Rzeczy, których nie wyrzuciłem - Marcin Wicha - ebook + książka
BESTSELLER

Rzeczy, których nie wyrzuciłem ebook

Marcin Wicha

4,3

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Co zostaje po śmierci bliskiej osoby? Przedmioty, wspomnienia, urywki zdań?  Narrator porządkuje książki i rzeczy pozostawione przez zmarłą matkę. Jednocześnie rekonstruuje jej obraz – mocnej kobiety, która w peerelowskiej, a potem kapitalistycznej rzeczywistości umiała żyć wedle własnych zasad.  Wyczulona na słowa, nie pozwalała sobą manipulować, w codziennej walce o szacunek – nie poddawała się. Była trudna. Była odważna.

W tej książce nie ma sentymentalizmu – matka go nie znosiła – są za to czułość, uśmiech i próba zrozumienia losu najbliższej osoby. Jest też opowieść o tym, jak zaczyna odchodzić pierwsze powojenne pokolenie, któremu obiecywano piękne życie.

Właśnie tak gorszyła zacne panie. Warczała na nauczycielki. Pacyfikowała sprzedawców. Kazała milczeć antysemickim taksówkarzom. Nie reagowała na nasze: „Po co to robisz?”.

[fragment książki]

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 122

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (1071 ocen)
568
303
155
38
7
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Wojtaas

Dobrze spędzony czas

Nie rozumiem zachwytów nad tą książką. Czytało się ją dobrze, ale bez rewelacji. Książka pokazuje relacje dziecko - matka, jednak całość prezentuje się dość nijako dla mnie.
10
monikawa1

Dobrze spędzony czas

Zaczynałam lekturę świadoma, jak duży ładunek emocjonalny niesie i że mogę z tego wyjść poobijana. Odejście matki. Rzeczy, które zostały. Wspomnienia jakie budzą. Długo udawało mi się zachować twarz. Pokonały mnie jednak ostatnie strony. Bolało, ale było warto. Polecam
00
zczuba

Nie polecam

bełkotliwa i męcząca
00
domi_dee

Nie oderwiesz się od lektury

Coś fantastycznego!
00
aasiasta

Dobrze spędzony czas

Książka na jedno posiedzenie, bardziej pamiętnik z rozważaniami autora. Nie zachwyciło, ale też nie żałuję przeczytania.
00

Popularność



Podobne


Wstęp

To jest hi­sto­ria o rze­czach. I jesz­cze o ga­da­niu. Czy­li – o sło­wach i przed­mio­tach. Jest to tak­że książ­ka o mo­jej mat­ce, i z tego po­wo­du nie bę­dzie zbyt we­so­ła.

Kie­dyś są­dzi­łem, że lu­dzi pa­mię­ta­my, do­pó­ki mo­że­my ich opi­sać. Te­raz my­ślę, że jest od­wrot­nie: są z nami, do­pó­ki nie umie­my tego zro­bić.

Do­pie­ro mar­twych lu­dzi mamy na wła­sność, zre­du­ko­wa­nych do ja­kie­goś ob­raz­ka czy kil­ku zdań. Po­sta­ci w tle. Te­raz już wia­do­mo – byli tacy albo śma­cy. Te­raz mo­że­my pod­su­mo­wać całą tę szar­pa­ni­nę. Roz­plą­tać nie­kon­se­kwen­cje. Po­sta­wić krop­kę. Wpi­sać wy­nik.

Ale jesz­cze nie wszyst­ko pa­mię­tam. Do­pó­ki nie mogę ich opi­sać, jesz­cze tro­chę żyją.

Czter­dzie­ści lat temu – nie ro­zu­miem, dla­cze­go aku­rat ta roz­mo­wa na­gra­ła się w mo­jej pa­mię­ci – na­rze­ka­łem na ja­kąś au­dy­cję edu­ka­cyj­ną w Pol­skim Ra­diu, a moja mat­ka po­wie­dzia­ła: „Nie wszyst­ko w ży­ciu da się za­mie­nić na śmiesz­ne hi­sto­ryj­ki”. Wie­dzia­łem, że to praw­da. Mimo to pró­bo­wa­łem.

W książ­ce o de­si­gnie wspo­mnia­łem, że w na­szych eg­zem­pla­rzach mie­sięcz­ni­ka „Ty i Ja” bra­ko­wa­ło stron z prze­pi­sa­mi ku­li­nar­ny­mi. Tym ra­zem na­pi­szę, jak je od­na­la­złem.

Trud­na sztu­ka ro­bie­nia awan­tur na po­czcie

– Chciał­bym od­wo­łać abo­na­ment ra­dio­wo-te­le­wi­zyj­ny mo­jej mat­ki, gdyż zmar­ła.

– O kur­czę.

– No tak.

– Nie o to cho­dzi, tyl­ko jak abo­na­ment, to le­piej w okien­ku C. Pan weź­mie nu­me­rek i ko­le­żan­ka panu po­wie. – W tym mo­men­cie w jej oczach po­ja­wia się błysk. Po­mysł na pso­tę. – Le­piej niech pan idzie do in­for­ma­cji.

Je­stem pu­łap­ką. Zgni­łym ja­jem. Moż­na mnie pod­rzu­cić ko­le­żan­ce z okien­ka C (ku­szą­ca myśl). Ale moż­na – myśl jesz­cze bar­dziej uro­cza – we­pchnąć tej cwa­nia­rze, któ­ra od rana sie­dzi na in­for­ma­cji i sprze­da­je ak­tu­al­ną ofer­tę: ko­per­ty, ko­sme­ty­ki eko­lo­gicz­ne oraz zbiór opo­wia­dań Ali­ce Mun­ro3.

– Chciał­bym od­wo­łać abo­na­ment ra­dio­wo-te­le­wi­zyj­ny mo­jej mat­ki – za­czy­nam.

Stuk, stuk, skrob – tip­sy dra­pią o kla­wia­tu­rę.

– Taka pani nie pła­ci­ła abo­na­men­tu.

– Jak to nie pła­ci­ła?

– Od 1996 roku nie pła­ci­ła.

– Mam hi­sto­rię ra­chun­ku – oświad­czam.

– Niech pan po­ka­że.

Ale moja prze­wa­ga na­tych­miast top­nie­je.

– Dla­cze­go tyl­ko sie­dem­na­ście zło­tych pła­ci­ła?

– Nie wiem.

– To kto ma wie­dzieć? – sy­czy. – Abo­na­ment tyle nie kosz­tu­je.

Książ­ka Ali­ce Mun­ro ma la­kie­ro­wa­ną okład­kę. Jest na niej czar­no-bia­łe zdję­cie ko­bie­ty bez gło­wy. Sło­necz­ne bli­ki tań­czą po la­kie­rze, a obok stoi roz­kła­da­na kart­ka ko­mu­nij­na i pa­pie­ro­wy kur­czak. By­ło­by za­baw­nie wró­cić do domu i po­wie­dzieć: „Po­patrz, ku­pi­łem na po­czcie tom ka­na­dyj­skiej no­blist­ki”.

– Co to za nu­mer kon­ta jest w ogó­le? I cze­mu w Byd­gosz­czy?

– Nie wiem, ale moja mat­ka pła­ci­ła pani fir­mie co mie­siąc sie­dem­na­ście zło­tych – mó­wię har­do.

– Może spła­ca­ła kre­dyt w ban­ku pocz­to­wym?

– Nie spła­ca­ła.

– A skąd pan wie?

Pró­bu­ję so­bie wy­obra­zić mat­kę, jak po­ta­jem­nie za­cią­ga, a po­tem spła­ca kre­dyt w ban­ku pocz­to­wym w Byd­gosz­czy.

Sły­szę szmer ko­lej­ki. Kil­ka osób chce ku­pić za­le­głe kart­ki wiel­ka­noc­ne lub opła­cić ra­chun­ki. Za­czy­na­ją się nie­cier­pli­wić.

Pod­no­szę wzrok na pra­cow­ni­cę Pocz­ty Pol­skiej.

– Pro­szę nie mó­wić do mnie tym to­nem – rzu­cam.

To klu­czo­wy mo­ment. Chwi­la, o któ­rej pi­sał po­eta Ka­wa­fis:

Dla nie­któ­rych lu­dzi przy­cho­dzi taka go­dzi­na,

Kie­dy mu­szą po­wie­dzieć wiel­kie Tak

albo wiel­kie Nie.

Urzęd­nicz­ka musi prze­my­śleć swo­ją stra­te­gię. Po­nie­waż do­tąd jej „Nie” to było tyl­ko małe „Nie”. Zwy­kłe, ru­ty­no­we „Nie”. Ta­kie „Nie”, któ­re li­czy, że a nuż się uda. Że się znie­chę­cę i znik­nę ra­zem z ak­tem zgo­nu i hi­sto­rią ra­chun­ku.

Pierw­sze „Nie” to pa­na­dol. Her­ba­ta z ma­li­na­mi. Na­dzie­ja, że samo ja­koś przej­dzie. Ro­zej­dzie się po ko­ściach. Samo się za­ła­twi. Po­chop­ne kiw­nię­cie gło­wą, apro­bu­ją­cy po­mruk, nie­znacz­ny ruch po­wiek mogą być po­trak­to­wa­ne jak po­twier­dze­nie, zgo­da, cy­ro­graf nie­bie­skim dłu­go­pi­sem. Pod­pis elek­tro­nicz­ny z okrąg­łą pie­czę­cią. A wte­dy już ko­niec.

– Pro­szę do mnie nie mó­wić tym to­nem. – Na­dy­mam pod­gar­dle i stro­szę pió­ra.

Jak w tań­cu, ryt­micz­nie i har­mo­nij­nie, zmie­rza­my do punk­tu, któ­ry nosi na­zwę: „Ja Na Pana Nie Krzy­czę”.

– Pro­szę na mnie nie krzy­czeć.

– Ja na pana nie krzy­czę.

– Wła­śnie że pani krzy­czy.

– Pan krzy­czy. Krzy­czeć to pan so­bie może w domu na żonę, a nie w urzę­dzie pocz­to­wym.

– On krzy­czy – po­twier­dza chór klien­tów. – A lu­dziom się spie­szy.

– Ona krzy­czy – rzu­ca chór klien­tów, któ­rzy mają nu­mer­ki do in­ne­go okien­ka.

Jesz­cze nic nie jest prze­są­dzo­ne. Sto­imy na roz­sta­ju. Jed­na dro­ga pro­wa­dzi do: chcę roz­ma­wiać z pani prze­ło­żo­nym – pro­szę bar­dzo – na­pi­szę skar­gę – niech pan pi­sze – ow­szem na­pi­szę – i roz­pacz­li­wych prób trza­śnię­cia drzwia­mi.

Ale jesz­cze mo­że­my pójść dro­gą de­eska­la­cji.

– Ja mó­wię nor­mal­nie, panu coś się prze­sły­sza­ło – stwier­dza urzęd­nicz­ka po­jed­naw­czo.

– Z pew­no­ścią – przy­zna­ję. – Więc jak z tym abo­na­men­tem?

Zgrzyt, stuk, szu­ru buru – tip­sy skro­bią nie­mal przy­jaź­nie.

– Może to za ra­dio?

Na­pię­cie spa­da. Okrę­ty zmie­nia­ją kurs. Sa­mo­lo­ty wra­ca­ją do bazy. Ko­lej­ka wzdy­cha.

Pań­stwa upa­da­ją. Świę­te pra­wa wła­sno­ści prze­cho­dzą z rąk do rąk. Na po­li­ty­ków cze­ka try­bu­nał sta­nu albo sąd w Ha­dze. Tyl­ko urzęd­nicz­ki są wiecz­ne. Po­tęż­niej­sze od pre­mie­rów, pre­zy­den­tów i se­kre­ta­rzy. Po­nie­waż ich su­per­mo­cą jest obo­jęt­ność.

Mogą za­pa­łać sym­pa­tią albo na­je­żyć się z nie­chę­ci. Ale to tyl­ko po­zór. One są ewo­lu­cją. My ga­tun­kiem ska­za­nym na wy­mar­cie. Tłu­stym nie­lo­tem. Ocię­ża­łym przed­sta­wi­cie­lem wiel­kiej fau­ny i la­sem pier­wot­nym.

Re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Szczu­rek

Opie­ka re­dak­cyj­na: Ewa Ślu­sar­czyk

Ko­rek­ta: Ka­mil Bo­gu­sie­wicz

Pro­jekt gra­ficz­ny: Prze­mek Dę­bow­ski

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MOBI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

Co­py­ri­ght © by Mar­cin Wi­cha, 2016

ISBN 978-83-65271-44-0

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Gra­bow­skie­go 13/1, 31-126 Kra­ków

ka­rak­ter.pl

Za­pra­sza­my in­sty­tu­cje, or­ga­ni­za­cje oraz bi­blio­te­ki do skła­da­nia za­mó­wień hur­to­wych z atrak­cyj­ny­mi ra­ba­ta­mi.

Do­dat­ko­we in­for­ma­cje do­stęp­ne pod ad­re­sem sprze­daz@ka­rak­ter.pl oraz pod nu­me­rem te­le­fo­nu 511 630 317

3 Kil­ka mie­się­cy póź­niej miej­sce po­wie­ści Ali­ce Mun­ro za­ję­ły książ­ki o żoł­nier­zach wy­klę­tych.