Rzeka srebra - S.A. Chakraborty - ebook

Rzeka srebra ebook

S. A. Chakraborty

0,0
52,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Zatrać się ponownie w świecie Dewabadu!

Sięgnij po wyjątkowy zbiór historii opowiedzianych z perspektywy zarówno dobrze znanych bohaterów, jak i postaci, które dotąd pozostawały bez własnego głosu.

Poznaj losy przyszłej królowej, próbującej odnaleźć się na dworze o krwawej historii… Śledź spotkanie uwięzionego księcia upadłej dynastii i młodej kobiety wyrwanej z rodzinnego świata… Odkryj tajemnicę przeklętego lasu, która na zawsze odmieni losy tych, którzy się w nim zagubili…

Rzeka srebra to obowiązkowa lektura dla wszystkich, którzy pragną raz jeszcze zanurzyć się w świecie Nahri, Alego i Dary.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 350

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: The River of Silver: Tales from the Daevabad Trilogy

Copyright © 2022 by Shannon Chakraborty

Copyright © for the Polish translation by Maciej Studencki, 2026

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka prowadząca: Aleksandra Kotlewska

Marketing i promocja: Gabriela Wójtowicz, Marta Dymkowska

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Robert Narloch, Beata Buko

Ilustracja na okładce: Alan Dingman

Oryginalny projekt okładki: Mumtaz Mustafa

Adaptacja okładki i strony tytułowe: Magda Bloch

Ilustracja na stronie rozdziałowej: © Fine Art Studio / Shutterstock.com

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68952-12-4

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

[email protected]

www.weneedya.pl

Od autorki

Chociaż minęło już ponad dziesięć lat, wciąż pamiętam dzień, w którym podzieliłam się z brooklyńską grupą piszących przyjaciółek i przyjaciół historią, ochrzczoną później tytułem Miasto mosiądzu. Od niedawna należałam do tej grupy i w ogóle od niedawna pisałam, toteż sytuacja, w której siedzę na czyjejś kanapie i prezentuję twórczość płynącą z głębi serca, była dla mnie nowa. Przedstawiłam wówczas rękopis w takiej formie, jaką w moim wyobrażeniu powinna przybrać epicka fantasy: co najmniej kilkanaście punktów widzenia, liczne podróże przez całe kontynenty, mnóstwo miast, wiosek i rozległych magicznych krajobrazów, a wszystko to wsparte dziesiątkami retrospekcji, skomplikowanych wątków i wyczerpujących opisów.

Łagodnie mówiąc… nie wzbudziło to entuzjazmu przyjaciół.

Stwierdzili, że oczywiście istnieją epickie opowieści fantasy wymagające tak drobiazgowej eksploracji, ale Miasto mosiądzu w gruncie rzeczy opowiada o podróżach Nahri i Alego. O młodej kobiecie wyrwanej ze znajomego świata, zmuszonej do rozpoczynania życia wciąż od nowa i podczas tej drogi odkrywającej w sobie determinację, by walczyć o swój lud i własne szczęście. O młodym mężczyźnie, który z trudem godzi wyznawaną wiarę i ideały sprawiedliwości z rzeczywistością wskazującą, że jego ukochane miasto zbudowano na opresji, a jej demontaż będzie sią wiązał z obaleniem jego dynastii. Chciałam osadzić ich losy w realistycznym, dobrze zbudowanym świecie z bogatą konstelacją przyjaciół i krewnych, kochanków i wrogów, z których każde posiadałoby własną historię, dziwactwa oraz plany. Mimo to już na wczesnym etapie zdecydowałam, że ta właśnie opowieść, Miasto mosiądzu, skupi się na dziejach Nahri i Alego, a później także Dary.

Nadal jednak darzę moje postacie drugoplanowe wielkim sentymentem i święcie wierzę, że przelewanie wyobrażeń na papier to najbardziej naturalny sposób, by opowieści rosły i oddychały. Dlatego w trakcie pracy nad trylogią zapuściłam się w kilka pobocznych wątków bezimiennych zwiadowców, nakreśliłam związek Muntazira i Dżamszida ich własnymi słowami, pozwoliłam, by Zajnab wyrosła na przywódczynię buntowników, i zanurkowałam w młodość Dary, spędzoną w starszym o wiele wieków Dewabadzie. Opisywałam sceny, które w ostatecznym rozrachunku pozwoliły mnie samej lepiej zrozumieć ten świat, mimo że zdecydowałam się na nie z czystego sentymentu lub dla urody jakiegoś konkretnego zdania. Opisy owe stanowiły swego rodzaju notatki badawcze, którymi nie zamierzałam się dzielić.

Potem nadeszła pandemia. Nie chciałabym zagłębiać się w osobiste wspomnienia z tamtego okresu, tym bardziej że rozpoczęty wówczas kryzys wciąż trwa; dość powiedzieć, że przez pierwsze kilka miesięcy lockdownu nie byłam w stanie napisać ani słowa. Świat pogrążał się w coraz głębszej niepewności, rodzina mnie potrzebowała, a ja miałam w tym czasie  t w o r z y ć?  W rozpaczliwej próbie napisania  c z e g o k o l w i e k  wróciłam do starych scen z Dewabadu. Praca nad dobrze znanym materiałem, już częściowo naszkicowanym, wzbudziła we mnie o wiele mniejszą grozę niż pusta strona całkiem nowego projektu. Słowa zaczęły z wolna powracać, więc poszłam za nimi, wyobrażając sobie losy moich postaci po zakończeniu Imperium złota i opowieści osób zmarłych na długo przed rozpoczęciem Miasta mosiądzu.

Teraz dzielę się z Wami częścią z nich. Uszeregowałam je chronologicznie, za każdym razem dopisując kilka słów wstępu, które pozwolą Wam umieścić je w czasie i miejscu akcji trylogii. Mam nadzieję, że ten krótki powrót do Dewabadu ucieszy Was tak samo jak mnie. Jestem Wam nieskończenie wdzięczna za to, że daliście szansę moim książkom.

Niech Wasz ogień płonie jasno

Shannon Chakraborty

Maniże

Ta opowieść rozgrywa się kilka dekad przed Miastem mosiądzu i zawiera spoilery do pierwszych dwóch tomów trylogii.

Jej syn był przepięknym dzieckiem.

Maniże powiodła palcem po malutkim uchu Dżamszida, ogarniając pełnym uwielbienia wzrokiem jego idealną twarzyczkę. Chociaż chłopczyk miał zaledwie tydzień, czerń jego oczu już zaczynała ustępować ognistemu odcieniowi. Troskliwie ściskała w ramionach jego małe, ciepłe ciało, a wychodząc z namiotu, przytuliła go jeszcze mocniej. Wiosna dopiero co nadeszła i w Zariaspie wciąż zdarzały się chłodne poranki.

W dolinie przed nimi jarzyło się światło świtu. Kwiaty różowej i fioletowej koniczyny odbijały się w kroplach rosy na długich źdźbłach trawy. Maniże szła, starannie wybierając drogę pomiędzy rozrzuconymi kamieniami i potrzaskanymi cegłami. Rozbili z Kawehem namiot w jednej z wielu zapomnianych człowieczych ruin w okolicy. Niewiele z niej pozostało, toteż wtapiała się powoli w skaliste zbocze; widać było jeszcze kilka łuków i jedną przysadzistą kolumnę, ozdobioną wzorem w diamenty. Kobieta wędrowała między przeszkodami, próbując sobie wyobrazić, jak mogło kiedyś wyglądać to miejsce. Czy był to zamek, siedziba królów i innych niespokojnych rodziców, przerażonych, że sprowadzili na ten świat dziecko szlachetnej krwi?

Maniże znów opuściła wzrok na syna, jej Dżamszida. Takie imię nosił przyszły władca; dawno temu zaczerpnęli je od ludzi, podobnie jak wiele innych imion nadawanych w ich rodzie. Większość Dewów zaprzeczyłaby, że taka pożyczka miała w ogóle miejsce, lecz Maniże jako Nahidka otrzymała staranne wykształcenie, bogatsze niż cały jej lud. Imię Dżamszida wzięto z legendy i królewskiej tradycji. Niosło optymizm, emanujący z ostatniego skrawka nadziei w jej duszy.

– To moje ulubione miejsce na świecie – powiedziała cicho. Powieki upojonego mlekiem dziecka zatrzepotały, a ona położyła sobie jego głowę na ramieniu, wdychając słodką woń. – Przeżyjesz na tym świecie wiele przygód. Twój baba podaruje ci kucyka i nauczy na nim jeździć, żebyś mógł zwiedzać świat do woli. Chciałabym, żebyś zwiedził go jak najwięcej, kochanie – wyszeptała. – Poznawaj, snuj marzenia i schowaj się tam, gdzie nikt cię nie wypatrzy i nie zamknie w klatce.

„Tam, gdzie nie skrzywdzi cię Ghassan; gdzie nigdy, przenigdy się o tobie nie dowie”.

Jeśli chodziło o przyszłość jej dziecka, była pewna jednego: Ghassan nie może wiedzieć o istnieniu Dżamszida. Na samą myśl Maniże czuła mdłości z przerażenia – a niełatwo ją było przestraszyć. Nie wątpiła, że Ghassan zabiłby Kaweha w najokrutniejszy sposób, jaki przyszedłby mu do głowy, jak najdłużej przeciągając jego cierpienia. Do tego ukarałby Rustama, łamiąc resztkę ducha jej brata, który tak wiele już wycierpiał.

A Dżamszid… Próbowała nie myśleć, jak Ghassan mógłby go wykorzystać. Gdyby chłopak miał szczęście, król skazałby go na takie samo życie pełne grozy, jakie wiedli Maniże i Rustam: życie niewolników w pałacowej infirmerii, którym codziennie się przypomina, że tylko ich użyteczna nahidzka krew powstrzymuje Ghassana od całkowitej eksterminacji ich rodu.

Nie sądziła jednak, by jej syn miał tyle szczęścia. Przez lata patrzyła, jak Ghassan upodabnia się do swojego ojca tyrana. Może Maniże była zbyt dumna i głupia, by odmówić władcy tego, czego tak pragnął; może byłoby najlepiej, gdyby zjednoczyli swoje rody, gdyby uśmiechała się sztucznie podczas królewskiego wesela i zamknęła oczy w mroku jego łoża? Może jej lud oddychałby swobodniej, a jej brat nie wzdrygałby się z przerażeniem za każdym razem, kiedy ktoś trzaskał drzwiami? Czy taki wybór nie wydawał się najlepszy dla tak wielu kobiet? Czy tylko na taki los mogły mieć nadzieję?

Maniże wybrała inaczej. Zdradziła Ghassana, i to w najbardziej intymny sposób. Wiedziała doskonale, że gdyby przyłapał ją i Kaweha, drogo by za to zapłaciła.

Wycisnęła pocałunek na miękkim puchu rosnącym na głowie Dżamszida.

– Wrócę po ciebie, mój mały, obiecuję. A wtedy… będę się modliła, byś mi wybaczył.

Dżamszid poruszył się przez sen i pisnął, a ten dźwięk przeszył ją nagłym smutkiem. Zamknęła oczy, usiłując utrwalić we wspomnieniach każdy szczegół tej sceny. Jego ciężar w ramionach matki, jego słodką woń. Powiew wiatru szepczący w trawie i chłód powietrza. Chciała dobrze zapamiętać, jak to jest: trzymać w ramionach syna, zanim pozbawi go matczynego dotyku.

– Manu?

Znieruchomiała, słysząc wahanie w głosie Kaweha, a emocje wezbrały w niej z nową siłą. Kaweh. Jej partner i współspiskowiec od dzieciństwa, kiedy wymykali się, by kraść konie i wędrować po okolicy. Jej najbliższy przyjaciel, a potem kochanek, kiedy ich ciekawość i nastoletnie tęsknoty ustąpiły miejsca niezdarnym pieszczotom w nielicznych chwilach wykrawanych z codziennego życia.

Następna osoba, którą miała utracić. Maniże zbyt długo pozostawała w Zariaspie; jej wizyta przedłużyła się o trzy miesiące. W tym czasie ignorowała listy Ghassana, nakazujące jej powrót. Byłaby zaskoczona, gdyby król nie wydał już żołnierzom rozkazu, by ją sprowadzili do Dewabadu. Jedno było pewne: już nigdy więcej nie opuści tego miasta… przynajmniej dopóki panował w nim Ghassan.

„Pierścień – przypomniała sobie. – Tak długo, jak masz pierścień, wciąż jest nadzieja”. Jej dziecięce marzenie o uwolnieniu śpiącego wojownika Afszina z pierścienia niewolnika, który dawno temu znaleźli z Rustamem, wydawało się teraz tylko mrzonką.

Kaweh znów się odezwał:

– Przygotowałem to, o co prosiłaś. Czy… czy wszystko w porządku?

Maniże miała ochotę się roześmiać. Albo rozpłakać. Nie, nic nie było w porządku. Przytuliła mocniej dziecko. Pozostawienie go tu wydawało się niemożliwością. Chciała nawrzeszczeć na Stwórcę, a potem osunąć się w ramiona Kaweha. Choć raz pragnęła, by ktoś inny powiedział jej, że teraz już będzie dobrze. Tak bardzo pragnęła porzucić tytuł Banu Nahidy, bogini, której nie wolno było pozwolić sobie na słabość!

Nie mogła jednak uciec od tej roli. Nawet kiedy była z Kawehem, nie zapominała, że jest jego Nahidą, a dopiero potem kochanką i przyjaciółką; nie chciała teraz zachwiać jego wiarą. Zanim się do niego odwróciła, dopilnowała, by głos jej się nie załamał, a z oczu nie popłynęły łzy.

Z jego twarzy łatwo dało się wyczytać, jak bardzo cierpi.

– Wyglądasz prześlicznie z dzieckiem na rękach – wyszeptał głosem pełnym czci i bólu. Przysunął się, spoglądając na śpiącego syna. – Jesteś pewna?

Maniże pogłaskała dziecko po plecach.

– To jedyny sposób, by ukryć jego tożsamość. Magia Nahidów promieniuje mocno, kiedy jesteśmy dziećmi. Jeżeli nie zrobimy tego teraz, zacznie uzdrawiać mamki i błyskawicznie zabliźniać otarte kolana.

Kaweh rzucił jej niepewne spojrzenie.

– A co, jeżeli któregoś dnia będzie potrzebował tych umiejętności?

Słuszne pytanie. Dżamszid w jej ramionach wydawał się taki malutki i kruchy. Mógł zarazić się tyloma chorobami albo paść ofiarą klątwy. Mógł spaść z konia i skręcić sobie kark lub napić się z jednego z wielu zatrutych żelazem potoków płynących przez gęste lasy Zariaspy.

Wszystkie te ewentualności wydawały się jednak mniej groźne niż sytuacja, w której rozpoznano by w nim Nahida.

„Zdumiewające, że ktoś może wybrać śmierć ponad życie w Dewabadzie”.

– Nie wiem, co mam jeszcze zrobić, Kawehu – wyznała, gdy wracali do namiotu. Na ołtarzu ognia we wschodnim rogu namiotu żarzyło się kadzidło. – Mam nadzieję, że pewnego dnia będę mogła usunąć ten znak, ale z pewnością nie dziś. Szczerze mówiąc, ta magia jest tak stara i słabo poznana, że nie mam pewności, czy zadziała.

– A skąd będziemy wiedzieli, że tak się stało?

Maniże spojrzała na syna i przesunęła palcem po jego pomarszczonej twarzyczce. Spróbowała sobie wyobrazić, jak będzie wyglądał w wieku trzech miesięcy, trzech lat, a potem trzynastu. Nie chciała sięgać myślą poza ten horyzont; nie miała ochoty rozważać możliwości, że nie będzie mogła obserwować jego dorastania.

– Wtedy nie zdołam dłużej kontrolować jego bólu – odpowiedziała. – I zacznie płakać.

Trzy tygodnie po tym, jak ostatni raz wzięła dziecko w ramiona, Maniże stała w sali tronowej pałacu w Dewabadzie.

– Jak więc sam widzisz – powiedziała, podsumowując fikcyjne, nieudolne uzasadnienie dla kilkumiesięcznej zwłoki w Zariaspie – moje eksperymenty w ostatnim czasie okazały się zbyt obiecujące, by je porzucić. Musiałam zostać, by ich doglądać.

Przez długą, pełną napięcia chwilę w sali panowało milczenie, cisza tak doskonała, że można by usłyszeć spadającą szpilkę. Potem Ghassan wstał z tronu, a twarz płonęła mu wściekłością.

– Twoje eksperymenty? – powtórzył. – Pozostałaś w Zariaspie, ignorując moje błagania i posłańców, by doglądać eksperymentów? Moja żona, a twoja królowa, nie żyje z powodu twoich  e k s p e r y m e n t ó w? 

„Safija nigdy nie była moją królową”. Maniże nie ośmieliła się wypowiedzieć tej myśli na głos. Walczyła z zawrotami głowy. Niech piekło pochłonie magię Nahidów! Czuła się jej kompletnie pozbawiona. Nogi i plecy bolały ją po jeździe, a piersi miała nabrzmiałe od mleka, które nie chciało przestać płynąć. Najlżejszy nacisk podkładek i liści kapusty wepchniętych pod szatę sprawiał, że do oczu napływały jej łzy.

Przezwyciężając cierpienie, odparła:

– Nie dostałam twoich wiadomości na czas. – Była zbyt zmęczona i załamana, by w jej odpowiedzi zadźwięczała szczerość; sama słyszała, jak beznamiętnie zabrzmiały jej słowa. – Gdybym je otrzymała we właściwym czasie, wróciłabym wcześniej.

Ghassan najwyraźniej czuł się zdradzony. Patrzył na nią z bólem, jakiego Maniże nie widziała u niego od bardzo dawna. Sprawował despotyczne rządy w Dewabadzie od dekad i z każdym rokiem okazywał mniej uczuć, tak jakby panowanie wysysało całe ciepło z jego serca.

Nie współczuła mu ani trochę. Ghassan kazał ją pojmać; no dobrze, może nie pojmać, bo nawet król nie potrafił skłonić podwładnych, by jej dotknęli, ale otoczyć ją żołnierzami i zmusić, żeby zsiadła z konia przy Bramie Dewa i przeszła na piechotę główną aleją przez dzielnicę swego rodu do pałacu. Zrobiła to, próbując się poruszać z wysoko uniesioną głową i ukryć zadyszkę na drodze wijącej się przez wzgórza Dewabadu. Jej pobratymcy obserwowali ten marsz z przerażeniem zza okien i powyłamywanych drzwi; Maniże nie mogła pozwolić, by Dewowie zobaczyli, jak opada z sił. Była ich Banu Nahidą, ich światłem. Miała obowiązek odpowiednio się prezentować.

Kiedy jednak dotarła do pałacu wybudowanego przez jej przodków, którego kamienie do niej śpiewały, była w rozsypce. Podczas podróży zabrudziła szaty błotem i kurzem, a w jednym miejscu rozdarła. Czador ześlizgnął jej się na ramiona, odsłaniając zmierzwione włosy i zroszone popiołem czoło. Tak właśnie wyglądała, kiedy doprowadzono ją do sali tronowej, świętego miejsca, w którym niegdyś obradowała Rada Nahidów.

Zastanawiała się, co by powiedzieli jej przodkowie, gdyby ją teraz zobaczyli, brudną i potarganą u stóp skradzionego tronu jej dynastii, zmuszoną do płaszczenia się przed potomkami dżinnów, który wyrżnęli Nahidów.

Gdyby była rozsądniejsza, pokajałaby się. Doskonale wiedziała, że tego właśnie pragnie Ghassan. Upokorzyła go. Dewabadzki dwór był nikczemnym miejscem, a plotki dworzan nie oszczędzały nawet panujących. Maniże sprawiła, że wydał się słaby. Czy przerażający król Dewabadu rzeczywiście był tak potężny, jeśli jego własna Nahidka mogła się zbuntować przeciwko jego rozkazom? Doprowadzając do śmierci jego żony? Prawdę mówiąc, Maniże było przykro z powodu Safiji. Nigdy nie żywiła wobec niej żadnych uraz; jeśli już, to miała nadzieję, że dzięki temu małżeństwu Ghassan porzuci plany poślubienia jej samej. Gdyby teraz przeprosiła, kosztowałoby ją to tylko nieco zranionej dumy; być może dobra uzdrowicielka powinna to zrobić po śmierci swej podopiecznej.

Maniże wytrzymała jednak spojrzenie Ghassana, świadoma, że przygląda jej się cały dwór. Jego kaid Wadżid, dżinn z Gezirich. Jego Wielki Wezyr z Ajanle. Mimo ciągłego gadania Ghassana na temat poprawy stosunków pomiędzy Dewami a rodami dżinnów, wśród tych, którzy się teraz na nią gapili, nie było ani jednego Dewy. A dżinny nie wyglądały na specjalnie przejęte żałobą. Raczej na podekscytowane, głodne spektaklu. Wszystkie z rozkoszą obserwowały, jak aroganckiej „czcicielce ognia” pokazuje się jej miejsce.

„Jesteśmy lepsi niż wy. Jestem lepsza niż ty”. Nie po raz pierwszy Maniże czuła pokusę, by dać upust kipiącej w jej sercu wściekłości. Zapewne mogłaby połamać kości połowie spoglądających na nią pogardliwie mężczyzn, a potem zwalić im na głowy sufit i pogrzebać wszystkich pod gruzami.

Mieli jednak znaczną przewagę liczebną; poza tym wiedziała, że za taki postępek zapłaciliby Dewowie w mieście. Ciało Maniże przeszyłyby ostrza tych, którzy pozostaliby przy życiu w pałacu, następnie stracono by Rustama i Nisrin, jej najlojalniejszą przyjaciółkę i asystentkę, a potem kapłanów w świątyni oraz dzieci w szkole. Ich dzielnica spłynęłaby krwią niewinnych.

Dlatego Maniże spuściła wzrok… ale nie przeprosiła.

– Czy to już wszystko? – zapytała chłodno.

Słyszała gniew w głosie Ghassana, kiedy odpowiadał:

– Nie. Ale z pewnością jesteś potrzebna w infirmerii. Czekają na ciebie inni  p o r z u c e n i  pacjenci. Odejdź.

„Odejdź”. Ten poniżający rozkaz przeszył ją płomieniem. Obróciła się na pięcie.

On jednak nie skończył.

– Nie opuścisz już więcej pałacu – oznajmił Ghassan zza jej pleców. – Nie zamierzamy ryzykować, że cokolwiek ci się przydarzy.

Jej dłonie płonęły magią. Jedno pstryknięcie palcami. Czy wystarczyłoby do pogruchotania mu kości u podstawy czaszki?

Wyprostowała ramiona i rozluźniła dłonie.

– Zrozumiano.

Kiedy kroczyła przez tłum dworzan ku wyjściu, wznosiła się za nią fala szeptów. Podążały za nią metaliczne spojrzenia dżinnów, wrogie i oskarżycielskie.

– Wiedźma bez serca – dotarło do niej. – Zazdrosna i okrutna. Snobka. Suka.

Czcicielka ognia.

Z wysoko uniesioną głową wyszła z sali.

Na zewnątrz nie było jednak ani trochę łatwiej. Brudny czador wciąż opadał jej na ramiona, a w środku dnia w pałacu roiło się od sekretarzy i ministrów, arystokratów oraz uczonych. Wszyscy natychmiast ją rozpoznawali, a ona mogła sobie wyobrazić, jak paskudnie wygląda, zszargana i bez eskorty, po tym, jak została ukarana przez ich prawowiernego króla. Gwar na korytarzach cichł, kiedy dżinny milkły i zaczynały się na nią gapić.

Dwoje Dewów z przeciwnej strony korytarza spojrzało z obawą i ruszyło w jej kierunku. Maniże spojrzała im w oczy i leciutko pokręciła głową. Nie mogli jej pomóc, a ona nie chciała niepotrzebnie narażać kogokolwiek z rodu. Samotnie stawiła czoło szeptom. Jest zimna, syczano wokoło. Jest zła. Zapewne przyczyniła się do śmierci słodkiej Safiji, żeby wślizgnąć się z powrotem do łoża Ghassana.

Płomień magii ogarnął jej dłonie i ramiona, sięgnął szyi. Mgła zaczęła zasnuwać jej oczy. Wyczuwała każdy kamień, każdą kroplę nahidzkiej krwi rozlanej w tym miejscu. Czy wszyscy wokoło byli świadomi, ile poświęciła ona i jej lud, żeby teraz mogli tu stać, osądzając ją wzrokiem i słowem?

Oczywiście nie.

Oddech Maniże przyspieszył. Doskonale wiedziała, że jeśli nie weźmie się w garść, magia pałacu po prostu  p r z e j m i e  jej gniew i zareaguje w godny pożałowania sposób. Dlatego zmierzała ku najbliższemu wyjściu do ogrodu. Przestraszyła strażnika, który podskoczył na jej widok, ale opanował się w samą porę, by zatrzasnąć za nią drzwi i zamknąć zasuwę.

Oparła się o kamienny mur i osunęła po nim, zakrywając twarz dłońmi. Bolało ją całe ciało. Cierpiała również dusza. Czuła się pusta i wypalona. W mroku, jaki ogarnął jej umysł, widniały tylko dwa jasne punkty, Dżamszid i Kaweh, tam, gdzie ich pozostawiła. Mężczyzna, którego kochała, trzymał zakazane dziecko w ramionach pośród ruin i wiosennych kwiatów. Wciąż słyszała płacz Dżamszida, kiedy tatuowała mu na wewnętrznej stronie łopatki znak odcinający go od dziedzictwa Nahidów. Głos dziecka dźwięczał jej w uszach, od kiedy wyjechała; wciąż słyszała zachłystujące się krzyki i stłumione łkanie.

Nagle znieruchomiała. To nie było tylko wspomnienie płaczu Dżamszida; słyszała teraz inne dziecko, szlochające w poplątanej zieleni.

Zawahała się. Głos dobiegał z najdalszego kąta ogrodu, zaniedbanego od wieków, stanowiącego obecnie istną dżunglę. Wysokie drzewa wyrastały ponad pałacowe mury, cierniste pnącza zagradzały ścieżki, a poszycie było tak gęste, że tuż nad ziemią panował mrok; alejka była śliska od gnijących liści i mchu. Kanał, biegnący przez pałacowe grunty, płynął tu w ciszy i wydawał się bezdennie głęboki; jego czarny nurt zabierał przynajmniej jedną ofiarę rocznie. To był Dewabad, więc nie chodziło tylko o niebezpieczeństwo ze strony natury. Magia pałacu, płynąca w żyłach Maniże, zawsze wydawała się najbardziej bezlitosna pośród tych milczących drzew, tak jakby jakiś starożytny stwór został ranny i zagrzebał się tu w ziemi, przez tysiąclecia karmiąc się krwią i cierpieniem.

Dlatego właśnie każdy, kto miał choć krztynę zdrowego rozsądku, unikał tej części ogrodu. W gąszczu działy się rzeczy, których dżinny nie rozumiały. Chudy kot, który tu kiedyś zabłądził, wyłonił się spomiędzy drzew jako tygrys ze szklanymi kłami i wężowym ogonem. Opowiadano, że w tych okolicach cienie odrywają się od ziemi i pochłaniają niebacznych wędrowców. Nikt nie wiedział, co jest plotką, a co efektem działania autentycznej magii; trudno było nakreślić granicę pomiędzy przerażającymi, snutymi ku przestrodze opowieściami dla dzieci a rzeczywistymi zaginięciami służących.

Opowieści nie robiły na Maniże najmniejszego wrażenia… do teraz. Tak, była Nahidką i magia pałacu nigdy jej nie skrzywdziła. Nie miała jednak pojęcia, co mogłoby wywabić dziecko aż tutaj, i przez chwilę zastanawiała się, czy ten głos to nie sztuczka, okrutna przynęta, grająca na osobistych emocjach.

Sztuczka czy nie, nadal było słychać mokry, zachłystujący się szloch. Coraz bardziej zaniepokojona, podążyła w kierunku jego źródła, na wpół spodziewając się zobaczyć monstrualnie wielkiego ptaka, naśladującego głosy dżinnów.

Nie było jednak żadnego ptaka. Pod wielkim cedrem, wśród korzeni tak splątanych, że tylko ktoś bardzo mały mógłby się pomiędzy nimi przecisnąć, leżał chłopczyk. Kulił się na mchu, przyciskając kolana do piersi, a całym jego ciałem wstrząsało łkanie. W półmroku dżungli uwagę przyciągały jego zdobne szaty. Pod smugami brudu bawełniana kandura była tak biała, że aż lśniła. Przy pasie zwisała jedwabna sakwa o barwie miedzi przetykanej brązem i indygo. Na nadgarstkach i w uszach widniały złote koła, zaś szyję miał owiniętą naszyjnikiem z pereł. Nie był to strój, jaki większość chłopców założyłaby do zabawy poza domem; a na pewno nie jej syn, ubrany w samodziałową wełnę i połataną czapkę, drżący podczas srogiej zimy w Zariaspie.

Leżący przed nią chłopczyk nie należał jednak do większości. Był następcą tronu.

Był także bardzo niemądry. Jedno spojrzenie wystarczyło, by stwierdzić, że młody Muntazir Al-Kahtani znalazł się tu sam i bez broni; druga z tych pomyłek pogarszała jeszcze sytuację wynikającą z pierwszej. Maniże nie miała pojęcia, co doprowadziło małego księcia do płaczu w głębi dżungli.

„Na pewno nie masz pojęcia?” Maniże sama była dzieckiem z królewskiego rodu i szybko musiała się nauczyć ukrywać emocje. W pałacu było mnóstwo osób, które chętnie wykorzystywały przeciwko sobie nawzajem różne słabości. A Muntazir nie tylko był synem króla – pochodził z rodziny wojowników, którzy szczycili się odpornością. Najwyraźniej poznał już cenę rozpaczania w miejscu publicznym.

Tu jednak groziło mu pożarcie przez bliżej nieokreślonego stwora z mroku, za co z pewnością obwiniono by rodzeństwo Nahidów, toteż Maniże ruszyła ku niemu.

– Pokój z tobą, mały książę.

Muntazir się wzdrygnął i uniósł gwałtownie głowę. Kiedy tylko dostrzegł ją przez łzy, ze strachu otworzył szeroko oczy. Zerwał się na równe nogi i oparł plecami o pień.

Maniże uniosła dłonie.

– Nie zrobię ci krzywdy – oznajmiła spokojnie. – Ale tutaj nie jest bezpiecznie.

Książę tylko mrugnął. Był pięknym dzieckiem; jego wielkie, jasne, szare oczy spoglądały spod długich, ciemnych rzęs. Idealne czarne loki z rudobrązowymi przebłyskami opadały mu poniżej brody. Z bliska Maniże dostrzegała malutkie amulety z piaskowanego szkła przypięte do jego szaty. Na szyi miał również podobne paciorki – blade szklane kulki, pomiędzy nimi drewniane koraliki i muszle, a także wisior z młotkowanej miedzi, zawierający zapewne święte wersy zapisane na miniaturowych zwojach pergaminu. Te wioskowe przesądy miały chronić młodego królewicza od wszelkiego zła. Jego matka pochodziła z małej nadbrzeżnej osady. Maniże uważała Safiję za potulną, cichą osobę, która najwyraźniej próbowała chronić syna najlepiej, jak potrafiła.

Teraz jednak jej zabrakło. Muntazir zastygł niczym królik w obecności drapieżnika.

Maniże przyklękła z nadzieją, że będzie się wydawała mniej groźna. Mimo opinii większości dżinnów nigdy nie skrzywdziłaby dziecka.

– Przykro mi z powodu twojej matki, mały.

– To dlaczego ją zabiłaś? – wypalił Muntazir. Wytarł rękawem zasmarkany nos i znów zaczął płakać. – Nigdy nic ci nie zrobiła. Była dobra i grzeczna… To moja amma – załkał. – Potrzebuję jej!

– Wiem. Bardzo mi przykro. Ja też straciłam matkę w młodym wieku. – „Straciłam” było okrutnie stosownym określeniem. Matka Maniże jako jedna z wielu Dewów zniknęła podczas brutalnych rządów Chadera, ojca Ghassana. – Wiem, że teraz wydaje się to niemożliwe, ale przeżyjesz jakoś jej utratę. Chciałaby, żeby tak się stało. Poza tym są tu osoby, które cię kochają i o ciebie zadbają. – Ostatnie zdanie zabrzmiało jak kłamstwo, a w każdym razie niepełna prawda. Istotnie, wokół osieroconego młodego księcia zaczną gromadzić się rozmaici dworzanie, ale każdy z nich będzie miał w tym własny cel.

Muntazir gapił się na nią, kompletnie zagubiony.

– Dlaczego ją zabiłaś? – wyszeptał znów.

– Nie zrobiłam tego – odparła Maniże, łagodnie, lecz stanowczo. – Twoja amma była bardzo chora. Wiadomość od twojego ojca nie dotarła do mnie na czas, ale nie miałam zamiaru krzywdzić twojej mamy. Nigdy bym nie zrobiła czegoś takiego.

Muntazir podszedł do niej. Trzymał jedną z omszałych gałęzi pomiędzy nimi tak mocno, że zbielały mu kostki dłoni.

– Mówili, że tak powiesz. Mówili, że to kłamstwo. Że Dewowie potrafią tylko kłamać. Mówili, że zabiłaś ją po to, żeby wyjść za mojego ojca.

Kiedy coś podobnego mamrotali dorośli dworzanie, brzmiało to jak fanatyczne bzdury, ale w wykonaniu rozpaczającego dziecka brzmiało o wiele gorzej. Maniże zaniemówiła pod jego oskarżycielskim wzrokiem. Muntazir stał teraz wyprostowany, w każdym calu wyglądając jak przyszły emir.

– Dopilnuję, żebyś któregoś dnia została stracona! – Młody Kahtani drżał, wypowiadając te słowa, ale w końcu je wymówił, tak jakby testował nową umiejętność, której jeszcze w pełni nie opanował. A potem, zanim zdołała zareagować, umknął głębiej w las.

Maniże odprowadziła go wzrokiem. Wydawał się tak mały w spowitym mgłą poszyciu. Przez chwilę pragnęła, by dżungla pochłonęła księcia, by natura zajęła się groźbą, która – jak wiedziała kobieta – będzie się jątrzyć niczym ropiejąca rana.

„Dlatego właśnie zostawiłaś Dżamszida”. Porzuciła syna, złamało jej to serce, ale przynajmniej nie będzie się wychowywał w tym strasznym miejscu.

Zmusiła się, by ruszyć dalej, ale wkrótce poczuła wyczerpanie. Wilgoć i upał wyssały z niej resztki sił. Nogi zaczęły jej drżeć, a miejsce ich połączenia znów zrobiło się mokre. Od narodzin Dżamszida minęło tylko kilka tygodni, toteż wciąż zdarzało jej się krwawić. Maniże nie miała pojęcia, czy to normalne; czy ciała Nahidek inaczej reagowały na poród? Kiedy osiągnęła odpowiedni wiek, by zadawać takie pytania, wokół niej nie było już żadnych rodaczek, które mogłyby na nie odpowiedzieć.

Jej cierpienie nie miało jednak znaczenia, ponieważ im bliżej infirmerii się znajdowała, tym bardziej było jasne, że potrzebuje jej ktoś inny z jej rodu.

Jeżeli magia pałacu reagowała na Maniże, to przerośnięta dżungla w jego ogrodach należała do Rustama. Młodszy brat nigdy nie dorównywał jej uzdrowicielskim umiejętnościom – zresztą nikt jej nie dorównywał – za to był genialnym ogrodnikiem. Swego czasu rośliny łasiły się do niego niczym lojalny pies do swego pana.

Teraz zaś ogród całkowicie zdziczał. Wszędzie rozpełzły się nowe pnącza bluszczu i kwiaty o gigantycznych kielichach, a jasna, świeża zieleń rosła w siłę. Na długo zanim Maniże dostrzegła ukochany gaj pomarańczowy Rustama, wyczuła jego zapach: unoszącą się w powietrzu zbyt słodką woń przejrzałych, gnijących cytrusów.

Minęła zakręt i wstrzymała oddech. Otoczenie infirmerii wyglądało, jakby przyjęło dziesięciokrotną dawkę eliksiru wzrostu. Krzaki mięty długolistnej, sięgające zwykle do pasa, tutaj były wysokie niczym drzewa. Wśród nich rosły róże wielkości talerzy, których ciernie mogłyby służyć za sztylety. Sad Rustama, jego oczko w głowie, zdziczał i górował teraz nad resztą ogrodu niczym olbrzymi pająk, rodząc owoce w takim tempie, że ochotnicy zbierający ich nadmiar dla Świątyni nie nadążali i pomarańcze gniły na ziemi.

Maniże przedzierała się przez chaszcze, co zabrało jej więcej czasu, niż sądziła. Głowa pulsowała jej bólem, a skórę pokrywała warstwa popiołu. Po drodze zgubiła czador, pochwycony przez gałąź któregoś drzewa, a brudne włosy zwisały jej w nieładzie na ramionach. Ledwie dotarła do pawilonu, kiedy jej miednicę przeszyło nagłe ukłucie. Zgięła się wpół, tłumiąc okrzyk.

– Moja pani!

Maniże uniosła wzrok i zobaczyła, jak Nisrin upuszcza narzędzia chirurgiczne, które wykładała na słońcu, po czym spieszy ku niej.

– Banu Nahido… – Nisrin zatrzymała się raptownie, wstrząśnięta widokiem Maniże w takim stanie.

Ta zagryzła usta, kiedy z macicy znów zaczął promieniować ból. „Oddychaj. Oddychaj głęboko”.

– Gdzie jest Rustam? – wydusiła z siebie.

– Operuje. Zaczął już, kiedy nadeszły wieści o twoim powrocie, o pani.

– Zdrów?

Nisrin otworzyła i zamknęła usta. Najwidoczniej nie wiedziała, co powiedzieć.

– Żyje…

Ta odpowiedź nie dodała Nahidce otuchy. Wiedziała, że jej brat będzie żył. Ghassan nie ryzykowałby egzekucji swojego jedynego uzdrowiciela pod jej nieobecność. Mógł jednak wyrządzić Rustamowi wiele innych przykrości.

– Moja pani, potrzebujesz pomocy – upierała się Nisrin. – Zaprowadzę cię do hamamu.

Maniże mocno przycisnęła pięść do brzucha. W tej chwili nie była pewna, czy zdoła dotrzeć do hamamu, a co dopiero umyć się i nie zemdleć. W chwili, kiedy się rozbierze, znaki na jej ciele opowiedzą wszystkim, co zaszło.

Spojrzała Nisrin prosto w oczy. To jej asystentka, jedyna osoba, którą mogła nazwać przyjaciółką… a, co ważniejsze, ktoś, kto prędzej by umarł, niż zdradził Nahidów. Zawahała się na ułamek sekundy, potem jednak przyjęła ramię Nisrin i oparła się na nim całym ciężarem ciała.

– Nikt nie może mnie zobaczyć – wymamrotała. – Kiedy znajdziemy się w hamamie, upewnij się, że nie ma tam nikogo innego, a potem zarygluj za nami drzwi.

– Zaryglować?

– Tak. Będę potrzebować twojej pomocy, moja droga… ale jeszcze bardziej twojego milczenia.

Maniże nie zemdlała w kąpieli, chociaż była do tego stopnia oszołomiona, że istniała taka groźba. Czas upływał pośród rozmazanych plam pary i ukropu, wśród aromatu różanego mydła i woni starej krwi. Nisrin myła ją delikatnie, w milczeniu. Zawahała się przez chwilę, kiedy rozebrała Maniże z brudnych szat, potem jednak wróciła do pracy, jak zwykle godna zaufania. Kiedy tak ją myto i szorowano, Nahidka być może kilka razy załkała, a łzy spłynęły jej wraz z mydlinami po twarzy. Nie była pewna, ale w sumie jej to nie obchodziło.

Kiedy jednak znalazła się już w znajomym łożu, zasnęła i spała długo. Gdy zbudziła się, ogarnięta niepokojem, w pokoju panowała ciemność, rozświetlana tylko przez ołtarz ognia i kaganek umieszczony koło łóżka.

Nie była sama; jej nahidzki zmysł wyczuwał bicie serca i oddech innej osoby równie łatwo, jak jej wzrok widział w pełnym świetle dnia. Zdezorientowana Maniże próbowała usiąść, lecz poskutkowało to tylko kolejnym ukłuciem bólu w brzuchu.

– W porządku – odezwał się ktoś cicho. – To tylko ja.

– Rustam? – Maniże zamrugała. Postać w mroku wydawała się jedynie plątaniną rozmazanych plam, wśród których rozróżniała czarne oczy, takie same jak jej, i jasną biel jego welonu.

– Teraz właściwie Baga Nahid. – Rustam podłożył jej pod głowę jeszcze jedną poduszkę i przytknął do ust kubek, którego zawartość paskudnie śmierdziała. – Napij się.

Maniże posłuchała. Kiedy Rustam e-Nahid osobiście przyrządzał komuś eliksir, należało go wypić bez pytania. Ulga nadeszła tak szybko, że kobieta się zachłysnęła; ból, nabrzmiewający w całym ciele i pulsujący w głowie, natychmiast zelżał.

– Niech cię Stwórca błogosławi – wychrypiała.

– Powinnaś coś zjeść – odpowiedział. – I napić się wody.

Wypiła kilka łyków z drugiego kubka, ale pokręciła głową, kiedy podsunął jej talerzyk z kilkoma kawałkami owoców i chleba.

– Nie jestem głodna.

– Musisz jeść, Manu. Twoje ciało jest jeszcze słabe. – Rustam sięgnął po jej dłoń.

Szarpnęła się w tył, zanim jej dotknął.

– Powiedziałam chyba, że  n i e   j e s t e m   g ł o d n a?! 

Zapadło milczenie. Wciąż nie widziała go wyraźnie. Siedział z opuszczoną głową, jak zwykle. Rustam rzadko nawiązywał kontakt wzrokowy z rozmówcami, a kiedy już to zrobił, podtrzymywał go z wielką trudnością.

Po chwili przemówił znowu:

– Może nie mam twojego talentu, siostro, ale jestem Nahidem, tak samo jak ty. Nie muszę dotykać twojej dłoni, żeby wiedzieć, co się stało.

Zapiekły ją oczy i na nowo zakręciły się w nich łzy. Maniże nie płakała przez wiele lat… ale potem urodził się Dżamszid.

– Nic się nie stało. Wszystko w porządku. Miałam trudną podróż.

– Maniże…

–  M i a ł a m   t r u d n ą   p o d r ó ż  – powtórzyła z naciskiem. – Rozumiesz? Nie ma o czym rozmawiać. Nie trzeba wiedzieć nic więcej. Nie można z ciebie wyciągnąć tego, czego nie wiesz.

– Oboje wiemy, że to nieprawda. – Rustam pstryknął palcami i kaganek zapłonął jaśniej, rzucając na ściany szaloną kombinację światła i cieni. – Nie musisz nieść tego brzemienia sama. Nie możesz. Nie tym razem.

– Nie mam ci nic do powiedzenia.

– Ależ masz! Nie możesz znikać na cały rok i wracać po tym, jak…

Cały pokój się zatrząsł. Przepłynęła przez niego fala gorąca, a płomienie na ołtarzu ognia wystrzeliły, przypalając sufit; w porównaniu z tym wcześniejsza sztuczka Rustama była dziecinadą.

– Jeżeli dokończysz to zdanie, nie przemówisz już nigdy w życiu – ostrzegła. – Rozumiesz?

Rustam wziął od niej puste naczynie. Cały drżał. Kiedy się bał, trzęsły mu się ręce; nie potrafił tego kontrolować, a z wiekiem tylko mu się pogorszyło. W obecności Ghassana nie umiał utrzymać w dłoni żadnego przedmiotu, żeby nim nie grzechotać. Kiedy musieli pojawić się publicznie, uciekali się z Maniże do zawiązywania mu na nadgarstku zasupłanych szmat, które mógł ściskać, żeby się opanować.

A teraz własna siostra sprawiła, że zaczął się trząść. Nie miała wyboru: był na tyle nierozważny, żeby mówić otwarcie, podczas gdy Ghassan miał wszędzie ukryte oczy i uszy. Natychmiast tego pożałowała.

– Rustamie, bardzo mi przykro, ja tylko…

– Rozumiem – przerwał jej szorstko. – Już sama groźba z twojej strony to dostateczna odpowiedź. – Rozluźnił dłonie i zacisnął je z powrotem w pięści, po czym przycisnął je do kolan, starając się opanować. – Nienawidzę tego – wyszeptał. – Nienawidzę ich. I tego, że nie mogę cię nawet zapytać, czy…

– Wiem. – Ujęła jego dłoń. – Czy teraz ja mogę cię o coś spytać?

– Oczywiście.

– Czy mógłbyś się zacząć modlić również o to, czego nie mogę ci powiedzieć?

Uniósł wzrok i znów na nią spojrzał.

– Codziennie to robię, siostro.

Szczerość w jego oczach sprawiła, że Maniże poczuła się jeszcze gorzej. Chciała mu powiedzieć. Chciała skulić się razem z nim pod kocem, tak jak w dzieciństwie, i wspólnie płakać. Chciała, żeby jakiś inny Nahid powiedział jej, że wszystko będzie dobrze, że Ghassan upadnie, a ona będzie mogła wkrótce zobaczyć się z synem. Cofną rzucone na małego zaklęcie i wrócą do Dewabadu, żeby znów panować, tak jak na to zasługują.

Tymczasem jednak jej młodszy brat wyglądał strasznie. Drżał lekko, a jego skóra była blada, w chorym, żółtawym odcieniu. Cienie pod oczami miał tak wyraźne, że wyglądał, jakby ktoś go pobił. Poza tym znacznie schudł. Nie widziała reszty jego twarzy; zdejmował welon tak rzadko, że czasem musiała mu przypominać, że może to zrobić, kiedy są sami. Maniże wiedziała, że Rustam postępuje tak nie tylko ze względów religijnych. Zamknął się w sobie, żeby jakoś przeżyć w Dewabadzie; wycofywał się za każdą zasłonę, za jaką mógł uciec, by nikt nie mógł go dotknąć.

To wystarczyło, by jego siostra zorientowała się, przez co musiał przejść w ciągu tego roku, kiedy jej przy nim nie było. Nie będzie innych znaków; nigdy ich nie było. Kości Rustama zrastały się, kiedy siepacze Ghassana je łamali; tak samo goiły się ślady chłosty i oparzeń pozostawionych przez kwas. Król nigdy nie podniósł ręki na Maniże. Nie musiał. Nauczył się już dawno temu, że torturowanie brata najszybciej wymusza na niej posłuszeństwo. Jednak nie wszystkie niewidzialne ślady pozostawili królewscy kaci. Nadgarstki Rustama opowiadały inną historię; próbował się zabić wiele razy, ale Nahidowi trudno było popełnić samobójstwo. Ostatni raz usiłował to zrobić wiele lat wcześniej, za pomocą trucizny, i to Maniże go odratowała. Błagał ją, by pozwoliła mu umrzeć, a ona padła na kolana i prosiła, żeby jej nie opuszczał.

Wówczas płakała po raz ostatni, zanim urodziła Dżamszida.

Nie mogła już polegać na Rustamie. Przybrała opanowaną minę.

– Czy mógłbyś rozkazać, by przyrządzono mi herbatę imbirową? – zapytała. – Sądzę, że to zrobi mi dobrze na żołądek i będę mogła coś zjeść.

Spojrzał na nią z ulgą. O tak, znała to spojrzenie uzdrowiciela, który dostał konkretne zadanie.

– Oczywiście. – Wstał. Zastanowił się i przez chwilę grzebał w kieszeniach. – Przyniosłem ci coś. Wiem, że wolałaś, kiedy spoczywało w ukryciu, ale pomyślałem… pomyślałem, że może cię to trochę pocieszy. – Włożył jej w dłoń mały, twardy przedmiot i zamknął na nim jej palce, po czym ruszył ku drzwiom. – Niech twój ogień płonie jasno, Manu.

Jej serce drgnęło. Wiedziała, co spoczywa w jej ręku.

– I twój, kochany braciszku.

Skłonił się i wyszedł, a Maniże opadła z powrotem na łóżko i skuliła się pod kocem. Kiedy usłyszała trzask zamykanych drzwi, rozkazała płomieniom opaść. W pokoju znów zapanował półmrok.

A potem założyła na palec starożytny pierścień, który przyniósł jej brat. Obrączka była mocno porysowana i powygniatana. Maniże znała na pamięć każdy z tych śladów. Nie było przedmiotu, któremu poświęcałaby więcej uwagi niż temu pierścieniowi, zawierającemu jedyną nadzieję jej ludu na ocalenie.

– Proszę, wróć – wyszeptała. – Przyjdź nam na ratunek!