Rogata dusza - Łukasz Malinowski - ebook + książka

Rogata dusza ebook

Łukasz Malinowski

3,9

Opis

Historyczny kryminał z rzetelnie odmalowanym tłem historycznym i bohaterami wyjętymi ze średniowiecznych kronik.

24 lutego 1243 roku rozpoczyna się pierwszy w Polsce turniej rycerski. Na zaproszenie księcia Bolesława Rogatki do Lwówka Śląskiego ściągają walecznicy z całej Polski, aby wziąć udział w trzydniowych igrzyskach.

Tymczasem na zamku zostają odnalezione zwłoki bogatego dworzanina, a po mieście szybko roznosi się wieść, że nocą po ulicach grasuje sam Diabeł, który nadziewa grzeszników na rogi…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 680

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (28 ocen)
9
9
7
3
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MarcinDudziuk

Całkiem niezła

Czy człowiek
00
George666

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam, czyta się świetnie.
00
suchypoziom

Dobrze spędzony czas

Barwny język
00
Ellza1505

Dobrze spędzony czas

Rogata dusza” Łukasza Malinowskiego to historyczny kryminał z rzetelnie odmalowanym tłem historycznym i bohaterami wyjętymi ze średniowiecznych kronik. Połączenie historii i wątku kryminalnego to coś, z czym miałam styczność po raz pierwszy i muszę przyznać, że takie połączenie bardzo przypadło mi do gustu. Książka z pewnością do łatwych w czytaniu nie należy, bo jest napisana staropolską polszczyzną, z którą trzeba się oswoić czytając, dlatego osobiście czytałam i słuchałam na przemian co bardzo ułatwiło mi sprawę. 😉 Czarny humor, średniowieczny motyw, turniej rycerski sprawiają, że książka jest bardzo ciekawa, a jak dodamy do tego fakt, że sam autor jest historykiem i posiada ogromną wiedzę w tym temacie to otrzymujemy książkę, która jest dopieszczona w każdym calu, a czytanie jej to czysta przyjemność.
00
barbarka84

Całkiem niezła

Zapowiadała się nieźle. 506 stron to przesada - połowa z tego to nudne opisy. Aczkolwiek sprawca długo pozostaje w tajemnicy.
00

Popularność




Re­dak­cjaJo­anna Mika
Ko­rektaBe­ata Goł­kow­ska
Skład i ła­ma­nieŁu­kasz Slo­torsz
Pro­jekt okładkiDa­wid Bol­dys
© Co­py­ri­ght by Skarpa War­szaw­ska, War­szawa 2024 © Co­py­ri­ght by Łu­kasz Ma­li­now­ski, War­szawa 2024
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-83294-25-4
Wy­dawca Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o.o. ul. Bo­row­skiego 2 lok. 24 03-475 War­szawa tel. 22 416 15 81re­dak­cja@skar­pa­war­szaw­ska.plwww.skar­pa­war­szaw­ska.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

KSIĘGA I

Głowa Ta­tara

VI ka­lendy marca Roku Pań­skiego 1243[1]

Roz­dział 1

Wo­łali mnie, więc je­stem.

Wy­sko­czy­łem z noc­nika ob­le­czony nie­czy­sto­ścią i wy­cią­gną­łem swe po­kraczne ku­lasy w kie­runku ko­ścioła w Löwen­bergu. Nie wsze­dłem jed­nak do niego, bo gdy­bym to uczy­nił, za­jął­bym się ogniem, albo roz­pu­ścił ni­czym wielki śli­mak po­sy­pany solą, do­kład­nie nie wiem, wszak ni­gdy tego nie spraw­dza­łem, brało mnie obrzy­dze­nie na samą myśl o świę­tych miej­scach, każ­dych, za­równo krze­ści­jań­skich boż­ni­cach, po­ga­niec­kich chra­mach, jak i dę­bach po­bło­go­sła­wio­nych bły­ska­wicą Pe­runa. Zer­k­ną­łem do środka przez osa­dzone w ka­mien­nym por­talu drzwi, obec­nie otwarte. Trwała po­ranna msza, w któ­rej uczest­ni­czyli duxy i ry­ce­rze wy­stro­jeni jak na bi­twę, w lśniące kol­czugi, barwne tu­niki i płasz­cze pod­bite gro­no­sta­jem. Po­do­bała mi się bi­jąca od nich ob­łuda, nie ob­da­rzy­łem ich jed­nak zbyt du­żym ba­cze­niem, tylko za­czą­łem się wspi­nać po czer­wo­nym i żół­tym pia­skowcu, wy­dra­pu­jąc szpo­nami lód i za­prawę i wci­ska­jąc po­marsz­czone, po­skrę­cane palce w otwory mię­dzy ka­mie­niami. Po­ru­sza­łem się ni­czym wielki ko­smaty pa­jąk albo cień, nie­wi­doczny dla ni­kogo, ale jak naj­bar­dziej obecny na fa­sa­dzie tego trzy­na­wo­wego bu­dynku, świą­tyni fał­szy­wej po­boż­no­ści, którą wzno­szono przez trzy­dzie­ści lat rę­koma gło­du­ją­cych bie­da­ków i za łupy wo­jenne xię­dza Hen­ryka Bro­da­tego, a więc za skarby spla­mione krwią po­gań­ców, Niem­ców i po­bra­tym­ców z są­sied­nich dziel­nic. Przed ośmioma laty ukoń­czoną i osta­teczną formę ko­ścioła po­świę­cił bi­skup To­masz, od­da­jąc cyr­kiew miesz­cza­nom do wiecz­nego użyt­ko­wa­nia i za­ra­zem za­trza­sku­jąc mi drzwi przed no­sem. Gbur je­den.

Przy­kuc­ną­łem, ucze­pia­jąc się szpo­nia­stymi pal­cami nóg i rąk skraju da­chu i gnio­tąc ła­chę zmro­żo­nego śniegu. Skie­ro­wa­łem szarą rzyć ku temu, co czy­ste, a po­kraczne ob­li­cze ku temu, co nie­czy­ste. A za­iste szka­radną mam gębę, którą cią­gle zmie­niam. Na­ten­czas była twa­rzą męż­czy­zny o sze­ro­kim, zło­śli­wym uśmie­chu i z wy­sta­ją­cymi kłami, bo w ogóle to cały mój łeb jest wielce po­kraczny, po­kryty szarą i krę­coną czu­pryną, a wy­ra­sta z niego para ko­zich ro­gów. Moje wy­chu­dzone, gar­bate ciało też nie ma nic wspól­nego z wro­gim mi pięk­nem, pod szarą i ni­jaką skórą wy­raź­nie za­ry­so­wują się że­bra, a pa­tycz­ko­wate nogi o wy­sta­ją­cych ko­la­nach i nie­har­mo­nij­nie dłu­gie ręce po­skrę­cane, po­marsz­czone są ni­czym u starca.

Po obu mych stro­nach ku niebu ce­lo­wały ma­sywne, wie­lo­boczne wieże zwień­czone spi­cza­stymi drew­nia­nymi czap­kami, a zza mo­ich ple­ców biła czer­wona po­świata wscho­dzą­cego słońca. W dole, pod ko­ścio­łem, też stali ry­ce­rze, całe mro­wie mi­li­tes, pa­so­wa­nych i nie­pa­so­wa­nych, ju­na­ków z do­brych ro­dów, ale też słu­żeb­nych wło­dy­ków o li­chym po­cho­dze­niu, żoł­nie­rzy do­świad­czo­nych, ale i mło­dzi­ków, któ­rzy jesz­cze szczali na wi­dok nie­przy­ja­ciela, a to­wa­rzy­szyły im całe rze­sze ciur i sług wsze­la­kich. Skoro msza, to nie mo­gło za­brak­nąć przed­sta­wi­cieli ordo cle­ri­cum w sza­rych i czar­nych ha­bi­tach lub je­dwab­nych sza­tach, któ­rzy po­kor­nie zwie­szali głowy, choć skry­cie zło­rze­czyli, że za­bra­kło dla nich miej­sca w ko­ściele i mu­szą się tło­czyć w ciż­bie. Zja­wili się i miesz­cza­nie w barw­nych kap­tu­rach i weł­nia­nych płasz­czach, lu­dzie mo­nety no­szący przy bie­drzycy sa­kiewki miast mie­cza. Nad­cią­gnęły ko­biety róż­nego wieku i stanu, dziew­czyny, mę­życe, ma­teczki, żony i sio­stry, wy­stro­jone jak na gody. Po­ja­wili się na­wet lu­dzie od le­mie­sza, zwani la­bo­ra­tes albo po pro­stu gbu­rami, któ­rzy ode­rwali się od prac na go­spo­dar­stwie i ły­pali nie­śmiało zza ścian cha­łup i ka­mien­nych do­mów na ja­śnie­pań­stwo. A każdy z tego zgro­ma­dze­nia, czy to w boż­nicy, czy przed nią, za­równo możny pan, jak i skromny sługa, przy­był tu w jed­nym celu.

W szó­ste ka­lendy marca 1243 roku od na­ro­dzin pięk­nego Kry­sta, w dniu świę­tego Ma­cieja, we wtóry dzień ty­go­dnia, czyli wła­śnie te­raz, miał się za­cząć w Löwen­bergu tur­na­men­tum. Nie­wielu tu jesz­cze wie­działo, co kryje się za tym sło­wem z lin­gua La­tina, al­bo­wiem jesz­cze ni­gdy w żad­nej z dziel­nic le­chic­kich nie urzą­dzano ta­kich za­baw. Mój ję­zyk ma jed­nak nie­skoń­czone roz­wi­dle­nia, co spra­wia, że je­stem mi­strzem wszyst­kich mów czło­wie­czych, dla­tego znam jesz­cze wiele okre­śleń na tur­na­men­tum. Nad Se­kwaną mó­wią na niego tur­noi, a nad Re­nem tur­nei, a że xiądz Ślą­ska i jego oto­cze­nie tak roz­mi­ło­wało się w niem­czyź­nie, to wła­śnie to ostat­nie po­ję­cie naj­czę­ściej po­wta­rzano w Löwen­bergu na okre­śle­nie zbli­ża­ją­cych się igrzysk ry­cer­skich. Za­wsze lu­bi­łem krwawe igraszki. W daw­nych cza­sach, kiedy Rzym wła­dał świa­tem, urzą­dzano ta­kie w ka­mien­nych am­fi­te­atrach, gdzie lu­dzie nie­wolni wal­czyli na śmierć i ży­cie ku ucie­sze lep­szych od sie­bie, a ja kro­czy­łem śla­dem tych i tam­tych, zli­zy­wa­łem po­sokę z po­cię­tych ciał i chło­ną­łem brzy­dotę wy­krzy­wio­nych w eks­ta­zie twa­rzy. Te obecne za­wody róż­niły się nieco od tych sta­ro­żyt­nych, wię­cej w nich było uda­wa­nia i ce­re­mo­nii, ale es­sen­tia po­zo­stała nie­zmienna – w jed­nych i dru­gich cho­dziło o zwy­cię­stwo i po­gnę­bie­nie prze­ciw­nika. Przy ta­kich oka­zjach za­wsze mnie chęt­nie wzy­wano. Ro­bili to wa­lecz­nicy łak­nący bo­gac­twa, żony ma­rzące o wdo­wień­stwie, że­bracy do­ma­ga­jący się su­tego datku i wszel­kiej ma­ści nie­na­wist­nicy pra­gnący ścią­gnąć apo­ka­lipsę na lep­szych od sie­bie, a ja ich wszyst­kich słu­cha­łem i słu­chać będę na­dal, choć tylko nie­licz­nych czy­nię wy­brań­cami.

Na­raz do­biegł mnie krzyk, o wiele cie­kaw­szy od pa­cie­rzy kle­pa­nych we wnę­trzu ko­ścioła. I gdy tylko po­my­śla­łem o po­dróży, z garbu wy­strze­liła mi para nie­to­pe­rzych skrzy­deł, a ja roz­po­star­łem je i od­bi­łem się od skraju da­chu, strą­ca­jąc na głowy lu­dzi piach, pył i dro­binki śniegu. Kil­koro lu­dzi spoj­rzało w górę, ale do­strze­gło tylko rój much, który nie wzbu­dził ich po­dej­rzeń, mimo swej nie­na­tu­ral­nej obec­no­ści w zi­mo­wym kra­jo­bra­zie. Wzbi­łem się nad mia­sto, wy­soko, aż pod chmury, obej­mu­jąc wzro­kiem nie­do­sko­na­ło­ści jego usy­tu­owa­nia. Lwó­wiec­kie ci­vi­tas nie dą­żyło w swym roz­lo­ko­wa­niu do ide­ału pla­toń­skiego koła, lecz cią­gnęło się wzdłuż traktu han­dlo­wego pro­wa­dzą­cego od Zło­to­ryi do Lu­ba­nia, miało też po­dłużny ry­nek i nie­re­gu­larną za­bu­dowę z ka­mien­nymi do­mami, które przy­tła­czały wi­zu­al­nie li­che cha­łupy, wręcz ma­ni­fe­stu­jąc tak umi­ło­wany przeze mnie ucisk bo­ga­tych nad bied­nymi. Zni­ży­łem lot i po­szy­bo­wa­łem wzdłuż wa­łów i drew­nia­nych wież bram­nych, do­strze­ga­jąc przy tym każdy uby­tek. Szu­ka­łem nie­czy­sto­ści, lecz nie tych oczy­wi­stych w po­staci gówna w fo­sie, ino tych bar­dziej wy­szu­ka­nych dla mego dłu­giego roz­dwo­jo­nego ję­zora, ta­kich, ja­kie wy­twa­rzają dla mnie ro­gate du­sze, a krze­ści­ja­nie zo­wią grze­chami lub wy­stęp­kami. Nę­cił mnie dźwięk prze­wra­ca­nych kub­ków z wi­nem i zło­rze­cze­nia ko­sty­rów, któ­rzy mi­nio­nej nocy prze­grali ma­ją­tek, za­pra­szał mnie szept rze­zi­miesz­ków pla­nu­ją­cych kra­dzieże, wo­łały mnie jęki ko­chan­ków i so­do­mi­tów zdra­dza­ją­cych mał­żonki zgod­nie ze swą na­turą lub wbrew niej. I choć ła­kom­stwo jest mi bli­skie, to po­nie­cha­łem tych drob­nych sma­ko­wi­to­ści, al­bo­wiem przy­by­łem tu­taj na da­nie główne, nie na przy­stawki. Ucze­pi­łem się krzyku, który po­de­rwał mnie do lotu, i prze­mkną­łem przez sam śro­dek mia­sta, wzdłuż ulicy Zło­to­ryj­skiej, nad roz­sta­wia­nymi kra­mami i nad do­mami, w któ­rych ko­biety przy­go­to­wały po­ranną strawę dla męż­czyzn, a ba­chory prały się ze sobą. Do­tar­łem do we­wnętrz­nych ob­wa­ro­wań mia­sta, za któ­rymi mie­ścił się za­mek xię­dza, nie skie­ro­wa­łem się jed­nak wcale do pa­la­tium, gdzie za­wsze mnie go­rąco wi­tano, tylko zwró­ci­łem się ku bu­dyn­kom go­spo­dar­czym. Przy­sia­dłem na da­chu bro­waru, za­cie­ka­wiony miesz­czącą się w po­bliżu wę­dzar­nią. Skła­dała się z trzech za­głę­bio­nych w ziemi jam, sze­ro­kich na krok, a głę­bo­kich na trzy. Dwie z nich za­sła­niała drew­niana po­krywa, przez którą prze­do­sta­wał się dym, nio­sący za­pach wę­dzo­nych kieł­bas i ryb. Wy­czu­łem dzi­czy­znę, kar­pie, oko­nie. Trzeci otwór po­zo­sta­wał od­kryty, a nad jego brze­giem po­chy­lało się trzech sy­nów Adama, za­żar­cie się o coś kłó­cąc. Oczy mam jak u smoka, z od­le­gło­ści stu kro­ków po­tra­fię nimi do­strzec plewę w zbożu, wy­cią­gną­łem więc swą ga­dzi­no­watą szyję i wej­rza­łem do dupy, to jest dziury, ale nie tej w rzyci, tylko w ziemi, jakże ja mi­ło­wa­łem wszel­kie otwory, w nich za­wsze kryło się coś cie­ka­wego, choćby ro­bac­two, albo skarb za­ko­pany z chci­wo­ści bądź ze stra­chu, i tym ra­zem też się nie za­wio­dłem, bo­wiem w ja­mie ob­kle­jo­nej gliną spo­czy­wały zwłoki.

Po stroju od razu dało się po­znać, że zmarły był osobą znaczną, a jedno wej­rze­nie w ma­towe oczy trupa po­zwo­liły mi po­znać za­sty­głe na gał­kach ob­li­cze mor­dercy. Zna­łem jego imię, stan i po­cho­dze­nie, w ogóle wszystko o nim wie­dzia­łem, al­bo­wiem jego ro­gata du­sza ni­czego przede mną nie ukry­wała. I pew­nie w gło­wach przy­naj­mniej nie­któ­rych z was za­lągł się już chro­bak cie­ka­wo­ści, który swymi ma­leń­kimi nóż­kami ła­sko­cze wa­sze umy­sły i szepce: „No po­wiedz, po­wiedz, kim jest mę­żo­bójca z ro­gatą du­szą”. Nie ze mną ta­kie nu­mery, na wa­sze bła­ga­nia po­zo­stanę głu­chy, al­bo­wiem mar­nie snuje opo­wieść ten, kto u jej za­ra­nia zdra­dza za­koń­cze­nie. Na­der zaś wszystko mi­łuję wa­szą cie­ka­wość, azali ona do mnie pro­wa­dzi, a ja u kresu na­szej po­dróży będę cze­kał na was z otwar­tymi rę­koma.

Roz­dział 2

Drzem­lik chuch­nął w dło­nie i po­tarł nimi jedna o drugą. Po­czuł cie­pło, ale nie zdo­łał na długo ode­gnać chłodu po­ranka. Po­kle­pał się po ra­mio­nach, pod­sko­czył, po czym scho­wał dło­nie pod pa­chy, by ogrzać palce w uści­sku mię­śni i weł­nia­nej tu­niki. Chęt­nie roz­pa­liłby ogień, ale w pta­szarni nie wcho­dziło to w grę, je­śli nie chciał, aby jej miesz­kańcy w pa­nice za­orali mu twarz.

Przy­szedł tu­taj skoro świt, aby wszystko przy­go­to­wać. Przy­by­tek xię­dzow­skich pta­ków był ma­łym bu­dyn­kiem, wła­ści­wie zwy­kłą chatą zrę­bową z so­sno­wych, nie­dbale ocio­sa­nych be­lek i krytą strze­chą, tyle że w środku, za­miast pa­le­ni­ska i sprzę­tów do­mo­wych, znaj­do­wały się grzędy i wi­kli­nowe klatki, które stały na pół­kach bądź zwi­sały na sznur­kach ucze­pio­nych po­wały. W środku drew­nia­nych wię­zień krę­ciły się kruki, sowy i só­weczki, więk­szość pta­ków zaj­mo­wało jed­nak grzędy, czyli drew­niane pręty po­wbi­jane pro­sto w ścianę, al­bo­wiem stwo­rze­nia ukła­dane do po­lo­wań mu­siały mieć miej­sce na swo­bodne roz­kła­da­nie skrzy­deł. Obecny dux Si­le­siae, tak jak jego po­przed­nicy, uwiel­biał po­lo­wać, dla­tego w swo­jej pta­szarni miał kil­ka­dzie­siąt so­ko­łów i ja­strzębi róż­nią­cych się wie­kiem i opie­rze­niem, a w swoim nie­na­sy­ce­niu wciąż po­żą­dał ko­lej­nych.

Lekko już roz­grzany so­kol­nik za­ło­żył na lewą dłoń weł­nianą rę­ka­wicę z dwoma pal­cami, po czym pod­szedł do grzędy, do któ­rej przy­wią­zana była sa­miczka kro­gulca. Uwol­nił ją od rze­mie­nia przy no­dze i po­sa­dził na rę­ka­wicy, czemu to­wa­rzy­szył brzdęk bla­szek ude­rza­ją­cych o ob­rączkę. Po­gła­skał pie­rza­stą przy­ja­ciółkę po gło­wie, szep­cząc jej do ucha ła­godne słowa, i pod­szedł pod je­dyne okno, za­sło­nięte ramą z roz­pię­tym na niej per­ga­mi­nem prze­pusz­cza­ją­cym słabą po­światę wscho­dzą­cego słońca. Ptak zdą­żył się już roz­bu­dzić. Roz­ło­żył skrzy­dła i po­ma­chał nimi, jakby chciał się ze­rwać do lotu, po czym na po­wrót je zło­żył. Był to już nie­mal do­ro­sły osob­nik, cho­ciaż jesz­cze bez po­przecz­nych prąż­ków na brą­zo­wym upie­rze­niu, za to z bia­ła­wymi pla­mami na piersi i brzu­chu. Po­de­brano go z gniazda późną wio­sną ze­szłego roku, w pierw­szym mie­siącu ży­cia, gdy na­uczył się już od matki roz­szar­py­wać ranne wró­ble, ale nie miał jesz­cze siły na sa­mo­dzielne łowy. Po­cząt­kowo zo­sta­wiono go w spo­koju w za­mknię­tej cha­cie, ra­zem z in­nymi gniaz­dow­ni­kami, aby na­brał krzepy i oswoił się z nie­wolą, i do­piero po Trzech Kró­lach so­kol­nik za­szył mu po­wieki. Przez ko­lejne ty­go­dnie kro­gu­lec stał się cał­ko­wi­cie za­leżny od swo­jego opie­kuna i ja­dał wy­łącz­nie z jego ręki. Młody ptak przy­zwy­czaił się też do od­gło­sów go­spo­dar­stwa i nie pło­szyło go już byle szcze­ka­nie przy­droż­nego kun­dla. Drzem­lik naj­chęt­niej po­trzy­małby go w ciem­nicy aż do Wiel­ka­nocy, aby się upew­nić, że poza do­mem dzi­kość nie za­wróci mu w gło­wie, lecz xiądz wy­ra­ził się ja­sno – pod­czas tur­nei pra­gnie wy­pró­bo­wać no­wych łow­ców, któ­rych po­trze­bo­wał w ogrom­nej licz­bie nie tylko dla sie­bie, ale i dla przy­by­łych pa­nów ry­ce­rzy.

– Y ci­chaj, y ci­chaj, ma miła pani, szept niech osta­nie w twej pięk­nej krtani – za­nu­cił do kro­gulca, który drep­tał po jego dłoni i za­ci­skał szpony tak mocno, że opie­kun od­czu­wał ból na­wet przez rę­ka­wicę. Rów­no­cze­śnie so­kol­nik się­gnął wolną ręką po wi­szący na gwoź­dziu gruby koc i jed­nym zwin­nym ru­chem za­rzu­cił go na kro­gulca. Sa­miczka prze­stra­szyła się tej nie­spo­dzie­wa­nej wro­go­ści i za­częła się sza­mo­tać, Drzem­lik nic so­bie jed­nak z tego nie ro­bił: kil­ka­krot­nie owi­nął zwie­rzę ma­te­ria­łem, po czym za­czął wy­wi­jać nad głową skrę­co­nym to­boł­kiem, aż jego za­war­tość prze­stała ja­zgo­tać. Na­stęp­nie wło­żył za­wi­niątko pod pa­chę, od­gar­nął koc, od­sła­nia­jąc ptasi łe­bek chwie­jący się na zwiot­cza­łej szyi, do­był za­wie­szo­nego przy bie­drzycy no­żyka i przy­sta­wił jego czu­bek do pta­siego oka. Od­dałby wiele za lep­sze świa­tło, lecz za­bieg przy­wró­ce­nia wzroku na­le­żało wy­ko­nać w li­chym oświe­tle­niu, aby ja­strząb mógł się po­woli przy­zwy­cza­jać do ja­sno­ści. Męż­czy­zna unie­ru­cho­mił pta­sią główkę mię­dzy dwoma pal­cami rę­ka­wicy i szyb­kim ru­chem prze­ciął szew łą­czący po­wieki, na­stęp­nie zaś wy­cią­gnął pa­znok­ciami nić, od­sła­nia­jąc żółtą tę­czówkę z czarną kropką. Oko wy­glą­dało na lekko za­mglone, ale całe. Do sa­miczki wra­cała świa­do­mość, więc Drzem­lik mo­men­tal­nie prze­niósł ostrze na drugą stronę, pla­nu­jąc do­koń­czyć dzieła. Przy­ło­żył stal do po­wieki, lecz na­gle drzwi roz­warły się z hu­kiem, wpusz­cza­jąc świa­tło dnia i za­dy­sza­nego czło­wieka. Wy­rwana z otu­ma­nie­nia sa­miczka wy­prę­żyła szyję, a ko­zik za­miast tylko mu­snąć nić, po­szedł da­lej i roz­ciął całą główkę aż po dziób. Kro­gu­lec pi­snął, na­stro­szył pióra i za­czął się roz­glą­dać, mie­rząc śle­piami wszystko do­okoła. Inne ptaki też się roz­bu­dziły, za­nie­po­ko­jone ha­ła­sami, i same za­częły ja­zgo­tać, pisz­czeć i skrze­czeć, roz­kła­da­jąc przy tym skrzy­dła i gu­biąc pióra. So­kol­nik, nie zwa­ża­jąc na rzad­kie gówno, które spa­dło mu na ra­mię, z lę­kiem przyj­rzał się pod­opiecz­nej. Przez chwilę mie­rzył się wzro­kiem z sa­miczką, lekce so­bie wa­żąc pta­sie trele i nie­czy­sto­ści, i w końcu przy­znał się do po­rażki. Czer­wo­nego od krwi oka nie dało się ura­to­wać i bez wąt­pie­nia ptak po­zo­sta­nie na wpół ślepy, a przez to bez­u­ży­teczny pod­czas po­lo­wań. Drzem­lika roz­sier­dziła jego wła­sna nie­zdar­ność, lecz za­raz prze­niósł gniew na umyśl­nego.

– Głup­cze! – wska­zał no­żem za­dy­sza­nego gbura, który oka­zał się le­d­wie mło­dzień­cem. – Jak śmiesz wcho­dzić do pta­szarni xię­dza bez po­zwo­le­nia?!

– Zmi­łuj się nade mną, pa­nie, tak mi...

– Za­wrzyj!

Przy­bysz ścią­gnął weł­nianą czapkę, spu­ścił głowę i sta­nął nie­ru­chomo, w po­kor­nym mil­cze­niu.

– Drzwi, głą­bie, nie gębę, drzwi mi za­wrzyj!

Mło­dzian się za­ru­mie­nił, lecz na szczę­ście nie oka­zał się po­wolny na umy­śle i szybko na­pra­wił swój błąd. Do­sko­czył do wyj­ścia, po­cią­gnął za uchwyt i przy­mknął drzwi z ci­chym skrzy­pie­niem. Wnę­trze na po­wrót za­lało się pół­mro­kiem.

– Wy­bacz, pa­nie, wzy­wają cię, pa­nie – oznaj­mił, gdy już wró­cił na swoje miej­sce.

– Y ci­chaj, y ci­chaj...

Chło­pak wziął to do sie­bie, choć Drzem­lik zwra­cał się do sa­miczki. Scho­wał no­żyk do zwi­sa­ją­cej przy boku po­chewki, po­gła­skał ptaka po szyi, uca­ło­wał go w czu­bek głowy, po czym jesz­cze trzy razy wy­szep­tał jej do ucha: „Y ci­chaj, y ci­chaj, ma miła pani”. Kro­gu­lec rze­czy­wi­ście się uspo­koił, prze­stał stro­szyć pióra i za­czął się roz­glą­dać na boki, już bez stra­chu, za to z za­cie­ka­wie­niem chło­nąc wra­ca­jące doń kształty i barwy. So­kol­nik po­dra­pał go po piersi, wy­cią­gnął zza pa­zu­chy ka­wa­łek su­ro­wego mięsa, uło­żył go so­bie na dłoni i pod­sta­wił ja­strzę­biowi pod dziób, a ten bez za­wa­ha­nia po­chwy­cił sma­ko­łyk i po­żarł go, od­chy­la­jąc głowę do tyłu.

Męż­czy­zna wi­dział ką­tem oka, jak mło­dzie­niec mnie w rę­kach czapkę i stra­cha się o wiele moc­niej, niż po­wi­nien po ła­god­nej na­ga­nie, którą otrzy­mał. Już zresztą samo na­ru­sze­nie miru pta­szarni było nie­zwy­kłe, al­bo­wiem wszy­scy w ko­mo­rze wie­dzieli, że nie na­le­żało prze­szka­dzać so­kol­ni­kowi, gdy ten pra­cuje ze swo­imi pło­chli­wymi pod­opiecz­nymi. Umyślny w isto­cie mu­siał mieć ważką wia­do­mość do prze­ka­za­nia. Drzem­lik roz­po­znał w nim sługę sę­dziego dwor­skiego Pio­tra, a cier­pli­wo­ści ta­kiego wiel­kiego pana, nie lża było wy­sta­wiać na próbę. Od­sta­wił kro­gulca na grzędę, po­gła­skał go na po­że­gna­nie, zdjął rę­ka­wicę, scho­wał ją za pa­zu­chę, otrze­pał się z piór, szmatką starł z tu­niki nie­czy­sto­ści, się­gnął po za­wie­szony na gwoź­dziu kap­tur i wzuł go przez głowę, po­tem zaś zdjął płaszcz z wie­szaka i za­rzu­cił go so­bie na ra­miona. Nie­wiele to po­pra­wiło jego li­chy przy­odzie­wek, naj­gor­szy z po­sia­da­nych, ale taki wła­śnie wy­brał dziś rano, al­bo­wiem dla pta­ków ni­gdy się nie stroił.

– Pójdźmy.

Mło­dzie­niec nie zwle­kał ani chwili i wy­bie­ga­jąc na ze­wnątrz, omal nie rąb­nął głową o fu­trynę. So­kol­nik po­śpie­szył za nim. Zgiął się w pas, aby prze­ci­snąć się przez wą­skie i ni­skie wyj­ście, po czym za­mknął za sobą drzwi, na­cią­ga­jąc wrze­ciądz na sko­bel. Ru­szyli wzdłuż wału od­dzie­la­ją­cego za­mek od mia­sta wy­dep­taną przez straż­ni­ków ścieżką, na któ­rej za­le­gała śli­ska, lekko zmro­żona breja ze śniegu i błota. Drzem­lik wy­marzł już w pta­szarni, więc te­raz dy­go­tał mimo woli. Wcią­gnął kap­tur głę­boko na głowę, tak że cień przy­sło­nił mu twarz, opa­tu­lił się też opoń­czą, któ­rej rą­bek zdą­żył się już ob­kleić śnie­giem. Zer­k­nął na nad­cią­ga­jące od pół­nocy gę­ste chmury i po­my­ślał, że dzień za­po­wiada się iście par­szy­wie. Nie za­zdro­ścił rit­te­rom, któ­rzy mieli nie­ba­wem roz­po­cząć zma­ga­nia na tur­nei, choć z dru­giej strony też im nie współ­czuł, al­bo­wiem za­kute pały same so­bie zgo­to­wały ten los.

Nie uszli da­leko, le­dwo tylko mi­nęli staj­nię, psiar­nię i przy­kryty śnie­giem ogród wa­rzywny, a przy ja­mach wę­dzar­nia­nych uj­rzeli grupkę lu­dzi. Drzem­lik ko­ja­rzył każ­dego z nich, al­bo­wiem po­dob­nie jak on pra­co­wali na zamku, je­den jako ku­charz, drugi i trzeci jako sta­jenni, a czwarty, ten naj­waż­niej­szy, jako woźny są­dowy. Cała czwórka ob­ró­ciła się w stronę przy­by­szy i gdy tylko so­kol­nik na­po­tkał ich wzrok, po­znał, że stało się coś strasz­nego.

– Rad­nym cię wi­dzieć, pa­nie Raszko – przy­wi­tał go woźny.

Sły­sząc swoje praw­dziwe imię, wy­po­wie­dziane po­waż­nym i prze­ję­tym gło­sem, so­kol­nik po­czuł nie­po­kój. Więk­szość lu­dzi wo­łała go Drzem­li­kiem, z rzadka mło­dym Drzem­li­kiem. Taki przy­do­mek odzie­dzi­czył po ojcu, czyli po sta­rym Drzem­liku, al­bo­wiem z dziada pra­dziada mę­żo­wie w jego ro­dzi­nie zaj­mo­wali się ukła­da­niem so­ko­łów i ja­strzębi, choć aku­rat obec­nie Raszko ro­bił to tylko od czasu do czasu. Wzy­wano go już nie­mal wy­łącz­nie do za­szy­wa­nia lub roz­ci­na­nia pta­sich po­wiek, sły­nął bo­wiem z pew­nej ręki, inne zaś obo­wiązki w pta­szarni prze­jęli jego lu­dzie. On od pię­ciu już lat pia­sto­wał urząd pod­ko­mo­rzego, a za­tem do­glą­dał ko­mory xię­dza, co prawda nie ca­łej, ale du­żej jej czę­ści, ma­jąc pie­czę nie tylko nad pta­szar­nią, ale i psiar­nią, wę­dzar­nią oraz bro­wa­rem, po­nadto zda­rzało mu się po­ma­gać w spra­wach są­do­wych.

– Y ja ta­koż radny wielce, pa­nie Mojka. Cóż to się stało ta­kiego, że przed­kła­dasz roz­mowę ze mną nad pod­pa­try­wa­nie dzie­wek wy­stro­jo­nych na tur­nei?

Woźny Mojka był człe­kiem w sile wieku, ale krzep­kim, z brzu­chem snad­nie za­okrą­glo­nym, lecz nie gru­bym. Sły­nął z wiel­kiej po­boż­no­ści i ogra­ni­czo­nej by­stro­ści. Ta pierw­sza ce­cha po­zwo­liła mu, dzięki ła­ska­wo­ści cno­tli­wego xię­dza Hen­ryka, dość szybko zdo­być po­sługę w dwor­skim są­dzie, druga z ko­lei za­blo­ko­wała mu moż­li­wość ubie­ga­nia się o wyż­sze god­no­ści. W ca­łej ko­mo­rze po­wszech­nie czy­niono mu zło­śli­wostki, czy na­wet psoty z po­wodu jego nad­mier­nego, iście mni­szego umi­ło­wa­nia spraw ko­ściel­nych, które łą­czyło się u niego z cał­ko­witą obo­jęt­no­ścią dla spraw mi­ło­snych. Żarty z tego bez­żen­nego po­nu­raka na­si­liły się dwa lata temu, kiedy wła­dzę w księ­stwie ob­jął młody dux Bo­le­sław, znany ze swa­wol­no­ści i umi­ło­wa­nia do wszel­kiego kpiar­stwa.

– Bicz Boży spadł na cne sługi xię­dza, y trza nam tę­giej głowy, aby nas wy­wio­dła z cier­ni­stej do­liny. Roz­trop­ność ju­dexa Pio­tra przy­da­łaby nam się te­raz, lecz miły mój pan od­daje się mo­dli­twie w świą­tyni y nie go­dzi się mu prze­szka­dzać. Nie­mniej czas na­gli, a że znana jest mi na­uka sę­dziego, aby w spra­wach wy­jąt­kowo od­ra­ża­ją­cych ra­dzić się człeka na­wy­kłego do ob­co­wa­nia z gów­nem, tedy po­sła­łem po cie­bie.

Pod­ko­mo­rzy uśmiech­nął się i strą­cił z rę­kawa za­schnięte pta­sie od­chody, któ­rych wcze­śniej nie za­uwa­żył.

– W isto­cie, czę­sto to wła­śnie w nie­czy­sto­ściach człeka kryje się prawda o nim, nie bez po­wodu w noc­ni­kach ta­kich świę­tych mę­żów jak pan woźny kwitną ino fiołki.

Sta­jenni prych­nęli śmie­chem, ale za­raz się uspo­ko­ili na wi­dok kar­cą­cego spoj­rze­nia Mojki. Woźny nie wy­glą­dał jed­nak na roz­gnie­wa­nego, a tylko obu­rzo­nego, że nie sza­nuje się po­wagi przy­na­leż­nej jego urzę­dowi. Z re­guły wszel­kie przy­tyki przyj­mo­wał obo­jęt­nie, trak­tu­jąc je jako nie­winne psoty głup­ców nie­war­tych jego uwagi. Te­raz prze­że­gnał się i oznaj­mił po­nuro:

– Świt uka­zał strasz­liwy cri­men y pora, abyś y ty go uj­rzał.

Na znak urzęd­nika sta­jenni od­su­nęli drew­nianą po­krywę jamy wę­dzar­nia­nej i się roz­stą­pili. Raszko Drzem­lik po­stą­pił dwa kroki na­przód i sta­nął na sa­mym skraju otworu. W dole le­żał trup, zło­żony w pół ni­czym no­życe, rzy­cią ku do­łowi i z no­gami unie­sio­nymi tak wy­soko, że czoło nie­mal do­ty­kało ko­lan. Pod­ko­mo­rzy nie wi­dział do­kład­nie twa­rzy męż­czy­zny, ale wy­da­wało mu się, że go roz­po­znaje. Sy­tu­acja wy­glą­dała na­wet go­rzej, niż się spo­dzie­wał, by­naj­mniej nie z po­wodu brzyd­kiego wi­doku, bo wi­dy­wał gor­sze, lecz przez imię ofiary, która nie­chyb­nie zo­stała za­mor­do­wana.

– Nie jest to knur, któ­rego dux na­ka­zał uwę­dzić na igrzy­ska.

– Nie, pa­nie – wtrą­cił ku­charz cał­kiem po­waż­nie. – Knur zo­stał wczo­raj po­rż­nięty, dzi­siaj chcie­li­śmy tu roz­pa­lić ogień y wę­dzić udźce, szynkę y bo­czek.

– W imię Pana Kry­sta prze­stań­cie wresz­cie po­rów­ny­wać tego nie­szczę­śnika do świni – ob­ru­szył się po­moc­nik ju­dexa. – Trza nam ra­dzić, co po­cząć, wszak ten w dole to Stanko ze Strze­lina.

So­kol­nik wes­tchnął. Jego po­dej­rze­nia się po­twier­dziły. Stanko był klucz­ni­kiem Löwen­berga, a więc osobą znaczną, poza tym wy­dat­nie przy­czy­nił się do or­ga­ni­za­cji tur­nei, więc jego znik­nię­cie ry­chło zo­sta­nie za­uwa­żone i pew­nie wy­woła za­mie­sza­nie, ja­kie z pew­no­ścią nie było na rękę xię­dzu Bo­le­sła­wowi. Ty­dzień temu władca we­zwał do sie­bie wszyst­kich pod­ko­mo­rzych i oznaj­mił im wprost, że od­po­wia­dają głową za po­rzą­dek w ko­mo­rze pod­czas igrzysk ry­cer­skich, na które zjadą go­ście z ca­łej Le­chii. A trup za­miast szynki ni­jak nie pa­so­wał do wy­obra­ża­nia o pań­stwie bo­żym.

– Czy wy­sła­łeś gońca do ko­goś jesz­cze? – Drzem­lik zwró­cił się do woź­nego, lę­ka­jąc się, że ten zdą­żył już roz­pu­ścić wie­ści i na zamku za­raz zrobi się tu­mult, za który po­ryw­czy xiądz z pew­no­ścią ob­wini pod­ko­mo­rzego. Wszak to on je­den spo­śród znacz­nych se­rvien­tes zo­stał strzec ko­mory, wo­ląc ukła­dać ja­strzę­bie i so­koły, niż wpa­try­wać się w py­chę rit­te­rów.

– Nie, wszy­scy są w boż­nicy.

Raszko ode­tchnął z ulgą. Chwy­cił się na­dziej, że mimo wszystko zdoła opa­no­wać sy­tu­ację.

– Do­brze. W ta­kim ra­zie pora na oglę­dziny.

– Jakże to? Wpierw trzeba po­słać po któ­re­goś z Za­rę­bów. Stanko był od nich, więc to przed­sta­wi­ciel tego rodu wi­nien wnieść skargę do sądu y pro­sić o wsz­czę­cie po­stępku.

– Prze­cie jesz­cze nie wiemy, co się stało. Może Stanko sam je­den po pi­jaku wpadł do jamy y się po­ła­mał? – Pod­ko­mo­rzy sam w to nie wie­rzył, ale znał woź­nego na tyle do­brze, aby wie­dzieć, że urzęd­nika da się prze­ko­nać tylko wtedy, gdy wskaże mu się od­po­wied­nie prawo lub zwy­czaj. – Trzeba się wpierw wy­wie­dzieć, czy to na pewno mę­żo­bój­stwo. Nie ma prze­cie sądu bez wy­stępku. Nasz młody xiądz nie bę­dzie za­do­wo­lony, je­śli pa­no­wie ze Strze­lina wraz ze swo­imi wier­nymi so­jusz­ni­kami Ra­wi­czami roz­pę­tają w mie­ście waśń ro­dową, a póź­niej się okaże, iż na­wet nie było ku temu pod­staw. Do­świad­cze­nie y wie­dza pana woź­nego może ura­to­wać ży­cie wielu za­cnym rit­te­rom.

– In no­mine Pa­tre et Fili et Spi­ri­tus Sancti. – Woźny się prze­że­gnał. – Tak wła­śnie uczy­nimy. Wy dwaj – zwró­cił się do sta­jen­nych – wy­cią­gnij­cie pana Stanka.

Po­słu­ga­cze nie­chęt­nie uklęk­nęli na ziemi po­kry­tej cienką war­stwą śniegu i po­chy­lili się nad otwo­rem. Na szczę­ście jama nie była głę­boka, więc z ła­two­ścią się­gnęli do zwłok. Je­den chwy­cił je pod pa­chy, drugi za łydki i za­częli cią­gnąć je do góry, prę­żąc się przy tym, stę­ka­jąc i czer­wie­nie­jąc, al­bo­wiem ciało zdą­żyło przy­mar­z­nąć do ob­le­pio­nych gliną ścian i so­lid­nie za­kli­no­wało się w dziu­rze. Po nie­dłu­gim cza­sie udało im się wy­rwać trupa z ob­jęć pod­ziemi, choć so­lid­nie ob­tarli mu przy tym ubra­nia.

Woźny tkwił w miej­scu i ga­pił się na nie­ży­ją­cego męż­czy­znę, jakby zu­peł­nie nie wie­dział, co czy­nić da­lej. Raszko nie przy­po­mi­nał so­bie, by Mojka kie­dy­kol­wiek zaj­mo­wał się ob­duk­cją, ra­czej ko­ja­rzył po­nu­raka z wrę­cza­nia po­zwów i ogła­sza­nia wy­ro­ków po­przez gło­śne ich po­wta­rza­nie na rynku. Pod­ko­mo­rzy ta­koż ni­gdy wcze­śniej nie prze­wo­dził są­do­wym oglę­dzi­nom, ale przy­naj­mniej był obyty ze śmier­cią, a pod­czas stu­diów we wro­cław­skiej szkole ka­te­dral­nej po­znał pod­stawy ba­dań post mor­tem.

– Nasz mą­dry pan Mojka za­pewne ze­chce wpierw obej­rzeć tego nie­szczę­śnika od przodu, aby po­twier­dzić jego imię. Po­łóż­cie go na wznak, o tam – zwró­cił się do sta­jen­nych, wska­zu­jąc im miej­sce pod ścianą po­bli­skiego bro­waru, gdzie zie­mia była twarda i po­zba­wiona błota, a bu­dy­nek choć w czę­ści osła­niał ich przed oczyma po­stron­nych.

Sta­jenni po­nie­śli zmar­łego, je­den trzy­ma­jąc go za ręce, drugi za nogi. Sa­pali przy tym i stę­kali, ale nie wy­rze­kli słowa skargi, że zaj­mo­wa­nie się tru­pami i są­dami nie na­le­żało do ich obo­wiąz­ków, i je­dyny bunt wy­ra­zili nie­dba­ło­ścią przy wy­ko­na­niu za­da­nia, zwłasz­cza kiedy bez­ce­re­mo­nial­nie rzu­cili zwłoki na zie­mię.

– No tak – oznaj­mił woźny. – W imię Otca y Syna, y Sancti Du­cha, po­twier­dziło się, iż Stanko ze Strze­lina, z rodu Za­rę­bów, padł ofiarą mę­żo­bój­stwa.

Raszko dał są­do­wemu słu­dze czas do na­my­słu, lecz prze­cią­ga­jąca się ci­sza po­wie­działa mu, że ten uznał oglę­dziny za skoń­czone.

– Zimno dziś. – Pod­ko­mo­rzy roz­tarł ręce i chuch­nął w nie trzy razy. Na­dal od­czu­wał skutki po­ran­nego wy­mar­z­nię­cia w pta­szarni. – Chłód wszyst­kim daje nam się we znaki, ale sto­imy tu, aby wspo­móc na­szego do­brego xię­dza w utrzy­ma­niu Pax Dei w tej oto ko­mo­rze. Nie mo­żemy też jed­nak po­zwo­lić, aby mróz od­jął głos naj­star­szemu spo­śród nas, al­bo­wiem któż inny bę­dzie nam wtedy wska­zy­wał nie­do­statki na­szej po­boż­no­ści y da­wał przy­kład wzo­ro­wej służby dla na­szego pana? Po­zwól­cie więc, za­cni krze­ści­ja­nie, iż uży­czę głosu pra­wej ręce sę­dziego Pio­tra y rzeknę to, co w ta­kiej chwili winno być po­wie­dziane.

Woźny ski­nął głową, a w jego po­nu­rej mi­nie dało się od­czy­tać coś na kształt wdzięcz­no­ści.

– Cny nasz pan Mojka bie­rze na świad­ków pod­ko­mo­rzego Raszkę Drzem­lika, ku­cha­rza Pi­sko­sza oraz sta­jen­nych Ko­ła­cza y Krze­pi­sza, aby swo­imi ustami mo­gli przed są­dem po­twier­dzić wy­niki ob­duc­tio, to jest ob­duk­cji, która zo­stała prze­pro­wa­dzona przez woź­nego sądu dwor­skiego. Po wstęp­nych oglę­dzi­nach świad­ko­wie po­twier­dzili, że zwłoki na­leżą do Stanka ze Strze­lina, pia­stu­ją­cego urząd klucz­nika mia­sta Löwen­berg. Zmar­łego od­na­le­ziono w ja­mie wę­dzar­nia­nej w po­zy­cji skrzy­wio­nej y nie­god­nej po­boż­nego męża. Po wy­cią­gnię­ciu ciała na po­wierzch­nię za­uwa­żono plamy za­schnię­tej krwi na ubra­niu zmar­łego y roz­cię­cia na jego tu­nice, które wska­zują, iż padł on ofiarą mę­żo­bój­stwa.

Drzem­lik po­szu­kał wzro­kiem każ­dego ze zgro­ma­dzo­nych i wszy­scy mu po­twier­dzili ski­nie­niem głowy, że wy­po­wie­dziane słowa były słuszne i praw­dziwe. Pod­ko­mo­rzy mógłby na tym po­prze­stać, al­bo­wiem sąd ni­gdy nie wy­ma­gał do­głęb­nego ba­da­nia ofiary, jed­nak po­miesz­ku­jąca w nim cie­ka­wość nie dała mu spo­koju, cie­ka­wość, która była grzeszna, al­bo­wiem czę­sto do­ty­czyła tego, co mar­twe i od­jęte od tego świata, cie­ka­wość, która do­ma­gała się po­zna­nia na­tury każ­dego stwo­rze­nia i przy­czyny jego po­psu­cia. Kęs czasu temu uszko­dzony zo­stał kro­gu­lec i cho­ciaż na­pa­wało to Drzem­lika smut­kiem, to jed­nak po­tra­fił osią­gnąć we­wnę­trzy spo­kój, zna­jąc osobę, która po­peł­niła błąd i to­wa­rzy­szące temu oko­licz­no­ści. Na tego ludz­kiego trupa spo­zie­rał po­dob­nie jak na ja­strzę­bia – w jed­nym i dru­gim wi­dział po­psute stwo­rze­nie – te­raz jed­nakże czuł jesz­cze nie­po­kój bio­rący się z braku zro­zu­mie­nia tej zbrodni. Przy­klęk­nął przy ofie­rze, lek­ce­wa­żąc wes­tchnie­nie Mojki i ci­che na­rze­ka­nia ku­cha­rza, któ­remu śpie­szyło się do pa­le­ni­ska. Nie­szczę­śnik nie miał płasz­cza i no­sił lekki przy­odzie­wek, nie­przy­sta­jący do wa­run­ków pa­nu­ją­cych pod­czas zi­mo­wej nocy, nadto strasz­li­wie dziu­rawy i brudny od błota i za­schnię­tej krwi. Miał za­pad­nięte po­liczki, a usta sine od mrozu, lecz skost­niałe ob­li­cze wy­glą­dało na spo­kojne, jakby męż­czy­zna umarł we śnie. Na­le­żało do mło­dego jesz­cze człeka, mię­dzy dru­gim a trze­cim krzy­ży­kiem ży­wota, męża zdro­wego i sil­nego, o smu­kłej, choć na­zbyt może chło­pię­cej syl­wetce. Drzem­lik spraw­dził jego szyję i do­strzegł bie­gnącą do­okoła niej czer­woną pręgę, mo­gącą być śla­dem po sznu­rze. Się­gnął po no­żyk, któ­rym przy­wra­cał wzrok ja­strzę­biom, zbli­żył ostrze do krtani za­bi­tego i po­cią­gnął nim w dół, roz­ci­na­jąc weł­nianą tu­nikę aż do skó­rza­nego, ozdo­bio­nego srebr­nymi li­śćmi pasa.

– Pa­nie Drzem­liku! – obu­rzył się woźny. – Okaż cześć ciału panu wiel­moży y nie uka­zuj nam jego wstydu!

– Proch to już jeno, jak nasz ple­ba­nus kazi przy oł­ta­rzu, a nam wie­dzieć trza wię­cej o na­tu­rze tego ma­le­fi­cium. Czci­godny woźny zgo­dzi się prze­cie, że mi­ło­ści­wie nam pa­nu­jący xiądz Bo­le­sław ze­chce po­znać wszel­kie oko­licz­no­ści tej naj­cięż­szej zbrodni wy­mie­rzo­nej w jego mir y usta­no­wiony przez Pana Kry­sta po­rzą­dek świata.

Woźny burk­nął coś pod no­sem, a że nie wy­ra­ził otwar­tego sprze­ciwu, pod­ko­mo­rzy wziął to za zgodę i roz­ci­nał oraz pruł da­lej, nie tylko tu­nikę, ale i spodnią ko­szulę, ga­cie oraz rze­mie­nie no­ga­wic, aż cał­kiem od­sło­nił tors i uda za­mor­do­wa­nego. Uka­zały mu się rany, dzie­siątki ran roz­sia­nych na piersi, brzu­chu, a na­wet w oko­li­cach dłu­giego, oklap­nię­tego na bok ku­sia, a wszyst­kie ce­cho­wały się płyt­ko­ścią i znaczną sze­ro­ko­ścią. Pod­ko­mo­rzy nie po­tra­fił orzec, czy to któ­reś z ob­ra­żeń spo­wo­do­wało zgon, czy może żadne, albo wszyst­kie na raz, ro­biąc z ciała sito, przez które prze­cie­kło zbyt wiele krwi, miał jed­nak pew­ność, że wgłę­bień nie zro­biono no­żem, a ra­czej czymś tę­pym, co le­dwo prze­bi­jało ciało. Prze­czu­wa­jąc sprze­ciw sta­jen­nych, sam prze­to­czył za­mor­do­wa­nego na brzuch, po czym roz­ciął mu ubra­nie na ple­cach. Tam sy­tu­acja wy­glą­dała po­dob­nie – wzdłuż grzbietu roz­siane były rany jesz­cze na­wet płyt­sze niż na prze­dzie ciała, za to dłuż­sze, przy­po­mi­na­jące pręgi, jakby ktoś kil­ka­krot­nie po­cią­gnął po że­brach tę­pym na­rzę­dziem, le­dwo prze­ci­na­jąc skórę. Drzem­lik wstał i ro­zej­rzał się w na­dziei, że mor­derca po­rzu­cił gdzieś w po­bliżu na­rzę­dzie, któ­rym do­ko­nał owego ło­tro­stwa. Ni­czego ta­kiego nie do­strzegł, wró­cił więc do jamy wę­dzar­nia­nej, ścią­gnął płaszcz, aby go jesz­cze bar­dziej nie ubru­dzić, po czym usiadł na skraju otworu i ze­sko­czył do środka. Wy­lą­do­wał na ko­ściach, zglisz­czach i nad­pa­lo­nych po­la­nach, które zo­stały po po­przed­nim wę­dze­niu. W cia­snej ja­mie, któ­rej brzegi się­gały mu te­raz do piersi, le­dwo zdo­łał kuc­nąć, ale w końcu udało mu się się­gnąć pod­łoża i za­czął w nim grze­bać. Nie­mal od razu na­tra­fił pal­cami na dwa cie­kawe przed­mioty. Pod­niósł je, ob­tarł z sa­dzy i uważ­nie się nim przyj­rzał. Była to para oka­za­łych ko­zich ro­gów, za­pewne ścią­gnię­tych z łba ja­kie­goś sta­rego capa. Pod­ko­mo­rzy wy­szedł z jamy, zbli­żył się do trupa i przy­ło­żył zna­le­zi­ska do ran. Uznał, że mo­gły od­po­wia­dać przy­najm­m­niej za część ska­le­czeń, tym bar­dziej że na po­rożu wid­niały ślady krwi.

– Y po cóż nam śmieci na­no­sisz? – za­py­tał woźny, wciąż nie do­strze­ga­jąc tego, co po­wi­nien.

– Co te­raz w ja­mie leży, wcze­śniej mo­gło słu­żyć mor­dercy.

– Więc są­dzisz, pa­nie Drzem­lik, że to koza jest mę­żo­bójcą? – od­po­wie­dział Mojka, nie kry­jąc drwiny.

Pod­ko­mo­rzego zde­ner­wo­wał wy­nio­sły ton woź­nego, a przede wszyst­kim jego śle­pota, próż­niac­two i nie­dba­łość, któ­rych to cech nie po­tra­fił znieść u se­rvien­tes, po­wo­ła­nych prze­cie przez władcę do pil­no­wa­nia po­rządku nie tylko w ko­mo­rze, ale i w ca­łym xię­stwie.

– Ra­czej sam dia­beł – od­burk­nął i za­raz tego po­ża­ło­wał. Sia­nie stra­chu było ostat­nią po­trzebną mu rze­czą, ale ziarno pa­dło już na po­datny grunt i na­tych­miast za­kieł­ko­wało. Sta­jenni spoj­rzeli po so­bie z prze­ra­że­niem, a ku­charz się prze­że­gnał.

– Oczy­wi­ście nie wła­sno­ręcz­nie – do­dał szybko Raszko, aby na­pra­wić sy­tu­ację. – Xiądz pie­kieł dzia­łał tu za­pewne za sprawą pod­szep­tów, któ­rymi zwiódł grzesz­nika na po­ku­sze­nie. Cni świad­ko­wie, wień­cząc już po­woli te są­dowe oglę­dziny, stwier­dzić na­leży, iż po ob­na­że­niu ofiary na jej ciele do­strze­żono ślady du­sze­nia y liczne rany, które mę­żo­bójca mógł za­dać ro­giem, przy­spa­rza­jąc panu Stan­kowi do­dat­ko­wej męki. Wszy­scy win­ni­śmy od­mó­wić pa­cierz za du­szę pana klucz­nika, azali na­glą nas sprawy do­raźne. Nie lża nam do­pu­ścić, aby w ko­mo­rze za­pa­no­wał ba­ła­gan. Ko­łacz y Krze­pisz! Wy otul­cie zwłoki derką y złóż­cie je w tej szo­pie przy bro­wa­rze, aby tam cze­kały, aż nasz xiądz wraz z sę­dzią Pio­trem po­uczą nas, co czy­nić da­lej.

Sta­jenni usłu­chali go i przez strach za­po­mnieli na­wet o ma­ru­dze­niu, na­to­miast ku­charz sko­rzy­stał ze spo­sob­no­ści, że nikt nie wy­zna­czył mu za­da­nia, i czmych­nął, gdy tylko pod­ko­mo­rzy ob­ró­cił się do niego ple­cami. Na­bur­mu­szony Mojka prze­jął obo­wią­zek do­glą­da­nia sta­jen­nych, a kiedy ci skoń­czyli pracę, udał się w kie­runku świą­tyni, za­pewne, aby oso­bi­ście po­szu­kać sę­dziego. Msza mu­siała do­biec końca i tłum wier­nych prze­mie­ścił się na przy­ko­ścielny plac, gdyż wy­raź­nie już sły­szeli psalmy. Drzem­lik oce­nił, że ma jesz­cze kapkę czasu, aby się oczy­ścić i zjeść śnia­da­nie. Pod­niósł i otrze­pał płaszcz ze śniegu, po czym ru­szył do domu.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Przy­pisy koń­cowe

[1] Datę po­dano zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cym wtedy ka­len­da­rzem rzym­skim. W prze­licz­niku na obec­nie dziś sto­so­wany ka­len­darz gre­go­riań­ski tur­niej ry­cer­ski w Lwówku Ślą­skim roz­po­czął się do­kład­nie 24 lu­tego 1243 roku.