szyć, że nie musiał toczyć takich dys­ku­sji, kiedy Vilma zaczy­nała czwartą klasę. W jej szkole byli rodzice, któ­rzy musieli. I naj­wy­raź­niej prze­grali.

Wszystko wska­zy­wało na to, że była to trze­cia ofiara.

Tor­kel zakoń­czył roz­mowę, odło­żył mascarę i wró­cił do salonu.

Zawo­łał Vilmę, która roz­ma­wiała z bab­cią i dziad­kiem. Nie wyglą­dała na nie­za­do­wo­loną, że musi prze­rwać roz­mowę z parą sta­rych ludzi. Pode­szła do Tor­kela z wycze­ki­wa­niem w oczach, jakby spo­dzie­wała się, że przy­go­to­wał w kuchni jakąś nie­spo­dziankę.

– Muszę jechać, kocha­nie.

– Czy to z powodu Kri­stof­fera?

Tor­kel potrze­bo­wał kilku sekund, żeby zro­zu­mieć sens tego pyta­nia. Kri­stof­fer był nowym face­tem Yvonne. Spo­ty­kali się od kilku mie­sięcy, jak się dowie­dział. Dzi­siaj po raz pierw­szy go zoba­czył. Nauczy­ciel lice­alny. Pod pięć­dzie­siątkę. Roz­wie­dziony, dzieci zostały przy żonie. Spra­wiał sym­pa­tyczne wra­że­nie. Tor­kel nawet przez moment nie pomy­ślał, że ich spo­tka­nie może zostać ode­brane jako krę­pu­jące, nie­przy­jemne czy w jaki­kol­wiek inny spo­sób pro­ble­ma­tyczne, dla­tego nie od razu pojął pyta­nie córki. Vilma naj­wy­raź­niej ode­brała jego krótki namysł jako potwier­dze­nie swo­ich przy­pusz­czeń.

– Mówi­łam jej, żeby go nie zapra­szała – dodała z mar­kotną miną.

Tor­kel poczuł przy­pływ czu­ło­ści dla córki. Chciała go chro­nić. Miała trzy­na­ście lat i już chciała oszczę­dzić mu pro­ble­mów ser­co­wych. W jej świe­cie to przy­pusz­czal­nie bar­dzo nie­wy­godna sytu­acja. Na pewno nie chcia­łaby spo­tkać swo­jego daw­nego chło­paka z jakąś inną dziew­czyną. O ile był w jej życiu jakiś chło­pak. Tor­kel nie miał pew­no­ści. Pogła­dził ją czule po policzku.

– Muszę iść do pracy. To nie ma nic wspól­nego z Kri­stof­fe­rem.

– Na pewno?

– Jak naj­bar­dziej. Musiał­bym poje­chać, nawet gdy­by­śmy tu byli tylko we dwójkę. Wiesz, jak to jest.

Vilma ski­nęła głową. Miesz­kała z nim dosta­tecz­nie długo i pamię­tała, że zni­kał, kiedy to było konieczne, i nie wra­cał tak długo, jak było potrzeba.

– Ktoś umarł?

– Tak.

Tor­kel nie chciał opo­wia­dać wię­cej. Na samym początku posta­no­wił, że nie będzie osobą, która zdo­bywa uwagę dzieci opo­wia­da­niem sen­sa­cyj­nych czy śmiesz­nych histo­rii ze swo­jej pracy. Vilma o tym wie­działa. Nie pytała więc dalej, tylko znów ski­nęła głową. Tor­kel spoj­rzał na nią poważ­nie.

– Myślę, że to dobrze, że mama kogoś spo­tkała.

– A dla­czego?

– Dla­czego nie? Tylko z tego powodu, że już nie jest ze mną, nie musi być samotna.

– A ty spo­tka­łeś kogoś?

Tor­kel zawa­hał się na chwilę. Co ma powie­dzieć? Przez dłuż­szy czas był w pewien spo­sób zwią­zany z Ursulą, swoją zamężną kole­żanką z pracy, ale ni­gdy nie okre­ślili, co to tak naprawdę było. Sypiali ze sobą, kiedy mieli śledz­twa wyjaz­dowe. Ni­gdy w Sztok­hol­mie. Żad­nych wspól­nych kola­cji ani codzien­nych roz­mów o spra­wach pry­wat­nych czy oso­bi­stych. Seks i oma­wia­nie pracy. To wszystko. A teraz nie było nawet tego. Kilka mie­sięcy temu włą­czył do swo­jego zespołu daw­nego kolegę Seba­stiana Berg­mana i od tego czasu z Ursulą łączyła go tylko praca. To męczyło Tor­kela. Bar­dziej, niż był skłonny przy­znać. Nie cho­dziło o to, że ich rela­cja, czy jak też to nazwać, dzia­łała ewi­dent­nie na zasa­dach Ursuli, z tym mógł się pogo­dzić, ale po pro­stu mu jej bra­ko­wało. Bar­dziej, niż się spo­dzie­wał. Na domiar złego wyglą­dało na to, że znów była bli­żej ze swoim mężem Mic­kem. Nawet spę­dzili razem week­end w Paryżu kilka tygo­dni temu.

Więc czy on kogoś spo­tkał?

Wła­ści­wie nie, a nie chciał się pod­jąć tłu­ma­cze­nia nasto­latce zło­żo­no­ści tej rela­cji.

– Nie – odpo­wie­dział w końcu. – Nie spo­tka­łem nikogo. Ale teraz naprawdę muszę jechać.

Przy­tu­lił córkę. Mocno.

– Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin – szep­nął. – Kocham cię.

– Ja też cię kocham – odpo­wie­działa dziew­czynka. – I moją komórkę. – Przy­ci­snęła swoje świeżo nabłysz­czone usta do jego policzka.

Na twa­rzy Tor­kela na­dal gościł uśmiech, kiedy wsia­dał do samo­chodu i ruszał w stronę Tumby.

Zadzwo­nił do Ursuli.

Była już w dro­dze.

Już w aucie Tor­kel uświa­do­mił sobie, że ma nadzieję, iż to okaże się czymś innym. Ktoś inny. Że nie będzie żad­nego związku z tam­tymi zamor­do­wa­nymi kobie­tami. Że to będzie pierw­szy raz. Ale tak nie było. Zro­zu­miał to, kiedy zaj­rzał do sypialni.

Nylo­nowe poń­czo­chy. Koszula nocna. Uło­że­nie.

To była trze­cia.

Okre­śle­nie „od ucha do ucha” nie wystar­czyło, żeby opi­sać ranę zie­jącą w gar­dle. Raczej z jed­nej strony krę­go­słupa na drugą. Jak przy otwie­ra­niu puszki, kiedy zosta­wia się mały nie­roz­cięty kawa­łe­czek, żeby móc odgiąć wieczko. Kobieta miała nie­mal odciętą głowę. Sprawca musiał użyć potęż­nej siły, żeby zadać jej takie obra­że­nia. Wszę­dzie było pełno krwi, wysoko na ścia­nach, na pod­ło­dze.

Ursula już zaczęła foto­gra­fo­wać. Ostroż­nie poru­szała się po całym pokoju, pil­nu­jąc, żeby nie nadep­nąć na krew. Zawsze gdy tylko mogła, była pierw­sza na miej­scu zbrodni. Pod­nio­sła wzrok, ski­nęła mu na powi­ta­nie i dalej pstry­kała. Tor­kel zadał jej pyta­nie, na które znał już odpo­wiedź.

– Ten sam?

– Abso­lut­nie.

– Po dro­dze dzwo­ni­łem znów do Lövhagi. Dalej sie­dzi tam, gdzie sie­dział.

– To chyba już wie­dzie­li­śmy, prawda?

Tor­kel ski­nął. Sto­jąc w drzwiach do sypialni i patrząc na zamor­do­waną kobietę, pomy­ślał, że ta sprawa mu się nie podoba. Stał już w innych drzwiach do innych sypialni i widział inne kobiety w noc­nych koszu­lach, z dłońmi i sto­pami spę­ta­nymi parą nylo­no­wych poń­czoch, zgwał­cone i z pode­rżnię­tym gar­dłem. W 1995 roku zna­leźli pierw­szą. Potem były jesz­cze trzy, zanim późną wio­sną następ­nego roku udało się ująć mor­dercę.

Hinde został ska­zany na karę doży­wot­niego wię­zie­nia w zakła­dzie kar­nym Lövhaga.

Nawet nie odwo­łał się od wyroku.

Sie­dział tam na­dal.

Ale nowe ofiary były nie­mal iden­tycz­nymi kopiami ofiar jego daw­nych zbrodni. Dło­nie i stopy zwią­zane w taki sam spo­sób. Bru­talne obra­że­nia na szyi. Nawet nie­bie­ski odcień wzoru na bia­łej koszuli noc­nej był taki sam. Zna­czyło to, że szu­kali nie tylko seryj­nego mor­dercy, był to wręcz copy­cat. Ktoś z jakichś powo­dów kopio­wał zabój­stwa sprzed pięt­na­stu lat. Tor­kel zaj­rzał do swo­jego notesu, potem znów zwró­cił się do Ursuli. Też zaj­mo­wała się tą sprawą z lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Ona, Seba­stian i Trolle Her­mans­son, który teraz był na przy­mu­so­wej eme­ry­tu­rze.

– Mąż dostał odpo­wiedź na SMS-a około dzie­wią­tej rano, ale o pierw­szej już nie – powie­dział Tor­kel.

– To się może zga­dzać. Została zamor­do­wana od pię­ciu do pięt­na­stu godzin temu.

Tor­kel ski­nął. Wie­dział, że Ursula się nie myli. Gdyby zapy­tał, wska­za­łaby, że rigor mor­tis nie dotarł do nóg, nie wystą­piła jesz­cze auto­liza, widoczne były livo­res. Wymie­ni­łaby też masę innych słów z żar­gonu leka­rzy sądo­wych, któ­rego mimo tylu lat spę­dzo­nych w poli­cji Tor­kel nie miał ochoty się uczyć. Jeśli się pytało, umieli to wyja­śnić rów­nież nor­mal­nym języ­kiem.

Ursula wierz­chem dłoni otarła pot z czoła. Na pię­trze było o kilka stopni cie­plej niż na dole. Czerw­cowe słońce przy­grze­wało przez cały dzień. W pokoju brzę­czały muchy, zwa­bione przez krew i nie­wi­doczny jesz­cze dla oka, ale już postę­pu­jący roz­kład.

– Koszula nocna? – zapy­tał Tor­kel, rzu­ciw­szy ostat­nie spoj­rze­nie na łóżko.

– A co z koszulą? – Ursula opu­ściła apa­rat i przyj­rzała się nie­mod­nemu baweł­nia­nemu ubra­niu.

– Jest opusz­czona.

– To mógł być mąż. Chciał ją osło­nić.

– Zapy­tam, czy jej doty­kał.

Tor­kel opu­ścił swoje miej­sce na progu sypialni. Musi wró­cić do zroz­pa­czo­nego męża w kuchni. Naprawdę nie lubił tej sprawy.

Wysoki męż­czy­zna prze­spał kilka godzin. Wró­cił do domu i padł na łóżko. Zawsze tak robił. Rytu­ały. Adre­na­lina pły­nęła w jego ciele. Nie wie­dział do końca, jak to się działo, ale potem czuł się tak, jakby przez ten krótki czas aktyw­no­ści zużył zapasy ener­gii na cały tydzień. Ale teraz już nie spał. Dzwo­nił budzik. Przy­szła pora na dzia­ła­nie. Znowu. Wstał z łóżka. Miał jesz­cze tyle do zro­bie­nia. I wszystko koniecz­nie trzeba wyko­nać we wła­ściwy spo­sób. O wła­ści­wej porze. We wła­ści­wej kolej­no­ści.

Rytu­ały.

Bez nich wszystko zamie­ni­łoby się w chaos. Chaos i prze­ra­że­nie. Rytu­ały dawały poczu­cie kon­troli. Rytu­ały spra­wiały, że zło nie było tak cał­kiem złe. Ból był mniej bole­sny. Rytu­ały odpę­dzały mrok.

Męż­czy­zna pod­łą­czył apa­rat cyfrowy Nikon do kom­pu­tera i wpraw­nie zała­do­wał trzy­dzie­ści sześć zdjęć.

Pierw­sze przed­sta­wiało pła­czącą kobietę z ramio­nami skrzy­żo­wa­nymi, żeby zasło­nić nagie piersi, jak stoi i czeka, aż on da jej koszulę. Z jed­nej dziurki nosa krew spły­wała jej na dolną wargę. Dwie kro­pelki musnęły jej lewą pierś i zosta­wiły czer­wone ślady, jak deszcz na szy­bie. Naj­pierw nie chciała się roze­brać. Wyda­wało jej się, że ubra­nie ją osłoni. Że ją ura­tuje.

Na trzy­dzie­stym szó­stym i ostat­nim zdję­ciu patrzyła pustym wzro­kiem w obiek­tyw. Uklęk­nął przy łóżku i nachy­lił się tak bli­sko, że czuł cie­pło krwi sączą­cej się z wiel­kiej rany w szyi. Więk­sza część krwi już wycie­kła z ciała albo została wchło­nięta przez pościel i mate­rac.

Spraw­dził szybko pozo­stałe zdję­cia. Wkła­da­nie koszuli. Poń­czo­chy. Węzły. Ścią­gnięte majtki. Przed aktem. Po akcie. Nóż i jego dzieło.

Prze­ra­że­nie.

Świa­do­mość.

Rezul­tat.

Wszystko wyglą­dało dobrze. Wyko­rzy­sta wszyst­kie trzy­dzie­ści sześć. Tak było naj­le­piej. Mimo nie­ogra­ni­czo­nej pojem­no­ści apa­ratu cyfro­wego chciał się trzy­mać ram wyzna­czo­nych przez dawne rolki kli­szy foto­gra­ficz­nej. Trzy­dzie­ści sześć zdjęć. Nie mniej. Nie wię­cej.

Rytu­ały.

Billy klę­czał przy drzwiach wej­ścio­wych i badał zamek, kiedy Tor­kel zszedł po scho­dach na par­ter. Zwró­cił się do szefa.

– Nie ma śla­dów mani­pu­lo­wa­nia, z tego, co widzę. Wszystko wska­zuje na to, że został wpusz­czony.

– Drzwi na werandę zasta­li­śmy otwarte – przy­po­mniał mu Tor­kel.

– Mąż je otwo­rzył po powro­cie do domu. – Billy ski­nął głową. – Mówił, że były zamknięte na klucz.

– Czy jest tego pewien? Spra­wiał wra­że­nie nie­zbyt przy­tom­nego po tym szoku.

– Brzmiało pew­nie…

– Zapy­tam go jesz­cze raz. Gdzie jest Vanja?

– W ogro­dzie. Wła­śnie dotarła.

– W gabi­ne­cie na górze stoi kom­pu­ter. – Tor­kel ski­nie­niem wska­zał schody, po któ­rych wła­śnie zszedł. – Zabierz­cie go i sprawdź­cie, czy da się coś zna­leźć. Naj­le­piej coś, co połą­czy­łoby ją z tam­tymi ofia­rami.

– A więc to jest trze­cia?

– Wiele na to wska­zuje.

– Czy będziemy potrze­bo­wali pomocy, czy raczej…?

Billy nie dokoń­czył pyta­nia. Tor­kel domy­ślił się, że tak naprawdę chciał spy­tać: Czy sko­rzy­stamy z pomocy Seba­stiana Berg­mana? Jemu też ta myśl przy­szła już do głowy, ale natych­miast ją odrzu­cił. Wady tego roz­wią­za­nia były oczy­wi­ste i nie rów­no­wa­żyły ewen­tu­al­nych korzy­ści, ale tak myślał przed­tem.

Zanim zna­leźli trze­cią.

– Zoba­czymy.

– Chcia­łem powie­dzieć, że bio­rąc pod uwagę, kogo on kopiuje…

– Już mówi­łem, zoba­czymy.

Z tonu jego głosu Billy domy­ślił się, że na razie nie powi­nien wię­cej pytać. Billy rozu­miał fru­stra­cję Tor­kela. Nie mieli żad­nych śla­dów. A raczej mieli ich całą masę. Odci­ski pal­ców, ślady buta, spermę i włosy, ale mimo to nie byli ani o krok bli­żej uję­cia mor­dercy niż dwa­dzie­ścia dzie­więć dni temu, kiedy zna­le­ziono pierw­szą kobietę zwią­zaną i zamor­do­waną w taki sam spo­sób. Sprawca wręcz non­sza­lancko nie przej­mo­wał się zosta­wia­nymi przez sie­bie śla­dami, ponie­waż musiał wie­dzieć, że nie figu­ruje w żad­nych kar­to­te­kach. Był zbyt dobrze zor­ga­ni­zo­wany, żeby dopu­ścić do takiego nie­dbal­stwa. A więc nie­ka­rany, w każ­dym razie nie za więk­sze prze­stęp­stwa. Ale lubiący ryzyko. Lub zmu­szony, żeby je podej­mo­wać. Oby­dwie moż­li­wo­ści budziły nie­po­kój. To zna­czyło, że z dużym praw­do­po­do­bień­stwem zaata­kuje jesz­cze raz.

– Weź Vanję i przej­rzyj­cie wszystko jesz­cze raz.

Gdyby tylko udało się odkryć powią­za­nia mię­dzy ofia­rami, to już zna­czy­łoby bar­dzo dużo. Wtedy można by dowie­dzieć się cze­goś o mor­dercy i stwo­rzyć krąg podej­rza­nych. Naj­gor­sze byłoby, gdyby wybie­rał kobiety przy­pad­kowo. Gdyby było tak, że widział je na ulicy, śle­dził, roz­pra­co­wy­wał, pla­no­wał i cze­kał na odpo­wiedni moment. Jeśli dzia­łał wła­śnie w ten spo­sób, nie mieli szans go zła­pać, zanim nie popełni błędu. A na razie nie popeł­nił jesz­cze żad­nego.

Billy wszedł na górę kil­koma wiel­kimi kro­kami, zaj­rzał szybko do sypialni, gdzie na­dal pra­co­wała Ursula, i wszedł do gabi­netu. Pokój był nie­zbyt duży. Miał może sześć metrów kwa­dra­to­wych. W kącie biurko z biu­ro­wym krze­słem. Pod biur­kiem płyta z pleksi, żeby nie nisz­czyć par­kietu kół­kami. Niska ława, a na niej dru­karka, modem, router, papier i inne mate­riały biu­rowe. Na ścia­nie nad biur­kiem wisiała ramka na osiem zdjęć. Ofiara – miała na imię Katha­rina, przez „th”, o ile Billy dobrze zapa­mię­tał – sama na jed­nym ze zdjęć, uśmiech­nięta do obiek­tywu, z tyłu jabłoń, na ciem­nych wło­sach słom­kowy kape­lusz, biała let­nia sukienka. Jak z reklamy szwedz­kiego lata. Może to był Österlen. Męż­czy­zna – Richard – też był sam na jed­nym ze zdjęć. Sie­dział na rufie żaglówki. Oku­lary sło­neczne, mocna opa­le­ni­zna, sku­pie­nie. Na pozo­sta­łych sze­ściu zdję­ciach byli razem. Przy­tu­leni, sple­ceni w uści­sku, roze­śmiani. Naj­wy­raź­niej dużo podró­żo­wali. Jedno ze zdjęć zostało zro­bione na plaży o olśnie­wa­jąco bia­łym pia­sku z pal­mami w tle, na dwóch innych Billy zdo­łał roz­po­znać Nowy Jork i Kuala Lum­pur. Chyba nie mieli dzieci.

Przy­naj­mniej tym razem nikt nie stra­cił matki.

Stał jesz­cze chwilę przed zdję­ciami. Wpa­try­wał się w czułe uśmie­chy dwojga ludzi. Na wszyst­kich zdję­ciach byli objęci. Może po pro­stu zawsze pozo­wali w ten spo­sób do zdjęć. A może to była tylko gra, żeby poka­zać światu, jak wspa­niale im jest razem. Choć nic na to nie wska­zy­wało, raczej wyglą­dali na auten­tycz­nie zako­cha­nych, kiedy tak stali przed obiek­ty­wem sple­ceni ramio­nami. Billy po pro­stu nie mógł się ode­rwać od zdjęć pary. Coś w nich go poru­szyło, może to szczę­ście, jakim pro­mie­nieli. Spra­wiali wra­że­nie takich rado­snych. Tak zako­cha­nych. Tak bar­dzo żywych. Billy ni­gdy nie prze­ży­wał tych rze­czy aż tak. Bez pro­blemu potra­fił zacho­wać pro­fe­sjo­nalny dystans do ofiary. Oczy­wi­ście zawsze jakoś to na niego wpły­wało, cier­piał razem z bli­skimi ofiary, ale ostrze smutku nie się­gało aż tak głę­boko. Wie­dział dosko­nale, dla­czego tym razem było ina­czej. Wła­śnie spo­tkał osobę, któ­rej wesołe spoj­rze­nie i kuszący uśmiech przy­po­mi­nały kobietę ze zdjęć. To spra­wiało, że tra­ge­dia sta­wała się peł­no­wy­mia­rowa i rze­czywista. Pomy­ślał o My. Jak dzi­siaj rano odsu­nęła koł­drę i sen­nie go objęła. Jak pró­bo­wała go namó­wić, żeby u niej został jesz­cze krótką chwilę, i jesz­cze jedną, aż minie cały ranek. Obraz uśmiech­nię­tej My paso­wał do tych roman­tycz­nych zdjęć na ścia­nie, ale w żad­nym razie nie paso­wał do tej gro­te­skowo powy­krę­ca­nej, zwią­za­nej i zgwał­co­nej kobiety z sąsied­niego pokoju. A jed­nak to była ta sama kobieta. Przez sekundę zda­wało mu się, że to My leży twa­rzą do dołu w ogrom­nej kałuży krwi. Odwró­cił głowę, szybko zamknął oczy. Taki strach nie nawie­dzał go ni­gdy przed­tem.

Ni­gdy.

I nie wolno mu było znów się do niego zbli­żyć. Wie­dział o tym. Ni­gdy nie może dopu­ścić do sie­bie prze­mocy i lęku, nie może pozwo­lić, by go zatruły. To znisz­czy­łoby jego miłość. Uczy­ni­łoby ją lękliwą i wiecz­nie nie­spo­kojną. Potrzeba utrzy­ma­nia dystansu mię­dzy życiem pry­wat­nym a pracą była dla niego w tej chwili jasna jak słońce, bez tego dystansu stra­ciłby wszystko. Mógł ją obej­mo­wać, mocno trzy­mać, ale ni­gdy nie mógł dzie­lić z nią tych uczuć. Były zbyt mroczne i głę­bo­kie, żeby wpro­wa­dzać je do ich związku. Kiedy wróci do domu, będzie ją długo trzy­mał w ramio­nach. Bar­dzo długo. Ona zapyta dla­czego. Wtedy będzie musiał skła­mać. Nie­stety. Ale nie chciał poka­zy­wać jej prawdy. Billy odwró­cił się, wziął z biurka lap­top i zszedł na dół, żeby zna­leźć Vanję.

Wysoki męż­czy­zna wpi­sał do kom­pu­tera pole­ce­nie wydru­ko­wa­nia wszyst­kich zdjęć i dru­karka natych­miast odpo­wie­działa pra­co­wi­tym pomru­ki­wa­niem. Pod­czas gdy zdję­cia się dru­ko­wały na błysz­czą­cym papie­rze o wymia­rach 10 na 15, utwo­rzył na pul­pi­cie nowy fol­der na zdję­cia, sko­pio­wał je do niego, wszedł na chro­nioną hasłem dostępu stronę, zalo­go­wał się jako admi­ni­stra­tor i dodał fol­der. Strona miała nie­wiele mówiący adres fygorh.se. Wła­ści­wie była to przy­pad­kowa kom­bi­na­cja liter stwo­rzona po to, żeby nie mogła zna­leźć się w czo­łówce tra­fień żad­nej wyszu­ki­warki. Gdyby wbrew ocze­ki­wa­niom zabłą­kał się tutaj ktoś nie­po­żą­dany, to napo­tka źle zapro­jek­to­waną stronę, kiep­sko podany tekst, pra­wie nie­czy­telny na barw­nym i migo­czą­cym tle. Tek­sty, w któ­rych co jakiś czas zmie­niały się czcionka i kolor, sta­no­wiły frag­menty ksią­żek, rapor­tów komi­sji pań­stwo­wych, roz­praw, innych stron inter­ne­to­wych albo bez­sen­sowny beł­kot, bez aka­pi­tów czy nawet spa­cji. Cza­sem tu czy tam, zupeł­nie bez związku z tre­ścią, poja­wiały się dziwne zdję­cia lub rysunki. Strona wyglą­dała jak digi­talna wer­sja owych kom­plet­nych bzdur wypi­sy­wa­nych cza­sami na wia­tach auto­bu­so­wych czy sta­cjach trafo, będą­cych dzie­łem kogoś, kto nie umiał się zde­cy­do­wać na jeden wariant, tylko chciał wypró­bo­wać wszyst­kie w jed­nym miej­scu. Nikt nie był w sta­nie skon­cen­tro­wać się na tej stro­nie przez dłuż­szą chwilę. Zamó­wił sta­ty­stykę odwie­dzin. Spo­śród sie­dem­dzie­się­ciu trzech osób, które z nie­zna­nych powo­dów tra­fiły na tę stronę, naj­dłu­żej zaba­wił gość, który zatrzy­mał się tu na minutę i dwa­dzie­ścia sześć sekund. Wła­śnie o to mu cho­dziło. Nikt nie dał rady kli­kać aż do pią­tej strony ani nie zauwa­żył małego czer­wo­nego guzika, który był tam umiesz­czony, w samym środku tek­stu o ozna­cza­niu budowli zabyt­ko­wych w gmi­nie Katri­ne­holm. Po klik­nię­ciu w ten guzik otwie­rała się nowa strona, wyma­ga­jąca hasła i loginu. Dalej znaj­do­wał się fol­der ze zdję­ciami, które wła­śnie tam umie­ścił. Fol­der miał nic nie­mó­wiącą nazwę: „3”.

Dru­karka zakoń­czyła pracę. Wyjął zdję­cia. Przej­rzał je i poli­czył. Wszyst­kie trzy­dzie­ści sześć. Wziął wielki spi­nacz do papieru i ści­snął nimi zdję­cia u góry. Potem prze­szedł na drugą stronę pokoju, gdzie na ścia­nie wisiała wielka płyta kor­kowa, i zawie­sił spi­nacz ze zdję­ciami na gwoź­dziu w pra­wym gór­nym rogu płyty. Nad gwoź­dziem wid­niała cyfra „3” w kółku, nama­lo­wana czar­nym pisa­kiem. Rzu­cił szyb­kie spoj­rze­nie na zdję­cia wiszące powy­żej, na gwoź­dziach opi­sa­nych „1” i „2”. Kobiety. W swo­ich sypial­niach. Pół­na­gie. Zapła­kane. Prze­ra­żone. Spi­nacz po lewej stro­nie zawie­rał tylko trzy­dzie­ści cztery zdję­cia. Dwa mu nie wyszły. Przed aktem. Był zbyt roz­go­rącz­ko­wany. Odszedł od rytu­ału. Prze­kli­nał się za to. Przy­się­gał sobie na wszyst­kie świę­to­ści, że to się ni­gdy nie powtó­rzy. Ale już drugi plik zawie­rał wła­ściwą liczbę zdjęć. Teraz znów pod­niósł apa­rat do oczu i zro­bił zdję­cie płyty wraz z jej maka­bryczną zawar­to­ścią. Pierw­sza faza zakoń­czona. Odło­żył apa­rat na biurko i się­gnął po czarną torbę spor­tową, sto­jącą na pod­ło­dze tuż przy drzwiach.

Wyszedł z nią do kuchni.

Posta­wił torbę na pustym kuchen­nym stole, odsu­nął zamek i wyjął pla­sti­kową torebkę oraz kawa­łek kar­tonu z opa­ko­wa­nia poń­czoch, któ­rych uży­wał. Phi­lippe Mati­gnon Noblesse 50 Cam­mello jasny brąz.

Jak zwy­kle.

Jak zawsze.

Otwo­rzył szafkę pod zle­wem, wrzu­cił opa­ko­wa­nie do kubła i zamknął drzwiczki. Wró­cił do torby, wyjął nóż w pla­sti­ko­wej torebce, wycią­gnął go, wło­żył do zlewu, potem znów otwo­rzył drzwiczki pod zle­wem i wyrzu­cił zakrwa­wioną torebkę. Zamknął szafkę i odkrę­cił kran. Let­nia woda spły­wała po sze­ro­kim ostrzu. Zakrze­pła krew zaczy­nała się odry­wać od metalu i spły­wała lewo­skręt­nym wirem do kana­li­za­cji. Ujął nóż za trzo­nek i odwró­cił. Kiedy już prze­stał ocie­kać krwią, męż­czy­zna wziął płyn do naczyń i szczotkę, żeby doczy­ścić go do końca. Potem sta­ran­nie wytarł ostrze i wło­żył nóż z powro­tem do torby. Otwo­rzył trze­cią szu­fladę od góry w rzę­dzie szu­flad koło kuchenki i wyjął rolkę trzy­li­tro­wych wor­ków do zamra­ża­nia. Ode­rwał jeden worek, odło­żył rolkę, zasu­nął szu­fladę, a worek wło­żył do torby obok noża. Potem wyszedł z kuchni.

Billy obszedł dom dookoła i zna­lazł Vanję na traw­niku. Stała zwró­cona ple­cami do werandy i okien z wiel­kimi szy­bami. Przed nią roz­po­ście­rał się zadbany traw­nik ogra­ni­czony dwiema raba­tami kwia­to­wymi. Billy nie znał nazwy żad­nej rośliny, ale był pewien, że to nie bujne kwie­cie przy­cią­gało uwagę Vanji.

– Jak tam?

Vanja drgnęła. Nie sły­szała jego kro­ków.

– Nie zosta­wił tu swo­jej wizy­tówki, jeśli to masz na myśli.

– Okej… – Billy cof­nął się kawa­łek.

Vanja uświa­do­miła sobie, że jej odpo­wiedź zabrzmiała zaska­ku­jąco szorstko. Pyta­nie kolegi może wcale nie doty­czyło pracy. Prze­cież ją znał. Znał dobrze. Wie­dział, jak nie­na­wi­dzi tego rodzaju zbrodni. Nie z powodu krwi i prze­mocy sek­su­al­nej. Widziała już gor­sze rze­czy. Ale to była kobieta.

Mar­twa.

We wła­snym domu.

Kobiety nie powinny być gwał­cone i mor­do­wane w swo­ich domach. I tak zawsze i wszę­dzie były nara­żone na nie­bez­pie­czeń­stwo. Naj­le­piej powinny się prze­bie­rać, kiedy wie­czo­rem wra­cały z klubu do domu. Powinny uni­kać przejść pod­ziem­nych, par­ków i mało uczęsz­cza­nych dróg. Nie cho­dzić z iPo­dem i muzyką w uszach. Nie mogły poru­szać się swo­bod­nie, miały ogra­ni­czone moż­li­wo­ści. Przy­naj­mniej w domu powinny czuć się bez­piecz­nie.

Odprę­żone.

Pewne.

– Zna­la­złam to – powie­działa Vanja, cofa­jąc się do werandy.

Billy poszedł za nią. Weszli na ciśnie­niowo impre­gno­wane deski, minęli cztery wikli­nowe fotele i stół ze zło­żo­nym zie­lo­nym para­so­lem w środku, który Billy’emu koja­rzył się raczej z uliczną kawiar­nią niż werandą domu, pode­szli do dwóch leża­ków z bia­łego drewna, na któ­rych przy­pusz­czal­nie wła­ści­ciele prze­sia­dy­wali w zacho­dzą­cym słońcu, każde z drin­kiem w dłoni.

– Tutaj. – Vanja wska­zała okno z lewej strony.

Billy spoj­rzał w tę stronę. Za szybą roz­po­ście­rała się znaczna część par­teru. Zoba­czył Tor­kela pogrą­żo­nego w roz­mo­wie z Richar­dem Gran­lun­dem, widział tech­ni­ków bada­ją­cych resztę domu, ale chyba nie o to Vanji cho­dziło.

– Ale co? – zapy­tał.

– Tutaj – powtó­rzyła, wska­zu­jąc pal­cem. Tym razem bar­dziej pre­cy­zyj­nie, żeby Billy zoba­czył. Prak­tycz­nie miał to przed oczami. Odcisk na szy­bie, nie­mal kwa­dra­towa plama o powierzchni kilku cen­ty­me­trów, a poni­żej jesz­cze mniej­sza kropka. Ślady te były oto­czone z obu stron pla­mami w kształ­cie pół­księ­życa. Lewa zakrzy­wiona w prawo, prawa w lewo, jak nawiasy wokół pozo­sta­łych odci­sków. Billy od razu domy­ślił się, co to było. Ktoś – przy­pusz­czal­nie mor­derca – zaglą­dał przez okno, przy­kła­da­jąc czoło i nos do szyby, a rów­no­cze­śnie osła­nia­jąc się zgię­tymi dłońmi przed świa­tłem, i zosta­wił tłu­ste ślady na szkle.

– Jest wysoki – stwier­dził Billy, nachy­la­jąc się bli­żej. – Wyż­szy ode mnie.

– Jeśli to był ten, co to zro­bił – Vanja ski­nęła w stronę plam na szy­bie – zna­czy­łoby to, że był widoczny z tam­tych domów. – Wska­zała sąsied­nie domy za raba­tami kwia­to­wymi. – Ktoś mógł go widzieć.

Billy nie był prze­ko­nany. Połu­dnie, zwy­kły robo­czy dzień w lipcu. Oko­liczne domy spra­wiały wra­że­nie opusz­czo­nych przez urlo­pu­ją­cych miesz­kań­ców. Bar­dzo nie­wielu gapiów zebrało się na ulicy albo aku­rat miało coś do zro­bie­nia w ogro­dzie, kiedy przy­była poli­cja. Miesz­kańcy mieli dość pie­nię­dzy i czasu, żeby pozwo­lić sobie na let­nie domy, jachty albo zagra­niczne rejsy. Czy sprawca o tym wie­dział? Może na to liczył?

Przy­pusz­czal­nie.

Oczy­wi­ście będą musieli przejść się po domach i stu­kać do drzwi. Do wielu drzwi. Jeśli mor­derca został wpusz­czony, jak sądził Billy, powi­nien dojść do domu od frontu. Puka­nie do drzwi werandy budziło więk­szy prze­strach, było czymś dziw­nym, wtedy szansa na wpusz­cze­nie znacz­nie malała. A więc musiał iść dróżką przez ogród. Cał­ko­wi­cie widoczny. Wpraw­dzie z tego, co widzieli, był tak samo widoczny w pozo­sta­łych dwóch miej­scach zbrodni, ale wcale im to nie pomo­gło. Nikt niczego ani nikogo nie widział. Żad­nego samo­chodu, żad­nej dziw­nie zacho­wu­ją­cej się osoby w oko­licy, nikogo, kto by pytał o drogę, wałę­sał się, jeź­dził rowe­rem, żad­nego posłańca z wia­do­mo­ścią.

Nikogo i niczego.

Wszystko w sąsiedz­twie wyglą­dało tak samo jak zwy­kle, z jed­nym małym wyjąt­kiem, że bru­tal­nie zamor­do­wano kobietę.

– Tor­kel chce, żeby­śmy wró­cili – powie­dział Billy. – Jeśli mamy szczę­ście, teraz uda się nam zna­leźć wspólny mia­now­nik.

– Mam wra­że­nie, że bez szczę­ścia nic nie wskó­ramy. On się roz­kręca.

Billy przy­tak­nął ski­nie­niem. Mię­dzy pierw­szym a dru­gim mor­der­stwem upły­nęły trzy tygo­dnie. Mię­dzy dru­gim a trze­cim zale­d­wie osiem dni. Razem ruszyli po wystrzy­żo­nym jak do golfa traw­niku, który mimo utrzy­mu­ją­cej się suszy i upa­łów nie miał ani jed­nej żół­tej plamy. Vanja spoj­rzała na kolegę, który stą­pał obok niej w gra­na­to­wej blu­zie z kap­tu­rem i lap­to­pem w jed­nej ręce.

– Prze­pra­szam, jeśli przed­tem zacho­wa­łam się, jak­bym była wku­rzona.

– Nie ma sprawy, po pro­stu byłaś wku­rzona.

Vanja uśmiech­nęła się do sie­bie.

Tak łatwo jej się pra­co­wało z Bil­lym.

Sypial­nia.

Z torbą w dłoni wysoki męż­czy­zna pod­szedł do komody przy ścia­nie z oknami. Posta­wił torbę na komo­dzie i wysu­nął górną szu­fladę. Wyjął leżącą po pra­wej stro­nie sta­ran­nie zło­żoną koszulę nocną i wło­żył do torby. Z lewej czę­ści szu­flady wziął zafo­lio­wane opa­ko­wa­nie poń­czoch Phi­lippe Mati­gnon Noblesse 50 Camello jasny brąz i też wło­żył je do czar­nej torby. Zasu­nął zamek bły­ska­wiczny i scho­wał torbę z powro­tem pomię­dzy pozo­stałe ciu­chy. Aku­rat paso­wała.

Oczy­wi­ście.

Zamknął szu­fladę.

Znów wyszedł do kuchni.

Ze schowka na mio­tły wyjął sta­ran­nie zło­żoną papie­rową torbę, roz­wi­nął ją i pod­szedł do lodówki. Na półce po wewnętrz­nej stro­nie drzwi lodówki stały butelka lemo­niady cytry­no­wej w szkla­nej butelce o pojem­no­ści 330 ml oraz paczka okrą­głych her­bat­ni­ków. W prze­zro­czy­stym pojem­niku na dole leżały banany. Ode­rwał dwa i razem z lemo­niadą i ciast­kami wło­żył do papie­ro­wej torby, dorzu­cił jesz­cze wafe­lek w cze­ko­la­dzie, który wziął z naj­wyż­szej półki. Trzeci raz otwo­rzył drzwiczki szafki pod zle­wem i wyjął pustą pla­sti­kową butelkę, która kie­dyś zawie­rała vanish. Czuł lekki che­miczny zapach, kiedy wkła­dał butelkę do papie­ro­wej torby, którą póź­niej zaniósł do przed­po­koju i usta­wił po pra­wej stro­nie drzwi wej­ścio­wych.

Odwró­cił się jesz­cze raz i rozej­rzał po miesz­ka­niu. Cisza. Po raz pierw­szy od tylu godzin. Rytuał został dopeł­niony. Był gotów. Przy­go­to­wany.

Na następną.

Na czwartą.

Teraz wystar­czyło tylko cze­kać.

Było kilka minut po pół­nocy, gdy Vanja weszła do sali, którą zawsze nazy­wali tylko „Poko­jem”. Sześć krze­seł usta­wio­nych wokół owal­nego stołu kon­fe­ren­cyj­nego na sza­ro­zie­lo­nej wykła­dzi­nie dywa­no­wej. Panel kon­tro­lny do roz­mów gru­po­wych, kon­fe­ren­cji wideo i do pro­jek­tora pod sufi­tem znaj­do­wał się na środku stołu, który oprócz kilku bute­lek wody Loka i czte­rech szkla­nek był pusty. Nie było szkla­nych ścian wycho­dzą­cych na inne pomiesz­cze­nia wydziału. Nikt nie miał tu wglądu. Na jed­nej z bocz­nych ścian Pokoju wisiała biała tablica, na któ­rej Billy sumien­nie zapi­sy­wał wszystko, co wią­zało się z aktu­alną sprawą. Wła­śnie przy­pi­nał zdję­cie Katha­riny Gran­lund, kiedy weszła Vanja. Usia­dła na jed­nym z krze­seł i poło­żyła przed sobą na bla­cie trzy teczki.

– Co mia­łeś robić dziś wie­czo­rem?

Billy był zasko­czony jej pyta­niem. Spo­dzie­wał się, że powie coś o mor­der­stwie. Zapyta, czy zna­lazł powią­za­nia mię­dzy trzema zamor­do­wa­nymi kobie­tami. Czy do cze­goś doszli. To nie zna­czyło, że Vanji nie obcho­dzili kole­dzy z pracy, ale była naj­bar­dziej skon­cen­tro­wa­nym śled­czym, jakiego Billy znał, rzadko uci­nała sobie poga­wędki lub oma­wiała pry­watne sprawy pod­czas pracy.

– Byłem w Park­te­atern – odparł Billy, sia­da­jąc. – Musia­łem wyjść zaraz po prze­rwie.

Vanja spoj­rzała na niego z mie­szanką zdu­mie­nia i nie­uf­no­ści w oczach.

– Nie mów, że cho­dzisz do teatru.

To prawda. Billy wie­lo­krot­nie, gdy w roz­mo­wach wykra­czali poza sprawy zawo­dowe, mówił o teatrze jako o „mar­twej sztuce” i twier­dził, że tak samo jak ludzie porzu­cili konne wozy, kiedy poja­wiły się samo­chody, tak teraz teatr powi­nien po cichu i z god­no­ścią odejść w zapo­mnie­nie po wyna­le­zie­niu kina.

– Pozna­łem dziew­czynę, to ona chciała iść.

Vanja uśmiech­nęła się, jasne, że to musiała być dziew­czyna.

– A co powie­działa, kiedy musia­łeś się zwi­jać?

– Nie wiem, czy mi uwie­rzyła. Już pod­czas pierw­szego aktu raz mnie obu­dziła… A ty, co ty robi­łaś?

– Nic, byłam w domu, czy­ta­łam książkę o Hin­dem.

Co z powro­tem dopro­wa­dziło ich do przy­czyny, dla któ­rej sie­dzieli w tym opu­sto­sza­łym budynku na Kung­shol­men, kiedy nowy dzień miał zale­d­wie kilka minut.

Trzy kwa­dranse póź­niej byli zmu­szeni przy­znać, że wcale nie posu­nęli się dalej. Te trzy ofiary nie miały żad­nego wspól­nego mia­now­nika. Różny wiek, dwie mężatki, jedna roz­wie­dziona, jedna miała dziecko, nie dora­stały w tej samej miej­sco­wo­ści, nie cho­dziły do tych samych szkół, nie pra­co­wały w tej samej branży, nie były też człon­ki­niami tych samych sto­wa­rzy­szeń czy orga­ni­za­cji, żad­nych wspól­nych zain­te­re­so­wań, ich mężo­wie też nie byli w żaden widoczny spo­sób powią­zani, nie były zaprzy­jaź­nione na Face­bo­oku ani innych por­ta­lach spo­łecz­no­ścio­wych.

Nie znały się.

Nie miały nic wspól­nego.

Przy­naj­mniej Billy i Vanja nie mogli niczego zna­leźć. Billy roz­cza­ro­wany zamknął kom­pu­ter i zmę­czony odchy­lił się na krze­śle. Vanja wstała i pode­szła do tablicy. Przy­glą­dała się zdję­ciom trzech kobiet. Każda miała jedno zdję­cie zro­bione za życia, na pozo­sta­łych były mar­twe. W pra­wym rogu też były przy­pięte zdję­cia w pio­no­wych rzę­dach. Z lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Prze­ra­ża­jąco podobne do tych nowych zdjęć.

– On kopiuje wszystko dokład­nie.

– Tak, też o tym myśla­łem, jak to jest moż­liwe? – Billy pod­szedł do niej. – Czy sądzisz, że oni się znają?

– Nie­ko­niecz­nie, te stare zdję­cia były prze­cież publi­ko­wane.

– Gdzie? – zapy­tał Billy zasko­czony.

Trudno było sobie wyobra­zić jaką­kol­wiek gazetę, która mogłaby wydru­ko­wać tak dra­styczne zdję­cia, a w roku 1996 inter­net nie był takim nie­wy­czer­pa­nym źró­dłem infor­ma­cji, jakim jest dzi­siaj.

– Mię­dzy innymi w książ­kach Seba­stiana – wyja­śniła Vanja i odwró­ciła się do niego. – Czy­ta­łeś je?

– Nie.

– Powi­nie­neś. Są naprawdę świetne.

Billy nie odpo­wie­dział, ski­nął tylko głową. Bio­rąc pod uwagę zda­nie Vanji na temat Seba­stiana, to była przy­pusz­czal­nie jedyna pozy­tywna rzecz, jaką mogła o nim powie­dzieć. Billy nie był pewien, czy ma to poru­szyć, było późno i Vanja już wcze­śniej wie­czo­rem oka­zy­wała oznaki iry­ta­cji, ale w końcu zapy­tał:

– Myślisz, że go wcią­gniemy do współ­pracy?

– Seba­stiana?

– Tak.

– Mam głę­boką nadzieję, że jed­nak nie.

Vanja wró­ciła na swoje miej­sce, pozbie­rała teczki, które przy­nio­sła ze sobą, i skie­ro­wała się do drzwi.

– Ale za to musimy odwie­dzić Hin­dego w Lövhadze. Pomy­śla­łam, że mogli­by­śmy tam poje­chać razem, ty i ja. – Otwo­rzyła drzwi i zatrzy­mała się. – To do jutra. Zadzwo­nisz też do Tor­kela i opo­wiesz mu, jak mało zna­leź­li­śmy?

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wyszła i zosta­wiła Billy’ego samego. A więc to było jego zada­nie – zadzwo­nić i prze­ka­zać złe wia­do­mo­ści. Jak zwy­kle. Rzu­cił okiem na zegar. Krótko przed pierw­szą. Z wes­tchnie­niem się­gnął do kie­szeni po komórkę.

Seba­stian obu­dził się, kiedy ktoś dotknął jego twa­rzy. Otwo­rzył oczy, szybko zorien­to­wał się, że jest w obcej sypialni, i prze­krę­cił się na lewy bok, pró­bu­jąc rów­no­cze­śnie odtwo­rzyć w pamięci wie­czór, który zapro­wa­dził go wła­śnie tutaj. Szedł za Vanją do domu. Zoba­czył, że weszła do bramy. Aku­rat zamie­rzał się wyco­fać na swój stały punkt obser­wa­cyjny, kiedy znie­nacka wybie­gła z domu. Po kilku sekun­dach poja­wił się radio­wóz, do któ­rego wsia­dła. Coś się musiało stać.

Vanja była tam potrzebna.

On nie był potrzebny ni­gdzie.

Zmę­czo­nym kro­kiem ruszył do domu, do swo­jego o wiele za dużego miesz­ka­nia, ale dość szybko poczuł wewnętrzny nie­po­kój. Miał tylko jeden spo­sób, żeby pozbyć się tego nie­po­koju i znie­chę­ce­nia. Przej­rzał pro­gram w gaze­cie i zde­cy­do­wał się na pre­lek­cję w ABF-huset: Wie­czór z Jus­sim Björlingiem. Zupeł­nie nie był zain­te­re­so­wany tema­tem, ale na wszyst­kich impre­zach kul­tu­ral­nych więk­szość widowni sta­no­wiły kobiety, więc po krót­kim namy­śle Seba­stian zasiadł w trze­cim rzę­dzie obok czter­dzie­sto­let­niej, na oko samot­nej kobiety bez obrączki na palcu. W prze­rwie nawią­zał poga­wędkę. Potem wypili po bez­al­ko­ho­lo­wym drinku. Kon­ty­nu­owali roz­mowę. Posta­no­wili zjeść wspól­nie kola­cję. Odbyli krótki spa­cer do jej miesz­ka­nia na Vasa­sta­den. Poszli do łóżka. A teraz ona go budziła. Elli­nor Berg­kvist. Eks­pe­dientka w domu towa­ro­wym Åhléns. Gospo­dar­stwo domowe. Która była wła­ści­wie godzina? Za oknem jasno, ale to nic nie zna­czyło. Prze­cież była peł­nia lata. Elli­nor leżała na boku zwró­cona ku niemu, z łok­ciem na poduszce i głową pod­partą ręką, pal­cem wska­zu­ją­cym dru­giej ręki wodziła po jego twa­rzy. Była to poza, którą mogła pod­pa­trzyć w kome­diach roman­tycz­nych. W fil­mie uro­cze, w rze­czy­wi­sto­ści wyjąt­kowo iry­tu­jące. Zmierz­wiony kosmyk jasno­ru­dych wło­sów opa­dał jej na jedno oko. Uśmiech­nęła się w spo­sób, który, jak Seba­stian przy­pusz­czał, miał być „łobu­zer­ski”, rów­no­cze­śnie zatrzy­mała palec na czubku jego nosa i tro­chę moc­niej naci­snęła.

– Dzień dobry, śpio­chu.

Seba­stian wes­tchnął. Nie mógł się zde­cy­do­wać, co było naj­gor­sze. To, że zwraca się do niego jak do nie­mow­lę­cia, które wła­śnie prze­bu­dziło się z drzemki, czy ema­nu­jące z niej świeże roman­tyczne poczu­cie bli­sko­ści. Chyba raczej to dru­gie. Już pod­czas prze­chadzki do jej miesz­ka­nia podej­rze­wał, że może do tego dojść.

Wzięła go za rękę.

Nie wypusz­czała jego dłoni.

Przez całą drogę. Jak kiczo­wata kli­sza zako­cha­nej pary wędru­ją­cej nocą przez letni Sztok­holm. Pięć godzin po tym, jak spo­tkali się po raz pierw­szy. To było straszne. Seba­stian zasta­na­wiał się, czy nie powi­nien tego prze­rwać i się wyco­fać, ale w końcu zde­cy­do­wał, że poświę­cił za dużo czasu i ener­gii, żeby zakoń­czyć sprawę, zanim dostał to, czego chciał. Czego potrze­bo­wał.

Seks był nudny i bez zaan­ga­żo­wa­nia z jego strony, ale przy­naj­mniej spra­wił, że zasnął na kilka godzin. Zawsze to coś. Seba­stian odwró­cił głowę tak, żeby nie mieć jej palca na nosie, i odchrząk­nął.

– Która godzina?

– Wpół do siód­mej. Docho­dzi. Co zamie­rzasz dzi­siaj robić?

Seba­stian wes­tchnął znowu.

– Muszę nie­stety pra­co­wać.

Kłam­stwo. Nie pra­co­wał. Nie robił tego od lat, nie licząc tego krót­kiego zaan­ga­żo­wa­nia w pracę zespołu do spraw zabójstw Kra­jo­wej Poli­cji Kry­mi­nal­nej w Västerås sprzed kilku mie­sięcy. Teraz znów nie robił nic. I zamie­rzał się tego trzy­mać. Nie było niczego, co chciałby robić, a już na pewno nie w towa­rzy­stwie Elli­nor Berg­kvist.

– Gdy­bym cię nie obu­dziła, jak długo jesz­cze mógł­byś spać?

Co to za idio­tyczne pyta­nie? Skąd miałby to wie­dzieć? Tam­ten sen przy­pusz­czal­nie i tak by go obu­dził, bar­dzo rzadko zda­rzały się noce, kiedy nie przy­cho­dził, nie można było tego prze­wi­dzieć. Zresztą nie zamie­rzał jej o tym opo­wia­dać. Zamie­rzał sobie pójść. Opu­ścić to miesz­ka­nie i Vasa­sta­den tak szybko, jak to tylko moż­liwe.

– Nie wiem, może do dzie­wią­tej. A co?

– Dwie i pół godziny. – Palec wska­zu­jący znów pod­jął wędrówkę po jego twa­rzy, prze­su­wał się po czole, w dół po nasa­dzie nosa, do ust. Ten ruch był o wiele bar­dziej intymny niż rze­czy, które robili kilka godzin temu. Seba­stian powstrzy­mał odruch, by wstać z łóżka. – Więc jeśli nie chcesz spać dalej – cią­gnęła Elli­nor – mamy dwie godziny, żeby zająć się czymś innym, zanim poświę­cisz się swo­jej bar­dzo waż­nej pracy. – Jej palec wędro­wał dalej przez jego pod­bró­dek, szyję, mostek i wszedł pod poszwę bez koł­dry. Seba­stian spoj­rzał jej w oczy. Jej zie­lone oczy. Zauwa­żył, że lewe miało brą­zową plamkę na tęczówce, jakby źre­nica się roz­lała. Dłoń posu­wała się coraz dalej w dół.

Oka­zało się, że jed­nak było coś, co Seba­stian mógł robić z Elli­nor Berg­kvist.

Śnia­da­nie.

Jak ona go do tego skło­niła?

Nie­opatrz­nie rzu­cona obiet­nica po sto­sunku?

Otwarte okno w kuchni wycho­dziło na podwórko, ale mimo to w miesz­ka­niu było gorąco. Z zewnątrz dał się sły­szeć ryk prze­jeż­dża­ją­cego moto­cy­kla, ale poza tym pano­wała cisza. Cisza let­niego poranka. Prze­bie­ga­jąc wzro­kiem nakryty do śnia­da­nia stół, Seba­stian zasta­na­wiał się, co to był za dzień. Jogurt, dwa rodzaje płat­ków, muesli, świeżo wyci­śnięty sok, ser, szynka, metka, pla­sterki ogórka, pomi­do­rów i papryki, kawałki arbuza. Środa, czy to moż­liwe? Wto­rek? Zapach upie­czo­nych bułek wypeł­nił kuch­nię, kiedy Elli­nor wyjęła bla­chę z pie­kar­nika i wło­żyła gotowe nie­wiel­kie bagietki do ście­reczki. Potem umie­ściła zawi­niątko w wikli­no­wym koszyku i z uśmie­chem posta­wiła na stole, by zaraz wró­cić do wyspy na środku obszer­nej kuchni. Seba­stian nie był głodny. Pstryk­nął elek­tryczny czaj­nik i Elli­nor nalała wrzątku do sto­ją­cego przed nim kubka. Seba­stian zaj­rzał do naczy­nia, w któ­rym woda w zetknię­ciu z prosz­kiem na dnie natych­miast zabar­wiła się na ciem­no­brą­zowy kolor. Naj­wi­docz­niej Elli­nor potrak­to­wała to spoj­rze­nie jako kry­tykę.

– Przy­kro mi, ale mam tylko kawę roz­pusz­czalną, nor­mal­nie piję her­batę.

– Nie szko­dzi…

Nalała wody do swo­jego kubka i poszła odsta­wić czaj­nik. W pół drogi z powro­tem do stołu zatrzy­mała się na chwilę.

– Może chcesz mleka?

– Nie.

– Jeśli chcesz, mogę zagrzać. Będzie jak latte.

– Nie, tak jest dobrze.

– Na pewno?

– Na pewno.

– Tak.

– Okej.

Elli­nor uśmiech­nęła się, usia­dła naprze­ciwko, wzięła torebkę her­baty – cytryna z imbi­rem – wło­żyła do gorą­cej wody, potem kilka razy wycią­gała ją i zanu­rzała. Znów poszu­kała spoj­rze­nia Seba­stiana i uśmiech­nęła się do niego. Jemu udało się wydu­sić z sie­bie coś, co przy odro­bi­nie dobrej woli można było wziąć za odwza­jem­nie­nie uśmie­chu, po czym odwró­cił wzrok. Nie chciał tu być. Sta­rał się uni­kać takich sytu­acji. Teraz przy­po­mniał sobie dla­czego. Nie potra­fił znieść tego fał­szy­wego poczu­cia wspól­noty, wra­że­nia, że coś ich łączy, mimo iż – przy­naj­mniej gdyby to od niego zale­żało – ni­gdy wię­cej się nie spo­tkają. Pogrą­żony w myślach prze­su­wał spoj­rze­niem po kuchen­nych szaf­kach, pod­czas gdy Elli­nor w mil­cze­niu dodała do her­baty łyżeczkę miodu. Wyjęła z koszyka bułkę, prze­kro­iła ją, posma­ro­wała masłem, poło­żyła ser, szynkę i dwa kółka żół­tej papryki. Ugry­zła kanapkę i prze­żu­wa­jąc, przy­glą­dała się Seba­stia­nowi, który na­dal sie­dział ze wzro­kiem utkwio­nym gdzie indziej, gdzieś poza nią.

– Seba­stia­nie?

Drgnął i spoj­rzał na nią pyta­jąco.

– O czym myślisz?

Rze­czy­wi­ście odpły­nął. Znowu. Tam, dokąd zawsze powra­cał. Do myśli, która ostat­nio zda­wała się go pochła­niać nie­mal przez cały czas. To było uczu­cie, jakiego dotych­czas nie znał. Opę­ta­nie. Nawet gdy był naj­moc­niej wcią­gnięty w pracę i odno­sił naj­więk­sze suk­cesy, nie miał pro­blemu, żeby odsu­nąć na bok nie­po­żą­dane myśli. Jeśli poja­wiała się jakaś sprawa, która mogła zawład­nąć jego życiem w spo­sób, jakiego sobie nie życzył, po pro­stu na kilka dni prze­sta­wał o niej myśleć.

Zaj­mo­wał się czymś innym.

Przej­mo­wał ini­cja­tywę.

Seba­stian Berg­man był czło­wie­kiem, który nie traci kon­troli. Dla niczego, dla nikogo. Przy­naj­mniej tak było dotych­czas.

Teraz był kimś innym.

Życie go prze­czoł­gało. Pora­niło go.

Nie tylko raz.

Ale dwa razy.

Jesz­cze nie otrzą­snął się na dobre po kata­stro­fie w Taj­lan­dii w drugi dzień świąt 2004 roku, kiedy trzy mie­siące temu poje­chał do Västerås. Powo­dem tego wyjazdu była sprze­daż domu po rodzi­cach, a pod­czas sprzą­ta­nia ich rze­czy zna­lazł kilka listów. Adre­so­wane do jego matki listy zostały wysłane w 1979 roku. Pisała je kobieta, która twier­dziła, że spo­dziewa się dziecka Seba­stiana. Wtedy te listy do niego nie dotarły, ale teraz uczy­nił wszystko, żeby ziden­ty­fi­ko­wać nadawcę. Dawni kole­dzy Seba­stiana z poli­cji kry­mi­nal­nej wła­śnie znaj­do­wali się w Västerås z powodu bru­tal­nego zabój­stwa nasto­latka, więc wpro­sił się do śledz­twa, żeby dzięki poli­cyj­nym upraw­nie­niom i dostę­powi do reje­strów dopa­so­wać twarz do osoby.

Uzy­skać adres.

Mieć pew­ność.

I to wszystko mu się udało. Kobieta miesz­ka­jąca na Storskärsgatan 12 otwo­rzyła mu drzwi. Twarz. Anna Eriks­son. Uzy­skał pew­ność. Tak, miał córkę, ale ona nie mogła się ni­gdy dowie­dzieć, że jej ojcem jest Seba­stian. Miała już ojca. Był nim Val­de­mar Lith­ner. Val­de­mar, który wie­dział, że Vanja nie jest jego.

A więc nie mieli się ni­gdy spo­tkać. Seba­stian i jego córka. To by znisz­czyło tak wiele. Dla wszyst­kich. Więc Seba­stian musiał obie­cać, że nie będzie pró­bo­wał z nią roz­ma­wiać.

Ale pro­blem pole­gał na tym, że oni już się spo­tkali.

Nawet wię­cej.

Pra­co­wali razem.

W Västerås. On i Vanja Lith­ner. Ofi­cer śled­czy w zespole do spraw zabójstw Kra­jo­wej Poli­cji Kry­mi­nal­nej. Bystra, sprawna, sku­teczna i silna.

Jego córka.

Miał córkę.

Znowu.

Od tego czasu pra­wie ją śle­dził. Wła­ści­wie nie potra­fiłby wytłu­ma­czyć, dla­czego to robi, nawet sobie. Widział ją, ale to już było wszystko. Ni­gdy się nie ujaw­nił. Co powi­nien powie­dzieć? Co mógł powie­dzieć?

Teraz pod­niósł wzrok na Elli­nor, która przy­jaź­nie zapy­tała, o czym myśli, i udzie­lił odpo­wie­dzi, która nie potrze­bo­wała żad­nego roz­wi­nię­cia:

– O niczym.

Elli­nor poki­wała głową, z pozoru zado­wo­lona z odpo­wie­dzi albo choćby z tego, że znów zwró­cił na nią uwagę. Seba­stian się­gnął po kawa­łek arbuza. Tyle przy­naj­mniej mógł w sie­bie wci­snąć.

– Gdzie pra­cu­jesz?

– Bo co?

Nie­przy­jemna odpo­wiedź, wręcz nie­grzeczna, ale lepiej było przy­ha­mo­wać to od początku. Seba­stian naprawdę nie chciał, żeby to krę­pu­jące wspólne śnia­da­nie stało się oka­zją do wza­jem­nego pozna­nia. Wie­dzieli o sobie dosyć. On o niej wię­cej niż ona o nim. Elli­nor wie­działa, że on nazywa się Seba­stian Berg­man i jest psy­cho­lo­giem. Przed pozo­sta­łymi pyta­niami sku­tecz­nie umiał się uchy­lać i bez pro­blemu zastę­po­wał je zain­te­re­so­wa­niem wobec jej osoby.

– Mówi­łeś, że musisz pra­co­wać – cią­gnęła Elli­nor. – Jest śro­dek lipca, więk­szość ludzi jest na urlo­pach, więc jestem cie­kawa, czym się zaj­mu­jesz.

– Pra­cuję nad pew­nym… rapor­tem.

– O czym?

– To jest… ana­liza. Dla szkoły poli­cyj­nej.

– Mówi­łeś chyba, że jesteś psy­cho­lo­giem?

– Jestem, ale cza­sem współ­pra­cuję z poli­cją.

Ski­nęła. Wypiła łyk her­baty i się­gnęła po kromkę chleba.

– Kiedy ma być gotowy?

Co to za pie­przone prze­słu­cha­nie.

– Mniej wię­cej za dwa tygo­dnie.

Te jej zie­lone oczy. Wie­działa, że on kła­mie. Wła­ści­wie go to nie obcho­dziło. Ani tro­chę nie przej­mo­wał się tym, co ona o nim myśli, ale bar­dzo źle się czuł w tej niby nor­mal­nej sytu­acji wspól­nego śnia­da­nia, kiedy oboje wie­dzieli, że to tylko na niby. Złuda. Dość tego. Seba­stian odsu­nął krze­sło.

– Pójdę już.

– Zadzwo­nię do cie­bie.

– Jasne…

Drzwi zatrza­snęły się za nim. Elli­nor sie­działa jesz­cze przy stole, nasłu­chu­jąc jego kro­ków. Zszedł po scho­dach. Uśmiech­nęła się do sie­bie. Wie­działa, że tak zrobi. Sie­działa, aż prze­stała go sły­szeć, wtedy wstała od stołu i poszła do sypialni. Sta­nęła przy oknie. Jeśli przej­dzie przez ulicę i skręci w lewo, jesz­cze go zoba­czy. Ale poszedł inną drogą.

Elli­nor usia­dła na nie­po­ście­lo­nym mał­żeń­skim łóżku. Poło­żyła się na jego poło­wie. Nakryła się jego prze­ście­ra­dłem, wtu­liła nos w jego poduszkę i głę­boko wcią­gnęła powie­trze. Wstrzy­mała oddech, żeby zacho­wać w sobie jego zapach.

Żeby go zatrzy­mać.

Vanja miesz­kała na wznie­sie­niu ponad Fri­ham­nen. Seba­stian był pra­wie pewny, że jej miesz­ka­nie ma trzy pokoje. Tak pewny, jak tylko można być, oglą­da­jąc miesz­ka­nie z nie­wiel­kiego wzgórka odda­lo­nego o sto metrów. To był jasno­żółty moder­ni­styczny budy­nek. Sie­dem pię­ter. Vanja miesz­kała na czwar­tym. Z tego, co widział, w miesz­ka­niu nic się nie poru­szało. Może jesz­cze spała. Albo była w pracy. Nie prze­szka­dzało mu, że aku­rat teraz jej nie widział. Przy­szedł tutaj wła­ści­wie dla­tego, że nie wie­dział, co ma ze sobą zro­bić.

Kilka tygo­dni temu sytu­acja wyglą­dała ina­czej.

Wtedy poczuł, że koniecz­nie musi ją zoba­czyć. Pra­gnie ją widzieć. Zoba­czyć, co robi. Chciał mieć lep­szy widok niż ten, jaki dawało mu wzgó­rze, więc posta­no­wił wspiąć się na jedno z wiel­kich drzew liścia­stych rosną­cych poni­żej wznie­sie­nia. Pierw­sze metry poszły mu nad­spo­dzie­wa­nie dobrze. Udało mu się się­gnąć kilku gałęzi powy­żej i wszedł jesz­cze dalej. Potem zauwa­żył, że może dostać się jesz­cze wyżej, po chwili szu­ka­nia po omacku natra­fił dłońmi na dobre miej­sce, chwy­cił kolejną gałąź i pod­cią­gnął się jesz­cze o kilka metrów. Słońce prze­świe­tlało liście, które pięk­nie pach­niały świe­żo­ścią. Nagle poczuł się jak mały chło­piec szu­ka­jący przy­gód. Kiedy ostat­nio wspi­nał się na drzewo? Wiele, wiele lat temu. Ale był w tym dobry.

Zręczny.

Szybki.

Jego ojciec nie lubił tego, uwa­żał, że Seba­stian powi­nien wię­cej zaj­mo­wać się wyzwa­niami inte­lek­tu­al­nymi, roz­wi­jać swoją muzy­kal­ność i talenty arty­styczne. Jego matka głów­nie bała się o ubra­nia. Żadne z nich nie lubiło, kiedy cho­dził po drze­wach, więc robił to tym czę­ściej. Tak czę­sto, jak tylko mógł. Teraz napa­wał się uczu­ciem, że znów robi coś zaka­za­nego i awan­tur­ni­czego.

Wtedy spoj­rzał w dół i uświa­do­mił sobie, że już na tej wyso­ko­ści będzie miał poważne pro­blemy z zej­ściem na dół. Przy­naj­mniej bez szwanku. Zręcz­ność i szyb­kość już dawno prze­stały być cechami, które można mu było przy­pi­sać. Rów­no­cze­śnie z tą prze­ra­ża­jącą i budzącą zawroty głowy świa­do­mo­ścią poja­wiło się wra­że­nie, że jego mary­narka zacze­piła o ostrą gałąź wysta­jącą gdzieś z tyłu. Stra­cił rów­no­wagę. Nagle chło­piec poszu­ku­jący przy­gód stał się nie­spraw­nym męż­czy­zną w śred­nim wieku, który ze wzbie­ra­ją­cym pozio­mem kwasu mle­ko­wego w mię­śniach wisiał na drze­wie wysoko nad zie­mią. Seba­stian musiał poświę­cić zarówno ilu­zję chło­pię­cej przy­gody, jak i mary­narkę, kiedy z tru­dem prze­do­stał się do pnia, po któ­rym opu­ścił się, czy raczej zje­chał w spo­sób nie­kon­tro­lo­wany niżej, na dolne gałę­zie, które bole­śnie zatrzy­mały jego roz­pę­dzone ciało. Na drżą­cych nogach zszedł na zie­mię, w roze­rwa­nej mary­narce i z pie­ką­cymi otar­ciami po wewnętrz­nej stro­nie ud.

Po tej przy­go­dzie zado­wa­lał się sta­niem na tym obec­nie tak dobrze mu zna­nym wzgó­rzu i oglą­da­niem miesz­ka­nia Vanji.

To wystar­czyło.

Było wystar­cza­jąco sza­lone.

Nawet bał się myśleć, co by było, gdyby Vanja wyj­rzała przez okno i nagle zoba­czyła go, jak zwisa z drzewa obok jej miesz­ka­nia.

Jej miesz­ka­nie wyglą­dało przy­tul­nie. Nowo­cze­sne zasłony. Czer­wone i białe kwiaty w oknach. Małe lampki o regu­lo­wa­nej jasno­ści na para­pe­cie. Nie­wielki bal­kon wycho­dzący na pół­nocny wschód, na któ­rym przy ład­nej pogo­dzie mię­dzy 7.20 a 7.45 Vanja piła swoją poranną kawę. Wtedy Seba­stian zawsze musiał się kryć za krza­kami jałowca, z któ­rymi ni­gdy nie zamie­rzał zawie­rać tak bli­skiej zna­jo­mo­ści. Zde­cy­do­wa­nie była osobą o wypra­co­wa­nej ruty­nie, jego córka. Wsta­wała codzien­nie o 7.00, w week­endy około 9.00. We wtorki i czwartki przed pój­ściem do pracy szła pobie­gać. Sześć kilo­me­trów. W nie­dziele podwa­jała dystans. Czę­sto pra­co­wała do późna i rzadko wra­cała do domu przed 20.00. Nie wycho­dziła zbyt czę­sto wie­czo­rami. Do knajpy. Może raz czy dwa w mie­siącu. Z grupką kole­ża­nek. Nie zauwa­żył, żeby miała chło­paka. W czwartki jadła kola­cję z rodzi­cami na Storskärsgatan. Prze­waż­nie szła do nich sama, ale do domu odpro­wa­dzał ją Val­de­mar Lith­ner.

Tata.

Byli bar­dzo zżyci, to się rzu­cało w oczy z daleka, kiedy się widziało, jak idą razem. Bli­sko sie­bie. Dużo się śmiali, a prze­chadzka koń­czyła się ser­decz­nym uści­skiem, Val­de­mar cało­wał ją w czoło przed odej­ściem. Zawsze. Sym­bol ich bli­skiej rela­cji. To byłby bar­dzo piękny obra­zek, gdyby nie pewien drobny szcze­gół. Otóż jej praw­dziwy ojciec stał kawa­łek dalej i bacz­nie się temu przy­glą­dał. Te chwile spra­wiały Seba­stia­nowi naj­więk­szy ból. Prze­dziwny ból.

Gor­szy niż zazdrość.

Więk­szy niż zazdrość.

Cięż­szy niż wszystko inne.

To był ból z powodu życia, które nie było jego udzia­łem.

Kiedy przed dwoma tygo­dniami Seba­stian zoba­czył Vanję z Val­de­ma­rem na lun­chu we wło­skiej restau­ra­cji w pobliżu komendy poli­cji, przy­szedł mu do głowy pewien pomysł. Nie było to nic przy­jem­nego, wręcz prze­ciw­nie. Ale poczuł się lepiej. Przy­naj­mniej wtedy i w tam­tym miej­scu.

Stop­niowo zazdrość, którą odczu­wał w sto­sunku do Val­de­mara, prze­szła w złość, by zmie­nić się w końcu w coś, co można było nazwać tylko nie­na­wi­ścią. Była to nie­na­wiść wobec tego wyso­kiego, szczu­płego i przy­stoj­nego męż­czy­zny, który mógł iść tak bli­sko jego córki. Jego córki! To prze­cież jemu nale­żały się te uści­ski i czu­łość. On powi­nien dostać całą tę miłość.

On!

Nikt inny.

Seba­stian wiele razy wyobra­żał sobie, że wycho­dzi z cie­nia i opo­wiada wszystko, ale zawsze w ostat­niej chwili się z tego wyco­fy­wał. Snuł wizje, że w jakiś spo­sób zbliży się do Vanji, żeby póź­niej, kiedy uda im się zbu­do­wać jakąś rela­cję, mógł wyznać prawdę. Wtedy przy­naj­mniej byłby jakiś czas bli­sko niej. Mógłby ją poznać. Może uzna­łaby, że ją zdra­dził, ale to nie powstrzy­my­wało Seba­stiana. Naj­więk­szym pro­ble­mem był fakt, że gdyby powie­dział prawdę, obo­jęt­nie kiedy i w jaki spo­sób, nie­odwo­łal­nie znisz­czy­łoby to jej rela­cję z Val­de­ma­rem. I za to Vanja by go znie­na­wi­dziła. Już teraz szcze­rze go nie zno­siła.

Nic nie było pro­ste, kiedy cho­dziło o Vanję.

O ile ona sama nie zacznie wąt­pić w fał­szy­wego ojca, rzecz jasna. To mogłaby być droga do suk­cesu, gdyby Seba­stia­nowi udało się spra­wić, żeby sama strą­ciła Val­de­mara z tego pie­de­stału, na któ­rym on tak bez­czel­nie się roz­siadł. To nie powinno być nie­wy­ko­nalne. Gdyby tak dowie­działa się kilku rze­czy o Val­de­ma­rze, o jego brud­nych spraw­kach, tajem­ni­cach, które go dema­sko­wały, to aure­ola nad jego głową mocno by się prze­krzy­wiła. Nic nie mogło sku­tecz­niej zmie­nić usta­lo­nych poglą­dów danej osoby niż jej wła­sne odkry­cia i doświad­cze­nia. Seba­stian dobrze o tym wie­dział. Czę­sto dopiero poprzez odczu­cie pew­nych rze­czy na wła­snej skó­rze czło­wiek rozu­miał, jak rze­czywistość wygląda naprawdę. Dla­tego dzia­ła­nie zawsze oka­zy­wało się tu bar­dziej sku­teczne niż słowa, a wła­sne dzia­ła­nie było naj­cen­niej­sze.

I takie wła­sne odkry­cie mogłoby natu­ral­nie zapo­cząt­ko­wać kwe­stio­no­wa­nie pozy­cji Val­de­mara.

Że nie był takim dosko­na­łym ojcem.

Że był kimś innym.

Kimś o wiele gor­szym.

Gdyby Seba­stia­nowi udało się dopro­wa­dzić Vanję do tego odkry­cia, wywo­ła­łoby to u niej roz­pacz i zagu­bie­nie. W takiej sytu­acji czu­łaby się samotna, roz­cza­ro­wana i otwo­rzy­łaby się na inne rze­czy, na prawdę, może nawet w głębi duszy cze­ka­łaby na nią. Cie­szy­łoby ją poja­wie­nie się ojcow­skiej postaci, która od tak dawna na nią cze­kała, która zawsze była bli­sko. Wtedy i w tej sytu­acji może nawet obję­łaby go, oka­za­łaby, że go potrze­buje. Kiedy będzie zra­niona i utraci grunt pod nogami. Będzie po pro­stu gotowa.

Miał wra­że­nie, że to jest naprawdę dobry plan. Wystu­dio­wany, trudny do prze­pro­wa­dze­nia, ale o prze­ło­mo­wym zna­cze­niu, jeśli się uda.

Ważny był tu rese­arch. Nie ma ludzi dosko­na­łych. Każdy ma coś do ukry­cia. Trzeba tylko dotrzeć do tych sekre­tów. A potem wyeks­po­no­wać je jak naj­le­piej.

Plan był tak nie­go­dziwy, że nawet Seba­stian zawa­hał się przez sekundę.

Jeśli kie­dy­kol­wiek wyszłoby na jaw, że w jaki­kol­wiek spo­sób był zamie­szany w pogrą­ża­nie Val­de­mara, na zawsze utra­ciłby moż­li­wość nawią­za­nia rela­cji z Vanją. Ale gdyby mu się udało, byłby to prze­łom, na który tak długo cze­kał. W bra­mie naprze­ciwko tam­tej wło­skiej restau­ra­cji posta­no­wił, że to zrobi, że ona jest tego warta. Warta, by o nią wal­czyć.

I tak nie miał żad­nego innego życia.

Odsu­nął na bok wszel­kie wąt­pli­wo­ści i poszedł pro­sto do domu, żeby odszu­kać pewien numer tele­fonu. Numer, z któ­rego od wielu lat nie korzy­stał. Do daw­nego komi­sa­rza poli­cji, który pod każ­dym wzglę­dem był prze­ci­wień­stwem Tor­kela.

Impul­sywny, pozba­wiony skru­pu­łów, gotów iść po tru­pach.

Został wyrzu­cony z poli­cji kry­mi­nal­nej, kiedy oka­zało się, że pro­wa­dził pry­watne śledz­two prze­ciw swo­jej żonie, pod­rzu­cał dowody, żeby w efek­cie aresz­to­wać jej nowego męża za prze­stęp­stwa nar­ko­ty­kowe, a wszystko po to, żeby ode­brać żonie prawo do opieki nad dziećmi. Wła­śnie kogoś takiego Seba­stian teraz potrze­bo­wał.

Kogoś takiego jak Trolle Her­mans­son.

Trolle ode­brał po dzie­wią­tym sygnale. Naj­pierw chciał powspo­mi­nać stare czasy, ale Seba­stian wyraź­nie nie był zain­te­re­so­wany i zamiast tego powie­dział krótko, czego potrze­buje. Zakoń­czył swoją pre­zen­ta­cję obiet­nicą tysiąca koron zapłaty, ale Trolle odrzu­cił tę pro­po­zy­cję. Był najwyraź­niej ucie­szony, że ma coś do roboty. Potrze­bo­wał tylko kilku dni.

To było przed dwoma tygo­dniami.

Od tam­tego czasu Trolle szu­kał go kilka razy, ale Seba­stian igno­ro­wał jego tele­fony. Sie­dział w cichym miesz­ka­niu i sły­szał tele­fon dzwo­niący bez końca. Tylko Trolle mógł cze­kać aż tyle sygna­łów, to było dla Seba­stiana jasne. Ale nie był już pewien, czy na­dal chce to wszystko wie­dzieć. Jeśli posu­nąłby się dalej w tej spra­wie, czy zosta­łyby mu jesz­cze jakieś gra­nice do prze­kro­cze­nia?

Ale teraz poczuł, jak ogar­nia go przy­gnę­bie­nie. Godziny na wzgó­rzu przed domem Vanji. Seks. Dzi­siej­szej nocy był z Elli­nor, wczo­raj i jutro z jakąś inną. Puste miesz­ka­nie. Puste życie. Musiał coś zro­bić. Cokol­wiek. Zmiany. Wyjął komórkę i wybrał numer.

Trolle ode­brał po trzech sygna­łach.

– Wła­śnie się zasta­na­wia­łem, kiedy się ode­zwiesz – powie­dział schryp­nię­tym po prze­bu­dze­niu gło­sem.

– Byłem tro­chę zajęty – wyja­śnił Seba­stian, odda­la­jąc się od domu Vanji z tele­fo­nem przy uchu. – Wyjeż­dża­łem.

– Nie okła­muj mnie. Śle­dzi­łeś ją. Córkę.

Seba­stian zesztyw­niał na moment, zanim dotarło do niego, że Trolle mówił o córce Val­de­mara. Jasne.

– A skąd to wiesz?

– Bo jestem lep­szy do cie­bie.

Seba­stian miał wra­że­nie, że sły­szy, jak po dru­giej stro­nie kolega uśmie­cha się z zado­wo­le­niem.

– Nie pro­si­łem cię, żebyś ją spraw­dzał – powie­dział poiry­to­wany.

– Nie, ale ja wyko­nuję swoją robotę sumien­nie. Dawny poli­cjant, sam wiesz.

– Dowie­dzia­łeś się cze­goś?

– Tro­chę. Ale żad­nych bru­dów. Facet spra­wia wra­że­nie sakra­mencko porząd­nego. – Trolle prze­rwał na chwilę i Seba­stian usły­szał, jak sze­le­ści papie­rami, które praw­do­po­dob­nie leżały roz­rzu­cone przed nim. – Nazywa się Ernst Val­de­mar Lith­ner. Uro­dzony w tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tym trze­cim roku w Göteborgu – powie­dział Trolle. – Stu­dio­wał naj­pierw w Chal­mers, potem prze­niósł się na eko­no­mię. W tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tym pierw­szym roku oże­nił się z Anną Eriks­son. Która, by the way