Folwark zwierzęcy. Dziennik z folwarku - George Orwell - ebook

Folwark zwierzęcy. Dziennik z folwarku ebook

George Orwell

4,0

Opis

Odrzucana przez znanych brytyjskich wydawców, również z przyczyn politycznych (wcześniej jej maszynopis omal nie został zniszczony w Londynie w eksplozji niemieckiej latającej bomby V-1), alegoryczna bajka Folwark Zwierzęcy ukazała się ostatecznie w Anglii 17 stycznia 1945 r. w nakładzie 4 500 egzemplarzy.

Od tamtej pory wydrukowano ich na świecie dziesiątki milionów, a brytyjski Book Marketing Council zaliczył Folwark do dwunastu najznakomitszych dzieł współczesnych czasów. Pochodząca zeń fraza „równi i równiejsi” weszła do powszechnego obiegu. Genialne dzieło Orwella można przy tym odczytywać na wielu płaszczyznach: pozornie jest to satyra na Rewolucję Październikową i fundamentalny konflikt Stalina z Trockim, zarazem można je rozumieć jako mroczną metaforyczną opowieść o ludzkiej niedoskonałości i niezmiennych prawach historii. Światek Folwarku to nie tylko świat za „żelazną kurtyną”, który w tej części Europy poznaliśmy własnym doświadczeniem, lecz i parabolicznie ujęty epizod z dziejów ludzkości...

„Dziennik z Folwarku”, publikowany w polskim przekładzie po raz pierwszy, ukazuje nam zaś jakże innego Orwella niż ten ogólnie znany. Pisząc we wsi Wallington Folwark, prowadził on właśnie ten dziennik. Nie ma w nim jednak mroku polityki, nie ma zła i przemocy – są goździki, zioła, róże, sadzenie warzyw, okopywanie grządek, kurniki, problemy z kretami, wybiegi dla drobiu, sadzeniaki, inspekty i dokuczliwe mszyce... I radość pisarza z obcowania z piękną angielską przyrodą jakiej dziś już nie ma.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 225

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Roz­dział 1

Pan Jones, wła­ści­ciel Fol­warku Dwor­skiego, zary­glo­wał na noc kur­niki, ale był zbyt pijany, by pamię­tać o zasta­wie­niu otwo­rów pod drzwiami. W chy­bo­tli­wym świe­tle nie­sio­nej latarni chwiej­nie prze­mie­rzył podwó­rze, przy tyl­nych drzwiach zrzu­cił z nóg buty, nalał sobie ostatni kufel piwa z beczułki w spi­żarni, a póź­niej poto­czył się do łóżka, gdzie już chra­pała pani Jones.

Led­wie zga­sło świa­tło w sypialni, w budyn­kach gospo­dar­czych nastą­piło poru­sze­nie, zatrze­po­tały skrzy­dła. W ciągu dnia poja­wiła się wieść, że stary Major, meda­lowy knur rasy śred­nia biała angiel­ska, miał ubie­głej nocy dziwny sen i pra­gnie prze­ka­zać go pozo­sta­łym zwie­rzę­tom. Usta­lono, że gdy tylko pan Jones bez­piecz­nie zej­dzie im z drogi, spo­tkają się w wiel­kiej sto­dole. Stary Major (tak go nazy­wano, choć udział w wysta­wach brał jako „Pięk­ność z Wil­ling­don”) cie­szył się w fol­warku tak dużym powa­ża­niem, że każdy chęt­nie rezy­gno­wał z godziny snu, aby usły­szeć, co ma do powie­dze­nia.

Major już umo­ścił się wygod­nie na sło­mie roze­sła­nej na czymś w rodzaju pode­stu w końcu sto­doły, pod zwi­sa­jącą z belki latar­nią. Miał dwa­na­ście lat i ostat­nio zro­bił się dość tęgi, lecz w dal­szym ciągu był maje­sta­tyczną świ­nią o mądrym i dobro­tli­wym wyglą­dzie, choć nie usu­nięto mu kłów. Wkrótce zaczęły się scho­dzić inne zwie­rzęta i zaj­mo­wały najwygod­niejsze dla sie­bie pozy­cje. Naj­pierw weszły trzy psy: Blu­ebell, Jes­sie i Pin­cher, a póź­niej świ­nie, które ulo­ko­wały się na sło­mie tuż przed pode­stem. Kury usia­dły na para­pe­tach niczym na grzę­dach, gołę­bie pod­le­ciały do kro­kwi, owce i krowy uło­żyły się za świ­niami i zaczęły prze­żu­wać. Dwa konie pocią­gowe, Boxer i Clo­ver, weszły razem, sta­wia­jąc kosmate kopyta bar­dzo powoli i ostroż­nie, na wypa­dek gdyby w sło­mie kryło się jakieś małe zwie­rzątko. Clo­ver była silną kla­czą o macie­rzyń­skim wyglą­dzie. Wkra­czała w wiek średni i nie odzy­skała figury po czwar­tym poro­dzie. Boxer, ogromna bestia, wysoka na nie­mal dwa metry, był silny niczym dwa zwy­kłe konie. Biały pasek na nosie nada­wał mu nieco głup­ko­waty wygląd. Zaiste, nie grze­szył inte­li­gen­cją, ale wszy­scy sza­no­wali go za zrów­no­wa­żony cha­rak­ter oraz nie­sa­mo­witą siłę. Po koniach przy­szli: Muriel, biała koza, oraz osioł Ben­ja­min. Ben­ja­min był naj­star­szym zwie­rzę­ciem w fol­warku i miał okropne uspo­so­bie­nie. Rzadko coś mówił, a kiedy już zda­rzyło mu się ode­zwać, zwy­kle wygła­szał jakąś cyniczną uwagę. Twier­dził na przy­kład, że Bóg wpraw­dzie dał mu ogon do odga­nia­nia much, ale on wolałby nie mieć ani ogona, ani much dookoła. Jako jedyne zwie­rzę w fol­warku ni­gdy się nie śmiał. Na pyta­nie o przy­czynę takiego stanu rze­czy odpo­wia­dał, że nie widzi żad­nego powodu do śmie­chu. Nie­mniej jed­nak, choć nie przy­zna­wał tego otwar­cie, był przy­wią­zany do Boxera. Tych dwóch zwy­kle spę­dzało razem nie­dziele na nie­wiel­kiej łące za sadem. Paśli się obok sie­bie, nie odzy­wa­jąc się ani sło­wem.

Konie wła­śnie się poło­żyły, gdy do sto­doły weszło, popi­sku­jąc cicho, stadko kacząt, które stra­ciły matkę, i zaczęło wędro­wać od ściany do ściany, aby zna­leźć sobie miej­sce, gdzie nikt na nie nie nadep­nie. Clo­ver ze swej ogrom­nej przed­niej nogi zro­biła wokół nich coś na kształt muru, a kaczęta umo­ściły się w tym schro­nie­niu i od razu usnęły. W ostat­niej chwili, żując kostkę cukru, weszła, dro­biąc z gra­cją, Mol­lie, głu­piutka, śliczna biała klacz, która na co dzień cią­gnęła powo­zik pana Jonesa. Zajęła miej­sce na samym prze­dzie i potrzą­sała białą grzywą, pra­gnąc zwró­cić uwagę na wple­cione w nią czer­wone wstążki. Na koniec zja­wił się kot, który jak zwy­kle rozej­rzał się w poszu­ki­wa­niu naj­cie­plej­szego miej­sca, aż wresz­cie wci­snął się mię­dzy Boxera a Clo­ver i mru­czał z zado­wo­le­nia przez całą prze­mowę Majora, nie sły­sząc z niej ani jed­nego słowa.

Teraz były już wszyst­kie zwie­rzęta oprócz Moj­że­sza, oswo­jo­nego kruka, który spał na żer­dzi za tyl­nymi drzwiami. Major stwier­dził, że wszyst­kim jest już wygod­nie i cze­kają z uwagą, odchrząk­nął zatem i zaczął:

– Towa­rzy­sze, zapewne sły­sze­li­ście już, że ubie­głej nocy mia­łem dziwny sen. Ale do tego przej­dziemy póź­niej. Naj­pierw chciał­bym się zająć czymś innym. Nie sądzę, towa­rzy­sze, abym miał zostać z wami długo, i czuję, że zanim umrę, powi­nie­nem prze­ka­zać wam swoją mądrość. Mia­łem dłu­gie życie, mnó­stwo czasu na myśle­nie pod­czas samot­nych chwil w swoim bok­sie i chyba mogę stwier­dzić, że rozu­miem istotę życia na tej Ziemi oraz każde żyjące obec­nie zwie­rzę. I wła­śnie o tym chcę z wami dziś roz­ma­wiać. A więc, towa­rzy­sze, jakie jest to nasze życie? Stawmy temu czoło: nasze życie jest nędzne, mozolne i krót­kie. Rodzimy się, dosta­jemy tyle poży­wie­nia, by duch koła­tał nam się w ciele, a tych z nas, któ­rzy są zdolni do pracy, zmu­sza się do harówki ponad siły, kiedy zaś nadej­dzie kres naszej przy­dat­no­ści, zarzyna nas się ze szka­rad­nym okru­cień­stwem. W Anglii żadne zwie­rzę powy­żej pierw­szego roku życia nie zna, co to szczę­ście lub wypo­czy­nek. Żadne zwie­rzę w Anglii nie jest wolne. Życie zwie­rzęcia to nie­dola i nie­wola, taka wła­śnie jest prawda.

Ale czy to należy po pro­stu do porządku rze­czy? Czy wynika to z faktu, że nasza zie­mia nie może zapew­nić godzi­wego bytu swym miesz­kań­com, bo jest za biedna? Nie, towa­rzy­sze, po tysiąc­kroć nie! Anglia ma żyzną glebę, dobry kli­mat, zdo­ła­łaby wyży­wić znacz­nie wię­cej zwie­rząt, niż żyje w niej obec­nie. Sam nasz fol­wark mógłby utrzy­mać: tuzin koni, dwa­dzie­ścia krów, setki owiec – i wszyst­kie one żyłyby kom­for­towo i god­nie ponad wszel­kie wyobra­że­nie. Dla­cze­góż zatem tkwimy w tym opła­ka­nym sta­nie? Ponie­waż ludzie kradną nam nie­mal wszyst­kie owoce naszej pracy. To wła­śnie, towa­rzy­sze, jest wyja­śnie­nie wszyst­kich naszych pro­ble­mów. Pod­su­mo­wuje je jedno słowo – czło­wiek. To czło­wiek jest naszym jedy­nym praw­dzi­wym wro­giem. Pozbądź się czło­wieka, a na zawsze zli­kwi­du­jesz przy­czynę głodu i prze­pra­co­wa­nia.

Czło­wiek to jedyne stwo­rze­nie, które kon­su­muje, nie pro­du­ku­jąc. Nie daje mleka, nie znosi jaj, jest zbyt słaby, by cią­gnąć pług, nie biega dość szybko, by łapać kró­liki. A jed­nak jest panem wszyst­kich zwie­rząt. Zaga­nia je do pracy, wydziela im abso­lutne mini­mum jedze­nia, by nie pomarły z głodu, a resztę zosta­wia dla sie­bie. Nasza praca obra­bia zie­mię, nasze odchody ją użyź­niają, a jed­nak żadne z nas nie ma nic poza wła­sną skórą. Wy, krowy, tu przede mną, ile tysięcy litrów mleka dały­ście w ubie­głym roku? I co się stało z tym mle­kiem, któ­rym powinny się kar­mić krzep­kie cie­lęta? Każda jego kro­pla tra­fiła do gar­deł naszych wro­gów. A wy, kury, ile w ubie­głym roku znio­sły­ście jaj, a z ilu z nich wykluły się kur­częta? Reszta tra­fiła na targ, zasi­la­jąc kie­sze­nie Jonesa i jego ludzi. Clo­ver, gdzie są uro­dzone przez cie­bie źre­bięta, które powinny być dla cie­bie wspar­ciem i rado­ścią w jesieni życia? Każde sprze­dano, led­wie skoń­czyło rok – i już ni­gdy nie zoba­czysz żad­nego z nich. Czy kie­dy­kol­wiek dosta­łaś za cztery porody i pracę w polu coś oprócz paszy i boksu w stajni?

Nie możemy nawet natu­ral­nie doko­nać tego nędz­nego żywota. Ja sam się nie skarżę, należę do szczę­ścia­rzy. Mam dwa­na­ście lat i spło­dzi­łem ponad cztery setki dzieci. Tak wygląda zwy­kłe życie świni. Ale na koniec żadne zwie­rzę nie uciek­nie przed okrut­nym nożem. Wy, młode tucz­niki, tu przede mną, za rok zawrzesz­czy­cie się na śmierć na pieńku rzeź­nika. To czeka nas wszyst­kich – krowy, świ­nie, kury, owce, wszyst­kich. Nawet konie i psy niech nie spo­dzie­wają się lep­szego losu. Cie­bie, Boxe­rze, Jones sprzeda han­dla­rzowi, który pode­rżnie ci gar­dło i prze­robi na karmę dla psów goń­czych, gdy tylko twe wspa­niałe mię­śnie stracą moc. Psom zaś, które się zesta­rzeją i stracą zęby, Jones przy­wią­zuje do szyi cegłę i topi je w naj­bliż­szym sta­wie.

Towa­rzy­sze, czyż zatem nie jest cał­kiem jasne, że całe zło naszego życia wynika z tyra­nii istot ludz­kich? Pozbądźmy się tylko czło­wieka, a będziemy się cie­szyć owo­cami wła­snej pracy. Nie­mal z dnia na dzień sta­niemy się wolni i bogaci. Co zatem musimy zro­bić? Cóż, dzień i noc, z całego serca, dążyć do oba­le­nia rasy ludz­kiej! To moja ode­zwa do was, towa­rzy­sze: Bunt! Nie wiem, kiedy do niego doj­dzie, być może za tydzień albo za sto lat, ale wiem, z pew­no­ścią równą tej, że widzę tę słomę pod raci­cami, że prę­dzej czy póź­niej nadej­dzie spra­wie­dli­wość. Towa­rzy­sze, temu poświęć­cie pozo­stałą część swego krót­kiego życia! Przede wszyst­kim jed­nak prze­każ­cie tę moją ode­zwę swym potom­kom, aby przy­szłe poko­le­nia kon­ty­nu­owały walkę o zwy­cię­stwo.

Pamię­taj­cie, towa­rzy­sze, musi­cie oka­zać nie­złomną wolę. Nie wolno wam dać się zwieść żad­nym argu­men­tom. Nie słu­chaj­cie, gdy ktoś będzie wam wma­wiał, że czło­wiek i zwie­rzęta mają wspólny inte­res, że dobro­byt jed­nego ozna­cza dobro­byt pozo­sta­łych. To wszystko kłam­stwo. Czło­wiek nie służy inte­resom żad­nych stwo­rzeń, jedy­nie wła­snym. A wśród nas, zwie­rząt, niech będą dosko­nała jed­ność, ide­alne bra­ter­stwo w walce. Wszy­scy ludzie to wro­go­wie. A wszyst­kie zwie­rzęta są braćmi.

W tej chwili roz­le­gła się potężna wrzawa. Pod­czas prze­mowy Majora ze swych nor wypeł­zły cztery duże szczury, które słu­chały go, sie­dząc na tyl­nych łap­kach. Nagle dostrze­gły je psy i szczury uszły z życiem jedy­nie dzięki szyb­kiej ucieczce do nor. Major pod­niósł racicę, pro­sząc o ciszę.

– Towa­rzy­sze – powie­dział – musimy coś usta­lić. Czy te dzi­kie stwo­rze­nia, jak szczury i kró­liki, to nasi przy­ja­ciele, czy wro­go­wie? Zagło­sujmy w tej spra­wie. Suge­ruję nastę­pu­jące pyta­nie: Czy szczury to nasi towa­rzy­sze?

Natych­miast roz­po­częło się gło­so­wa­nie i prze­wa­ża­jącą więk­szo­ścią gło­sów stwier­dzono, że szczury są towa­rzy­szami. Wyła­mały się tylko cztery stwo­rze­nia, trzy psy i kot, który, jak odkryto póź­niej, gło­so­wał i na „tak”, i na „nie”. Major cią­gnął:

– Nie­wiele wię­cej mam do powie­dze­nia. Powta­rzam jedy­nie: zawsze pamię­taj­cie, że wro­gość wobec czło­wieka i jego wszel­kich poczy­nań jest waszym obo­wiąz­kiem. Cokol­wiek cho­dzi na dwóch nogach, jest wro­giem. Cokol­wiek korzy­sta z czte­rech nóg lub ma skrzy­dła, jest przy­ja­cie­lem. Pamię­taj­cie także, że wal­cząc z czło­wie­kiem, nie możemy się do niego upodob­nić. Nie przej­muj­cie jego wad, nawet kiedy go już poko­na­cie. Żadne zwie­rzę nie musi miesz­kać w domu ani spać w łóżku, nie musi nosić odzieży, pić alko­holu, palić tyto­niu, doty­kać pie­nię­dzy ani parać się han­dlem. Wszyst­kie nawyki czło­wieka są złe. A przede wszyst­kim żad­nemu zwie­rzęciu nie wolno kie­dy­kol­wiek cie­mię­żyć sobie podob­nych. Wszy­scy jeste­śmy braćmi, słabi i silni, mądrzy i pro­ści. Żadne zwie­rzę nie może zabi­jać dru­giego. Wszyst­kie zwie­rzęta są równe.

A teraz, towa­rzy­sze, opo­wiem wam o swoim ostat­nim śnie. Nie potra­fię go wam opi­sać. Był to sen o Ziemi po znik­nię­ciu czło­wieka. Ale przy­po­mniał mi coś, o czym dawno zapo­mnia­łem. Wiele lat temu, gdy byłem mło­dziut­kim pro­sia­kiem, mama i inne maciory śpie­wały starą pieśń, z któ­rej pamię­tały tylko melo­dię i trzy pierw­sze słowa. Zna­łem ją w nie­mow­lęc­twie, ale dawno temu wyle­ciała mi z głowy. Ubie­głej nocy wró­ciła do mnie we śnie. Co wię­cej, wró­ciły także słowa pie­śni – słowa, które, czego jestem pewien, śpie­wały zwie­rzęta dawno temu, a które prze­pa­dły na wiele poko­leń. Zaśpie­wam wam teraz tę pieśń, towa­rzy­sze. Jestem stary i mam ochry­pły głos, ale kiedy nauczę was melo­dii, sami zro­bi­cie to lepiej. Ma ona tytuł Zwie­rzęta Anglii.

Stary Major odchrząk­nął i zaczął śpie­wać. Jak uprze­dzał, głos miał ochry­pły, ale śpie­wał cał­kiem nie­źle. Była to poru­sza­jąca melo­dia, coś pomię­dzy Cle­men­tine a La Cuca­ra­cha. A słowa brzmiały tak:

Zwie­rzęta Anglii, zwie­rzęta Irlan­dii,Zwie­rzęta wszyst­kich kra­jów, wszyst­kich stref,Nad­staw­cie uszu, słu­chaj­cie nowiny,Wytrwaj­cie, bo wol­no­ści wprędce przyj­dzie zew.

Nadej­dzie wresz­cie dzień jasny, dzień chwałyNiech scze­zną ludzie, speł­nią się nam snyDzień ów po trzy­kroć będzie prze­wspa­niały,Osta­niemy się w Anglii my – i jeno my.

Spadną z nas kółka, cho­mąta, kan­taryZrzu­cimy jarzma – prze­mie­nimy świat,Precz pójdą wodze, ostrogi, wędzi­dła,Znikną popręgi, uzdy, spło­nie bat!

Każ­demu wedle potrzeb, oto hasło naszeŻyta, ziem­nia­ków, owsa, siana w bród,Nasa­dzim rzepy, kapu­sty, kar­pieli,Na wieki syty zwie­rzęcy nasz ród.

Przy­ja­zne nam będą niwy sta­rej Anglii,Plo­nów aro­mat, mro­wie słod­kich tchnieńSwo­body wie­trzyk do noz­drzy przy­nie­sie –W pierw­szy wol­no­ści od ludzi ów dzień.

By go przy­bli­żyć, mozol­nie pra­cujmy.Nie szczę­dząc potu – oto prawda ta,Słu­chaj­cie krowy, konie, świ­nie, owce,Niech dla przy­szło­ści wspólny trud nasz trwa.

Zwie­rzęta Anglii, zwie­rzęta Irlan­dii,Zwie­rzęta wszyst­kich kra­jów, wszyst­kich stref,Nad­staw­cie uszu, słu­chaj­cie nowiny,Wytrwaj­cie, bo wol­no­ści wprędce przyj­dzie zew.

Ta pieśń wpra­wiła zwie­rzęta w naj­dzik­szą eks­cy­ta­cję. Zanim Major dotarł do końca, zaczęły śpie­wać ją same. Nawet naj­głup­sze z nich pod­ła­pało melo­dię i kilka słów, te zaś bar­dziej inte­li­gentne, jak świ­nie i psy, w ciągu kilku minut znały pieśń na pamięć. A póź­niej, po kilku pró­bach, cały fol­wark drżą­cym uni­sono śpie­wał Zwie­rzęta Anglii. Krowy ryczały, psy sko­wy­czały, owce beczały, konie rżały, a kaczki kwa­kały tę pieśń. Wszyst­kich tak zachwy­ciła, że odśpie­wano ją pięć razy z rzędu, i być może śpie­wa­liby całą noc, gdyby im nie prze­rwano.

Nie­stety wrzawa obu­dziła pana Jonesa, który wysko­czył z łóżka pewien, że na podwó­rzu jest lis. Chwy­cił strzelbę, zawsze sto­jącą w rogu sypialni, i wypa­lił „szóstką” w ciem­ność. Śrut utknął w ścia­nach sto­doły i wiec natych­miast się skoń­czył. Wszy­scy popę­dzili na wła­sne lego­wi­ska. Ptaki wsko­czyły na grzędy, zwie­rzęta uło­żyły się na sło­mie, i po chwili cały fol­wark zapadł w sen.

Roz­dział 2

Trzy noce póź­niej stary Major spo­koj­nie zmarł we śnie. Jego ciało pogrze­bano na skraju sadu.

Był począ­tek marca. Kolejne trzy mie­siące upły­nęły na nie­zli­czo­nych taj­nych przed­się­wzię­ciach. Mowa Majora dała co bar­dziej inte­li­gent­nym zwie­rzę­tom w fol­warku zupeł­nie nowy pogląd na życie. Nie wie­działy, kiedy doj­dzie do Buntu prze­wi­dy­wa­nego przez Majora, nie miały powodu sądzić, że nastąpi to za ich życia, ale bez waha­nia uznały przy­go­to­wa­nia do niego za swój obo­wią­zek. Ma się rozu­mieć, praca zwią­zana z naucza­niem i orga­ni­za­cją dzia­łań spa­dła na świ­nie, które powszech­nie uwa­żano za naj­mą­drzej­sze. Szcze­gólne miej­sce wśród świń zaj­mo­wały dwa młode samce, Snow­ball i Napo­leon, które pan Jones hodo­wał na sprze­daż. Napo­leon był dużym knu­rem rasy berk­shire, jedy­nym przed­sta­wi­cie­lem swo­jej rasy w fol­warku, i wyglą­dał dość groź­nie. Nie odzy­wał się wiele, lecz wia­domo było, że potrafi posta­wić na swoim. Snow­ball, żwaw­szy niż Napo­leon, mówił chęt­nie i był spryt­niej­szy, ale nie przy­pi­sy­wano mu zbyt dużej siły cha­rak­teru. Wszyst­kie pozo­stałe samce w fol­warku były tucz­ni­kami. Najbar­dziej zna­nym z nich był nie­wielki wie­przek o imie­niu Squ­ealer. Miał: okrą­glut­kie policzki, bystre oczka, zwinne ruchy i prze­ni­kliwy głos. Był wspa­nia­łym mówcą, a kiedy uza­sad­niał jakąś trudną tezę, miał zwy­czaj prze­ska­ki­wać z nogi na nogę i krę­cić ogon­kiem, co wbrew pozo­rom było nadzwy­czaj prze­ko­nu­jące. Squ­ealer według powszech­nego mnie­ma­nia bez trudu potra­fiłby udo­wod­nić, że czarne jest białe.

Ci trzej na pod­sta­wie nauk Majora opra­co­wali sys­tem filo­zo­ficzny, który nazwali ani­ma­li­zmem. Kilka razy w tygo­dniu, gdy pan Jones już zasnął, zwo­ły­wali zwie­rzęta do sto­doły na tajemne spo­tka­nia i obja­śniali im jego zasady. Począt­kowo zde­rzali się z głu­potą i obo­jęt­no­ścią. Nie­które zwie­rzęta wspo­mi­nały o obo­wiązku lojal­no­ści wobec wła­ści­ciela fol­warku, któ­rego nazy­wały „panem”, bądź wygła­szały oczy­wi­ste według nich uwagi, choćby: „Pan Jones nas karmi. Bez niego umar­ły­by­śmy z głodu”. Inne pytały na przy­kład: „W imię czego mamy dbać o to, co się sta­nie po naszej śmierci?” lub „Jeśli do tego Buntu doj­dzie tak czy ina­czej, to po co mamy pra­co­wać na jego rzecz?”. Świ­niom zaiste bar­dzo trudno było wytłu­ma­czyć im, że jest to sprzeczne z duchem ani­ma­li­zmu. Naj­głup­sze pyta­nia zada­wała Mol­lie, biała klacz. Pierw­sze, z jakim zwró­ciła się do Snow­balla, brzmiało: „Czy po Bun­cie na­dal będzie cukier?”.

– Nie – zde­cy­do­wa­nie odparł Snow­ball. – W fol­warku nie mamy jak wytwa­rzać cukru. Poza tym nie jest ci potrzebny. Dosta­niesz tyle owsa i siana, ile dusza zapra­gnie.

– A czy będę na­dal mogła nosić wstążki w grzy­wie? – docie­kała Mol­lie.

– Towa­rzyszko – obu­rzył się Snow­ball – te wstążki, do któ­rych jesteś tak przy­wią­zana, są pięt­nem nie­woli. Czyż nie rozu­miesz, że wol­ność warta jest wię­cej niż wstążki?

Mol­lie przy­tak­nęła, lecz nie wyda­wała się prze­ko­nana.

Jesz­cze trud­niej było świ­niom ode­przeć kłam­stwa gło­szone przez Moj­że­sza, oswo­jo­nego kruka. Moj­żesz, szcze­gólny pupi­lek pana Jonesa, był szpic­lem i plot­ka­rzem, ale także inte­li­gent­nym mówcą. Jak twier­dził, wie­dział o ist­nie­niu tajem­ni­czej kra­iny zwa­nej Cukier­kową Górą, do któ­rej tra­fiały po śmierci wszyst­kie zwie­rzęta. Zda­niem Moj­że­sza leżała gdzieś w nie­bie, cał­kiem nie­da­leko, tuż za chmu­rami. W Cukier­ko­wej Górze sie­dem dni w tygo­dniu była nie­dziela, sezon na koni­czynę trwał cały rok, a na żywo­pło­tach rósł cukier w kost­kach i maku­chy lniane. Zwie­rzęta go nie­na­wi­dziły, ponie­waż opo­wia­dał bajki i nie pra­co­wał, ale część z nich wie­rzyła w Cukier­kową Górę i świ­nie musiały prze­ko­ny­wać je usil­nie, że to miej­sce nie ist­nieje.

Ich naj­wier­niej­szymi uczniami były dwa konie pocią­gowe, Boxer i Clo­ver. Bar­dzo trudno było im samo­dziel­nie coś wymy­ślić, ale kiedy już uznały świ­nie za swych nauczy­cieli, poważ­nie trak­to­wały ich wszyst­kie słowa i prze­ka­zy­wały je pozo­sta­łym zwie­rzę­tom, posłu­gu­jąc się pro­stymi argu­men­tami. Uczest­ni­czyły we wszyst­kich pota­jem­nych spo­tka­niach w sto­dole i prze­wo­dziły śpie­wa­niu pie­śni Zwie­rzęta Anglii, którą zawsze koń­czono wiece.

Jak się oka­zało, do Buntu doszło dużo wcze­śniej, a zor­ga­ni­zo­wać go było znacz­nie łatwiej, niż się spo­dzie­wano. Daw­niej pan Jones, choć surowy, był dobrym gospo­da­rzem, lecz ostat­nio przy­szły nań cięż­kie czasy. Odkąd stra­cił pie­nią­dze w pro­ce­sie sądo­wym, cho­dził przy­gnę­biony i pił ponad miarę. Całymi dniami tkwił w fotelu w kuchni, czy­tał gazety, pił, a cza­sem kar­mił Moj­że­sza okru­chami chleba namo­czo­nymi w piwie. Jego parobcy byli leniwi i nie­uczciwi, pola zaro­sły chwa­stem, budynki wyma­gały nowych dachów, żywo­płoty były zanie­dbane, a zwie­rzęta nie­do­ży­wione.

Nad­szedł czer­wiec i siano nie­mal doj­rzało do sia­no­ko­sów. W prze­si­le­nie let­nie, które wypa­dało w sobotę, pan Jones udał się do Wil­ling­don i upił tak bar­dzo w gospo­dzie Pod Czer­wo­nym Lwem, że wró­cił dopiero w nie­dzielne popo­łu­dnie. Jego ludzie wydo­ili krowy wcze­śnie rano, a póź­niej poszli łapać kró­liki i zapo­mnieli nakar­mić zwie­rzęta. Po powro­cie pan Jones natych­miast zasnął na sofie w salo­niku, zasło­niw­szy twarz egzem­pla­rzem „News of the World”. Zbli­żał się wie­czór, a zwie­rzęta na­dal były głodne. W końcu miały dość. Jedna z krów otwo­rzyła rogiem drzwi do szopy i wszyst­kie zwie­rzęta rzu­ciły się do pojem­ni­ków z paszą. I wła­śnie wtedy obu­dził się pan Jones. Po chwili w towa­rzy­stwie czte­rech parob­ków wpadł do środka. Dzier­żyli w dło­niach baty, któ­rymi wyma­chi­wali na wszyst­kie strony. Tego było już nadto. Choć wcze­śniej nic takiego nie pla­no­wano, głodne zwie­rzęta bez waha­nia rzu­ciły się na swych drę­czy­cieli. Pod cio­sami rogów i kopyt Jones i jego ludzie cał­ko­wi­cie stra­cili kon­trolę nad sytu­acją. Ni­gdy wcze­śniej zwie­rzęta tak się nie zacho­wy­wały. Ta nie­spo­dzie­wana rebe­lia wsz­częta przez stwo­rze­nia, które dotąd bato­żyli i mal­tre­to­wali, kiedy im się podo­bało, przy­pra­wiła ich nie­mal o utratę zmy­słów. Po nie­dłu­giej chwili darem­nej walki prze­stali się bro­nić i rzu­cili do ucieczki. Gnali polną drogą pro­wa­dzącą do głów­nego traktu, a za nimi pędziły trium­fu­jące zwie­rzęta.

Pani Jones wyj­rzała przez okno w sypialni, zoba­czyła, co się dzieje, pospiesz­nie wrzu­ciła kilka rze­czy do torby podróż­nej i wymknęła się z fol­warku inną drogą. Moj­żesz sfru­nął ze swej żerdki i z trze­po­tem skrzy­deł ruszył za nią, gło­śno kra­cząc. Tym­cza­sem zwie­rzęta wypę­dziły pana Jonesa i jego parob­ków na drogę i zatrza­snęły za nimi ciężką bramę. Zanim w ogóle kto­kol­wiek zdą­żył się zorien­to­wać, co się dzieje, Bunt się doko­nał: Jonesa wygnano, a Fol­wark Dwor­ski zna­lazł się w ich posia­da­niu.

Przez kilka minut zwie­rzęta wprost nie mogły uwie­rzyć w swoje szczę­ście. W pierw­szym odru­chu pędem puściły się wszyst­kie razem dookoła fol­warku, jakby pra­gnąc się upew­nić, że nie kryje się tam żadna istota ludzka. Póź­niej ruszyły do budyn­ków fol­warcz­nych, aby usu­nąć ostat­nie ślady znie­na­wi­dzo­nego pano­wa­nia Jonesa. Wywa­żono drzwi sio­dlarni na końcu stajni. Wszyst­kie wędzi­dła, kółka do noz­drzy, łań­cu­chy dla psów, okrutne noże, któ­rych pan Jones uży­wał do kastro­wa­nia świń i jagniąt, tra­fiły do studni. Cugle, uździe­nice, klapki na oczy i upo­ka­rza­jące kar­miaki tra­fiły na tlące się na podwó­rzu śmiet­ni­sko. Ten sam los spo­tkał baty. Na widok pło­ną­cych batów wszyst­kie zwie­rzęta ska­kały z rado­ści. Snow­ball wrzu­cił do ognia rów­nież wstążki, któ­rymi zwy­kle ozda­biano grzywy i ogony koni w dni tar­gowe.

– Wstążki – stwier­dził – należy uznać za odzież przy­na­leżną isto­cie ludz­kiej. Wszyst­kie zwie­rzęta powinny być nagie.

Sły­sząc te słowa, Boxer przy­niósł sło­miany kape­lusz, który nosił latem, by muchy nie wpa­dały mu do uszu, i też wrzu­cił go do ognia.

Wkrótce zwie­rzęta znisz­czyły wszystko, co przy­po­mi­nało im o panu Jone­sie. Wtedy Napo­leon popro­wa­dził je z powro­tem do szopy i wydał każ­demu podwójną por­cję ziarna, a każdy pies dostał dwa suchary. Następ­nie sied­mio­krot­nie odśpie­wano całą pieśń Zwie­rzęta Anglii. W końcu zwie­rzęta uło­żyły się do snu i spały jak ni­gdy wcze­śniej.

Obu­dziły się jed­nak jak zwy­kle o świ­cie i przy­po­mniaw­szy sobie cudowne wyda­rze­nie, wybie­gły wszyst­kie razem na pastwi­sko. Nie­da­leko był pagó­rek, skąd widać było więk­szą część fol­warku. Zwie­rzęta wbie­gły na szczyt i roz­glą­dały się dookoła w czy­stym świe­tle poranka. Tak, to nale­żało do nich – wszystko w zasięgu wzroku było ich wła­sno­ścią! Pod­eks­cy­to­wane tą myślą bry­kały dookoła, pod­ska­ki­wały wysoko. Tarzały się w rosie, zry­wały słodką let­nią trawę, wyrzu­cały w górę bryły czar­nej ziemi i wdy­chały jej bogaty zapach. Póź­niej wyru­szyły na obchód całego fol­warku i onie­miałe z zachwytu podzi­wiały: pola uprawne, łąkę, sad, staw i zagaj­nik, zupeł­nie jakby nie widziały tego ni­gdy wcze­śniej. Jesz­cze nie wie­rzyły do końca, że to wszystko należy do nich.

Wresz­cie wró­ciły do budyn­ków fol­warcz­nych i w ciszy zatrzy­mały się przed drzwiami domu. On rów­nież był ich wła­sno­ścią, ale oba­wiały się wejść. Jed­nak po chwili Snow­ball i Napo­leon bar­kami naparli na drzwi i zwie­rzęta gro­madą wkro­czyły do środka. Zacho­wy­wały naj­wyż­szą ostroż­ność, nie chcąc cze­go­kol­wiek znisz­czyć. Na palusz­kach prze­cho­dziły przez kolejne pomiesz­cze­nia, bojąc się pod­nieść głos powy­żej szeptu, i z podzi­wem przy­glą­dały się nie­wy­obra­żal­nym luk­su­som: łóż­kom z mate­ra­cami z piór, lustrom, sofie z koń­skiego wło­sia, bruk­sel­skiemu dywa­nowi i lito­gra­fii kró­lo­wej Wik­to­rii nad komin­kiem w salo­niku. Wła­śnie scho­dziły ze scho­dów, kiedy odkryły brak Mol­lie. Zwie­rzęta zawró­ciły i zna­la­zły ją w naj­lep­szej sypialni. Wyjęła kawa­łek błę­kit­nej wstążki z toa­letki pani Jones i przy­kła­dała ją do ramie­nia, z nad­zwy­czaj głu­pią miną podzi­wia­jąc swe odbi­cie w lustrze. Skar­cono ją ostro i wszy­scy wyszli na zewnątrz. Z kuchni wynie­siono kilka szy­nek, aby je zako­pać, a Boxer kopy­tem wybił dziurę w beczułce piwa. Poza tym nikt niczego nie dotknął. Od ręki pod­jęto jed­no­gło­śną uchwałę, że dom należy zacho­wać w cha­rak­te­rze muzeum. Wszy­scy się zgo­dzili, że nie może tam miesz­kać żadne zwie­rzę.

Zwie­rzęta zja­dły śnia­da­nie, a póź­niej Snow­ball i Napo­leon zwo­łali je ponow­nie.

– Towa­rzy­sze – stwier­dził Snow­ball – jest wpół do siód­mej, a przed nami długi dzień. Dziś zaczy­namy sia­no­kosy. Ale naj­pierw musimy się zająć czymś innym.

Teraz świ­nie wyja­wiły, że przez ubie­głe trzy mie­siące uczyły się czy­tać i pisać ze sta­rego ele­men­ta­rza nale­żą­cego nie­gdyś do dzieci pana Jonesa, który wyrzu­cono na śmiet­nik. Napo­leon posłał po naczy­nia z czarną i białą farbą i popro­wa­dził zebra­nych do solid­nej bramy pro­wa­dzą­cej do głów­nej drogi. Następ­nie Snow­ball (ponie­waż to on pisał naj­le­piej) wziął pędzel w dwa kłyk­cie racicy, zama­lo­wał wid­nie­jący na gór­nej belce bramy napis: FOL­WARK DWOR­SKI i zastą­pił go FOL­WARKIEM ZWIE­RZĘ­CYM. Tak wła­śnie miało się od tej pory zwać to gospo­dar­stwo. Póź­niej wszy­scy wró­cili do zabu­do­wań fol­warcz­nych, a Snow­ball i Napo­leon posłali po dra­binę, którą oparto o ścianę szczy­tową dużej sto­doły. Wyja­śnili, że dzięki stu­diom pod­czas trzech ostat­nich mie­sięcy świ­niom udało się spro­wa­dzić zasady ani­ma­li­zmu do Sied­miu Przy­ka­zań. Te Sie­dem Przy­ka­zań zosta­nie teraz wypi­sane na ścia­nie. Będą one sta­no­wić nie­zmienne prawo, któ­rego muszą prze­strze­gać od tej pory wszy­scy miesz­kańcy Fol­warku Zwie­rzę­cego. Nie bez trud­no­ści (świni nie­zbyt łatwo utrzy­mać rów­no­wagę na dra­bi­nie) Snow­ball wspiął się po szcze­blach i zabrał do pracy. Squ­ealer stał kilka szcze­bli niżej i trzy­mał naczy­nie z farbą. Przy­ka­za­nia zapi­sano na smo­ło­wa­nej ścia­nie bia­łymi lite­rami, które dało się odczy­tać z odle­gło­ści trzy­dzie­stu metrów. Brzmiały one nastę­pu­jąco:

Napi­sano to bar­dzo porząd­nie i choć „przy­ja­ciel” zmie­nił się w „pyrz­ja­ciela”, a jedno „s” się odwró­ciło, to nie było tam błę­dów orto­gra­ficz­nych. Snow­ball odczy­tał tekst gło­śno, aby inni mogli się z nim zapo­znać. Wszyst­kie zwie­rzęta ski­nęły gło­wami na znak cał­ko­wi­tej zgody, a co mądrzej­sze natych­miast zaczęły się uczyć Przy­ka­zań na pamięć.

– Teraz, towa­rzy­sze – zawo­łał Snow­ball, rzu­ca­jąc pędzel na zie­mię – dalej na łąkę! Postawmy sobie za punkt honoru zakoń­cze­nie sia­no­ko­sów szyb­ciej niż pan Jones i jego parobcy.

Ale w tej chwili trzy krowy, które już od pew­nego czasu wyda­wały się zanie­po­ko­jone, zaczęły gło­śno muczeć. Nie dojono ich od doby i wymiona nie­mal pękały od mleka. Po namy­śle świ­nie posłały po wia­dra i dość spraw­nie wydo­iły krowy, gdyż racice cał­kiem dobrze się do tego nada­wały. Szybko napeł­niono pięć wia­der spie­nio­nym kre­mo­wym mle­kiem, na które wiele zwie­rząt spo­glą­dało ze spo­rym zain­te­re­so­wa­niem.

– Co się sta­nie z tym całym mle­kiem? – zapy­tał ktoś.

– Jones cza­sem dole­wał go tro­chę do naszej karmy – stwier­dziła jedna z kur.

– Cóż tam mleko, towa­rzy­sze! – wykrzyk­nął Napo­leon, sta­jąc przed wia­drami. – Zaj­miemy się tym. Waż­niej­sze są sia­no­kosy. Popro­wa­dzi nas towa­rzysz Snow­ball. Ja dojdę za kilka minut. Naprzód, towa­rzy­sze! Siano czeka.

Tak więc zwie­rzęta podą­żyły na łąkę, aby roz­po­cząć sia­no­kosy, a kiedy wró­ciły wie­czo­rem, mleka już nie było.

Roz­dział 3

Ileż się natru­dziły i napo­ciły, aby zebrać siano! Wysi­łek został jed­nak wyna­gro­dzony, gdyż zbiory prze­kra­czały naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia.

Cza­sami praca oka­zy­wała się bar­dzo trudna. Narzę­dzia prze­zna­czone były dla ludzi, a nie dla zwie­rząt. Żadne ze zwie­rząt na przy­kład nie było w sta­nie uży­wać narzę­dzi wyma­ga­ją­cych sta­nia na tyl­nych nogach. Świ­nie jed­nak były tak mądre, że udało im się wymy­ślić spo­sób obej­ścia każ­dego pro­blemu. Konie znały każdą piędź pola i tak naprawdę znały się na kosze­niu i gra­bie­niu znacz­nie lepiej niż Jones i jego parobcy. Świ­nie wła­ści­wie nie pra­co­wały, kie­ro­wały jedy­nie pozo­sta­łymi zwie­rzę­tami i je nad­zo­ro­wały. Dzięki swej więk­szej wie­dzy w natu­ralny spo­sób objęły przy­wódz­two.

Boxer i Clo­ver zaprzę­gali się do kosiarki lub zgra­biarki (oczy­wi­ście nie trzeba już było wędzi­deł ani cugli) i mia­rowo cho­dzili po polu, a ich śla­dem podą­żała świ­nia, woła­jąc: „No, dalej, towa­rzy­szu!” lub „Nazad, towa­rzy­szu!”, zależ­nie od sytu­acji. Każde zwie­rzę, choćby naj­mniej­sze, prze­wra­cało siano i je zbie­rało. Nawet kaczki i kury drep­tały w tę i z powro­tem w słońcu, nosząc w dzio­bach nie­wiel­kie wiązki siana. Osta­tecz­nie ukoń­czono sia­no­kosy dwa dni wcze­śniej, niż uda­wało się to zwy­kle panu Jone­sowi i jego ludziom. Co wię­cej, były to naj­więk­sze zbiory, jakie fol­wark kie­dy­kol­wiek widział. Nic się nie zmar­no­wało. Kury i kaczki dzięki swym bystrym oczom zebrały nawet naj­mniej­sze źdźbła. I żadne zwie­rzę na far­mie nie wzięło dla sie­bie nawet trawki.

Przez całe lato prace w gospo­dar­stwie szły jak w zegarku. Zwie­rzęta były szczę­śliwe, gdyż nawet nie podej­rze­wały, że tak świet­nie dadzą sobie radę. Każdy kęs poży­wie­nia był ogromną przy­jem­no­ścią, ponie­waż ta żyw­ność naprawdę nale­żała do nich, to one ją wypro­du­ko­wały i uczy­niły to dla sie­bie, a nie wydzie­lił im ją zrzę­dzący gospo­darz. Kiedy znik­nęły bez­war­to­ściowe paso­żyty, czyli ludzie, każdy miał wię­cej jedze­nia. Było też wię­cej czasu wol­nego, choć zwie­rzęta nie bar­dzo wie­działy, co z nim zro­bić. Napo­ty­kały wiele trud­no­ści – na przy­kład kiedy już zebrały zboże, musiały je wydep­tać z kło­sów, jak czy­niono daw­niej, i odwiać wszyst­kie plewy siłą wła­snych płuc, bo na fol­warku nie było młoc­karni – jed­nak świ­nie w swej mądro­ści i Boxer dzięki swoim wspa­nia­łym mię­śniom zawsze wycią­gali je ze wszyst­kich kło­po­tów. Boxer cie­szył się powszech­nym podzi­wem. Ciężko haro­wał jesz­cze za cza­sów pana Jonesa, ale teraz pra­co­wał za trzech. W nie­które dni cała praca w fol­warku wyda­wała się spo­czy­wać na jego mocar­nych bar­kach. Od rana do wie­czora cią­gle coś pchał i cią­gnął, zawsze tam, gdzie robota była naj­cięż­sza. Umó­wił się z jed­nym z kogu­tów, by budził go rano pół godziny przed wszyst­kimi, i na ochot­nika wyko­ny­wał wszel­kie naj­po­trzeb­niej­sze czyn­no­ści. Na każdy pro­blem, każde nie­po­wo­dze­nie miał jedną odpo­wiedź: „Będę pra­co­wał jesz­cze cię­żej!” – którą przy­jął za swe oso­bi­ste motto.

Ale każdy pra­co­wał sto­sow­nie do swych moż­li­wo­ści. Na przy­kład kury i kaczki ura­to­wały pod­czas żniw pięć buszli zboża, zbie­ra­jąc wszyst­kie zagu­bione ziarna. Nikt nie kradł, nikt nie skar­żył się na por­cje, nie­mal znik­nęły kłót­nie, pod­gry­za­nie i zazdrość, będące nie­gdyś sta­łymi ele­men­tami życia. Nikt – lub pra­wie nikt – nie uchy­lał się też od obo­wiąz­ków. To prawda, Mol­lie nie szło zbyt dobrze poranne wsta­wa­nie i cza­sem wcze­śniej koń­czyła pracę, twier­dząc, że ma kamień w kopy­cie. Kot także zacho­wy­wał się jakoś dziw­nie. Wkrótce zauwa­żono, że ni­gdy nie można go zna­leźć, kiedy jest coś do zro­bie­nia. Zni­kał na wiele godzin, a zja­wiał się dopiero w porze posił­ków lub wie­czo­rem, po skoń­cze­niu pracy jak gdyby ni­gdy nic. Zawsze jed­nak przed­sta­wiał tak dosko­nałe uspra­wiedliwienie i mru­czał tak czule, że wprost nie dało się nie wie­rzyć w jego dobre inten­cje. Stary Ben­ja­min, osioł, od czasu Buntu wła­ści­wie się nie zmie­nił. Swą pracę wyko­ny­wał tak samo powoli i upar­cie jak za cza­sów Jonesa, nie uchy­la­jąc się od niej, ale i nie zgła­sza­jąc na ochot­nika. Nie wyra­żał zda­nia na temat Buntu i jego skut­ków. Zapy­tany, czy nie jest szczę­śliw­szy teraz, po odej­ściu Jonesa, odpo­wia­dał jedy­nie: „Osły długo żyją. Nikt z was nie widział ni­gdy mar­twego osła”, i wszy­scy musieli się zado­wo­lić tą zagad­kową odpo­wie­dzią.

W nie­dziele nikt nie pra­co­wał. Śnia­da­nie było godzinę póź­niej niż zwy­kle, a po nim co tydzień odby­wała się cere­mo­nia. Naj­pierw wcią­gano flagę. Snow­ball zna­lazł w sio­dlarni stary zie­lony obrus pani Jones i białą farbą nama­lo­wał na nim kopyto i róg. W każdy nie­dzielny pora­nek wcią­gano flagę na maszt w fol­warcz­nym ogro­dzie. Sztan­dar był zie­lony, wyja­śniał Snow­ball, jak zie­lone są pola Anglii, kopyto i róg zaś ozna­czały przy­szłą Rzecz­po­spo­litą Zwie­rząt, która powsta­nie po osta­tecz­nym oba­le­niu rasy ludz­kiej. Po wcią­gnię­ciu flagi wszyst­kie zwie­rzęta uda­wały się do dużej sto­doły na spo­tka­nie, które nazy­wano Wie­cem. Tu pla­no­wano prace na nad­cho­dzący tydzień, przed­sta­wiano i oma­wiano uchwały. Uchwały nie­odmien­nie pro­po­no­wały świ­nie. Pozo­stałe zwie­rzęta rozu­miały, jak się gło­suje, ale ni­gdy nie udało im się samo­dziel­nie wymy­ślić żad­nego postu­latu. Snow­ball i Napo­leon byli zde­cy­do­wa­nie naj­ak­tyw­niej­szymi uczest­ni­kami debat. Zauwa­żono jed­nak, że ci dwaj ni­gdy się ze sobą nie zga­dzają: gdy jeden przed­sta­wił jakąś pro­po­zy­cję, pewne było, że drugi zgłosi sprze­ciw. Nawet kiedy uchwa­lono – czemu samemu w sobie nikt nie mógł się sprze­ciwić – by wydzie­lić nie­wielką łąkę za sadem na schro­nie­nie dla eme­ry­to­wa­nych zwie­rząt, zaczęła się burz­liwa debata na temat odpo­wied­niego wieku eme­ry­tal­nego dla poszcze­gól­nych gatun­ków. Wiec zawsze koń­czyło odśpie­wa­nie pie­śni Zwie­rzęta Anglii, a popo­łu­dnie poświę­cano na rekre­ację.

Świ­nie za swą kwa­terę obrały sio­dlar­nię. Tu wie­czo­rami stu­dio­wały z przy­nie­sio­nych z domu ksią­żek kowal­stwo, cie­siel­stwo i inne nie­zbędne rze­mio­sła. Snow­ball zaj­mo­wał się także orga­ni­zo­wa­niem pozo­sta­łych zwie­rząt w coś, co nazy­wał Komi­te­tami Zwie­rzę­cymi. Był w tym nie­zmor­do­wany. Utwo­rzył Komi­tet Pro­duk­cji Jaj dla kur, Ligę Czy­stych Ogo­nów dla krów, Komi­tet Reedu­ka­cji Dzi­kich Towa­rzy­szy (poświę­cony udo­ma­wia­niu szczu­rów i kró­li­ków), Ruch Biel­szej Wełny dla owiec i wiele innych, a dodat­kowo zor­ga­ni­zo­wał lek­cje czy­ta­nia i pisa­nia. Zasad­ni­czo te pro­jekty zakoń­czyły się fia­skiem. Na przy­kład próba udo­mo­wie­nia dzi­kich stwo­rzeń padła nie­mal natych­miast. Na­dal zacho­wy­wały się jak wcze­śniej, a wszel­kie prze­jawy wspa­nia­ło­myśl­no­ści nie­cnie wyko­rzy­sty­wały. Kot dołą­czył do Komi­tetu Reedu­ka­cji i przez kilka dni bar­dzo czyn­nie w nim dzia­łał. Pew­nego dnia zoba­czono, jak sie­dzi na dachu i roz­ma­wia z wró­blami znaj­du­ją­cymi się poza jego zasię­giem. Mówił im, że teraz wszyst­kie zwie­rzęta są towa­rzy­szami i że każdy wró­bel może usiąść mu na łapce, lecz ptaki trzy­mały się na dystans.

Jed­nakże lek­cje czy­ta­nia i pisa­nia oka­zały się świet­nym pomy­słem. Zanim nade­szła jesień, nie­mal każde zwie­rzę w fol­warku umiało choć tro­chę czy­tać i pisać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki