Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 154

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Rosyjski amant - Michelle Conder

Bezkompromisowy i apodyktyczny rosyjski milioner Leo Aleksandrow ma zaopiekować się przez weekend swoim trzyletnim synem. Do tej pory unikał wszelkich z nim kontaktów. Zmusza opiekunkę z przedszkola Lexi Somers, by pojechała z nim do Aten i pomogła zająć się dzieckiem. Nie wie, że towarzystwo Lexi będzie większym wyzwaniem niż opieka nad synem…

Opinie o ebooku Rosyjski amant - Michelle Conder

Fragment ebooka Rosyjski amant - Michelle Conder

Michelle Conder

Rosyjski amant

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Czy naprawdę można umrzeć z nudów?

Leonid Aleksandrow spojrzał na talerz. Nie pamiętał, co zamówił. Wołowinę? Jagnięcinę? Czuł się zmęczony trajkotaniem jasnowłosej aktorki siedzącej po drugiej stronie stołu.

To pewnie nerwowa paplanina, bo przecież nawet niewidomy zauważyłby, że Leo ma już dość. Że czuje pętlę na szyi, jakby to określił jego niezastąpiony asystent, Danny Butler.

O zeszłotygodniowej tragedii rozpisywały się gazety na całym świecie, a reporterzy nie dawali mu spokoju. Grzebali w przeszłości. W jednej chwili podejrzewali go o związki z mafią, a w drugiej nazywali bohaterem. Tyle że prawdziwy bohater nie żałuje niczego w życiu.

Ale przecież i tak nie dokopią się do niczego. Siedemnaście lat temu Leo stworzył sobie nową tożsamość, a dzięki temu, że Matiuszka Rossija jest krajem, w którym rządzi korupcja, bez trudu ukrył nędzę dzieciństwa i wymyślił sobie nową biografię.

Znacznie ciekawszą.

Dziennikarze przyjęli za pewnik, że jest człowiekiem niebezpiecznym. Jednak, o ironio, nie mieli pojęcia, jak bardzo.

Co go podkusiło, by pierwszego dnia po powrocie do Londynu zabrać niedawno poderwaną dziewczynę na lunch do tej popularnej restauracji? I to jeszcze w jej urodziny.

Ach, tak. Chodzi o seks. Odpoczynek. Relaks. Jednak Danny uznał, że sama schadzka w pokoju hotelowym byłaby niezbyt na miejscu w dniu tak wyjątkowym dla dziewczyny, więc zaplanował lunch w restauracji.

Leo potrząsnął głową. Danny pracował dla niego już od ośmiu lat, i choć był też najlepszym przyjacielem, miał zbyt sentymentalną naturę. Teraz Leo najchętniej zamordowałby go za pomysł randki w hotelowej restauracji, zamiast w hotelowym apartamencie.

Chciał się tylko spotkać na szybki numerek i wrócić do pracy, a nie tracić czas na posiłek z trzech dań. Niestety, po czterdziestu minutach słuchania wynurzeń o modnych fryzurach i plotek z planu filmowego, jego libido osiągnęło samo dno.

Dzięki, Danny.

– Leo, założę się, że w ogóle mnie nie słuchasz.

Czyli dziewczyna ma jednak kilka szarych komórek. Odkąd się poznali miesiąc temu, wciąż wysyłała mu esemesy z uprzejmymi zaproszeniami na rozmaite wydarzenia.

Leo odsunął talerz z prawie nietkniętym daniem.

– Tiffany, cudownie się gawędzi, ale na mnie już czas. Zamów sobie deser. Albo nie zamawiaj – dodał, zerknąwszy na jej figurę patyczaka. Odsunął się na krześle i zawahał się przez moment, widząc, że dolna warga dziewczyny zadrżała. Natychmiast jednak opanowała emocje.

– Tylko tyle? – spytała, przybierając twarz pokerzysty. – I pomyśleć, że nazywają cię człowiekiem dynamicznym. I ekscytującym!

– To niewłaściwe miejsce na okazywanie ekscytacji. I nie mam już czasu.

Ani ochoty.

– Mówią też, że jesteś bez serca – dodała nieco prowokacyjnie.

Aha. Czyli chodziło jej tylko o kolejną zdobycz. Ale nie zdoła zagrać mu na ambicjach. Dość wcześnie nauczył się, że reagowanie na prowokacje jest błędem. Tiffany Tait najwyraźniej się przeliczyła. Wiele znacznie inteligentniejszych kobiet próbowało go usidlić, ale bez skutku. Leo wie, że cieszy się reputacją człowieka alergicznie podchodzącego do związków. I stara się tę reputację podtrzymywać.

Wstał i zapiął guzik marynarki.

– Mają rację. Jestem człowiekiem bez serca i żadna kobieta nigdy tego nie zmieni – odparł i odwrócił się na pięcie, pozostawiając Tiffany samą z prezentem urodzinowym, bransoletką, którą Danny kupił w ostatniej chwili. Niewątpliwie wkrótce dotrą do niego plotki na ten temat. Trudno. Pragnął dziś nieco relaksu i wytchnienia, by móc na chwilę zapomnieć o pięciu ludziach pogrzebanych żywcem w wypadku na budowie, o trwającym cały tydzień usuwaniu ton cementu i stali, by do nich dotrzeć.

Zdążyli uratować tylko dwóch. Trzej pozostali zginęli. Jak jego wuj siedemnaście lat temu.

Leo zacisnął wargi i pomaszerował do wyjścia, świadom, że inni goście obserwują go ukradkiem znad kryształowych kieliszków.

Uwielbia swoje życie. Okrzyczany najbogatszym człowiekiem w Rosji, żyje w niewyobrażalnym zbytku, otoczony wianuszkiem kobiet marzących, by zagrzać mu pościel. I działa w branży, którą uwielbia. Jednak dziś wolałby znów znaleźć się pod butem ojca, niż wrócić do pracy.

Może niepotrzebnie był niemiły dla Tiffany? To nie jej wina, że jest nudna. Specjalnie wybrał kobietę tego typu, by uprawiać z nią seks bez emocji.

Pół godziny później wszedł do biura i poprosił nową sekretarkę, by natychmiast przysłała Danny’ego.

Młoda kobieta odchrząknęła nerwowo.

– Już czeka na pana.

– Mów mi Leo – zganił ją i wszedł do gabinetu.

– Zwolnię cię, jeśli jeszcze raz, kiedy mam ochotę na seks, wyślesz mnie do restauracji, zamiast do pokoju hotelowego – zagroził.

– Och, przecież to jej urodziny – odparł Danny beztrosko.

Leo usiadł na skórzanym fotelu i spojrzał na stosy papierów, które zgromadziły się na biurku pod jego nieobecność.

Sięgnął po biuletyn giełdowy i jęknął bezsilnie. Cholerne, panikarskie rynki finansowe!

– Już miałem do ciebie dzwonić. Pojawił się problem – rzekł Danny i podał mu różową karteczkę udekorowaną na górze kolorowymi kwiatkami. Leo przeczytał jej zawartość z niedowierzaniem.

– To chyba żart? – spytał.

– Mam nadzieję. Nie mogę się do niej dodzwonić.

– Poleciłeś ochronie, żeby ją namierzyła?

– Już się tym zajmują, ale na razie bez skutku. Twierdzi, że wyjeżdża do Hiszpanii.

– Umiem czytać.

Leo podrapał się po karku, czując silne napięcie mięśni. Następnie zmiął różową karteczkę i rzucił w kąt.

– Ile mamy czasu?

– Dwie godziny. Przedszkole zamykają o piątej.

Leo zaklął siarczyście.

– To tylko weekend. Wróci w poniedziałek – dodał Danny, przypominając mu o jedynej dobrej wiadomości z liściku.

Leo wstał, podszedł do okna i wbił wzrok w karuzelę London Eye. Na nadbrzeżu roiło się od turystów, którzy pewnie wydawali więcej pieniędzy, niż mieli w portfelu. Z chęcią oddałby komuś z nich połowę fortuny, gdyby tylko zdjął mu ten problem z głowy.

Cztery lata temu na lotnisku w Brukseli poznał młodą modelkę. Wszystkie loty odwołano ze względu na fatalną pogodę. Skończyło się gorącą nocą w hotelu.

Kobieta bez wątpienia polowała na bogatego męża. Specjalnie użyła dziurawej prezerwatywy. Trzy miesiące później odwiedziła Lea, by obwieścić mu „wspaniałą wiadomość”. Miała nadzieję na obrączkę. Dostała dom i comiesięczną rentę, choć dopiero po potwierdzeniu ojcostwa.

Leo wiedział, że nie jest dobrym materiałem na ojca. Ma w sobie geny, których nie zamierza przekazywać potomkom. Wpadł we wściekłość, że ta kobieta, Amanda Weston, zdołała go wyprowadzić w pole. Jednak kiedy się uspokoił, postąpił honorowo. Obiecał, że będzie ją utrzymywał, ale w zamian za to ona miała trzymać syna jak najdalej od niego. To, że nieświadomie dał komuś życie nie oznacza, że ma je zmarnować.

Tydzień wcześniej straszliwy wypadek przypomniał mu o tragicznej śmierci ukochanego wuja. A teraz perspektywa kilkudniowej opieki nad trzylatkiem sprawiła, że powróciły inne, jeszcze gorsze wspomnienia z dzieciństwa. O matce. O ojcu. O bracie.

Leo wziął się w garść i odpędził złe myśli, koncentrując się na jedynej rzeczy, w którą wierzył. Na pracy. Odwrócił się w stronę Danny’ego.

– Co się dzieje z wytwórnią bioetanolu w Tesalii? – spytał.

– Wciąż mi nie odpowiedziałaś. Wyjeżdżasz z Simonem na weekend czy nie?

Lexi spojrzała na Aimee Madigan. Jej najlepsza przyjaciółka i wspólniczka nawijała wełnę na kłębek, obserwując kątem oka dzieci bawiące się w przedszkolu Małe Aniołki, które wspólnie założyły dwa lata temu.

– I nie mów, że musisz pracować – dodała Aimee zrezygnowanym tonem.

Lexi skrzywiła się. Ma pojechać na długi weekend do Paryża z mężczyzną, z którym spotyka się od dwóch miesięcy. Simon oczekuje, że ich znajomość przejdzie na wyższy, intymny stopień. Ale ona nie jest przekonana, czy to dobry pomysł.

Już raz dała się owinąć mężczyźnie wokół palca. Nie ma ochoty tego powtarzać. Jest zadowolona z życia, jakie prowadzi.

– Dobrze wiesz, że projekt drugiego przedszkola jest bardzo zaawansowany. Jeśli nie przyznają nam kredytu w ciągu najbliższego tygodnia, nie dostaniemy go w ogóle.

– Rozumiem, że nie poszło ci dziś zbyt dobrze z Darthem Vaderem?

Lexi rozbawił sposób, w jaki Aimee nazwała dyrektora oddziału banku.

– Wciąż ma zastrzeżenia do kosztu przebudowy – odparła lekko przygnębiona.

– Chciałabym ci jakoś pomóc.

Lexi pokręciła głową.

– To moja działka. Ty zajmujesz się wszystkim tutaj. Jakoś sobie poradzę.

Aimee spojrzała na Lexi z rozbawieniem.

– W drodze z Luwru do Łuku Triumfalnego?

– Jasne. Simon na pewno by się ucieszył – roześmiała się Lexi.

– Wynajął pokój w Ritzu, więc szkoda nie skorzystać. I wydaje się bardzo fajny.

– Jest fajny – potwierdziła Lexi zdawkowo, nie mając ochoty na tę rozmowę.

– Wykorzystujesz pracę jako wymówkę, bo unikasz poważnych związków z mężczyznami – kontynuowała Aimee.

– Może jeszcze nie trafiłam na właściwego.

– Nie znajdziesz go, pracując od rana do nocy. Nie każdy facet jest nieodpowiedzialnym draniem, jak Brandon. A poza tym minęły już cztery lata.

Lexi skrzywiła się. Owszem, Aimee jest jej najlepszą przyjaciółką od szkoły średniej, i na pewno ma dobre intencje. Ale zdrada ze strony Brandona nastąpiła zbyt szybko po zdradzie ze strony ojca, więc Lexi nie miała jeszcze ochoty ryzykować, że znów ktoś złamie jej serce.

– Wiem – odparła zrezygnowana. Samo rozmyślanie o związku z mężczyzną przywołało dawne poczucie braku bezpieczeństwa oraz świadomość, że nie jest zbyt dobra w łóżku. Dlatego nie miała ochoty na wyjazd do Paryża. Nie miała ochoty na seks z Simonem. Pewnie coś z nią nie tak.

Nawet Brandon jej to sugerował.

Lexi rozejrzała się po sali. Maluchy przekrzykiwały się radośnie w trakcie zabawy. Było późno i połowę z nich odebrali już rodzice. Zatrzymała wzrok na Tyu Westonie i poczuła lekki smutek. Siedział samotnie przy drewnianym stoliku i uderzał w niego młotkiem.

Profesjonalizm nie pozwoliłby Lexi przyznać, że ma wśród dzieci ulubieńca, ale oboje z Tyem obdarzali się wyjątkową sympatią od momentu, gdy pojawił się tu po raz pierwszy jako roczny, niezbyt wyrośnięty maluch. Dziś górował wzrostem nad pozostałymi trzylatkami.

– A może zrezygnujemy z drugiego przedszkola? – zaproponowała Aimee niepewnie.

– Co takiego? – Lexi nie potrafiła w to uwierzyć. Obie marzą o drugiej placówce, a w tej okolicy Londynu, w której chcą ją otworzyć, dramatycznie brakuje takich miejsc. – Nie mam zamiaru poddawać się tylko dlatego, że nie mam udanego życia osobistego.

– Lexi, w ogóle nie masz życia osobistego, a obie płacimy czynsz za pusty lokal, który wymaga jeszcze ogromnych nakładów finansowych!

Niezręczną dyskusję przerwała Tina, jedna z przedszkolanek.

– Przyszedł jakiś przystojniak, który chce odebrać Tya Westona, ale nie wiem, kim on jest.

– Przecież zawsze odbiera go matka – zauważyła Lexi. Choć nie zdziwiłaby się, gdyby Amanda Weston zapomniała o synu. Chłopczyk niewiele ją obchodzi, a odkąd dwa tygodnie temu zmarła jego główna opiekunka, babcia, sprawia wrażenie, jakby żyła w innym świecie. – Przedstawił się?

– Nie. Ale to chyba jakiś aktor.

Teatralny szept Tiny rozbawił Lexi.

– Załatwię ci autograf – odparła takim samym szeptem.

– Co tam autograf. Wspomnij, że jestem singielką.

– Skąd wiesz, że nie jest żonaty? – zdziwiła się Lexi.

– Brak obrączki.

Lexi westchnęła ciężko i podreptała do swojego gabinetu, gdzie czekał wysoki, barczysty mężczyzna emanujący siłą i pewnością siebie. Przez głowę przemknęła jej myśl, że to najbardziej seksowny facet, jakiego kiedykolwiek widziała.

Dosłownie chłonęła widok muskularnego nieznajomego w doskonale skrojonym, szarym garniturze, mocno zarysowanego podbródka, błękitnych oczu okolonych czarnymi jak atrament rzęsami i krótko przyciętych jasnych włosów. Miał w sobie tyle seksapilu, że mógłby zawstydzić kurtyzanę. Kiedy spotkali się wzrokiem, Lexi zadrżała pod spojrzeniem drapieżnika gotującego się do skoku na ofiarę. Opanowała się jednak i przybrała obojętną minę.

– Dzień dobry, jestem Lexi Somers. Co mogę dla pana zrobić?

– Przyszedłem odebrać Tya Westona – odparł niskim głosem z obcym akcentem. Rosyjskim? Na pewno wschodnioeuropejskim. Niespodziewanie Lexi doszła do wniosku, że gdzieś już widziała tę twarz.

Nie, to niemożliwe, pomyślała, minęła go i stanęła za biurkiem, gdzie poczuła się nieco bezpieczniej. Gdyby się już spotkali, z pewnością zapamiętałaby jego zapach. Czysty, cytrusowy, z nutką drewna.

– Mogę wiedzieć, kim pan jest? – spytała.

– Mam odebrać Tya Westona – powtórzył, czym lekko zirytował Lexi.

– Tak, to już wiem, ale potrzebuję więcej informacji, zanim wydam panu chłopca.

– Jakich informacji?

– Na przykład jak pan się nazywa.

Zmęczona staniem w pantoflach na wysokim obcasie Lexi opadła z ulgą na fotel.

– Może pan usiądzie? – zaproponowała z wymuszoną uprzejmością.

Mężczyzna nie usiadł i nie odpowiedział. Rozejrzał się uważnie po gabinecie, czym wzbudził nerwowość Lexi. Może powinna wezwać policję?

– Niepokoi mnie pana zachowanie – powiedziała bez ogródek.

Spojrzał jej prosto w oczy.

– Nazywam się Leo Aleksandrow – odparł takim tonem, jakby powinna doskonale wiedzieć, kim jest.

– Rozumiem, że pana nazwisko powinno mi coś mówić, ale nie mówi.

Mężczyzna wzruszył ramionami. Wreszcie jakiś ludzki odruch.

– To bez znaczenia. Bardzo się spieszę.

Lexi zmarszczyła brwi.

– Kim pan jest dla Tya?

– To nie pani sprawa.

– Owszem, to jest moja sprawa. – Lexi z trudem opanowała gniew.

– Czy już wspomniałem, że się spieszę? – spytał protekcjonalnie.

– A czy ja już wspomniałam, że potrzebuję więcej informacji? Nie pozwalamy osobom, których nie znamy, by odbierały stąd dzieci. Istnieją pewne procedury, do których mamy obowiązek się stosować.

Mężczyzna spojrzał na nią tak, jakby w ogóle nie przyszło mu to do głowy.

– Chciałbym rozmawiać z pani szefem.

Lexi uśmiechnęła się ironicznie.

– Ja tu jestem szefem.

Wpatrywał się w Lexi dość długo, a ona nie potrafiła oderwać wzroku od błękitnych oczu.

– Przepraszam – rzekł w końcu kpiącym tonem. – Chyba się nie zrozumieliśmy. Doceniam pani troskę o Tya Westona, ale jego matka prosiła, bym go dzisiaj odebrał. Musiała wyjechać.

– Przykro mi, ale nie poinformowała nas o tym. Ma pan może upoważnienie na piśmie?

– Niestety, zostawiłem je w biurze – odparł mężczyzna po chwili zastanowienia.

– W takim razie proszę je przywieźć. A teraz proszę mi wybaczyć, ale…

– Pani mnie wyprasza?

W każdej innej sytuacji wyraz bezgranicznego oburzenia na jego twarzy z pewnością rozbawiłby Lexi, ale teraz czuła dziwny ucisk w dołku.

– W rzeczy samej.

Mężczyzna oparł dłonie na biurku.

– Proszę posłuchać. Mam już dość pani uporu.

– Mojego? – Lexi rozparła się w fotelu, nie spuszczając wzroku. – To niesłychane!

Może jednak powinna wezwać policję.

– Zapewniam, że nie mam żadnych złych zamiarów.

– W takim razie pozwoli pan, że skontaktuję się z Amandą.

– Nie mam nic przeciwko temu. A kiedy uda się pani do niej dodzwonić, też chciałbym z nią porozmawiać.

Lexi wyciągnęła teczkę Tya z szafy w kącie gabinetu, świadoma, że obcy mężczyzna nie spuszcza z niej wzroku. Wróciła za biurko, usiadła i wykręciła numer telefonu komórkowego Amandy Weston.

Włączyła się poczta głosowa. Lexi nagrała prośbę o oddzwonienie i rozłączyła się.

– Nie odbiera – powiedziała.

Leo Jakiśtam nie wydawał się tym zaskoczony.

W tym momencie rozległ się dzwonek obwieszczający przybycie rodziców jednego z dzieci. Lexi podniosła się z fotela.

– Przepraszam, muszę zająć się kimś innym. Sprawdzę, czy Amanda nie przekazała wiadomości którejś z moich koleżanek.

Mężczyzna ruszył za nią.

– Proszę zostać tutaj – ostrzegła go opanowanym tonem. – Mamy przyciski alarmowe rozmieszczone we wszystkich pomieszczeniach. Jeśli pan za mną pójdzie, użyję jednego z ich.

Leo spojrzał zaskoczony, po czym uśmiechnął się drwiąco.

– Umie pani blefować.

Przejrzał ją. Przycisk alarmowy był tylko jeden, i z pewnością nim zdąży go użyć, mężczyzna zdoła ją powstrzymać.

– Niech pan spróbuje się przekonać – odparła zaczepnie.

Spojrzał tak, jakby miał na nią ochotę. Lexi zrobiło się gorąco. Niespodziewanie zaczęła dyszeć nerwowo. Poczuła silną żądzę, widząc, że mężczyzna wyraźnie z nią flirtuje.

– Proszę się pospieszyć – zawołał, gdy wychodziła z gabinetu.

W życiu nie spotkała równie aroganckiego i równie charyzmatycznego mężczyzny.

ROZDZIAŁ DRUGI

Leo przyglądał się z uśmiechem, jak drobna brunetka wybiega z gabinetu. Pewnie nie przekomarzałby się z nią, gdyby nie pociągało go zagniewane spojrzenie jej złocistych oczu.

Zrobiła na nim silne wrażenie już w momencie, gdy weszła do gabinetu, krocząc jak generał przed bitwą. Spojrzała wtedy na niego tak, jakby była w stanie pokonać samego Aleksandra Macedońskiego.

Prawdę mówiąc, zaskoczyło go to, bo dziewczyna wcale nie była w jego typie. Zbyt spięta i zbyt drobna. Zbyt niewinna. Zawsze wolał kobiety nieco wyższe, bardziej eleganckie i znacznie mniej niedostępne.

Rozejrzał się po biurku. Dokumenty, kolorowe długopisy, maskotki, klawiatura… wszystko starannie uporządkowane. Ku własnemu zaskoczeniu Leo zaczął sobie wyobrażać jej sutki pod koronkowym biustonoszem. Zachowanie kobiety dowodzi, że zrobił na niej wrażenie.

Jaka jest w łóżku? Opanowana i sprawna, czy też namiętna i spragniona bliskości?

W tym momencie usłyszał jej zdecydowane kroki.

Z pewnością namiętna i spragniona bliskości, uznał i wciągnął głęboko powietrze przez nos. Poczuł zapach wanilii… i czegoś jeszcze. Piżma? Uznał, że to bardzo pociągająca kombinacja.

– Przepraszam, że musiał pan czekać, panie…

– Aleksandrow – wypowiedział nazwisko powoli, zaskoczony, że kobieta go nie zna. Dziś to rzadkość.

– Aleksandrow – powtórzyła z uśmiechem, jakby sprawa została rozwiązana.

– Wypytałam koleżanki. Niestety, matka chłopca nie zostawiła żadnego upoważnienia, więc nie mogę pozwolić, by go pan odebrał.

Leo zignorował uwagę Lexi. Mierzył ją wzrokiem z założonymi rękami, czekając, aż się ugnie. Ku jego zdziwieniu, nie spuściła oczu.

– Chyba już czas na pana – stwierdziła w końcu.

– A co pani zrobi, jeśli nikt nie przyjdzie po Tya?

– Miałam ciężki dzień. Proszę mnie nie dręczyć. Nie mam pojęcia, kim pan jest… Ach! Jest pan jego…

– Ojcem – dokończył Leo.

– No tak, ma pana oczy.

Leo nie zdawał sobie z tego sprawy. Nigdy nawet nie spojrzał na zdjęcia, które pracownicy jego ochrony dostarczali mu regularnie wraz z raportami o Tyu. Spocił się na myśl o tym, że wreszcie go zobaczy. Emocje i wyrzuty sumienia, które od lat trzymał na wodzy, nagle zaczęły się gromadzić w jego głowie.

Wstał, ignorując pożądliwe spojrzenie Lexi Somers.

Może powinien był od razu wyjawić, że jest ojcem Tya. Ale nie życzył sobie, by publicznie ujawniono, że ma syna.

– W porządku. Może go pani wreszcie przyprowadzi? – zaproponował Leo. – Poczekam tutaj.

Lexi pokręciła głową.

– Niestety, nie mogę.

Leo znów poczuł irytację.

– Dlaczego nie?

– Pana nazwisko nie widnieje na liście osób upoważnionych do odbierania Tya.

– Czort wozmi! Cóż za nonsens!

Lexi zerwała się na równe nogi i oparła o blat biurka.

– To nie nonsens! Obowiązują nas procedury, które chronią bezpieczeństwo dziecka i…

– Gdyby pani wiedziała, kim jestem, nie wykłócałaby się ze mną.

Mina Lexi Somers świadczyła o tym, że wzięła go za nadętego aroganta.

– Dlaczego? Bo stoi pan ponad prawem?

Pytanie nie wymagało odpowiedzi, ale Leo miał ochotę zareagować. Chciał zrobić to, co zrobiliby jego kozaccy przodkowie: przyprzeć ją do ściany i wziąć to, co jej złociste oczy oferują od chwili, kiedy weszła do gabinetu. A potem zabrać stąd syna.

Szkoda, że upływ kilku stuleci zniweczył tak wspaniałą perspektywę.

– Jestem jego ojcem – zagrzmiał.

– Ojcem, którego nazwisko nie widnieje na żadnym dokumencie. Może mi pan wytłumaczyć dlaczego?

Leo podrapał się po karku. Trzeba przyznać, że kobieta ma trochę racji.

– Proszę posłuchać. Oboje chcemy, żebym stąd wyszedł. Ale nie mam wyboru. Amanda przesłała mi do biura liścik z informacją, że nie ma kto zaopiekować się Tyem. W przeciwnym razie nigdy bym tu nie przyszedł.

– Czy walczą państwo w sądzie o prawa rodzicielskie?

Leo zmrużył oczy.

– Nie mam zamiaru omawiać z panią moich spraw osobistych.

– A ja nie mam zamiaru wydać dziecka osobie, której nie znam i której nazwisko nie widnieje na liście osób upoważnionych przez matkę.

– Niech pani zadzwoni do niej jeszcze raz.

Lexi zawahała się, ale w końcu spełniła jego życzenie.

– Wciąż nie odpowiada.

Leo zaklął siarczyście i napotkał karcące spojrzenie Lexi. Usiadł i westchnął głęboko.

– Co z tym zrobimy?

Po raz pierwszy od jego przyjścia Lexi zrobiła niepewną minę. Zerknęła na zegar, ale nie odpowiedziała.

– Zostało pół godziny, aniołku. Może zajmiemy się czymś ciekawszym, żeby czas nam szybciej upłynął?

Lexi otworzyła szeroko oczy. Aniołku?

– Co pan powiedział?

– Nieważne – mruknął pod nosem.

– Przede wszystkim nie na miejscu!

Leo zlustrował ją pożądliwie.

– Och, aniołku, przecież sama o tym pomyślałaś.

Lexi żachnęła się, a on uśmiechnął się z nieukrywaną satysfakcją.

– Nieprawda! I proszę nie mówić do mnie „aniołku”!

Oczywiście, że pomyślała.

– Będę mówić, jak mi się podoba. Jesteś kłamczuchą.

– A pan jest chamem!

Leo wzruszył ramionami i znacząco spojrzał na zegar.

– Naprawdę mam czekać do szóstej, aż będę mógł go zabrać? – spytał.

– Nie. Dzwonię na policję. – Lexi sięgnęła po słuchawkę, jednak on pochylił się nad biurkiem i chwycił ją za dłoń. Dotyk jej skóry sprawił, że zamarł.

Tkwili tak oboje w bezruchu przez dłuższą chwilę, jak zahipnotyzowani. W końcu Lexi wyrwała dłoń.

– Proszę mnie nie dotykać!

– Niech się pani uspokoi, zanim wpadnie w histerię.

– Nie wpadam w histerię. Ale pan przekroczył wszelkie granice, panie Aleksandrow. Proszę stąd wyjść.

Leo podrapał się po podbródku. Przynajmniej zapamiętała nazwisko.

– Przepraszam. Jeśli pani chce, może pani zadzwonić po policję. Ale to niczego nie zmieni. Amanda Weston wyjechała na weekend, a dzieciak nie ma nikogo poza mną. – Znów spojrzał na zegar. – Zostało nam pięć minut. Gdyby Amanda miała zamiar się pojawić, już by tu była – powiedział.

– Niekoniecznie. Często się spóźnia. Czasami w ogóle zapomina odebrać Tya.

Co takiego?

Leo był szczerze zaskoczony. A po Lexi było widać, że ugryzła się w język.

– Ile razy?

– Słucham?

– Ile razy zapomniała go odebrać?

– Nie pamiętam. – Zagarnęła kosmyk za ucho. Leo natychmiast odgadł, że nie mówi prawdy. Spoglądał na nią tak długo, że w końcu poczuła się nieswojo. – Kilka razy od śmierci matki.

– Jej matka nie żyje? – zawołał Leo z niedowierzaniem.

– Dwa tygodnie temu upadła i złamała kość biodrową. Z tego, co wiem, zmarła podczas operacji.

Leo pokręcił głową.

– Nie miałem pojęcia…

– Dlaczego mnie to nie dziwi…

To nie było pytanie, lecz stwierdzenie, a Leo postanowił je zignorować.

– Dlaczego jej śmierć miałaby wpłynąć na to, kiedy Amanda odbiera syna? – spytał.

– Prawdę mówiąc, wcześniej nigdy po niego nie przychodziła. Z tego, co rozumiem, chłopcem opiekowała się babcia.

Leo uniósł brwi. Babcia? Może szkoda, że nie czytał raportów od ochroniarzy.

– Tego też pan nie wiedział?

– Nie – przytaknął Leo ze świadomością, że gdyby przyznał się, że nigdy nie widział syna na oczy, Lexi Somers wezwałaby całą armię. Co więcej, trochę się bał. Danny załatwił nianię, która ma czekać u niego w domu, ale… co będzie robił z trzylatkiem, nim tam dotrą?

Owładnęły nim długo spychane w nieświadomość wspomnienia brata. Żeby je odpędzić, wbił wzrok w Lexi. Rozebrał ją wzrokiem, wyobrażając sobie, jak kładzie ją na biurku… Jednak szybko uświadomił sobie, że erotyczne fantazje mają na celu jedynie odwrócenie własnej uwagi od tego, co go czeka. Nie mają nic wspólnego z drobną brunetką o złocistych oczach.

– Dobrze się pan czuje?

Leo przybrał obojętną minę i postanowił, że musi natychmiast rozwiązać problem. Gdyby chodziło o krach na giełdzie lub kupno gruntu pod budowę hotelu, w ciągu paru minut miałby sytuację pod kontrolą. Natomiast wizja przebywania sam na sam z trzylatkiem jest dla niego tak oderwana od rzeczywistości, że aż absurdalna.

W tym momencie doznał olśnienia. Zapomniał, że powinien potraktować tę okoliczność jak transakcję. Przecież całe życie nauczyło go, że wszystko sprowadza się do jednego.

– Ile pani chce, by wydać mi Tya?

– Słucham?

– Usłyszała pani dobrze. Jestem zamożnym człowiekiem – powiedział, mierząc ją lodowatym spojrzeniem. – Na pewno przydałyby się pani nowe ciuchy.

Lexi nie posiadała się z oburzenia.

– Chyba nie próbuje mnie pan przekupić?

Leo wstał.

– Jak powiedziałem, mam ograniczony czas. A pani zmarnowała go już dostatecznie dużo. Jestem ojcem chłopca, więc proszę…

Przerwał mu dzwonek telefonu. Widząc spojrzenie, jakie posłała mu Lexi, domyślił się, że to Amanda.

– Rozumiem – burknęła Lexi, a następnie przekazała mu słuchawkę.

– Amanda? Co ty sobie wyobrażasz? – zawołał rozwścieczony. Jednak rozmówczyni najwyraźniej rzuciła słuchawką.

W tym momencie do gabinetu zajrzała blondynka. Zlustrowała Lea tak, jakby był groźnym zwierzęciem.

– Wszystko w porządku, Lex? – spytała.

– Chyba tak. Ale czy mogłabyś zostać jeszcze przez kilka minut?

– Jasne. Z dzieci został już tylko Ty. A Tina poszła do domu.

– Dobrze. Załatwię to migiem – odparła Lexi.

Leo zamrugał powiekami.

– Co to znaczy „migiem”?

Zaskoczona Lexi nie wiedziała, co odpowiedzieć.

– Szybko, błyskawicznie. Tak się mówi potocznie – odparła w końcu. – Pan jest Rosjaninem?

– Tak. A pani Angielką?

– Tak.

Zapadło chwilowe milczenie, które Lexi postanowiła wreszcie przerwać.

– Cóż, Amanda faktycznie wyjechała. Powiedziała, że jest pan ojcem Tya.

– Doskonale. W takim razie mogę już iść – powiedział Leo, ale zauważył sceptyczną minę Lexi. – O co chodzi?

– Dlaczego nie jest pan wymieniony w dokumentach chłopca?

– Prawa rodzicielskie ma tylko Amanda.

– Dlaczego?

– Panno Somers, nie chcę być nieuprzejmy, ale to nie pani interes.

– Myli się pan. – Lexi obeszła biurko i stanęła przed Leem. – Ty jest pod moją opieką, a pan nie ma pisemnego upoważnienia od matki. Jeśli wydam panu chłopca i coś mu się stanie, stracę zezwolenie na prowadzenie przedszkola.

– Doceniam pani troskę, ale to nie moja wina, że Amanda o to nie zadbała.

– Proszę mi przysiąc, że nie jest pan wyrodnym ojcem, który zrobi Tyowi coś strasznego, gdy tylko stracę go z oczu!

Leo poczuł suchość w ustach. Lexi nieświadomie zerwała kawałek bandaża, który okrywał jego rany z dzieciństwa. Zaszumiało mu w uszach. Nie mógł oderwać wzroku od oczu Lexi, choć jej niewinne spojrzenie paliło go ogniem.

– Nigdy świadomie nie skrzywdziłbym syna – odparł przez ściśnięte gardło.

Oczekiwał, że Lexi znów mu się postawi, że odmówi wydania syna. Ale tylko skinęła uprzejmie głową.

– Proszę za mną – powiedziała.

Kiedy szli korytarzem, otwarły się drzwi jednego z pomieszczeń i wyjrzała zza nich ta sama blondynka, która wcześniej przyszła do gabinetu.

– Ty bawi się w piaskownicy – rzekła.

– Dzięki, Aimee. Możesz już iść. Ja wrócę niedługo.

– Pewnie będę przez weekend u Todda.

– W takim razie do zobaczenia w poniedziałek.

– A ty baw się dobrze, jeśli postanowisz jednak wyjechać na weekend.

Leo był ciekaw, gdzie też wybiera się Lexi Somers, ale kiedy stanął w drzwiach prowadzących do ogrodu, natychmiast o tym zapomniał.

Z ciężkim sercem spojrzał na jasnowłosego chłopczyka, który bawił się wesoło w piaskownicy.

Czort wozmi!

– Nie dam rady!

Leo odwrócił się do stojącej za nim Lexi i chwycił ją za ręce, bo opanował go przeraźliwy strach, jakiego nie czuł od wielu lat.

– Czego pan nie da rady? – spytała Lexi z niedowierzaniem na widok bladej jak płótno twarzy Lea. Nie wiedziała, jak się zachować. – Panie Aleksandrow…

Jej łagodny głos najwyraźniej wyrwał go z napadu paniki, bo puścił jej dłonie, cofnął się i spojrzał na syna.

Ty przyglądał im się z zaciekawieniem. Lexi zaczęła gorączkowo przypominać sobie, co Amanda Weston mówiła o ojcu Tya, kiedy zapisywała chłopca. Wspomniała coś o tym, że nie interesuje się synem i nie chce, by ktokolwiek wiedział, że jest ojcem. A Lexi nienawidzi mężczyzn, którzy nie potrafią zdobyć się na odpowiedzialność za własne czyny. Ruszyła w stronę piaskownicy, próbując opanować gniew.

– Ty, chodź tu do nas, twój… Aua!

Leo wbił mocno palce w jej ramię i pociągnął do siebie. Straciła równowagę i osunęła się wprost na twardy jak kamień tors mężczyzny. Na szczęście podtrzymał ją drugą ręką, by nie upadła. Opanowała ją dziwna fala gorąca. Zaszokowana własną reakcją próbowała się wyrwać, ale jego woń i ciepło sparaliżowały jej zmysły. Nagle przestała się opierać. Jedyne, czego pragnęła, to go pocałować.

Leo niespiesznie pochylił głowę i przyciągnął Lexi bliżej do siebie. Tak blisko, że poczuła wybrzuszenie w jego kroczu. I jego oddech na twarzy. Nagle jednak Leo odskoczył i pociągnął Lexi z powrotem na korytarz.

– Ty nie wie, że jestem jego ojcem – obwieścił, gdy znaleźli się poza zasięgiem wzroku chłopca.

– Jak to możliwe?

– Wcześniej nigdy go nie widziałem.

– To niemożliwe!

Leo zacisnął usta.

– A jednak – wydusił z siebie w końcu.

Lexi poczuła gonitwę myśli, którą natychmiast opanowała, wiedząc, że przede wszystkim ma obowiązek zatroszczyć się o dobro chłopca. Od czasu śmierci babci jest smutny, a teraz obcy człowiek, nieważne, że ojciec, ma go zabrać na trzy dni. To może źle wpłynąć na jego psychikę.

Czy powinna zaufać temu niebezpiecznemu Rosjaninowi? Zmusiła się, by spojrzeć mu prosto w oczy.

– W takim razie Ty nie będzie czuł się bezpieczny pod pana opieką.

Leo podrapał się nerwowo po karku i odwrócił wzrok.

– Wiem. Szkoda, że nie pomyślałem o tym wcześniej i nie przyjechałem tu razem z nianią.

– Nianią? To ktoś, kogo Ty zna?

– Nie.

– Czyli przy niej też nie poczuje się bezpieczny.

– Będzie wiedziała, co zrobić.

– To nie jest odpowiedź na moje pytanie. Proszę zrozumieć. Ty pana nie zna, a pan chce go zabrać w obce miejsce. Dla trzylatka będzie to przerażające doświadczenie. I może źle wpłynąć na jego psychikę.

– To już moje zmartwienie – odburknął Leo niecierpliwie. Lexi zrozumiała, że opanował chwilowy napad paniki i już doskonale się kontroluje.

– Zdaje się, że dotychczas nie interesowały pana jego problemy – stwierdziła z przekąsem.

– A kto, pani zdaniem, płaci za to przedszkole?

– Chodzi mi o zainteresowanie emocjonalne.

Leo spojrzał na nią tak, jakby mówiła po chińsku. A Lexi doszła do wniosku, że spierając się, nie rozwiąże problemu.

– Chłopiec potrzebuje czegoś, co zna. Ma pan jego ulubioną zabawkę? Kocyk?

Przez moment Leo sprawiał wrażenie zagubionego. Odpowiedział dopiero po długim zastanowieniu, ale za to z promiennym uśmiechem.

– Mam coś znacznie lepszego.

– Co takiego?

– Panią.