Samodzielne usuwanie lęku, stresu i depresji. Bez leków i terapii - David Servan-Schreiber - ebook

Samodzielne usuwanie lęku, stresu i depresji. Bez leków i terapii ebook

David Servan Schreiber

4,5

Opis

Miliony ludzi sięga po leki lub psychoterapię aby złagodzić objawy depresji, ale jak dowodzą najnowsze badania, istnieją metody, które są bardziej skuteczne i przynoszą trwałe korzyści zdrowotne. Autor przedstawia siedem naturalnych technik leczenia nerwicy i depresji, o naukowo potwierdzonej skuteczności. Bazują one na naturalnej więzi między ciałem i umysłem. Samodzielnie przeprowadzony trening regulujący rytm serca złagodzi stres i poprawi Twój nastój. Aktywność fizyczna, dieta wzbogacona w niezbędne kwasy omega-3 oraz metoda EMDR pomogą wyeliminować traumatyczne przeżycia z przeszłości. Nauczysz się tak przeprogramować mózg, żeby przestał skupiać się na bolesnych wspomnieniach i dopasował się do obiektywnej rzeczywistości. Pokonaj najczęstsze schorzenia XXI wieku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 373

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




REDAKCJA: Irena Kloskowska

SKŁAD: Tomasz Piłasiewicz

PROJEKT OKŁADKI: Aleksandra Lipińska

TŁUMACZENIE: Katarzyna Stolba

Wydanie I

BIAŁYSTOK 2019

ISBN: 9978-83-8168-239-8

Tytuł oryginału: The Instinct to Heal: Curing Depression, Anxiety and Stress

Without Drugs and Without Talk Therapy

Copyright © 2003, 2004 by David Servan-Schreiber

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Vital, Białystok 2016

All rights reserved, including the right of reproduction in whole or in part in any form.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana

ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych,

kopiujących, nagrywających i innych bez pisemnej zgody posiadaczy praw autorskich.

Książka ta zawiera porady i informacje odnoszące się do opieki zdrowotnej. Nie powinny one jednak zastępować porady lekarza ani dietetyka. Jeśli podejrzewasz u siebie problemy zdrowotne lub wiesz o nich, powinieneś skonsultować się z lekarzem zanim rozpoczniesz jakikolwiek program poprawy zdrowia czy leczenia. Dołożono wszelkich starań, aby informacje zaprezentowane w tej książce były rzetelne i aktualne podczas daty jej publikacji. Wydawca i autor nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za jakiekolwiek skutki dla zdrowia mogące wystąpić w wyniku stosowania zaprezentowanych w książce metod.

15-762 Białystok

ul. Antoniuk Fabr. 55/24

85 662 92 67 – redakcja

85 654 78 06 – sekretariat

85 653 13 03 – dział handlowy – hurt

85 654 78 35 – www.vitalni24.pl – detal

strona wydawnictwa: www.wydawnictwovital.pl

Więcej informacji znajdziesz na portalu www.odzywianie24.pl

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ: Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

Dedykacja

Dla stażystów z prezbiteriańkiego szpitala Shadyside przy Uniwersytecie w Pittsburghu.

Nie byłbym godny przekazywania im wiedzy, gdybym najpierw jej sobie nie odświeżył. Chciałbym poprzez nich zadedykować tę książkę lekarzom i terapeutom na całym świecie, którzy są zafascynowani tajnikami ludzkiego ciała i którzy pasjonują się jego uzdrawianiem.

Słowa uznania

David Servan-Schreiber, lekarz i naukowiec stworzył wspaniały podręcznik, z pomocą którego łatwiej pogodzić przeciwstawne aspekty naszego mózgu – emocjonalny i racjonalny. Zaproponowana przez dr. Servana-Schreibera recepta na poprawienie kondycji psychicznej oparta jest na dogłębnym zrozumieniu mechanizmów działania ludzkiego mózgu, na wnikliwej analizie najnowszej wiedzy z dziedziny neuropsychologii oraz na osobistym doświadczeniu klinicznym i badawczym. Niniejsza książka daje intelektualną satysfakcję, a jednocześnie jest wyjątkowo przejrzysta i zrozumiała.

– dr Mihaly Csikszentmihalyi

Dr Servan-Schreiber wysyła jednoznaczny przekaz psychoterapeutom, którzy w swojej praktyce polegają wyłącznie na mowie oraz racjonalnym myśleniu i uważają, że to jedyna droga do świata naszych emocji. Niniejsze kompendium alternatywnych metod leczenia z pewnością trafi do szerokiego grona odbiorców i otworzy przed nimi zupełnie nowe możliwości.

– lek. med. Judith S. Schachter, była przewodnicząca

Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychoanalitycznego

Dlaczego niniejsza książka odnosi sukces wszędzie tam, gdzie zostanie opublikowana? Ponieważ ludzie są zmęczeni i zestresowani życiem w społeczeństwie i aktywnie szukają nowych sposobów radzenia sobie z nowoczesnymi wyzwaniami. Po drugie napisał ją psychiatra posiadający tradycyjne wykształcenie medyczne, który nie boi się przełamywać stereotypów i oferuje alternatywne metody leczenia, które mogą okazać się skuteczne.

– dr n. med. Antonio Damasio

Dr Servan-Schreiber w swojej fantastycznej książce wychodzi poza ramy konwencjonalnej psychiatrii i próbuje zintegrować najnowsze badania z dziedziny neurobiologii z koncepcją bazującą na wrodzonej zdolności mózgu emocjonalnego do uruchomienia procesu samouzdrowienia. Autor opisuje, w jaki sposób można »przeprogramować« mózg emocjonalny, żeby przestał skupiać się na bolesnych traumach z przeszłości i dopasował się do obiektywnej rzeczywistości. Dr Servan-Schreiber demonstruje, że proces zdrowienia zaczyna się w mózgu emocjonalnym i odbywa się bezpośrednio poprzez ciało, nie poprzez tradycyjne metody leczenia, które bazują wyłącznie na terapii słownej i logicznym myśleniu.

– lek. med. Bessel Van Der Kolk, wykładowca na wydziale

psychiatrii Akademii Medycznej przy Uniwersytecie w Bostonie

To niezwykle wciągająca i ciekawa lektura, która oferuje mnóstwo konkretnych sugestii. Podpowiada, w jaki sposób zniwelować dokuczliwe objawy wywołane przez stres, nerwicę i depresję. Rady dr. Servana-Schreibera oparte są na publikacjach naukowych w renomowanych periodykach medycznych oraz na latach edukacji i doświadczeń klinicznych. Wartka narracja i opisy historii jego pacjentów stanowią szerszy kontekst dla cytowanych wyników badań.

– dr Robin S. Rosenberg, psycholog kliniczny

Niniejsza książka oferuje przegląd alternatywnych metod leczenia, dzięki którym można uwolnić swój wrodzony potencjał do samouzdrowienia, drzemiący w każdym z nas. Mamy do niego naturalne prawo i nie musimy polegać na lekach, zabiegach chirurgicznych czy manipulacjach technologicznych.

– lek. med. Larry Dossey

David często cytował znakomitych mistrzów takich jak Erickson, których podziwiał w szczególności za ogromny intelekt, głębię emocjonalną i troskę o drugiego człowieka. Obserwując go zrozumiałem, o co mu chodziło, ponieważ on sam jest uosobieniem powyższych cech.

– dr n. med. Jonathan D. Cohen, dyrektor centrum badawczego przy Uniwersytecie Princeton, zajmującego się relacją

między mózgiem, umysłem i zachowaniem

Od Autora

„Wyzdrowieć” to słowo o niebagatelnym znaczeniu. Czy autorowi i lekarzowi zarazem wypada używać go w książce na temat depresji, stresu i stanów lękowych? Wielokrotnie nurtowało mnie to pytanie. W moim przekonaniu zwrot „powrót do zdrowia” oznacza, że pacjent nie cierpi już z powodu dolegliwości, które dokuczały mu podczas pierwszej wizyty, a po zastosowanym leczeniu – tak jak po zaaplikowaniu antybiotyków w przypadku infekcji – objawy choroby nie nawróciły. Na podstawie własnych obserwacji, jaki i wyników badań naukowych zauważyłem, że wykorzystanie w praktyce metod opisanych w niniejszej książce przynosi identyczne rezultaty. Ostatecznie uznałem, że użycie słowa „wyzdrowieć” w kontekście leczenia objawów depresji, stresu i lęków jest jak najbardziej uzasadnione, a nieużycie go, byłoby nieuczciwe.

Zagadnienia przedstawione w niniejszej książce zostały w znacznym stopniu zainspirowane dziełami innych autorów, jak: Antonio Damasio, Daniel Goleman, Tom Lewis, Dean Ornish, Andrew Weil, Judith Hermann, Bessel van der Kolk, Joe LeDoux, Mihaly Csikszentamihalyi, Scott Shannon oraz pracami wielu innych lekarzy i naukowców. Na przestrzeni lat spotykaliśmy się na tych samych konferencjach, obracaliśmy się w tych samych kręgach zawodowych i czytaliśmy te same publikacje naukowe. Nie da się ukryć, że na wielu płaszczyznach zagadnienia i punkty odniesienia zaprezentowane na łamach napisanych przez nas książek się pokrywają. Ponieważ niniejsza pozycja została opublikowana później niż dzieła wyżej wymienionych autorów, pozwoliłem sobie skorzystać z ich talentu i podobnie jak oni, starałem się przedstawić skomplikowane pojęcia naukowe w prosty i zrozumiały sposób. W tym miejscu pragnę podziękować im za inspirację oraz za wszelkie dobre rozwiązania od nich zaczerpnięte i wykorzystane w niniejszej książce. Rzecz jasna biorę całkowitą odpowiedzialność za koncepcje, z którymi się nie zgadzają lub do których mogliby mieć zastrzeżenia.

Historie pacjentów przytoczone na łamach niniejszej książki pochodzą z mojego doświadczenia klinicznego, z wyjątkiem kilku, opatrzonych przypisem, odnoszących się do przypadków opisanych w literaturze fachowej. Naturalnie imiona oraz wszelkie dane identyfikacyjne zostały zmienione celem ochrony prywatności pacjentów. Dla lepszego efektu literackiego, w niektórych przypadkach postanowiłem połączyć cechy kliniczne dwóch różnych pacjentów w jedną historię.

1.Nowa „medycyna emocjonalna”

Zarówno poddawanie w wątpliwość, jak i wiara we wszystko,

to dwa równie wygodne rozwiązania, które zwalniają nas z konieczności myślenia.

– Henri Poincaré, Nauka i Hipoteza

Życie każdego z nas jest wyjątkowe… i wyjątkowo ciężkie. Aż dziw bierze, że bywamy zazdrośni o innych.

„Szkoda, że nie jestem piękna, jak Marilyn Monroe”.

„Szkoda, że nie jestem gwiazdą rocka”.

„Szkoda, że moje życie nie jest tak barwne, jak życie Ernesta Hemingwaya”.

Owszem, będąc na miejscu kogoś innego, nie mielibyśmy swoich codziennych problemów – ale z pewnością mielibyśmy cudze!

Być może Marilyn Monroe była najseksowniejszą, najsławniejszą i najbardziej pożądaną kobietą swojego pokolenia. Ale ponieważ nie potrafiła poradzić sobie z ciągłym poczuciem osamotnienia, zaczęła szukać pocieszenia w alkoholu, a w końcu przedawkowała środki nasenne. Mimo że Kurt Cobain, lider zespołu rockowego Nirwana, doszedł do sławy w ciągu kilku lat, popełnił samobójstwo przed swoimi trzydziestymi urodzinami. Podobny finał miało życie Ernesta Hemingwaya, którego ani Nagroda Nobla, ani barwny życiorys, nie uchroniły przed poczuciem głębokiej pustki egzystencjalnej. Paradoksalnie talent, podziw, sława, czy pieniądze nie gwarantują łatwiejszego życia.

Zdarzają się jednak ludzie, którym udaje się znaleźć złoty środek. Zwykle są przekonani, że życie jest dla nich łaskawe. Potrafią docenić najbliższych w swoim kręgu i małe codzienne przyjemności: posiłki, sen, przedsięwzięcia, związki. Nie należą do żadnej sekty, ani nie są wyznawcami konkretnej religii. Mieszkają w różnych krajach. Niektórzy są bogaci, inni biedni. Żyją w związkach małżeńskich albo w pojedynkę. Niektórzy są wyjątkowo uzdolnieni, inni całkiem zwyczajni. Wszyscy doświadczyli porażek, rozczarowań, trudnych chwil. Los nie oszczędza nikogo. Na ogół jednak tacy ludzie wydają się być lepiej przygotowani do pokonywania życiowych przeszkód. Potrafią z powodzeniem wyjść z sytuacji kryzysowych oraz znajdują sens w życiu, jakby lepiej rozumieli samych siebie i innych oraz mieli plan na swoją egzystencję.

W jaki sposób można osiągnąć taką wytrzymałość? Jak wyrobić w sobie skłonność do odczuwania szczęścia? Poświęciłem dwadzieścia lat na studiowanie i uprawianie medycyny zarówno na czołowych uniwersytetach w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Francji, jak również pod okiem tybetańskich uzdrowicieli i indiańskich szamanów. Z czasem udało mi się wypracować rozwiązania, które okazały się skuteczne zarówno dla mnie, jak i moich pacjentów. Ku mojemu zaskoczeniu nie były to metody, które poznałem na studiach. Nie bazowały ani na lekach, ani na terapii słownej.

Punkt zwrotny

Dojście do tego wniosku – i nowego stylu uprawiania medycyny – wcale nie było takie proste. Rozpocząłem karierę medyczną jako naukowiec z krwi i kości. Po studiach odszedłem z „branży medycznej” na pięć lat, żeby zgłębiać, w jaki sposób neurony układają się w sieci, kształtujące myśli i emocje. Doktoryzowałem się w dziedzinie neurobiologii kognitywnej na Uniwersytecie Carnegie Mellon pod kierunkiem dr. Herberta Simona, jednego z nielicznych, jak dotąd, psychologów uhonorowanych Nagrodą Nobla oraz dr. Jamesa McClellanda, jednego z pionierów nowoczesnej teorii sieci neuronowych. Wyniki mojej pracy doktorskiej zostały opublikowane w prestiżowym periodyku „Science” – spełnienie marzeń każdego naukowca.

Prawdę mówiąc po tej stricte naukowej edukacji miałem trudności z odnalezieniem się w szpitalnej rzeczywistości i dokończeniem stażu na psychiatrii. Praca z pacjentami wydawała mi się zbyt „spokojna”, nijaka, niemal… zbyt łatwa. Praca na oddziale klinicznym zupełnie różniła się od świata niepodważalnych danych i matematycznej precyzji, do których przywykłem. Ale otuchy dodawała mi świadomość, że dzięki niej nauczę się, jak leczyć pacjentów z zaburzeniami psychicznymi, na jednym z najlepszych w kraju wydziałów psychiatrii pod względem merytorycznym i praktycznym. Wieść niesie, że psychiatria na Uniwersytecie w Pittsburghu otrzymuje więcej funduszy federalnych na badania naukowe, niż jakikolwiek inny kierunek medyczny, w tym prestiżowy wydział transplantologii. Nie ukrywam, że miano „badacza klinicznego” przyjemnie łechtało moje ego.

Niebawem dzięki stypendiom uzyskanym od National Institutes of Health oraz z pomocą prywatnych fundacji mogłem otworzyć własne laboratorium. Miałem wszystko, czego dusza zapragnie, a na dodatek mój głód zdobywania wiedzy naukowej wreszcie został zaspokojony. Jednakże niedługo potem, w konsekwencji kilku przeżyć, moje podejście do medycyny oraz kierunek kariery uległy całkowitej zmianie.

Pierwszym z nich była podróż do Indii, z ramienia organizacji charytatywnej „Lekarze bez granic”, w której działałem jako członek amerykańskiej rady nadzorczej w latach 1991-2000. Miałem pomagać uchodźcom tybetańskim w Dharamsali – rezydencji Dalai Lamy. Tam zobaczyłem, jak wygląda tradycyjna medycyna tybetańska. Miejscowi uzdrowiciele traktowali chorobę jako „brak równowagi” i diagnozowali ją poprzez wnikliwe „słuchanie” rytmu pulsu w nadgarstkach oraz „czytanie” z wyglądu języka i moczu. W swojej praktyce stosowali jedynie akupunkturę, tradycyjne zioła i zalecali medytację. Nie miałem wątpliwości, że z powodzeniem uzdrawiali pacjentów cierpiących na choroby przewlekłe, tak samo jak my na zachodzie, jednak ich metody leczenia były znacznie tańsze i miały o wiele mniej skutków ubocznych.

Jestem psychiatrą i większość moich pacjentów cierpi na choroby przewlekłe. (Depresja, stany lękowe, zaburzenia dwubiegunowe oraz stres to choroby przewlekłe). Zacząłem się zastanawiać, czy traktowanie przez medycynę konwencjonalną tradycyjnych metod leczenia po „macoszemu” – wpajane mi podczas studiów – bazowało na faktach czy ignorancji. Wprawdzie medycyna Zachodu odnosiła oszałamiające sukcesy w leczeniu stanów ostrych, jak zapalenie płuc, zapalenie wyrostka robaczkowego, czy złamania kości, jednak znacznie gorzej radziła sobie z dolegliwościami chronicznymi, między innymi depresją i stanami lękowymi.

Inne, bardziej osobiste doświadczenie, uświadomiło mi moje własne aroganckie podejście do leczenia. Podczas wizyty we Francji moja bliska przyjaciółka z dzieciństwa opowiedziała mi o tym, jak udało jej się wyjść z głębokiej depresji. Odmówiła przyjęcia leków przepisanych przez lekarza i postanowiła poszukać alternatywnych metod leczenia. Spróbowała tak zwanej „sofrologii”, techniki wykorzystującej głęboką medytację, która pozwala przeżyć na nowo wyparte wcześniej emocje. Po leczeniu czuła, że jest „normalniejsza niż kiedykolwiek”. Nie tylko pozbyła się depresji, ale przede wszystkim udało jej się zrzucić z serca trzydziestoletni ciężar tłumionego smutku po stracie ojca, który zmarł, gdy miała sześć lat.

Dzięki alternatywnym metodom leczenia moja przyjaciółka poczuła znaczną ulgę, odzyskała energię i sens życia. Cieszyłem się razem z nią, ale jednocześnie byłem wstrząśnięty i rozczarowany samym sobą. Ja, po tylu latach zgłębiania tajemnic mózgu i umysłu, szkoleń z zakresu psychologii klinicznej i psychiatrii, nigdy nie byłem świadkiem tak znakomitych rezultatów, a co gorsze nie miałem możliwości poznania takich metod leczenia. Prawdę powiedziawszy aktywnie mnie do nich zniechęcano – jakby były narzędziem szarlatanów, niegodne poznania, nawet w celu zaspokojenia czysto naukowej ciekawości. Jednakże moja znajoma zyskała na nich znacznie więcej niż konwencjonalne metody, które znałem – leki psychotropowe i psychoterapia – mogły jej zaoferować.

Gdyby przyszła do mnie na konsultację, najprawdopodobniej tylko ograniczyłbym jej szanse na rozwój emocjonalny, którego doświadczyła dzięki niestandardowym metodom leczenia. Skoro po tylu latach edukacji nie mogłem nawet pomóc naprawdę bliskiej mi osobie, cóż warta była moja wiedza? Z czasem udało mi się otworzyć umysł – i serce – na odmienne i często skuteczniejsze metody leczenia.

Siedem naturalnych metod leczenia opisanych w niniejszej książce bazuje na swoistych mechanizmach zachodzących w mózgu, dzięki którym można wyjść z depresji, pozbyć się stresu i stanów lękowych. Każda z nich została wnikliwie zbadana, a korzyści z nich płynące udokumentowane i opublikowane w prestiżowych periodykach naukowych. Opisane przez mnie metody, w związku z tym, że ich zasady działania wykraczają poza naukowe rozumowanie, zostały w dużej mierze wykluczone z głównego nurtu medycyny i psychiatrii. Nie ulega wątpliwości, że medycyna konwencjonalna powinna dołożyć wszelkich starań, by zgłębić mechanizm ich działania, nie istnieje jednak żadne uzasadnienie, by wykluczać rozwiązania, które są łatwe i skuteczne wyłącznie dlatego, że trudno nam zrozumieć, w jaki sposób funkcjonują. W obecnych czasach zainteresowanie alternatywnymi metodami leczenia jest tak wielkie, że nie możemy ich dłużej bagatelizować. Całe mnóstwo słusznych argumentów przemawia za tym, by otworzyć się na nowe sposoby leczenia.

Sytuacja jest opłakana

Zaburzenia psychiczne o podłożu stresowym – w tym depresja i stany lękowe – to zmora naszych czasów. Statystki są niepokojące: badania kliniczne sugerują, że powodem 50–75 procent wszystkich wizyt lekarskich jest stres, a biorąc pod uwagę współczynnik śmiertelności, stanowi on poważniejsze ryzyko niż palenie tytoniu12. W rzeczy samej 8 na 10 najczęściej stosowanych leków w Stanach Zjednoczonych przepisuje się na schorzenia bezpośrednio związane ze stresem: antydepresanty, anksjolityki (leki przeciwlękowe), środki nasenne, leki na nadkwasotę, zgagę i wrzody żołądka oraz leki na nadciśnienie3. W 1999 roku spośród wszystkich rodzajów leków na amerykańskim rynku najlepiej sprzedawały się trzy leki przeciwdepresyjne: Prozac, Paxil i Zoloft4. Szacuje się, że co ósmy Amerykanin przyjmował anytdepresanty, z czego prawie połowa z nich przez ponad rok5.

Chociaż stres, stany lękowe i depresja są coraz powszechniejsze, pacjenci z problemami psychicznymi nie mają zaufania do tradycyjnych metod leczenia zaburzeń emocjonalnych, czyli leków i psychoterapii. Już w 1997 roku badanie przeprowadzone przez harwardzkich naukowców ujawniło, że większość Amerykanów mających tego typu zaburzenia, wybierała metody „alternatywne i uzupełniające” zamiast tradycyjnej psychoanalizy i terapii farmakologicznej6.

Psychoanaliza zaczyna tracić na popularności. Chociaż zdominowała psychiatrię w ciągu ostatnich trzydziestu lat, zaczęła tracić na wiarygodności, ponieważ jej skuteczność nie została jednoznacznie dowiedziona7. Każdy mieszkaniec Nowego Jorku – jednego z ostatnich bastionów psychoanalizy w anglojęzycznym świecie – prawdopodobnie zna kogoś, komu rozmowy terapeutyczne pomogły, ale równie często zdarzają się osoby, które na lata utknęły w martwym punkcie, leżąc na kozetce u psychoanalityka.

Najpopularniejszą obecnie formą psychoterapii jest terapia kognitywno-behawioralna. Odnosi ona spektakularne sukcesy, które poparte są obszernymi badaniami dowodzącymi jej skuteczności w przypadku rozmaitych jednostek chorobowych – od depresji do zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych. Pacjenci, którzy nauczyli się kontrolować własne myśli i systematycznie analizować swoje przekonania i przypuszczenia, radzą sobie zdecydowanie lepiej od innych. Jednak dla wielu z nich niemal nieustanne skupianie się na myślach i reakcjach pojawiających się w danej chwili, zawęża ich perspektywę na pozostałe aspekty życia, w tym – co najbardziej istotne – wyczucie własnego ciała.

Oprócz psychoterapii istnieje tak zwana „psychiatria biologiczna”. To nowoczesna forma leczenia psychiatrycznego koncentrująca się przede wszystkim na administrowaniu pacjentom leków psychotropowych, jak Prozac, Zoloft, Paxil, Xanax, Zyprexa, węglan litu etc. Psychiatria została prawie całkowicie zdominowana przez leki psychotropowe. Rozmowa terapeutyczna w gabinecie lekarskim – mimo dowiedzionej skuteczności – wykorzystywana jest niewspółmiernie rzadko. Odruch przepisywania leków jest nagminny, stąd też, gdy pacjent rozpłacze się przed lekarzem, to niemal na pewno otrzyma receptę na leki antydepresyjne.

Leki psychotropowe mogą być niewiarygodnie pomocne. W niektórych przypadkach są tak skuteczne, że niektórzy psychiatrzy – jak Peter Kramer, autor poczytnej książki Listening to Prozac (Słuchając Prozacu) – przytaczają przypadki pacjentów, którzy dzięki terapii farmakologicznej przeszli całkowitą transformację osobowości8. Podobnie jak wszyscy moi koledzy po fachu, ja sam niejednokrotnie przepisywałem leki psychotropowe, szczególnie w przypadku poważnych zaburzeń psychicznych. Uważam, że wynalezienie skutecznych leków psychotropowych to jedno z ważniejszych osiągnięć dwudziestowiecznej medycyny. Niestety korzyści z nich płynące kończą się wraz z odstawieniem leku, a znaczny odsetek pacjentów ma nawroty choroby9. Dla przykładu, badanie przeprowadzone przez zespół harwardzkich naukowców specjalizujących się w terapiach farmakologicznych wykazało, że u niemal połowy pacjentów, którzy przestali przyjmować antydepresanty, objawy choroby wróciły w ciągu roku10. Rzecz jasna leki przeciwlękowe i przeciwdepresyjne nie „wyleczą” choroby tak, jak antybiotyki leczą infekcje. Prawdę mówiąc nawet najbardziej skuteczne leki w przypadku problemów emocjonalnych rzadko stanowią idealne rozwiązanie. Pacjenci podskórnie zdają sobie z tego sprawę i często unikają przyjmowania leków psychotropowych w sytuacjach, gdy nie mogą sobie poradzić po stracie kogoś bliskiego lub mają stresującą pracę.

Zupełnie inne podejście

Obecnie na całym świecie propaguje się alternatywne metody leczenia zaburzeń emocjonalnych, które odchodzą od konwencjonalnej terapii słownej i Prozacu. Przez pięć lat w szpitalu Shadyside przy Uniwersytecie w Pittsburghu korzystaliśmy z rozmaitych metod naturalnych, bazujących przede wszystkim na wrodzonej tendencji organizmu do samouzdrowienia, zamiast polegać na lekach lub psychoterapii.

Na podstawie naszych doświadczeń udało nam się sformułować następujące wnioski:

• Wewnątrz mózgu znajduje się mózg „właściwy”, tak zwany mózg emocjonalny. Ten „mózg w mózgu” jest zbudowany inaczej, ma inną organizację komórkową, a wręcz zupełnie odmienną kompozycję biochemiczną w porównaniu do reszty kory nowej, czyli najbardziej „zaawansowanej” części mózgu, odpowiedzialnej za przetwarzanie myśli i mowy. Do pewnego stopnia mózg emocjonalny funkcjonuje niezależnie od tego bardziej „rozwiniętego”. W istocie pobudzenie aktywności w mózgu emocjonalnym za pomocą racjonalnego myślenia i mowy jest w dużej mierze ograniczone.

Układ limbiczny

Wewnątrz mózgu ludzkiego znajduje się mózg emocjonalny. Wszystkie ssaki posiadają tak zwane struktury „limbiczne” zbudowane z innego rodzaju neuronów niż „kognitywna” kora mózgowa, odpowiedzialna za mowę i abstrakcyjne myślenie. Struktury limbiczne kontrolują emocje i zachowania instynktowne. Głęboko w mózgu znajduje się ciało migdałowate – grupa neuronów odpowiedzialna za reakcję obronną na strach.

• Mózg emocjonalny jest odpowiedzialny za zdrowie psychiczne człowieka, a dodatkowo kontroluje większość funkcji fizjologicznych organizmu: pracę serca, ciśnienie tętnicze, układ hormonalny, pokarmowy, a nawet odpornościowy.

• Zaburzenia emocjonalne są wynikiem nieprawidłowego funkcjonowania mózgu emocjonalnego. W wielu przypadkach do dysfunkcji w tym obszarze mózgu dochodzi na skutek bolesnych doświadczeń z przeszłości, które mogą warunkować nasze zachowanie w teraźniejszości.

• Leczenie polega przede wszystkim na „przeprogramowaniu” mózgu emocjonalnego tak, by przystosował się do sytuacji obecnej, zamiast odruchowo reagować na podstawie minionych doświadczeń. Osiągnięcie tego celu jest skuteczniejsze przy użyciu metod, które działają poprzez ciało, ponieważ wtedy mają bezpośredni wpływ na mózg emocjonalny, niż odwoływanie się do terapii bazujących wyłącznie na rozmowie i racjonalnym myśleniu, które dla mózgu emocjonalnego są mało czytelne.

• Mózg emocjonalny kontroluje naturalny mechanizm organizmu do samouzdrowienia – „instynkt zdrowienia”. To wrodzona funkcja mózgu, która pobudza organizm do powrotu do zdrowia i stanu równowagi, podobna do innych naturalnych procesów naprawczych zachodzących w organizmie, jak gojenie się ran lub eliminowanie infekcji. Metody leczenia, które oddziałują bezpośrednio na ciało, aktywują te instynktowe mechanizmy.

Metody terapeutyczne opisane na łamach niniejszej książki wpływają bezpośrednio na mózg emocjonalny z niemal całkowitym pominięciem terapii słownej. Chociaż alternatywne metody leczenia są coraz popularniejsze, na cele tej publikacji wyselekcjonowałem jedynie te, które osobiście wykorzystuję w swojej praktyce lekarskiej, i które zyskały sobie wystarczająco dużo uwagi ze strony świata nauki, że mogę stosować je bez obaw wśród moich pacjentów oraz polecać kolegom po fachu. Poszczególne terapie zaprezentowane w kolejnych rozdziałach zostały zilustrowane historiami pacjentów, którzy dzięki alternatywnym metodom leczenia doświadczyli całkowitej transformacji. Starałem się również wykazać ich skuteczność z naukowego punktu widzenia. Najbardziej nowatorskie z nich to między innymi tak zwana metoda EMDR, czyli „odwrażliwienie i przeprogramowanie za pomocą ruchu gałek ocznych” (EMDR – ang. eye movement desensitization and reprocessing), trening synchronizacji rytmu serca z oddechem, a nawet regulowanie rytmu dobowego za pomocą symulacji świtu (dzięki której będziesz mógł zrezygnować z budzika). Inne – jak akupunktura, racjonalne żywienie, aktywność fizyczna, umiejętność wyrażania emocji oraz zaangażowanie w coś „ważniejszego” od nas samych – choć wywodzą się z wielowiekowych tradycji, dzięki najnowszym osiągnięciom nauki zyskały na znaczeniu.

Jednakże wszystkie z nich oddziałują na emocje. Na początek przeanalizujemy, w jaki sposób działa mózg emocjonalny i jak ważna jest jego relacja z ciałem w procesie zdrowienia.

2.Niezadowolenie w neurobiologii: skomplikowany mariaż dwóch mózgów

Nie wolno traktować intelektu jak bóstwo. Ma on, rzecz jasna,

silne muskuły, ale brak mu osobowości. Nie może nami rządzić, a jedynie służyć.

– Albert Einstein

Życie pozbawione emocji nie miałoby żadnego sensu. Cóż znaczyłoby życie bez miłości, piękna, sprawiedliwości, prawdy, godności, honoru oraz satysfakcji z nich wszystkich płynącej? Doświadczenia te, jak i emocje z nimi związane, są jak kompas – krok po kroku prowadzą nas w odpowiednim kierunku. Zwykle dążymy do osiągnięcia miłości, piękna, sprawiedliwości i próbujemy trzymać się z daleka od wszystkiego, co jest ich przeciwieństwem. Brak emocji sprawia, że tracimy grunt pod nogami – nie możemy dokonywać wyborów dotyczących tego, co jest dla nas najistotniejsze.

Ludzie z poważnymi zaburzeniami psychicznymi tracą tę umiejętność. Żyją w emocjonalnej próżni – na „ziemi niczyjej”. Weźmy Petera, młodego i błyskotliwego Kanadyjczyka, który trafił na oddział ratunkowy w moim szpitalu, gdy byłem jeszcze rezydentem.

Od jakiegoś czasu słyszał głosy wmawiające mu, że jest żałosny i nic nie potrafi, a najlepiej będzie, jak ze sobą skończy. Stopniowo głosy w jego głowie przejęły nad nim kontrolę i jego zachowanie stawało się coraz bardziej irracjonalne. Przestał się myć, nie chciał jeść i siedział zamknięty w swoim pokoju przez kilkanaście dni z rzędu. Mieszkająca z nim matka była przerażona. Peter był jej jedynym synem, najlepszym na roku studentem filozofii. Zawsze był nieco ekscentryczny, ale ostatnio jego zachowanie zaczęło przekraczać wszelkie przyjęte normy.

Pewnego dnia wpadł w szał, nawymyślał jej i rzucił się z rękami do bicia. Musiała wezwać policję i w ten sposób znalazł się na oddziale psychiatrycznym. Dzięki lekom Peter w znacznym stopniu się wyciszył, a głosy w jego głowie w ciągu kilku dni praktycznie zniknęły. Przyznał, że odtąd mógł nad nimi „zapanować”. Nie oznaczyło to jednak, że wszystko wróciło do normy.

Po kilkunastu tygodniach leczenia – leki psychotropowe przyjmuje się przez długi czas – jego matka była równie zmartwiona, co pierwszego dnia w szpitalu.

– On w ogóle nic nie czuje – powiedziała z żalem w głosie. – Proszę tylko na niego spojrzeć. Wszystko przestało go interesować. Nie robi absolutnie nic. Siedzi całymi dniami w domu i pali papierosy.

Przyglądałem się Peterowi, gdy mi o tym mówiła. Obraz nędzy i rozpaczy. Lekko przygarbiony, twarz bez wyrazu, oczy zapatrzone w dal, przemierzał szpitalny korytarz w tę i z powrotem niczym zombie. Ten zdolny student zupełnie ignorował ludzi i świat go otaczających. Dla rodzin pacjentów takich jak Peter, najbardziej niepokojący jest właśnie stan emocjonalnej apatii. Ale jego halucynacje i złudzenia – zagłuszone przez leki – były znacznie bardziej niebezpieczne, zarówno dla niego, jak i jego otoczenia, niż doświadczane przez niego skutki uboczne. Sęk w tym, że nie da się żyć bez emocjiI.

Z drugiej strony, pozostawione same sobie, emocje wcale życia nie ułatwiają. Trzeba je utemperować poprzez racjonalną analizę, która dokonywana jest przez „mózg kognitywny”. W przeciwnym razie podejmowalibyśmy nierozsądne decyzje pod wpływem impulsu, co mogłoby zaburzyć skomplikowaną dynamikę naszych relacji z innymi. Gdyby nie koncentracja, racjonalne myślenie i planowanie, miotałyby nami przypadkowe odczucia związane z przyjemnościami lub frustracjami. Utrata kontroli nad własną egzystencją prowadzi do utraty sensu życia.

Inteligencja emocjonalna

„Inteligencja emocjonalna” to pojęcie najlepiej definiujące równowagę pomiędzy emocjami a rozsądkiem. Zostało ono ukute przez badaczy z Uniwersytetów w Yale i New Hampshire1. Ta prosta – ale bardzo istotna – koncepcja została rozpowszechniona dzięki książce Daniela Golemana, reportera naukowego pracującego dla dziennika „The New York Times”2. Była ona szeroko dyskutowana na całym świecie i wznowiła debatę dotyczącą kwestii: „Czym jest inteligencja?”.

Pierwotna i najbardziej ogólnikowa definicja inteligencji zainspirowała psychologów na początku dwudziestego wieku do stworzenia pojęcia „ilorazu inteligencji”. Według niej inteligencja to zestaw umiejętności mentalnych, na podstawie których można przewidzieć, czy dana osoba odniesie życiowy sukces. Ogólnie rzecz biorąc mniemano, że im bardziej ktoś jest „inteligentny” – to znaczy, im wyższy jest jego iloraz inteligencji (IQ) – tym większy „sukces” odniesie. Aby zweryfikować to założenie ówcześni badacze z dziedziny psychologii stworzyli osławiony test na inteligencję. Przede wszystkim ocenia on zdolność abstrakcyjnego myślenia oraz umiejętność elastycznego traktowania pojęć logicznych. Niemniej jednak związek pomiędzy ilorazem inteligencji a poziomem „sukcesu” w ogólnym tego słowa znaczeniu (pozycja społeczna, dochód, pozostawanie w związku małżeńskim, zapewnienie potomstwu dobrego startu w życiu) okazał się – delikatnie mówiąc – mało istotny. Według niezależnych badań niecałe 20 procent tak rozumianego sukcesu można przypisywać ilorazowi inteligencji.

Nasuwa się zatem jednoznaczny wniosek – na sukces składa się pozostałe 80 procent czynników. W związku tym coś innego niż abstrakcyjna inteligencja i logika determinują odniesienie sukcesu.

Carl Jung i Jean Piaget – szwajcarscy pionierzy odpowiednio w dziedzinie psychiatrii i psychologii dziecięcej – już w latach pięćdziesiątych sugerowali, że istnieje kilka rodzajów inteligencji. Bezsprzecznie są ludzie – jak Mozart – którzy mają nadzwyczajną „inteligencję muzyczną”. Inni odznaczają się niezwykłą „inteligencją kształtu” – na przykład Rodin – a są też i tacy, którzy mają doskonałe wyczucie ruchu. Na myśl przychodzi Michael Jordan albo tancerz, Rudolf Nureyev.

Naukowcy z Yale i New Hampshire ujawnili jeszcze jeden rodzaj inteligencji, polegającej na umiejętności zrozumienia i kontrolowania emocji. To właśnie „inteligencja emocjonalna” bardziej niż jakikolwiek inny rodzaj inteligencji jest gwarantem życiowego sukcesu i ma niewiele wspólnego z współczynnikiem IQ.

W celu zmierzenia poziomu nowoodkrytego rodzaju inteligencji, naukowcy postanowili zdefiniować „iloraz emocjonalny”, w skrócie „EQ”. Oparli swoją definicję na czterech niezbędnych umiejętnościach:

1. Umiejętność rozpoznawania własnych emocji oraz stanów emocjonalnych u innych;

2. Umiejętność zrozumienia naturalnego przebiegu poszczególnych emocji (tak samo, jak na szachownicy skoczek i goniec poruszają się po różnych polach, tak strach i złość, na przykład, objawiają się w inny sposób i inaczej wpływają na nasze zachowanie);

3. Umiejętność racjonalnego analizowania własnych emocji oraz emocji innych;

4. Umiejętność regulowania własnych emocji oraz emocji innych3.

Powyższe cztery umiejętności są podstawą do osiągnięcia kontroli nad samym sobą oraz sukcesu społecznego i stanowią fundament dla samoświadomości, samokontroli, współczucia, współpracy oraz umiejętności rozwiązywania konfliktów. Chociaż wydają się one elementarne – i większość z nas jest przekonana, że je posiada – w rzeczywistości jest zupełnie inaczej.

Pamiętam, na przykład, młodą zdolną studentkę medycyny z Uniwersytetu w Pittsburghu. Zgodziła się wziąć udział w moim eksperymencie mającym na celu zlokalizowanie emocji w mózgu. Podczas badania uczestnicy zostali poproszeniu o obejrzenie materiału filmowego zawierającego wstrząsające, często brutalne sceny, a jednocześnie ich mózgi były skanowane z użyciem rezonansu magnetycznegoII.

Do dziś wyraźnie pamiętam ten eksperyment i do tej pory mam awersję do tego rodzaju filmów, ponieważ obejrzałem ich tak wiele. Jak tylko zaczęliśmy projekcję, ciśnienie i puls badanej kobiety błyskawicznie wzrosły. Zmartwiłem się na widok tak silnej reakcji stresowej do tego stopnia, że zaproponowałem jej przerwanie eksperymentu. Nie kryjąc zaskoczenia zapewniła mnie, że wszystko jest w porządku. Powiedziała, że nic nie czuje, a oglądane obrazy nie mają na nią żadnego wpływu i nie mogła zrozumieć, dlaczego zasugerowałem zaprzestanie badania!

Później dowiedziałem się, że miała bardzo mało przyjaciół i żyła jedynie pracą. Nie wiedząc czemu członkowie mojego zespołu nie darzyli jej sympatią. Czy mogło to być spowodowane faktem, że mówiła wyłącznie o sobie i sprawiała wrażenie, jakby nie dbała zupełnie o ludzi ze swojego otoczenia? Sama również nie miała pojęcia, dlaczego nikt jej nie doceniał.

Dla mnie pozostanie ona typowym przykładem osoby z wysokim „IQ”, ale z bardzo niskim „EQ”. Wyraźnie nie była świadoma własnych emocji i w efekcie była „ślepa” na emocje innych. W moim odczuciu trudno jej będzie zrobić karierę naukową. Nawet najbardziej zatwardziali „jajogłowi” muszą pracować w zespołach, tworzyć więzi, zarządzać i współpracować z ludźmi. Niezależnie od naszej pozycji zawodowej okoliczności zawsze będą wymagać od nas interakcji z innymi. Pewnych rzeczy nie sposób uniknąć i w dłuższej perspektywie odniesienie sukcesu zależy od naszej umiejętności wchodzenia w relacje z otoczeniem.

Na podstawie obserwacji zachowań małych dzieci można się przekonać, jak trudne jest zdefiniowanie własnych emocji. Płaczące niemowlę zwykle nie ma pojęcia dlaczego płacze. Może dlatego, że jest głodne albo smutne, może jest mu gorąco, a może po prostu dlatego, że jest zmęczone po całym dniu zabawy. Dzieci płaczą nie rozumiejąc, co jest nie w porządku. Nie wiedzą, co mogą zrobić, by poczuć się lepiej. W takich sytuacjach rodzice z niskim poziomem inteligencji emocjonalnej będą sobie gorzej radzili, ponieważ nie będą potrafili odczytać emocji niemowlęcia, a przez to zaspokoić jego potrzeb. Rodzice z większym ilorazem inteligencji emocjonalnej bez trudu znajdą sposób na uspokojenie dziecka. Istnieje niezliczona ilość opisów, jak wybitny pediatra swoich czasów, T. Berry Brazelton, jednym słowem lub gestem potrafił ukoić nieustannie płaczące dziecko. To prawdziwy wirtuoz inteligencji emocjonalnej.

Chociaż nieumiejętność rozróżnienia poszczególnych stanów emocjonalnych to zjawisko często spotykane wśród dzieci, z moich obserwacji wynika, że podobne trudności mieli lekarze rezydenci na moim oddziale. Zestresowani wyczerpującymi dyżurami i wykończeni nocnymi wezwaniami kilkanaście razy w tygodniu, najczęściej rekompensowali to sobie nadmiernym podjadaniem. Ich ciała mówiły: „Potrzebuję przerwy”, „Potrzebuję snu”, jednak oni słyszeli jedynie: „Potrzebuję, potrzebuję…”. Zaspokajali te żądania organizmu za pomocą jedynej formy gratyfikacji potrzeb fizycznych – jedząc śmieciowe jedzenie dostępne w szpitalu 24 godziny na dobę. W tej sytuacji wykorzystanie inteligencji emocjonalnej polegałoby na odwołaniu się do czterech umiejętności opisanych przez naukowców z Yale:

• Po pierwsze, trafna identyfikacja danego stanu emocjonalnego (zmęczenie, nie głód).

• Po drugie, świadomość mechanizmów nim rządzących (stan przejściowy, który pojawia się i znika kilkakrotnie w ciągu dnia wtedy, kiedy organizm jest przeciążony).

• Po trzecie, umiejętność racjonalnego przeanalizowania problemu (zjedzenie kolejnej porcji lodów będzie dodatkowym obciążeniem dla mojego organizmu, a później będę miał poczucie winy).

• W końcu, przejęcie kontroli nad sytuacją i zareagowanie w odpowiedni sposób (przetrwać fazę zmęczenia lub wziąć przerwę na „oddech”, a nawet uciąć sobie dwudziestominutową drzemkę; tego typu alternatywy są znacznie bardziej odprężające niż kolejna filiżanka kawy albo batonik i zawsze uda nam się wygospodarować na nie trochę czasu).

Przejadanie się to bardzo powszechny problem, lecz wyjątkowo trudny do opanowania. Większość dietetyków i specjalistów zajmujących się otyłością zgadza się w tej kwestii: niedostateczna kontrola nad własnymi emocjami to jedna z głównych przyczyn otyłości w społeczeństwach obciążonych dużym stresem, w których jedzenie nagminnie jest traktowane jako środek „uspokajający”. Na ogół ludzie, którzy nauczyli się radzić sobie ze stresem, nie miewają kłopotów z nadwagą. Potrafią słuchać własnego ciała, rozpoznawać własne emocje i reagować na nie w inteligentny sposób.

Według założenia Golemana iloraz inteligencji emocjonalnej (EQ) jest lepszym wyznacznikiem przyszłego sukcesu życiowego niż współczynnik „IQ”. W spektakularnym badaniu, które polegało na przewidzeniu przyszłego sukcesu życiowego, psychologowie prześledzili losy niemal stu studentów Harvarda począwszy od lat czterdziestych dwudziestego wieku4. Jak się okazało nie sposób przewidzieć przyszłych dochodów, osiągnięć lub prestiżu wśród rówieśników na podstawie wydajności intelektualnej badanych w wieku 20 lat. Ponadto najlepsze wyniki w nauce nie gwarantowały szczęśliwego małżeństwa ani dużego grona przyjaciół w przyszłości. Przeciwnie – badanie dzieci z ubogich przedmieść Bostonu sugeruje, że „iloraz emocjonalny” odgrywa znacznie ważniejszą rolę. Podstawowym wyznacznikiem sukcesu w dorosłym życiu nie był ich iloraz inteligencji, ale umiejętność – nabyta podczas trudnego dzieciństwa – zarządzania własnymi emocjami, radzenia sobie z frustracją oraz współpracy z innymi5.

Trzecia rewolucja – po Darwinie i Freudzie

Dwaj wybitni myśliciele, Darwin i Freud, zdominowali nauki społeczne w dwudziestym wieku. Po niemal stu latach, na bazie ich intelektualnego dorobku pojawiła się zupełnie nowa perspektywa na życie emocjonalne człowieka.

Według Darwina gatunki ewoluują poprzez sukcesywne wykształcanie nowych struktur oraz funkcji. Stąd też poszczególne organizmy posiadają cechy fizyczne charakterystyczne dla swoich przodków, jak i indywidualne cechy osobnicze. Ponieważ przez długi czas tory ewolucji człowieka i małpy przebiegały równolegle i rozeszły się stosunkowo późno, ludzie w pewnym sensie są „super-małpami”III. Jeżeli chodzi o małpy, to mają one wiele cech wspólnych z innymi ssakami, z którymi dzielą wspólnego przodka, podobnie jak wszystkie pozostałe gatunki w łańcuchu ewolucji.

Anatomia i fizjologia ludzkiego mózgu odsłania kolejne warstwy naszej ewolucyjnej przeszłości niczym wykopaliska archeologiczne. Struktury znajdujące się w głębi naszego mózgu są identyczne do tych, znajdujących się w mózgu małp. Te położone jeszcze głębiej, są takie same, jak u gadów. Z drugiej zaś strony struktury ewolucyjnie najmłodsze, jak kora przedczołowa, są dostatecznie wykształcone jedynie u ludzi. Dlatego zaokrąglone czoło Homo sapiens odróżnia nas tak bardzo od naszych przodków, którzy są bardziej podobni do małp. Propozycje Darwina były tak rewolucyjne i niepokojące zarazem, że ich implikacje – a mianowicie, że w mózgu człowieka znajdują się struktury mózgowe gatunków poprzedzających nas w łańcuchu ewolucji – zostały w pełni zaakceptowane dopiero pod koniec dwudziestego wieku.

Freud natomiast zdefiniował istnienie zagadkowej właściwości umysłu, tak zwanej „podświadomości”, która wymyka się naszej świadomej uwadze, mało tego nie da się jej kontrolować za pomocą racjonalnego myślenia. Freud, z wykształcenia neurolog, nigdy by nie przyznał, że nie potrafi wytłumaczyć własnej teorii na podstawie budowy i funkcjonowania mózgu. Nie mając jednak wiedzy, którą posiadamy obecnie, na temat anatomii mózgu (jego architektury) oraz, przede wszystkim, jego fizjologii (zasady działania), nie mógł kontynuować badań w tym kierunku. Próba połączenia tych dwóch aspektów – słynny „Projekt psychologii naukowej” – skończyła się fiaskiem. Freud był nim tak rozczarowany, że dopóki żył nie pozwolił go opublikować, mimo że nie przestawał o nim myśleć.

Pamiętam spotkanie z renomowanym psychiatrą, osiemdziesięciopięcioletnim doktorem Josephem Wortisem. Pojechał do Wiednia w latach trzydziestych, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o psychoanalizie i poddać się jej u samego Freuda. Doktor Wortis został później pomysłodawcą i redaktorem czasopisma „Biological Psychiatry”, które okrzyknięto mianem czołowego periodyku naukowego. Opowiadał mi, jak Freud zaskoczył go w młodości słowami: „Nie warto uczyć się psychoanalizy w obecnej formie. To już przeżytek. Pana pokolenie doprowadzi do fuzji biologii i psychologii. Musi się pan temu poświęcić”. Gdy cały świat zaczynał odkrywać jego teorie i „rozmowę terapeutyczną”, Freud – pionier w każdym calu – już szukał czegoś innego.

Dopiero pod koniec dwudziestego wieku dr n. med. Antonio Damasio, znakomity amerykański neurolog i neurobiolog, dyrektor Wydziału Neurologii na Uniwersytecie w Iowa, zaproponował wyjaśnienie tego, co powoduje nieustanne napięcia między mózgiem emocjonalnym i racjonalnym – między głosem serca i rozsądku – w formie, która prawdopodobnie zadowoliłaby samego Freuda. Mało tego dr Damasio zademonstrował, dlaczego racjonalne myślenie bez udziału emocji byłoby po prostu możliwe.

Dwa w jednym: mózg kognitywny i emocjonalny

Według dr. Damasio nasza aktywność umysłowa jest konsekwencją nieustannego dążenia „dwóch mózgów” do stanu równowagi. Z jednej strony mamy „mózg kognitywny” – świadomy, racjonalny, skupiony na świecie zewnętrznym. A z drugiej „mózg emocjonalny” – nieświadomy, koncentrujący się głównie na przetrwaniu i reakcjach fizjologicznych zachodzących wewnątrz ciała. Mimo że do prawidłowego funkcjonowania niezbędna jest ich współpraca – oba są ściśle powiązane i współzależne – każdy z nich wpływa na nasze odbieranie rzeczywistości oraz zachowanie w całkowicie inny sposób.

Tak, jak przeczuwał Darwin, mózg człowieka dzieli się na dwa podstawowe elementy. Głęboko w jego wnętrzu, w samym centrum, leży prastary prymitywny mózg, identyczny jak u wszystkich pozostałych ssaków, a jeszcze głębiej znajduje się rdzeń, taki sam, jak u gadów. Ta część to ewolucyjny zaczątek mózgu. Jako pierwszy opisał go Francuz Paul Broca, słynny dziewiętnastowieczny neurolog i nazwał go mózgiem „limbicznym”6. Na przestrzeni milionów lat ewolucji wokół mózgu limbicznego uformowała się kolejna warstwa, tak zwana „kora nowa” lub „nowa powłoka”.

Mózg limbiczny kontroluje emocje i funkcje fizjologiczne organizmu

Mózg limbiczny to najgłębiej położona warstwa mózgu. Można powiedzieć, że to „mózg w mózgu”. Dobitnie zilustrował tę koncepcję eksperyment przeprowadzony w laboratorium na wydziale neurobiologii kliniczno-kognitywnej na Uniwersytecie w Pittsburghu, któremu przewodniczyłem wraz dr. n. med. Jonathanem Cohenem (pracującym obecnie na Uniwersytecie w Princeton). Kiedy uczestnikom badania wstrzyknięto substancję oddziałującą bezpośrednio na ośrodek w mózgu odpowiedzialny za poczucie strachu (czyli ciało migdałowate), „mózg emocjonalny” wyraźnie się uaktywnił. Wyglądało to tak, jakby w mózgu zapaliła się żarówka. Przeciwnie – w rejonie kory nowej, otaczającej mózg limbiczny nie zarejestrowaliśmy żadnej aktywnościIV.

Byłem pierwszą osobą, której wstrzyknięto substancję aktywującą mózg emocjonalny. Wyraźnie pamiętam dziwne uczucie, które mnie wtedy ogarnęło. Byłem przerażony, ale nie miałem pojęcia dlaczego. To było uczucie „czystego” strachu – niezwiązanego z niczym konkretnym. Pozostali uczestnicy eksperymentu opisywali swoje doświadczenia w podobny sposób – czuli osobliwe poczucie strachu, a jednocześnie wydawało im się, jakby „dryfowali”. Na szczęście, trwało to zaledwie kilka minut7.

Mózg emocjonalny ma znacznie prostszą strukturę niż kora nowa. Generalnie nie jest uporządkowany w warstwy neuronów – jak w przypadku kory nowej – dzięki którym odbywa się przetwarzanie informacji, a w jego rdzeniu – na przykład w ciele migdałowatym – neurony zdają się być „porozrzucane” zupełnie przypadkowo. Ponieważ jego struktura nie jest zbyt zaawansowana, mózg emocjonalny przetwarza informacje w bardziej prymitywny sposób niż mózg kognitywny, ale znacznie szybciej i skuteczniej zadba o przetrwanie naszego organizmu. Dlatego na przykład idąc ciemnym lasem możemy zareagować strachem na widok leżącej na ziemi gałęzi, która przypomina żmiję. Zanim pozostałe struktury mózgu ocenią i podejmą decyzję, że obiekt leżący na ziemi nie stanowi zagrożenia, mechanizm przetrwania w mózgu emocjonalnym odruchowo wywoła reakcję, jaką uważa za najbardziej odpowiednią w tej sytuacji, często bazując na fragmentarycznych, niekompletnych, a czasem błędnych danych8. Nawet tkanka komórkowa wyścielająca mózg emocjonalny różni się od tej w korze nowej9.

Jeżeli wirus opryszczki lub wścieklizny zaatakuje mózg, zainfekuje wyłącznie mózg limbiczny, nie korę nową. Stąd też początkowym objawem zakażenia wścieklizną jest wyjątkowo nienaturalne zachowanie.

Mózg limbiczny stanowi centrum dowodzenia, do którego nieustannie spływają informacje z różnych części ciała. Jego rola polega na przywracaniu funkcji fizjologicznych organizmu do stanu równowagi i utrzymywaniu ich w normie. Oddychanie, puls, ciśnienie krwi, głód, sen, popęd seksualny, wydzielanie hormonów, a nawet układ odpornościowy są regulowane przez mózg limbiczny. Claude Bernard, naukowiec żyjący pod koniec dziewiętnastego wieku, uznawany za ojca nowoczesnej fizjologii, określił stan harmonii pomiędzy wszystkimi funkcjami fizjologicznymi w naszym ciele mianem „homeostazy”. Dzięki tej dynamicznej równowadze utrzymujemy się przy życiu.

Z tej perspektywy – jak przeczuwał siedemnastowieczny filozof Spinoza, a dr Damasio opisał nader klarownie – nasze emocje są prawdopodobnie niczym innym, jak tylko świadomym doświadczeniem szerokiego spektrum poszczególnych reakcji fizjologicznych, które kontrolują oraz nieustannie dostosowują wewnętrzne procesy zachodzące w organizmie, reagując na sygnały płynące zarówno z naszego ciała, jak i ze świata zewnętrznego10. Ponieważ mózg emocjonalny jest związany bezpośrednio z ciałem, nie z mózgiem kognitywnym, stąd też zwykle łatwiej dotrzeć do niego poprzez ciało niż poprzez rozmowę.

Mary Anne przez dwa lata leczyła się tradycyjną metodą freudowskiej psychoanalizy. Leżała na kozetce i starała się odnaleźć za pomocą „wolnych skojarzeń” przyczynę swojego cierpienia, a w szczególności swojego emocjonalnego uzależnienia od mężczyzn. Miała poczucie spełnienia wyłącznie wtedy, gdy mężczyzna zapewniał ją – nieustannie – że ją kocha. Rozstania – nawet chwilowe – były dla niej trudne do zniesienia; niemal natychmiast traciła koncentrację i ogarniał ją dziecięcy lęk. Po dwóch latach psychoterapii dogłębnie poznała swój problem. Potrafiła ze szczegółami opisać swoją skomplikowaną relację z matką, która powierzyła ją w opiekę niekończącemu się korowodowi niań. Mary Anne doszła do wniosku, że właśnie to było powodem jej głęboko zakorzenionego braku pewności siebie. Ponieważ była dobrze wykształcona i abstrakcyjne myślenie nie sprawiało jej trudności, oddawała się z pasją analizowaniu własnych objawów oraz opisywaniu ich swojemu terapeucie, od którego – naturalnie – również się uzależniła.

Mimo że zrobiła znaczne postępy i po dwóch latach psychoanalizy czuła się lepiej, zdawała sobie sprawę, że nadal nie udało jej się wyleczyć ran z dzieciństwa. Ponadto uświadomiła sobie, że chociaż ciągle skupiała się na swoich myślach i słowach oraz sposobie na ich wyrażenie, paradoksalnie nigdy nie zdarzyło jej się rozpłakać na kozetce. Była niezwykle zdziwiona, gdy podczas weekendowego wyjazdu do spa masaż niespodziewanie przywołał emocje z dzieciństwa.

Leżała na plecach, gdy fizjoterapeuta łagodnie masował jej brzuch. Kiedy zbliżył się do miejsca tuż pod pękiem Mary Anne poczuła, że zbiera jej się na płacz. Masażysta to zauważył i poprosił, żeby starała się jedynie obserwować własne odczucia, a następnie okrężnymi ruchami powoli kontynuował masaż. Po kilku sekundach Mary Anne zaczęła szlochać. Przypomniała sobie, jak w wieku 7 lat leżała sama w szpitalu po operacji wyrostka, ponieważ jej matka była w tym czasie na wakacjach. Emocje, które tak długo usiłowała zlokalizować w głowie, były cały czas na wyciągnięcie ręki – stłumione w jej ciele.

Znacznie łatwiej można wpłynąć na mózg emocjonalny poprzez ciało niż za pomocą myśli i mowy, ponieważ są ze sobą bezpośrednio związane. Leki, rzecz jasna, również mają bezpośredni wpływ na funkcjonowanie neuronów, istnieją jednak inne metody terapeutyczne, które mobilizują wewnętrzne mechanizmy i procesy fizjologiczne. Na przykład ruch gałek ocznych podczas snu, zmienność rytmu serca, czy też dostosowanie cyklu snu i czuwania do naturalnego rytmu dobowego. Ponadto terapeutyczny efekt dają ćwiczenia fizyczne, akupunktura albo zdrowe odżywianie. Jak się niebawem przekonamy związki emocjonalne – nawet nasze relacje społeczne – mają silny wpływ na nasze ciało i stan fizyczny.

Kora mózgowa kontroluje procesy poznawcze, mowę i racjonalne myślenie

Pofałdowana wierzchnia warstwa mózgu, nadająca mu charakterystyczny wygląd, to tak zwana kora nowa. Pod jej fałdami mieści się mózg emocjonalny. Z ewolucyjnego punktu widzenia kora nowa jest warstwą najmłodszą, okrywającą mózg. Składa się z sześciu regularnie ułożonych warstw neuronów, przypominających mikroprocesor, który umożliwia sprawne przetwarzanie informacji.

Mimo postępu technologicznego do dziś nie jesteśmy w stanie zaprogramować komputerów tak, by rozpoznawały ludzkie twarze niezależnie od kąta nachylenia czy oświetlenia, jednak kora nowa poradzi sobie z tym zadaniem w ciągu kilku milisekund. Poza tym dysponuje ona nadzwyczajnymi możliwościami przetwarzania dźwięku. Dla przykładu mózg płodu ludzkiego potrafi odróżnić głos swojej matki nawet zanim przyjdzie na świat11.

U ludzi wyjątkowo dobrze wykształcony jest obszar kory nowej zlokalizowany tuż za czołem, bezpośrednio nad oczami, czyli tak zwana „kora przedczołowa”. Mózg emocjonalny w zasadzie nie różni się rozmiarem u poszczególnych gatunków (oczywiście zmienia się proporcjonalnie do wielkości), jednak kora przedczołowa zajmuje znacznie więcej miejsca w mózgu ludzkim niż u pozostałych zwierząt.

Kora przedczołowa jest odpowiedzialna za uwagę, koncentrację, hamowanie popędów i reakcji impulsywnych, radzenie sobie w kontekście społecznym oraz – co zademonstrował dr Damasio – przestrzeganie zasad moralnych. Ponadto to w niej generowane są plany na przyszłość na podstawie „symboli” rozpoznawanych wyłącznie przez umysł i będących poza zasięgiem zmysłu wzroku lub dotyku.

W związku z tym, że kora nowa – nasz mózg kognitywny – kontroluje uwagę, koncentrację, snucie planów na przyszłość, naszą moralność oraz mowę, jest zasadniczym komponentem naszego człowieczeństwa.

Jak znaleźć wspólny język?

Nasze „dwa mózgi” – emocjonalny i kognitywny – przetwarzają bodźce ze świata zewnętrznego niemal równocześnie. Mogą albo nawiązać współpracę, albo ze sobą konkurować o to, który przejmie kontrolę nad myślami, emocjami i zachowaniem. Rezultat tej interakcji – współpracy lub współzawodnictwa – decyduje o tym, co czujemy i w jaki sposób postrzegamy rzeczywistość oraz relacje z innymi. Współzawodnictwo – niezależnie od przybranej formy – sprawia, że czujemy się nieszczęśliwi.

Natomiast, gdy oba mózgi ze sobą współpracują doświadczamy czegoś zupełnie innego – harmonii wewnętrznej. Mózg emocjonalny wskazuje nam drogę do osiągnięcia pożądanych przez nas doświadczeń, a mózg kognitywny próbuje pomóc nam ten cel zrealizować w możliwie najinteligentniejszy sposób. Tak osiągnięta harmonia daje nam poczucie spełnienia i zadowolenia z życia, co jest fundamentem trwałego szczęścia.

Emocjonalne „krótkie spięcie”

Ewolucja kieruje się swoimi priorytetami i z jej punktu widzenia liczy się przede wszystkim przetrwanie gatunku i przekazanie genów kolejnym pokoleniom. Jaki byłby pożytek ze zdolności do koncentracji, abstrakcyjnego myślenia czy refleksji, udoskonalonych na przestrzeni kilkunastu milionów lat, jeśli nie zdołalibyśmy dostrzec w porę dzikiego zwierza lub wroga, albo przegapilibyśmy szansę na spotkanie odpowiedniego partnera seksualnego, a w konsekwencji na reprodukcję? Nasz gatunek wymarłby dawno temu.

Na szczęście mózg emocjonalny przez cały czas nas przed tym strzeże. Jego rola polega na bacznej – ale nienachlanej – obserwacji otoczenia. Jak tylko spostrzeże zagrożenie lub wyjątkową okazję – potencjalnego partnera, terytorium lub coś wartościowego – natychmiast „bije na alarm”. W ciągu kilku milisekund przerywa wszelkie procesy dokonywane w mózgu kognitywnym. Dzięki temu obie części mózgu mogą momentalnie skupić wszystkie swoje zasoby na przetrwaniu. Dla przykładu, gdy prowadzimy samochód ten mechanizm pozwala nam bezwiednie spostrzec ciężarówkę zbliżającą się w naszym kierunku, mimo że w tym czasie rozmawiamy z pasażerem. Mózg emocjonalny identyfikuje niebezpieczeństwo, odwraca naszą uwagę od rozmowy, a następie kieruje ją na ciężarówkę do momentu, aż zagrożenie minie. W podobny sposób mózg „przerywa” konwersację dwóch mężczyzn siedzących przy stoliku w ulicznej kafejce, jak tylko w ich polu widzenia pojawi się „ponętna minispódniczka”. Wstrzymuje też rozmowę dwóch rodziców siedzących na placu zabaw, gdy kątem oka zauważą nieznanego psa zbliżającego się do ich dziecka.

Zespół naukowców z Uniwersytetu Yale pod kierunkiem dr Patricii Goldman-Rakic doszedł do wniosku, że mózg emocjonalny może „wyłączyć” korę przedczołową. Pod wpływem stresu kora przedczołowa przestaje reagować i nie panuje nad naszym zachowaniem. Jednocześnie włączają się odruchy bezwarunkowe i instynktowe12. Działamy wówczas znacznie szybciej, ponieważ kierujemy się instynktem podyktowanym przez ewolucję i nasze genetyczne dziedzictwo. Odruchy bezwarunkowe mają pierwszeństwo w sytuacjach awaryjnych, ponieważ z założenia, gdy w grę wchodzi nasze przetrwanie, są znacznie skuteczniejsze niż abstrakcyjne myślenie.

Na samym początku istnienia gatunku Homo sapiens, kiedy nasze życie przypominało życie pozostałych zwierząt, taki system obronny był nieodzowny. Obecnie, miliony lat później, reakcje instynktowne wciąż mogą okazać się użyteczne w naszym codziennym życiu. Jeżeli jednak pozwolimy, aby emocje górowały nad rozsądkiem, nasz mózg kognitywny zacznie się „gubić”. Ulegniemy natłokowi własnych myśli i w dłuższej perspektywie tylko na tym stracimy. Sami dojdziemy do wniosku, że reagujemy „zbyt emocjonalnie”, a wręcz „irracjonalnie”.

W praktyce psychiatrycznej obserwuje się dwa typowe przykłady emocjonalnego „krótkiego spięcia”. Po pierwsze mamy do czynienia z tak zwanym zespołem stresu pourazowego. Po poważnej traumie – na przykład w przypadku ofiar gwałtów lub trzęsień ziemi – mózg emocjonalny zachowuje się niczym lojalny i sumienny wartownik, którego ktoś zaskoczył znienacka. Bije na alarm nawet wtedy, gdy nie ma takiej potrzeby, jakby nie czuł się całkowicie bezpieczny. Taka sytuacja miała miejsce w przypadku jednej z ofiar, która przeżyła atak z 11 września i szukała pomocy w naszym ośrodku psychiatrycznym w Pittsburghu. Kilka miesięcy po ataku doznawała paraliżującego strachu, jak tylko weszła do jakiegokolwiek wysokościowca.

Drugim przykładem są ataki lęku panicznego, czyli tak zwane ataki paniki. W krajach przemysłowych prawie co dwudziesta osoba cierpi z powodu ataków paniki13. Zwykle towarzyszą im tak przytłaczające symptomy, że chorzy są przekonani, że za chwilę dostaną zawału. W jednej chwili mózg limbiczny przejmuje kontrolę nad wszystkimi funkcjami fizjologicznymi organizmu. Serce bije jak oszalałe, żołądek jest ściśnięty, drżą nam dłonie i stopy, a całe ciało zalewa pot. Jednocześnie zastrzyk adrenaliny „wyłącza” funkcje poznawcze mózgu i dopóki ten jest „odłączony od sieci”, nawet jeżeli wiemy, że to fałszywy alarm, nie potrafimy zareagować adekwatnie do sytuacji. Ludzie, którzy mieli ataki paniki w podobny sposób opisują swoje odczucia: „Miałem pustkę w głowie. W ogóle nie mogłem się skupić. Słyszałem jedynie swój własny głos mówiący: »Zaraz umrę – dzwońcie po karetkę – szybko!«”.

Słuchanie głosu rozsądku

Z drugiej strony mózg kognitywny jest odpowiedzialny za świadomą koncentrację uwagi i potrafi utemperować emocje, gdy wymkną nam się spod kontroli. Podążanie za głosem rozsądku pozwala nam oswobodzić się spod potencjalnej dyktatury emocjonalnej i nie dopuszcza byśmy podejmowali instynktowne i impulsywne decyzje. Badanie przeprowadzone na Uniwersytecie Stanforda z wykorzystaniem obrazowania głowy metodą rezonansu magnetycznego wyraźnie ilustruje, jak działa racjonalny mózg kognitywny. Kiedy studentom pokazano wstrząsające fotografie – poćwiartowanych ciał lub zdeformowanych twarzy – mózg emocjonalny zareagował i „uaktywnił” się niemal natychmiast. Jeżeli jednak studenci starali się świadomie kontrolować własne odczucia, rezonans wyraźnie pokazywał dominującą aktywność w obszarze kory nowej, która hamuje reakcje mózgu emocjonalnego14.