Saga bieszczadzka. T. 5. Echo cerkiewnych dzwonów - Małgorzata Garkowska - ebook
NOWOŚĆ

Saga bieszczadzka. T. 5. Echo cerkiewnych dzwonów ebook

Małgorzata Garkowska,

5,0

63 osoby interesują się tą książką

Opis

W Bieszczadach front jest już tylko wspomnieniem, ale wojna nie odchodzi razem z nim, następuje tylko zmiana mundurów i układu sił. Starsze pokolenie Bukowskich i Poradowskich przeżywa powroty, równie trudne jak rozłąka. Andrzej próbuje odnaleźć się w domu, który nauczył się żyć bez niego. Każde z dzieci jego i Emilii w trakcie okupacji niemieckiej przeszło własną drogę, a w powojennej rzeczywistości staną w obliczu kolejnych wyzwań. Wiktor nie składa broni i nie ustaje w walce o wolną Polskę, ale będzie się musiał zmierzyć także z wyborami, jakich dokona jego żona. Tadeusz odzyska pamięć, ale odkryje, że serce potrafi być wierne dwóm kobietom naraz, a każdy dzień milczenia przybliża go do nieuchronnej katastrofy. Antonina zapłaci za własne decyzje cenę, jakiej się nie spodziewa, a najmłodsza Marianka zderzy się z zawiedzioną nadzieją i zdradą najbliższej osoby.

Wszyscy muszą znaleźć odpowiedzi na pytanie, jak odnaleźć się w świecie, w którym to, co dotąd znali, staje się jedynie echem dawnych wartości i marzeń. Anna w Szwajcarii układa swoje życie od nowa. Skupia się na szczęściu i bezpieczeństwie dzieci, zwłaszcza Kornelii, której oświadczył się syn hrabiego Wieliszewskiego. Co zwycięży w jej planach – miłość do Bogdana czy podziw dla cichej szlachetności Romualda? Kto podejmie trudną decyzję o pozostaniu na emigracji, a kogo los rzuci ponownie do ojczyzny? Komu pisane jest szczęśliwe zakończenie?

W miejscu, gdzie wiatr śpiewa dawnymi głosami, a połoniny kryją coś więcej niż tylko mgłę, rozgrywa się wielopokoleniowa opowieść, w której każda łza niesie echo minionych dni, a każde wyznanie miłości przerywa pełną tajemnic ciszę. W sercu Bieszczad rozgrywa się saga rodzinna utkana z nici bojkowskich tradycji, wierzeń i codzienności, która pachnie wypiekanym w chyży chlebem i rozbrzmiewa dźwiękiem cerkiewnych dzwonów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 337

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Barbados14

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna saga, bardzo polecam.
10



Na cykl „Saga bieszczadzka” składają się:

Tom 1: Cienie na połoninach

Tom 2: Korony bukowych lasów

Tom 3: Muzyka górskiego potoku

Tom 4: Mgły nad doliną

Tom 5: Echo cerkiewnych dzwonów

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Slotorsz

Ilustracje na okładce

© Anna, Fotokon, Paul, tramper79 | stock.adobe.com

Ilustracje w książce powstały za pomocą oprogramowania generatywnej sztucznej inteligencji Midjourney.

Redakcja

Anna Seweryn

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Kody QR, które znajdują się przy ilustracjach, zawierają łącze html prowadzące do pliku w formacie MP4 i należy je otwierać na urządzeniu z aktualną przeglądarką oraz dostępem do Internetu.

Wydanie I, Katowice 2026

tekst © Małgorzata Garkowska, 2026

© Wydawnictwo Dobre Strony

ISBN 978-83-8461-013-8

Wydawnictwo Dobre Strony

ul. Uniwersytecka 13

40-007 Katowice

[email protected]

+48 884 666 213

Streszczenie tomu 4

Choć życie Bukowskich naznaczone jest wieloma tragicznymi wydarzeniami, nie poddają się, radząc sobie z przeciwnościami losu. Andrzej przystępuje do odbudowy spalonego pensjonatu. Tadeusz wyrasta na przystojnego mężczyznę, który postawną sylwetkę i nimb doświadczeń lotniczych umiejętnie wykorzystuje, zaskarbiając sobie sympatię płci przeciwnej, ale jego największą miłością pozostają samoloty. Natomiast Tosia decyduje się zataić przed bliskimi, co się wydarzyło w ukrytym w lesie bunkrze, gdzie zaatakował ją dawny zarządca Roszkowa, Pawlo Zawada, zwany teraz Jastrubem. Sama jednak nie może zapomnieć o traumatycznych doświadczeniach, dlatego postanawia zmienić otoczenie i przenieść się do Krakowa. Przechodzi szkolenie medyczne i angażuje się w działalność Polskiego Czerwonego Krzyża – w mieście zaczyna sobie układać życie na nowo.

Zuzanna i Wiktor po latach udawania przykładnego małżeństwa wreszcie stają się nim naprawdę, nie tylko na papierze czy na odległość. Witek w końcu wyznaje też ojcu, że nie jest ojcem Jasia, co mocno łagodzi napiętą dotąd atmosferę między nimi. Po wyjeździe młodych Bukowskich do Cisnej, gdzie Witek podejmuje służbę w Straży Granicznej, układa im się wspaniale, choć w marzeniach mężczyzny wciąż powraca obraz pierwszej miłości, rudowłosej Paraski. Przynajmniej do czasu, kiedy się okazuje, że Zuza jest w ciąży. Wkrótce na świat przychodzi dziewczynka, na cześć Mykajłowej nazwana Agafia. Jednak chwilę wielkiej radości przerywa nagłe pogorszenie się stanu zdrowia młodej matki, która wskutek zakażenia musi przejść przeprowadzony przez doktora Kuźmaka zabieg. Jej mąż jest bliski utraty zmysłów, paradoksalnie jednak, kiedy Zuza dochodzi do siebie, ta sytuacja cementuje ich związek. Tymczasem w okolicy rosną nastroje nacjonalistyczne. Część tamtejszych mieszkańców, marząc o powstaniu wolnego ukraińskiego państwa, krzywym okiem patrzy na wszystkich Polaków…

Trudno o bardziej namacalny dowód tego, że w małżeństwie Poradowskich dzieje się dobrze, niż ciąża Anny. Bogdan pewnie szalałby z radości, gdyby nie cień hrabiego, który ciągle nie pozwala o sobie zapomnieć, oraz napaści i pogróżki, którymi od dawna jest nękany. Lęka się o bezpieczeństwo bliskich, co przyprawia go o bezsenność, podły nastrój i potrzebę kontrolowania wszystkich członków rodziny. Anna nie ma pojęcia, co się dzieje z jej mężem, który prawdę o zagrożeniu wyznaje żonie dopiero po urodzeniu Gustawa. Ostatecznie dręczący rodzinę rotmistrza człowiek zostaje wytropiony przez zupełny przypadek, gdy Bogdan czyta w „Kurierze” artykuł o aresztowaniu wandala, który niszczył gazety w czytelni. W ten sposób odkrywa, kto stał za całą sprawą – był to zakochany w Magdalenie mężczyzna, który chciał się zemścić na konkurencie, obwinianym o tragiczny koniec (aresztowanie i zgładzenie) pani Weiss. Naznaczone strachem miesiące wkrótce okazują się jednak niczym w porównaniu z dziejową zawieruchą, która ogarnia świat…

Choć każde z nich ma swoje cele, z oczywistych względów komplikuje je wybuch wojny. Już w marcu 1939 roku, po aneksji przez III Rzeszę Czech i Słowacji, przez Kraków przejeżdża pociąg z uciekinierami z Rusi Zakarpackiej, a polskie dowództwo szykuje plany odparcia ewentualnej napaści III Rzeszy. Bogdana niepokoi jednak fakt, że są to działania podejmowane za późno i bez pomyślunku. Być może dlatego nie wyrzuca hrabiego Wieliszewskiego za drzwi, kiedy ten pojawia się w mieszkaniu przy Topolowej, by złożyć jego domownikom niecodzienną propozycję – planuje on wyjazd do Szwajcarii i sugeruje, by Anna wraz z dziećmi dołączyła do niego. Zdając sobie sprawę z nieuchronności niemieckiej agresji na ich kraj, Poradowska pod koniec sierpnia wyjeżdża. Mimo to wciąż nękają ją wyrzuty sumienia, czy obowiązkiem żony oficera nie powinno być zostanie w ojczyźnie, tak jak postanowiła jej bratowa Emilia. Żadnych wątpliwości w tej kwestii nie ma tymczasem jej syn Jerzy, który ucieka z pociągu wiozącego ich do Zurychu i wraca do Krakowa.

Andrzej dostaje kartę mobilizacyjną, a Wiktor w placówce Straży Granicznej pozostaje w stanie gotowości, podobnie jak czekający na zgrupowanie ułanów Bogdan i Tadeusz w szkole lotniczej w Dęblinie. Ostatni z nich zostaje skierowany na szkolenie na myśliwcach, co traktuje jak spełnienie marzeń. Kiedy jednak dochodzi do ataku na ojczyznę, młodzi piloci, pozbawieni sprzętu, nie mają szansy się wykazać w podniebnym boju. Uziemieni, wkrótce zostają przez Rumunię ewakuowani do Wielkiej Brytanii. Jak pozostali polscy żołnierze muszą przełknąć gorzką pigułkę wrześniowej klęski i rwą się do walki. Przedostać się za granicę nie udaje się natomiast rotmistrzowi Poradowskiemu, który wraz ze swoim zdziesiątkowanym oddziałem trafia do sowieckiej niewoli. Krewki charakter skłania go do podjęcia próby ucieczki, jednak plan ten niweczy strzał jednego z krasnoarmiejców…

Tymczasem przebywające w Roszkowie Emilia i Zuzanna umierają z niepokoju, ale nie tylko dlatego, że wróg czai się w pobliżu (Niemcy zajęli pensjonat Bukowy Dwór, a Ukraińcy coraz częściej wrogo traktują Polaków), lecz głównie z powodu braku wieści od mężów, z którymi nie wiadomo, co się dzieje. Paradoksalnie nawet wiadomość, że Andrzej trafił do niemieckiej niewoli, staje się źródłem pewnej ulgi, choć Bukowska modli się o jakąś korespondencję od niego. W Wigilię 1939 roku najlepszym prezentem w dworze jest natomiast niespodziewane pojawienie się nocną porą Witka, który choć na chwilę postanawia odwiedzić ukochaną.

Równie duże zdziwienie odczuwa Tosia, kiedy jej kuzyn Jerzy nieoczekiwanie wraca do mieszkania przy Topolowej. Nieustannie niepokoi się o pozostającego niejako pod jej opieką chłopaka, szczególnie że ten – podobnie zresztą jak ona – angażuje się w działalność konspiracyjną. Jednak to nie walka z okupantem, a zbieg nieprzychylnych okoliczności przyczynia się do tragicznych zdarzeń, które dotykają tych dwoje młodych ludzi. Syn Poradowskich natyka się bowiem pewnego dnia na jadącego na jego wierzchowcu Niemca i jak w gorączce nie chce odstąpić od ogiera. Zirytowany żandarm oddaje strzał, a Antonina – na której oczach rozgrywa się ta scena – nic już nie może zrobić. Szok spowodowany śmiercią Jerzyka potęguje fakt, że przed zatargiem z policją i być może kolejnym dramatycznym zajściem powstrzymuje ją człowiek, który już raz uratował jej życie… Leon Radyk, bo o nim mowa, to mężczyzna, który w bunkrze pozbawił życia Zawadę.

Tymczasem Anna (wraz z Kornelią i małym Guciem) znajduje schronienie w willi Wieliszewskiego w Szwajcarii. Angażuje się w działania na rzecz polskich emigrantów, próbując przełamać rozpacz wywołaną żałobą po synu. Wkrótce z Polski docierają jednak kolejne straszne wieści – mieszkanie przy Topolowej zajęła rodzina niemieckiego oficera, a Tosię aresztowano. Wszystko to prawda, bo w czasie rewizji w domu Poradowskich przyłapano Antoninę na tajnym nauczaniu grupy harcerek i znaleziono dokumenty świadczące o jej działalności przeciw okupantowi. Pobyt w celi przy Montelupich oraz brutalne przesłuchania sprawiają, że dziewczyna jest wycieńczona i przerażona. Kiedy wreszcie odzyskuje wolność, ponownie pomaga jej Leon. Choć nie jest on dla Antoniny wymarzonym kandydatem na partnera (z pochodzenia jest Rusinem i chłopem, pracuje w gazecie sławiącej Niemców i marzy o wolnej Ukrainie), szybko zbliżają się do siebie. Kiedy muszą się na jakiś czas rozstać, ciężarna Tosia postanawia wrócić do Roszkowa. Pakując bagaż, odkrywa, że mężczyzna, którego pokochała, nazywa się inaczej, niż się jej przedstawił. I jest nie tylko jej wybawicielem z bunkra oraz z celi (bo to dzięki jego łapówce dziewczyna opuściła więzienie przy Montelupich), ale też człowiekiem, który odebrał jej kiedyś połowę serca… to on bowiem oddał strzał do Antosia, pozbawiając go życia. Również Anna doznaje szoku, kiedy dowiaduje się od Romualda, że Bogdan nie żyje, bo wśród rzeczy znalezionych przez międzynarodową komisję badającą groby polskich oficerów w lesie pod Smoleńskiem znajdowała się papierośnica Poradowskiego.

Wiktor w czasie jednej z misji w roli kuriera zostaje aresztowany. Trafia do celi śmierci i wszystko wskazuje na to, że nie uda mu się umknąć przed kostuchą. Ponieważ nie ma już nic do stracenia, brawurowo ucieka z transportu, ale zostaje poważnie ranny. Ratuje go mąż Paraski i młody Bukowski trafia na pewien czas do chaty swojej dawnej miłości. Po raz kolejny zauważa wyjątkowe podobieństwo Ołesia do swojego brata, ale nie zyskuje potwierdzenia, że to jego syn. Wreszcie młodzieńcze uczucie, dotąd idealizowane i nieodżałowane, staje się dla niego tylko wspomnieniem, rozumie, że jego przeznaczeniem są Zuza i dzieciaki. Nie zmienia to jednak jego podejścia do służby – Witek nadal naraża życie, pracując jako kurier. Wojna wymusza na nim wyrzeczenie się zasad, którym zawsze hołdował. Dlatego niemal bez wahania zataja przed Sztefanem okoliczności śmierci jego najstarszej córki Tatiany, która ginie postrzelona w zasadzce na niemieckiego oficera, z którym dziewczyna się prowadzała. Dla wielu wojna oznacza koniec skrupułów…

Tymczasem w Roszkowie wciąż nie wiedzą, co się stało z Andrzejem. Choć pewne jest, że został pojmany i przebywa w oflagu, Emilia nadal nie dostała odpowiedzi na którykolwiek z wysłanych do niego listów. Bukowski bowiem, pogrążony w rozpaczy po klęsce Polski i poczuciu bezsilności, że nie ma możliwości walczyć, wstydzi się poinformować rodzinę o swojej obecnej sytuacji. Nie chce też wiedzieć, co się dzieje z jego bliskimi, gdyż w tym momencie nie jest w stanie w żaden sposób im pomóc. W związku z tym wybiera najgorsze z możliwych wyjść – milczenie. Ani nie czyta, ani nie wysyła korespondencji.

Zdecydowanie bardziej kontaktowy jest jego młodszy syn. Tadeusz wreszcie ma możliwość latania, gdyż przez Francję przedostaje się do Anglii, gdzie zasila szeregi Dywizjonu 303. Podbija nie tylko niebiosa, ale też niewieście serca, do tego stopnia mistrzowsko, że panna Amelia Sadowski spodziewa się jego dziecka. Pozostaje prosić surowego majora o rękę córki. Zaraz po oświadczynach młody pilot rusza na misję bojową, w trakcie której zostaje zestrzelony. Doznaje amnezji i pozostaje pod opieką francuskiego gospodarza. Czar Bukowskiego, zwanego teraz Paulem, działa w każdych okolicznościach, więc rozkochuje w sobie słodką Sofie.

Tom IV kończy się w momencie, gdy do oflagu w Murnau, w którym wciąż przebywa pogrążony w marazmie Andrzej, trafia ktoś, kogo bardzo dobrze zna…

Ożyw obraz

Prolog

Noc przyszła wielka. Pomruk grzmotu hurkotał nad wioską, jakby kto kamienie w żelaznym wiadrze przewalał, wichura pchała sine chmury, zalewając deszczem pola i przyginając łany do roli. Nie całe zboże zdążyli zebrać, a teraz pogoda odbierała ludziom to, co wydarli ziemi. Ciemność zasnuła niebo, zabrała gwiazdy, nie wychyliła ani rąbka księżyca. Strach było wyjrzeć przez okno, lęk brał człowieka, kiedy odwracał wzrok od ognia. Zawierucha uderzała w drzwi, aż trzeszczało, nadwerężała ściany, trzęsła strzechą.

– Zło z tuczą* uderzy – szepnął złowrogo stary Petro. – Propastnyk** tam mieszka, piorunami się karmi.

Jego chyża stała na skraju, każdy, kto szedł do przysiółka, musiał ją minąć, lecz nie każdy odważył się zajść do worożyla***, skłonić głowę pod niskim odrzwiem i przekroczyć wysoki próg. Dziś dostać chciał się do niego zły, ale Petro nie zamierzał mu się poddać. Póki on żył…

– Cur-pek, szczezaj, duchu nieczysty! – powiedział wyraźnie w chwili, gdy błyskawica rozświetliła świat.

Poczuł, że już czas.

Dźwignął się powoli z posłania i niemrawo ruszył do sieni, zaciskając zęby z bólu, bo wstawał już rzadko. Pokonywał ułomności chorego ciała, krok za krokiem, oddech za oddechem. Zwolnił skobel, żelazo stuknęło o drewno, wiatr natychmiast okręcił się wokół starca, załopotał jego kapotą, sieknął w twarz ulewą. Petro, choć z trudem wyszedł przed chatę, nie zatrzymał się. Wytężył wzrok. W rozbłyskach burzy widział już nadchodzący oddział. Szli drogą, nic sobie nie robiąc z ciemności i nawałnicy, jakby byli ich częścią. Światło piorunów ukazywało równy krok, czujnie patrzące oczy, zacięte w gniewie twarze, jak ciosane z kamienia. Zdradzało niesioną przez nich broń.

Petro zagrodził zbrojnym przejście.

– Stijte****. – Uniósł dłoń.

Idący na czele kolumny nie czekał, nie wypowiedział jednego słowa. Uderzenie przyszło wraz z grzmotem i staruszek zgiął się wpół, runął na kolana, trzymając dłonie przy gardle. Białe płótno koszuli zabarwiła czerwień. Bojowcy poszli dalej, obojętnie mijając kulącego się na ścieżce mężczyznę. Nikt już im nie bronił przejścia do dworu.

* przestarz. chmura zapowiadająca burzę

** Demon żyjący w burzowych chmurach, zły duch sprowadzający nieszczęścia.

*** Wróż, czarownik, ktoś uznawany za znającego się na czarach.

**** bojk. Stójcie.

Rozdział 1

Posiadłość w Esslingen, styczeń 1944 roku

Anna Poradowska wiedziała, że zrobi wszystko, aby Kornelia i Gustaw w swoje urodziny nie odczuli, jak bardzo ich matka tęskni za Jerzym. Pierworodny syn Poradowskich kończyłby dziś dwadzieścia dwa lata. „Paweł jest od niego o rok starszy i wszystko wskazuje na to, że za jakiś czas poprosi o rękę Kornelki. Jerzyk, gdyby tu był, też miałby narzeczoną, cieszyłby się, że w posiadłości hrabiego są stajnie, i wygrywałby we wszystkich konkursach hippicznych…” – wyliczała w myślach, wypierając fakt, że młodzieniec nie chciał opuszczać Polski. W tej wersji historii nigdy nie wysiadł z pociągu do Zurychu…

Podeszła do okna i dotknęła czołem chłodnej szyby. Śnieg sypał całą noc i mogłaby podziwiać nieskalaną niczym biel, gdyby nie raziła tak mocno w oczy. Anna obudziła się grubo przed świtem, dokuczał jej ból głowy, a zimno przynosiło lekką ulgę. Do śniadania, które w tym dniu zaplanowano uroczyście, było sporo czasu, dlatego postanowiła wypić kawę w przylegającym do sypialni przytulnym saloniku. Służąca przed chwilą wyszła, pozostawiając na stoliku parujący dzbanek. Charakterystyczny zapach zaczął już wypełniać pomieszczenie i jednocześnie gorzko przypominał, że na taki luksus raczej nie może sobie pozwolić mieszkająca w Polsce rodzina brata.

Objęła się ramionami. Dziś szczególnie brakowało jej obecności kogoś, na kim mogłaby się oprzeć i choć na chwilę uwierzyć, że troski kiedyś znikną. Mijał już piąty rok, odkąd przyjechała do Szwajcarii, a ona wciąż tkwiła w dziwnym zawieszeniu. Najpierw wyczekiwała rychłego końca wojny, potem jakichkolwiek wieści od męża, teraz ciągle powtarzano, że Hitler przegrywa i wkrótce siły alianckie doprowadzą do pokoju, więc odkładała wszelkie decyzje do momentu, aż to szczęśliwie nastąpi.

Ciche pukanie nieco zdziwiło Annę, bo któż mógł się zjawić tutaj tak wcześnie? Jej dzieci, jeżeli nie musiały zrywać się o świcie, skrzętnie korzystały z przywileju dłuższego wylegiwania się w pościeli. Odwróciła się i zatrwożona, że wydarzyło się coś złego, już miała zaprosić gościa do środka, jednak on najwyraźniej postanowił nie czekać, po prostu nacisnął klamkę.

– Romek?

– Mogę? Widziałem, że służąca od ciebie wychodziła, więc wywnioskowałem, że nie śpisz. Chciałbym porozmawiać. W ciągu dnia jest zazwyczaj zamieszanie, a dziś to już będzie szczególne… – Uśmiechnął się, nieco zakłopotany najściem.

Poradowską ucieszył jego widok, bo przez ostatnie tygodnie miał dla niej mniej czasu. Chwilami odnosiła wrażenie, że celowo unikał dłuższych rozmów, wciąż doskwierało mu, że to on przyniósł hiobowe wieści o śmierci męża. Mimo wczesnej pory był kompletnie ubrany, choć w dość luźny, domowy strój. Kaszmirowy kremowy sweter i ciemne spodnie z miękkiej wełny nie sugerowały, że wybiera się gdzieś w najbliższym czasie. Anna zerknęła na swój szlafrok, ale uznała, że nie będzie jeszcze zmieniać garderoby. Przy Romualdzie czuła się swobodnie.

– Oczywiście. Mam nadzieję, że również masz ochotę na kawę?

Skinął głową w odpowiedzi i zza witryny niewielkiej serwantki wyjął drugą filiżankę, a następnie napełnił oba naczynia. Anna zajęła miejsce na sofie, podziękowała za podany napój i zachęciła hrabiego, żeby usiadł obok. Zawahał się, zanim spełnił to życzenie. Dystans, który tak usilnie zachowywał, dziwił, bo przyzwyczaiła się już, że zwykle szukał okazji do bliskości. Jego drobne gesty, jak muśnięcie policzka czy włosów, pocałunki składane na dłoniach, chwile, gdy ją przytulał, nie tylko były miłe, oferowały także poczucie bezpieczeństwa, przywołując atmosferę przedwojennego Krakowa i czas, gdy hrabia ją adorował.

Przelotnie zastanowiła się nad przyczyną. Dopóki żyła nadzieją, że Bogdan wróci, Wieliszewski niezmiennie był tuż przy niej, a kiedy rywal ostatecznie zniknął, zaczął się zachowywać tak powściągliwie, że można by wysnuć wniosek, że stracił zainteresowanie, i to w momencie, w którym – wydawałoby się – już nie musiał o ukochaną walczyć. Za to Annie coraz bardziej brakowało jego stałej obecności. Złapała się na tym, że wyczekuje, aż on coś powie, cokolwiek, łaknęła najdrobniejszego komplementu, który potwierdziłby, że wciąż jest dla niego ważna. Miała ochotę przysunąć się bliżej, oprzeć głowę na jego ramieniu, lecz nie zrobiła tego, powstrzymana obawą, że mógłby zaprotestować. Romuald czekał na odwzajemnienie swoich uczuć już zbyt długo i nie byłoby niczym dziwnym, gdyby odpuścił.

– Pięknie wyglądasz, Aniu – usłyszała, jakby odgadł o czym myśli i pragnął zadać kłam jej podejrzeniom. – Jak zawsze zresztą.

– Zawsze to ty jesteś dla mnie pobłażliwy – odparła, nie powstrzymując się od kokieteryjnego uśmiechu.

– Jedynie troszkę.

– Pochlebca – wypomniała z zadowoleniem, które z pewnością wyczytał z jej spojrzenia.

– Mówię tylko prawdę – zripostował. – Nie mogłaś spać?

– Wspominałam Jerzyka, jak wiesz, dziś są także jego urodziny. Co roku tak robię… – wyznała, pochmurniejąc. – W ciągu dnia nie chcę zakłócać dzieciom ich święta, ale nie potrafię odmówić sobie tych chwil smutku i żalu, że jego nie ma tu z nami. Że już nie zobaczę, jak dorasta, jak staje się mężczyzną i odchodzi w świat. To byłoby naturalne, a tak śmierć się pospieszyła i zabrała mi to, co najcenniejsze.

– To może ja ci przeszkadzam? – stropił się hrabia. – Nie wolisz pobyć sama?

– Skądże, Romku. Miło, że dotrzymasz mi towarzystwa. – Pokręciła głową. – Czy to prawda, że kupiłeś Guciowi w prezencie kucyka? – zmieniła temat.

– A miała to być tajemnica! – Wieliszewski zaśmiał się cicho. – Sześć lat to idealny wiek, żeby rozpoczął naukę jazdy, a twój chłopiec tak lubi konie…

Rozczulał ją za każdym razem troską, z jaką mówił o jej synku. Znał go dobrze, a malec uwielbiał wujka, nie dlatego, że Romek potrafił być hojny i spełniał jego zachcianki. Ofiarował Gustawowi to, czego ten najbardziej potrzebował – uwagę. Czytał mu książki, towarzyszył w zabawach i słuchał, kiedy malec coś opowiadał. Anna uświadomiła sobie, że zastępował mu ojca, którego chłopczyk nie mógł pamiętać. Miał tylko zdjęcie na półce przy łóżku oraz opowieści matki i siostry, czyli w istociebardzo niewiele… A później dotarło do niej coś jeszcze… Jerzy w dzieciństwie nie doświadczył takiej opiekuńczości ze strony skupionego na karierze wojskowej Bogdana. Dopiero gdy chłopak zaczął jeździć konno, mógł liczyć na więcej zainteresowania. Natomiast Romuald towarzyszył Guciowi na każdym kroku, obecny, gdy malec go potrzebował. Szybko odgoniła te myśli. Nie chciała kolejnego cienia w tym dniu.

– Dziwiłabym się, gdyby było inaczej – zauważyła. – Jest taki podobny do… Jerzyka – zająknęła się. – Nie tylko fizycznie. Widzę, że z roku na rok silniejsza jest w nim ta zadziorność, jaką miał w sobie Bogdan i co po ojcu odziedziczył także Jerzy. Kto wie, czy to nie przez to…

Umilkła. Kilka łez wymsknęło się spod rzęs. Zamrugała, żeby powstrzymać wzruszenie, choć w obecności Wieliszewskiego raczej nie wstydziła się emocji. Dziś coś ją rozstroiło i z jednej strony pragnęła, żeby przyjaciel ją objął i pocieszał, z drugiej – obawiała się rozbudzać nadzieję. I jemu, i sobie. Mogli odnaleźć w tej relacji szczęście albo ostatecznie zniszczyć to, co ich dotychczas łączyło, a ona nie miała pojęcia, czy jest gotowa zmierzyć się z ewentualnym odrzuceniem i czy będzie umiała przyznać przed Romualdem, że potrzebuje go w pełni, nie tylko jako wspierającego towarzysza.

– Pragnąłem spełnić jego marzenie, mam nadzieję, że nie rozgniewasz się na mnie o to? – Hrabia spoważniał i delikatnym ruchem otarł policzki Anny. Ledwo poczuła ciepło jego palców na skórze, szybko cofnął dłoń.

– Jakże bym mogła mieć ci cokolwiek za złe – szepnęła. – Ale nie chcę się rozklejać. Powiedz, o czym chciałeś ze mną pomówić.

Hrabia milczał przez chwilę.

– Rosjanie są już w Polsce i tym razem przekraczają granice jako sojusznicy. Wszystko wskazuje na to, że Armia Czerwona przyniesie naszej ojczyźnie oprócz końca okupacji hitlerowskiej także komunistyczny rząd. Planujesz w ogóle tam wracać? – spytał bez ogródek. – Wiesz, jakie bolszewicy mają sposoby sprawowania władzy. Będziesz dla nich przede wszystkim żoną przedwojennego oficera, burżujką, czyli mówiąc wprost, wrogiem.

– Nie zastanawiałam się nad tym – przyznała. – Jak wiesz, przez ostatnie tygodnie wolałam stronić od polityki i wieści wojennych. Wystarczy mi organizowanie pomocy dla naszych żołnierzy tutaj i rodaków w niemieckich obozach czy więzieniach. Tęsknię za rodziną, chciałabym wiedzieć, co się z nimi dzieje, zwłaszcza że listy z kraju przychodzą tak rzadko i przecież nie wszystkie docierają.

– Nie tracę nadziei, że odzyskamy łączność – mruknął hrabia uspokajająco, ale Anna tylko bezradnie pokręciła głową.

– W Roszkowie również nie mają informacji o Andrzeju i ogarniają mnie najgorsze przeczucia, szczególnie że i my nie ustaliliśmy nic poza tym, że mój brat jest na liście w Murnau. A od czasu, gdy napisałam Emilii o Bogdanie i Katyniu, do dziś nie ma odpowiedzi. Nie mam pojęcia, czy w ogóle dotarł do niej ten list. Kraków to mój dom, tylko czasem się boję, że nie mam już do czego wracać.

Mówiła nienaturalnie szybko, co świadczyło o tym, że się denerwowała. Hrabia przyglądał się jej z charakterystyczną dla siebie troską oraz z ledwo dostrzegalnym napięciem i obawą, że usłyszy coś, czemu nie będzie w stanie sprostać.

– Wiem to wszystko – przyznał łagodnie. – Nie jest ci łatwo.

– O tym właśnie chciałeś porozmawiać?

Nie odpowiedział od razu. Miała wrażenie, że chce ująć jej dłoń, jego ręka drgnęła, ale powstrzymał gest. Szybko sięgnął po filiżankę i upił kilka łyków kawy.

– O tym także, bo to się wiąże z właściwą sprawą, z jaką się tu pojawiłem, choć możesz uznać, że to bardziej przyziemny temat… Wczoraj przyszedł do mnie mój syn i wyjawił, że dziś zamierza pomówić z tobą o Kornelii. Poprosił, żebym nieco wybadał twoje nastawienie do jego pomysłu – powiedział, o sekundę wyprzedzając ponaglenie.

– Jak rozumiem, tym pomysłem są oświadczyny? – Anna domyśliła się natychmiast.

– Dokładnie tak, moja droga. – Wieliszewski przelotnie się uśmiechnął.

Poradowska zastanawiała się jakiś czas. Walczyła ze sobą. Nie chciała stawać w kontrze do szczęścia córki, widziała przecież, jak bardzo zauroczona jest młodym Wieliszewskim, ale też obawiała się, że powtórzy jej własne błędy i małżeństwo okaże się końcem planów dotyczących wykształcenia i pracy.

– Kornelia jest wprawdzie dorosła, ale moim zdaniem za młoda jeszcze na zamążpójście. Powinna najpierw pomyśleć o studiach, skoro została tutaj przyjęta na uczelnię – wygłosiła stanowczo.

– Toteż mój syn nie chce się żenić od razu, zależy mu na narzeczeństwie. On, mam wrażenie, boi się, że po zakończeniu wojny planujesz wrócić z dziećmi do kraju – wyjaśnił hrabia.

– Kornelia może sama o tym zdecydować i jeżeli będzie chciała tu zostać, to ani jej nie zabronię, ani nie powstrzymam…

– On liczy się z twoim zdaniem – wtrącił łagodnie.

– A ty co o tym myślisz? A Jadwiga? Wydaje mi się, że to ona najbardziej mogłaby być przeciwna związkowi naszych dzieci – wydusiła z siebie Poradowska.

– Nie wiem, skąd twoje przekonanie o nieprzychylności Jadwini. Jeżeli chodzi o Pawła, bez wahania zgadza się na wszystko i gdyby nie moja czujność, byłby rozpuszczony jak dziadowski bicz. A ja? – Wieliszewski uśmiechnął się ponownie, tym razem smutno. – Ja schowałem na dno szuflady pierścionek, który miałem zamiar wręczyć tobie, i życzyłem swojemu synowi powodzenia w przekonywaniu ciebie, że nie skrzywdzi twojej córki. Bo że ją kocha i stanie na głowie, żeby miała wszystko, czego zapragnie, chyba nie muszę cię zapewniać.

Anna z niedowierzaniem wpatrzyła się w przyjaciela. On odwrócił wzrok, zaciskając usta, jakby zorientował się, że powiedział za dużo. A może nie był pewien jej reakcji?

– Co schowałeś? – wyjąkała po chwili.

– Nieważne… W głupszy sposób już chyba się nie dało o tym wspomnieć, jestem starym durniem, który w twojej obecności traci głowę – żachnął się i wstał.

– Zamierzałeś mi się oświadczyć?

– A jeśli? Naprawdę cię to dziwi, Aniu?

Widziała jak na dłoni, że ledwie panował nad gniewem, i doskonale rozumiała, że nie złościł się na nią, lecz na siebie. W jego świecie te słowa nie powinny wybrzmieć, zburzył własny spokój i fasadę opanowania, co się praktycznie nie zdarzało.

– Unikałeś mnie ostatnio, więc nie sądziłam, że nadal… – Nie dokończyła tego zdania, obawiała się go urazić.

Romuald podszedł do okna. Dostrzegła, że zacisnął dłonie na parapecie. Napięta linia ramion i lekko pochylona głowa świadczyły, że walczył ze sobą, niezdecydowany, czy wybrać milczenie, czy zdać się na uczucia. Odezwał się po dłuższej chwili, Anna zaczynała już tracić nadzieję, że powie cokolwiek. Mówił cicho, jak przez ściśnięte gardło.

– Unikałem – przyznał. – Bo jest mi coraz trudniej. Nie potrafię już dłużej czekać, tylko jak miałem ci się narzucać w czasie żałoby? Za dużo wieczorów spędziłem, patrząc w sufit i nic z tym nie robiąc, zrozpaczony, że nie ma mnie przy tobie, bo przyrzekłem ci, że nie wykorzystam już nigdy twojej słabości – dopowiedział szeptem.

Zamilkł znowu. Anna wstała i w kilku szybkich krokach znalazła się przy Wieliszewskim. Serce biło jej tak mocno, że nie była pewna, czy zdoła coś powiedzieć. Tyle że musiała, bo to był ostatni moment, czuła, że jeśli pozwoli, aby minął, to do końca życia już pozostaną w klatce przyjaźni i żadne z nich nie odważy się tego zmienić, niezależnie, jak bardzo potrzebowali siebie nawzajem.

Położyła mu dłoń na ramieniu. Romuald drgnął, a kiedy ponownie się odezwał, z przejęciem dobierał słowa.

– Tak, nadal cię kocham. I tak zostanie. Wiesz o tym. Dziś po twojej reakcji wydaje mi się, że… nie mam już prawa do nadziei, dlatego wybacz mi, proszę, tę niezręczną sytuację, w jakiej cię postawiłem. Powinienem omówić z tobą ewentualny związek naszych dzieci, a nie obciążać cię moimi niestosownymi wyznaniami – podsumował, nie kryjąc goryczy.

Anna nabrała powietrza, lecz nie zdołała nic powiedzieć. Wieliszewski, zaalarmowany ciszą, odwrócił się i nie odrywał od niej wzroku. Usta mu drżały.

– Nie patrz tak na mnie. Jeszcze minuta, a zapomnę o godności i zacznę cię błagać o szansę, której nie możesz mi ofiarować – wyznał ochryple.

– To nie jest tak… Nie jesteś mi obojętny… – urwała. – Ja…

Romuald nie czekał. Po tych słowach wahał się może przez moment, po czym chwycił ukochaną w ramiona i wpił się w jej wargi, nie mniej żarliwie niż przed paroma laty w Krakowie. Poddała mu się, najpierw z ulgą, potem z coraz mocniej ogarniającą ją pasją, bo z każdym pospiesznie łapanym oddechem narastało poczucie, że znajduje się we właściwym miejscu, a ona nie musi już się zastanawiać, czy postępuje tak, jak należy.

– Anusiu, nie wiem, jak to zniosę, jeżeli dziś także skończymy tylko na pocałunkach – jęknął hrabia po pewnym czasie, odsuwając ją nieco i poważnie patrząc w oczy. – Ale muszę zapytać, co chciałaś powiedzieć.

– Bałam się, że mi odmówisz, jak wtedy, w moim mieszkaniu – wyjawiła.

– Jeśli mi tylko siły pozwolą, niczego już ci nie odmówię – zapewnił i na powrót przyciągnął ją do siebie.

Ożyw obraz

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Cykl

Strona redakcyjna

Streszczenie tomu 4

Prolog

Rozdział 1

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie