Rok 1984 - George Orwell - ebook

Rok 1984 ebook

George Orwell

4,8

Opis

Futurystyczna antyutopia angielskiego pisarza i publicysty George’a Orwella zapisała się jako jedna z najważniejszych książek do światowego kanonu literatury pięknej i literatury politycznej. W genialny i przejmujący sposób powieść obnaża istotę systemu totalitarnego, zarówno w tym, co dotyczy mechanizmów jego działania, jak i losu, jaki czeka w nim człowieka, czekającej go niemej tragedii wobec przewartościowania wszystkiego co ludzkie – uczuć, pragnień i prawdy. Bolesnym doświadczeniem, które zainspirowało Orwella, był kontakt z ludźmi Stalina w czasie wojny domowej w Hiszpanii. Jednak powieść ma charakter uniwersalny, kreuje na wzór fantastyki naukowej totalitarny porządek świata w fikcyjnej przyszłości, a akcję powieści osadza w Anglii, w której, w konsekwencji trzeciej wojny światowej, zapanowują rządy państwa dążącego do kontroli wszystkich przejawów życia publicznego i prywatnego. O ponadczasowym znaczeniu powieści Orwella świadczy nie tylko fakt, że stała się inspiracją dla wielu pisarzy, naukowców czy filmowców, ale przede wszystkim, że wiele sformułowanych w niej pojęć – na przykład Wielki Brat, nowomowa czy nieosoba – przeniknęło do języka potocznego i świadomości powszechnej.

Lektura dla szkół średnich

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 461

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Część pierwsza

I

Był jasny, acz chłodny dzień kwietniowy, azegary biły właśnie trzynastą. Winston Smith, zgłową wtuloną wramiona dla osłony przed zacinającym wiatrem, wśliznął się do środka przez szklane drzwi Bloku Zwycięstwa, jednak nie na tyle szybko, by tuman ziarnistego pyłu nie zdążył wtargnąć za nim.

Wholu unosił się odór gotowanej kapusty ibutwiejących szmacianych mat. Na jednym jego końcu wisiał przyczepiony do ściany kolorowy plakat, zbyt wielki, by eksponować go właśnie wtym miejscu. Przedstawiał on tylko olbrzymią, szeroką na ponad metr twarz mężczyzny wwieku około 45 lat. Twarz osurowych, lecz przystojnych rysach zdobiły bujne, czarne wąsy. Winston skierował się ku schodom. Nie było sensu próbować windy. Nawet wnajlepszych czasach rzadko kiedy działała sprawnie, aobecnie prąd wyłączany był za dnia wramach oszczędności przed Tygodniem Nienawiści. Jego mieszkanie było na czwartym piętrze, aWinston, który zbliżał się do czterdziestki imiał owrzodzenie żylakowe nad prawą kostką, szedł wolno, robiąc częste odpoczynki. Na każdym półpiętrze vis à vis windy spoglądał na niego ze ściany plakat zogromną twarzą. Była to jedna ztych podobizn, które tak pomyślano, by oczy sportretowanego zdawały się śledzić twój każdy ruch. WIELKI BRAT PATRZY – głosił napis pod portretem.

Wsamym mieszkaniu natarczywy głos czytał kolumny liczb rejestrujących ilość wytopionej surówki. Głos dochodził zpodłużnej, metalowej płyty przypominającej zmatowiałe lustro, która stanowiła część powierzchni ściany po prawej. Winston przekręcił gałkę ichoć głos stał się nieco mniej natrętny, to itak każde słowo słyszał nadal wyraźnie. Urządzenie to, zwane teleekranem, dało się wprawdzie ściszyć, ale nigdy wyłączyć ostatecznie. Winston przesunął się wkierunku okna, drobna niepozorna postać, której chudość akcentował dodatkowo granatowy kombinezon – standardowy przyodziewek członka Partii. Mężczyzna miał bardzo jasne włosy inaturalnie rumianą cerę, skórę zaś stwardniałą iszorstką od chropawego mydła, tępych żyletek ichłodu zimy, która właśnie dobiegła końca.

Świat na zewnątrz, nawet widziany przez zamkniętą szybę, wionął chłodem. Wdole, na ulicy, porywy wiatru wprawiały wwir kurz iskrawki papieru. Mimo iż słońce świeciło, niebo miało barwę ołowiu iwszystko zdawało się pozbawione koloru zwyjątkiem wszędobylskich plakatów Wielkiego Brata. Olbrzymia twarz zczarnym wąsem patrzyła zkażdego wyniosłego miejsca. Jeden plakat umieszczono na fasadzie domu na wprost. WIELKI BRAT PATRZY – głosił znajdujący się pod portretem napis, aciemne oczy zportretu świdrowały wzrok Winstona. Niżej, równo zpoziomem ulicy, inny plakat znaderwanym rogiem trzepotał bezładnie na wietrze, na przemian zakrywając iodsłaniając pojedyncze słowo ANGLOSOC. Woddali helikopter zanurkował pomiędzy dachy domów, zatrzymał się wpowietrzu niczym błękitny owad, by po chwili poderwać się energicznie iodlecieć, kreśląc wpowietrzu pokaźny łuk. Był to policyjny patrol szpiegujący okolicznych mieszkańców. Patrol jednak to drobiazg. Tak naprawdę liczyła się jedynie Policja Myśli.

Za plecami Winstona rozentuzjazmowany głos zteleekranu rozpływał się nad wytopem surówki iprzekroczeniem Dziewiątego Planu Trzyletniego. Teleekran służył równocześnie za odbiornik inadajnik. Urządzenie to było na tyle czułe, że rejestrowało każdy dźwięk wmieszkaniu głośniejszy niż najcichszy szept, ado tego, jeżeli pozostawał wpolu widzenia metalowego panelu, Winston był nie tylko podsłuchiwany, ale idało się go podglądać. Nigdy, rzecz jasna, nie miał pewności, czy jakieś oko mu się akurat przygląda, czy nie. Pozostawało jedynie wsferze domysłów, jak często ina jakiej zasadzie Policja Myśli prowadzi inwigilację. Nie można było wykluczyć, iż obserwuje każdego przez cały czas. Tak czy inaczej, mogła podłączyć się do dowolnego kanału, kiedy tylko przyszła jej na to ochota. Człowiek musiał żyć – ifaktycznie żył, bo przyzwyczajenie stawało się drugą naturą – wprzeświadczeniu, że każdy dźwięk, jaki był jego udziałem, zostanie usłyszany, akażdy ruch – poza absolutnymi ciemnościami – pilnie śledzony.

Winston jak zwykle stał plecami do teleekranu. Tak było bezpieczniej, choć dobrze wiedział, że zpleców też niejedno da się wyczytać. Kilometr dalej nad ponurym krajobrazem górował masywny, rozległy gmach Ministerstwa Prawdy – jego miejsce pracy. To – pomyślał zledwie uświadamianą odrazą – to jest Londyn, główne miasto Pasa Startowego Jeden, trzeciej pod względem liczby ludności prowincji Oceanii. Usiłował przywołać wpamięci jakieś wspomnienia zdzieciństwa, żeby porównać, czy Londyn wówczas też tak wyglądał jak teraz. Czy zawsze stały tu szeregi sypiących się dziewiętnastowiecznych kamienic czynszowych ościanach wzmacnianych drewnianymi stemplami, zoknami zatykanymi tekturą, dachami łatanymi płatami falistej blachy irachitycznymi, kłaniającymi się na wszystkie strony murkami odgradzającymi poszczególne ogrody? Aco zwyrwami po bombach, gdzie nadal unoszą się tumany sproszkowanego gipsu, gdzie wierzbówka kiprzyca porasta sterty nieuprzątniętego gruzu, aco zterenami zrównanymi zziemią wybuchami bomb, gdzie zczasem wyrosły kolonie nędznych, drewnianych chat, istnych kurników? Na nic się zdały wysiłki Winstona. Nic nie mógł sobie przypomnieć. Zero wspomnień zdzieciństwa, jedynie migawki scen zprzeszłości wjasnej poświacie, bez tła, pozbawione czytelnego sensu.

Gmach Ministerstwa Prawdy – Miniprawd wnowomowie* – stanowił uderzający kontrast ze wszystkim, co widać było wokoło. Stanowiła go olbrzymia piramida zlśniącego betonu, strzelająca, taras po tarasie, trzysta metrów wniebo. Zmiejsca, wktórym stał Winston, widać było wyraźnie, starannie wyryte wkamieniu na białej fasadzie trzy hasła Partii:

WOJNA JEST POKOJEM

WOLNOŚĆ JEST NIEWOLĄ

NIEWIEDZA JEST SIŁĄ

Mówiło się, że wMinisterstwie Prawdy jest trzy tysiące pomieszczeń nad powierzchnią ityleż samo pod ziemią. Winnych częściach Londynu wznosiły się jeszcze trzy budowle ozbliżonej kubaturze ipodobnym wyglądzie. Do tego stopnia górowały one nad całą architekturą miasta, że zdachu Bloku Zwycięstwa widać było wszystkie cztery równocześnie. Mieściły cztery ministerstwa, między które rozdzielony był cały aparat rządowy. Ministerstwo Prawdy, któremu podlegały media, rozrywka, oświata isztuka; Ministerstwo Pokoju, wgestii którego leżało prowadzenie wojen; Ministerstwo Miłości odpowiedzialne za utrzymywanie ładu iporządku iczwarte Ministerstwo Obfitości zajmujące się gospodarką. Ich nazwy wnowomowie brzmiały odpowiednio: Minipraw, Minipok, Minimiło oraz Miniobfi.

Najwięcej grozy budziło Ministerstwo Miłości. Wgmachu tym nie było wogóle okien. Winstonowi nigdy nie zdarzyło się być wewnątrz samego budynku ani też bliżej niż pół kilometra od jego murów. Do miejsca tego nie sposób było się dostać, chyba że wsprawach służbowych, aiwówczas jedynie po przedarciu się przez labirynt zasieków zdrutu kolczastego, stalowe bramy iukryte gniazda karabinów maszynowych. Wszystkie ulice prowadzące do gmachu patrolowane były przez strażników otwarzach goryli wczarnych uniformach, uzbrojonych wteleskopowe pałki.

Winston obrócił się gwałtownie. Jego twarz przybrała wyraz pogodnego optymizmu, który był najbezpieczniejszą miną, gdy stało się przodem do teleekranu. Teraz przemierzył pokój, kierując się do maleńkiej kuchni. Opuszczając ministerstwo otej godzinie, świadomie rezygnował zlunchu wkantynie, choć wiedział, że wdomu nie ma nic do jedzenia poza kawałkiem czarnego chleba, który musi zachować na jutrzejsze śniadanie. Zdjął zpółki butelkę bezbarwnego płynu opatrzoną niewyszukaną etykietką ze zwykłego papieru, na której widniał napis „Gin Zwycięstwa”. Wnozdrza uderzył go mdły, oleisty odór, niczym chińskiego spirytusu zryżu. Winston nalał sobie niemal pełną filiżankę iprzezwyciężając wstręt, opróżnił ją jednym haustem, jakby chodziło olekarstwo.

Natychmiast twarz jego nabrała koloru purpury, azoczu pociekły łzy. Specyfik smakował jak kwas azotowy, aco więcej przełykający miał wrażenie, jakby właśnie ktoś zdzielił go wpotylicę gumową pałką. Już po chwili jednak palenie wżołądku ustało iświat teraz wydał się Winstonowi nieco weselszy. Zpomiętej paczki znapisem „Papierosy Zwycięstwa” wyciągnął jednego. Nieopatrznie uniósł papierosa ustnikiem do góry icały tytoń wysypał się na podłogę. Znastępnym udało się lepiej. Wrócił do pokoju iusiadł przy małym stoliku stojącym na lewo od teleekranu. Zszuflady pod blatem wydobył obsadkę, kałamarz zatramentem igruby czysty zeszyt wmarmurkowej okładce zczerwonym grzbietem.

Zniezrozumiałych powodów teleekran znajdował się wtak dziwnym miejscu. Zamiast, jak gdzie indziej, tkwić na przeciwległej ścianie, skąd roztaczał się widok na całe pomieszczenie, zamontowany był na dłuższej ścianie, naprzeciwko okna. Po jednej jego stronie znajdowała się płytka wnęka, wktórej Winston teraz siedział iktóra – gdy mieszkania były budowane – miała najprawdopodobniej mieścić regały na książki. Siedząc we wnęce, cofnięty jak najgłębiej, Winston znajdował się poza zasięgiem teleekranu nawet wczasie trwania obserwacji. Można było go oczywiście podsłuchiwać, ale dopóki zajmował obecną pozycję, pozostawał dla oka kamery niewidoczny. Wniemałej mierze, ten właśnie niezwykły układ pokoju nasunął mu pomysł, do realizacji którego aktualnie się przymierzał.

Ale stało się to także za sprawą zeszytu, który właśnie wyciągnął zszuflady. Był to niezwykle piękny zeszyt. Jego gładki kremowy papier, nieco pożółkły ze starości, nie był już produkowany od dobrych czterdziestu lat. Nietrudno było się jednak domyślić, że zeszyt był znacznie starszy. Winston zobaczył go na wystawie zapyziałego sklepiku ze starzyzną wubogiej dzielnicy miasta (ateraz nie pamiętał już nawet której) inatychmiast ogarnęło go przemożne pragnienie, by mieć ten zeszyt na własność. Członkom partii nie wolno było dokonywać zakupów wnormalnych sklepach (określano to mianem „robienia interesów na wolnym rynku”), ale zakaz ten egzekwowany był niezwykle luźno, bowiem istniał szereg artykułów, na przykład sznurowadła czy żyletki, których nie dało się zdobyć wżaden inny sposób. Rozejrzał się błyskawicznie wzdłuż ulicy, po czym wśliznął do sklepu ikupił zeszyt za dwa dolary ipięćdziesiąt centów. Wtamtej chwili nawet nie był wstanie sobie uświadomić, wjakim celu dokonał tego sprawunku. Potem niosąc go do domu, nie mógł pozbyć się poczucia winy. Samo już posiadanie choćby zupełnie czystego zeszytu stanowiło bowiem okoliczność silnie obciążającą.

Aprzecież on miał za chwilę rozpocząć pisanie pamiętnika. Nie było to działanie wbrew prawu (nic nie było obecnie bezprawne, bowiem wszelkie prawa zostały już ostatecznie zniesione), ale wprzypadku, gdyby go zdemaskowano, to najpewniej zostałby skazany na śmierć lub – wnajlepszym razie – na dwadzieścia pięć lat ciężkich robót. Teraz Winston wsadził stalówkę do obsadki ipossał ją przez moment, by usunąć zniej zanieczyszczenia. Pióro było już przyrządem archaicznym, rzadko używanym nawet do składania podpisów, aon zdobył je potajemnie inie bez trudności, gdyż uznał, że tak piękny kremowy papier zasługuje, by pisać na nim prawdziwą stalówką, anie skrobać kopiowym ołówkiem. Gwoli ścisłości, Winston nie był przyzwyczajony do ręcznego pisania. Poza bardzo krótkimi notatkami wszystko dyktowało się do mowopisu, który zoczywistych względów nie mógł być użyty do obecnego celu. Zanurzył stalówkę watramencie izawahał się przez moment. Poczuł chwilowy skurcz żołądka. Winston czuł, że dobry początek to połowa sukcesu. Małymi, niewprawnymi literami napisał:

4 kwietnia 1984.

Teraz oparł się plecami oporęcz krzesła. Nagle ogarnęła go całkowita bezradność. Po pierwsze, to tak na pewno nie widział, czy rzeczywiście był akurat rok 1984. Choć musiało być gdzieś wpobliżu tej daty, gdyż Winston był niemal pewien, że ma trzydzieści dziewięć lat, ajego data urodzenia to rok 1944 lub 1945, wszelako obecnie nigdy nie dało się ustalić żadnej daty dokładniej niż wprzybliżeniu do roku lub dwóch.

No, ale – nagle zaświtało mu wgłowie – dla kogo będzie on pisać ten pamiętnik? Dla przyszłości, dla jeszcze nienarodzonych? Jego myśli krążyły przez chwilę wokół problematycznej daty ugóry strony, aż naraz przybrały one kształt jednego zulubionych pojęć nowomowy: dwójmyślenia. Dopiero teraz uświadomił sobie ogrom swego przedsięwzięcia. Jak wogóle można komunikować się zprzyszłością? Przecież to zsamej swej natury jest niemożliwe! Albo przyszłość będzie przypominała teraźniejszość, wktórym to przypadku nie będzie go zupełnie słuchać, albo będzie zupełnie inna iwówczas jego problemy będą dla niej całkowicie niezrozumiałe.

Przez jakąś chwilę siedział, gapiąc się bezmyślnie wleżący przed nim zeszyt. Zteleekranu bombardowała go teraz jakaś natarczywa melodia wojskowa. Co dziwniejsze Winston zdawał się nie tylko utracić zdolność formułowania myśli, ale do tego najwyraźniej zapomniał, co wogóle zamierzał napisać. Przez ostatnie tygodnie szykował się na tę chwilę inigdy nie przyszło mu nawet do głowy, że będzie mu potrzebne jeszcze coś innego oprócz odwagi. Sądził, iż samo pisanie okaże się dziecinną igraszką. Miał jedynie przelać na papier niekończący się iniespokojny monolog, który dźwięczał mu wgłowie od wielu lat. Wtamtej chwili jednakże, nawet monolog gdzieś się ulotnił. Ana dokładkę jego wrzód żylakowy zaczął go niemiłosiernie swędzieć. Bał się podrapać, bo to zawsze kończyło się zakażeniem. Mijały kolejne sekundy. Jego świadomość nie rejestrowała nic poza pustą kartką, którą miał przed sobą, swędzeniem skóry tuż nad kostką, głośną muzyką ilekkim odurzeniem wywołanym przez gin.

Nagle, ogarnięty panicznym strachem, rzucił się do pisania nie za bardzo świadom tego, co właściwie notuje. Jego drobne, dziecinne pismo nierówno wypełniało stronę, ignorując początkowo duże litery, apóźniej także ikropki na końcu zdania.

4 kwietnia 1984. Wczoraj wieczorem byłem wkinie. Same kroniki wojenne. Jedna znakomita pokazująca statek pełen uchodźców zbombardowany gdzieś na Morzu Śródziemnym. Widzów najbardziej ubawiły sceny przedstawiające olbrzymiego tłuściocha jak usiłuje uciec wpław przed nadlatującym helikopterem. najpierw pokazany jest, gdy, niczym morświn, tapla się wwodzie, apotem widać go przez przyrządy celownicze działka pokładowego helikoptera, wnastępnym ujęciu mamy go podziurawionego jak sito, awoda wokół tłustego cielska robi się różowa igrubas tonie tak szybko jakby przez te dziury natychmiast nabrał wody. publiczność zarykuje się ze śmiechu, gdy grubas tonie. zaraz potem mamy łódź ratunkową pełną dzieci zhelikopterem szybującym nad nimi. włodzi była kobieta wśrednim wieku, niewykluczone, że żydówka, siedząca na dziobie zmałym, może trzyletnim chłopczykiem wramionach. chłopczyk dosłownie wył zprzerażenia ichował głowę między jej piersi, jak gdyby usiłował się wniej zakopać, akobieta obejmowała go ramionami starając się go pocieszać, choć sama była sina ze strachu, przez cały czas osłaniając go jak tylko było to możliwe, jak gdyby myślała, że jej ramiona mogą stanowić ochronę prze kulami zhelikoptera. zaraz potem helikopter zrzuci 20-kilową bombę – piekielny błysk iłódź rozlatuje się wdrzazgi. następnie mamy cudowne ujęcie urwanej rączki dziecka lecącej hen coraz wyżej iwyżej helikopter zkamerą na dziobie na pewno musiał to filmować izmiejsc dla członków Partii posypały się rzęsiste oklaski ale zrzędów dla proli jakaś kobieta nagle zaczęła się awanturować że kto to widział iże nie powinni takich rzeczy pokazywać nie gdy są dzieci że nie mają prawa nie mają aż policja ją stamtąd wyrzuciła choć nie sądzę by jej coś zrobili bo nikogo nie obchodzi co tam prole sobie mówią typowa reakcja prolki tacy to nigdy…

Winston przestał pisać po części dlatego, że złapał go skurcz prawej dłoni. Zupełnie nie mógł zrozumieć, co skłoniło go do przelewania na papier podobnych bzdur. Ale stało się coś nieoczekiwanego, gdy to pisał. Zupełnie inne wspomnienie ożyło nagle wjego pamięci ito ztaką wyrazistością, że wzasadzie poczuł się na siłach, by je zapisać. To właśnie, co teraz sobie uświadomił, zpowodu tego drugiego zdarzenia postanowił nagle wrócić do domu irozpocząć pisanie pamiętnika właśnie dziś.

Do wydarzenia tego doszło tego ranka wMinisterstwie – oile wprzypadku czegoś tak mglistego godzi się wogóle mówić owydarzeniu.

Dochodziła punkt jedenasta iwDepartamencie Archiwów, gdzie pracował Winston, wyciągano już krzesła zboksów igrupowano je na środku sali naprzeciwko wielkiego teleekranu wramach przygotowań do Dwóch Minut Nienawiści. Winston zajmował właśnie swoje miejsce wjednym ze środkowych rzędów, gdy do sali weszły dwie osoby, które znał zwidzenia, ale nie zamienił znimi choćby słowa. Jedną znich była dziewczyna, którą często mijał na korytarzu. Nie miał pojęcia, jak się nazywa, ale wiedział, że pracuje wDepartamencie Literatury. Doszedł do wniosku, jako że nieraz widział ją zrękami uwalanymi smarem niosącą klucz nastawny, iż zatrudniona jest jako mechanik przy jednej zmaszyn piszących powieści. Mogła mieć ze dwadzieścia siedem lat. Wyglądała dość zawadiacko zczarnymi włosami, piegowatą buzią iszybkimi ruchami sportsmenki. Wąska szkarłatna szarfa – emblemat Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej – owinięta była kilkukrotnie wokół jej talii, podkreślając kształt bioder zakrytych roboczym kombinezonem. Winston nabrał do niej antypatii niejako od pierwszego wejrzenia. Ipowód do tego był jasny. Kojarzył ją zatmosferą hokeja na trawie, zimnych pryszniców, zbiorowych pieszych wycieczek iczystością myśli, która zdawała się zniej emanować. Winston nie cierpiał prawie wszystkich kobiet, awszczególności młodych iładnych. Tak się składało, że to zawsze kobiety, azwłaszcza młode, były najbardziej fanatycznymi zwolenniczkami Partii. To one wierzyły ślepo wkażdy niedorzeczny slogan, zostawały szpiegami amatorami iwszędzie wietrzyły nieprawomyślność. Ale ta właśnie dziewczyna, była – wjego mniemaniu – bardziej niebezpieczna od innych. Kiedyś, gdy mijali się wkorytarzu, obrzuciła go szybkim ukradkowym spojrzeniem, które zdawało się przeszywać go na wskroś isprawiło, że przez moment padł na niego blady strach. Przemknęło mu nawet przez myśl, że dziewczyna może być agentem Policji Myśli. Jednak szanse, żeby coś takiego miało być prawdą, były zgoła niewielkie. Mimo wszystko nadal odczuwał jednak poważny dyskomfort, wktórym strach mieszał się zotwartą wrogością, ilekroć znalazł się wpobliżu tej dziewczyny.

Drugą osobą był mężczyzna onazwisku O’Brien, członek Partii Wewnętrznej, piastujący funkcję tak ważną itak wysoką, że Winston miał jedynie mgliste wyobrażenie, na czym ona polega. Wśród zgromadzonych zaległa natychmiastowa cisza na widok zbliżającego się czarnego kombinezonu członka Partii Wewnętrznej. O’Brien był postawnym, tęgim mężczyzną obyczym karku, zgruba ciosaną twarzą, na której brutalność wygrywała zpoczuciem humoru. Mimo onieśmielającego wyglądu O’Brien posiadał jednak pewien swoisty urok. Sposób, wjaki poprawiał na nosie okulary, był sam wsobie zarówno rozbrajający, jak iświadczył opewnej kulturze osobistej. Był to gest, który nasuwał na myśl – jeżeli był ktoś jeszcze, kto rozumował wpodobnych kategoriach – osiemnastowiecznego szlachcica częstującego gości tabaką. Winston widział O’Briena pewnie ze dwanaście razy wciągu tyluż lat. Odczuwał znim jakąś głęboką więź ito nie tylko zpowodu intrygującego kontrastu pomiędzy jego wytwornymi manierami aaparycją zawodowego boksera. Raczej było tak zpowodu potajemnie żywionego przekonania, amoże nawet nie przekonania tylko nadziei, że ta polityczna prawomyślność O’Briena nie była do końca szczera. Coś wjego twarzy sugerowało to nieodparcie. Żeby nie było niedomówień, być może to, co rysowało się na obliczu O’Briena, to nie musiała być nieprawomyślność, ale po prostu inteligencja. Wkażdym razie sprawiał wrażenie człowieka, zktórym można by porozmawiać, gdyby wjakiś sposób dało się oszukać teleekrany iznaleźć się znim sam na sam. Winston nigdy nie wykonał nawet najdrobniejszego gestu, by zweryfikować to przypuszczenie, bo tak po prawdzie to ani razu nie było nawet okazji, żeby spróbować. Wtym właśnie momencie O’Brien zerknął na zegarek, zobaczył, że jest już prawie jedenasta inajwyraźniej postanowił zostać wDepartamencie Archiwów na Dwie Minuty Nienawiści. Zajął miejsce wtym samym rzędzie co Winston, kilka krzeseł dalej. Między nimi siedziała drobna niewiasta owłosach koloru piasku, która pracowała wnastępnym boksie obok Winstona. Dziewczyna zciemnymi włosami siedziała bezpośrednio za Winstonem.

Wnastępnej chwili zteleekranu na końcu sali rozległ się koszmarny, zgrzytliwy pisk, niczym dźwięk jakiejś monstrualnej nienaoliwionej maszyny. Hałas ten przyprawiał słuchaczy oból zębów iwłosy jeżyły się im na karku. Nienawiść się zaczęła.

Jak zwykle na ekranie błysnęła twarz Emmanuela Goldsteina – wroga ludu. Tu iówdzie na widowni rozległo się syczenie. Drobna niewiasta owłosach koloru piasku wydała pisk, wktórym wyczuwało się istrach, iobrzydzenie. Goldstein był renegatem izdrajcą, który dawno temu (jak dawno nikt dokładnie nie pamiętał) był jedną zwiodących postaci wPartii, prawie na równi zsamym Wielkim Bratem, apóźniej zaangażował się wdziałalność kontrrewolucyjną, został skazany na śmierć, ale udało mu się potajemnie zbiec, anastępnie zniknąć. Programy Dwóch Minut Nienawiści różniły się zdnia na dzień, ale nie było ani jednego, wktórym Goldstein nie byłby postacią numer jeden. Był on głównym zdrajcą – był tym pierwszym, który skalał czystość Partii. Wszystkie kolejne zbrodnie przeciw Partii, wszystkie zdrady, sabotaże, herezje iodchylenia miały swoje źródło wjego nauczaniu. Gdzieś na świecie Goldstein żył sobie wnajlepsze, knując kolejne spiski, niewykluczone, że gdzieś za morzem, korzystając zprotekcji zagranicznych mocodawców, być może nawet – jak nieraz głosiły to plotki – wjakiejś sekretnej kryjówce wsamej Oceanii.

Winston poczuł raptowny skurcz przepony. Każdorazowo na widok twarzy Goldsteina targały nim skrajne emocje. Była to pociągła żydowska twarz otoczona ogromną aureolą siwych, kręconych włosów, zmałą spiczastą kozią bródką – twarz inteligentnego człowieka, ale jednocześnie mająca wsobie coś, co zasługiwało na bezbrzeżną pogardę, zrodzajem starczego otępienia uwypuklanego poprzez długi, wąski nos, na czubku którego sterczały okulary. Przypominała twarz owcy, aigłos jego miał również wsobie coś zowczego beku. Goldstein swym utartym zwyczajem przypuścił właśnie jadowity atak na doktryny Partii. Był to atak do tego stopnia przesadzony itak bałamutny, że nawet dziecko nie dałoby się nań nabrać, ajednocześnie na tyle przekonywający, by wzbudzać obawy utrzeźwo myślących, iż znajdą się tacy mniej lotni, którzy uwierzą słowom demagoga. Goldstein szkalował Wielkiego Brata, piętnował dyktaturę Partii, domagał się natychmiastowego zawarcia pokoju zEurazją, opowiadał się wobronie wolności słowa, wolności prasy, wolności zgromadzeń, wolności myśli, wrzeszczał histerycznie, że została zdradzona rewolucja – awszystko podane jak rytmiczne wielozgłoskowe stacatto, swoista parodia stylów przemówień partyjnych oratorów inawet zawierało zwroty znowomowy. Wrzeczywistości było tam więcej nowomowy, niż jakikolwiek członek Partii użyłby wżyciu codziennym. Iprzez cały ten czas, żeby nikt nie mógł mieć wątpliwości, wczyim interesie wypowiada te swoje oszukańcze filipiki, ztyłu za jego głową na teleekranie maszerowały niezliczone kolumny wojsk Eurazji – szereg za szeregiem krzepko prezentujących się żołnierzy zpozbawionymi wyrazu twarzami Eurazjatów, które dopływały pod samą powierzchnię teleekranu, by po chwili zniknąć, aich miejsce zajmowały coraz to nowe, bliźniaczo podobne do poprzednich. Głuchy, miarowy stukot żołnierskich butów stanowił podkład dla beczącego głosu Emmanuela Goldsteina.

Nienawiść nie trwała jeszcze trzydziestu sekund, gdy zgardeł połowy zgromadzonych na sali ludzi zaczęły wyrywać się mimowolne okrzyki wściekłości. Zadowolony zsiebie owczy pysk na ekranie, wpołączeniu zprzerażającą potęgą eurazjatyckiej armii – nie, tego było zdecydowanie za wiele, aprzecież już sama myśl oGoldsteinie automatycznie wywoływała istrach, ifurię. Był on bardziej stałym obiektem nienawiści niż Eurazja czy Wschódazja, gdy Oceania bowiem prowadziła wojnę zjednym zdwóch mocarstw, to na ogół zawierała pokój ztym drugim. Dziwna rzecz, chociaż Goldstein był znienawidzony ipogardzany przez wszystkich, chociaż codziennie, ado tego tysiąc razy dziennie, na platformach, na teleekranach, wgazetach iksiążkach jego teorie były obalane, rozbijane wpuch, wyszydzane idemaskowane przed oczyma opinii publicznej jako stek żałosnych bredni – pomimo tych zabiegów jego wpływy ani na moment nie wydawały się maleć. Nigdy nie brakowało ciemnego ludu, który gotów był kupić każde jego szalbierstwo. Nie było dnia, wktórym Policja Myśli nie zdemaskowałaby szpiegów isabotażystów działających według jego instrukcji. Goldstein dowodził ogromną tajną armią, podziemną siecią konspiratorów dążących do obalenia ustroju państwa siłą. Podobno owa sieć nosiła nazwę Braterstwo. Krążyły też szeptane pogłoski oistnieniu straszliwej księgi, kompendium wszelkich herezji, której autorem miał być Goldstein iktóra wkraju funkcjonowała wpotajemnym obiegu. Była to księga bez tytułu. Ludzie nazywali ją po prostu Księga. Ale otakich rzeczach wiedziało się jedynie zmglistych plotek. Ani Braterstwo, ani Księga nie należały do tematów, które szeregowy członek Partii ośmieliłby się poruszyć, jeżeli tylko istniała możliwość obejścia tego zagadnienia.

Wdrugiej minucie nienawiść osiągnęła punkt wrzenia. Ludzie zrywali się zmiejsc iwrzeszcząc ile sił wpłucach, usiłowali zagłuszyć doprowadzające do szału beczenie zekranu. Drobna niewiasta owłosach koloru piasku poczerwieniała na twarzy, austami łapała powietrze niczym ryba wyholowana na brzeg. Nawet toporna twarz O’Briena zaróżowiła się zauważalnie. Siedział prosto jak struna na swym siedzeniu, ajego masywna pierś unosiła się idrżała, jakby szykował się na uderzenie nadpływającej fali. Ciemnowłosa dziewczyna za Winstonem zaczęła krzyczeć: „Świnia! Świnia! Świnia!”. Izaraz też chwyciła ciężki Słownik nowomowy icisnęła nim oekran. Słownik trafił Goldsteina wnos iodbił się od ściany, agłos zekranu nieubłaganie kontynuował swój monolog. Wprzebłysku świadomości Winston zdał sobie sprawę, że wrzeszczy wraz zinnymi, zapamiętale bębniąc obcasem wpoprzeczkę swego krzesła. Najbardziej odrażające wDwóch Minutach Nienawiści nie było to, że ludzie zmuszeni byli grać swoje role, ale to, że ogarniał ich owczy pęd inie potrafili się powstrzymać przed uczestnictwem wtym szaleństwie. Już po trzydziestu sekundach wszelkie udawanie stawało się zbędne. Obrzydliwa ekstaza strachu ichęci zemsty, żądza mordu idzikie pragnienie, by torturować, masakrować twarze młotem kowalskim, udzielała się wszystkim uczestnikom Minut izdawała się przepływać przez falujący tłum jak prąd elektryczny, zmieniając ludzi, nawet wbrew ich woli, woszalałą, wrzeszczącą tłuszczę owykrzywionych zwściekłości obliczach. Amimo wszystko ta wściekłość, którą dzielili, była abstrakcyjnym, nieukierunkowanym uczuciem, które można było przekierowywać zjednego obiektu na inny jak płomień lampy lutowniczej. Itak, wpewnej chwili, nienawiść Winstona wcale nie była skierowana przeciwko Goldsteinowi, ale – wręcz odwrotnie – przeciwko Wielkiemu Bratu, Partii iPolicji Myśli. Iwtakich momentach jego serce kierowało się ku samotnemu, wyszydzanemu odszczepieńcowi na ekranie, jedynemu strażnikowi prawdy irozsądku wświecie kłamstw. Aitak już wnastępnej chwili stanowił jedność zotaczającym go tłumem iwszystko, co mówiono oGoldsteinie, na powrót wydawało się prawdą. Wtamtych chwilach jego tajona nienawiść do Wielkiego Brata zmieniała się wuwielbienie iWielki Brat zdawał się górować nad wszystkim, ten niezwyciężony, nieznający strachu protektor, wznoszący się jak skała nad hordami Wschódazji, aGoldstein, mimo swego osamotnienia, swej bezradności iwreszcie zasadnych wątpliwości, czy on wogóle istnieje, zdawał się być złowrogim czarownikiem, zdolnym samą tylko siłą swego głosu zburzyć fundamenty cywilizacji.

Zdarzały się chwile, kiedy możliwe było przekierowywanie swej nienawiści wramach aktu wolnej woli. Nagle, gwałtownym wysiłkiem, zjakim podczas sennego koszmaru odrywa się głowę od poduszki, Winston zdołał przenieść swą nienawiść od twarzy na ekranie ku siedzącej za nim ciemnowłosej dziewczynie. Teraz wjego umyśle rozbłysły piękne plastyczne halucynacje. Oto okłada ją gumową pałką idziewczyna pada martwa. Nagą przywiązuje ją do pala iuśmierca strzałami złuku jak świętego Sebastiana. Winnej fantazji gwałci dziewczynę, podrzynając jej gardło wchwili orgazmu. Aponadto, teraz wyraźniej niż do tej pory uświadomił sobie, dlaczego jej nienawidzi. Anienawidzi jej, ponieważ jest młoda, ładna iaseksualna, ponieważ chciałby pójść znią do łóżka, ado tego nigdy nie dojdzie, ponieważ jej gibką ipowabną talię, która zdaje się prosić, by otoczyć ją ramieniem, opasuje okropna szkarłatna szarfa, ostentacyjny symbol wstrzemięźliwości seksualnej.

Seans osiągnął teraz apogeum. Głos Emmanuela Goldsteina przeszedł wautentyczny owczy bek ina moment jego twarz zmieniła się wbarani pysk. Wsekundzie pysk owcy rozmył się na ekranie, przekształcając się weurazjatyckiego żołnierza, który zdawał się kroczyć zgrzechoczącym pistoletem maszynowym wprost na zgromadzonych przed ekranem, ogromny istraszliwy, rósł woczach, aż zdawało się, że wyskoczy zpowierzchni ekranu ito do tego stopnia, że część widzów wpierwszym rzędzie dosłownie wbiło woparcia zajmowanych miejsc. Ale niemal wtej samej chwili, powodując gremialne westchnienie ulgi, złowroga sylwetka rozpłynęła się wniebyt, ajej miejsce zajęła twarz Wielkiego Brata. Ciemne włosy itakież wąsy, twarz promieniująca niespotykaną mocą itajemnym spokojem itak ogromna, że wypełniała niemal cały ekran. Nikt nie słyszał, co mówi Wielki Brat. Była to jednak zapewne garść słów ku pokrzepieniu serc, słów, jakie padają wbitewnym zgiełku, trudnych nawet do rozróżnienia jako pojedyncze wyrazy, ale przywracających morale poddanych przez sam fakt, że zostały wypowiedziane. Po chwili twarz Wielkiego Brata zaczęła znikać, ana nią nałożyły się wypisane tłustymi wersalikami, trzy hasła Partii:

WOJNA JEST POKOJEM

WOLNOŚĆ JEST NIEWOLĄ

NIEWIEDZA JEST SIŁĄ

Jednak twarz Wielkiego Brata majaczyła jeszcze przez jakiś czas na ekranie, jak gdyby wrażenie, jakie wywarła na oglądających, było zbyt silne, by od razu ulec zatarciu. Drobna niewiasta owłosach koloru piasku wychyliła się ponad oparcie krzesła zpierwszego rzędu. Drżącym ze wzruszenia głosem wyszeptała coś, co brzmiało jak: „Mój Zbawco!”, iwyciągnęła ramiona wkierunku ekranu. Zaraz potem ukryła twarz wdłoniach. Było oczywiste, że odmawia modlitwę.

Wtej samej chwili cała widownia zaczęła głośno skandować ipo sali rozległo się powtarzane raz po raz, wolno irytmicznie: „Wu-Be!... Wu-Be!... Wu-Be!”, zdługimi przerwami pomiędzy wu ibe – ciężki, chrapliwy dźwięk, brzmiący tak dziko, że zdawało się, iż wtle słychać tupot bosych stup iłoskot tam-tamów. Skandowanie trwało dobre trzydzieści sekund. Ten ekstatyczny refren rozbrzmiewał wchwilach krańcowego uniesienia. Wpewnej mierze stanowił on pean wielbiący geniusz imajestat Wielkiego Brata, ale wjeszcze większym był aktem samohipnozy, rozmyślnym zagłuszaniem własnej świadomości przy pomocy rytmicznego wrzasku. Emocje Winstona zdawały się stygnąć. Choć wtrakcie Dwóch Minut Nienawiści nie mógł powstrzymać się od udziału wzbiorowej ekstazie, to na wpół zwierzęce wycie „Wu-Be!... Wu-Be!” zawsze napawało go grozą. Oczywiście skandował wraz zinnymi, gdyż nie sposób było postąpić inaczej. Ukrywanie prawdziwych uczuć, kontrolowanie mimiki twarzy, robienie tego samego co wszyscy stało się odruchem warunkowym. Ale pojawiła się kilkusekundowa wyrwa, wciągu której wyraz oczu mógł – być może – zdradzić jego prawdziwe myśli. Ito dokładnie wtym momencie stała się rzecz niezmiernie ważna, jeżeli faktycznie się stała.

Winston skierował wzrok na O’Briena iich spojrzenia skrzyżowały się przez moment. O’Brien akurat stał izdjąwszy okulary, był właśnie wtrakcie nakładania ich na powrót tym charakterystycznym gestem. Lecz wułamku sekundy, gdy ich oczy się spotkały, przez cały ten czas, gdy to trwało, Winston wiedział – tak w i e d z i a ł, że O’Brien myśli to samo co on. Zadzierzgnęła się między nimi nić porozumienia. Wyglądało to tak, jakby otworzyli przed sobą swoje umysły, aich myśli przepływały od jednego do drugiego przez ich oczy: „Jestem ztobą – zdawał się mówić do niego O’Brien. – Wiem doskonale, co czujesz, wiem. Wiem wszystko otwojej pogardzie, twojej nienawiści, twoim obrzydzeniu. Ale bądź dobrej myśli, jestem po twojej stronie!”. Ipo chwili błysk inteligencji zniknął itwarz O’Briena przybrała nieodgadniony wygląd jak wszystkich wokoło.

To było wzasadzie wszystko ijuż po chwili Winston miał wątpliwości, czy to naprawdę się wydarzyło. Tego rodzaju incydenty nigdy nie miały dalszego ciągu. Wszystko, czemu służyły, to podtrzymywaniu jego wiary lub nadziei, że inni, oprócz niego, byli także wrogami Partii. Być może plotki orozbudowanej podziemnej konspiracji były wkońcu prawdziwe – być może Braterstwo rzeczywiście istniało. Było niemożliwością, mimo ciągłych aresztowań, przyznań do winy iegzekucji, stwierdzić na pewno, że Braterstwo nie było po prostu mitem. Winston raz wierzył wjego istnienie, innym razem nie. Nie było żadnych dowodów, jedynie jakieś sygnały widziane przelotnie, które mogły oznaczać wszystko inic. Zasłyszane strzępy rozmów, niewyraźne napisy na ścianach toalet, kiedyś nawet, gdy spotkało się dwóch nieznajomych, drobny ruch dłoni, który wyglądał na znak rozpoznawczy. Wszystko to jednak czcze domysły: równie dobrze mógł być to wytwór jego imaginacji. Wrócił do swojego boksu, nie patrząc nawet na O’Briena. Pomysł, żeby iść za ciosem po ich przelotnej wymianie spojrzeń, ledwie zaświtał mu głowie. Byłoby to skrajnie niebezpieczne, nawet gdyby wiedział, jak się do tego zabrać. Przez sekundę, no dobrze – dwie sekundy, wymienili niejednoznaczne przecież spojrzenia ito już cała historia. Ale nawet ona była pamiętnym wydarzeniem wdusznej samotności, wjakiej przyszło im żyć.

Winston otrząsnął się zzadumy iwyprostował na krześle. Odbiło mu się głośno. Wypity wcześniej gin podchodził mu do gardła.

Znów utkwił wzrok wkartce zeszytu. Okazało się, że gdy tak siedział apatycznie, snując swoje rozważania, jego ręka pisała bezwiednie, jakby była częścią automatu. Inie było to już takie jak wcześniej ścieśnione, koślawe pismo. Jego pióro ślizgało się zamaszyście po gładkim papierze, drukując zgrabne, wielkie litery:

PRECZ ZWIELKIM BRATEM

PRECZ ZWIELKIM BRATEM

PRECZ ZWIELKIM BRATEM

PRECZ ZWIELKIM BRATEM

PRECZ ZWIELKIM BRATEM

itak raz za razem, zapełniając pół strony.

Jego ciałem targnął dreszcz trwogi. Niedorzeczna reakcja, gdyż napisanie tych konkretnych słów nie stwarzało większego zagrożenia niż początkowy zamysł pisania pamiętnika. Niemniej przez moment kusiło go, by podrzeć trefne strony iporzucić całkowicie planowany zamiar.

Nie zrobił tego, ponieważ wiedział, że to na nic. Tak naprawdę, czy napisze PRECZ ZWIELKIM BRATEM,czy też da sobie ztym spokój, nie zrobi żadnej różnicy. Czy będzie dalej prowadził pamiętnik, czy nie będzie go już więcej pisać, również nie zrobi żadnej różnicy. Policja Myśli dopadnie go tak czy owak. Przecież popełnił – itak by popełnił, nawet gdyby nie przyłożył pióra do papieru – fundamentalną zbrodnię, zktórej brały się wszystkie pozostałe. Nosiła nazwę myślozbrodni. Myślozbrodnia nie jest czymś, co da się ukrywać wiecznie. Można zpowodzeniem uniknąć kary przez jakiś czas, nawet przez lata całe, ale prędzej czy później złapią cię na pewno.

To zawsze odbywało się nocą – aresztowania niezmiennie przeprowadzali wnocy. Gwałtowne wyrwanie ze snu, brutalna dłoń szarpiąca cię za ramię, oślepiający błysk latarki prosto woczy, krąg wrogich twarzy wokół łóżka. Najczęściej nie było procesów, żadnych komunikatów ozatrzymaniu. Ludzie po prostu znikali zawsze pod osłoną nocy. Nazwisko aresztowanego usuwano zksiąg stanu cywilnego, wymazywano najdrobniejszy ślad jego życiowych dokonań, negowano cały doczesny żywot zatrzymanego iwkrótce delikwent zostawał zapomniany. Człowiek był likwidowany, unicestwiany, azwyczajowo mówiło się, że został w y p a r o w a n y.

Przez moment ogarnął go rodzaj histerii. Zaczął nerwowo pokrywać papier chaotycznymi bazgrołami:

zastrzelą mnie nic mnie nie obchodzi strzelą mi wtył głowy nic mnie nie obchodzi precz zwielkim bratem zawsze strzelają ci wtył głowy nic mnie nie obchodzi precz zwielkim bratem…

Usiadł teraz wygodniej iodłożył pióro nieco zawstydzony. Wnastępnej chwili aż podskoczył na krześle. Ktoś pukał do drzwi.

Już?! Siedział cichutko jak mysz pod miotłą, żywiąc próżną nadzieję, że kto by to nie był, pójdzie sobie po jednej próbie. Ale pukanie się powtórzyło.

Najgorszą rzeczą na świecie było zwlekanie. Serce waliło mu jak młotem, ale jego twarz na skutek wieloletniego przyzwyczajenia nie wyrażała żadnych emocji. Podniósł się zkrzesła iciężkim krokiem ruszył do drzwi.

II

Gdy tylko położył rękę na klamce, Winston zorientował się, że zostawił pamiętnik otwarty na stole: na całej stronie widniały słowa: PRECZ ZWIELKIM BRATEM, napisane tak dużymi literami, że dawały się niemal przeczytać przez cały pokój. Była to najgłupsza rzecz, jaką mógł zrobić. Ale uświadomił sobie, że – nawet wpanice – nie chciał poplamić kartek, zamykając zeszyt przed wyschnięciem atramentu.

Nabrał powietrza iotworzył drzwi. Natychmiast też spłynęła nań fala błogiej ulgi. Przed drzwiami stała bezbarwna, zahukana kobiecina orzadkich włosach ipokrytej głębokimi bruzdami twarzy.

– Oh, towarzyszu – zaczęła monotonnym, jęczącym głosem. – Zdawało mi się, że słyszałam was wracających do domu. Czy moglibyście wpaść do nas irzucić okiem na nasz zlew? Od czegoś się zatkał i…

Była to pani Parsons, żona sąsiada na tym samym piętrze. (Partia nie tolerowała formy pan, pani – należało się do wszystkich zwracać towarzyszu, towarzyszko – ale wodniesieniu do niektórych kobiet używało się jej odruchowo.) Kobieta miała około trzydziestu lat, jednakże wyglądała na dużo więcej. Miało się wrażenie, iż wbruzdach na jej twarzy na trwałe osiadł kurz. Winston udał się za nią korytarzem. Te drobne domowe naprawy były na porządku dziennym. Mieszkania wBloku Zwycięstwa miały już swoje lata ipochodziły najpewniej z1930 roku albo blisko tej daty isypały się niemiłosiernie. Gips odpadał płatami zsufitów iścian, rury pękały przy każdym cięższym mrozie, dachy ciekły ilekroć spadł śnieg, ogrzewanie działało na pół gwizdka, oile nie było wyłączone całkowicie wramach oszczędności. Naprawy, poza tym co dało się zrobić we własnym zakresie, wymagały zatwierdzenia przez jakieś trudno dostępne komisje, które potrafiły wstrzymywać banalną wymianę szyby przez dwa lata.

– Oczywiście to tylko dlatego, że Tom jest poza domem – dodała pani Parsons niezdecydowanie.

Mieszkanie Parsonsów było większe niż Winstona itakże prezentowało się obskurnie, ale wnieco inny sposób. Wszystko było zdezelowane ipoobijane, jakby miejsce to nawiedziło jakieś ogromne oszalałe zwierzę. Po podłodze walał się sprzęt sportowy: kije hokejowe, rękawice bokserskie, pęknięta piłka nożna, para przepoconych szortów wywróconych na lewą stronę, ana stole piętrzyła się sterta brudnych naczyń isfatygowane podręczniki szkolne zoślimi uszami. Na ścianach wisiały proporce Ligi Młodych iSzpiegów, atakże plakat Wielkiego Brata naturalnej wielkości. Wmieszkaniu roznosił się zwyczajowy zapach gotowanej kapusty, wspólny dla całego budynku, jednakże zdominowany przez ostrzejszy odór potu, który – co wiadomo było od progu, choć niełatwo było powiedzieć dlaczego – pochodził od osoby wtej chwili nieobecnej. Wsąsiednim pokoju ktoś usiłował przy pomocy grzebienia pokrytego kawałkiem papieru toaletowego wtórować muzyce wojskowej, która nadal płynęła zteleekranu.

– To dzieci – wyjaśniła pani Parsons, rzucając nieco lękliwe spojrzenie wkierunku zamkniętych drzwi. – Przez cały dzień siedzą wdomu. Ioczywiście…

Miała zwyczaj przerywania zdań wpołowie. Kuchenny zlew był wypełniony niemal po brzegi brudną, zielonkawą wodą, która śmierdziała paskudnie kapustą. Winston przyklęknął iobejrzał dokładnie kolanko syfonu. Nie znosił pracy fizycznej inie cierpiał się schylać, bo wówczas prawie zawsze dostawał napadu kaszlu. Pani Parsons spoglądała bezradnie.

– Oczywiście, gdyby Tom był wdomu, to naprawiłby zlew wtrymiga – powiedziała. – On uwielbia takie rzeczy. On ma dryg do takich rzeczy jak mało kto. Ten mój Tom.

Parsons podobnie jak Winston był zatrudniony wMinisterstwie Prawdy. Był grubawym jegomościem nieskazitelnej wręcz głupoty, zupełny imbecyl-entuzjasta każdej sprawy, jeden ztych absolutnie bezkrytycznych, posłusznych icałkowicie oddanych wołów roboczych, na których wjeszcze większym stopniu niż na Policji Myśli opierała się stabilność Partii. Mając trzydzieści pięć lat, został właśnie, niemal siłą, usunięty zLigi Młodych, azanim do niej ongiś awansował, zdołał przedłużyć swój pobyt wSzpiegach orok ponad statutowy wiek. WMinisterstwie zatrudniony był na jakimś podrzędnym etacie, gdzie inteligencja nie odgrywała większej roli, ale zdrugiej strony był jedną zbardziej prominentnych postaci wKomitecie Sportowym iwszystkich innych komitetach zaangażowanych worganizowanie wspólnych pieszych wycieczek, spontanicznych demonstracji, kampanii na rzecz oszczędzania energii, wody itd. inajogólniej mówiąc działalności wolontariackiej. Chętnie informował każdego zkontrolowaną dumą, między pyknięciami ze swej fajki, że przez ostatnie cztery lata nie opuścił ani jednego wieczoru wświetlicy osiedlowej. Wszędzie, gdzie się znalazł, towarzyszył mu zwalający znóg odór potu – rodzaj nieświadomego świadectwa intensywności jego życia – iunosił się jeszcze długo wpowietrzu po tym, jak już sobie poszedł.

– Ma pani klucz nastawny żabkę? – spytał Winston, majstrując bezradnie przy nakrętce kolanka syfonu.

– Żabkę? – powtórzyła pani Parsons, natychmiast kurcząc się do rozmiaru bezkręgowca. – Ten, no tak na pewno to nie wiem. Może dzieci…

Rozległ się tupot butów ikolejne fanfary odgrywane na grzebieniu, gdy dzieci szturmem wpadły do pokoju. Pani Parsons przyniosła klucz. Winston spuścił wodę izniemałym obrzydzeniem wyciągnął pokaźną garść zlepionych włosów, które zatykały odpływ. Najlepiej, jak potrafił, umył ręce wzimnej wodzie zkranu iwrócił do pokoju.

– Ręce do góry! – wrzasnął nieznoszący sprzeciwu głos.

Rosły młodzieniec odziarskim wyglądzie dziewięciolatka wyskoczył zza stołu, grożąc Winstonowi automatycznym pistoletem zabawką, podczas gdy jego mała siostrzyczka, młodsza pewnie odwa lata, wykonywała te same gesty, dzierżąc wręku kawałek patyka. Oboje mieli na sobie granatowe szorty, szare koszulki iczerwone chusty – regularne umundurowanie Szpiegów. Winston uniósł ręce nad głowę, ale natychmiast zrobiło mu się nieswojo, gdyż zachowanie chłopca nie do końca wyglądało na zabawę.

– Zdrajca! – wrzasnął malec. – Jesteś myślozbrodniarzem! Jesteś eurazjatyckim szpiclem! Zaraz cię zastrzelę, wyparuję, wyślę do kopalni soli!

Nagle oboje zaczęli skakać wokół niego, krzycząc: „Zdrajca! Myślozbrodniarz!”. Dziewczynka naśladowała każdy gest brata. Było wtym coś zlekka przerażającego, niczym psoty małych tygrysiątek, które wkrótce wyrosną na ludojadów. Woczach chłopca widział jakąś kalkulowaną zciekłość, aż nader widoczne pragnienie, by uderzyć lub kopnąć Winstona iświadomość, że jest się już prawie tak dużym, żeby ów zamiar wprowadzić wżycie. Co to za szczęście, że ten pistolet wręku chłopaka nie jest prawdziwy – przemknęło Winstonowi przez myśl.

Wzrok pani Parsons przeskakiwał nerwowo zmężczyzny na dzieci izpowrotem. Wnieco lepszym świetle pokoju Winston przekonał się, że wzmarszczkach na jej twarzy faktycznie zalega kurz.

– Czasami faktycznie robią się zbyt hałaśliwe – zauważyła. – Są zawiedzione, że nie mogą pójść zobaczyć wieszania ito pewnie dlatego. Ja jestem zbyt zajęta, by je zabrać, aTom nie wróci wporę zpracy.

– Dlaczego nie możemy iść zobaczyć wieszania? – wrzasnął chłopiec najgłośniej, jak potrafił.

– Chcemy zobaczyć wieszanie! Chcemy zobaczyć wieszanie! – wołała dziewczynka, wciąż skacząc wkoło.

Winston przypomniał sobie, że wieczorem wParku ma być powieszona grupa jeńców zEurazji, którzy dopuścili się zbrodni wojennych.

Spektakl odbywał się mniej więcej raz wmiesiącu icieszył niesłabnącą popularnością. Dzieci niezmiennie igłośno domagały się, by zabierano je na to przedstawienie.

Pożegnał się zpanią Parsons iskierował ku drzwiom. Ale nie uszedł jeszcze sześciu kroków wdół korytarza, gdy coś grzmotnęło go wkark zogromną siła. Winston poczuł przeszywający ból, zupełnie, jak gdyby został dźgnięty rozżarzonym do czerwoności prętem. Odwrócił się wporę, by zobaczyć, jak pani Parsons wciąga do mieszkania syna chowającego do kieszeni procę.

– Goldstein – wrzasnął malec, gdy zatrzaskiwały się za nim drzwi. Ale tym, co najmocniej poruszyło Winstona, był bezradny strach rysujący się na poszarzałym obliczu pani Parsons.

Na powrót usiebie Winston przemknął koło teleekranu iusiadł znów przy stole, rozmasowując kark. Zteleekranu przestała płynąć muzyka. Zamiast niej szczekliwy wojskowy głos podawał zkrwiożerczą satysfakcją opis uzbrojenia nowej Pływającej Fortecy, która była zakotwiczona gdzieś pomiędzy Islandią aWyspami Owczymi.

Ztakimi pociechami, pomyślał Winston, ta nieszczęsna kobieta na pewno żyje wpermanentnym strachu. Jeszcze rok, dwa, azaczną ją szpiegować dzień inoc wposzukiwaniu przejawów nieprawomyślności. Obecnie niemal wszystkie dzieci to potwory. Najgorsze wtym wszystkim, że poprzez takie organizacje jak Szpiedzy systematycznie zmieniano je wmałych, rozhukanych dzikusów, amimo wszystko nie rodziło to wnich absolutnie żadnego odruchu buntu przeciwko partyjnej dyscyplinie. Wprost przeciwnie, uwielbiały Partię iwszystko co znią związane. Pieśni, pochody, transparenty, wycieczki, musztra zatrapami karabinów, skandowanie haseł, kult Wielkiego Brata – wszystko to stanowiło dla nich rodzaj wspaniałej zabawy. Cała ich furia kierowana była na zewnątrz przeciw wrogom państwa, przeciwko cudzoziemcom, zdrajcom, sabotażystom, myślozbrodniarzom. Było niemal regułą, że osoby po trzydziestce bały się swoich własnych dzieci. Inie bez powodu, bo nie było tygodnia, by „Times” nie zamieścił artykułu poświęconego małemu, nadgorliwemu kapusiowi – określanemu na ogół frazą „dziecko bohater”, który usłyszawszy jakąś nieprawomyślną uwagę, zadenuncjował rodziców Policji Myśli.

Piekący ból po pocisku zprocy ustąpił. Winston bez przekonania wziął do ręki pióro, zastanawiając się, czy zdoła wykrzesać coś zsiebie godnego zapisu wpamiętniku. Nagle jego myśli zwróciły się znów ku O’Brienowi.

Lata temu – kiedy to mogło być, pewnie zsiedem lat minęło – śniło mu się, że idzie przez pokój, wktórym panują egipskie ciemności. Ikiedy mijał kogoś siedzącego pod ścianą, ten powiedział: „Spotkamy się wmiejscu, gdzie nie ma ciemności”. Powiedział to bardzo spokojnie, jakby od niechcenia – proste stwierdzenie faktu, wżadnym wypadku rozkaz. Winston przeszedł, nawet nie zwalniając kroku. Ciekawa rzecz – wtamtym czasie słowa te nie wywarły na nim większego wrażenia. To dopiero później ido tego stopniowo zaczęły one nabierać znaczenia. Nie mógł sobie teraz przypomnieć, czy to przed tym snem, czy po nim widział O’Briena po raz pierwszy, ani nie pamiętał, kiedy zidentyfikował ten głos jako należący do O’Briena. Bez względu na to, kiedy nastąpiła identyfikacja, nie ulegało wątpliwości, że to O’Brien przemówił doń wciemnościach.

Winston nigdy nie potrafił rozstrzygnąć – nawet po tym, jak dziś rano skrzyżowały się ich spojrzenia, nie było możliwości, by ostatecznie rozstrzygnąć, czy O’Brien był przyjacielem, czy wrogiem. Ani też nie wydawało się to szczególnie ważne. Pomiędzy nimi była nić porozumienia ważniejsza niż sympatia czy stronniczość. „Spotkamy się wmiejscu, gdzie nie ma ciemności” – powiedział. Winston nie miał pojęcia, co znaczyły te słowa, ajedynie wiedział, że wtaki czy inny sposób się spełnią.

Głos zteleekranu umilkł. Teraz dźwięk trąbki, czysty ipiękny, popłynął wzatęchłym powietrzu. Po chwili spiker zaczął chrapliwie:

– Uwaga! Uwaga! Właśnie dotarł do nas komunikat zfrontu malabarskiego. Nasze siły wPołudniowych Indiach odniosły miażdżące zwycięstwo. Jestem upoważniony, by donieść, iż ofensywa, jaką obecnie relacjonujemy, może zpowodzeniem przybliżyć nas do miejsca, zktórego da się już odmierzyć dystans do zakończenia działań wojennych. Oto specjalne wydanie wiadomości…

„Nadciągają złe wiadomości” – pomyślał natychmiast Winston. Oczywiście, że tak. Zaraz po krwawym opisie zagłady eurazjatyckiej armii ipodaniu oszałamiających zgoła liczb zabitych iwziętych do niewoli nieprzyjaciół ogłoszono, że od następnego tygodnia zmniejszony zostanie przydział czekolady ztrzydziestu na dwadzieścia gram.

Winstonowi znowu się odbiło. Gin wzasadzie już nie działał, pozostawiając uczucie pustki. Zteleekranu, być może dla uczczenia zwycięstwa, być może po to, by zatrzeć wpamięci utratę części przydziału czekolady, rozbrzmiała kakofonia ciężkich tonów hymnu Oceanio, to dla Ciebie. Nie było rady, należało stanąć na baczność. Jednakże wmiejscu, gdzie siedział, Winston był niewidoczny.

HymnOceanio, to dla Ciebie ustąpił miejsca lżejszej muzyce. Winston podszedł do okna, cały czas zwrócony plecami do ekranu. Dzień nadal był chłodny ijasny. Gdzieś woddali zgłuchym dudnieniem eksplodował pocisk rakietowy. Obecnie spadało ich na Londyn około dwudziestu do trzydziestu tygodniowo.

Wdole na ulicy naderwany plakat łopotał tam izpowrotem na wietrze, awyraz „anglosoc” pojawiał się iznikał konwulsyjnie. Anglosoc. Nienaruszalne pryncypia anglosocu. Nowomowa, dwójmyślenie izmienność przeszłości. Czuł się, jak gdyby wędrował przez jakiś podwodny las porastający dno morza, zagubiony wpotwornym świecie, gdzie on sam był potworem. Był sam. Przeszłość była martwa, aprzyszłość nie do wyobrażenia. Jaką mógł mieć pewność, że choć jedna ludzka istota obecnie żyjąca jest po jego stronie? Iskąd można wiedzieć, czy dominacja Partii nie będzie trwała po wsze czasy? Natychmiast odpowiedziały mu trzy hasła Partii na białej fasadzie Ministerstwa Prawdy:

WOJNA JEST POKOJEM

WOLNOŚĆ JEST NIEWOLĄ

NIEWIEDZA JEST SIŁĄ

Wyjął zkieszeni dwudziestopięciocentówkę. Na niej także, małym wyraźnym liternictwem wygrawerowane były te same hasła, ana awersie monety głowa Wielkiego Brata. Nawet zmonety jego oczy śledziły każdy twój ruch. Na monetach, na znaczkach, na okładkach książek, na transparentach, na plakatach ina paczkach papierosów – wszędzie. Iniezmiennie obserwowały cię oczy, awładczy głos napominał. We śnie czy na jawie, wpracy, czy przy posiłku, wdomu, czy poza nim, wkąpieli, czy włóżku – nie było dokąd uciec. Niczego nie miałeś na własność oprócz tych paru centymetrów sześciennych wewnątrz czaszki.

Słońce zmieniło położenie iteraz, gdy nie odbijały się wnich jego promienie, miriady okien Ministerstwa Prawdy wyglądały równie groźnie jak otwory strzelnicze wmurach fortecy. Na widok monstrualnej budowli wkształcie piramidy serce podeszło mu do gardła. Budynek był zbyt wielki, by zdobyć go szturmem. Nie zrównałoby go zziemią itysiąc rakiet. Znów zaczął się zastanawiać, dla kogo pisze ten pamiętnik. Dla przyszłości, dla przeszłości, dla epoki, która nigdy nie nadejdzie. Czeka go nie śmierć, lecz unicestwienie. Pamiętnik zamieni się wpopiół, aon sam zostanie wyparowany. Tylko Policja Myśli przeczyta jego wynurzenia, zanim wymaże je ztego świata izwłasnej pamięci. Jak wogóle można apelować do przyszłości, kiedy nie zostanie po tobie żaden ślad, nie uchowa się nawet anonimowe słowo nabazgrane na skrawku papieru?

Na teleekranie wybiła czternasta. Powinien wyjść za dziesięć minut. Przecież musi być wpracy przed czternastą trzydzieści.

Odziwo, dźwięk zegara bijącego godzinę zdawał się napełniać serce Winstona otuchą. Był on samotnym duchem głoszącym słowa prawdy, których nikt nigdy nie usłyszy. Ale tak długo, jak je głosił, to jednak wjakiś trudny do wytłumaczenia sposób ciągłość zostanie zachowana. To nie przez fakt, że dajesz słyszalne świadectwo, ale przez to, że pozostajesz wpełni normalny, stanowisz przedłużenie ludzkiego dziedzictwa. Wrócił do stołu, zanurzył stalówkę watramencie inapisał:

Do przyszłości lub do przeszłości, do czasów, wktórych myśl będzie wolna, wktórych ludzie będą się różnili między sobą inie będą żyli samotnie – do czasów, wktórych będzie miejsce na prawdę ito, co się stało, nigdy nie będzie mogło być zmienione.

Zepoki uniformizmu, zepoki samotności, zepoki Wielkiego Brata, zepoki dwójmyślenia – pozdrawiam was!

Uzmysłowił sobie, że właściwie to już nie żyje. Wydawało mu się, że to dopiero teraz, kiedy nastąpił ten moment, wktórym posiadł zdolność formułowania własnych myśli, zrobił decydujący krok. Konsekwencje każdego czynu są zgóry wnim zawarte.

Myślozbrodnia nie pociąga za sobą kary śmierci, myślozbrodnia sama JEST śmiercią.

Teraz, gdy zrozumiał, że jest już trupem, stało się dla niego niezmiernie ważne, by jak najdłużej pozostać przy życiu. Miał poplamione atramentem dwa palce prawej dłoni. To był dokładnie taki szczegół, który mógł człowieka pogrążyć. Jakiś węszący nadgorliwiec wMinisterstwie (może być, że kobieta, choćby ta drobna owłosach koloru piasku albo ta ciemnowłosa zDepartamentu Literatury) mogłaby zacząć główkować, dlaczego oto Winston Smith pisał coś podczas przerwy na lunch, dlaczego posługiwał się staroświeckim piórem, co takiego pisał – ipisnąć słówko, gdzie trzeba. Poszedł do łazienki imozolnie zeskrobał atrament szarym, chropowatym mydłem, które drapało skórę niczym papier ścierny iztego względu doskonale nadawało się do takich celów.

Włożył pamiętnik do szuflady. Nie było najmniejszego sensu myśleć ojakimś schowku, ale powinien przynajmniej coś przedsięwziąć, by zorientować się, czy pamiętnik został odkryty, czy nie. Włos położony między krawędzie kartek byłby zbyt czytelnym trikiem. Czubkiem palca podniósł dające się zidentyfikować ziarenko białego pyłu ipołożył je wrogu okładki, skąd zpewnością zostałoby strącone, jeżeli ktoś ruszałby zeszyt.

III

Winstonowiśniła się matka.

Musiał mieć – jak sądził – dziesięć lub jedenaście lat, kiedy jego matka zniknęła. Była wysoką, postawną, raczej małomówną kobietą opowolnych ruchach ipięknych jasnych włosach. Ojca pamiętał nader mgliście. Zachował się wjego pamięci jako smagły, szczupły mężczyzna, zawsze noszący starannie dobrane, ciemne ubrania (Winston pamiętał zwłaszcza bardzo cienkie podeszwy wojcowskich butach), pamiętał też nieodzowne okulary. Oboje rodziców najpewniej pochłonęła jedna zpierwszych czystek zlat pięćdziesiątych.

Wtej chwili jego matka siedziała gdzieś daleko pod nim, tuląc wramionach jego młodszą siostrę. Winston, jeżeli wogóle pamiętał siostrę, to jako maleńkie, słabe dziecko zwielkimi czujnymi oczyma. Teraz obie, matka icórka, patrzyły na niego do góry. Znajdowały się wjakimś zagłębieniu – być może na dnie studni albo bardzo głębokiego grobu – miejsce to, choć itak już znajdowało się wznacznym oddaleniu, ciągle się obniżało. Były wsalonie tonącego statku ispoglądały do góry na niego przez coraz to ciemniejszą wodę. Wsalonie nadal było powietrze, nadal mogły go widzieć, aon je, ale przez cały czas pogrążały się coraz niżej wzielonej wodzie, która już za chwilę miała skryć je na zawsze. On nadal znajdował się nad powierzchnią wświetle ina powietrzu, one zaś były wciągane ku nieubłaganej śmierci ibyły tam na dole, p o n i e w a ż on był tutaj na górze. On to wiedział iwiedziały to one, iWinston widział tę wiedzę wypisaną na ich twarzach. Ale wich twarzach isercach nie było wyrzutu, ajedynie świadomość, że muszą umrzeć po to, aby on mógł pozostać przy życiu i,że było to częścią nieuniknionego porządku rzeczy.

Nie pamiętał, co się stało dalej, ale wswoim śnie wiedział, że życie jego matki isiostry zostało wjakiś sposób poświęcone dla niego. Był to jeden ztych snów, który zachowując charakterystyczną scenerię snu, stanowił kontynuację czyjegoś życia umysłowego iwktórym człowiek staje się świadom faktów iidei, które nadal zdają się być odkrywcze iwartościowe po tym, jak się obudzi. Nagle Winston zdał sobie sprawę, że śmierć jego matki, przed blisko trzydziestu laty, była wydarzeniem tragicznym ismutnym na sposób, który obecnie nie byłby już możliwy. Tragedia – doszedł do wniosku – należała do zamierzchłej przeszłości, do czasów, kiedy istniały jeszcze życie osobiste, miłość iprzyjaźń ikiedy członkowie rodziny stawali wswojej obronie inie musieli nawet wiedzieć, czego dotyczy spór. Wspomnienie matki rozdzierało mu serce, ponieważ umarła, kochając go, aon był zbyt samolubny, by odwzajemniać jej uczucie, iponieważ zjakiegoś powodu, nie pamiętał zjakiego, jego matka swą dewizą uczyniła wierność ideałom, rozumianą jako coś osobistego iniezmiennego. Winston widział, że dzisiaj taka postawa jest niemożliwa. Dzisiaj strach, nienawiść iból zastąpiły dostojeństwo uczuć wyższych igłębokich, skomplikowanych dramatów. Wszystko to zdawał się widzieć wogromnych oczach swojej matki isiostry patrzących do góry na niego przez zieleń wody setki sążni poniżej inadal pogrążając się coraz głębiej wotchłań.

Już chwilę później stał oto na krótko przystrzyżonej, sprężystej murawie wletni wieczór, gdy ukośnie padające promienie słoneczne ozłacały ziemię. Krajobraz, który miał teraz przed oczyma, powracał tak często wjego snach, że nie był do końca pewien, czy czasem nie widział go wrealnym świecie. Wmyślach na jawie nazywał go Złotą Krainą. Było to stare opuszczone pastwisko ztrawą wyskubaną przez króliki, przez środek, do którego wiodła ścieżka, apo jej bokach wznosiły się liczne kretowiska. Na przeciwległym boku pastwiska, wzapuszczonym żywopłocie, gałęzie wiązów kołysały się zlekka na wietrze, aich liście wswojej masie falowały niczym włosy kobiety. Gdzieś, niemal na wyciągnięcie ręki, choć niedostępny dla oka, toczył swe wody strumień opowolnym nurcie, gdzie wgłęboczkach pod gałęziami przybrzeżnych wierzb pływały jelce.

Wkierunku Winstona szła teraz przez pastwisko ciemnowłosa dziewczyna. Nagle gestem, który wyglądał na jeden ruch, zerwała zsiebie ubranie irzuciła zpogardą na ziemię. Ciało miała białe igładkie, ale nie budziło wnim pożądania, właściwie to ledwie na nie spojrzał. Natomiast wtamtej chwili przemożne wrażenie zrobił na nim sposób, wjaki odrzuciła ubranie. Ze swym wdziękiem ibeztroską zdawał się on przekreślać cały dorobek kulturowy, cały system filozoficzny, jak gdyby Wielki Brat, Partia iPolicja Myśli mogły zostać usunięte wniebyt jednym cudownym ruchem ręki. To też był gest należący do czasu, który minął. Winston obudził się ze słowem „Szekspir” na ustach.

Zteleekranu dochodził teraz przeraźliwy gwizd, który utrzymywał się na tym samym poziomie decybeli przez trzydzieści sekund. Była siódma piętnaście, czyli pora pobudki dla urzędników biurowych. Winston wyskoczył złóżka jak zprocy – nagi, bo jako członek Partii Zewnętrznej otrzymywał jedynie trzy tysiące bonów odzieżowych rocznie, ana piżamę szło ich sześćset – izłapał przerzucony przez poręcz krzesła mocno sfatygowany podkoszulek itakież szorty. Zaprawa poranna zaczynała się za trzy minuty. Jeszcze chwila iprzegiął go wpół gwałtowny atak kaszlu, który objawiał się tuż po przebudzeniu ito zdużą regularnością. Do tego stopnia brakowało mu później tchu, że mógł zacząć oddychać na nowo dopiero po ułożeniu się na wznak izaczerpnięciu serii głębokich oddechów. Od tego kaszlu nabrzmiały mu żyły izaczął doskwierać swędzący wrzód żylakowy.

– Grupa trzydziesto- iczterdziestolatków! – wrzasnął świdrujący głos kobiecy. – Grupa trzydziesto- iczterdziestolatków! Wszyscy na miejsca, proszę. Trzydziesto- iczterdziestolatki!

Winston skoczył na równe nogi istanął na baczność przed teleekranem, na którym pojawiła się już postać młodej kobiety, chudej, lecz muskularnej, wstroju gimnastycznym itenisówkach.

– Zginanie iwyrzuty ramion! – wrzasnęła. – Wszyscy wtym samy tempie. R a z,dwa, trzy, cztery! R a z,dwa, trzy, cztery! Dalej towarzysze, ruchy, ruchy. Zżyciem, zżyciem! R a z,dwa, trzy, cztery! R a z,dwa, trzy, cztery!...

Ból wywołany napadem kaszlu jeszcze niezupełnie zatarł wpamięci Winstona wrażenia, jakie wywarł na nim sen, arytmiczne ruchy ćwiczenia nawet je ożywiły. Kiedy tak mechanicznie wyrzucał ramiona to wprzód, to wtył, zgrymasem ponurego zadowolenia na twarzy – najwłaściwszą, jaką można przybrać wtrakcie zaprawy porannej czynił mozolne wysiłki, by przywołać wpamięci zasnuty mgłą okres wczesnego dzieciństwa. Było to nad wyraz trudne. Poza granicą późnych lat pięćdziesiątych wszystko stawało się wyblakłe. Wbraku obiektywnych zapisów mogących stanowić punkty odniesienia nawet kontury własnych przeżyć tracą na ostrości. Pamięta się doniosłe wydarzenia, które najprawdopodobniej wogóle nie miały miejsca, pamięta się szczegóły wydarzeń bez możliwości odtworzenia towarzyszącej im atmosfery ipozostają długie, puste okresy, którym nie sposób przypisać jakiś konkret. Pamiętał jedynie, że wówczas wszystko było inne. Nawet nazwy krajów iich kształty na mapie były jakieś inne. Na przykład Pas Startowy Jeden tak się wtamtych czasach nie nazywał. Nosił nazwę Anglia lub Brytania, chociaż Londyn, tego był prawie pewien, zawsze nazywany był Londynem.

Winston nie przypominał sobie takiego momentu, kiedy jego kraj nie prowadziłby zkimś wojny, choć było oczywiste, że za jego dzieciństwa miał miejsce względnie długi okres pokoju, ponieważ jednym zjego wczesnych wspomnień był nalot lotniczy, który zdawał się stanowić dla wszystkich ogromne zaskoczenie. Być może to było wtedy, kiedy bomba atomowa spadła na Colchester. Samego nalotu nie pamiętał, natomiast utkwiła mu wpamięci ręka ojca ściskająca jego dłoń, gdy biegli gdzieś coraz niżej iniżej do jakiegoś miejsca głęboko wziemi, pędząc na złamanie karku po spiralnych schodach, które dźwięczały mu pod schodami, iod tego biegu po nich tak rozbolały go nogi, iż zaczął popłakiwać imusieli zatrzymać się, by odpocząć. Jego mama, wtym swoim powolnym, jakby sennym rytmie, podążała za nimi daleko ztyłu. Niosła na rękach jego małą siostrzyczkę – amoże był to jedynie koc zwinięty wtobołek, ajego siostry nie było jeszcze na świecie. Wkońcu znaleźli się whałaśliwym, zatłoczonym schronie, który okazał się być stacją metra.

Na wybrukowanej dworcowej posadzce jak okiem sięgnąć siedzieli ludzie, ainni, ciasno stłoczeni zajmowali miejsca na piętrowych metalowych pryczach, jedni nad drugimi. Winston wraz zmatką iojcem znaleźli miejsca na podłodze, aobok nich na pryczy siedziała para starszych ludzi. Mężczyzna miał na sobie bardzo przyzwoity, ciemny garnitur izsuniętą zmlecznobiałych włosów na tył głowy czarną płócienną czapkę. Twarz miał szkarłatną, aniebieskie oczy pełne łez. Czuć było od niego ginem tak mocno, jakby to porami skóry zamiast potu wydzielał alkohol, można też było pomyśleć, że te łzy płynące zjego oczu to czysty gin. Chociaż był nieco pijany, dało się zauważyć, że jego cierpienie jest nie tylko szczere, ale ibardzo poważne. Na swój dziecinny sposób Winston wiedział, że stało się właśnie coś strasznego, coś nie do wybaczenia icoś, czego nigdy nie da się wynagrodzić. Zdawało mu się także, iż wie, co to było. Ktoś, kogo stary człowiek kochał, maleńka wnuczka, być może, została zabita. Co kilka minut stary człowiek powtarzał:

– My nie powinniśmy byli im ufać. Mówiłem tak, prawda, mamuśka? Itaki mamy skutek tego zaufania. Anie mówiłem tak od razu? Nie powinniśmy byli ufać tym zbójom.

Ale którym zbójom nie powinni byli ufać, tego akurat Winston nie mógł sobie teraz przypomnieć.

Mniej więcej od tamtego czasu wojna stała się dosłownie ciągła, chociaż mówiąc precyzyjniej, to nie była bez przerwy ta sama wojna. Kiedy Winston miał kilka lat, przez szereg miesięcy, wsamym sercu Londynu, toczyły się nieregularne walki uliczne, które akurat pamiętał wyraźnie. Niemniej gdyby chcieć poznać historię tamtego okresu, by określić, kto wdanym momencie walczył zkim, byłby to próżny trud, ponieważ żadne pisemne dokumenty ani utrwalone wypowiedzi nigdy nie wspominały oinnym układzie sił niż ten obecnie istniejący. Wtym momencie na przykład, to znaczy w1984 roku (jeżeli to był rok 1984), Oceania będąc wsojuszu ze Wschódazją, prowadziła wojnę zEurazją. Wżadnym publicznym czy prywatnym oświadczeniu nikt nigdy inigdzie nie przyznawał, że te trzy potęgi były kiedykolwiek winnych relacjach. Wrzeczywistości, oczym Winston wiedział doskonale, nie dalej jak cztery lata temu, Oceania prowadziła wojnę ze Wschódazją, będąc wsojuszu zEurazją. Ale udało mu się zachować tę sekretną wiedzę jedynie dlatego, że jego pamięć nie była należycie nadzorowana. Oficjalnie ta zmiana sojuszy nigdy nie miała miejsca. Skoro Oceania jest wstanie wojny zEurazją, przeto zawsze była znią wstanie wojny. Aktualny wróg zawsze ucieleśniał najwyższe zło, zczego wynikało, że żaden przeszły czy przyszły sojusz znim nie był możliwy.

Najtragiczniejsze wtym wszystkim, pomyślał po raz dziesięciotysięczny, wyginając boleśnie ramiona do tyłu (zdłońmi na biodrach, wykonywali skręty tułowia, od pasa wgórę – ćwiczenie to miało rozwijać mięśnie pleców), najtragiczniejsze, że to wszystko mogła być prawda. Jeżeli Partia była wstanie zanurzać swoje łapska wprzeszłość ipotem twierdzić, że ten lub ów incydent n i g d y s i ę n i e w y d a r z y ł, to zpewnością było to bardziej przerażające niż jakieś tam tortury czy śmierć. Partia powiedziała, że Oceania nigdy nie była wsojuszu zEurazją. On – Winston Smith – wie, że Oceania była wsojuszu zEurazją nie dalej jak cztery lata temu. No tak, ale skąd czerpie tę wiedzę? Ona istnieje wyłącznie wjego świadomości, która przecież itak zostanie wkrótce unicestwiona. Jeżeli wszyscy posłusznie akceptują kłamstwo, które narzuca Partia – jeżeli wszystkie źródła podają tę samą wersję – wówczas do historii przechodzi kłamstwo istaje się prawdą. Kto kontrolujeprzeszłość– głosi jedno zhaseł Partii – ten ma władzę nad przyszłością, ktokontrolujeteraźniejszość, wtego rękach jest przeszłość. Amimo wszystko przeszłość – choć zsamej swej natury jest podatna na zmiany – nigdy nie była zmieniana. Co było prawdą teraz, było prawdą od zawsze ipo wsze czasy. Rządziła tym prosta zasada. Wymagała wszelako niekończącej się sekwencji zwycięstw nad własną pamięcią. Nosiło to nazwę „kontrola rzeczywistości”, awnowomowie „dwójmyślenie”.

– Spocznij! – padła komenda wydana nieco łagodniejszym tonem.

Winston opuścił ręce wzdłuż tułowia ipomału nabrał powietrza wpłuca. Jego umysł na powrót pogrążył się wlabiryncie świata dwójmyśli. Wiedzieć inie wiedzieć, mieć pełne przeświadczenie oprawdziwości własnych słów, wygłaszając starannie skonstruowane kłamstwa, wyznawać równocześnie dwa zupełnie sprzeczne ze sobą poglądy na dany temat imimo świadomości, że się wzajemnie wykluczają, wierzyć woba; stosować logikę przeciwko logice; odrzucać moralność izarazem rościć sobie do niej prawo; uważać, że demokracja jest niemożliwa oraz że Partia stoi na jej straży; zapomnieć wszystko, co należy zapomnieć, po czym przypominać sobie, kiedy się staje potrzebne, anastępnie znów natychmiast wymazywać zpamięci; przede wszystkim zaś stosować ten proces do samego procesu. To była finezja najwyższej próby: świadomie wprowadzać się wnieświadomość, apotem, na powrót stawać się nieświadomym seansu hipnozy, którą się dopiero co przeprowadziło na samym sobie. Nawet po to, by zdefiniować słowo dwójmyślenie, należało owo dwójmyślenie praktycznie zastosować.

Instruktorka ponownie wydała komendę baczność.

– Ateraz zobaczymy, którzy znas potrafią dotknąć naszych palców ustóp – zawołała zniekrytym entuzjazmem. – Schylamy się, towarzysze! Od bioder wdół! R a z-dwa, raz-dwa!...

Winston nie cierpiał tego ćwiczenia, podczas każdego skłonu towarzyszył mu przeszywający ból od stóp do pośladków izwykle kończyło się to atakiem kaszlu. Teraz zjego rozważań ulotnił się ten na wpół przyjemny aspekt. Przeszłość – pomyślał – nie została jedynie zmieniona, wistocie