Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
lub
0 zł
29,98 zł
14,99 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Ronnie rozpoczyna naukę w wymarzonej szkole. Szybko jednak zderza się z rzeczywistością. Trenerka jest bardzo wymagająca, podobnie jak nauczyciele. Dziewczyna jest nieustannie zmęczona i, nieważne jak bardzo się stara, wciąż nie osiąga takich wyników, jakich oczekuje.
Dodatkowo tęskni za bliskimi, w których życiu również wiele się dzieje. Genevieve i Benjamin rozpoczęli studia. Louis ma pierwszą w życiu dziewczynę. Stan i Tina lada moment powitają na świecie dziecko, a Dominick całą uwagę poświęca swojej sześcioletniej siostrze.
Ronnie nigdy wcześniej nie czuła się tak samotna. Przytłoczona smutkiem, żalem i poczuciem niezrozumienia, podejmuje szereg złych decyzji, z których konsekwencjami będzie musiała się zmierzyć. Teraz oddałaby wiele, by znów być po prostu małą siostrzyczką, która może schować się za plecami starszego brata.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 424
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 11 godz. 30 min
Lektor: Tomasz Urbański
Copyright © by Kamila Kolińska 2026 Copyright © by TIME SA 2026
Wydawczyni: Natalia Gowin Redakcja: Malwina Kozłowska Korekta: Jolanta Kucharska, Monika Kociuba / e-DYTOR Projekt okładki i stron tytułowych: Ewa Popławska
TIME SA ul. Jubilerska 10, 04-190 Warszawa Facebook.com/hardewydawnictwo Instagram.com/hardewydawnictwo Tiktok.com/@hardewydawnictwo
Dział sprzedaży i kontakt z czytelnikami: harde@grupazpr.pl
ISBN 978-83-8343-804-7 Warszawa 2026 Wydanie pierwsze
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Serię No better friends najlepiej czytać w następującej kolejności:
Genevieve nie mówiła wszystkiego
Benjamin nie potrafił zapomnieć
Dominick nie zamierzał odpuścić
Ronnie nie wierzyła w przyszłość
Rozdział 1
Ronnie
Długo wpatrywałam się w swoje odbicie w lustrze. Chyba podświadomie spodziewałam się, że gdy ten dzień nadejdzie, zobaczę swoją wielką przemianę. Przecież teraz wszystko miało się odwrócić o sto osiemdziesiąt stopni. Nic już nie będzie takie samo jak dawniej.
A jednak pozostałam dokładnie taka jak wczoraj, przedwczoraj i tydzień temu. Te same rozczochrane włosy, które potrafiły poskromić tylko prostownica albo ciasno splecione warkocze, ta sama twarz i te same oczy… Oczy mojej matki.
Odwróciłam wzrok, żeby o tym nie myśleć. A może moją uwagę przykuł trzask drzwi? W mojej głowie działo się za dużo, żebym wiedziała to na pewno.
Do pokoju wszedł Louis. Nieco dramatycznie ominął wielką walizkę, którą postawiłam na środku, a gdy dostrzegł mnie przed lustrem w łazience, uśmiechnął się szeroko.
– Tu jesteś!
Zmarszczyłam brwi.
– A gdzie miałabym być, jeśli nie w swoim pokoju?
Louis nic sobie nie zrobił z mojego nieprzyjemnego tonu. Stanął za mną i otoczył mnie ramionami, przyciskając do piersi. Mogłabym przysiąc, że powąchał moje włosy.
– Nasze hotelowe dziecko dorosło – wymruczał rozczulony. – Zastanawialiśmy się właśnie, czy jest jakiś powód, dla którego nie chcesz zjeść wspólnie z nami ostatniego śniadania.
Wyswobodziłam się z jego uścisku.
– Nie jestem dzieckiem. I nie zachowuj się, jakbym kończyła żywot. Ja po prostu wyjeżdżam do szkoły. Nim się obejrzysz, będę z powrotem.
– Ta, jasne. W nowej szkole wypatrzy cię jakiś łowca talentów i wyprowadzisz się tam, gdzie cię zakontraktują – odparł takim tonem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem. – Żadne z nas nie ma wątpliwości, że właśnie wyfruwasz z gniazda na dobre.
Duma i żal w jego głosie mieszały się tak idealnie, jakby wcześniej to wyćwiczył. Miło było wiedzieć, że wszyscy z taką łatwością we mnie wierzą. Mój sukces wydawał się im oczywisty, chociaż w sporcie nigdy nic nie jest takie proste. Ich wiara mogła brać się z niewiedzy lub naiwności, ale i tak miło było mieć wsparcie.
– Nie mogę zejść na dół – odparłam i odwróciwszy się z powrotem do lustra, pociągnęłam się za włosy. – Jak ja wyglądam? Zaraz przyjedzie Chad. Nie chcę, żeby zapamiętał mnie taką obrzydliwą, skoro następnym razem zobaczę się z nim dopiero za dwa tygodnie.
– Kogo nazywasz obrzydliwą? – Głos mojego brata sprawił, że drgnęłam. Nawet nie usłyszałam, kiedy wszedł. – Bo jeżeli samą siebie, to się pogniewamy. Wyglądasz jak damska wersja mnie, a ja przecież jestem śliczny.
Louis parsknął i przesunął się w bok, gdy Dom zajął jego miejsce. Stanął za mną i przez chwilę patrzył to na mnie, to na siebie, jakby porównywał subtelne różnice w naszych twarzach. Zawsze byliśmy podobni, oboje wdaliśmy się w matkę, lecz brakowało nam w oczach tej iskry okrucieństwa, którą zapamiętałam z domu rodzinnego. Od niedawna na twarzy mojego brata gościły pewne rzeczy, których wcześniej tam nie było. Blizny na łuku brwiowym i nad ustami nie zniknęły całkowicie, mimo że Genevieve codziennie przypominała mu o smarowaniu ich maścią. To pamiątki po walce, której żadne z nas nie chciało toczyć, i choć Dom zawsze stawał w mojej obronie, ja nie odwdzięczyłam się tym samym. Tyle lat opłacał moje treningi, a w ostatecznym rozrachunku nie było mnie przy nim, żeby powstrzymać Josepha.
Te jasne ślady na twarzy brata zawsze będą mi o tym przypominać.
W zamyśleniu uniosłam dłoń i dotknęłam swojej twarzy w miejscu, gdzie Dom miał bliznę. Zorientował się, co robię, o sekundę szybciej niż ja. Bez wątpienia zgadł, dokąd zabrały mnie wspomnienia. Oderwał spojrzenie od lustra i kiwnął na szczotkę. Gdy mu ją podałam, zabrał się do zaplatania mi warkoczy.
– Nadal nie nauczyłaś się robić tego sama? – zapytał Lou.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo Dominick kazał mu się ode mnie odwalić. Owszem, nauczyłam się czesać, ale lubiłam, gdy mnie w tym wyręczał.
– Zapadła w końcu jakaś decyzja, kto ze mną jedzie?
– To delikatny temat – odparł Louis. – Kłócimy się tak zaciekle, że chyba ostatecznie rozstrzygniemy to na pięści.
– Przecież już dawno postanowione. Ja, Ben, Gen i Chad – wyjaśnił Dom. – Twój głupi chłopak upiera się, że będzie prowadzić.
Zmrużyłam oczy, próbując wyczytać coś z jego twarzy, ale pochylił głowę, żeby nałożyć gumkę na pierwszy warkocz.
– Chad już tu jest czy z nim pisałeś?
– Dwie rzeczy w tym zdaniu mogą być praw… Ej, jeszcze nie skończyłem! – zawołał, gdy zerwałam się z miejsca.
– Jak mogliście mnie tak bezsensownie zagadywać, wiedząc, że mój chłopak czeka na dole?! – zaperzyłam się. – No pospiesz się z tymi włosami! Czeszesz mnie już tyle lat, a nadal schodzi ci z tym tyle, jakbyś był pieprzonym amatorem!
Ani Dom, ani Louis nie wyglądali na przejętych moim wybuchem. Lou zbliżył się i zablokował przejście, żeby mój brat w spokoju skończył fryzurę.
– Odwlekamy, jak możemy, moment, w którym będziemy musieli oddać cię światu.
– Och, zamknij się!
– Wyrażaj się, jeszcze za nami zatęsknisz.
Miałam dosyć tego głupiego gadania. Przynajmniej tak mi się wydawało dopóty, dopóki faktycznie nie musiałam opuścić pokoju. Nie zostawiałam go całkowicie pustego – wszystkie rzeczy i tak nie zmieściłyby się do walizki. Zresztą będę tu często wracać. Wyprowadzam się tylko dlatego, że tak będzie wszystkim wygodniej. Moja nowa szkoła znajduje się dosłownie na drugim końcu miasta. Gdyby ktoś musiał mnie codziennie wozić, zajmowałoby to mnóstwo czasu, którego, zgodnie z planem zajęć, i tak nie miałam, a do tego pochłaniałoby masę pieniędzy. Pokój w akademiku dostałam w ramach stypendium, więc decyzja była oczywista.
Nie mogłam się doczekać tego dnia, ale teraz wcale nie było łatwo. Nie chciałam jednak dać tego po sobie poznać. Louis wziął moją walizkę, bo Dominick skarżył się, że od dźwigania bolą go żebra. Parę miesięcy temu nasz ojczym mu je połamał, więc nikt nie podważał samopoczucia Doma. Ciocia suszyła mu głowę, żeby zapisał się na prześwietlenie, ale nie brał sobie tego do serca.
W windzie nie rozmawialiśmy. Dawniej cisza była tak naturalna, że nawet jej nie zauważaliśmy, ale teraz wydawało się, że powinniśmy wykorzystać każdą chwilę, żeby mówić cokolwiek, bo już za kilka godzin naszą najczęstszą formą komunikacji stanie się czat grupowy.
Winda zatrzymała się na parterze, a gdy z niej wysiedliśmy, od razu przywitał nas podniesiony głos Owena Warrena.
– Ile razy mam wam powtarzać, wy uparci kretyni, że winda jest dla gości, a nie dla was?!
Nikomu nie podobało się, że bywał tu tak często. To znaczy Dominickowi chyba nie przeszkadzało. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że lubił wyprowadzać go z równowagi.
– No to po co dojeżdża na czwarte piętro? – zapytał niewinnie mój brat.
– Bo liczę, że w końcu się usamodzielnicie i wyprowadzicie, a te pokoje zostaną odpowiednio zagospodarowane!
Trzeba było mu przyznać, że jego pomysły i inwestycje się zwracały. Hotel powoli cieszył się coraz większym zainteresowaniem, a my coraz bardziej odczuwaliśmy, że brakuje rąk do pracy.
Ciocia wyszła zza biurka w recepcji, jak zwykle, gdy głos syna burmistrza przybierał tę piskliwą barwę świadczącą o tym, że ze wszystkich sił powstrzymuje się przed krzykiem.
– Daj im spokój, Owen – powiedziała bez większych emocji, po czym zamknęła mnie w uścisku. – Cześć, dzieciaku. Dziś twój wielki dzień. Jak się czujesz?
Oni wszyscy musieli być w zmowie. Chcieli mnie wkurzyć tym nazywaniem dzieckiem. Darowałam sobie jednak oskarżenie ich o to na głos. Zapewniłam ciocię, że wszystko u mnie w porządku, i oddałam jej klucze do mojego pokoju. Zawahała się, zanim je przyjęła.
– Wiesz, że to nadal jest i będzie twój pokój, prawda? To, że zaczynasz nowy etap w życiu, niczego nie zmienia.
– Wiem, ale klucze to taka mała rzecz. Tam musiałabym ich pilnować, a tutaj będą bezpieczne.
Owen wymruczał coś o nauce odpowiedzialności, ale chłopacy najwyraźniej nie chcieli, żebym tego słuchała. Louis delikatnie pchnął mnie w stronę restauracji.
W kuchni już panował ruch, chociaż tylko jedna osoba faktycznie pracowała. Paige Hewson stała przy garnkach i nawet nie podniosła na nas wzroku. Jakiś czas temu ciocia i Owen uznali, że muszą zatrudnić kolejnego kucharza. Tina niedługo miała rodzić, i chociaż początkowo upierała się, że chce pracować aż do porodu, teraz coraz szybciej się męczyła, a Stan musiał wręcz zmuszać ją do odpoczynku. Chociaż Linda i Warren byli zgodni co do potrzeby zatrudnienia kucharza, syn burmistrza ewidentnie miał na myśli kogoś z zewnątrz. Delikatnie mówiąc, nie był zachwycony, gdy dowiedział się, że do hotelowej załogi dołącza kolejna osoba z grona naszych bliskich znajomych, i to w dodatku bez żadnego doświadczenia. Dominick obiecał, że wszystkiego ją nauczy, a ja byłam pewna, że Owen każdego dnia żałuje decyzji o inwestycji w nasz hotel.
Było jeszcze wcześnie, a jednak Genevieve i Chad już zdążyli przyjechać. Wzruszyła mnie myśl, że są tutaj o tej porze specjalnie dla mnie. Pili właśnie kawę z Tiną, której brzuch był już tak wielki, że wyglądał, jakby mógł wybuchnąć w każdej chwili. Powstrzymałam się jednak od powiedzenia tego na głos. Louis popełnił kiedyś podobny błąd i gdy Tina się rozpłakała, wszyscy się na niego wściekli.
Dominick wyjął kubek z rąk przyjaciółki, gdy była w połowie opowiadania jakiejś historii. Ledwo otworzyła usta, żeby zaprotestować, a on już zdążył wylać napój do zlewu.
– Ej! Jesteś wredny – oznajmiła Tina.
– A ty nieodpowiedzialna. W ciąży nie można pić kawy.
– Można! Doedukuj się, zanim zaczniesz za mnie decydować! Mój lekarz uważa, że lepiej nie przesadzać z ostrożnością, bo potem dziecko urodzi się nieodporne na różne rzeczy.
– Twój lekarz to debil i powinien stracić prawo do wykonywania zawodu – odparł Dom.
– Twój psycholog to jeszcze większy debil, bo najwyraźniej nie potrafi poskładać twojego skretyniałego mózgu do kupy i…
– Ej! – zawołał Ben, chociaż w jego głosie było więcej rozbawienia niż oburzenia.
Nie dostrzegłam go od razu. Nie siedział na krześle jak cała reszta, tylko na podłodze, i szybko zrozumiałam dlaczego. Sally lubiła malować, leżąc na brzuchu. Tina próbowała ją przekonać, że wygodniej będzie jej przy blacie, ale dziewczynka tylko patrzyła na nią bez cienia emocji. Zamiast walczyć z małą, Dom kupił jej materac przypominający trochę legowisko dla psa.
– Hej wam – przywitałam się, bo jakoś nikt nie zwrócił na mnie uwagi.
Genevieve pierwsza zerwała się z miejsca. Tina chyba chciała jej dorównać, ale nie było to już takie proste. Dominick podał jej rękę w niemym geście pomocy, ale ona ostro kazała mu spadać.
Gdy dziewczyny skończyły mnie przytulać, przyszła kolej na mojego chłopaka. Wtuliłam się w jego klatkę piersiową. To było moje ulubione uczucie na całym świecie. Usłyszałam z boku cichy głos, chyba Gen, że jesteśmy słodcy. Uniosłam głowę, a Chad od razu zrozumiał, o co mi chodzi. Pochylił się i szybko cmoknął mnie w usta.
Wtedy błysnął flesz, tak niespodziewanie, że gdybyśmy nie zamknęli oczu, pewnie by nas oślepił. Jęknęłam, odsuwając się od Chada. Genevieve machała małym zdjęciem między palcami, szczerząc się do nas szeroko.
– Myślałam, że już dawno wyrzuciłaś ten aparat – powiedziałam.
– Nigdy! Owszem, dawniej był dla mnie zastępstwem Instagrama, gdy przez wiadomo kogo nie mogłam używać mediów społecznościowych. Ale ostatnio uznałam, że dobrze byłoby wrócić do takich namacalnych pamiątek. Więc tak, przygotujcie się wszyscy na wielki powrót polaroidów.
– Ekstra. – Dominick zareagował z przesadnym entuzjazmem, po czym usiadł na podłodze między Sally a Benem. – Co tam rysujecie?
Kariera Bena ostatnio nabrała rozpędu. Jego prace zostały docenione i dostał zlecenie wykonania ilustracji do jakiejś książki fantasy. Ma stworzyć ich kilka, po jednej do każdego rozdziału, ale książka była strasznie długa. Spędziliśmy razem kilka wieczorów, podczas których ja zdążyłam obejrzeć cały sezon serialu, a on wciąż nie skończył jej czytać.
– Liczę, że mała mnie zainspiruje do projektu – powiedział Ben.
Zerknęłam przez ramię Doma. Sally rysowała głównie księżniczki w ogromnych sukniach.
– Dorysuj tu smoka, a zrobi się fantastyka – zasugerowałam.
Zaśmiałam się na myśl o kontraście, gdyby kreska Bena spotkała się z tymi dziecięcymi bazgrołami Sally.
– I księcia, który uratuje księżniczki – dodał Louis.
– Księżniczki same się uratują – warknęła Tina. – Nie wpajaj jej patriarchalnych bzdur od najmłodszych lat.
Lou wymruczał coś o tym, że nie może się doczekać, aż Tina urodzi, bo chyba przez to jest taka nieznośna, ale gdy poprosiła, żeby powtórzył głośniej, już się nie odważył.
– A gdzie twój książę? – zapytałam, żeby zmienić temat.
– Nie jesteś zabawna. Stan jest w pracy. Liczył, że się obudzisz, zanim pojedzie. Nawet chciał zadzwonić do szefa i powiedzieć, że się spóźni, ale stwierdziłam, że nie obrazisz się, jeśli nie zdąży się z tobą pożegnać – wyjaśniła Tina.
Dom wstał z podłogi, bo przypomniał sobie, że czekam na śniadanie. Louis w tym czasie podał mi kawę.
– Zabierzesz go ze sobą? – zapytała Gen, wskazując na mój kubek z owieczką.
Potrząsnęłam głową. Nie mogłabym. Wtedy naprawdę poczułabym się tak, jakbym wyprowadzała się stąd na zawsze.
Przyjęłam od brata owsiankę czekoladową. Musiał przygotować ją już wcześniej, bo płatki zdążyły napęcznieć i zrobiła się z nich obleśna breja.
– Fuj. Wiesz, że nie lubię, jak robi się z tego papka.
Dominick uniósł wzrok do sufitu.
– Nie masz pojęcia, jak bardzo nie będzie mi brakowało tego marudzenia… No dobrze, niech stracę. To twój ostatni dzień. Czego księżniczka sobie życzy?
– Przecież i tak to zjem. Po prostu mógłbyś się trochę wysilić i zapamiętać, co lubię, a czego nie.
Dom i Ben wymienili spojrzenia, których nie zrozumiałam. Paige też to zauważyła i parsknęła pod nosem.
– Sorry, chłopaki! – Zaśmiała się. – Nadal nie mogę się przyzwyczaić do tego waszego tatusiowania. Wciąż mam przed oczami obraz Doma sprzed lat.
– On wcale nie… – zaczęłam, ale w połowie zdania uznałam, że nie warto angażować się w tę rozmowę. – Jem to na szybko i spadamy. Chad, ty jadłeś śniadanie?
Mój chłopak zajął miejsce obok mnie.
– Tak, jeszcze w domu przed wyjazdem, a potem tutaj twój brat praktycznie wcisnął mi owsiankę do gardła.
Pochyliłam się nad talerzem, żeby ukryć uśmiech. Wbrew temu, co Chad mógł sobie myśleć, to był bardzo dobry znak.
Po śniadaniu wszyscy znowu zaczęli mnie ściskać, aż zrobiło się to trochę wkurzające. W którymś momencie Owen Warren wpadł do kuchni, żeby nakrzyczeć na nas, że jesteśmy za głośno i że słychać nas na sali, a to nieprofesjonalne. Ponieważ nikt specjalnie się tym nie przejął, odwrócił się na pięcie i chciał wyjść, przeklinając nas pod nosem, ale Genevieve go zatrzymała.
– Jak już tu jesteś, to może mógłbyś zrobić nam zdjęcie? Zależy mi, żebyśmy wszyscy byli w kadrze.
Mina Bena uświadomiła mi, że był to prawdopodobnie pierwszy raz, gdy Gen zwróciła się z taką swobodą do kogoś z rodziny Warrenów w naszej obecności. Raczej unikała przebywania z Owenem albo burmistrzem w tej samej przestrzeni, a już na pewno nie wdawała się z nimi w pogawędki. On sam też wydawał się zdziwiony, bo nieco sztywno wyciągnął rękę po aparat. Jestem przekonana, że gdyby z taką prośbą wyskoczyli mój brat albo Lou, Owen kazałby im iść do diabła.
– Ale tak w kuchni? Mało klimatyczne – uznała Tina z krzywą miną.
– Właśnie bardzo klimatyczne. Przecież to jest nasze ulubione miejsce na świecie – zapewniła Gen i zaczęła ustawiać nas do zdjęcia.
Kazała mi stanąć na samym środku. Po jednej stronie miałam Chada, po drugiej brata. Obok niego stał Ben. Sally podeszła i od razu wyciągnęła do niego ręce. Rozśmieszyło mnie to. Jakiś miesiąc temu zaczęłam zauważać, że robi się z niej straszna przylepa. Gdy wróciłam z letniego obozu, już na dobre wieszała się na Benie jak małpa, a on nie potrafił jej odmówić. Jak tak dalej pójdzie, od noszenia jej zaczną mu rosnąć mięśnie.
Tym razem też, zgodnie z wolą mojej siostry, Ben ją podniósł i usadził sobie na biodrze. Gen zaprosiła Paige do zdjęcia, ale ta próbowała protestować. Bardzo ją polubiliśmy, jednak ona wciąż nie czuła się częścią naszej grupy. Zamknęła usta dopiero wtedy, gdy Louis przyciągnął ją do siebie.
– Gotowi? – zapytał opryskliwie Warren.
– Tak… Ale super by było, gdybyś mógł jednak zrobić dwa zdjęcia – poprosiła Gen.
Nie skomentował tego. Flesz błysnął, a Sally od razu zaczęła przecierać oczy. Nikt nie przygotował jej na moc lampy. Na drugim zdjęciu zasłaniała już twarz, a Ben i Dom nie patrzyli w obiektyw, tylko na nią, z minami na wpół zaniepokojonymi, na wpół rozbawionymi. Genevieve pozwoliła mi wybrać, które wolę. Wzięłam to drugie. Było dużo bardziej naturalne i prawdziwe. Już miałam schować je do kieszeni, ale Gen zabrała mi je z ręki.
– Potrzebuję go na sekundkę… Możecie już iść pakować walizki do auta. Zaraz was dogonię.
Paige przytuliła mnie po raz ostatni, bo jako jedyna musiała zostać w kuchni. Pozostali wyszli za mną na zewnątrz. Louis chciał wziąć moją walizkę, ale Chad go uprzedził.
Ciocia Linda zakończyła pospiesznie rozmowę przez telefon i podążyła za nami.
– Urwanie głowy… Mam nadzieję, że nie czujesz się przez to zignorowana – zaczęła, ale nie dała mi szansy odpowiedzieć. – Muszę wracać użerać się z idiotą od klimatyzacji. Ale, Ronnie, chcę, żebyś wiedziała, że jestem z ciebie bardzo, bardzo dumna.
– Trochę spoilerujesz moją przemowę – wymruczał gdzieś obok mój brat.
Linda uśmiechnęła się i pogładziła mnie po policzku.
– W takim razie dodam tylko, że bez względu na to, dokąd zaprowadzi cię los, tutaj zawsze będzie twój dom. Zawsze będziesz miała dokąd wrócić. A teraz zmykaj i daj nam jeszcze więcej powodów do dumy.
Przytuliłam ją ponownie. Coraz mocniej docierała do mnie waga tej chwili. Chad zamknął walizkę w bagażniku, a ja patrzyłam, jak Gen mija się w progu z ciocią. Niosła coś w rękach, ale z tej odległości nie widziałam co to.
– To taki mały prezent od nas wszystkich – powiedziała Tina, gdy zdyszana przyjaciółka stanęła obok. – Żebyś o nas nie zapomniała w tym wielkim świecie.
– Przeprowadzam się najwyżej półtorej godziny jazdy autobusem stąd. – Zaśmiałam się. – Ale bardzo dziękuję.
– Nie dziękuj jeszcze. Otwórz – ponaglił mnie Louis.
Wyjęłam z koperty kartkę, która wydawała się okolicznościową, ale ewidentnie była zrobiona własnoręcznie. Zielony papier ozdobiony kwiatkami powycinanymi z kolorowych kartek od razu podpowiedział mi, że za projekt odpowiadali Sally i Ben. W środku czekały na mnie życzenia.
Kochana Ronnie
powodzenia na nowym etapie życia. Nie możemy się doczekać, żeby zobaczyć, co Ci przyniesie.
Trzymamy kciuki
KOCHAMY CIĘ NAJMOCNIEJ NA ŚWIECIE <333
Podpisy ekipy były porozrzucane po całej stronie tak, żeby na środku zmieściło się jeszcze zdjęcie sprzed chwili, które Gen szybko wkleiła.
– Jesteście przekochani – powiedziałam, patrząc po ich twarzach. – Będę za wami tęsknić.
– Ja już usycham z tęsknoty – odparł Louis. – Ale to nie koniec.
Nie wiedziałam, o co mu chodziło. Gdy wskazał na kopertę, zajrzałam do środka.
Otworzyłam szeroko usta.
– No co wy! – zawołałam, wyciągając z niej kilka banknotów.
– To na start – wyjaśniła Tina. – Wszyscy się złożyliśmy.
– Ale ja nie zaczynam nowego życia! Przypominam, że wyprowadzam się tylko po to, żeby dokończyć szkołę…
– Dobra, dobra – przerwał mi Louis. – Pozwól nam zrobić coś miłego. Kochamy cię, młoda.
Tym razem jakoś nie przeszkadzało mi to określenie. Przytuliłam Lou i Tinę po raz ostatni. Potem kucnęłam przy Sally i zapytałam, czy też chce się przytulić. Dominick miał obsesję na punkcie szanowania jej granic, więc nikt nie mógł nawet złapać jej za rękę bez jej zgody. Po krótkim uścisku brat przejął ją ode mnie.
– To tak, jak się umawialiśmy. Tina zaprowadzi cię do Paige i posiedzisz sobie z nią, okej? Narysuj coś fajnego, pokażesz nam, jak wrócimy.
Nasza siostra kiwnęła głową. Nadal nie nauczyłam się odczytywać jej nastrojów. Była trochę dziwna. Na szczęście nie robiła żadnych scen. Patrzyła obojętnie, jak wsiadamy do samochodu.
Ben, Gen i ja wcisnęliśmy się na tylną kanapę. Chad był kierowcą, a Dom zajął fotel pasażera. Już mogłam przewidzieć, jak będzie wyglądać ta podróż. Mój brat będzie pewnie wszystko wyśmiewał i krytykował, a ja nie zamierzałam kłócić się tego ostatniego wspólnego dnia.
Chociaż sam fakt, że ustąpił i zgodził się, żebyśmy pojechali autem mojego chłopaka, uznałam za sukces. To po prostu miało sens. Dom jeździł jakimś gratem starszym chyba od niego samego, a Chad miał prawie nowy, bez wątpienia bardziej godny zaufania samochód.
Genevieve początkowo próbowała mnie zagadywać, ale przez pierwsze kilka minut bardziej interesowało mnie obserwowanie dwóch najważniejszych mężczyzn w moim życiu. Ich interakcje wyglądały zupełnie inaczej, niż się spodziewałam. Dom zadał Chadowi kilka pytań o parametry techniczne, a ten rozgadywał się, jakby to była jego największa pasja. Potem wspólnie zwyzywali nawigację, która źle ich pokierowała.
Niestety musieliśmy przejechać przez ścisłe centrum, a tam stanie w korku było nieuniknione. Wtedy Genevieve znowu chciała wciągnąć wszystkich w rozmowę, ale Dom zgasił jej zapał, warcząc, że nie można rozpraszać kierowcy, bo przy takim natężeniu ruchu musi być maksymalnie skupiony. Ona nie lubiła się sprzeczać bez sensu, więc zrobiła tylko do nas minę, żebyśmy nie mieli wątpliwości, co o nim myśli.
Cała podróż zajęła nam półtorej godziny. Faktycznie, gdybym miała dojeżdżać tak codziennie, nie wytrzymałabym. Mój napięty grafik i tak by na to nie pozwolił.
Ścisnęło mnie w żołądku, gdy tylko dostrzegłam budynek z daleka. Oglądałam cały teren tej szkoły na zdjęciach, ale na żywo wyglądało to dużo bardziej onieśmielająco. Przekonałam się o tym dosadnie, gdy wysiedliśmy z samochodu.
U nas w dzielnicy szkoła mieściła się w jednym zwykłym budynku z tylnym wyjściem na boisko. Tutaj cały kompleks przypominał bardziej ośrodek treningowy niż szkołę. Pomiędzy poszczególnymi budynkami ciągnęły się przejścia niczym w labiryncie. Nie było szans, żebym się w tym wszystkim połapała.
Dobrze, że na stronie internetowej była dostępna mapa, na której wszystkie miejsca rozpisano niczym sklepy w galerii handlowej. Jedną otworzyłam ja, drugą Gen i jakoś dotarłyśmy do skrzydła mieszkalnego. Chłopcy byli w tym czasie zupełnie niepomocni, nie licząc Chada, który niósł moją walizkę. Dominick w ogóle się nie odzywał. Chłonął całą tę nową scenerię, podczas gdy Ben uważnie obserwował wyłącznie jego.
Odnalazłam swój pokój. Wiedziałam, że będę go dzielić z jakąś współlokatorką. Chociaż nikogo jeszcze nie było w środku, jej rzeczy zajmowały już lewą stronę pomieszczenia. Miało to sens. Była tu pierwsza, więc wybrała sobie łóżko, biurko i szafę. Pewnie uczyła się tu od początku. To ja dołączyłam nagle jak jakaś dziwaczka.
– Przytulnie tu – zauważyła Genevieve, ale mimo usilnych starań nie zabrzmiała przekonująco.
– Pokój jak pokój – odparłam, rozglądając się. – Cały tydzień mam wypełniony po brzegi, tutaj będę tylko spać.
– I pilnie się uczyć, rzecz jasna – dodał Ben.
– Ostrzegam, że jeśli jeszcze raz usłyszę jakąś sugestię w tym stylu, że przez stypendium reprezentuję radę miasta i muszę trzymać poziom, to komuś przywalę.
O dziwo, Dominick nijak nie zareagował na groźbę rzuconą w kierunku jego chłopaka. Wodził wzrokiem po pomieszczeniu, ale miałam wrażenie, że go nie widzi. Myślami był gdzieś bardzo daleko stąd, a ja strasznie chciałam się dowiedzieć gdzie.
– No to co, my chyba będziemy się zbierać? – zapytała niepewnie Genevieve. – Musisz się rozpakować, poznać ludzi z innych pokoi.
Pokiwałam głową. Dopiero wtedy poczułam, jak gardło zaczyna mi się zaciskać ze wzruszenia. To był ten moment. Już nie będę widywać ich wszystkich na co dzień. Nie będę mogła po prostu otworzyć drzwi obok, żeby zobaczyć się z bliskimi.
Gen trąciła Bena ramieniem.
– Żegnamy się i damy jej jeszcze chwilę sam na sam z Chadem, co?
Tym razem nawet mój brat nic nie powiedział. To dopiero było dziwne.
Po raz kolejny tego dnia Gen mnie przytuliła.
– Dzwoń codziennie, pisz o każdej porze dnia i nocy, okej? – poprosiła, odsuwając się.
– Byle nie podczas zajęć – dopowiedział Ben, przyciągając mnie do siebie. – Wysyłaj zdjęcia na grupę. Wszyscy jesteśmy ciekawi, jak będzie ci się tu żyło.
– Jasne.
Stanęłam przed Domem. Ben szturchnął go lekko, a on wtedy rozluźnił skrzyżowane ręce, żebym mogła się do niego przytulić. Już po sekundzie odsunął mnie od siebie. Uśmiechnął się niezręcznie, ale bardziej do podłogi niż do mnie, po czym odwrócił się do Bena.
Nie odezwał się ani słowem.
– Jedziemy? – upewnił się Benjamin. – Chad, poczekamy na ciebie przy aucie.
Mój chłopak im podziękował. Patrzyłam w osłupieniu, jak drzwi zamykają się za nimi. Oczy zaszły mi łzami.
– Hej, nie płacz, misiu. Wiem, że teraz dużo się zmieni, ale będziemy regularnie się widywać. Przysięgam, że każdy weekend, kiedy nie będę w pracy, spędzę z tobą.
Pokiwałam głową i wtuliłam się w niego, bo nie chciałam tłumaczyć prawdziwego powodu nagłego spadku nastroju. Wstydziłam się tego, jak bardzo zależna relacja łączyła mnie z bratem. Chad dużo wiedział, ale nie mógł w pełni tego zrozumieć, a ja nie znałam odpowiednich słów, żeby mu to wyjaśnić. Miał normalny dom i normalnych rodziców, a jego relacje z rodzeństwem w niczym nie przypominały mojej z Domem. Nikt, kto nie przeszedł tego, co my, nie mógł nas w pełni zrozumieć.
Moje myśli przerwało skrzypnięcie otwieranych drzwi. Odsunęłam się od chłopaka, żeby zobaczyć, kto nam przeszkodził. Do środka weszła śliczna blondynka wpatrzona w telefon. Gdy podniosła wzrok znad ekranu, odsunęła się nieco.
– O kurde, hej! Właśnie zastanawiałyśmy się z dziewczynami, kiedy przyjedziesz! – zawołała entuzjastycznie, po czym podeszła bliżej. – Jestem Ellie. Ty musisz być Veronica?
– Ronnie. – Podałam jej rękę. – A to mój chłopak Chad.
Ellie niedyskretnie zmierzyła go zaciekawionym spojrzeniem. Chad przyjął to z uśmiechem.
– To chyba czas na mnie. Zostawię was, żebyście mogły się poznać – powiedział, a gdy skinęłam głową, przelotnie mnie pocałował. – Kocham cię. Odezwę się, jak dojedziemy do domu.
Do domu. Ja nie będę w domu przez najbliższe dwa miesiące.
Znowu poczułam pieczenie pod powiekami. Ellie szturchnęła mnie w ramię, gdy tylko zostałyśmy same.
– Też bym płakała za takim chłopakiem. Jest megaprzystojny. Nie odbierz tego źle, ja też jestem zajęta. Poznasz Jacka w najbliższym czasie. Ale powiem Ci, Ronnie, że odważna jesteś z tą zmianą szkoły… Wiesz, jakie tu są wymagania z kosmosu? Dyrekcja bardzo ciśnie nauczycieli, żebyśmy byli najlepsi i utrzymali prestiż, a oni z kolei mają wobec nas nieludzkie oczekiwania. Wszystkie chodzimy na korepetycje, żeby nadążyć, a do tego jeszcze treningi, zawody… Masakra. Jak sobie pomyślę, ile masz do nadrobienia, to aż mi cię żal. Oczywiście pomogę, jak tylko będę mogła. Dziewczyny też. Chcesz się najpierw rozpakować czy idziemy do nich? Przedstawię cię.
Chciałam zrobić na niej dobre wrażenie, ale nie potrafiłam się skupić na ani jednym jej słowie. Niby słyszałam, co mówi, ale myślami byłam zupełnie gdzie indziej.
– Przepraszam na moment.
Wypadłam z pokoju i popędziłam korytarzem, odtwarzając w pamięci drogę, którą wcześniej tu przyszliśmy. Gdy dotarłam na parking, samochód Chada wciąż tam stał, chociaż wszyscy siedzieli już w środku. Chad właśnie zamykał drzwi. Łzy nieco rozmazywały mi obraz, ale kiedy dopadłam do auta od strony pasażera, zobaczyłam, że mój brat dopiero zapina pas.
Chwyciłam za klamkę i otworzyłam drzwi.
– Wysiadaj.
Nie wiem, czy kiedykolwiek widziałam go bardziej zaskoczonego. Spojrzał na Chada, jakby z góry założył, że to on jakoś zawinił, ale w końcu bez słowa spełnił moją prośbę.
Odczekałam, aż stanie naprzeciwko mnie, po czym mocno pchnęłam go obiema rękami.
– Zawsze wiedziałam, że jesteś wrednym dupkiem, ale nie sądziłam, że aż takim – zaczęłam, a łzy popłynęły mi po policzkach. – Serio nie odezwiesz się do mnie ani słowem? Chcesz, żeby tak wyglądało nasze pożegnanie? Wszyscy są dziś dla mnie niesamowicie mili, próbują ułatwić mi ten wyjazd najbardziej, jak się da, a ty dla równowagi chcesz mi go jeszcze utrudnić?
– Ronnie – odezwał się Chad z samochodu.
– Nie wtrącaj się! A ty zamknij drzwi – zwróciłam się do Doma. Bez słowa spełnił moje polecenie. – Nie rozumiem, jak możesz być taki bezduszny. Jak może cię w ogóle nie obchodzić to, że przestaniemy się codziennie widywać? Przecież już raz nas rozdzielono i to było najstraszniejsze przeżycie na świecie… Przynajmniej dla mnie. Zawsze pomagałeś mi ze wszystkim, brałeś na siebie moje zmartwienia i lęki, a wtedy nagle nie mogłam już się na tobie oprzeć. I teraz jest podobnie. Myśl o tym, że nie będę cię widzieć codziennie, jest jedyną rzeczą, przez którą mam ochotę wrócić z wami do domu. Myślałam, że dla ciebie to też będzie trudne. Super sprawa dowiedzieć się, że jest inaczej i że tak naprawdę masz mnie gdzieś. Pewnie się cieszysz, że w końcu nie musisz mnie niańczyć. Że pozbywasz się tego ciężaru.
Odwróciłam się na pięcie. Nie próbowałam już nawet powstrzymać płaczu. Odeszłam kilka kroków, przyciskając dłoń do ust, żeby nie szlochać zbyt głośno.
No bo co miałam zrobić? Stać przed nim i błagać, żeby się odezwał?
Nagle mój brat wyrósł przede mną. Zaszedł mi drogę, a ja nawet nie próbowałam go wyminąć. Przez dłuższą chwilę patrzył pod nogi, po czym gestem dłoni poprosił, bym poczekała. W końcu odezwał się dziwnie zmienionym głosem.
– Sądziłem, że dzisiaj potrzebujesz we mnie oparcia. Musiałem być twardy, żebyś ty mogła przeżywać. Ale no, jest ciężko. Bardzo. Nie odzywam się, bo…
Zagryzł wargę, niezdolny dokończyć zdania.
Walnęłam go mocno w ramię, bardziej z frustracji niż złości.
– Nie potrzebuję, żebyś zgrywał twardziela. Wolałabym poczuć, że mam kochającego brata, a nie takiego, który ma mnie w dupie.
Dom uniósł wzrok ku niebu, a jego oczy się zaszkliły.
– Nie masz, kurwa, pojęcia, jakie to dla mnie trudne – wyszeptał. – Ciocia zakazała mi tego mówić, żeby cię nie zniechęcać do wyjazdu. I ja naprawdę cieszę się z twoich sukcesów. Rozwijasz się. Zajebiście. Ale tak czysto egoistycznie… Najchętniej zamknąłbym cię na klucz w pokoju, żeby mieć pewność, że zawsze będziesz bezpieczna i że zawsze będę blisko, gdybyś czegokolwiek potrzebowała. – Pokręcił głową. – Ale tak nie można, więc zostańmy przy tym, że się cieszę. Resztą zajmie się moja terapeutka.
Chciałam odpowiedzieć, ale on przyciągnął mnie do siebie tak mocno, że na chwilę zabrakło mi tchu. Ten uścisk był zupełnie inny od poprzedniego. Przyciskał mnie desperacko, jakby naprawdę nie chciał mnie już nigdy wypuścić. Staliśmy tak bez pośpiechu. Trzymał mnie, dopóki nie wypłakałam wszystkich łez.
– Moja mała siostrzyczka dorosła – powiedział, pociągając nosem. – A jeszcze niedawno opowiadałem ci bajki na dobranoc i nosiłem cię na rękach.
– Nadal mógłbyś nosić mnie na rękach, gdyby ten kutas cię nie połamał.
– Nie klnij. I w ogóle nie myśl o tym. – Odsunął mnie od siebie. Długo mi się przyglądał, zanim znowu się odezwał. – Jebać to. Jak tylko wrócimy, powiem Sally, że ma kategoryczny zakaz dorastania. Moje serce nie wytrzyma tego po raz drugi.
Zaśmiałam się gorzko.
– Od razu mi lepiej, kiedy widzę, że jednak jesteś smutny.
– Jakaś ty urocza.
Tym razem byłam już gotowa pozwolić im odjechać. Kiedy Dom ruszył do auta, Gen wspaniałomyślnie przesiadła się do przodu. Obiecała, że napiszą, gdy wrócą, i po raz setny poprosiła, żebym też się odzywała.
Patrzyłam za nimi, dopóki nie wyjechali z parkingu. Gdy tylko zniknęli z mojego pola widzenia, dostałam prywatną wiadomość od Genevieve. Właściwie nic nie napisała, tylko wysłała zdjęcie zrobione ewidentnie przed chwilą. Na pierwszym planie pozowała z ustami ułożonymi w dzióbek. Ustawiła aparat tak, żeby było widać, co się dzieje w tle. Dom leżał z głową na kolanach Bena, zasłaniając twarz rękami. Ben wpatrywał się w niego jak w obrazek i delikatnie gładził go po włosach.
Genevieve McKenney: już za tobą płacze lol taki niby twardziel
Genevieve McKenney: KOCHAMY CIĘ!!!
Przez chwilę uśmiechałam się do zdjęcia. Już za nimi tęskniłam. Chociaż wszystko, co miało dopiero nadejść, też zapowiadało się obiecująco.
Rozdział 2
Ben
Chad i Genevieve byli na tyle mili, że nie komentowali na głos tego, jak ciężko Dominick znosił rozłąkę z siostrą. Gdy tylko dojechaliśmy do hotelu, wysiedli z samochodu i zniknęli w środku, dając nam chwilę prywatności. Dla nich to pewnie też był moment wytchnienia. Przez całą drogę Gen dwoiła się i troiła, żeby wymyślać tematy do rozmowy, ale ani ja, ani Dom nie włączaliśmy się do żadnego z nich. Dopiero gdy zostaliśmy sami, odczułem ciężar ciszy.
Przez całą drogę Dom nie podniósł głowy z moich kolan. Zasłaniał twarz dłońmi i nie wydał z siebie ani jednego dźwięku, chociaż czułem, jak się trzęsie. Głaskałem go po włosach, tak jak on to często robił wobec mnie, Ronnie czy Sally.
– Jak mogę ci to wszystko ułatwić? – zapytałem cicho.
Przez chwilę wydawało mi się, że nie odpowie, ale w końcu odsłonił twarz. Patrzyły na mnie smutne, zaczerwienione oczy.
– Powiedz, że udało mi się to znieść tak, jak na prawdziwego mężczyznę przystało – poprosił.
Uśmiechnąłem się i odgarnąłem mu włosy z czoła.
– Mam kłamać?
Dominick parsknął śmiechem. W końcu usiadł i przetarł oczy. Po jego postawie widziałem, że jest gotowy ruszyć dalej.
– Jeśli komuś powiesz, że się poryczałem, będziesz spał na podłodze – zapowiedział.
Zamyśliłem się.
– Jak za starych dobrych czasów. – Pocałowałem go w policzek z nadzieją, że to upewni go, iż może na mnie liczyć. – Pogadamy dzisiaj z Sally o zajęciach czy przekładamy to na inny dzień? Bo jeśli chcesz po prostu zakopać się pod kocem i płakać, to ja to uszanuję – zapewniłem.
Przez ostatnie trzy dni przekopywaliśmy internet w poszukiwaniu wszystkich darmowych albo tanich zajęć dla dzieci w wieku Sally. Jest jeszcze na tyle mała, że mamy szansę stworzyć jej szczęśliwe dzieciństwo. Chcielibyśmy, żeby otworzyła się na kontakt z ludźmi, ale też odnalazła w sobie jakąś pasję. Zamierzamy pokazać jej wszystkie formy aktywności, których w okolicy było naprawdę sporo. Może dzięki wypełnionemu planowi dnia szybciej zapomni też o tym, co się działo w domu rodzinnym.
– Pogadamy z Sally – potwierdził Dom. – Zamierzam spędzić z nią cały dzień, skoro i tak nie mam dzisiaj pracy. Może zabiorę ją do parku. A ty jesteś dziś zajęty?
– Oczywiście, że nie. Wziąłem wolne, żeby wspierać cię w załamaniu nerwowym po wyprowadzce Ronnie.
Dominick długo mi się przyglądał, a ja nie potrafiłem rozszyfrować, o czym myśli.
– Jesteś wredny – stwierdził bez większych emocji.
– Wredny? – zastanowiłem się. – Nie, to raczej twoja cecha. Ja jestem wspaniałomyślny i kochający.
Nie skomentował tego, bo pewnie w głębi duszy wiedział, że nie może się z tym kłócić. Przed wejściem do hotelu ostatni raz otarł oczy rękawem, ale Linda i tak spojrzała na niego z niepokojem. Pokręciłem głową, dając jej znak, żeby nic nie mówiła.
Zastaliśmy Sally dokładnie tam, gdzie się spodziewaliśmy. Siedziała w kuchni, lecz tym razem nie zajmowała się kolorowankami, słuchała w skupieniu Paige i Louisa. Gdy weszliśmy, Lou zdjął rękę z kolana koleżanki. Obaj z Domem udaliśmy, że tego nie zauważyliśmy.
Nie rozumiałem, po co tak się ukrywają. Już dawno przyznali, że kiedyś byli sobą zauroczeni. To, że po latach znowu między nimi zaiskrzyło, nie było szczególnie zaskakujące. Paige początkowo nawet tłumaczyła się nam, dlaczego zostaje na noc w pokoju Louisa. Mówiła, że chce być blisko Sally albo że w nocnym autobusie grasuje jakiś psychol. A przecież to była naturalna kolej rzeczy. Odkąd zaczęła u nas pracować, codzienne dojeżdżanie do domu nie miało większego sensu, skoro nic jej tam nie trzymało.
Sally uśmiechnęła się na nasz widok. Dominick niespecjalnie się przejął, że przerwał Louisowi historię w połowie zdania. Pochylił się, żeby zrównać się z siostrą wzrostem.
– Przytulimy się?
Dziewczynka pokiwała głową, ale on i tak czekał, aż sama wyciągnie ręce. Dopiero wtedy ją podniósł.
– Potem będziesz narzekać na ból żeber – ostrzegła Paige.
– To problem mnie z przyszłości.
Sally oparła dłonie na jego ramionach, ale odsunęła się na tyle, żeby przyjrzeć się jego twarzy.
– Jesteś smutny.
– Faktycznie. Trochę tak – przyznał Dom. – Ale mi przejdzie.
Podszedłem bliżej.
– Wtajemnicz małą w nasze dzisiejsze plany, a ja idę zlokalizować Gen i Chada, dobra?
– Mhm – odparł, chociaż wiedziałem, że wcale nie zakodował, o co go poprosiłem.
Po wejściu do sali zauważyłem, że Chad i Genevieve siedzą przy jednym stoliku z Tiną, Jonem i Rogerem. To był dość nietypowy widok. Roger nie czuł się najlepiej w miejscach publicznych, a już na pewno nie w jednej przestrzeni z moim chłopakiem, który teraz był dosłownie za ścianą. Próbowałem ich do siebie przekonać podczas naszego krótkiego wyjazdu sprzed kilku miesięcy, ale Dom nie potrafił wybaczyć Rogerowi tamtego wypadku. Udało nam się jednak wypracować kompromis. Dominick obiecał okazywać swoją niechęć wyłącznie nienawistnymi spojrzeniami. Zero niemiłych słów, żadnych zaczepek.
Podszedłem do ekipy.
– Hej! Mam wrażenie, że nie widziałem was od lat. – Przywitałem się z chłopakami. – Co się stało, że sobie o nas przypomnieliście?
– Stary, dobry Benny, jak zwykle przesadza – odparł Jon, po czym przesunął się, żebym usiadł obok niego. – Przecież widzieliśmy się w zeszłym tygodniu. Ale jak ci mało, to zacznij jeździć z nami na squasha. Spodobałoby ci się.
Wątpiłem, ale to nie był temat wart przegadywania się, więc tylko pokiwałem głową.
– Wpadliśmy, bo Whitford stresował się, że Genevieve przestała mu odpisywać – wyjaśnił Roger.
Dziewczyna uniosła wzrok do sufitu.
– Mówię po raz ostatni: wiedział, że dzisiaj moja uwaga w stu procentach należy do Ronnie.
Jon objął ją ramieniem.
– No ale wspominałaś, że samochód prowadzi najmniej doświadczony kierowca z całej ekipy. Miałem prawo się martwić, że coś się stało.
Genevieve wyciągnęła ręce przed siebie.
– Przysięgam, Chad, że nie użyłam takich słów.
Chłopak Ronnie tylko się uśmiechnął.
– Cieszę się, że uznajecie mnie za część ekipy.
– I to niby ja mam skłonności do przesady, Jon? – Zaśmiałem się. – Musicie mi wybaczyć, ale czas na mnie. Mam dzisiaj grafik wypełniony po brzegi.
– Grafik wypełniony dbaniem o kruchą psychikę swojego chłopaka? – dopytała Tina.
– Dokładnie tak.
Zacząłem się podnosić, ale Jon nie był jeszcze gotowy się pożegnać. Wstał razem ze mną i przyciągnął mnie do siebie ramieniem.
– No weź, jeszcze nie zdążyliśmy sobie pogadać. Jak się czujesz przed studiami? Lada moment zaczynamy. Jest stresik?
– Nie… Chyba jeszcze do mnie nie dotarło.
Przez gwar na sali nie usłyszałem skrzypnięcia drzwi prowadzących do kuchni. Nawet nie wiem, kiedy mój chłopak znalazł się tuż przy nas z małą dziewczynką u swojego boku.
– Ty, Johnny, zaraz możesz mieć stresik, jeśli nie zabierzesz łap z mojego faceta – rzucił.
Roger wyraźnie się spiął w przeciwieństwie do Jonathana, który skwitował to parsknięciem. Ja jednak znałem Doma trochę lepiej od niego, więc sam się odsunąłem.
– Byłbym wdzięczny, gdybyś nie zdrabniał imion innych chłopaków w mojej obecności – poprosiłem przesadnie słodkim tonem.
– A ja byłbym wdzięczny, gdybyś nie tulił się do innych chłopaków w mojej obecności – odparł Dom, naśladując mój ton.
– Jezu, wy i ta wasza zazdrość… – jęknęła Genevieve. – O kogo jak o kogo, ale o mojego mężczyznę naprawdę nie musicie się kłócić. Gwarantuję, że nie jest zainteresowany żadnym z was.
Jonathan klasnął w dłonie tak głośno, aż Sally się wzdrygnęła.
– Aha! Powiedziałaś to! Wszyscy słyszeli. Powiedziałaś „mojego mężczyznę”! Ja i Genevieve McKenney jesteśmy parą!
Wsunął się z powrotem do boksu obok niej.
– Ciszej – warknęła Tina.
Gen spojrzała na mnie w poszukiwaniu ratunku, ale ja wiedziałem, że jest dokładnie tam, gdzie chce być.
– Moje gratulacje. – Wyciągnąłem rękę, żeby przybić piątkę z Jonem, ale nim nasze dłonie zdążyły się zetknąć, Dominick objął mnie w pasie i pociągnął do tyłu.
– My się zbieramy. Chce ktoś iść z nami do parku? – zapytał.
Genevieve zaczęła wstawać.
– Właściwie…
– Nikt? Jaka szkoda. No to widzimy się później. Papatki!
Wyciągnął rękę w stronę Sally, ale nawet na nią nie spojrzał.
Nie wiem, kiedy stało się to tak naturalne. Wspaniale było obserwować, jak ta mała dziewczynka zmieniała się przez te kilka miesięcy, które spędziła z nami. Na początku ufała tylko Paige i mnie, chociaż wiedziała, że Dominick też jest w porządku. Z czasem zacząłem dostrzegać, jak bardzo na nas polega. Gdy ktokolwiek inny do niej zagadywał, zerkała na któreś z nas, jakby chciała się upewnić, jak ma zareagować.
Nadal nie było idealnie, ale nie dało się nie zauważyć, że z każdym dniem czuje się tutaj coraz bardziej swobodnie. Przywiązałem się do niej w niewiarygodnie krótkim czasie. Trudno też ukryć, jak bardzo jarało mnie obserwowanie Doma w roli jej opiekuna. Kiedy doszedł do siebie i zaczął starać się o opiekę nad małą, nikt z nas nie wiedział, jak to będzie wyglądać. Musieliśmy go wspierać i starać się wszystko ułatwić, ale nie ma co ukrywać – Dom miał swoje demony, z którymi musiał się uporać. Wizja tego, że stanie się odpowiedzialnym dorosłym dla tak małego człowieka, wydawała się nieprawdopodobna. A jednak teraz obserwowanie ich było moją ulubioną rzeczą na świecie. Przy Sally Dom stawał się oazą spokoju. Jego wewnętrzne dziecko wcale nie zostało uleczone, ale odsuwał na bok własne problemy z myślą o tym, żeby zapewnić tej małej jak najlepsze dzieciństwo.
Nie mogłem oderwać od nich wzroku. Zamiast dołączyć, gapiłem się bezmyślnie, jak Dom prowadzi Sally w stronę holu.
– Kolego, chyba się zapatrzyłeś – zaśmiał się Roger, szturchając mnie w bok.
Otrząsnąłem się i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że wszyscy patrzą na mnie z głupkowatymi uśmiechami.
– Nie osądzajcie mnie – jęknąłem zawstydzony. – On po prostu jest niewyobrażalnie pociągający, gdy wychodzi z niego opiekuńcza strona.
Tina wybuchnęła takim śmiechem, jakby usłyszała najlepszy żart na świecie.
– „Niewyobrażalnie” to dobre słowo, bo totalnie nie potrafię sobie wyobrazić, co ty w nim widzisz. Serio, Ben, czasem się zastanawiam, czy on cię nie zmusił do tego związku. Kto normalny by z nim wytrzymał?
– Trochę niemiło – stwierdził Jonathan z zażenowaniem.
Nie było powodu, żeby się obrażać. Tina znała Doma od wielu lat. Byli praktycznie jak rodzeństwo. Wiedziałem, co miała na myśli. Poza tym, biorąc pod uwagę jej ciążę, byłbym gotów wybaczyć jej wszystko, żeby tylko nie dokładać jej stresu.
– Przypomnę ci tę rozmowę, jak urodzisz i zobaczysz Stana w roli taty – zapowiedziałem. – Nie ma nic wspanialszego na świecie niż opiekuńczy facet.
– Nie. Ty po prostu masz niewyleczony kompleks tatusia – odparła bez emocji.
– Tina, przeginasz. Wszystko ma swoje granice. – Genevieve cmoknęła z niezadowoleniem.
Zaśmiałem się głośno. Kochałem tych ludzi ze wszystkimi ich zaletami i wadami. Pochyliłem się, pocałowałem Tinę w policzek, po czym pobiegłem za swoim facetem.
Po dwudziestu minutach spokojnego spaceru Sally oznajmiła, że bolą ją nogi, więc posadziłem ją sobie na ramionach. Wszyscy się ze mnie śmiali, bo nigdy nie miałem zbyt wiele siły, ale ta młoda całkowicie to zmieniła.
W parku było sporo ludzi, czego mogliśmy się spodziewać, bo pogoda była idealna. Znaleźliśmy kawałek wolnej przestrzeni, chociaż jak na mój gust i tak za blisko innych. Gdy Dominick rozkładał koc, Sally zapatrzyła się na parę, która przyszła z owczarkiem niemieckim. Kobieta raz za razem rzucała psu zabawkę, a ten pędził za nią jak szalony.
Usiadłem obok Doma, a on wyjął z torby pojemnik z owocami pokrojonymi w kostkę i podsunął go Sally.
– No więc… – zacząłem, gdy podał mi notes. – Zrobiliśmy listę zajęć, które odbywają się w okolicy. Zależy nam, żebyś wybrała to, co najbardziej cię interesuje.
Ją najbardziej interesował pies. Chyba w ogóle nie usłyszała, co powiedziałem. Wpatrywała się w owczarka tak długo, aż zauważyła to jego właścicielka. Uśmiechnęła się promiennie do Sally.
– Cześć! Chcesz pogłaskać?
Sally zerknęła na mnie, więc zachęcająco machnąłem ręką.
– Śmiało.
Kobieta podeszła do nas z zabawką w ręce. Kucnęła przy Sally i zagwizdała na psa, który posłusznie przybiegł.
– Ma na imię Coco.
Sally nic nie odpowiedziała. Ostrożnie wyciągnęła dłoń i pogładziła zwierzaka po szyi. Był bardzo masywny, a jego sierść tak długa, że palce dziewczynki niemal w niej znikały.
Szybko zdałem sobie sprawę, że zrobiło się trochę niezręcznie. Nikt nic nie mówił. Nie miałem co liczyć na Doma, ale i tak na niego zerknąłem. Chociaż przed chwilą leżał swobodnie, opierając się na łokciu, teraz usiadł wyprostowany.
– Ma pani bardzo grzecznego psa – powiedziałem, bo nic lepszego nie przyszło mi do głowy.
Na szczęście tylko uśmiechnęła się uprzejmie.
– Dziękuję. Poświęciliśmy z narzeczonym mnóstwo czasu na trening. Kiedyś nie byłoby mowy o tym, żeby puścić Coco gdziekolwiek bez smyczy.
– Ale nie ugryzie jej, co nie? – zapytał Dom.
Sally zawahała się, ale nie na tyle, żeby cofnąć rękę. Musiałem zasznurować usta, aby się nie roześmiać.
– Nie, to najłagodniejsza suczka na świecie. Proszę się nie bać.
Dom zacisnął szczęki. To zapewnienie wcale go nie uspokoiło. Nie odrywał wzroku od dłoni Sally, która tonęła w gąszczu sierści. W tym czasie Coco położyła się, zajmując lwią część naszego koca. Jej właścicielka się roześmiała.
– Dobrze jej tutaj. No nic, nie chciałabym zabierać wam czasu. Zostawię ją z wami, a jeśli zacznie przeszkadzać, proszę dać mi znać.
– Super, dziękujemy.
Coco zupełnie nie przejęła się odejściem właścicielki. Wyciągnęła się wygodnie na kocu i od razu zwęszyła nasze jedzenie. Wysunęła pysk w stronę plastikowego pojemnika. Dominick odruchowo chciał go przesunąć poza zasięg psa, ale po sekundzie cofnął rękę.
– Niesamowite. – Wyszczerzyłem się. – Nigdy bym nie zgadł, że boisz się psów.
– Nie boję się psów – odburknął.
– Spoko, nie ma w tym nic wstydliwego. Każdy się czegoś boi. Jedni obrzydliwych wielkich pająków, inni kochanych, puszystych, słodkich pieseczków.
Dominick się nachmurzył.
– Ja się niczego nie boję.
– No to pogłaskaj Coco. No, śmiało! To takie miłe stworzonko.
Sally z zainteresowaniem obserwowała Doma, jednocześnie drapiąc psa za uchem, co wyraźnie sprawiało Coco przyjemność. Mój chłopak mocno zacisnął zęby, po czym przeniósł wzrok na zwierzaka. Wyciągnął rękę, ale gdy pies podniósł łeb, natychmiast ją cofnął.
Wybuchnąłem niekontrolowanym śmiechem, a Sally natychmiast mi zawtórowała.
– Coco, chodź! – zawołała właścicielka, a pies od razu posłusznie zareagował. – Najmocniej przepraszam. Mógł pan powiedzieć, że się boi psów.
Dominick poczerwieniał.
– Ja wcale się nie… – urwał i dał za wygraną. Korzystając z tego, że Sally nie zwracała na nas uwagi, pochylił się do mojego ucha. – Śmiej się, proszę bardzo. Wieczorem będziesz mnie za to długo i namiętnie przepraszać.
Walnąłem go żartobliwie w ramię, bo sam poczułem, że się czerwienię. To go udobruchało. Uwielbiał to, jaki ma na mnie wpływ.
Z wzajemnością.
– Sally, czy możemy prosić cię o uwagę? – zapytałem, odwracając się od Doma, bo zaczynało robić mi się niebezpiecznie gorąco.
Półtorej godziny i trzy gałki lodów później Sally wykazała minimalne zainteresowanie szachami, a w ostateczności także pianinem. Pokazałem jej mnóstwo filmików przedstawiających, jak mogą wyglądać takie zajęcia. To akurat było fajne, bo szachy organizowano za darmo, a pianino mieściło się w budżecie Doma.
On jednak nie był do końca zadowolony. Gdy wróciliśmy do domu na kolację, zaczął mruczeć mi do ucha tak, żeby Sally nie usłyszała.
– Jak zaczęliśmy rozmawiać o tych zajęciach, chodziło mi o to, żeby przekonać ją do ruchu i do interakcji z ludźmi, a wybrała takie rzeczy, które w ogóle nie rozwiną jej w tych kierunkach.
– To rozwiną ją w innych – odparłem między kolejnymi gryzami. – Najważniejsze, żeby ją to interesowało. Nie wiesz jeszcze, czy w ogóle jej się spodoba. Może próbować różnych rzeczy. Nie przejmuj się tym na zapas.
– I kto to mówi?
Jakiś czas temu zmieniłem sposób radzenia sobie z głupimi tekstami Dominicka. Przestałem się denerwować, nakręcać i odpowiadać. Zamiast tego, gdy czułem, że zbliża się jakaś nieznośna rozmowa, zamykałem mu usta pocałunkiem. Od razu zapominał, co chciał powiedzieć, a ja mogłem cieszyć się spokojem. To bardzo pozytywnie wpłynęło na nasz związek.
Tak więc teraz też przechyliłem się i pocałowałem go w usta. To miał być szybki całus, ale nie zdążył go nawet zarejestrować, więc złapał mnie za koszulkę i przyciągnął do siebie.
– Już wystarczy może? – warknęła Paige.
– Obawiam się, że dzisiaj wyjątkowo musimy być dla nich mili. W sensie dla Doma. Wiesz, to trudny dzień dla jego delikatnej duszy – odparła Tina.
Mój chłopak posłał jej złośliwy uśmieszek.
– To ważne, byś wiedziała, że mentalnie właśnie cię wyklinam, wychodzę i trzaskam drzwiami. Nie zrobię tego tylko dlatego… – kiwnął głową w stronę Sally – że ona tu jest.
Louis wszedł do kuchni z talerzami po gościach. Odstawił je na blat i zerknął na zegarek.
– Chcecie usłyszeć coś dziwnego? Robi się już naprawdę późno, a właśnie przyjechał burmistrz – poinformował.
– Jak to?
Owen bywał u nas bardzo często i ciągle wymyślał jakieś ulepszenia hotelu, ale to miało sens, bo inwestował w niego pieniądze. Burmistrz natomiast nie miał żadnego powodu, żeby tu być.
– Gada z ciocią, ale nie udało mi się podsłuchać o czym.
Nie musiał, bo już minutę później Alistair Warren wszedł do kuchni. Jego wzrok od razu odnalazł Dominicka, który nie zareagował w żaden sposób. Przyjął obecność mężczyzny z cichą obojętnością, jakby nie spodziewał się niczego innego.
– Jest jakiś powód, dla którego nie odbierasz ode mnie telefonu? – zapytał burmistrz bez zbędnych uprzejmości.
Tina wyciągnęła rękę do Stana, żeby pomógł jej wstać.
– Czas na nas. Idziesz z nami Sally? To był długi dzień. Pewnie jesteś śpiąca.
Dziewczynka akurat przecierała oczy, co tylko potwierdziło słowa Tiny. Pogłaskałem ją po głowie.
– Idź, żebyś jutro miała siłę wstać do przedszkola.
Sally pokiwała głową. Przytuliła najpierw mnie, a potem Doma.
– Zajrzę do ciebie, zanim pójdę spać – powiedział. – Dobranoc. Kocham cię.
Przez twarz burmistrza przemknęło zaskoczenie, którego nie zdążył ukryć. Może rzeczywiście zmiany w zachowaniu Doma były dużo bardziej widoczne dla kogoś, kto nie oglądał ich na co dzień. Kiedy zbliżał się termin rozprawy, wszyscy trochę oszaleliśmy. Tina nakupiła mnóstwo książek o rodzicielstwie, a Dominick, który przez całe życie chyba nie przeczytał do końca nawet książki kucharskiej, zaczął chłonąć tę wiedzę. Chciał mieć pewność, że stworzy swojej małej siostrze odpowiednie środowisko. Chciał dać jej wszystko to, czego sam nigdy nie dostał.
– Pa, pa. Kocham was – odparła Sally i wyszła z Tiną i Stanem z kuchni.
Gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły, Dom odpowiedział na zadane wcześniej pytanie:
– Byłem zajęty. Nie jest pan zbyt wysoko na mojej liście priorytetów.
Burmistrz wyraźnie walczył ze sobą, żeby pohamować irytację.
– To może powinieneś przemyśleć swoje priorytety, bo to wstyd, żebym to ja musiał myśleć o twoich sprawach za ciebie. Jesteś dorosłym facetem. Najwyższy czas nauczyć się odpowiedzialności.
Paige oparła się o plecami o blat i nawet nie próbowała udawać, że nie podsłuchuje. Louis wręcz przeciwnie – wycofał się z powrotem na salę.
Dominick westchnął ciężko.
– Mógłby pan najpierw wyjaśnić, za co dostaję ochrzan, zamiast pieklić się bez sensu.
Burmistrz zajął miejsce obok niego.
– Chodzi oczywiście o dom po twojej matce. Musisz w końcu zrobić porządek z papierami…
Dominick natychmiast się spiął. To był jedyny temat, który działał na niego tak mocno. Odkąd zmarła jego matka, Warren kilka razy próbował mu pomóc sprzedać tamto miejsce, ale mój chłopak nie chciał o tym słyszeć. Teraz nie było inaczej. Odstawił talerz na blat i wytarł dłonie gotowy wyjść, ale burmistrz złapał go za ramię.
– Uciekanie od odpowiedzialności nie sprawi, że ta sytuacja sama się rozwiąże – powiedział ostro. – Nie rozumiem cię. Jestem w stanie zapewnić ci wszystko, czego potrzebujesz, żeby sprzedać ten dom. Co jest dla ciebie takim problemem?
– Już powtórzyłem to dziesięć razy. To nie moja wina, że ma pan problemy z pamięcią. Nie chcę mieć z tym miejscem nic wspólnego. A teraz niech pan zabierze łapę i w ogóle się ode mnie odpierdoli.
Zdążyłem się już odzwyczaić od tego, jak bardzo potrafił być nieprzyjemny.
– Proszę mu wybaczyć, panie burmistrzu – wtrąciłem uprzejmie. – Dzisiaj Ronnie wyjechała i to dla niego bardzo trudny dzień. Nie jest sobą. Nie wie, co mówi.
Burmistrz parsknął pod nosem, ale zabrał rękę z ramienia Doma.
– Spokojnie, Lowell. Przecież doskonale znam tę jego niewyparzoną gębę. Co nie oznacza, że powstrzymam się przed opowiedzeniem Lindzie, jak się do mnie odezwał. A ty, Dominicku, dobrze się zastanów. Jeśli sprzedasz tamtą ruderę, dostaniesz trochę pieniędzy, które niewątpliwie by ci się przydały. A jeśli dalej będziesz udawał, że ten dom nie istnieje, to przecież nie rozpłynie się w powietrzu. Będziesz musiał płacić podatki. To dodatkowe obciążenie, na które raczej cię nie stać, skoro żyjesz w biedzie i utrzymujesz dwie siostry.
Mój chłopak wstał na sztywnych nogach.
– Nie będę się wkurwiał przed snem – powiedział na wydechu bardziej do siebie niż do nas. – Dobranoc, panie Warren.
Chciałem jakoś go wytłumaczyć, ale w gruncie rzeczy nie wydawało mi się to konieczne. I tak poradził sobie lepiej, niż można było się spodziewać. Burmistrz znał jego charakter, a mimo to z własnej woli do nas wracał. Szkoda więc było marnować czas na dalsze siedzenie tutaj, skoro alternatywą było położenie się do łóżka z moim facetem, w końcu sam na sam.
Pożegnałem się więc i pobiegłem na górę.
Rozdział 3
Dom
Tej nocy wyjątkowo nie mogłem spać.
Zwykle mam bardzo lekki sen. To skutek wychowania pod okiem Josepha. Lubił w nocy rozliczać mnie za złe zachowanie. Kiedy spałem, mógł przyszpilić mnie do łóżka, kiedy więc budziły mnie jego ciosy, nie miałem szansy się obronić.
Chociaż dom rodzinny opuściłem wiele lat temu, niektóre wyniesione stamtąd cechy ciągnęły się za mną do tej pory. Nigdy nie nauczyłem się spać spokojnie i straciłem nadzieję, że kiedykolwiek się to zmieni.
Po godzinie wsłuchiwania się w miarowy oddech Benny’ego wstałem z łóżka. Wziąłem telefon z szafki nocnej i wyszedłem na korytarz.
To pierwsza noc bez Ronnie. Tak, zdarzały nam się już rozstania, na przykład, gdy była na obozie, ale teraz jest inaczej, bo mam świadomość, że wszystko się zmienia. Oczywiście wiem, że ona potrafi o siebie zadbać i że nie mogłem jej zatrzymywać… Ale emocje nie zawsze współgrają z logiką.
Odblokowałem ekran telefonu. Nie czekała na mnie żadna wiadomość od Ronnie. Nie pisała dziś zbyt wiele. Odpisała tylko „OK”, gdy Gen poinformowała na grupowym czacie, że dojechaliśmy do hotelu. Wieczorem dała jeszcze znać, że poznała współlokatorkę.
I to tyle.
Już potrafiłem sobie wyobrazić, co powie mi terapeutka: że muszę dać młodej przestrzeń i że pewnie była zajęta poznawaniem ludzi i rozeznawaniem się w nowym miejscu. Czaję to. Nijak jednak nie zmieniało to mojego samopoczucia. Nikomu nie mogłem powiedzieć o swoich emocjach, bo przecież wiedziałem, że nie mogę kontrolować życia siostry, choćbym miał najlepsze intencje.
Wziąłem kilka głębokich wdechów. Parę razy próbowałem coś do niej napisać, ale żadna wiadomość nie wydawała się odpowiednia. Nie powinienem jej osaczać. Absolutnie nie mogłem wywoływać w niej wyrzutów sumienia. Musiałem dać jej przestrzeń.
Schowałem więc telefon do kieszeni i chciałem wrócić do pokoju, ale wtedy moją uwagę przykuła smuga światła sącząca się spod drzwi dawnego pokoju Bena. Teraz była to sypialnia Sally. Dochodziła północ. Nie było żadnego powodu, dla którego mała powinna jeszcze nie spać.
Poszedłem to sprawdzić. Zapukałem do drzwi i jednocześnie delikatnie nacisnąłem klamkę.
– To ja. Wchodzę. Mogę? – zapytałem, chociaż nie wyobrażałem sobie, żeby odmówiła.
Sally siedziała na łóżku z podkurczonymi nogami. Obejmowała kolana ciasno ramionami i ciężko oddychała przez usta. Patrzyła na mnie swoimi wielkimi oczami, a ja poczułem ucisk w piersi. Wyglądała, jakby coś śmiertelnie ją przeraziło.
Usiadłem na brzegu materaca.
– Czemu nie śpisz? Stało się coś? – zapytałem łagodnie, ale ona nie odpowiedziała, więc musiałem zgadywać. – Miałaś zły sen?
Pokiwała głową. To już jakiś początek.
– Mam sprawdzić, czy pod łóżkiem nie ma potworów?
Chciałem ją rozbawić, ale zdecydowanie mi się to nie udało. Uciekła spojrzeniem, jakby sam fakt, że została przyłapana, ją zawstydził.
Musiałem spróbować inaczej.
– Sally, jeśli coś cię niepokoi, to mnie wołaj. Nie musisz radzić sobie sama. Po to masz dorosłych w swoim życiu, żeby ci pomagali.
– Okej – odparła szybko, ale niezbyt przekonująco.
Wszyscy z ekipy zachwycali się tym, jakim bezproblemowym dzieckiem jest Sally, ale to było błędne myślenie. Owszem, była samodzielna i spokojna, ale dobrze wiedziałem, skąd się to brało. Dużo bardziej wolałbym, żeby była roztrzepana i hałaśliwa, ale potrafiła mówić o swoich potrzebach. A tak musiałem sam się wszystkiego domyślać, jednocześnie uważając, żeby nie zawieść jej zaufania. Z nią wszystko wyglądało inaczej niż z Ronnie. Ronnie nie znała życia beze mnie. Zawsze byłem obok. Sally… Miałem nadzieję, że z czasem zapomni, jak wyglądało życie przed hotelem. Na razie demony z domu rodzinnego wciąż mogły ją nawiedzać.
– Tutaj nie ma się czego bać. Jestem za ścianą i nigdy nie pozwolę, żeby coś ci się stało. Jesteś tu całkowicie bezpieczna. Połóż się spokojnie, pomyśl o czymś miłym. Posiedzę z tobą, dopóki nie zaśniesz, dobrze?
Widziałem wahanie na jej twarzy, więc przysunąłem się bliżej.
– Sally, proszę cię, mów mi o swoich potrzebach.
Ona często bała się rozmawiać ze mną. Co zabawne, bo ja z nią też. Miałem wrażenie, że wszystko, co robię, będzie miało na nią nieodwracalny wpływ. Tak bardzo nie chciałem zjebać jej życia, a z moim charakterem wydawało się to wyjątkowo łatwe.
– A Ben śpi? – zapytała niepewnie.
W końcu jakiś komunikat.
– Tak, ale jeśli chcesz, możemy pójść się do niego przytulić. Mamy wielkie łóżko, a ty jesteś malutka. Zmieścisz się.
W końcu udało mi się wykrzesać z niej coś na kształt uśmiechu. Gdy zaczęła wstawać, poczułem się jak zwycięzca. Rozgryzłem tę sytuację, więc nie było ze mną aż tak źle.
Benny spał na plecach po lewej stronie łóżka, z jedną ręką nad głową, a drugą luźno ułożoną wzdłuż ciała. Sally po cichu wgramoliła się pod kołdrę i objęła rączkami jego przedramię. On nijak na to nie zareagował, pogrążony w głębokim śnie.
Miałem na końcu języka pytanie, czy włączyć światło, ale wyglądało na to, że mojej siostrze nic więcej nie było potrzebne, żeby się uspokoić.
Szkoda, że nie mogłem powiedzieć tego samego o sobie.
Długo gapiłem się w sufit, a potem jeszcze dłużej w telefon, ale Ronnie też już mnie nie potrzebowała.
Ani Ronnie, ani Sally.
Trudno było zasnąć z tą myślą.
Następnego dnia miałem zmianę w kuchni. Wydawało mi się, że ledwo zamknąłem oczy, a gdy otworzyłem je ponownie, już było rano. Przez chwilę się nie ruszałem, próbując poukładać sobie rzeczywistość. Dopiero po kilku sekundach dotarły do mnie ciche oddechy nie jednej, a dwóch osób.
Odwróciłem głowę.
Benny dalej spał, tylko teraz leżał na boku, zwrócony twarzą do Sally. W nocy musiał odruchowo objąć ją ramieniem, bo była mocno w niego wtulona. Miała rozczochrane włosy opadające na pół twarzy, ale oddychała spokojnie, bez śladu napięcia z wczoraj. Wyglądali tak, jakby to było dla nich całkowicie naturalne.
Upewniwszy się, że mam wyciszony telefon, zrobiłem im zdjęcie. Gdy wszedłem w galerię, żeby zobaczyć, jak wyszło, poczułem ukłucie w klatce piersiowej.
To głupie. Przecież właśnie tego chciałem – żeby moja mała siostra mogła polegać na kimś normalnym. Benny był moim błogosławieństwem, a teraz również jej. Dzięki niemu Sally nie była skazana na moje wahania nastrojów, zmęczenie i wszystkie inne rzeczy, których nie potrafiłem robić dobrze.
Powinienem się cieszyć. Część mnie naprawdę się cieszyła, ale gdy patrzyłem na jej dłoń zaciśniętą na jego koszulce, nie mogłem pozbyć się myśli, że to przecież moje miejsce.
To ja jestem jej bratem. Ja powinienem umieć uciszyć jej lęki. Ja powinienem prowadzić ją przez życie. Ja powinienem być pierwszym odpowiedzialnym dorosłym, do którego idzie, gdy czegoś potrzebuje.
A jednak w nocy od razu zapytała o Bena. Przy Benie zasnęła bez problemu. Nawet nie musiał nic mówić. To do Bena wyciągała ręce, gdy chciała, żeby ktoś ją ponosił. Nawet gdy chodziło o coś tak głupiego jak pogłaskanie psa, to na niego spojrzała z pytaniem o zgodę.
Przetarłem twarz dłońmi, próbując uspokoić niepewność ściskającą mnie pod żebrami. Wiedziałem, że powinienem dać temu spokój. Tylko że nigdy nie należałem do osób, które odpuszczają. Raczej do tych, co reagują zbyt gwałtownie i zbyt szybko, a później muszą przepraszać.
Znienawidziłem Bena na całe trzy sekundy…
Bo wtedy otworzył oczy. Uchylił je lekko, po czym znowu zamknął. Dopiero gdy jego jeszcze nieobudzony mózg zarejestrował, że na niego patrzę, uśmiechnął się sennie. Natychmiast ogarnęły mnie wyrzuty sumienia za wszystkie myśli, które krążyły mi po głowie.
Benny przeciągnął się ostrożnie, bo poczuł napierający na niego ciężar ciała sześciolatki.
– A co tu robi ten mały gnom? – zapytał półszeptem.
Zwykle, gdy Ben się budził, ja już od dawna byłem w kuchni. Rzadko widywałem go tak zaspanego, dlatego jego zachrypnięty po nocy głos nadal robił na mnie wrażenie. Przełknąłem ślinę, starając się zignorować dreszcze, które przebiegły mi po kręgosłupie.
– Miała wczoraj koszmary i dała mi do zrozumienia, że uspokoi ją tylko twoja obecność – wyjaśniłem.
Usta Bena rozciągnęły się w uśmiechu. Sennie przetarł oczy.
– Mogłeś mnie obudzić.
Zawahałem się. Z terapeutką wielokrotnie wałkowaliśmy, że powinienem mówić wprost o moich uczuciach.
Jakby to było takie proste.
Ale z Benem warto było próbować. Miał nieskończone pokłady cierpliwości i zawsze robił wszystko, żeby było nam jak najlepiej.
– Wiesz… – zacząłem, ale zabrzmiało to jakoś dziwnie. Odchrząknąłem. – To trochę przykre, że moja siostra bardziej polega na moim chłopaku niż na mnie.
Może to kwestia wczesnej pory, ale nawet nie przetworzył do końca moich słów. Zaśmiał się cicho i zbył mnie krótkim:
– To nie są zawody.
Poczułem irytację. Chyba nie wyrażałem się wystarczająco jasno. Musiałem spróbować inaczej.
– Może i nie, ale to ja jestem jej bratem. Ja jestem jej opiekunem na papierze. Spędziłem mnóstwo czasu, przygotowując się do tego. Nie popełniłem jeszcze żadnego błędu. Ani razu nie straciłem panowania nad nerwami… Wszystko robię najlepiej, jak potrafię. Dlaczego to nie działa?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
