Ronnie nie wierzyła w przyszłość - Kamila Kolińska, Zocharett - ebook + audiobook

Ronnie nie wierzyła w przyszłość ebook i audiobook

Kamila Kolińska, zocharett

0,0
29,98 zł
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego

Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Możesz naprzemiennie czytać i słuchać. Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+


Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Ronnie rozpoczyna naukę w wymarzonej szkole. Szybko jednak zderza się z rzeczywistością. Trenerka jest bardzo wymagająca, podobnie jak nauczyciele. Dziewczyna jest nieustannie zmęczona i, nieważne jak bardzo się stara, wciąż nie osiąga takich wyników, jakich oczekuje.

Dodatkowo tęskni za bliskimi, w których życiu również wiele się dzieje. Genevieve i Benjamin rozpoczęli studia. Louis ma pierwszą w życiu dziewczynę. Stan i Tina lada moment powitają na świecie dziecko, a Dominick całą uwagę poświęca swojej sześcioletniej siostrze.

Ronnie nigdy wcześniej nie czuła się tak samotna. Przytłoczona smutkiem, żalem i poczuciem niezrozumienia, podejmuje szereg złych decyzji, z których konsekwencjami będzie musiała się zmierzyć. Teraz oddałaby wiele, by znów być po prostu małą siostrzyczką, która może schować się za plecami starszego brata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 424

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 30 min

Lektor: Tomasz Urbański

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © by Kamila Koliń­ska 2026 Copy­ri­ght © by TIME SA 2026

Wydaw­czyni: Nata­lia Gowin Redak­cja: Mal­wina Kozłow­ska Korekta: Jolanta Kuchar­ska, Monika Kociuba / e-DYTOR Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Ewa Popław­ska

TIME SA ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa Face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two Insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two Tik­tok.com/@har­de­wy­daw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

ISBN 978-83-8343-804-7 War­szawa 2026 Wyda­nie pierw­sze

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Serię No bet­ter friends naj­le­piej czy­tać w nastę­pu­ją­cej kolej­no­ści:

Gene­vieve nie mówiła wszyst­kiego

Ben­ja­min nie potra­fił zapo­mnieć

Domi­nick nie zamie­rzał odpu­ścić

Ron­nie nie wie­rzyła w przy­szłość

Rozdział 1

Roz­dział 1

Ron­nie

Długo wpa­try­wa­łam się w swoje odbi­cie w lustrze. Chyba pod­świa­do­mie spo­dzie­wa­łam się, że gdy ten dzień nadej­dzie, zoba­czę swoją wielką prze­mianę. Prze­cież teraz wszystko miało się odwró­cić o sto osiem­dzie­siąt stopni. Nic już nie będzie takie samo jak daw­niej.

A jed­nak pozo­sta­łam dokład­nie taka jak wczo­raj, przedwczo­raj i tydzień temu. Te same roz­czo­chrane włosy, które potra­fiły poskro­mić tylko pro­stow­nica albo cia­sno sple­cione war­ko­cze, ta sama twarz i te same oczy… Oczy mojej matki.

Odwró­ci­łam wzrok, żeby o tym nie myśleć. A może moją uwagę przy­kuł trzask drzwi? W mojej gło­wie działo się za dużo, żebym wie­działa to na pewno.

Do pokoju wszedł Louis. Nieco dra­ma­tycz­nie omi­nął wielką walizkę, którą posta­wi­łam na środku, a gdy dostrzegł mnie przed lustrem w łazience, uśmiech­nął się sze­roko.

– Tu jesteś!

Zmarsz­czy­łam brwi.

– A gdzie mia­ła­bym być, jeśli nie w swoim pokoju?

Louis nic sobie nie zro­bił z mojego nie­przy­jem­nego tonu. Sta­nął za mną i oto­czył mnie ramio­nami, przy­ci­ska­jąc do piersi. Mogła­bym przy­siąc, że pową­chał moje włosy.

– Nasze hote­lowe dziecko doro­sło – wymru­czał roz­czu­lony. – Zasta­na­wia­li­śmy się wła­śnie, czy jest jakiś powód, dla któ­rego nie chcesz zjeść wspól­nie z nami ostat­niego śnia­da­nia.

Wyswo­bo­dzi­łam się z jego uści­sku.

– Nie jestem dziec­kiem. I nie zacho­wuj się, jak­bym koń­czyła żywot. Ja po pro­stu wyjeż­dżam do szkoły. Nim się obej­rzysz, będę z powro­tem.

– Ta, jasne. W nowej szkole wypa­trzy cię jakiś łowca talen­tów i wypro­wa­dzisz się tam, gdzie cię zakon­trak­tują – odparł takim tonem, jakby to była naj­bar­dziej oczy­wi­sta rzecz pod słoń­cem. – Żadne z nas nie ma wąt­pli­wo­ści, że wła­śnie wyfru­wasz z gniazda na dobre.

Duma i żal w jego gło­sie mie­szały się tak ide­al­nie, jakby wcze­śniej to wyćwi­czył. Miło było wie­dzieć, że wszy­scy z taką łatwo­ścią we mnie wie­rzą. Mój suk­ces wyda­wał się im oczy­wi­sty, cho­ciaż w spo­rcie ni­gdy nic nie jest takie pro­ste. Ich wiara mogła brać się z nie­wie­dzy lub naiw­no­ści, ale i tak miło było mieć wspar­cie.

– Nie mogę zejść na dół – odpar­łam i odwró­ciw­szy się z powro­tem do lustra, pocią­gnę­łam się za włosy. – Jak ja wyglą­dam? Zaraz przy­je­dzie Chad. Nie chcę, żeby zapa­mię­tał mnie taką obrzy­dliwą, skoro następ­nym razem zoba­czę się z nim dopiero za dwa tygo­dnie.

– Kogo nazy­wasz obrzy­dliwą? – Głos mojego brata spra­wił, że drgnę­łam. Nawet nie usły­sza­łam, kiedy wszedł. – Bo jeżeli samą sie­bie, to się pognie­wamy. Wyglą­dasz jak dam­ska wer­sja mnie, a ja prze­cież jestem śliczny.

Louis par­sk­nął i prze­su­nął się w bok, gdy Dom zajął jego miej­sce. Sta­nął za mną i przez chwilę patrzył to na mnie, to na sie­bie, jakby porów­ny­wał sub­telne róż­nice w naszych twa­rzach. Zawsze byli­śmy podobni, oboje wda­li­śmy się w matkę, lecz bra­ko­wało nam w oczach tej iskry okru­cień­stwa, którą zapa­mię­ta­łam z domu rodzin­nego. Od nie­dawna na twa­rzy mojego brata gościły pewne rze­czy, któ­rych wcze­śniej tam nie było. Bli­zny na łuku brwio­wym i nad ustami nie znik­nęły cał­ko­wi­cie, mimo że Gene­vieve codzien­nie przy­po­mi­nała mu o sma­ro­wa­niu ich maścią. To pamiątki po walce, któ­rej żadne z nas nie chciało toczyć, i choć Dom zawsze sta­wał w mojej obro­nie, ja nie odwdzię­czy­łam się tym samym. Tyle lat opła­cał moje tre­ningi, a w osta­tecz­nym roz­ra­chunku nie było mnie przy nim, żeby powstrzy­mać Jose­pha.

Te jasne ślady na twa­rzy brata zawsze będą mi o tym przy­po­mi­nać.

W zamy­śle­niu unio­słam dłoń i dotknę­łam swo­jej twa­rzy w miej­scu, gdzie Dom miał bli­znę. Zorien­to­wał się, co robię, o sekundę szyb­ciej niż ja. Bez wąt­pie­nia zgadł, dokąd zabrały mnie wspo­mnie­nia. Ode­rwał spoj­rze­nie od lustra i kiw­nął na szczotkę. Gdy mu ją poda­łam, zabrał się do zapla­ta­nia mi war­ko­czy.

– Na­dal nie nauczy­łaś się robić tego sama? – zapy­tał Lou.

Nie zdą­ży­łam odpo­wie­dzieć, bo Domi­nick kazał mu się ode mnie odwa­lić. Ow­szem, nauczy­łam się cze­sać, ale lubi­łam, gdy mnie w tym wyrę­czał.

– Zapa­dła w końcu jakaś decy­zja, kto ze mną jedzie?

– To deli­katny temat – odparł Louis. – Kłó­cimy się tak zacie­kle, że chyba osta­tecz­nie roz­strzy­gniemy to na pię­ści.

– Prze­cież już dawno posta­no­wione. Ja, Ben, Gen i Chad – wyja­śnił Dom. – Twój głupi chło­pak upiera się, że będzie pro­wa­dzić.

Zmru­ży­łam oczy, pró­bu­jąc wyczy­tać coś z jego twa­rzy, ale pochy­lił głowę, żeby nało­żyć gumkę na pierw­szy war­kocz.

– Chad już tu jest czy z nim pisa­łeś?

– Dwie rze­czy w tym zda­niu mogą być praw… Ej, jesz­cze nie skoń­czy­łem! – zawo­łał, gdy zerwa­łam się z miej­sca.

– Jak mogli­ście mnie tak bez­sen­sow­nie zaga­dy­wać, wie­dząc, że mój chło­pak czeka na dole?! – zape­rzy­łam się. – No pospiesz się z tymi wło­sami! Cze­szesz mnie już tyle lat, a na­dal scho­dzi ci z tym tyle, jak­byś był pie­przo­nym ama­to­rem!

Ani Dom, ani Louis nie wyglą­dali na prze­ję­tych moim wybu­chem. Lou zbli­żył się i zablo­ko­wał przej­ście, żeby mój brat w spo­koju skoń­czył fry­zurę.

– Odwle­kamy, jak możemy, moment, w któ­rym będziemy musieli oddać cię światu.

– Och, zamknij się!

– Wyra­żaj się, jesz­cze za nami zatę­sk­nisz.

Mia­łam dosyć tego głu­piego gada­nia. Przy­naj­mniej tak mi się wyda­wało dopóty, dopóki fak­tycz­nie nie musia­łam opu­ścić pokoju. Nie zosta­wia­łam go cał­ko­wi­cie pustego – wszyst­kie rze­czy i tak nie zmie­ści­łyby się do walizki. Zresztą będę tu czę­sto wra­cać. Wypro­wa­dzam się tylko dla­tego, że tak będzie wszyst­kim wygod­niej. Moja nowa szkoła znaj­duje się dosłow­nie na dru­gim końcu mia­sta. Gdyby ktoś musiał mnie codzien­nie wozić, zaj­mo­wa­łoby to mnó­stwo czasu, któ­rego, zgod­nie z pla­nem zajęć, i tak nie mia­łam, a do tego pochła­nia­łoby masę pie­nię­dzy. Pokój w aka­de­miku dosta­łam w ramach sty­pen­dium, więc decy­zja była oczy­wi­sta.

Nie mogłam się docze­kać tego dnia, ale teraz wcale nie było łatwo. Nie chcia­łam jed­nak dać tego po sobie poznać. Louis wziął moją walizkę, bo Domi­nick skar­żył się, że od dźwi­ga­nia bolą go żebra. Parę mie­sięcy temu nasz ojczym mu je poła­mał, więc nikt nie pod­wa­żał samo­po­czu­cia Doma. Cio­cia suszyła mu głowę, żeby zapi­sał się na prze­świe­tle­nie, ale nie brał sobie tego do serca.

W win­dzie nie roz­ma­wia­li­śmy. Daw­niej cisza była tak natu­ralna, że nawet jej nie zauwa­ża­li­śmy, ale teraz wyda­wało się, że powin­ni­śmy wyko­rzy­stać każdą chwilę, żeby mówić cokol­wiek, bo już za kilka godzin naszą naj­częst­szą formą komu­ni­ka­cji sta­nie się czat gru­powy.

Winda zatrzy­mała się na par­te­rze, a gdy z niej wysie­dli­śmy, od razu przy­wi­tał nas pod­nie­siony głos Owena War­rena.

– Ile razy mam wam powta­rzać, wy uparci kre­tyni, że winda jest dla gości, a nie dla was?!

Nikomu nie podo­bało się, że bywał tu tak czę­sto. To zna­czy Domi­nic­kowi chyba nie prze­szka­dzało. Zary­zy­ko­wa­ła­bym nawet stwier­dze­nie, że lubił wypro­wa­dzać go z rów­no­wagi.

– No to po co dojeż­dża na czwarte pię­tro? – zapy­tał nie­win­nie mój brat.

– Bo liczę, że w końcu się usa­mo­dziel­ni­cie i wypro­wa­dzi­cie, a te pokoje zostaną odpo­wied­nio zago­spo­da­ro­wane!

Trzeba było mu przy­znać, że jego pomy­sły i inwe­sty­cje się zwra­cały. Hotel powoli cie­szył się coraz więk­szym zain­te­re­so­wa­niem, a my coraz bar­dziej odczu­wa­li­śmy, że bra­kuje rąk do pracy.

Cio­cia wyszła zza biurka w recep­cji, jak zwy­kle, gdy głos syna bur­mi­strza przy­bie­rał tę piskliwą barwę świad­czącą o tym, że ze wszyst­kich sił powstrzy­muje się przed krzy­kiem.

– Daj im spo­kój, Owen – powie­działa bez więk­szych emo­cji, po czym zamknęła mnie w uści­sku. – Cześć, dzie­ciaku. Dziś twój wielki dzień. Jak się czu­jesz?

Oni wszy­scy musieli być w zmo­wie. Chcieli mnie wku­rzyć tym nazy­wa­niem dziec­kiem. Daro­wa­łam sobie jed­nak oskar­że­nie ich o to na głos. Zapew­ni­łam cio­cię, że wszystko u mnie w porządku, i odda­łam jej klu­cze do mojego pokoju. Zawa­hała się, zanim je przy­jęła.

– Wiesz, że to na­dal jest i będzie twój pokój, prawda? To, że zaczy­nasz nowy etap w życiu, niczego nie zmie­nia.

– Wiem, ale klu­cze to taka mała rzecz. Tam musia­ła­bym ich pil­no­wać, a tutaj będą bez­pieczne.

Owen wymru­czał coś o nauce odpo­wie­dzial­no­ści, ale chło­pacy naj­wy­raź­niej nie chcieli, żebym tego słu­chała. Louis deli­kat­nie pchnął mnie w stronę restau­ra­cji.

W kuchni już pano­wał ruch, cho­ciaż tylko jedna osoba fak­tycz­nie pra­co­wała. Paige Hew­son stała przy garn­kach i nawet nie pod­nio­sła na nas wzroku. Jakiś czas temu cio­cia i Owen uznali, że muszą zatrud­nić kolej­nego kucha­rza. Tina nie­długo miała rodzić, i cho­ciaż począt­kowo upie­rała się, że chce pra­co­wać aż do porodu, teraz coraz szyb­ciej się męczyła, a Stan musiał wręcz zmu­szać ją do odpo­czynku. Cho­ciaż Linda i War­ren byli zgodni co do potrzeby zatrud­nie­nia kucha­rza, syn bur­mi­strza ewi­dent­nie miał na myśli kogoś z zewnątrz. Deli­kat­nie mówiąc, nie był zachwy­cony, gdy dowie­dział się, że do hote­lo­wej załogi dołą­cza kolejna osoba z grona naszych bli­skich zna­jo­mych, i to w dodatku bez żad­nego doświad­cze­nia. Domi­nick obie­cał, że wszyst­kiego ją nauczy, a ja byłam pewna, że Owen każ­dego dnia żałuje decy­zji o inwe­sty­cji w nasz hotel.

Było jesz­cze wcze­śnie, a jed­nak Gene­vieve i Chad już zdą­żyli przy­je­chać. Wzru­szyła mnie myśl, że są tutaj o tej porze spe­cjal­nie dla mnie. Pili wła­śnie kawę z Tiną, któ­rej brzuch był już tak wielki, że wyglą­dał, jakby mógł wybuch­nąć w każ­dej chwili. Powstrzy­ma­łam się jed­nak od powie­dze­nia tego na głos. Louis popeł­nił kie­dyś podobny błąd i gdy Tina się roz­pła­kała, wszy­scy się na niego wście­kli.

Domi­nick wyjął kubek z rąk przy­ja­ciółki, gdy była w poło­wie opo­wia­da­nia jakiejś histo­rii. Ledwo otwo­rzyła usta, żeby zapro­te­sto­wać, a on już zdą­żył wylać napój do zlewu.

– Ej! Jesteś wredny – oznaj­miła Tina.

– A ty nie­od­po­wie­dzialna. W ciąży nie można pić kawy.

– Można! Doedu­kuj się, zanim zaczniesz za mnie decy­do­wać! Mój lekarz uważa, że lepiej nie prze­sa­dzać z ostroż­no­ścią, bo potem dziecko uro­dzi się nie­od­porne na różne rze­czy.

– Twój lekarz to debil i powi­nien stra­cić prawo do wyko­ny­wa­nia zawodu – odparł Dom.

– Twój psy­cho­log to jesz­cze więk­szy debil, bo naj­wy­raź­niej nie potrafi poskła­dać two­jego skre­ty­nia­łego mózgu do kupy i…

– Ej! – zawo­łał Ben, cho­ciaż w jego gło­sie było wię­cej roz­ba­wie­nia niż obu­rze­nia.

Nie dostrze­głam go od razu. Nie sie­dział na krze­śle jak cała reszta, tylko na pod­ło­dze, i szybko zro­zu­mia­łam dla­czego. Sally lubiła malo­wać, leżąc na brzu­chu. Tina pró­bo­wała ją prze­ko­nać, że wygod­niej będzie jej przy bla­cie, ale dziew­czynka tylko patrzyła na nią bez cie­nia emo­cji. Zamiast wal­czyć z małą, Dom kupił jej mate­rac przy­po­mi­na­jący tro­chę lego­wi­sko dla psa.

– Hej wam – przy­wi­ta­łam się, bo jakoś nikt nie zwró­cił na mnie uwagi.

Gene­vieve pierw­sza zerwała się z miej­sca. Tina chyba chciała jej dorów­nać, ale nie było to już takie pro­ste. Domi­nick podał jej rękę w nie­mym geście pomocy, ale ona ostro kazała mu spa­dać.

Gdy dziew­czyny skoń­czyły mnie przy­tu­lać, przy­szła kolej na mojego chło­paka. Wtu­li­łam się w jego klatkę pier­siową. To było moje ulu­bione uczu­cie na całym świe­cie. Usły­sza­łam z boku cichy głos, chyba Gen, że jeste­śmy słodcy. Unio­słam głowę, a Chad od razu zro­zu­miał, o co mi cho­dzi. Pochy­lił się i szybko cmok­nął mnie w usta.

Wtedy bły­snął flesz, tak nie­spo­dzie­wa­nie, że gdy­by­śmy nie zamknęli oczu, pew­nie by nas ośle­pił. Jęk­nę­łam, odsu­wa­jąc się od Chada. Gene­vieve machała małym zdję­ciem mię­dzy pal­cami, szcze­rząc się do nas sze­roko.

– Myśla­łam, że już dawno wyrzu­ci­łaś ten apa­rat – powie­dzia­łam.

– Ni­gdy! Ow­szem, daw­niej był dla mnie zastęp­stwem Insta­grama, gdy przez wia­domo kogo nie mogłam uży­wać mediów spo­łecz­no­ścio­wych. Ale ostat­nio uzna­łam, że dobrze byłoby wró­cić do takich nama­cal­nych pamią­tek. Więc tak, przy­go­tuj­cie się wszy­scy na wielki powrót pola­ro­idów.

– Eks­tra. – Domi­nick zare­ago­wał z prze­sad­nym entu­zja­zmem, po czym usiadł na pod­ło­dze mię­dzy Sally a Benem. – Co tam rysu­je­cie?

Kariera Bena ostat­nio nabrała roz­pędu. Jego prace zostały doce­nione i dostał zle­ce­nie wyko­na­nia ilu­stra­cji do jakiejś książki fan­tasy. Ma stwo­rzyć ich kilka, po jed­nej do każ­dego roz­działu, ale książka była strasz­nie długa. Spę­dzi­li­śmy razem kilka wie­czo­rów, pod­czas któ­rych ja zdą­ży­łam obej­rzeć cały sezon serialu, a on wciąż nie skoń­czył jej czy­tać.

– Liczę, że mała mnie zain­spi­ruje do pro­jektu – powie­dział Ben.

Zer­k­nę­łam przez ramię Doma. Sally ryso­wała głów­nie księż­niczki w ogrom­nych suk­niach.

– Dory­suj tu smoka, a zrobi się fan­ta­styka – zasu­ge­ro­wa­łam.

Zaśmia­łam się na myśl o kon­tra­ście, gdyby kre­ska Bena spo­tkała się z tymi dzie­cię­cymi bazgro­łami Sally.

– I księ­cia, który ura­tuje księż­niczki – dodał Louis.

– Księż­niczki same się ura­tują – wark­nęła Tina. – Nie wpa­jaj jej patriar­chal­nych bzdur od naj­młod­szych lat.

Lou wymru­czał coś o tym, że nie może się docze­kać, aż Tina uro­dzi, bo chyba przez to jest taka nie­zno­śna, ale gdy popro­siła, żeby powtó­rzył gło­śniej, już się nie odwa­żył.

– A gdzie twój książę? – zapy­ta­łam, żeby zmie­nić temat.

– Nie jesteś zabawna. Stan jest w pracy. Liczył, że się obu­dzisz, zanim poje­dzie. Nawet chciał zadzwo­nić do szefa i powie­dzieć, że się spóźni, ale stwier­dzi­łam, że nie obra­zisz się, jeśli nie zdąży się z tobą poże­gnać – wyja­śniła Tina.

Dom wstał z pod­łogi, bo przy­po­mniał sobie, że cze­kam na śnia­da­nie. Louis w tym cza­sie podał mi kawę.

– Zabie­rzesz go ze sobą? – zapy­tała Gen, wska­zu­jąc na mój kubek z owieczką.

Potrzą­snę­łam głową. Nie mogła­bym. Wtedy naprawdę poczu­ła­bym się tak, jak­bym wypro­wa­dzała się stąd na zawsze.

Przy­ję­łam od brata owsiankę cze­ko­la­dową. Musiał przy­go­to­wać ją już wcze­śniej, bo płatki zdą­żyły napęcz­nieć i zro­biła się z nich oble­śna breja.

– Fuj. Wiesz, że nie lubię, jak robi się z tego papka.

Domi­nick uniósł wzrok do sufitu.

– Nie masz poję­cia, jak bar­dzo nie będzie mi bra­ko­wało tego maru­dze­nia… No dobrze, niech stracę. To twój ostatni dzień. Czego księż­niczka sobie życzy?

– Prze­cież i tak to zjem. Po pro­stu mógł­byś się tro­chę wysi­lić i zapa­mię­tać, co lubię, a czego nie.

Dom i Ben wymie­nili spoj­rze­nia, któ­rych nie zro­zu­mia­łam. Paige też to zauwa­żyła i par­sk­nęła pod nosem.

– Sorry, chło­paki! – Zaśmiała się. – Na­dal nie mogę się przy­zwy­czaić do tego waszego tatu­sio­wa­nia. Wciąż mam przed oczami obraz Doma sprzed lat.

– On wcale nie… – zaczę­łam, ale w poło­wie zda­nia uzna­łam, że nie warto anga­żo­wać się w tę roz­mowę. – Jem to na szybko i spa­damy. Chad, ty jadłeś śnia­da­nie?

Mój chło­pak zajął miej­sce obok mnie.

– Tak, jesz­cze w domu przed wyjaz­dem, a potem tutaj twój brat prak­tycz­nie wci­snął mi owsiankę do gar­dła.

Pochy­li­łam się nad tale­rzem, żeby ukryć uśmiech. Wbrew temu, co Chad mógł sobie myśleć, to był bar­dzo dobry znak.

Po śnia­da­niu wszy­scy znowu zaczęli mnie ści­skać, aż zro­biło się to tro­chę wku­rza­jące. W któ­rymś momen­cie Owen War­ren wpadł do kuchni, żeby nakrzy­czeć na nas, że jeste­śmy za gło­śno i że sły­chać nas na sali, a to nie­pro­fe­sjo­nalne. Ponie­waż nikt spe­cjal­nie się tym nie prze­jął, odwró­cił się na pię­cie i chciał wyjść, prze­kli­na­jąc nas pod nosem, ale Gene­vieve go zatrzy­mała.

– Jak już tu jesteś, to może mógł­byś zro­bić nam zdję­cie? Zależy mi, żeby­śmy wszy­scy byli w kadrze.

Mina Bena uświa­do­miła mi, że był to praw­do­po­dob­nie pierw­szy raz, gdy Gen zwró­ciła się z taką swo­bodą do kogoś z rodziny War­re­nów w naszej obec­no­ści. Raczej uni­kała prze­by­wa­nia z Owe­nem albo bur­mi­strzem w tej samej prze­strzeni, a już na pewno nie wda­wała się z nimi w poga­wędki. On sam też wyda­wał się zdzi­wiony, bo nieco sztywno wycią­gnął rękę po apa­rat. Jestem prze­ko­nana, że gdyby z taką prośbą wysko­czyli mój brat albo Lou, Owen kazałby im iść do dia­bła.

– Ale tak w kuchni? Mało kli­ma­tyczne – uznała Tina z krzywą miną.

– Wła­śnie bar­dzo kli­ma­tyczne. Prze­cież to jest nasze ulu­bione miej­sce na świe­cie – zapew­niła Gen i zaczęła usta­wiać nas do zdję­cia.

Kazała mi sta­nąć na samym środku. Po jed­nej stro­nie mia­łam Chada, po dru­giej brata. Obok niego stał Ben. Sally pode­szła i od razu wycią­gnęła do niego ręce. Roz­śmie­szyło mnie to. Jakiś mie­siąc temu zaczę­łam zauwa­żać, że robi się z niej straszna przy­lepa. Gdy wró­ci­łam z let­niego obozu, już na dobre wie­szała się na Benie jak małpa, a on nie potra­fił jej odmó­wić. Jak tak dalej pój­dzie, od nosze­nia jej zaczną mu rosnąć mię­śnie.

Tym razem też, zgod­nie z wolą mojej sio­stry, Ben ją pod­niósł i usa­dził sobie na bio­drze. Gen zapro­siła Paige do zdję­cia, ale ta pró­bo­wała pro­te­sto­wać. Bar­dzo ją polu­bi­li­śmy, jed­nak ona wciąż nie czuła się czę­ścią naszej grupy. Zamknęła usta dopiero wtedy, gdy Louis przy­cią­gnął ją do sie­bie.

– Gotowi? – zapy­tał opry­skli­wie War­ren.

– Tak… Ale super by było, gdy­byś mógł jed­nak zro­bić dwa zdję­cia – popro­siła Gen.

Nie sko­men­to­wał tego. Flesz bły­snął, a Sally od razu zaczęła prze­cie­rać oczy. Nikt nie przy­go­to­wał jej na moc lampy. Na dru­gim zdję­ciu zasła­niała już twarz, a Ben i Dom nie patrzyli w obiek­tyw, tylko na nią, z minami na wpół zanie­po­ko­jo­nymi, na wpół roz­ba­wio­nymi. Gene­vieve pozwo­liła mi wybrać, które wolę. Wzię­łam to dru­gie. Było dużo bar­dziej natu­ralne i praw­dziwe. Już mia­łam scho­wać je do kie­szeni, ale Gen zabrała mi je z ręki.

– Potrze­buję go na sekundkę… Może­cie już iść pako­wać walizki do auta. Zaraz was dogo­nię.

Paige przy­tu­liła mnie po raz ostatni, bo jako jedyna musiała zostać w kuchni. Pozo­stali wyszli za mną na zewnątrz. Louis chciał wziąć moją walizkę, ale Chad go uprze­dził.

Cio­cia Linda zakoń­czyła pospiesz­nie roz­mowę przez tele­fon i podą­żyła za nami.

– Urwa­nie głowy… Mam nadzieję, że nie czu­jesz się przez to zigno­ro­wana – zaczęła, ale nie dała mi szansy odpo­wie­dzieć. – Muszę wra­cać uże­rać się z idiotą od kli­ma­ty­za­cji. Ale, Ron­nie, chcę, żebyś wie­działa, że jestem z cie­bie bar­dzo, bar­dzo dumna.

– Tro­chę spo­ile­ru­jesz moją prze­mowę – wymru­czał gdzieś obok mój brat.

Linda uśmiech­nęła się i pogła­dziła mnie po policzku.

– W takim razie dodam tylko, że bez względu na to, dokąd zapro­wa­dzi cię los, tutaj zawsze będzie twój dom. Zawsze będziesz miała dokąd wró­cić. A teraz zmy­kaj i daj nam jesz­cze wię­cej powo­dów do dumy.

Przy­tu­li­łam ją ponow­nie. Coraz moc­niej docie­rała do mnie waga tej chwili. Chad zamknął walizkę w bagaż­niku, a ja patrzy­łam, jak Gen mija się w progu z cio­cią. Nio­sła coś w rękach, ale z tej odle­gło­ści nie widzia­łam co to.

– To taki mały pre­zent od nas wszyst­kich – powie­działa Tina, gdy zdy­szana przy­ja­ciółka sta­nęła obok. – Żebyś o nas nie zapo­mniała w tym wiel­kim świe­cie.

– Prze­pro­wa­dzam się naj­wy­żej pół­to­rej godziny jazdy auto­bu­sem stąd. – Zaśmia­łam się. – Ale bar­dzo dzię­kuję.

– Nie dzię­kuj jesz­cze. Otwórz – pona­glił mnie Louis.

Wyję­łam z koperty kartkę, która wyda­wała się oko­licz­no­ściową, ale ewi­dent­nie była zro­biona wła­sno­ręcz­nie. Zie­lony papier ozdo­biony kwiat­kami powy­ci­na­nymi z kolo­ro­wych kar­tek od razu pod­po­wie­dział mi, że za pro­jekt odpo­wia­dali Sally i Ben. W środku cze­kały na mnie życze­nia.

Kochana Ron­nie

powo­dze­nia na nowym eta­pie życia. Nie możemy się docze­kać, żeby zoba­czyć, co Ci przy­nie­sie.

Trzy­mamy kciuki

KOCHAMY CIĘ NAJ­MOC­NIEJ NA ŚWIE­CIE <333

Pod­pisy ekipy były poroz­rzu­cane po całej stro­nie tak, żeby na środku zmie­ściło się jesz­cze zdję­cie sprzed chwili, które Gen szybko wkle­iła.

– Jeste­ście prze­ko­chani – powie­dzia­łam, patrząc po ich twa­rzach. – Będę za wami tęsk­nić.

– Ja już usy­cham z tęsk­noty – odparł Louis. – Ale to nie koniec.

Nie wie­dzia­łam, o co mu cho­dziło. Gdy wska­zał na kopertę, zaj­rza­łam do środka.

Otwo­rzy­łam sze­roko usta.

– No co wy! – zawo­ła­łam, wycią­ga­jąc z niej kilka bank­no­tów.

– To na start – wyja­śniła Tina. – Wszy­scy się zło­ży­li­śmy.

– Ale ja nie zaczy­nam nowego życia! Przy­po­mi­nam, że wypro­wa­dzam się tylko po to, żeby dokoń­czyć szkołę…

– Dobra, dobra – prze­rwał mi Louis. – Pozwól nam zro­bić coś miłego. Kochamy cię, młoda.

Tym razem jakoś nie prze­szka­dzało mi to okre­śle­nie. Przy­tu­li­łam Lou i Tinę po raz ostatni. Potem kuc­nę­łam przy Sally i zapy­ta­łam, czy też chce się przy­tu­lić. Domi­nick miał obse­sję na punk­cie sza­no­wa­nia jej gra­nic, więc nikt nie mógł nawet zła­pać jej za rękę bez jej zgody. Po krót­kim uści­sku brat prze­jął ją ode mnie.

– To tak, jak się uma­wia­li­śmy. Tina zapro­wa­dzi cię do Paige i posie­dzisz sobie z nią, okej? Nary­suj coś faj­nego, poka­żesz nam, jak wró­cimy.

Nasza sio­stra kiw­nęła głową. Na­dal nie nauczy­łam się odczy­ty­wać jej nastro­jów. Była tro­chę dziwna. Na szczę­ście nie robiła żad­nych scen. Patrzyła obo­jęt­nie, jak wsia­damy do samo­chodu.

Ben, Gen i ja wci­snę­li­śmy się na tylną kanapę. Chad był kie­rowcą, a Dom zajął fotel pasa­żera. Już mogłam prze­wi­dzieć, jak będzie wyglą­dać ta podróż. Mój brat będzie pew­nie wszystko wyśmie­wał i kry­ty­ko­wał, a ja nie zamie­rza­łam kłó­cić się tego ostat­niego wspól­nego dnia.

Cho­ciaż sam fakt, że ustą­pił i zgo­dził się, żeby­śmy poje­chali autem mojego chło­paka, uzna­łam za suk­ces. To po pro­stu miało sens. Dom jeź­dził jakimś gra­tem star­szym chyba od niego samego, a Chad miał pra­wie nowy, bez wąt­pie­nia bar­dziej godny zaufa­nia samo­chód.

Gene­vieve począt­kowo pró­bo­wała mnie zaga­dy­wać, ale przez pierw­sze kilka minut bar­dziej inte­re­so­wało mnie obser­wo­wa­nie dwóch naj­waż­niej­szych męż­czyzn w moim życiu. Ich inte­rak­cje wyglą­dały zupeł­nie ina­czej, niż się spo­dzie­wa­łam. Dom zadał Cha­dowi kilka pytań o para­me­try tech­niczne, a ten roz­ga­dy­wał się, jakby to była jego naj­więk­sza pasja. Potem wspól­nie zwy­zy­wali nawi­ga­cję, która źle ich pokie­ro­wała.

Nie­stety musie­li­śmy prze­je­chać przez ści­słe cen­trum, a tam sta­nie w korku było nie­unik­nione. Wtedy Gene­vieve znowu chciała wcią­gnąć wszyst­kich w roz­mowę, ale Dom zga­sił jej zapał, war­cząc, że nie można roz­pra­szać kie­rowcy, bo przy takim natę­że­niu ruchu musi być mak­sy­mal­nie sku­piony. Ona nie lubiła się sprze­czać bez sensu, więc zro­biła tylko do nas minę, żeby­śmy nie mieli wąt­pli­wo­ści, co o nim myśli.

Cała podróż zajęła nam pół­to­rej godziny. Fak­tycz­nie, gdy­bym miała dojeż­dżać tak codzien­nie, nie wytrzy­ma­ła­bym. Mój napięty gra­fik i tak by na to nie pozwo­lił.

Ści­snęło mnie w żołądku, gdy tylko dostrze­głam budy­nek z daleka. Oglą­da­łam cały teren tej szkoły na zdję­ciach, ale na żywo wyglą­dało to dużo bar­dziej onie­śmie­la­jąco. Prze­ko­na­łam się o tym dosad­nie, gdy wysie­dli­śmy z samo­chodu.

U nas w dziel­nicy szkoła mie­ściła się w jed­nym zwy­kłym budynku z tyl­nym wyj­ściem na boisko. Tutaj cały kom­pleks przy­po­mi­nał bar­dziej ośro­dek tre­nin­gowy niż szkołę. Pomię­dzy poszcze­gól­nymi budyn­kami cią­gnęły się przej­ścia niczym w labi­ryn­cie. Nie było szans, żebym się w tym wszyst­kim poła­pała.

Dobrze, że na stro­nie inter­ne­to­wej była dostępna mapa, na któ­rej wszyst­kie miej­sca roz­pi­sano niczym sklepy w gale­rii han­dlo­wej. Jedną otwo­rzy­łam ja, drugą Gen i jakoś dotar­ły­śmy do skrzy­dła miesz­kal­nego. Chłopcy byli w tym cza­sie zupeł­nie nie­po­mocni, nie licząc Chada, który niósł moją walizkę. Domi­nick w ogóle się nie odzy­wał. Chło­nął całą tę nową sce­ne­rię, pod­czas gdy Ben uważ­nie obser­wo­wał wyłącz­nie jego.

Odna­la­złam swój pokój. Wie­dzia­łam, że będę go dzie­lić z jakąś współ­lo­ka­torką. Cho­ciaż nikogo jesz­cze nie było w środku, jej rze­czy zaj­mo­wały już lewą stronę pomiesz­cze­nia. Miało to sens. Była tu pierw­sza, więc wybrała sobie łóżko, biurko i szafę. Pew­nie uczyła się tu od początku. To ja dołą­czy­łam nagle jak jakaś dzi­waczka.

– Przy­tul­nie tu – zauwa­żyła Gene­vieve, ale mimo usil­nych sta­rań nie zabrzmiała prze­ko­nu­jąco.

– Pokój jak pokój – odpar­łam, roz­glą­da­jąc się. – Cały tydzień mam wypeł­niony po brzegi, tutaj będę tylko spać.

– I pil­nie się uczyć, rzecz jasna – dodał Ben.

– Ostrze­gam, że jeśli jesz­cze raz usły­szę jakąś suge­stię w tym stylu, że przez sty­pen­dium repre­zen­tuję radę mia­sta i muszę trzy­mać poziom, to komuś przy­walę.

O dziwo, Domi­nick nijak nie zare­ago­wał na groźbę rzu­coną w kie­runku jego chło­paka. Wodził wzro­kiem po pomiesz­cze­niu, ale mia­łam wra­że­nie, że go nie widzi. Myślami był gdzieś bar­dzo daleko stąd, a ja strasz­nie chcia­łam się dowie­dzieć gdzie.

– No to co, my chyba będziemy się zbie­rać? – zapy­tała nie­pew­nie Gene­vieve. – Musisz się roz­pa­ko­wać, poznać ludzi z innych pokoi.

Poki­wa­łam głową. Dopiero wtedy poczu­łam, jak gar­dło zaczyna mi się zaci­skać ze wzru­sze­nia. To był ten moment. Już nie będę widy­wać ich wszyst­kich na co dzień. Nie będę mogła po pro­stu otwo­rzyć drzwi obok, żeby zoba­czyć się z bli­skimi.

Gen trą­ciła Bena ramie­niem.

– Żegnamy się i damy jej jesz­cze chwilę sam na sam z Cha­dem, co?

Tym razem nawet mój brat nic nie powie­dział. To dopiero było dziwne.

Po raz kolejny tego dnia Gen mnie przy­tu­liła.

– Dzwoń codzien­nie, pisz o każ­dej porze dnia i nocy, okej? – popro­siła, odsu­wa­jąc się.

– Byle nie pod­czas zajęć – dopo­wie­dział Ben, przy­cią­ga­jąc mnie do sie­bie. – Wysy­łaj zdję­cia na grupę. Wszy­scy jeste­śmy cie­kawi, jak będzie ci się tu żyło.

– Jasne.

Sta­nę­łam przed Domem. Ben szturch­nął go lekko, a on wtedy roz­luź­nił skrzy­żo­wane ręce, żebym mogła się do niego przy­tu­lić. Już po sekun­dzie odsu­nął mnie od sie­bie. Uśmiech­nął się nie­zręcz­nie, ale bar­dziej do pod­łogi niż do mnie, po czym odwró­cił się do Bena.

Nie ode­zwał się ani sło­wem.

– Jedziemy? – upew­nił się Ben­ja­min. – Chad, pocze­kamy na cie­bie przy aucie.

Mój chło­pak im podzię­ko­wał. Patrzy­łam w osłu­pie­niu, jak drzwi zamy­kają się za nimi. Oczy zaszły mi łzami.

– Hej, nie płacz, misiu. Wiem, że teraz dużo się zmieni, ale będziemy regu­lar­nie się widy­wać. Przy­się­gam, że każdy week­end, kiedy nie będę w pracy, spę­dzę z tobą.

Poki­wa­łam głową i wtu­li­łam się w niego, bo nie chcia­łam tłu­ma­czyć praw­dzi­wego powodu nagłego spadku nastroju. Wsty­dzi­łam się tego, jak bar­dzo zależna rela­cja łączyła mnie z bra­tem. Chad dużo wie­dział, ale nie mógł w pełni tego zro­zu­mieć, a ja nie zna­łam odpo­wied­nich słów, żeby mu to wyja­śnić. Miał nor­malny dom i nor­malnych rodzi­ców, a jego rela­cje z rodzeń­stwem w niczym nie przy­po­mi­nały mojej z Domem. Nikt, kto nie prze­szedł tego, co my, nie mógł nas w pełni zro­zu­mieć.

Moje myśli prze­rwało skrzyp­nię­cie otwie­ra­nych drzwi. Odsu­nę­łam się od chło­paka, żeby zoba­czyć, kto nam prze­szko­dził. Do środka weszła śliczna blon­dynka wpa­trzona w tele­fon. Gdy pod­nio­sła wzrok znad ekranu, odsu­nęła się nieco.

– O kurde, hej! Wła­śnie zasta­na­wia­ły­śmy się z dziew­czy­nami, kiedy przy­je­dziesz! – zawo­łała entu­zja­stycz­nie, po czym pode­szła bli­żej. – Jestem Ellie. Ty musisz być Vero­nica?

– Ron­nie. – Poda­łam jej rękę. – A to mój chło­pak Chad.

Ellie nie­dy­skret­nie zmie­rzyła go zacie­ka­wio­nym spoj­rze­niem. Chad przy­jął to z uśmie­chem.

– To chyba czas na mnie. Zosta­wię was, żeby­ście mogły się poznać – powie­dział, a gdy ski­nę­łam głową, prze­lot­nie mnie poca­ło­wał. – Kocham cię. Ode­zwę się, jak doje­dziemy do domu.

Do domu. Ja nie będę w domu przez naj­bliż­sze dwa mie­siące.

Znowu poczu­łam pie­cze­nie pod powie­kami. Ellie szturch­nęła mnie w ramię, gdy tylko zosta­ły­śmy same.

– Też bym pła­kała za takim chło­pa­kiem. Jest mega­przy­stojny. Nie odbierz tego źle, ja też jestem zajęta. Poznasz Jacka w naj­bliż­szym cza­sie. Ale powiem Ci, Ron­nie, że odważna jesteś z tą zmianą szkoły… Wiesz, jakie tu są wyma­ga­nia z kosmosu? Dyrek­cja bar­dzo ciśnie nauczy­cieli, żeby­śmy byli naj­lepsi i utrzy­mali pre­stiż, a oni z kolei mają wobec nas nie­ludz­kie ocze­ki­wa­nia. Wszyst­kie cho­dzimy na kore­pe­ty­cje, żeby nadą­żyć, a do tego jesz­cze tre­ningi, zawody… Masa­kra. Jak sobie pomy­ślę, ile masz do nad­ro­bie­nia, to aż mi cię żal. Oczy­wi­ście pomogę, jak tylko będę mogła. Dziew­czyny też. Chcesz się naj­pierw roz­pa­ko­wać czy idziemy do nich? Przed­sta­wię cię.

Chcia­łam zro­bić na niej dobre wra­że­nie, ale nie potra­fi­łam się sku­pić na ani jed­nym jej sło­wie. Niby sły­sza­łam, co mówi, ale myślami byłam zupeł­nie gdzie indziej.

– Prze­pra­szam na moment.

Wypa­dłam z pokoju i popę­dzi­łam kory­ta­rzem, odtwa­rza­jąc w pamięci drogę, którą wcze­śniej tu przy­szli­śmy. Gdy dotar­łam na par­king, samo­chód Chada wciąż tam stał, cho­ciaż wszy­scy sie­dzieli już w środku. Chad wła­śnie zamy­kał drzwi. Łzy nieco roz­ma­zy­wały mi obraz, ale kiedy dopa­dłam do auta od strony pasa­żera, zoba­czy­łam, że mój brat dopiero zapina pas.

Chwy­ci­łam za klamkę i otwo­rzy­łam drzwi.

– Wysia­daj.

Nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek widzia­łam go bar­dziej zasko­czo­nego. Spoj­rzał na Chada, jakby z góry zało­żył, że to on jakoś zawi­nił, ale w końcu bez słowa speł­nił moją prośbę.

Odcze­ka­łam, aż sta­nie naprze­ciwko mnie, po czym mocno pchnę­łam go obiema rękami.

– Zawsze wie­dzia­łam, że jesteś wred­nym dup­kiem, ale nie sądzi­łam, że aż takim – zaczę­łam, a łzy popły­nęły mi po policz­kach. – Serio nie ode­zwiesz się do mnie ani sło­wem? Chcesz, żeby tak wyglą­dało nasze poże­gna­nie? Wszy­scy są dziś dla mnie nie­sa­mo­wi­cie mili, pró­bują uła­twić mi ten wyjazd naj­bar­dziej, jak się da, a ty dla rów­no­wagi chcesz mi go jesz­cze utrud­nić?

– Ron­nie – ode­zwał się Chad z samo­chodu.

– Nie wtrą­caj się! A ty zamknij drzwi – zwró­ci­łam się do Doma. Bez słowa speł­nił moje pole­ce­nie. – Nie rozu­miem, jak możesz być taki bez­duszny. Jak może cię w ogóle nie obcho­dzić to, że prze­sta­niemy się codzien­nie widy­wać? Prze­cież już raz nas roz­dzie­lono i to było naj­strasz­niej­sze prze­ży­cie na świe­cie… Przy­naj­mniej dla mnie. Zawsze poma­ga­łeś mi ze wszyst­kim, bra­łeś na sie­bie moje zmar­twie­nia i lęki, a wtedy nagle nie mogłam już się na tobie oprzeć. I teraz jest podob­nie. Myśl o tym, że nie będę cię widzieć codzien­nie, jest jedyną rze­czą, przez którą mam ochotę wró­cić z wami do domu. Myśla­łam, że dla cie­bie to też będzie trudne. Super sprawa dowie­dzieć się, że jest ina­czej i że tak naprawdę masz mnie gdzieś. Pew­nie się cie­szysz, że w końcu nie musisz mnie niań­czyć. Że pozby­wasz się tego cię­żaru.

Odwró­ci­łam się na pię­cie. Nie pró­bo­wa­łam już nawet powstrzy­mać pła­czu. Ode­szłam kilka kro­ków, przy­ci­ska­jąc dłoń do ust, żeby nie szlo­chać zbyt gło­śno.

No bo co mia­łam zro­bić? Stać przed nim i bła­gać, żeby się ode­zwał?

Nagle mój brat wyrósł przede mną. Zaszedł mi drogę, a ja nawet nie pró­bo­wa­łam go wymi­nąć. Przez dłuż­szą chwilę patrzył pod nogi, po czym gestem dłoni popro­sił, bym pocze­kała. W końcu ode­zwał się dziw­nie zmie­nio­nym gło­sem.

– Sądzi­łem, że dzi­siaj potrze­bu­jesz we mnie opar­cia. Musia­łem być twardy, żebyś ty mogła prze­ży­wać. Ale no, jest ciężko. Bar­dzo. Nie odzy­wam się, bo…

Zagryzł wargę, nie­zdolny dokoń­czyć zda­nia.

Wal­nę­łam go mocno w ramię, bar­dziej z fru­stra­cji niż zło­ści.

– Nie potrze­buję, żebyś zgry­wał twar­dziela. Wola­ła­bym poczuć, że mam kocha­ją­cego brata, a nie takiego, który ma mnie w dupie.

Dom uniósł wzrok ku niebu, a jego oczy się zaszkliły.

– Nie masz, kurwa, poję­cia, jakie to dla mnie trudne – wyszep­tał. – Cio­cia zaka­zała mi tego mówić, żeby cię nie znie­chę­cać do wyjazdu. I ja naprawdę cie­szę się z two­ich suk­ce­sów. Roz­wi­jasz się. Zaje­bi­ście. Ale tak czy­sto ego­istycz­nie… Naj­chęt­niej zamknął­bym cię na klucz w pokoju, żeby mieć pew­ność, że zawsze będziesz bez­pieczna i że zawsze będę bli­sko, gdy­byś cze­go­kol­wiek potrze­bo­wała. – Pokrę­cił głową. – Ale tak nie można, więc zostańmy przy tym, że się cie­szę. Resztą zaj­mie się moja tera­peutka.

Chcia­łam odpo­wie­dzieć, ale on przy­cią­gnął mnie do sie­bie tak mocno, że na chwilę zabra­kło mi tchu. Ten uścisk był zupeł­nie inny od poprzed­niego. Przy­ci­skał mnie despe­racko, jakby naprawdę nie chciał mnie już ni­gdy wypu­ścić. Sta­li­śmy tak bez pośpie­chu. Trzy­mał mnie, dopóki nie wypła­ka­łam wszyst­kich łez.

– Moja mała sio­strzyczka doro­sła – powie­dział, pocią­ga­jąc nosem. – A jesz­cze nie­dawno opo­wia­da­łem ci bajki na dobra­noc i nosi­łem cię na rękach.

– Na­dal mógł­byś nosić mnie na rękach, gdyby ten kutas cię nie poła­mał.

– Nie klnij. I w ogóle nie myśl o tym. – Odsu­nął mnie od sie­bie. Długo mi się przy­glą­dał, zanim znowu się ode­zwał. – Jebać to. Jak tylko wró­cimy, powiem Sally, że ma kate­go­ryczny zakaz dora­sta­nia. Moje serce nie wytrzyma tego po raz drugi.

Zaśmia­łam się gorzko.

– Od razu mi lepiej, kiedy widzę, że jed­nak jesteś smutny.

– Jakaś ty uro­cza.

Tym razem byłam już gotowa pozwo­lić im odje­chać. Kiedy Dom ruszył do auta, Gen wspa­nia­ło­myśl­nie prze­sia­dła się do przodu. Obie­cała, że napi­szą, gdy wrócą, i po raz setny popro­siła, żebym też się odzy­wała.

Patrzy­łam za nimi, dopóki nie wyje­chali z par­kingu. Gdy tylko znik­nęli z mojego pola widze­nia, dosta­łam pry­watną wia­do­mość od Gene­vieve. Wła­ści­wie nic nie napi­sała, tylko wysłała zdję­cie zro­bione ewi­dent­nie przed chwilą. Na pierw­szym pla­nie pozo­wała z ustami uło­żo­nymi w dzió­bek. Usta­wiła apa­rat tak, żeby było widać, co się dzieje w tle. Dom leżał z głową na kola­nach Bena, zasła­nia­jąc twarz rękami. Ben wpa­try­wał się w niego jak w obra­zek i deli­kat­nie gła­dził go po wło­sach.

Gene­vieve McKen­ney: już za tobą pła­cze lol taki niby twar­dziel

Gene­vieve McKen­ney: KOCHAMY CIĘ!!!

Przez chwilę uśmie­cha­łam się do zdję­cia. Już za nimi tęsk­ni­łam. Cho­ciaż wszystko, co miało dopiero nadejść, też zapo­wia­dało się obie­cu­jąco.

Rozdział 2

Roz­dział 2

Ben

Chad i Gene­vieve byli na tyle mili, że nie komen­to­wali na głos tego, jak ciężko Domi­nick zno­sił roz­łąkę z sio­strą. Gdy tylko doje­cha­li­śmy do hotelu, wysie­dli z samo­chodu i znik­nęli w środku, dając nam chwilę pry­wat­no­ści. Dla nich to pew­nie też był moment wytchnie­nia. Przez całą drogę Gen dwo­iła się i tro­iła, żeby wymy­ślać tematy do roz­mowy, ale ani ja, ani Dom nie włą­cza­li­śmy się do żad­nego z nich. Dopiero gdy zosta­li­śmy sami, odczu­łem cię­żar ciszy.

Przez całą drogę Dom nie pod­niósł głowy z moich kolan. Zasła­niał twarz dłońmi i nie wydał z sie­bie ani jed­nego dźwięku, cho­ciaż czu­łem, jak się trzę­sie. Gła­ska­łem go po wło­sach, tak jak on to czę­sto robił wobec mnie, Ron­nie czy Sally.

– Jak mogę ci to wszystko uła­twić? – zapy­ta­łem cicho.

Przez chwilę wyda­wało mi się, że nie odpo­wie, ale w końcu odsło­nił twarz. Patrzyły na mnie smutne, zaczer­wie­nione oczy.

– Powiedz, że udało mi się to znieść tak, jak na praw­dzi­wego męż­czy­znę przy­stało – popro­sił.

Uśmiech­ną­łem się i odgar­ną­łem mu włosy z czoła.

– Mam kła­mać?

Domi­nick par­sk­nął śmie­chem. W końcu usiadł i prze­tarł oczy. Po jego posta­wie widzia­łem, że jest gotowy ruszyć dalej.

– Jeśli komuś powiesz, że się pory­cza­łem, będziesz spał na pod­ło­dze – zapo­wie­dział.

Zamy­śli­łem się.

– Jak za sta­rych dobrych cza­sów. – Poca­ło­wa­łem go w poli­czek z nadzieją, że to upewni go, iż może na mnie liczyć. – Poga­damy dzi­siaj z Sally o zaję­ciach czy prze­kła­damy to na inny dzień? Bo jeśli chcesz po pro­stu zako­pać się pod kocem i pła­kać, to ja to usza­nuję – zapew­ni­łem.

Przez ostat­nie trzy dni prze­ko­py­wa­li­śmy inter­net w poszu­ki­wa­niu wszyst­kich dar­mo­wych albo tanich zajęć dla dzieci w wieku Sally. Jest jesz­cze na tyle mała, że mamy szansę stwo­rzyć jej szczę­śliwe dzie­ciń­stwo. Chcie­li­by­śmy, żeby otwo­rzyła się na kon­takt z ludźmi, ale też odna­la­zła w sobie jakąś pasję. Zamie­rzamy poka­zać jej wszyst­kie formy aktyw­no­ści, któ­rych w oko­licy było naprawdę sporo. Może dzięki wypeł­nio­nemu pla­nowi dnia szyb­ciej zapo­mni też o tym, co się działo w domu rodzin­nym.

– Poga­damy z Sally – potwier­dził Dom. – Zamie­rzam spę­dzić z nią cały dzień, skoro i tak nie mam dzi­siaj pracy. Może zabiorę ją do parku. A ty jesteś dziś zajęty?

– Oczy­wi­ście, że nie. Wzią­łem wolne, żeby wspie­rać cię w zała­ma­niu ner­wo­wym po wypro­wadzce Ron­nie.

Domi­nick długo mi się przy­glą­dał, a ja nie potra­fi­łem roz­szy­fro­wać, o czym myśli.

– Jesteś wredny – stwier­dził bez więk­szych emo­cji.

– Wredny? – zasta­no­wi­łem się. – Nie, to raczej twoja cecha. Ja jestem wspa­nia­ło­myślny i kocha­jący.

Nie sko­men­to­wał tego, bo pew­nie w głębi duszy wie­dział, że nie może się z tym kłó­cić. Przed wej­ściem do hotelu ostatni raz otarł oczy ręka­wem, ale Linda i tak spoj­rzała na niego z nie­po­ko­jem. Pokrę­ci­łem głową, dając jej znak, żeby nic nie mówiła.

Zasta­li­śmy Sally dokład­nie tam, gdzie się spo­dzie­wa­li­śmy. Sie­działa w kuchni, lecz tym razem nie zaj­mo­wała się kolo­ro­wan­kami, słu­chała w sku­pie­niu Paige i Louisa. Gdy weszli­śmy, Lou zdjął rękę z kolana kole­żanki. Obaj z Domem uda­li­śmy, że tego nie zauwa­ży­li­śmy.

Nie rozu­mia­łem, po co tak się ukry­wają. Już dawno przy­znali, że kie­dyś byli sobą zauro­czeni. To, że po latach znowu mię­dzy nimi zaiskrzyło, nie było szcze­gól­nie zaska­ku­jące. Paige począt­kowo nawet tłu­ma­czyła się nam, dla­czego zostaje na noc w pokoju Louisa. Mówiła, że chce być bli­sko Sally albo że w noc­nym auto­bu­sie gra­suje jakiś psy­chol. A prze­cież to była natu­ralna kolej rze­czy. Odkąd zaczęła u nas pra­co­wać, codzienne dojeż­dża­nie do domu nie miało więk­szego sensu, skoro nic jej tam nie trzy­mało.

Sally uśmiech­nęła się na nasz widok. Domi­nick nie­spe­cjal­nie się prze­jął, że prze­rwał Louisowi histo­rię w poło­wie zda­nia. Pochy­lił się, żeby zrów­nać się z sio­strą wzro­stem.

– Przy­tu­limy się?

Dziew­czynka poki­wała głową, ale on i tak cze­kał, aż sama wycią­gnie ręce. Dopiero wtedy ją pod­niósł.

– Potem będziesz narze­kać na ból żeber – ostrze­gła Paige.

– To pro­blem mnie z przy­szło­ści.

Sally oparła dło­nie na jego ramio­nach, ale odsu­nęła się na tyle, żeby przyj­rzeć się jego twa­rzy.

– Jesteś smutny.

– Fak­tycz­nie. Tro­chę tak – przy­znał Dom. – Ale mi przej­dzie.

Pod­sze­dłem bli­żej.

– Wta­jem­nicz małą w nasze dzi­siej­sze plany, a ja idę zlo­ka­li­zo­wać Gen i Chada, dobra?

– Mhm – odparł, cho­ciaż wie­dzia­łem, że wcale nie zako­do­wał, o co go popro­si­łem.

Po wej­ściu do sali zauwa­ży­łem, że Chad i Gene­vieve sie­dzą przy jed­nym sto­liku z Tiną, Jonem i Roge­rem. To był dość nie­ty­powy widok. Roger nie czuł się naj­le­piej w miej­scach publicz­nych, a już na pewno nie w jed­nej prze­strzeni z moim chło­pa­kiem, który teraz był dosłow­nie za ścianą. Pró­bo­wa­łem ich do sie­bie prze­ko­nać pod­czas naszego krót­kiego wyjazdu sprzed kilku mie­sięcy, ale Dom nie potra­fił wyba­czyć Roge­rowi tam­tego wypadku. Udało nam się jed­nak wypra­co­wać kom­pro­mis. Domi­nick obie­cał oka­zy­wać swoją nie­chęć wyłącz­nie nie­na­wist­nymi spoj­rze­niami. Zero nie­mi­łych słów, żad­nych zacze­pek.

Pod­sze­dłem do ekipy.

– Hej! Mam wra­że­nie, że nie widzia­łem was od lat. – Przy­wi­ta­łem się z chło­pa­kami. – Co się stało, że sobie o nas przy­po­mnie­li­ście?

– Stary, dobry Benny, jak zwy­kle prze­sa­dza – odparł Jon, po czym prze­su­nął się, żebym usiadł obok niego. – Prze­cież widzie­li­śmy się w zeszłym tygo­dniu. Ale jak ci mało, to zacznij jeź­dzić z nami na squ­asha. Spodo­ba­łoby ci się.

Wąt­pi­łem, ale to nie był temat wart prze­ga­dy­wa­nia się, więc tylko poki­wa­łem głową.

– Wpa­dli­śmy, bo Whit­ford stre­so­wał się, że Gene­vieve prze­stała mu odpi­sy­wać – wyja­śnił Roger.

Dziew­czyna unio­sła wzrok do sufitu.

– Mówię po raz ostatni: wie­dział, że dzi­siaj moja uwaga w stu pro­cen­tach należy do Ron­nie.

Jon objął ją ramie­niem.

– No ale wspo­mi­na­łaś, że samo­chód pro­wa­dzi naj­mniej doświad­czony kie­rowca z całej ekipy. Mia­łem prawo się mar­twić, że coś się stało.

Gene­vieve wycią­gnęła ręce przed sie­bie.

– Przy­się­gam, Chad, że nie uży­łam takich słów.

Chło­pak Ron­nie tylko się uśmiech­nął.

– Cie­szę się, że uzna­je­cie mnie za część ekipy.

– I to niby ja mam skłon­no­ści do prze­sady, Jon? – Zaśmia­łem się. – Musi­cie mi wyba­czyć, ale czas na mnie. Mam dzi­siaj gra­fik wypeł­niony po brzegi.

– Gra­fik wypeł­niony dba­niem o kru­chą psy­chikę swo­jego chło­paka? – dopy­tała Tina.

– Dokład­nie tak.

Zaczą­łem się pod­no­sić, ale Jon nie był jesz­cze gotowy się poże­gnać. Wstał razem ze mną i przy­cią­gnął mnie do sie­bie ramie­niem.

– No weź, jesz­cze nie zdą­ży­li­śmy sobie poga­dać. Jak się czu­jesz przed stu­diami? Lada moment zaczy­namy. Jest stre­sik?

– Nie… Chyba jesz­cze do mnie nie dotarło.

Przez gwar na sali nie usły­sza­łem skrzyp­nię­cia drzwi pro­wa­dzą­cych do kuchni. Nawet nie wiem, kiedy mój chło­pak zna­lazł się tuż przy nas z małą dziew­czynką u swo­jego boku.

– Ty, Johnny, zaraz możesz mieć stre­sik, jeśli nie zabie­rzesz łap z mojego faceta – rzu­cił.

Roger wyraź­nie się spiął w prze­ci­wień­stwie do Jona­thana, który skwi­to­wał to par­sk­nię­ciem. Ja jed­nak zna­łem Doma tro­chę lepiej od niego, więc sam się odsu­ną­łem.

– Był­bym wdzięczny, gdy­byś nie zdrab­niał imion innych chło­pa­ków w mojej obec­no­ści – popro­si­łem prze­sad­nie słod­kim tonem.

– A ja był­bym wdzięczny, gdy­byś nie tulił się do innych chło­pa­ków w mojej obec­no­ści – odparł Dom, naśla­du­jąc mój ton.

– Jezu, wy i ta wasza zazdrość… – jęk­nęła Gene­vieve. – O kogo jak o kogo, ale o mojego męż­czy­znę naprawdę nie musi­cie się kłó­cić. Gwa­ran­tuję, że nie jest zain­te­re­so­wany żad­nym z was.

Jona­than kla­snął w dło­nie tak gło­śno, aż Sally się wzdry­gnęła.

– Aha! Powie­dzia­łaś to! Wszy­scy sły­szeli. Powie­dzia­łaś „mojego męż­czy­znę”! Ja i Gene­vieve McKen­ney jeste­śmy parą!

Wsu­nął się z powro­tem do boksu obok niej.

– Ciszej – wark­nęła Tina.

Gen spoj­rzała na mnie w poszu­ki­wa­niu ratunku, ale ja wie­dzia­łem, że jest dokład­nie tam, gdzie chce być.

– Moje gra­tu­la­cje. – Wycią­gną­łem rękę, żeby przy­bić piątkę z Jonem, ale nim nasze dło­nie zdą­żyły się zetknąć, Domi­nick objął mnie w pasie i pocią­gnął do tyłu.

– My się zbie­ramy. Chce ktoś iść z nami do parku? – zapy­tał.

Gene­vieve zaczęła wsta­wać.

– Wła­ści­wie…

– Nikt? Jaka szkoda. No to widzimy się póź­niej. Papatki!

Wycią­gnął rękę w stronę Sally, ale nawet na nią nie spoj­rzał.

Nie wiem, kiedy stało się to tak natu­ralne. Wspa­niale było obser­wo­wać, jak ta mała dziew­czynka zmie­niała się przez te kilka mie­sięcy, które spę­dziła z nami. Na początku ufała tylko Paige i mnie, cho­ciaż wie­działa, że Domi­nick też jest w porządku. Z cza­sem zaczą­łem dostrze­gać, jak bar­dzo na nas polega. Gdy kto­kol­wiek inny do niej zaga­dy­wał, zer­kała na któ­reś z nas, jakby chciała się upew­nić, jak ma zare­ago­wać.

Na­dal nie było ide­al­nie, ale nie dało się nie zauwa­żyć, że z każ­dym dniem czuje się tutaj coraz bar­dziej swo­bod­nie. Przy­wią­za­łem się do niej w nie­wia­ry­god­nie krót­kim cza­sie. Trudno też ukryć, jak bar­dzo jarało mnie obser­wo­wa­nie Doma w roli jej opie­kuna. Kiedy doszedł do sie­bie i zaczął sta­rać się o opiekę nad małą, nikt z nas nie wie­dział, jak to będzie wyglą­dać. Musie­li­śmy go wspie­rać i sta­rać się wszystko uła­twić, ale nie ma co ukry­wać – Dom miał swoje demony, z któ­rymi musiał się upo­rać. Wizja tego, że sta­nie się odpo­wie­dzial­nym doro­słym dla tak małego czło­wieka, wyda­wała się nie­praw­do­po­dobna. A jed­nak teraz obser­wo­wa­nie ich było moją ulu­bioną rze­czą na świe­cie. Przy Sally Dom sta­wał się oazą spo­koju. Jego wewnętrzne dziecko wcale nie zostało ule­czone, ale odsu­wał na bok wła­sne pro­blemy z myślą o tym, żeby zapew­nić tej małej jak naj­lep­sze dzie­ciń­stwo.

Nie mogłem ode­rwać od nich wzroku. Zamiast dołą­czyć, gapi­łem się bez­myśl­nie, jak Dom pro­wa­dzi Sally w stronę holu.

– Kolego, chyba się zapa­trzy­łeś – zaśmiał się Roger, sztur­cha­jąc mnie w bok.

Otrzą­sną­łem się i dopiero wtedy zda­łem sobie sprawę, że wszy­scy patrzą na mnie z głup­ko­wa­tymi uśmie­chami.

– Nie osą­dzaj­cie mnie – jęk­ną­łem zawsty­dzony. – On po pro­stu jest nie­wy­obra­żal­nie pocią­ga­jący, gdy wycho­dzi z niego opie­kuń­cza strona.

Tina wybuch­nęła takim śmie­chem, jakby usły­szała naj­lep­szy żart na świe­cie.

– „Nie­wy­obra­żal­nie” to dobre słowo, bo total­nie nie potra­fię sobie wyobra­zić, co ty w nim widzisz. Serio, Ben, cza­sem się zasta­na­wiam, czy on cię nie zmu­sił do tego związku. Kto nor­malny by z nim wytrzy­mał?

– Tro­chę nie­miło – stwier­dził Jona­than z zaże­no­wa­niem.

Nie było powodu, żeby się obra­żać. Tina znała Doma od wielu lat. Byli prak­tycz­nie jak rodzeń­stwo. Wie­dzia­łem, co miała na myśli. Poza tym, bio­rąc pod uwagę jej ciążę, był­bym gotów wyba­czyć jej wszystko, żeby tylko nie dokła­dać jej stresu.

– Przy­po­mnę ci tę roz­mowę, jak uro­dzisz i zoba­czysz Stana w roli taty – zapo­wie­dzia­łem. – Nie ma nic wspa­nial­szego na świe­cie niż opie­kuń­czy facet.

– Nie. Ty po pro­stu masz nie­wy­le­czony kom­pleks tatu­sia – odparła bez emo­cji.

– Tina, prze­gi­nasz. Wszystko ma swoje gra­nice. – Gene­vieve cmok­nęła z nie­za­do­wo­le­niem.

Zaśmia­łem się gło­śno. Kocha­łem tych ludzi ze wszyst­kimi ich zale­tami i wadami. Pochy­li­łem się, poca­ło­wa­łem Tinę w poli­czek, po czym pobie­głem za swoim face­tem.

Po dwu­dzie­stu minu­tach spo­koj­nego spa­ceru Sally oznaj­miła, że bolą ją nogi, więc posa­dzi­łem ją sobie na ramio­nach. Wszy­scy się ze mnie śmiali, bo ni­gdy nie mia­łem zbyt wiele siły, ale ta młoda cał­ko­wi­cie to zmie­niła.

W parku było sporo ludzi, czego mogli­śmy się spo­dzie­wać, bo pogoda była ide­alna. Zna­leź­li­śmy kawa­łek wol­nej prze­strzeni, cho­ciaż jak na mój gust i tak za bli­sko innych. Gdy Domi­nick roz­kła­dał koc, Sally zapa­trzyła się na parę, która przy­szła z owczar­kiem nie­miec­kim. Kobieta raz za razem rzu­cała psu zabawkę, a ten pędził za nią jak sza­lony.

Usia­dłem obok Doma, a on wyjął z torby pojem­nik z owo­cami pokro­jo­nymi w kostkę i pod­su­nął go Sally.

– No więc… – zaczą­łem, gdy podał mi notes. – Zro­bi­li­śmy listę zajęć, które odby­wają się w oko­licy. Zależy nam, żebyś wybrała to, co naj­bar­dziej cię inte­re­suje.

Ją naj­bar­dziej inte­re­so­wał pies. Chyba w ogóle nie usły­szała, co powie­dzia­łem. Wpa­try­wała się w owczarka tak długo, aż zauwa­żyła to jego wła­ści­cielka. Uśmiech­nęła się pro­mien­nie do Sally.

– Cześć! Chcesz pogła­skać?

Sally zer­k­nęła na mnie, więc zachę­ca­jąco mach­ną­łem ręką.

– Śmiało.

Kobieta pode­szła do nas z zabawką w ręce. Kuc­nęła przy Sally i zagwiz­dała na psa, który posłusz­nie przy­biegł.

– Ma na imię Coco.

Sally nic nie odpo­wie­działa. Ostroż­nie wycią­gnęła dłoń i pogła­dziła zwie­rzaka po szyi. Był bar­dzo masywny, a jego sierść tak długa, że palce dziew­czynki nie­mal w niej zni­kały.

Szybko zda­łem sobie sprawę, że zro­biło się tro­chę nie­zręcz­nie. Nikt nic nie mówił. Nie mia­łem co liczyć na Doma, ale i tak na niego zer­k­ną­łem. Cho­ciaż przed chwilą leżał swo­bod­nie, opie­ra­jąc się na łok­ciu, teraz usiadł wypro­sto­wany.

– Ma pani bar­dzo grzecz­nego psa – powie­dzia­łem, bo nic lep­szego nie przy­szło mi do głowy.

Na szczę­ście tylko uśmiech­nęła się uprzej­mie.

– Dzię­kuję. Poświę­ci­li­śmy z narze­czo­nym mnó­stwo czasu na tre­ning. Kie­dyś nie byłoby mowy o tym, żeby puścić Coco gdzie­kol­wiek bez smy­czy.

– Ale nie ugry­zie jej, co nie? – zapy­tał Dom.

Sally zawa­hała się, ale nie na tyle, żeby cof­nąć rękę. Musia­łem zasznu­ro­wać usta, aby się nie roze­śmiać.

– Nie, to naj­ła­god­niej­sza suczka na świe­cie. Pro­szę się nie bać.

Dom zaci­snął szczęki. To zapew­nie­nie wcale go nie uspo­ko­iło. Nie odry­wał wzroku od dłoni Sally, która tonęła w gąsz­czu sier­ści. W tym cza­sie Coco poło­żyła się, zaj­mu­jąc lwią część naszego koca. Jej wła­ści­cielka się roze­śmiała.

– Dobrze jej tutaj. No nic, nie chcia­ła­bym zabie­rać wam czasu. Zosta­wię ją z wami, a jeśli zacznie prze­szka­dzać, pro­szę dać mi znać.

– Super, dzię­ku­jemy.

Coco zupeł­nie nie prze­jęła się odej­ściem wła­ści­cielki. Wycią­gnęła się wygod­nie na kocu i od razu zwę­szyła nasze jedze­nie. Wysu­nęła pysk w stronę pla­sti­ko­wego pojem­nika. Domi­nick odru­chowo chciał go prze­su­nąć poza zasięg psa, ale po sekun­dzie cof­nął rękę.

– Nie­sa­mo­wite. – Wyszcze­rzy­łem się. – Ni­gdy bym nie zgadł, że boisz się psów.

– Nie boję się psów – odburk­nął.

– Spoko, nie ma w tym nic wsty­dli­wego. Każdy się cze­goś boi. Jedni obrzy­dli­wych wiel­kich pają­ków, inni kocha­nych, puszy­stych, słod­kich pie­secz­ków.

Domi­nick się nachmu­rzył.

– Ja się niczego nie boję.

– No to pogła­skaj Coco. No, śmiało! To takie miłe stwo­rzonko.

Sally z zain­te­re­so­wa­niem obser­wo­wała Doma, jed­no­cze­śnie dra­piąc psa za uchem, co wyraź­nie spra­wiało Coco przy­jem­ność. Mój chło­pak mocno zaci­snął zęby, po czym prze­niósł wzrok na zwie­rzaka. Wycią­gnął rękę, ale gdy pies pod­niósł łeb, natych­miast ją cof­nął.

Wybuch­ną­łem nie­kon­tro­lo­wa­nym śmie­chem, a Sally natych­miast mi zawtó­ro­wała.

– Coco, chodź! – zawo­łała wła­ści­cielka, a pies od razu posłusz­nie zare­ago­wał. – Naj­moc­niej prze­pra­szam. Mógł pan powie­dzieć, że się boi psów.

Domi­nick poczer­wie­niał.

– Ja wcale się nie… – urwał i dał za wygraną. Korzy­sta­jąc z tego, że Sally nie zwra­cała na nas uwagi, pochy­lił się do mojego ucha. – Śmiej się, pro­szę bar­dzo. Wie­czo­rem będziesz mnie za to długo i namięt­nie prze­pra­szać.

Wal­ną­łem go żar­to­bli­wie w ramię, bo sam poczu­łem, że się czer­wie­nię. To go udo­bru­chało. Uwiel­biał to, jaki ma na mnie wpływ.

Z wza­jem­no­ścią.

– Sally, czy możemy pro­sić cię o uwagę? – zapy­ta­łem, odwra­ca­jąc się od Doma, bo zaczy­nało robić mi się nie­bez­piecz­nie gorąco.

Pół­to­rej godziny i trzy gałki lodów póź­niej Sally wyka­zała mini­malne zain­te­re­so­wa­nie sza­chami, a w osta­tecz­no­ści także pia­ni­nem. Poka­za­łem jej mnó­stwo fil­mi­ków przed­sta­wia­ją­cych, jak mogą wyglą­dać takie zaję­cia. To aku­rat było fajne, bo sza­chy orga­ni­zo­wano za darmo, a pia­nino mie­ściło się w budże­cie Doma.

On jed­nak nie był do końca zado­wo­lony. Gdy wró­ci­li­śmy do domu na kola­cję, zaczął mru­czeć mi do ucha tak, żeby Sally nie usły­szała.

– Jak zaczę­li­śmy roz­ma­wiać o tych zaję­ciach, cho­dziło mi o to, żeby prze­ko­nać ją do ruchu i do inte­rak­cji z ludźmi, a wybrała takie rze­czy, które w ogóle nie roz­winą jej w tych kie­run­kach.

– To roz­winą ją w innych – odpar­łem mię­dzy kolej­nymi gry­zami. – Naj­waż­niej­sze, żeby ją to inte­re­so­wało. Nie wiesz jesz­cze, czy w ogóle jej się spodoba. Może pró­bo­wać róż­nych rze­czy. Nie przej­muj się tym na zapas.

– I kto to mówi?

Jakiś czas temu zmie­ni­łem spo­sób radze­nia sobie z głu­pimi tek­stami Domi­nicka. Prze­sta­łem się dener­wo­wać, nakrę­cać i odpo­wia­dać. Zamiast tego, gdy czu­łem, że zbliża się jakaś nie­zno­śna roz­mowa, zamy­ka­łem mu usta poca­łun­kiem. Od razu zapo­mi­nał, co chciał powie­dzieć, a ja mogłem cie­szyć się spo­ko­jem. To bar­dzo pozy­tyw­nie wpły­nęło na nasz zwią­zek.

Tak więc teraz też prze­chy­li­łem się i poca­ło­wa­łem go w usta. To miał być szybki całus, ale nie zdą­żył go nawet zare­je­stro­wać, więc zła­pał mnie za koszulkę i przy­cią­gnął do sie­bie.

– Już wystar­czy może? – wark­nęła Paige.

– Oba­wiam się, że dzi­siaj wyjąt­kowo musimy być dla nich mili. W sen­sie dla Doma. Wiesz, to trudny dzień dla jego deli­kat­nej duszy – odparła Tina.

Mój chło­pak posłał jej zło­śliwy uśmie­szek.

– To ważne, byś wie­działa, że men­tal­nie wła­śnie cię wykli­nam, wycho­dzę i trza­skam drzwiami. Nie zro­bię tego tylko dla­tego… – kiw­nął głową w stronę Sally – że ona tu jest.

Louis wszedł do kuchni z tale­rzami po gościach. Odsta­wił je na blat i zer­k­nął na zega­rek.

– Chce­cie usły­szeć coś dziw­nego? Robi się już naprawdę późno, a wła­śnie przy­je­chał bur­mistrz – poin­for­mo­wał.

– Jak to?

Owen bywał u nas bar­dzo czę­sto i cią­gle wymy­ślał jakieś ulep­sze­nia hotelu, ale to miało sens, bo inwe­sto­wał w niego pie­nią­dze. Bur­mistrz nato­miast nie miał żad­nego powodu, żeby tu być.

– Gada z cio­cią, ale nie udało mi się pod­słu­chać o czym.

Nie musiał, bo już minutę póź­niej Ali­stair War­ren wszedł do kuchni. Jego wzrok od razu odna­lazł Domi­nicka, który nie zare­ago­wał w żaden spo­sób. Przy­jął obec­ność męż­czy­zny z cichą obo­jęt­no­ścią, jakby nie spo­dzie­wał się niczego innego.

– Jest jakiś powód, dla któ­rego nie odbie­rasz ode mnie tele­fonu? – zapy­tał bur­mistrz bez zbęd­nych uprzej­mo­ści.

Tina wycią­gnęła rękę do Stana, żeby pomógł jej wstać.

– Czas na nas. Idziesz z nami Sally? To był długi dzień. Pew­nie jesteś śpiąca.

Dziew­czynka aku­rat prze­cie­rała oczy, co tylko potwier­dziło słowa Tiny. Pogła­ska­łem ją po gło­wie.

– Idź, żebyś jutro miała siłę wstać do przed­szkola.

Sally poki­wała głową. Przy­tu­liła naj­pierw mnie, a potem Doma.

– Zaj­rzę do cie­bie, zanim pójdę spać – powie­dział. – Dobra­noc. Kocham cię.

Przez twarz bur­mi­strza prze­mknęło zasko­cze­nie, któ­rego nie zdą­żył ukryć. Może rze­czy­wi­ście zmiany w zacho­wa­niu Doma były dużo bar­dziej widoczne dla kogoś, kto nie oglą­dał ich na co dzień. Kiedy zbli­żał się ter­min roz­prawy, wszy­scy tro­chę osza­le­li­śmy. Tina naku­piła mnó­stwo ksią­żek o rodzi­ciel­stwie, a Domi­nick, który przez całe życie chyba nie prze­czy­tał do końca nawet książki kuchar­skiej, zaczął chło­nąć tę wie­dzę. Chciał mieć pew­ność, że stwo­rzy swo­jej małej sio­strze odpo­wied­nie śro­do­wi­sko. Chciał dać jej wszystko to, czego sam ni­gdy nie dostał.

– Pa, pa. Kocham was – odparła Sally i wyszła z Tiną i Sta­nem z kuchni.

Gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły, Dom odpo­wie­dział na zadane wcze­śniej pyta­nie:

– Byłem zajęty. Nie jest pan zbyt wysoko na mojej liście prio­ry­te­tów.

Bur­mistrz wyraź­nie wal­czył ze sobą, żeby poha­mo­wać iry­ta­cję.

– To może powi­nie­neś prze­my­śleć swoje prio­ry­tety, bo to wstyd, żebym to ja musiał myśleć o two­ich spra­wach za cie­bie. Jesteś doro­słym face­tem. Naj­wyż­szy czas nauczyć się odpo­wie­dzial­no­ści.

Paige oparła się o ple­cami o blat i nawet nie pró­bo­wała uda­wać, że nie pod­słu­chuje. Louis wręcz prze­ciw­nie – wyco­fał się z powro­tem na salę.

Domi­nick wes­tchnął ciężko.

– Mógłby pan naj­pierw wyja­śnić, za co dostaję ochrzan, zamiast pie­klić się bez sensu.

Bur­mistrz zajął miej­sce obok niego.

– Cho­dzi oczy­wi­ście o dom po two­jej matce. Musisz w końcu zro­bić porzą­dek z papie­rami…

Domi­nick natych­miast się spiął. To był jedyny temat, który dzia­łał na niego tak mocno. Odkąd zmarła jego matka, War­ren kilka razy pró­bo­wał mu pomóc sprze­dać tamto miej­sce, ale mój chło­pak nie chciał o tym sły­szeć. Teraz nie było ina­czej. Odsta­wił talerz na blat i wytarł dło­nie gotowy wyjść, ale bur­mistrz zła­pał go za ramię.

– Ucie­ka­nie od odpo­wie­dzial­no­ści nie sprawi, że ta sytu­acja sama się roz­wiąże – powie­dział ostro. – Nie rozu­miem cię. Jestem w sta­nie zapew­nić ci wszystko, czego potrze­bu­jesz, żeby sprze­dać ten dom. Co jest dla cie­bie takim pro­ble­mem?

– Już powtó­rzy­łem to dzie­sięć razy. To nie moja wina, że ma pan pro­blemy z pamię­cią. Nie chcę mieć z tym miej­scem nic wspól­nego. A teraz niech pan zabie­rze łapę i w ogóle się ode mnie odpier­doli.

Zdą­ży­łem się już odzwy­czaić od tego, jak bar­dzo potra­fił być nie­przy­jemny.

– Pro­szę mu wyba­czyć, panie bur­mi­strzu – wtrą­ci­łem uprzej­mie. – Dzi­siaj Ron­nie wyje­chała i to dla niego bar­dzo trudny dzień. Nie jest sobą. Nie wie, co mówi.

Bur­mistrz par­sk­nął pod nosem, ale zabrał rękę z ramie­nia Doma.

– Spo­koj­nie, Lowell. Prze­cież dosko­nale znam tę jego nie­wy­pa­rzoną gębę. Co nie ozna­cza, że powstrzy­mam się przed opo­wie­dze­niem Lin­dzie, jak się do mnie ode­zwał. A ty, Domi­nicku, dobrze się zasta­nów. Jeśli sprze­dasz tamtą ruderę, dosta­niesz tro­chę pie­nię­dzy, które nie­wąt­pli­wie by ci się przy­dały. A jeśli dalej będziesz uda­wał, że ten dom nie ist­nieje, to prze­cież nie roz­pły­nie się w powie­trzu. Będziesz musiał pła­cić podatki. To dodat­kowe obcią­że­nie, na które raczej cię nie stać, skoro żyjesz w bie­dzie i utrzy­mu­jesz dwie sio­stry.

Mój chło­pak wstał na sztyw­nych nogach.

– Nie będę się wkur­wiał przed snem – powie­dział na wyde­chu bar­dziej do sie­bie niż do nas. – Dobra­noc, panie War­ren.

Chcia­łem jakoś go wytłu­ma­czyć, ale w grun­cie rze­czy nie wyda­wało mi się to konieczne. I tak pora­dził sobie lepiej, niż można było się spo­dzie­wać. Bur­mistrz znał jego cha­rak­ter, a mimo to z wła­snej woli do nas wra­cał. Szkoda więc było mar­no­wać czas na dal­sze sie­dze­nie tutaj, skoro alter­na­tywą było poło­że­nie się do łóżka z moim face­tem, w końcu sam na sam.

Poże­gna­łem się więc i pobie­głem na górę.

Rozdział 3

Roz­dział 3

Dom

Tej nocy wyjąt­kowo nie mogłem spać.

Zwy­kle mam bar­dzo lekki sen. To sku­tek wycho­wa­nia pod okiem Jose­pha. Lubił w nocy roz­li­czać mnie za złe zacho­wa­nie. Kiedy spa­łem, mógł przy­szpi­lić mnie do łóżka, kiedy więc budziły mnie jego ciosy, nie mia­łem szansy się obro­nić.

Cho­ciaż dom rodzinny opu­ści­łem wiele lat temu, nie­które wynie­sione stam­tąd cechy cią­gnęły się za mną do tej pory. Ni­gdy nie nauczy­łem się spać spo­koj­nie i stra­ci­łem nadzieję, że kie­dy­kol­wiek się to zmieni.

Po godzi­nie wsłu­chi­wa­nia się w mia­rowy oddech Benny’ego wsta­łem z łóżka. Wzią­łem tele­fon z szafki noc­nej i wysze­dłem na kory­tarz.

To pierw­sza noc bez Ron­nie. Tak, zda­rzały nam się już roz­sta­nia, na przy­kład, gdy była na obo­zie, ale teraz jest ina­czej, bo mam świa­do­mość, że wszystko się zmie­nia. Oczy­wi­ście wiem, że ona potrafi o sie­bie zadbać i że nie mogłem jej zatrzy­my­wać… Ale emo­cje nie zawsze współ­grają z logiką.

Odblo­ko­wa­łem ekran tele­fonu. Nie cze­kała na mnie żadna wia­do­mość od Ron­nie. Nie pisała dziś zbyt wiele. Odpi­sała tylko „OK”, gdy Gen poin­for­mo­wała na gru­po­wym cza­cie, że doje­cha­li­śmy do hotelu. Wie­czo­rem dała jesz­cze znać, że poznała współ­lo­ka­torkę.

I to tyle.

Już potra­fi­łem sobie wyobra­zić, co powie mi tera­peutka: że muszę dać mło­dej prze­strzeń i że pew­nie była zajęta pozna­wa­niem ludzi i roze­zna­wa­niem się w nowym miej­scu. Czaję to. Nijak jed­nak nie zmie­niało to mojego samo­po­czu­cia. Nikomu nie mogłem powie­dzieć o swo­ich emo­cjach, bo prze­cież wie­dzia­łem, że nie mogę kon­tro­lo­wać życia sio­stry, choć­bym miał naj­lep­sze inten­cje.

Wzią­łem kilka głę­bo­kich wde­chów. Parę razy pró­bo­wa­łem coś do niej napi­sać, ale żadna wia­do­mość nie wyda­wała się odpo­wied­nia. Nie powi­nie­nem jej osa­czać. Abso­lut­nie nie mogłem wywo­ły­wać w niej wyrzu­tów sumie­nia. Musia­łem dać jej prze­strzeń.

Scho­wa­łem więc tele­fon do kie­szeni i chcia­łem wró­cić do pokoju, ale wtedy moją uwagę przy­kuła smuga świa­tła sącząca się spod drzwi daw­nego pokoju Bena. Teraz była to sypial­nia Sally. Docho­dziła pół­noc. Nie było żad­nego powodu, dla któ­rego mała powinna jesz­cze nie spać.

Posze­dłem to spraw­dzić. Zapu­ka­łem do drzwi i jed­no­cze­śnie deli­kat­nie naci­sną­łem klamkę.

– To ja. Wcho­dzę. Mogę? – zapy­ta­łem, cho­ciaż nie wyobra­ża­łem sobie, żeby odmó­wiła.

Sally sie­działa na łóżku z pod­kur­czo­nymi nogami. Obej­mo­wała kolana cia­sno ramio­nami i ciężko oddy­chała przez usta. Patrzyła na mnie swo­imi wiel­kimi oczami, a ja poczu­łem ucisk w piersi. Wyglą­dała, jakby coś śmier­tel­nie ją prze­ra­ziło.

Usia­dłem na brzegu mate­raca.

– Czemu nie śpisz? Stało się coś? – zapy­ta­łem łagod­nie, ale ona nie odpo­wie­działa, więc musia­łem zga­dy­wać. – Mia­łaś zły sen?

Poki­wała głową. To już jakiś począ­tek.

– Mam spraw­dzić, czy pod łóż­kiem nie ma potwo­rów?

Chcia­łem ją roz­ba­wić, ale zde­cy­do­wa­nie mi się to nie udało. Ucie­kła spoj­rze­niem, jakby sam fakt, że została przy­ła­pana, ją zawsty­dził.

Musia­łem spró­bo­wać ina­czej.

– Sally, jeśli coś cię nie­po­koi, to mnie wołaj. Nie musisz radzić sobie sama. Po to masz doro­słych w swoim życiu, żeby ci poma­gali.

– Okej – odparła szybko, ale nie­zbyt prze­ko­nu­jąco.

Wszy­scy z ekipy zachwy­cali się tym, jakim bez­pro­ble­mo­wym dziec­kiem jest Sally, ale to było błędne myśle­nie. Ow­szem, była samo­dzielna i spo­kojna, ale dobrze wie­dzia­łem, skąd się to brało. Dużo bar­dziej wolał­bym, żeby była roz­trze­pana i hała­śliwa, ale potra­fiła mówić o swo­ich potrze­bach. A tak musia­łem sam się wszyst­kiego domy­ślać, jed­no­cze­śnie uwa­ża­jąc, żeby nie zawieść jej zaufa­nia. Z nią wszystko wyglą­dało ina­czej niż z Ron­nie. Ron­nie nie znała życia beze mnie. Zawsze byłem obok. Sally… Mia­łem nadzieję, że z cza­sem zapo­mni, jak wyglą­dało życie przed hote­lem. Na razie demony z domu rodzin­nego wciąż mogły ją nawie­dzać.

– Tutaj nie ma się czego bać. Jestem za ścianą i ni­gdy nie pozwolę, żeby coś ci się stało. Jesteś tu cał­ko­wi­cie bez­pieczna. Połóż się spo­koj­nie, pomyśl o czymś miłym. Posie­dzę z tobą, dopóki nie zaśniesz, dobrze?

Widzia­łem waha­nie na jej twa­rzy, więc przy­su­ną­łem się bli­żej.

– Sally, pro­szę cię, mów mi o swo­ich potrze­bach.

Ona czę­sto bała się roz­ma­wiać ze mną. Co zabawne, bo ja z nią też. Mia­łem wra­że­nie, że wszystko, co robię, będzie miało na nią nie­od­wra­calny wpływ. Tak bar­dzo nie chcia­łem zje­bać jej życia, a z moim cha­rak­te­rem wyda­wało się to wyjąt­kowo łatwe.

– A Ben śpi? – zapy­tała nie­pew­nie.

W końcu jakiś komu­ni­kat.

– Tak, ale jeśli chcesz, możemy pójść się do niego przy­tu­lić. Mamy wiel­kie łóżko, a ty jesteś malutka. Zmie­ścisz się.

W końcu udało mi się wykrze­sać z niej coś na kształt uśmie­chu. Gdy zaczęła wsta­wać, poczu­łem się jak zwy­cięzca. Roz­gry­złem tę sytu­ację, więc nie było ze mną aż tak źle.

Benny spał na ple­cach po lewej stro­nie łóżka, z jedną ręką nad głową, a drugą luźno uło­żoną wzdłuż ciała. Sally po cichu wgra­mo­liła się pod koł­drę i objęła rącz­kami jego przed­ra­mię. On nijak na to nie zare­ago­wał, pogrą­żony w głę­bo­kim śnie.

Mia­łem na końcu języka pyta­nie, czy włą­czyć świa­tło, ale wyglą­dało na to, że mojej sio­strze nic wię­cej nie było potrzebne, żeby się uspo­koić.

Szkoda, że nie mogłem powie­dzieć tego samego o sobie.

Długo gapi­łem się w sufit, a potem jesz­cze dłu­żej w tele­fon, ale Ron­nie też już mnie nie potrze­bo­wała.

Ani Ron­nie, ani Sally.

Trudno było zasnąć z tą myślą.

Następ­nego dnia mia­łem zmianę w kuchni. Wyda­wało mi się, że ledwo zamkną­łem oczy, a gdy otwo­rzy­łem je ponow­nie, już było rano. Przez chwilę się nie rusza­łem, pró­bu­jąc poukła­dać sobie rze­czy­wi­stość. Dopiero po kilku sekun­dach dotarły do mnie ciche odde­chy nie jed­nej, a dwóch osób.

Odwró­ci­łem głowę.

Benny dalej spał, tylko teraz leżał na boku, zwró­cony twa­rzą do Sally. W nocy musiał odru­chowo objąć ją ramie­niem, bo była mocno w niego wtu­lona. Miała roz­czo­chrane włosy opa­da­jące na pół twa­rzy, ale oddy­chała spo­koj­nie, bez śladu napię­cia z wczo­raj. Wyglą­dali tak, jakby to było dla nich cał­ko­wi­cie natu­ralne.

Upew­niw­szy się, że mam wyci­szony tele­fon, zro­bi­łem im zdję­cie. Gdy wsze­dłem w gale­rię, żeby zoba­czyć, jak wyszło, poczu­łem ukłu­cie w klatce pier­sio­wej.

To głu­pie. Prze­cież wła­śnie tego chcia­łem – żeby moja mała sio­stra mogła pole­gać na kimś nor­mal­nym. Benny był moim bło­go­sła­wień­stwem, a teraz rów­nież jej. Dzięki niemu Sally nie była ska­zana na moje waha­nia nastro­jów, zmę­cze­nie i wszyst­kie inne rze­czy, któ­rych nie potra­fi­łem robić dobrze.

Powi­nie­nem się cie­szyć. Część mnie naprawdę się cie­szyła, ale gdy patrzy­łem na jej dłoń zaci­śniętą na jego koszulce, nie mogłem pozbyć się myśli, że to prze­cież moje miej­sce.

To ja jestem jej bra­tem. Ja powi­nie­nem umieć uci­szyć jej lęki. Ja powi­nie­nem pro­wa­dzić ją przez życie. Ja powi­nie­nem być pierw­szym odpo­wie­dzial­nym doro­słym, do któ­rego idzie, gdy cze­goś potrze­buje.

A jed­nak w nocy od razu zapy­tała o Bena. Przy Benie zasnęła bez pro­blemu. Nawet nie musiał nic mówić. To do Bena wycią­gała ręce, gdy chciała, żeby ktoś ją pono­sił. Nawet gdy cho­dziło o coś tak głu­piego jak pogła­ska­nie psa, to na niego spoj­rzała z pyta­niem o zgodę.

Prze­tar­łem twarz dłońmi, pró­bu­jąc uspo­koić nie­pew­ność ści­ska­jącą mnie pod żebrami. Wie­dzia­łem, że powi­nie­nem dać temu spo­kój. Tylko że ni­gdy nie nale­ża­łem do osób, które odpusz­czają. Raczej do tych, co reagują zbyt gwał­tow­nie i zbyt szybko, a póź­niej muszą prze­pra­szać.

Znie­na­wi­dzi­łem Bena na całe trzy sekundy…

Bo wtedy otwo­rzył oczy. Uchy­lił je lekko, po czym znowu zamknął. Dopiero gdy jego jesz­cze nie­obu­dzony mózg zare­je­stro­wał, że na niego patrzę, uśmiech­nął się sen­nie. Natych­miast ogar­nęły mnie wyrzuty sumie­nia za wszyst­kie myśli, które krą­żyły mi po gło­wie.

Benny prze­cią­gnął się ostroż­nie, bo poczuł napie­ra­jący na niego cię­żar ciała sze­ścio­latki.

– A co tu robi ten mały gnom? – zapy­tał pół­szep­tem.

Zwy­kle, gdy Ben się budził, ja już od dawna byłem w kuchni. Rzadko widy­wa­łem go tak zaspa­nego, dla­tego jego zachryp­nięty po nocy głos na­dal robił na mnie wra­że­nie. Prze­łkną­łem ślinę, sta­ra­jąc się zigno­ro­wać dresz­cze, które prze­bie­gły mi po krę­go­słu­pie.

– Miała wczo­raj kosz­mary i dała mi do zro­zu­mie­nia, że uspo­koi ją tylko twoja obec­ność – wyja­śni­łem.

Usta Bena roz­cią­gnęły się w uśmie­chu. Sen­nie prze­tarł oczy.

– Mogłeś mnie obu­dzić.

Zawa­ha­łem się. Z tera­peutką wie­lo­krot­nie wał­ko­wa­li­śmy, że powi­nie­nem mówić wprost o moich uczu­ciach.

Jakby to było takie pro­ste.

Ale z Benem warto było pró­bo­wać. Miał nie­skoń­czone pokłady cier­pli­wo­ści i zawsze robił wszystko, żeby było nam jak naj­le­piej.

– Wiesz… – zaczą­łem, ale zabrzmiało to jakoś dziw­nie. Odchrząk­ną­łem. – To tro­chę przy­kre, że moja sio­stra bar­dziej polega na moim chło­paku niż na mnie.

Może to kwe­stia wcze­snej pory, ale nawet nie prze­two­rzył do końca moich słów. Zaśmiał się cicho i zbył mnie krót­kim:

– To nie są zawody.

Poczu­łem iry­ta­cję. Chyba nie wyra­ża­łem się wystar­cza­jąco jasno. Musia­łem spró­bo­wać ina­czej.

– Może i nie, ale to ja jestem jej bra­tem. Ja jestem jej opie­ku­nem na papie­rze. Spę­dzi­łem mnó­stwo czasu, przy­go­to­wu­jąc się do tego. Nie popeł­ni­łem jesz­cze żad­nego błędu. Ani razu nie stra­ci­łem pano­wa­nia nad ner­wami… Wszystko robię naj­le­piej, jak potra­fię. Dla­czego to nie działa?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki