Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Zima zawitała na dobre do Querth, kiedy niziołek Pipper oraz elfka Gensefael – para wędrownych bardów – spotkali w oberży troje osobliwych podróżników: rosłego elfiego najemnika, wychudzonego półelfa – maga oraz czerwonowłosą, rogatą kobietę z rasy piekłorodnych. Nowo przybyli budzą wśród gości zajazdu niepokój, jednak zdolni muzykanci szybko rozładowują napiętą atmosferę i zyskują przychylność tajemniczych przybyszów. Wkrótce wychodzi na jaw cel ich podróży: Erôth Egraz – niezbadana kraina wiecznego lodu, gdzie skryte jest jedno ze źródeł mocy.
Para minstreli, pragnąc odmienić swoje życie i przeżyć prawdziwą przygodę, postanawia towarzyszyć niezwykłym wędrowcom aż do krasnoludzkiego miasta Beor Arûna. Podróż, która miała być ekscytującą przygodą, szybko ujawnia swoje prawdziwe barwy i uświadamia muzyków o brutalnych realiach świata. Jakie przeszkody i niebezpieczeństwa staną im na drodze? Nikt z nich nie podejrzewa, jak wiele mrocznych tajemnic kryje lodowa pustynia…
Trzysta dwadzieścia lat. Tyle minęło od wydarzeń Klęski, zwanej też Wojną Bogów. Pokój trwał krótko, a świat został podzielony pomiędzy dwie siły: powstały w mroku gór Sojusz Wielkich, jednoczący w swoim bólu boże łzy, guarów i półorków, oraz Cesarstwo Ludzi, obecnie nazywane Cesarstwem Feyronii, łączące siły zarówno z młodymi arrui, jak i wiekowymi elfami.
Wieki mijały, a wraz z nimi kolejne wojny i podziały. Cesarstwo odkryło nowy ląd. Mały kontynent zapomniany przez świat, którego tytuł odnaleziono w najstarszych zapiskach Mówców – Querth.
Obie strony konfliktu ruszyły walczyć o nowe ziemie, niosąc za sobą rzeź i pożogę. Moce, których nie potrafił pojąć ten świat, przypatrywały się temu zza swych okowów. I czekały…
Michał Kozłowski
Entuzjasta fantastyki i science-fiction. Jako małe dziecko czytał Tolkiena i podobnych mu autorów, a po latach prowadzenia rozgrywek w fabularne gry RPG stworzył własne uniwersum Legendy Querth i obecnie zajmuje się pisaniem powieści fantastycznych.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 444
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Trzysta dwadzieścia lat.
Tyle minęło od wydarzeń Klęski, zwanej też Wojną Bogów. Pokój trwał krótko, a świat został podzielony pomiędzy dwie siły: powstały w mroku gór Sojusz Wielkich, jednoczący w swoim bólu boże łzy, guarów i półorków, oraz Cesarstwo Ludzi, obecnie nazywane Cesarstwem Feyronii, łączące siły zarówno z młodymi arrui, jak i wiekowymi elfami. Ziemie niczyje przestawały istnieć, znikając wraz z kolejnymi miastami i roszczeniami dotyczącymi całych krain.
Wieki mijały, a wraz z nimi kolejne wojny i podziały. Świat krwawił. O każdy skrawek ziemi toczył się spór, czemu przyglądali się znużeni bogowie.
Cesarstwo odkryło nowy ląd. Mały kontynent zapomniany przez świat, którego tytuł odnaleziono w najstarszych zapiskach Mówców.
Querth.
Obie strony konfliktu ruszyły walczyć o nowe ziemie, niosąc za sobą rzeź i pożogę. Wojna na Querth była dla wszystkich czasem bólu i cierpienia.
Moce, których nie potrafił pojąć ten świat, przypatrywały się temu zza swych okowów.
Czekając.
Ostatnie zlecenie
Mimo pierwszych oznak zimy środek Querth wciąż pozostawał ciepły, pozwalając swoim mieszkańcom cieszyć się ostatnimi dniami bez przymrozków. Dębowy Bór, ciągnący się wzdłuż Otchłani Tajemnic, był pełny zwierząt dopinających ostatnie przygotowania przed nadchodzącymi mrozami. Pośród nich przez leśną gęstwinę przedzierał się przerażony mieszkaniec Beor Arûny, znajdujący się dziesiątki kilometrów od swojego domu i rodziny. Krasnolud rozejrzał się dookoła, po czym usiadł na skale. Pot spływał po jego łysym czole wprost na kasztanową brodę. Jego wzrok nieustannie błądził między gałęziami, poszukując zagrożenia. Drzewa gęsto okalały jego drobną postać, kryjąc go przed niechcianym wzrokiem. Uśmiechnął się sam do siebie. Zgubiłem go – pomyślał. Posłany za nim najemnik kilkukrotnie był o włos od złapania krasnoluda, ten jednak umiejętnie umykał mu z garści. Teraz rozłożył się wygodniej na skale, spoglądając na gęstą zieloną powałę liści. Wyjął z torby bochen krasnoludzkiego chleba, po czym urwał kawałek, włożył do ust i zaczął rozkoszować się jego cierpkim, kwaśnym smakiem. Świst metalu i lekki podmuch powietrza wyrwał Garma z kontemplacji. Krasnolud zerwał się ze skały, rozglądając się z przerażeniem dookoła. Dotarło do niego, że trzyma zaledwie połowę pieczywa, a część jego gęstej kasztanowej brody właśnie spływała z jego umięśnionego brzucha wprost na ściółkę leśną.
– Znalazłem cię, Garm – usłyszał ochrypły, nieprzyjemny głos.
Znał go aż za dobrze. Ostatnie dni były przepełnione strachem przed tym głosem. Gałęzie i liście ożyły, materializując się w umięśnionego elfa. Po chwili przyglądania się dotarło do krasnoluda, że elf jest cały zakamuflowany, będąc oblepionym w elementy ściółki leśnej i kory. Dla niewprawionego oka czyniło go to niemal niewidzialnym. Faeranduil odgryzł kawałek chleba, po czym zaczął go leniwie żuć. W drugim ręku trzymał długie ostrze, skierowane wprost w bulwiasty nos Garma, zmuszając go do zeza, by przyjrzeć się pięknej prostocie ostrza.
– Fae, kopę lat – wydukał Garm, gdy nieco ochłonął. – Widzę, że mój miecz wciąż ci służy.
Faeranduil przełknął głośno ślinę, po czym odchrząknął i odezwał się do byłego partnera:
– Ano kopę. Ile to będzie? Dwadzieścia lat, odkąd pracowaliśmy razem dla Cesarstwa? – Wzrok najemnika był nieobecny, spoglądający przez krasnoluda w głąb wspólnej przeszłości. – A potem jak idioci przypłynęliśmy tutaj.
Garm sięgnął powoli do torby i wyciągnął z niej ciężki gąsiorek.
– Ile dają za moją głowę? – zapytał, otwierając butelkę z głośnym cmoknięciem wyciąganego korka.
– Nie chcą twojej głowy. Prosili o dłonie, najlepiej przytwierdzone do właściciela – odrzekł z melancholią w głosie. – Chcą, żebym cię przyprowadził z powrotem. Są gotowi wybaczyć ci pracę dla Sojuszu.
Krasnolud przechylił gąsiorek, pociągnął kilka porządnych łyków, po czym wyciągnął butelkę do elfa.
– Napijesz się? Przepalanka mojej roboty, jak za dawnych czasów.
Fae włożył kawałek chleba do ust. Opuścił ostrze, po czym przyjął butelkę, nabierając pełne usta palącego płynu. W połączeniu z pieczywem alkohol nabrał niesamowitego smaku. Smaku, którego nie czuł od lat.
– Wiesz, że nie wrócę. Pluję na Cesarstwo i ich tytuły. Sojusz przynajmniej oferuje porządną kuźnię, materiały i godziwą płacę. – Żyły wyszły mu na czoło, a twarz nabrała koloru głębokiej purpury. – Ja mam, kurwa, rodzinę! Pluję na arcymistrzów i mysich chujków obiecujących tytuły hrabiów, a także innych ludzkich sprzedawczyków!
Faeranduil spojrzał z ukosa na byłego przyjaciela.
– Wiesz, że się z tobą zgadzam. Ale przyjąłem robotę.
– Ile ci za mnie płacą? – Łzy przesłoniły jego błękitne oczy. Ból i gniew wręcz kipiały z jego ciała.
– Dwa tysiące złotych smoków, jeśli przyprowadzę cię całego. Półtora za ręce – odrzekł, wzdychając i spoglądając za ramię krasnoluda, by uniknąć jego spojrzenia.
– Fae, kurwa… – Krasnolud zdjął z ramienia torbę i rzucił ją elfowi pod nogi. – Weź, co mam, i przekaż to moim synom. – Z wnętrza wysypały się na mech dziesiątki monet i kamieni szlachetnych. – Nie wrócę z tobą. Czyń swoją powinność.
Garm wziął kawałek chleba do ust. Następnie obiema rękoma uniósł gąsiorek do warg i przechylając go wysoko nad sobą, zaczął pić łapczywie gęsty alkohol. Fontanna krwi obryzgała teren dookoła krasnoluda, który jedynie charknął. Faeranduil przyglądał się opadającemu ciału byłego kompana, chowając miecz pod płaszcz. Dłonie brodacza odłączyły się od nadgarstków i wraz z butelką runęły w leśną ściółkę. Krasnolud miał zaciśnięte oczy pełne łez.
– Wybacz, stary druhu – powiedział elf, przyglądając się głowie, która miała zaraz spaść na ziemię.
Najemnik zbliżył się i podniósł dłonie krasnoluda. Całe pokryte były tatuażami run. Tusz był zmieszany z dużą ilością metalicznego miału, który mienił się delikatnie w promieniach słońca. Faeranduil pozbierał pieniądze i kamienie, chowając je z powrotem do torby. Kilka godzin później skończył przysypywać grób Garma kamieniami. Następnie spojrzał w głąb lasu i zwracając się ku północy, pomyślał na głos:
– Podróż do Beor Arûny. Niech i tak będzie. – Po czym dodał: – Ostatnie zlecenie i jestem wolny.
Kobieca postać przyglądała się elfowi, stojąc w gęstwinie drzew. Obserwowała go od kilku tygodni, czekając na znak. Znalazłam cię – pomyślała, zyskując ostateczne potwierdzenie prawdziwości wizji, które zostały jej ujawnione. Nie wydaje mi się jednak, żeby było to twoje ostatnie zlecenie.
– Co się stało? – zapytał głos u boku kobiety. – Umarłem, prawda?
– Tak, Garmie, nie żyjesz – odpowiedziała, wciąż obserwując Faeranduila.
Przezroczysta postać krasnoluda stała między drzewami, delikatnie zatapiając się pod ziemię. Spoglądał w stronę elfa, przywołującego swojego mrocznego rumaka nieopodal grobu.
– Co teraz ze mną będzie? Przyszłaś po mnie?
– Nie, krasnoludzie. Nie interesujesz mnie. Przyszłam po niego – stwierdziła, wskazując palcem za jeźdźcem.
– Zabijesz go? Zginie?
Uśmiech na twarzy kobiety przywołał do nic nieczującego bytu krasnoluda echo przerażenia.
– Być może, lecz jeszcze nie teraz – odpowiedziała, szepcząc.
Niebo przeszył odgłos młota bijącego w kowadło. Duch Garma niczym zahipnotyzowany podążył wzrokiem za źródłem dźwięku.
– Pora na ciebie, krasnoludzie. Idź, nie pozwól na siebie czekać. – Mroczny uśmiech ponownie pojawił się na twarzy kobiety. – Inaczej nigdy nie zaznasz spokoju.
Nie musiała mu tego dwa razy powtarzać. Dał się porwać słodkiemu dźwiękowi kuźni, wierząc, że na końcu drogi spotka swoją żonę.
– Barra, idę do ciebie.
Górski Zajazd
Ciepło alkoholu powoli rozchodziło się po ciele elfki. Grzane wino mocno przyprawione goździkami przyjemnie zaczynało szumieć jej w głowie, mimowolnie przynosząc uśmiech na twarz. Rozejrzała się po sali oberży, do której zajechali. Zajazd był dużym budynkiem z dachem krytym gęstą strzechą. Ściany zbudowane z grubych bali drewna były uszczelnione smołą. Główny budynek miał dwa duże okna po przeciwnych stronach pomieszczenia, otwierane z rzadka celem przewietrzenia wielkiej sali. Obok oberży stała duża stodoła pełna siana, zbudowana w ten sam sposób co główny budynek, przygotowana do dania schronienia dwudziestu koniom. Sala główna była pełna dymu unoszącego się z grubych krasnoludzkich fajek. Stoły, wielkie pnie drzew przecięte wpół i osadzone na potężnych kłodach wbudowanych w podłogę, były gęsto zastawione kuflami piwa i dzbanami wina. Ławy zaś, różnych rozmiarów oraz kształtów, były mocno natarte woskiem, mającym chronić drewno przed zapaleniem, zarazem uprzykrzając życie pijanym, którzy przy gwałtowniejszych ruchach ślizgali się na siedzeniach. Nad rozgadanym tłumem przebijał się ciężki krasnoludzki język, będący w stanie zagłuszyć największego z krzykaczy. Głównymi gośćmi zajazdu były krasnoludy, których bardziej słyszano, niż widziano. Nad brodatymi klientami górowali ludzcy najemnicy i łowczy. Poza nimi dało się odnaleźć pojedynczych przedstawicieli niziołków, gnomów i elfów. Nieopodal paleniska siedziało troje minstreli – dwoje ludzi i gnom – grających leniwie na swoich instrumentach i tworzących tło muzyczne dla gości zajazdu.
Nagle w stół przed rozmarzoną elfką uderzył kufel, robiąc małą kałużę rozlanego piwa. Gensefael aż podskoczyła wraz ze swoim winem, będąc o włos od rozlania gorącego trunku. Zza kufla wychyliła się roześmiana od ucha do ucha twarz jej mentora.
– Gen! Rozchmurz się, kochanieńka! Twoja buzia winna nieść uśmiech i szczęście, napawać innych weną i rozkoszą! Lecz ty, moja droga, siedzisz naburmuszona, a nad twoją głową ciemne chmury! – oznajmił wesoło Pipper, bard niziołek, podróżnik i marzyciel, którego niepomierne ambicje ledwo utrzymywały się w małym ciele.
Pipper był niski, nawet jak na niziołka, mierząc trochę mniej niż dziewięćdziesiąt centymetrów. Jego szeroka twarz miała perfekcyjną jasną cerę. Blond włosy nosił rozpuszczone do ramion, zaczesując je na boki. Mocną, kwadratową szczękę ozdabiały gęste bokobrody, które, równo przycięte, podkreślały linię żuchwy. Miał błękitne, przenikliwe oczy, które były powodem westchnień wielu kobiet; sama Gensefael uwielbiała zwracać uwagę na piękno jego spojrzenia. Uszy ozdobione miał srebrnymi pierścieniami, jednym w prawej i dwoma w lewej małżowinie. Bard nosił piękny bordowy płaszcz, skrojony podobnie do tych, które nosili morscy admirałowie. Bogato zdobiony, pełen złotych guzików oraz zapinek, kontrastował z zielonymi, pasiastymi bryczesami. Zza grubego pasa wystawał elegancki krasnoludzki sztylet. Zdobienia na ostrzu były podobne do tych znajdujących się na metalowej sprzączce pasa oraz na miedzianych guzikach brunatnej koszuli noszonej pod płaszczem. Nauczyciel elfki nigdy nie rozstawał się ze swoją „Nelly”, przewieszoną przez ramię na ozdobnym skórzanym pasie.
Był to instrument podobny do gnomich gitar. W przeciwieństwie jednak do ich smukłych, obłych korpusów pudło rezonansowe Nelly było trójkątne. Sam instrument istniał także w większych wersjach, oryginalnie stworzonych przez krasnoludy, które nazywały go brzdękajką. Wersja mentora była trzystrunowa ze względu na swoje rozmiary, za to jej większe odpowiedniczki były czterostrunowe, stanowczo łatwiejsze w obsłudze dla większych, krasnoludzkich dłoni. Gensefael wiedziała też o małej harmonijce, schowanej w jednej z wielu kieszeni płaszcza Pippera, jednak nigdy nie słyszała ani nie widziała, jak na niej gra.
Lecz to nie wygląd ani umiejętności gry sprowadzały do Pippera tłumnie słuchaczy. To jego głos oraz talent do opowiadania niekończących się historii, pod warunkiem zapewnienia wystarczającej ilości trunków, były prawdziwą sztuką, za pomocą której bard zjednywał sobie dziesiątki nowych fanów. Gen, wiedząc, że na nic się nie zdadzą jej trudy, machnęła ręką, chcąc rozproszyć gęste obłoki fajkowego dymu.
– Widzisz, Pip, o to chodzi, że te chmury wiszą nie nad moją głową, a na niej! Jak krasnoludzkie płuca to wytrzymują? Czy im to nie przeszkadza? – zapytała rozdrażniona, patrząc z pogardą w stronę roześmianej grupy brodaczy przy sąsiednim stole.
Pipper wskoczył na stół, w locie chwytając kufel piwa. Gensefael pokręciła głową, widząc czerwone rumieńce na polikach przyjaciela, który jak na jej gust przekroczył swój bezpieczny limit upojenia. Nim zdążyła go powstrzymać, Pip przemówił:
– Czyż nie krasnoludy okiełznały jako pierwsze potęgę płomienia? – Stół pełen brodatych palaczy ucichł, zwracając swoją uwagę w stronę blond niziołka stojącego na stole. – Tak, to prawda, że draki zieją ogniem. I nie tylko! To prawda, że magowie i zaklinacze ciskają płomieniami na lewo i prawo! Którekolwiek z gnomich dzieci, dostając dwa patyki, potrafiłoby spalić dom! Ale, moi drodzy, to krasnoludy okiełznały płomień w jego czystej postaci! Albowiem, kiedykolwiek byście spojrzeli… – tutaj przerwał na chwilę, by zwilżyć usta piwem – a uwierzcie mi, widziałem to na własne oczy, krasnoludy wiecznie dymią! Nawet we śnie, gdy przyjrzeć im się z bliska, z kącików ich ust płyną cieniutkie obłoczki dymu!
Tłum zaczął się śmiać. Gensefael w obawie o swojego nauczyciela spojrzała na brodaczy zebranych wokół, poszukując wśród nich oznak narastającego gniewu. Krasnolud o potężnej czarnej grzywie powstał od stołu. Jego wąs zrudziały od palenia fajki zaczął ruszać się niczym włochata gąsienica rozpoczynająca swoją podróż po topornej twarzy. Cała karczma ucichła na chwilę, oczekując na reakcję. Czarnowłosy uniósł brwi, wytrzeszczając oczy, po czym otworzył szeroko usta. Wraz z głośnym beknięciem olbrzymia kula dymu wystrzeliła mu z paszczy. Wszyscy zebrani zanieśli się śmiechem. Tylko Gensefael odetchnęła z ulgą, ciesząc się i nie mogąc ponownie pojąć, jak Pipper to robi.
– Mówiłem! Najprawdziwszy płomień musi żyć w tych istotach! Żaden śmiertelnik nie utrzyma w płucach takiej ilości dymu! – Pipper kontynuował, śmiejąc się głośno.
Niziołek uniósł kufel w stronę krasnoludów, wykonał głęboki ukłon, po czym wyprostował się i wypił do dna, nie zważając na przelewające się po polikach piwo. Krasnoludy zawtórowały mu, opróżniając swoje kufle. Krzyknęli radośnie, ponownie wznawiając śmiech. Pip zszedł ze stołu i zasiadł naprzeciwko swojej uczennicy.
– Oto, moja piękna Gensefael, jest sztuka odnajdywania przyjaciół w każdych warunkach, w każdym miejscu – powiedział, po czym wskazał wzrokiem jednej z wielu karczemnych dziewek swój pusty kufel.
Elfka nie wydawała się być przekonana tym pokazem „umiejętności”. Trudno było jej określić, ile było w tym szczęścia i wpływu alkoholu, a ile prawdziwej charyzmy.
– Mistrzu Offil, dokąd właściwie zmierzamy? Krążymy od zajazdu do zajazdu od tygodni. Czy my mamy jakikolwiek cel? – zapytała, zmieniając temat.
Pipper z wdzięcznością odebrał od biuściastej karczmarki kolejny pełny kufel, a następnie, w ramach podziękowania, ucałował jej dłoń, co spowodowało wystąpienie na jej polikach płomiennego rumieńca i kaszlący śmiech, który w oczach niziołka nie wydawał się ujmować jej urody. Bard odstawił kufel, po czym zręcznie wyciągnął srebrną monetę z jednej z kieszonek ukrytych w rękawach płaszcza i wcisnął ją w dłonie dziewczyny. Ta w podzięce schyliła się i ucałowała go w czoło.
– O czym to mówiłaś, Czarna Różo? – zapytał, podążając wzrokiem za pośladkami karczmarki i planując sobie dalsze poczynania na wieczór. – Ach tak, cel. Widzisz, kwiatuszku, my czekamy na cel. – Pociągnął łyk piwa, mlaszcząc głośno ustami. – Nie szukamy go na siłę, cel wie, kiedy się go szuka, wtedy ucieka i się kryje. My mu pozwolimy się do nas zbliżyć, po czym capniemy go i uchwycimy. Jak z kotem! – Wybuchnął śmiechem, rozbawiony własną metaforą. – Nie przejmuj się, zabawimy tutaj jeszcze noc, może dwie, po czym ruszymy dalej na północ, zbliżając się do Niedźwiedzicy.
Elfka westchnęła, obawiając się podobnej odpowiedzi. Życie u boku Pippera bywało zdumiewające i magiczne, lecz momenty takie jak ten strasznie ją nużyły. Tymczasem jej mentor, cokolwiek by się działo, zawsze wydawał się być podekscytowany. Zazdrościła mu werwy.
– Ha! – Pipper zaśmiał się do swojej towarzyszki. – Spójrz, kto właśnie wszedł!
Gensefael obróciła się i spojrzała w stronę wejścia. Wraz z zawieją śniegu oraz lodowatym powietrzem, do środka wkroczyła trójka podróżnych. Uwagę Gen najbardziej przykuł rosły, potężnie zbudowany elf. Nigdy wcześniej nie widziała pobratymcy, który byłby tak umięśniony i wysoki. Tak potężna żuchwa i szerokie ramiona nie były spotykane wśród jej rodaków. Pomyślała, że musiał być jednym z „dzikich”, o których słyszała od matki. Nosił na sobie piękny skórzany płaszcz, którego poły oraz długie rękawy wyglądały jak błony wielkiej jaszczurki. Ramiona przysłonięte miał ciężkimi naramiennikami, które przypięte były solidnymi skórzanymi paskami do wysokiego obojczyka, kryjącego większość szyi oraz dużą część klatki piersiowej. Pod płaszczem nosił kolczugę, w którą wmontowano wiele stalowych płytek. Kolcza koszula zakrywała mu część ud, a wysokie nagolenniki, uzbrojone w zakręcone ku górze ostre kolce, chroniły piszczele. Buty miał ciężkie, podkute ćwiekami, którymi głośno stukał o drewno podłogi. Jasnobrązowe włosy nosił ciasno związane w warkocz spleciony blisko skóry, ciągnący się środkiem czaszki, sięgając ramion. Jeśli nosił broń, dobrze ją krył, jednak i bez niej wyglądał niebezpiecznie. Każdy jego ruch był pewny i przemyślany. Czujnym spojrzeniem objął całą karczmę, wertując każdego z osobna.
Wzrok elfa na chwilę spoczął na Gensefael. Lodowaty dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa. Jego oczy były jednolite, jakby nieposiadające źrenic, które ledwo zaznaczone skrywały się w platynowej bieli. Siła i pewność, którą emanował, przypomniały jej ojca. Spojrzenie elfa było rozbierające i oceniające. Odrzucało na bok wszystkie zalety, wyciągając na wierzch wszelkie wady i słabości.
Obok stał wychudzony półelf. Był o głowę niższy od towarzysza i dwukrotnie mniejszy, gdyby wziąć pod uwagę objętość ciała. Nosił niedbały zarost, a czerń jego włosów była gęsto zakrapiana srebrem siwizny. Głębokie zakola zostawiły pośrodku jego głowy mały półwysep przetłuszczonych włosów, które nosił zaczesane do tyłu. Oczy chudzielca były podkrążone, spowite mgłą delikatnego bielma. Wyglądał na chorowitego. Rozglądając się po wnętrzu karczmy, opierał się na solidnej ladze, a całość jego ciała chowała się pod szałasopłaszczem z grubej skóry, leżącej na plecach wędrowca. Pod okryciem dało się dojrzeć proste ubranie podróżne i wielką, przepastną torbę u boku. Jego ruchy były powolne, wskazujące na ból i zmęczenie.
Trzecią postacią była kobieta. Wkroczyła do środka, stukając o deski podkutymi kopytami. Jej blada cera mieniąca się odcieniami fioletu kontrastowała z krwiście czerwonymi włosami, spiętymi z tyłu w duży kok. Była piekłorodną. Jej rasa była rzadko spotykana, szczególnie tak blisko ziem wiecznie skutych lodem. Rogi wyrastały tuż nad jej brwiami, ciągnąc się wzdłuż linii włosów i ozdabiając głowę właścicielki niczym chropowata, czarna korona z kości. Lewe oko spoglądało po zebranych w karczmie płomienistą czerwienią. Prawe zaś było żółte, a jego źrenica trójkątna. Piekłorodna miała na sobie ciemnoszarą suknię z rubinowymi akcentami, rękawy zaś wydawały się być pokryte na całej długości wyszytymi runami. Nosiła ciasny czarny gorset i wełniane getry nachodzące na kopyta.
Chwilę zajęło Gensefael, by dotarło do niej, co się nie zgadza w tym obrazku. Jako jedyna nie była w żaden sposób chroniona przed chłodem zimy. Od kilku dni sypało gęsto śniegiem, a mróz się nasilił. Ona jednak wydawała się nie zwracać na to uwagi. Chudzielec i elf mieli torby podróżne, ona nie miała nic poza ubraniem. Było w niej coś, co mroziło krew w żyłach, sprawiając, że górujący nad nią elf wyglądał całkiem potulnie.
– Widzisz, kwiatuszku, masz swój cel! Oni go nam wskażą, zobaczysz! – powiedział głośno Pip do zamyślonej elfki.
Gensefael oderwała wzrok od nowo przybyłych, skupiając się na swoim mentorze.
– Nie wyglądają na przyjemnych. Jesteś pewny, że chcesz mieć z nimi do czynienia? Mogą być niebezpieczni! – syknęła, chcąc powstrzymać niziołka przed dalszym kuszeniem losu.
– Nonsens! Pluję w twarz niebezpieczeństwu! Chciałaś przygody i adrenaliny, czyż nie po to mnie odnalazłaś? – zapytał, uśmiechając się zawadiacko i błądząc nietrzeźwym wzrokiem po obliczu towarzyszki.
– Tak, ale…
– Żadnych ale! – przerwał jej bard. – Jeśli nie jesteś gotowa na podejmowanie ryzyka, nigdy nie przeżyjesz prawdziwej przygody. Zdecyduj, tu i teraz. Chcesz dalej ze mną podróżować czy wolisz wrócić do objęć cieplutkich i wygodnych czterech ścian w Ithlirel? – Ponura szczerość oraz dobitność pojawiły się w głosie Pippera. Uśmiech zniknął mu z twarzy, a jego miejsce zajęła absolutna powaga. – Nie będę cię zatrzymywać. Wróć do wielkiego miasta. Ja wolę umrzeć dumny ze swoich osiągnięć, wiedząc, że robiłem, co kochałem. Jeśli chcesz umrzeć w łóżku, żałując swoich wyborów – parsknął, krzywiąc twarz od smutku – twoja wola…
Gensefael wyciągnęła dłoń i położyła ją na ramieniu mentora. Niziołek wyglądał na rozbitego, patrząc na swoją przyjaciółkę na wpół przytomnym wzrokiem.
– Pip, przepraszam. – Uśmiechnęła się do niego ciepło. – Nie powiedziałam, że odrzucam przygodę. Po prostu… – Zamyśliła się, spoglądając ponownie na nowo przybyłych, którzy obecnie siadali przy jednym ze stołów po drugiej stronie karczmy. – Martwię się. Mam dziwne obawy, przeczucia.
Bard podniósł wzrok. Błysk życia wrócił do jego ciała.
– Widzisz, kochanieńka. Gdybyś się nie martwiła, to znaczyłoby, że jesteś po prostu głupia. – Niziołek roześmiał się, sięgając ponownie po swój kufel. – Zaufaj mi, będzie dobrze.
Elfka nie była do końca przekonana, jednak pewność w głosie Pippera pokrzepiła jej serce. Rozejrzała się po karczmie; wiele zmieniło się, odkąd weszło troje nowych gości. Duża część klienteli szybko podjęła decyzję o zmianie miejsc, tylko po to, by trzymać się jak najdalej od mrocznej trójcy. Kilku ciężko pijanych jegomości, którzy dopiero co głośno się bawili, nagle ucichło, wciskając swoje na wpół płynne pijane formy w krzesła. Krasnoludy wstały od stołu i wyszły na zewnątrz, najpewniej do stajni. Dało się słyszeć każde przesunięcie krzesła, przełknięcie piwa oraz nerwowe odchrząknięcia. Trójka minstreli, którzy do tej pory grali obok paleniska, zniknęła, a wraz z nimi przyjemne ciepło towarzyszące muzyce. Chłód wdarł się do serc zebranych w gospodzie; zimno, którego nawet jęzory paleniska ani żar alkoholu nie potrafiły przegonić. Piekłorodna weszła na swoje krzesło, rozejrzała się po karczmie, po czym zagrzmiała niespotykanie potężnym głosem, który poniósł się do najdalszych zakamarków sali, najpewniej był też słyszalny na podwórcu:
– Czy jest w tej dziurze choć jeden grajek, który zagra mnie i moim towarzyszom? – W jej dłoni pojawiła się złota moneta. – Płacę sowicie tylko tym, którzy nie fałszują! Wdzięczność Rigi jest wieczna!
Pipper wskoczył na stół, nim Gensefael zdążyła go powstrzymać. Następnie chwycił za Nelly, pociągnął dłonią po strunach raz i drugi, wypełniając pomieszczenie przyjemną wibracją jego nut, po czym rzekł:
– My wam zagramy, droga pani! – oznajmił, wskazując na swoją towarzyszkę.
– Powinnam była się domyślić, że największe jaja będą należeć do najmniejszego z was! Podejdźcie, panie niziołku! Zagrajcie nam ze swoją elfią przyjaciółeczką! – krzyknęła przez salę rogata kobieta, zapraszając dwójkę bardów do swojego stołu.
Pipper wesoło zeskoczył z podwyższenia, zabierając po drodze swój kufel i ponaglając Gensefael, by ruszyła za nim.
– Pip, żeby ci uszy zwiędły, ty mała gadzino… – wyszeptała pod nosem elfka, ruszając za mentorem.
Dwójka minstreli szybko dotarła do stołu Rigi oraz jej towarzyszy. Piekłorodna obejrzała ich, marszcząc brwi na widok elfki.
– Nie chciałabym wam niczego ujmować, mistrzu – zwróciła się do niziołka. – Wyglądacie istnie jak z bajki: te kolory, ten fason, bard jak malowany! – Klasnęła w dłonie, uśmiechając się, przy czym odsłoniła białe, długie kły. – Jednak wasza towarzyszka, wysoka i piękna, wygląda raczej na traperkę albo myśliwego, nie na minstrelkę! Gdzie jej instrument? – dopytywała Riga.
Nie był to pierwszy raz, kiedy ktoś podważył umiejętności Gensefael, opierając się jedynie na jej wyglądzie. W przeciwieństwie do większości bardów oraz muzyków nie nosiła pstrokatych, różnobarwnych ubrań. Ubierała się prosto i praktycznie. Skórznia ciasno przylegała do jej ciała, ukrywając w ten sposób jej biust, ale za to uwydatniając jej szerokie biodra i wąską talię. Skórzana kurtka posiadała doszyty duży podróżny kaptur, chroniący przed zawiejami, deszczem, a nawet śnieżycą. Wysokie, ciężkie buty stworzone były do długich wędrówek i wymagającego terenu, z pewnością nie były noszone dla zgrabniejszego wyglądu. Całość stroju miała na sobie dziesiątki przetarć, co nadawało elfce istnie bojowy wygląd, upodabniając ją do traperów. U boku miała długi kordelas – ostrze jej zmarłego ojca, który nosiła raczej jako ochronę konieczną. Instrument zaś był prezentem pożegnalnym od matki, który dostała przed wyruszeniem na Querth. Gensefael nie używała go publicznie; mała zaklęta harfa spoczywała bezpiecznie w odmętach jej torby, czekając na dzień, w którym dane jej będzie zagrać. Gęste, czarne włosy nosiła rozpuszczone. Obsydianowe fale dodawały jej dzikości, pozostawiając w centrum śliczną, jasną buzię, zaś duże zielone oczy poszukiwały niebezpieczeństwa, nie weny.
– Wybaczcie, drodzy państwo, moja uczennica stawia praktyczność nad prezencję. Piękno, które od niej bije, stara się stonować prostymi ubraniami. Rozumiecie, gdyby ubrana była w bogate szaty, nikt by jej nie słuchał, jedynie podziwiając jej urodę – ogłosił Pipper z wprawą gawędziarza, przywołując na twarz Gensefael gorący rumieniec. – A co do instrumentu, ja gram, a ona śpiewa. Ach! Ale jak śpiewa! Gdyby głos dało się przemienić w płynne złoto, nasze podróżowanie między karczmami odeszłoby w niepamięć.
Riga oraz pozostali w karczmie, do których dotarły słowa niziołka, zaczęli się śmiać z pysznego żartu.
– Niech wam będzie, mistrzu – odrzekła rogata pani. – Grajcie! Śpiewajcie! Dzisiaj się bawimy!
Pipper ukłonił się nisko przed nową klientelą, uniósł Nelly i zaczął grać. Piękna muzyka momentalnie rozładowała ciężką atmosferę panującą w zajeździe. Rozmowy ucichły, głośne siorbanie zniknęło. Wydawało się, jakby wszyscy wstrzymali oddech, by móc usłyszeć muzykę. Niziołek wszedł na jeden ze stołów, z wolna wybijając rytm stopą. Część gości podłapała rytm, lekko uderzając kuflami o stół, tupiąc butami bądź też mrucząc pod nosem.
Wtedy elfka zaśpiewała. Jej postać przyćmiła światło ognia ze świec i kominka, włosy zdawały się tańczyć w rytm muzyki, a zieleń oczu błyszczała hipnotyzującym pięknem. Wszyscy byli zapatrzeni w Gensefael, nie mogąc oderwać od niej oczu. Śpiewała o tęsknocie za domem, o pragnieniu powrotu i spełnieniu skrytych marzeń. Każdy z zebranych w jakiś sposób utożsamiał się z treścią pieśni, odnajdując w niej coś dla siebie. Goście karczmy byli zachwyceni. Dziesiątki oczu śledziły każdy ruch elfki, która zaczęła z wolna tańczyć między stołami. Jej głos kruszył najtwardsze serca, największe smutasy zaczynały uśmiechać się do pięknej śpiewaczki. Riga oparła głowę o przedramiona, położyła się na stole i wpatrując się w odległą przeszłość, marzyła o lepszych czasach. Smutna oraz zniszczona twarz półelfa nabrała koloru. Melancholia i nostalgia sprawiły, że w jego oczach stanęły łzy na wspomnienie rodziny, którą zostawił za sobą.
Jedynie barczysty elf siedział niewzruszony, przyglądając się czujnie bardowi i śpiewaczce. Wstał znudzony, nie zwracając uwagi na wszystkich dookoła. Wydawało się, jakby on jedyny był odporny na urok Gensefael. Zdawało się, że nikt nie zwraca na niego uwagi, tylko dwójka bardów popatrzyła na siebie w zdumieniu, kontynuując pieśń. Elf podszedł do lady i oparł się o nią, próbując przykuć uwagę karczmarza. Mężczyzna jednak był jakby nieobecny, spoglądając rozmarzonym wzrokiem w stronę śpiewającej elfki i bez przerwy wycierając ten sam kufel.
– Piwa, karczmarzu – rzekł zbrojny, jego słowa odbiły się jednak od właściciela gospody niczym od ściany.
Elf sięgnął za ladę, uderzając delikatnie brodatą twarz gospodarza zajazdu wierzchem dłoni.
– Co do…? – Karczmarz otrząsnął się z transu i upuścił kufel, który z głuchym brzdękiem uderzył o deski podłogi. – Co ja miałem? A tak, piwa, tak? – zapytał, nie będąc do końca pewnym.
– Kufel i duży dzban pełen najmocniejszego piwa, jakie macie – odparł Faeranduil, po czym dodał: – Mięsa i bochen chleba. O typ mięsa nie dbam, byle było dobre.
Karczmarz kiwnął głową, po czym rozejrzał się po sali. Jego pomocnice stały, wraz z klientelą przyglądając się przedstawieniu dwojga grajków, nie ruszając się z miejsc. Zaklaskał głośno w dłonie, co momentalnie wytrąciło je z zamyślenia, przywracając trzeźwość umysłu.
– Za chwilę podamy jedzenie i piwo. – Podrapał się po brodzie, oglądając elfa i wędrując wzrokiem od niego do stołu Rigi. – Panie, wybaczcie, to nie mój interes. Długo zamierzacie u nas pozostać?
– Macie rację, to nie wasz interes – odpowiedział szorstko Fae, po czym parsknął śmiechem. Brzmiał niczym smok cieszący się wizją pożarcia biednego człowieka. – Nie obawiajcie się, niebawem wyruszymy dalej, prawdopodobnie skoro świt. Daleko stąd do Beor Arûny?
Karczmarz podał mu kufel pełen ciemnego piwa, wysyłając jedną z dziewczyn do jego stołu z posiłkiem i dzbanem.
– Beor Arûna jest nowym miastem albo twierdzą, jak każą ją nazywać krasnoludy. Po co wam tam jechać, jeśli można wiedzieć?
– Znacie inną trasę na Erôth Egraz? – zapytał z przekąsem długouchy. Milczenie właściciela zajazdu przyjął za odpowiedź. – Tak też myślałem. Wiemy, że krasnoludy mają tunel prowadzący na drugą stronę, tam się udajemy.
– Na klęskę, po co? Nic tam nie ma, poza nieskończonym lodem i śniegiem. Ani drzew, ani pitnej wody, żadnej zwierzyny. Tylko śmierć czeka za górami.
Wojownik zaśmiał się, pociągając łyk piwa.
– Za pieniądze, które mi płacą, mogę iść szukać śmierci.
Elf odszedł od lady w kierunku stołu swoich kompanów. Gensefael i Pip skończyli swój występ, a do czterech ścian karczmy wróciły rozmowy i ogólna wrzawa. Grupka bardów, która wcześniej zniknęła, pojawiła się nagle, wznawiając grę i swoją muzyką przydając pomieszczeniu ciepła. Przy stole siedzieli towarzysze długouchego i grajkowie, którzy oczarowali całą publikę.
– Fae! Dobrze, że jesteś! – krzyknęła Riga. – Ta utalentowana dwójka zaproponowała towarzyszyć nam do Beor Arûny!
Niziołek obrócił się w stronę Faeranduila, uśmiechając się od ucha do ucha i trzymając w rękach gigantyczny – w porównaniu do jego rozmiarów – kufel pełen piwa. Elfka siedziała cicho na skraju stołu, przyglądając się po kolei Ridze oraz ich chuderlawemu towarzyszowi.
– Pipper Offil, do waszych usług, panie! – powiedział bard i stając na swoim krześle, wykonał głęboki ukłon, mocząc nos w piwie. – A to moja piękna towarzyszka, Gensefael Virran.
Gen uniosła wzrok, spoglądając w stronę Faeranduila. Ten odsłonił zęby w dzikim uśmiechu, niczym drapieżnik patrzący na swoją ofiarę.
– Faeranduil, ale mówcie mi Fae – odpowiedział, obscenicznie oglądając Gensefael od góry do dołu.
Gen przypomniała sobie ten taksujący wzrok. Czuła się obnażona, kiedy rozbierał ją wzrokiem. Nie wierzyła, żeby dało się przed nim cokolwiek ukryć. Jej głos oraz muzyka Pipa nie działały na niego. Podobało jej się to. Riga poklepała półelfa po ramieniu, przyciągając go bliżej siebie, niemal wtulając się z nim polik w polik.
– Nasz cichy przyjaciel to Melchior, uzdolniony magister magii, który przyłożył rękę do budowy Pardegoxu!
Melchior na chwilę spojrzał na elfkę i niziołka, delikatnie kiwając głową na przywitanie. Blady uśmiech pojawił się na jego twarzy, kiedy Pip i Gen odwzajemnili przywitanie, kiwając głowami do niego.
– Jest bardzo nieśmiały, wybaczcie mu. Lata w Wieży Mówców wpoiły weń pokłady wszelakiej wiedzy, lecz widocznie nie znalazł czasu na pracę nad umiejętnościami społecznymi – kontynuowała przywódczyni grupy, robiąc smutną minę. – Tymczasem napijmy się! Jutro rano wyruszamy i nie wiadomo, kiedy znów zaznamy smaku piwa! Wasze zdrowie!
Śnieżyca
Gen i Pip spędzili noc w stajni, nieopodal swoich wierzchowców. Żmudne życie w ciągłej podróży i łatwość, z jaką przychodziło niziołkowi wydawanie ich zarobków, nie dawały szans na wygodne noclegi w trasie. Riga wraz ze swoimi towarzyszami, Melchiorem oraz Faeranduilem, zapłacili za możliwość noclegu w i tak już pełnym zajeździe.
Gensefael nie była przekonana do pomysłu Pippera, by udać się z tamtymi w dalszą drogę, jednak ufała mentorowi. A wizja wyprawy u boku Faeranduila stała się ostatecznym argumentem, który przekonał ją do zgodzenia się z niziołkiem. Między kuflami piwa dowiedziała się więcej o celu Rigi i jej grupy. Mieli udać się do Beor Arûny, gdzie po negocjacjach z krasnoludami planowali dalej brnąć na gołe pola Erôth Egraz, krainy wiecznego lodu, niezbadane przez nikogo pustkowia. Lodowa pustynia nie miała nic do zaoferowania, poza śniegiem, mrozem i śmiercią. Jednak Riga miała inną wizję. Melchior, będąc jednym z Mówców, posiadał informacje niedostępne większości mieszkańcom Querth. Mimo relatywnie małych rozmiarów kraina ta posiadała pięć punktów skupienia mocy. Gen nie była do końca przekonana, co one oznaczają, jednak zakładała, że dla użytkowników magii musiały być dość istotne. Dowiedziała się także więcej o całej ich grupie. Riga, która przybyła wraz z pierwszą kolonią Sojuszu na nowy ląd, poznała Melchiora na długo przed odkryciem przez Cesarstwo nowego kontynentu. Po latach rozłąki dowiedziała się od maga o projekcie odkrycia wszystkich pięciu punktów mocy. Mówcy założyli swoją bazę koło jednego z nich, budując tam wieżę. Skupili się niemal w pełni na badaniu odkrytego punktu, nie śpiesząc się z odnalezieniem pozostałych. Riga chciała pomóc przyjacielowi, planując odkryć je wspólnie, żeby ich imiona zostały zapisane na kartach historii na wieki. Faeranduil był zaś opłaconym najemnikiem. Piekłorodna wspominała, że nie bez powodu wybrała właśnie jego, Gen jednak nigdy nie dowiedziała się, dlaczego Fae jest taki wyjątkowy. Elf podczas wypytywania Rigi przez minstreli o jego „specjalności” uniósł się, każąc wszystkim zostawić jego osobę w spokoju.
– Wybaczcie za Faeranduila – powiedziała Riga, zbliżając się do muzyków. – On już tak ma. Nie lubi, kiedy zadaje mu się za dużo pytań, i jest raczej skryty. I piekielnie drogi – dodała z kwaśnym uśmiechem.
– Długo już współpracujecie? – zapytał Pipper, sprawdzając wszystkie zapięcia płaszcza i zakładając grube skórzane rękawice.
– Będą już przeszło dwa tygodnie. Pomógł nam na trasie, kiedy zostaliśmy zaatakowani.
– Zaatakowani? – pochwyciła Gen. – Co się stało?
– Na północ od wielkich bagien, nieopodal tego nowo powstałego miasteczka… Shinn bodajże? Tak chyba się nazywało – powiedziała, drapiąc się po skroni. – Grupa bandytów zażądała od nas okupu. Ich nieszczęście, ponieważ Fae miał kiepski humor. Wyciął ich w pień bez zbędnych dyskusji, po czym zapytał, czy nie potrzebujemy pomocy w dalszej trasie. I tak oto stał się naszym najemnym ochroniarzem.
Elfka rozejrzała się po okolicy. Zajazd i stodoła były grubo pokryte białym puchem. Trasa na północ, którą mieli obrać, miała zaledwie kilka przetartych śladów po pojedynczych jeźdźcach. Śnieg delikatnie sypał z nieba, błyszcząc w świetle słońca i nadając magiczności całemu otoczeniu. Gensefael była ubrana w swoje codzienne skórzane ubranie, dodała do niego tylko gruby płaszcz podszyty baranim futrem. Mimo to z każdym podmuchem wiatru odczuwała przenikliwy chłód. W przeciwieństwie do niej piekłorodna pozostawała w swojej sukni, nie sprawiając wrażenia zziębniętej.
– Wybaczcie, pani – zaczęła Gen, zwracając na siebie uwagę. – Czy nie jest wam zimno?
Kobieta odsłoniła kły w szerokim uśmiechu. Założyła ręce na biodra i wypięła pierś, chwaląc się skromnym dekoltem z odsłoniętą skórą. Pomimo rogów, nietypowych oczu i kopyt zamiast stóp, Gen stwierdziła, że Riga jest na swój sposób piękna.
– Nie, moja droga, nie odczuwam chłodu jak pozostali, przywykłam do takich, a nawet niższych temperatur. Doceniam za to troskę. – Puściła oczko do elfki, po czym skierowała swoje kroki w stronę stajni. – Mam nadzieję, że macie wierzchowce? – zapytała rogata pani, nie odwracając się w stronę bardów.
– Myślicie, że mając tak krótkie nóżki, nadążyłbym za długonogą Gensefael? Oczywiście, że mamy wierzchowce! Tylko głupiec wybrałby się w trasę na północ bez środka transportu! – zakrzyczał za Rigą Pip, który próbował zrównać krok z kobietami, przebijając się przez wysokie zaspy śniegu na gościńcu.
Minęło trochę czasu, nim zebrani byli gotowi do wyruszenia. Między budynkami zajazdu stała Riga wraz z Melchiorem, zasiadając na dużych, kasztanowych koniach. Oba rumaki miały na sobie narzuty z futer, zapewniające dodatkową ochronę przed mrozem, oraz zestawy juków wiszące po bokach ich zadów. Gen wraz z Pipem także dosiedli swoich „wierzchowców”. Bard siedział na dorodnym, ponadprzeciętnych rozmiarów bernardynie, mierzącym w kłębie ponad metr. Psisko wyposażone było w siodło z oparciem dla pleców, przystosowane do wzrostu niziołka, oraz wygodne strzemiona, w których jeździec mógł ukryć nogi przed chłodem. Jak Pip wcześniej opowiedział wszystkim przy kuflu piwa, pies nosił dumne imię Gerwazy, które wcześniej miało należeć do dziadka niziołka. Gensefael wyjechała ze stajni na reniferze. Jego umaszczenie wahało się pomiędzy bielą a szarością, mieniąc się w świetle słońca delikatnym srebrem. Wysokie siodło było grubo obite ciemną skórą, a strzemiona wykonane w identyczny sposób, co ich mniejsze odpowiedniki dla niziołka, wyposażone w kieszenie chroniące stopy przed mrozem. Gen nazywała go Ithil, co w elfim znaczyło ‘księżyc’. Czwórka jeźdźców przyglądała się sobie oraz wierzchowcom, oczekując na najemnika. Po chwili z karczmy wyszedł Faeranduil, niosąc przerzuconą przez ramię dużą torbę podróżną.
– Czekamy tylko na was, Fae – ogłosił Pip, rozglądając się na wszystkie strony. – Powiedzcie, który rumak jest wasz?
Elf stanął kilka metrów przed resztą grupy, spoglądając nieobecnym wzrokiem na północ. Wykrzywił lekko usta, po czym gwizdnął przeciągle przez zęby. Gwizd poniósł się wraz z wiatrem, nadając nagle pięknemu porankowi zdumiewająco posępny nastrój. Gensefael dostrzegła zmianę w Ridze. Piekłorodna rozsiadła się w siodle, uśmiechając się do dwójki muzyków, i czekała. Nagle ziemia zatrzęsła się pod ich wierzchowcami. Gerwazy zaczął warczeć i szczekać, z kolei zdenerwowany Ithil grzebał kopytem w śniegu. Kilkanaście metrów za Faeranduilem pojawiło się w śniegu wybrzuszenie, zbliżające zdumiewająco szybko w jego kierunku.
– Fae, za tobą! – krzyknęła odruchowo elfka, kiedy groza wypełniła jej ciało na widok nieznanego obiektu zbliżającego się w stronę wojownika.
Najemnik uśmiechnął się półgębkiem, przyglądając się z satysfakcją wystraszonym oczom Gensefael. Następnie obrócił się w stronę tego, co pędziło w jego stronę, wyciągnął lewą rękę w bok i czekał z nonszalancją. Nagle, zaledwie metr od niego, wybrzuszenie wystrzeliło w powietrze jak mały gejzer śniegu i ziemi. Był to wielki czarny rumak, który wybiegł na powierzchnię zaledwie metr od swego właściciela. Przez moment widać było jeszcze za nim ziejącą w zlodowaciałej glebie dziurę, która po chwili z suchym trzaskiem zamknęła się tuż za jego ogonem.
Fae złapał wyciągniętą ręką za gęstą grzywę i wskoczył płynnie na grzbiet potężnego ogiera. Koń mierzył ponad dwa metry w kłębie i miał smoliście czarne umaszczenie. Za to jego oczy były przeraźliwie białe, niczym te należące do jego pana. Sploty mięśni zwierzęcia, ciasno opięte przez skórę, wypychały na wierzch żyły na jego piersi i nogach. Zaś gruby, długi warkocz ogona spięty był srebrnymi klamrami, na których widniały runy.
Pipper był pierwszym, który przerwał ciszę, wyciągając dłoń w stronę konia, jakby chcąc go sięgnąć:
– Jest piękny – powiedział, nie mogąc oderwać oczu od ogiera. – Jak się nazywa?
Gensefael nie potrafiła pojąć, jak ktoś – szczególnie osoba pokroju Pippera – mógł obrazić ten majestatyczny byt, jakim był ów rumak, tak prostackim określeniem jak: „jest piękny”. Urok i potęga drzemiąca w koniu była nie do opisania i to właśnie przez brak odpowiednich słów Gen nie odezwała się, podziwiając go w ciszy. Faeranduil uśmiechnął się do ogiera, poklepał go po szyi, a następnie odezwał się do reszty:
– Nazywa się Śmierć. Gotowi do drogi?
Droga prowadząca na północ, w głąb Gwiżdżących Świerków, była całkowicie zasypana białym puchem i stanowczo mniej uczęszczana, niż się spodziewali. Masywny ogier Faeranduila torował drogę, tworząc w śniegu korytarz ułatwiający reszcie przejazd. Zaraz za nim jechała Riga, mając za sobą Melchiora, nieustannie czytającego coś w swoich przepastnych księgach. Kawalkadę zamykała Gensefael, tuż za Pipperem, którego głowa powoli podróżowała od jednego ramienia do drugiego. Ithil nie miał większych problemów z przemieszczaniem się przez zaspy śnieżne, jednak Gen nie czuła się zbyt pewnie, prowadząc swoich towarzyszy. Wolała trzymać się z tyłu, wraz ze swoim przyjacielem Pipem. Niziołek jechał na Gerwazym przedostatni, czując dyskomfort na myśl, że mógłby pozostać w tyle, stając się łatwym łupem dla czyhających po drodze niebezpieczeństw. Gensefael doceniała spokój podróży, rozkoszując się świeżym, mroźnym powietrzem, za którym tak bardzo tęskniła po zaduchu utrzymującym się w zajeździe. Słyszała też rozmowę między magistrem i piekłorodną, lecz nie skupiała się na wypowiadanych przez nich słowach. Momentami jej uszy wyłapywały niski, buczący głos Faeranduila, który za każdym razem niespodziewanie wyrywał ją z zamyślenia i powodował, że po plecach przechodziły jej delikatne ciarki.
Mimo kilku godzin, które minęły, odkąd opuścili ciepłe progi karczmy, Pipper wciąż cierpiał z powodu męczącego go kaca. Wczorajsze zaproszenie do grupy wprawiło go w niesłychanie dobry, rozrzutny nastrój. Nie biorąc pod uwagę swoich rozmiarów ani możliwości, obrał sobie Faeranduila za towarzysza do wspólnego picia. Na koniec dnia elfka musiała zanieść go do stajni, zostawiając obok wiadro i bukłak wody. Teraz jednak Pip siedział w siodle, od czasu do czasu drapiąc Gerwazego za uchem i nie przerywając swoich wyklinań wobec bólów głowy spowodowanych hałasem lasu i chrupaniem świeżego śniegu pod nogami wierzchowców. Próba strojenia Nelly szybko została porzucona. Brzdąkanie strun było zbyt bolesne dla wrażliwych uszu niziołka, które, przyrzekłby, mogłyby w obecnym stanie usłyszeć każdy oddzielny płatek śniegu spadający na igły otaczających ich drzew.
Gen uśmiechnęła się na myśl o nadchodzących przygodach. To oznaczało brak przesiadywania po zajazdach i użerania się z pijakami i nieznośnymi wojakami, nieustannie przechwalającymi się w swoich anegdotach. Początek podróży zapowiadał koniec nudy i rutyny dnia codziennego, który dotychczas towarzyszył im, kiedy grali, by zarobić na kolejny posiłek i nocleg w nieskończonej pętli wydatków. Riga obiecała im wikt i opierunek na czas wspólnej drogi, choć z tego, co zrozumiała Gen, podczas przemierzania lasów ograniczało się to do zapewnienia obozu i upolowanej zwierzyny. Już to samo w sobie brzmiało jak ciekawe doświadczenie i przygoda, która ku jej zdumieniu w końcu ich odnalazła, tak jak przekonywał Pip. Nawet jeśli mieliby pojechać jedynie tam i z powrotem, to dla elfki już sama możliwość podziwiania nowych terenów była wystarczająco ekscytującym przeżyciem. Las, przez który obecnie przejeżdżali, stanowił zaledwie przedsmak cudnych widoków, które na nich czekały. Ciemno- i jasnozielone igiełki świerków, sosen i cisów wyglądały na przejezdnych spod swoich bielutkich puchowych kołder. Błękity i granaty cieni kontrastowały z ciepłym złotem słońca, które padało na śnieg, dodając świetlistego blasku na ich drodze. Gen rozłożyła szeroko ręce, uśmiechając się i kręcąc się w siodle ze szczęścia. Jechała z tyłu, nie przejmowała się więc zbytnio tym, że ktoś może zobaczyć jej głupie wygibasy. Pomimo tego przekonania, ktoś jednak ją obserwował…
Utrzymując bezpieczny dystans, zza gęstwiny krzaków wędrowcom przypatrywał się yeti. Wstrętna kreatura zeszła z odległych gór kilka miesięcy wcześniej, wybierając sobie ten las jako swój nowy teren łowiecki. Wiele jeleni i reniferów stanowiło główne menu bestii, nigdy jednak nie gardziła ona także ludzkim czy elfim mięsem. Yeti nie był głupi, wiedział, że zginie, atakując tak dużą grupę otwarcie. Wyszedł więc z krzaków, ruszając na północ, zgodnie z kierunkiem podążania konnych. Ciemne chmury zbierały się nad odległymi szczytami. Nadchodziła śnieżyca. Stwór planował wykorzystać ją przeciw obcym w jego lesie. Yeti warknął cicho, przywołując do siebie jednego z pobliskich wilków. Służyły mu, odkąd zamordował ich samca alfę, ogłaszając się nowym przywódcą stada. Psowaty przyjął polecenia monstrum, które potrafiło przemawiać w zwierzęcej mowie, po czym ruszył zebrać sforę.
– Nizioł na deser – zacharczał yeti w swoim gardłowym języku, śliniąc się na myśl o nadchodzącej uczcie.
Słońce chyliło się ku zachodowi. Gęsta powała lasu odcinała od podróżnych resztki światła, w przeciągu kilku minut obejmując ich nieprzeniknioną ciemnością. Pipper wiercił się niespokojnie w siodle, rozglądając się coraz częściej dookoła.
– Powinniśmy znaleźć miejsce na nocleg – ochrypły, wciąż dający znać o wczorajszym piciu głos niziołka zmącił ciszę lasu. – Robi się ciemno i nasze wierzchowce powinny odpocząć.
Faeranduil spojrzał przez ramię w stronę muzyka i parsknął śmiechem, dostrzegając małego współtowarzysza wodzącego wzrokiem między pojedynczymi snopami resztek światła, które przebijało się miejscami przez gęstwinę igieł pokrytych śnieżyną.
– Nie martwcie się, mistrzu niziołku – powiedział elf, uśmiechając się do Śmierci i klepiąc ją po szyi. – Jeszcze chwilę wytrzymają. Chciałbym doprowadzić nas na obrzeża najbliższej polany, o ile to możliwe. – Fae sięgnął po menażkę, pociągając z niej łyk lodowatej wody. – Śledziła nas wataha wilków, nie chciałbym odpoczywać w granicach ich terenu łowieckiego.
Zęby Pipa zaklekotały w ciemności. Trudno było określić, czy było to spowodowane zimnem, czy też strachem.
– Ja nie widzę w ciemności! – krzyknął niziołek. – Nie jestem elfem, półelfem ani niczym podobnym, co widzi w mroku! Nic nie widzę i zaczynam sobie dopowiadać stwory w ciemnościach!
Tym razem to inicjatorka podróży przemówiła:
– Mistrzu Offil, zaręczam za bezpieczeństwo w towarzystwie Faeranduila. Chciałabym także przypomnieć o obecności magistra Melchiora. Jeśli przebywanie z tak wyśmienitym wojownikiem i magiem nie jest dla was dostatecznie uspokajające, to nie wiem, co byłoby w stanie pokrzepić wasze serce.
– Ha! Pewnie butelka dobrej gorzałki dodałaby mistrzowi animuszu! – Elf zaśmiał się głośno.
Pipper naburmuszył się, chrząkając pod nosem:
– Butelka nie byłaby takim złym pomysłem…
– Proszę – odezwał się Melchior i wyciągnął z przepastnej torby glinianą flaszę, którą podał do tyłu niziołkowi. – Napijcie się, jeśli ma wam to pomóc.
Bard spojrzał wymownie w stronę cienia konia oraz jego jeźdźca.
– Chciałbym przypomnieć, że wciąż nie widzę w ciemności! – uniósł się Pipper, a Gerwazy zawtórował za nim równie żałośnie.
– Wybaczcie. – Pip usłyszał głos półelfa, po czym przeraził się na widok butelki, która wysunęła się z ciemności, lewitując tuż przed jego twarzą. – Proszę, powinniście móc ją dosięgnąć – dokończył mag.
Niziołek chwycił łapczywie butelkę i szybkim ruchem ją odkorkował. Kiedy zaś zbliżył nos do gwintu, bogata paleta zapachów zaczęła pieścić wnętrze jego nozdrzy. Bard czuł owocową słodycz, cierpką nutę orzechów oraz gryzący dymny aromat. Gensefael widziała, jak Melchior, obrócony w siodle, uśmiecha się na widok niziołka, któremu uszy trzepotały ze szczęścia.
– To wino! – oznajmił rozradowany Pip, odrywając usta od gwintu butelki. – Wspaniałe, pyszne wino! Cóż za aromat, cóż za odważny bukiet smaków! Mości magistrze, gdzie pozyskaliście takie cudo? Proszę, nie każcie mi błagać.
– Mistrzu Pipperze, na dobry początek znajomości przyjmijcie wino w ramach prezentu – odpowiedział delikatnie mag. Jego głos niczym ciepły podmuch letniego wiatru docierał do słuchających, lecz ani kawałek dalej. – Wino zostało pierwszy raz otwarte oraz rozlane w A’Hamelle; ta nazwa widnieje także na butelkach. Powiedziano mi, że oryginalnie zabeczkowano je gdzieś na kontynencie w głębi Feyronii, choć nie ujawniono mi dokładnej lokacji. Podróż łodzią na Querth miała nadać mu charakteru, a wraz z powstaniem A’Hamelle rozpieczętowano pierwszą beczkę.
Pipper musiał zrobić głupią minę – pomyślała elfka. Melchior zachichotał, patrząc na jej przyjaciela.
– Mości magistrze, nie jestem godzien takich rarytasów! Takie wykwintne alkohole nie są dla takich, że tak to ujmę, gąb jak moja! – Pip zawył w teatralnej rozpaczy, przytulając butelkę do piersi.
– Będę urażony, jeśli jej nie przyjmiecie – odpowiedział grzecznie Melchior, wiedząc, że właśnie tego oczekuje niziołek.
– Nie śmiałbym odmawiać. Z ciężarem na mym sercu przyjmuję ten dar niegodny mojej marnej osoby – uznał bard, korkując i chowając cenny prezent w bezpiecznych odmętach swojej torby.
– Cisza! – Usłyszeli przeszywający głos najemnika.
Wszyscy zamilkli, zatrzymując swoje wierzchowce i oczekując na dalsze polecenia. Gdy ucichli, dostrzegli zmiany w otoczeniu. Pierwsze, co rzuciło się w oczy Pipperowi, to żółty blask księżyca przebijający się przez coraz rzadsze zadaszenie lasu. Fae ruszył w stronę otwartego pola, nad którym błyszczały drobiny spadającego śniegu. Pogoda zmieniała się. Śnieg sypał coraz gęściej, a wzmagający się z każdą minutą wiatr wcinał drobne lodowe igły w twarze podróżnych.
– Śnieżyca – odparł elf. – Potrzebujemy schronienia. Grajkowie wraz z magiem, szukajcie czegoś, co wygląda jak jama, jaskinia lub teren skryty za wałem ziemi, który osłoni nas od wiatru i śniegu. Ja z Rigą poszukamy z drugiej strony polany.
Nikt nie spierał się z Fae’em, każdy ufał jego doświadczeniu. Gensefael spojrzała na Melchiora oraz Pippera. Niziołek nie wyglądał na zachwyconego planem, za to półelf wydawał się niewzruszony zaistniałą sytuacją.
– Chciałbym przypomnieć, że wciąż nie potrafię widzieć w ciemności – zaznaczył cicho bard, ściskając dłoń na rękojeści wciśniętego za pas sztyletu.
– Nie martwcie się, mistrzu Offil. Wierzę, że wasz wierny „wierzchowiec” podąży za nami. Jemu powierzcie poruszanie się w mroku, kiedy ja z panienką Gensefael zajmiemy się poszukiwaniami – odparł Melchior.
Gen kiwnęła potwierdzająco głową w stronę magistra. Przez moment obserwowała jeszcze masywną postać elfa na jego ogromnym ogierze, odjeżdżającego wraz z drobną Rigą na przeciwną stronę polany. Aby nie tracić czasu, po chwili ruszyli i oni w poszukiwaniu odpowiedniego schronienia. Magister prowadził. Za nim, rozglądając się w ciemności, jechał przerażony Pipper, bojąc się każdego cienia. Gen natomiast trzymała się z tyłu. Nagle dziwna nostalgia nawiedziła jej umysł, przypominając o smutnej scenie z przeszłości. Las, mróz oraz nadchodząca śnieżyca. Wszystko pasowało, lecz wtedy była sama…
Jej rodzinne miasto Welathyr było ciche jak nigdy wcześniej. Biegła zapłakana, nie oglądając się za siebie. Śnieg sypał coraz gęściej, śnieżyca była nieunikniona, a delikatne ciało młodej elfki chroniły tylko lniana suknia oraz wysokie trzewiki. Wybiegając z domu, nie dbała o swoje bezpieczeństwo. Nie mogła zostać tam ani minuty dłużej. Żaden ze strażników nie zauważył małej postaci biegnącej w stronę gęstych lasów. Chciała zniknąć, przepaść. Nie chciała już nigdy nikogo więcej widzieć, miała ich wszystkich dosyć. Nie wiedziała, ile czasu uciekała, kiedy upadła wycieńczona w śnieg. Mróz boleśnie palił jej zziębnięte ciało, a gęste łzy piekły coraz mocniej, wraz z każdym kolejnym podmuchem lodowatego wiatru.
– Nikt mnie nie chce. Nikt! – krzyczała w otaczającą ją ciemność. Gula w gardle rosła, kiedy serce ją karało. Powinna go kochać, wiedziała o tym, ale nie potrafiła. – Stałam się nikim, tylko o nim mówią! Tylko o nim! Wolałabym, żeby nigdy się nie urodził!
Śnieg atakował Gensefael z każdej strony, lecz coś się zmieniło. Wiatr zdawał się cichnąć, choć nie ustępował. Kiedy nowy odgłos pojawił się na krawędzi słuchu elfki, wewnętrzny instynkt przejął kontrolę. Groza zajrzała jej w oczy, unieruchamiając członki i zmuszając do nasłuchiwania nadchodzącego niebezpieczeństwa. Gniew i żal, którymi pałała do swojej rodziny, rozpłynęły się, a ich miejsce zastąpił porażający zmysły strach. Pomimo wiatru słyszała ciche warknięcia i dyszenie wielu istot. Błyszczące oczy pojawiły się w mroku między drzewami, powoli osaczając klęczącą w śniegu dziewczynę.
– Gen! – usłyszała krzyk z oddali. To ojciec, który podążył jej śladem. Chciała wstać, pobiec do niego, przytulić się i błagać o wybaczenie.
– Gen, wilki!
– Gen, wilki! Gensefael, na klęskę, ruszaj się! – krzyknął Melchior.
Elfka przebudziła się niczym ze snu, nie będąc pewną, ile czasu była nieprzytomna w otaczającym ją chaosie. Po chwili zobaczyła maga stojącego samotnie w śniegu z naciągniętymi po łokcie rękawami. Jego koń musiał uciec, kiedy zostali zaatakowani. Melchior miał zdjęty kaptur, by lepiej dostrzegać otaczające ich zwierzęta. Żyły pod skórą na jego rękach zapłonęły, dając delikatną poświatę jego postaci, zaś w dłoniach magistra pojawiły się małe płonące kule, którymi ciskał w mrok.
Zdezorientowany Pipper nie wytrzymał presji. Korzystając ze swoich magicznych sztuczek, najpierw zaklął wyjęty z torby krótki sztylet, by ten zaczął świecić, a następnie cisnął nim w pobliskie drzewo, oświetlając okolicę. Niziołek poprawił wiszącą na jego plecach Nelly i wyciągnął krasnoludzkie ostrze, przywołując do wolnej dłoni jaskrawą energię, którą zamierzał wykorzystać w razie potrzeby oślepienia jednej z bestii.
– Fae, na pięć nieszczęść, gdzie jesteś, elfie!? – krzyknął bard, po czym zaczął wyklinać wyjące wilki.
Gen wyciągnęła z torby pięknie rzeźbiony kawałek drewna. Z obu stron miał on przymocowany skórzany pas, który przerzuciła sobie przez ramię. Pod dotykiem właścicielki drewno ożyło, gnąc się i zmieniając swój kształt, by po chwili przybrać formę miniaturowej harfy, nie większej niż pierś niziołka. Z wnętrza instrumentu wystrzeliły cienkie zielone nici, które łącząc się z przeciwną stroną, stworzyły struny. Palce elfki dotknęły ich, wprowadzając je w delikatne drżenie. Kiedy Gen otworzyła usta, by przywołać moc, która w niej drzemała, jej śpiewny głos przemienił się w okrzyk strachu. Zza góry śniegu wyskoczył bowiem wielki biały wilk. Jego futro do tej pory idealnie kamuflowało zwierzę, które pokazało się w ostatniej chwili, pozwalając elfce dostrzec się dopiero na moment przed jej rychłą śmiercią. Czarne, przekrwione oczy wpatrywały się w nią złowieszczo. Poznaczony wieloma bliznami pysk otworzył się wraz z głośnym warknięciem, a ostre kły błysnęły w świetle jaśniejącego sztyletu niziołka.
I wtedy pojawił się on…
Wielki wilk zamierzał chwycić małą Gen w paszczę pełną jasnych kłów. Dziewczynka była zdjęta strachem, nie mogąc oderwać wzroku od stojącej przed nią bestii. Czuła smród z pyska wilka, kiedy nagle w tors zwierzęcia uderzył cień, posyłając je z bolesnym jękiem na bok. Stwór zerwał się na równe łapy, choć szkarłat tryskał z jego boku, plamiąc jasne futro i otaczający go śnieg. Wysoka postać odwrócona plecami do elfki oddzielała ją od wilka. To jej ojciec kierował długie ostrze w stronę zwierzęcia, stojąc w typowej dla siebie szermierczej pozie.
– Schowaj się za mnie – rzucił przez ramię do córki, nie odrywając wzroku od swojego przeciwnika. Jego twardy ton przywrócił trzeźwość umysłu dziewczynie, która dopiero teraz odzyskała kontrolę nad swoim ciałem.
Gen bez cienia sprzeciwu rzuciła się za ojca, patrząc z trwogą na wielką bestię. Oczy wilka wlepione były w jej obrońcę. Ich pojedynek na spojrzenia zdawał się trwać bez końca. Vamir Virran był znanym szermierzem i byłym admirałem cesarskiej floty, jednak lata świetności weterana zdawały się być już echem przeszłości. Od ponad siedemdziesięciu lat ojciec Gensefael znajdował się na emeryturze. Regularne ćwiczenia pozwoliły mu na zachowanie muskularnej sylwetki i sprawnego ciała, jednak sparingi z młodzikami a walka ze starym wilkiem w środku śnieżycy były czymś zupełnie różnym. Vamir był wysoki i postawny. Jego skórznia była idealnie dopasowana do jego ciała, pierś zaś zdobiły medale i odznaczenia z czasów służby wojskowej. Piękny, bogato inkrustowany kordelas stał się nieodłączną częścią wyposażenia jej ojca. Gen jednak wiedziała, że to umysł stratega – bezwzględnego w obnażaniu słabości wroga – czynił z niego śmiertelnie niebezpiecznego przeciwnika. Z lewej strony jego czaszki, w miejscu, gdzie kiedyś znajdowało się ucho, zionęła dziura, skąd ciągnęła się gruba blizna wzdłuż szyi, znikając za wysokim kołnierzem. Zdawać by się mogło, że oczy elfa były puste, jakby pozbawione uczuć, lecz wszystkowidzące czarne źrenice od dzieciństwa oceniały i karciły Gensefael za błędy.
Wilk skoczył na Vamira, celując otwartą paszczą w jego szyję. Dziewczynka schowała twarz w sukienkę, krzycząc z przerażenia. Gen szlochała, bojąc się spojrzeć na trwającą walkę. Kolejne szczeknięcia i warknięcia dobiegały z nowych stron. Jej ojciec był otoczony, a ona nie mogła nic zrobić, klęcząc w śniegu i zanosząc się płaczem.
Nie minęła minuta, a wszystko ucichło. Gen uniosła głowę, otwierając nieśmiało oczy, w obawie przed tym, co zobaczy. Jej obrońca klęczał otoczony kudłatymi truchłami. Śnieg dookoła był gęsto zroszony ciemną krwią. Jeden z wilków wciąż głośno charczał, próbując złapać powietrze i topiąc się we własnej krwi. Vamir uniósł broń, celując w konającego. Ostrze powoli zanurzało się w ciele bestii. Bolesny jęk cichł z każdym kolejnym centymetrem stali zanurzonym w zwierzęciu, aż w końcu wszystko ucichło.
– Tato? – zapytała Gen trzęsącym się głosem.
Ojciec obrócił głowę, szukając wzrokiem jej oczu. A potem uśmiechnął się. Ostatni raz widziała go uśmiechniętego, gdy urodził się jej brat. I wtedy dostrzegła jego ranę, kołnierz płaszcza był rozszarpany. Gardło jej ojca było strzępem krwawych ochłapów, spomiędzy których wartko płynął szkarłat. Wyciągnął dłoń przed siebie, jakby próbując schwytać coś, czego tam nie było. Usta elfki zadrżały, lecz zmrożona terrorem nie potrafiła nic z siebie wydusić. Fontanna krwi wystrzeliła z rozszarpanej szyi, obryzgując stygnące ciała wilków. Gen rzuciła się w stronę ojca, który osunął się w śnieg. Usiadła obok niego, płacząc i wołając go. Oczy Vamira gasły jednak z każdą chwilą, wpatrując się w zapłakaną twarz córki. W jego spojrzeniu widać było ból i żal. W kącie oka pojawiła się wielka łza, niemogąca opuścić powiek.
– Pomocy! – krzyczała elfka, ale szalejąca śnieżyca porywała każde jej słowo. – Błagam, pomóżcie!
Nikt jednak nie odpowiedział. Gensefael poczuła na swojej ręce mokrą od krwi dłoń ojca. Vamir resztkami sił trzymał w zaciśniętej pięści swój kordelas, wciskając go córce. Nie usłyszała jego słów. Nie mógł mówić, a jego starania wywołały jedynie kolejny krwotok. Ruch jego warg mógł oznaczać tylko jedno:
„Walcz”.
– Walcz, Gen, walcz! – krzyczał Pipper, oślepiając kolejnego wilka, na którego rzucił się Gerwazy. – Gdzie jest ten przeklęty najemnik? Gdzie jest Faeranduil?!
Gensefael leżała w śniegu. Musiała spaść z Ithila, nie wiedziała jednak, kiedy ani jak się to stało. Po chwili między drzewami zobaczyła płonącą kulę futra, która to biegła, to upadała, wyjąc w agonii, która nastąpiła kilka metrów dalej. Stojący nieopodal Melchior nie przebierał w zaklęciach. Magiczne pociski uderzały w każdego przeciwnika, który znalazł się w zasięgu jego wzroku. Nagle elfka kątem oka dostrzegła ruch zbliżającego się zwierzęcia; jeden z wilków biegł prosto na nią. Krwawa piana toczyła się z jego pyska, a oszalałe spojrzenie było skupione na ofierze. Gen szybko wstała, przyciskając harfę matki do swojej piersi. W boku wilka dostrzegła głęboką ranę, z której sączyła się krew, i właśnie na niej skupiła całą swoją uwagę. Jej palce zatańczyły na strunach harfy, a drzemiąca dotychczas w niej moc posłała w stronę wilka wibrujący, przezroczysty promień. Elficka magia trafiła w buchającą krwią ranę, na tyle ją poszerzając i pogłębiając, że zwierzę w połowie biegu padło w śnieg, wierzgając i wyjąc z niewyobrażalnego bólu. Szaleństwo w jego oczach i rozpaczliwe ujadanie zabolały Gen. Nie chciała go krzywdzić, instynkt samozachowawczy był jednak silniejszy. Ona albo on – ktoś musiał zginąć. Nie minęła chwila, gdy kolejny wilk gotował się do skoku, nieubłaganie zbliżając się do niej z prawej strony. Gen nie zauważyła go, będąc zbyt skupioną na poprzednim zwierzęciu. Wiedziała, że nie zdąży już rzucić kolejnego zaklęcia, a sięgnięcie po kordelas nie wchodziło w grę. Nagle wielki cień uderzył w bestię niczym ten z jej wizji z przeszłości. Faeranduil pojawił się znikąd, kopnięciem posyłając wilka na drzewo. Głośne chrupnięcie łamanych kości wywołało nieprzyjemny dreszcz w Gensefael, która skrzywiła się z obrzydzenia. Wilk próbował się jeszcze podnieść, ale ogier elfa doskoczył do niego, miażdżąc mu czaszkę ciężkimi kopytami. Gen na widok rozbryzganych części mózgu przewróciło się w żołądku.
– Wstawaj, potem pomarzysz o ciepłym łóżku – rzucił Fae, oferując jej pomocną dłoń.
Elfka chwyciła jego rękę, a ten bez trudu poderwał ją na równe nogi. Zachwycona Gen spojrzała na swojego wybawcę, chcąc mu podziękować, kiedy nagle dostrzegła kolejną białą bestię biegnącą wprost na niego.
– Fae! Za tobą! – krzyknęła.
Faeranduil obrócił się leniwie, oczekując na pędzącego wroga. Wilk skoczył, na co elf uśmiechnął się, gdyż właśnie tego spodziewał się po przeciwniku. Robiąc krok w bok, wojownik usunął się z toru lotu zwierzęcia, a następnie chwycił go za grzbiet i wykorzystując impet, z jakim leciało, uderzył nim o pobliski konar sosny. Czaszka wilka nie wytrzymała, pękając i wbijając się w miękką tkankę mózgu. Po chwili wszystko ucichło. Nie ostała się żadna z bestii, a wędrowcy zebrali się ponownie w grupę.
– Gdzie jest Riga? – zapytał Melchior, rozglądając się za piekłorodną i zarzucając z powrotem kaptur na głowę.
– Nie bój się, magu. Riga jest cała i zdrowa, rozpala właśnie ognisko i szykuje dla nas obóz – stwierdził nonszalancko elf.
Pipper wyciągnął swój sztylet z drzewa. Trzymając go przed sobą, oświetlał drogę, dzięki czemu szybkim krokiem dotarł do Faeranduila.
– Gdzieś ty był!? Miałeś być według piekłorodnej takim świetnym i wspaniałym obrońcą, ale nie! Nie było cię tu! Jeszcze chwila i mogliśmy się stać kolacją dla wilków! – Twarz niziołka z każdym słowem robiła się coraz bardziej purpurowa. Cały aż dygotał z emocji.
