Opis

Reisefieber to jeden z najgłośniejszych debiutów ostatnich lat uhonorowany Nagrodą Kościelskich 2007 i II nagrodą Fundacji Kultury. Dojrzała, utrzymana w bergmanowskim nastroju opowieść o skomplikowaniu ludzkich relacji, niemożności porozumienia się i lęku przed bliskością.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 190

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK
Projekt okładki, stron tytułowych, układ typograficzny wersji papierowej: PRZEMEK DĘBOWSKI
Zdjęcie na pierwszej stronie okładki: © Mark Power / Magnum Photos
Redakcja techniczna: BOŻENA KORBUT
Copyright © by Mikołaj Łoziński, 2011
Wydanie drugie, zmienione Wydanie pierwsze: Kraków 2006
ISBN 978-83-08-07116-8
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Anna odebrała telefon, kobiecy głos z dziwnym akcentem zapytał, czy to mieszkanie pana Reisa.

– Moje też – zażartowała Anna i zawołała Daniela.

Następnego dnia było zimno, padał śnieg i Daniel od rana martwił się, czy uda się odpalić samochód. Jechali bez słowa, z dwiema walizkami w bagażniku. Nie włączyli radia. Daniel zginał palce u nóg w rytmie głośno chodzących wycieraczek. Samochód powoli się nagrzewał. Anna zahamowała na światłach.

– Mogłaś przejechać. Było żółte – powiedział Daniel.

– Skąd miała nasz numer? – spytała pół godziny później, kiedy wjeżdżali na parking lotniska.

– Kto? Louise?

– Louise.

– Nie wiem. Wiedziała, że mieszkam w Nowym Jorku. Pewnie znalazła w książce telefonicznej. Jakie to ma znaczenie.

Daniel szukał w głowie właściwych słów na opisanie siebie w tym momencie. Przecież znał tyle języków, miliony słów. Dlaczego żadne z nich nie chciało przyjść mu teraz do głowy? „Jak czuje się człowiek, który stracił matkę? Jak ja się czuję? – myślał. – Czuję się jak człowiek, który stracił matkę. Bez sensu. Nie umiem tego inaczej powiedzieć”.

– O cholera! Z tego wszystkiego zapomniałem obciąć paznokcie – powiedział.

Anna spojrzała na niego, pochylonego nad swoimi dłońmi. Nie odrywał od nich oczu. Lubiła jego ręce z długimi, lekko krzywymi palcami. „Ciekawe, czy ma je po matce?” Nigdy nie poznała Astrid, nie znała jej nawet z opowiadań, bo Daniel nie lubił o niej mówić. Dopiero teraz zauważyła, że przez całą drogę jechał bez pasów. W pierwszym odruchu chciała powiedzieć, żeby je zapiął, ale byli już prawie na miejscu.

Anna wiedziała, że Daniel od dziecka momentalnie tracił humor po obcięciu paznokci u rąk. Miał wrażliwe opuszki i wszystko zaczynało go denerwować. Dlatego robił to tylko późno wieczorem, żeby chwilę później zasnąć i być jak najkrócej rozdrażniony. Zresztą obcinał je zawsze bardzo dokładnie i bardzo krótko, za krótko, zdaniem Anny. „Przecież i tak ci odrosną, a tak wyglądają, jakbyś obgryzał” – mówiła.

– Nie są jeszcze za długie – powiedziała.

Daniel spojrzał na nią, zaciągała właśnie ręczny hamulec. Uśmiechnął się smutno i wysiedli. Szli obok siebie. Daniel trzymał za wyciągnięte rączki obie walizki, które toczyły się na kółkach, oddzielając go z jednej strony od Anny, a z drugiej od innych podróżnych. Bilet kosztował tylko czterysta pięćdziesiąt dolarów, promocja. SPĘDŹ WYMARZONE ŚWIĘTA W PARYŻU! Skojarzyło mu się to ze zdaniem: „Po śmierci Amerykanie idą do Paryża”. Pomyślał, że przestało ono być aktualne od czasu napięć między Ameryką i Europą. Ale dziś, teraz, to zdanie nabrało dla niego nowego znaczenia.

Na lotnisku kupili jeszcze razem obcinacz do paznokci, potem się przytulili. Daniel zapytał Annę, do kogo pójdzie na święta.

– Nie wiem – odpowiedziała. – Zadzwoń, jak tylko dolecisz.

Podał bilet i paszport do kontroli. Celnik rozłożył go na stronie ze zdjęciem i przyjrzał się uważnie fotografii, a potem Danielowi. „Tak wygląda człowiek z matką, a tak bez matki” – pomyślał. Nie odważyłby się napisać tego przyciężkawego, patetycznego zdania w swojej powieści. Ale przecież to właśnie teraz pomyślał.

Anna stała z tyłu. Czekała na drobny gest: żeby się odwrócił, spojrzał, pomachał do niej. Daniel przeszedł przez bramkę, nie obejrzał się i znikł w tłumie często zerkających na zegarki ludzi z biletami i walizkami. Wtopił się w żywe tło każdego z lotnisk i dworców. Anna stała tak jeszcze parę minut. Przyszło jej do głowy, że nie odwrócił się z tego samego powodu, dla którego nie zapiął pasów. Myślami był już dużo dalej, nie w samochodzie, nie na lotnisku, tysiące kilometrów od niej. Chyba że był teraz gdzieś dużo wcześniej – w czasach, kiedy jeszcze się nie znali. Skąd miała wiedzieć? W każdym razie musiał być gdzie indziej, bo przecież nigdy nie jeździł bez pasów.

Widok ze skromnego samolotowego okienka, przez które padał promień słońca oślepiający Daniela, okazał się „czymś osobliwie zachwycającym”, „cudownym i niecodziennym” dokładnie w chwilę po tym, jak Daniel poprosił siedzącego obok niego przystojnego blondyna o zasłonięcie go. Stewardesy też go raczej rozczarowały, niż oczarowały. Wyglądały na zmęczone, rozdrażnione ciągłym przebywaniem w powietrzu. Pomyślał, że niestety nie pozostaje mu nic innego, jak pójść do toalety, żeby obciąć paznokcie. Nie były jeszcze za długie, skonsultował to przecież z Anną, ale miał wrażenie, że nie była z nim do końca szczera. Łatwo wchodził teraz pod nie brud i Daniel wolał trzymać ręce w kieszeniach. Nie chciał, żeby po tylu latach Louise zobaczyła go ze zbyt długimi, brudnymi paznokciami.

Toaleta była nieduża. Obcinał paznokcie na stojąco, ręce trzymał nad umywalką, a twarz przy lustrze. Obcinacz był tępy i za mały.

– Co za gówno – powiedział.

Ktoś szarpnął za klamkę.

Daniel po chwili namysłu spuścił wodę na znak, że już niedługo wyjdzie. Wrócił do paznokci, ale szło mu coraz gorzej. Obcinał nerwowo, nierówno i za głęboko. Kiedy skończył, przeklął i wyrzucił obcinacz do śmieci. Umył ręce i wyszedł, mijając po drodze niewidomego mężczyznę z białą laską, który zapytał go o godzinę. Daniel spojrzał na zegarek.

– Pięć po dziesiątej.

– Mam nadzieję, że tym razem przyleci na czas – mężczyzna, chyba nawet młodszy od Daniela, patrzył na niego jasnozielonymi niewidzącymi oczami.

„Do kogo on może latać?” – pomyślał Daniel zaraz po tym, jak nachyliwszy się nad śpiącym blondynem, zasłonił małe okienko. Blondyn w czasie snu okazał się o wiele mniej przystojny. Miał otwarte usta i ciężko zwisającą głowę, na której czubku Daniel wyszukał parę śladów łysiny.

Wiedział, że każdy dobry pisarz musi próbować wczuć się, znaleźć na miejscu innych ludzi. Zrozumieć motywy ich działań, intencje, pasje. Przecież o tym pisarze mówią ciągle w swoich wywiadach. O psychologii, ale nie tej zamkniętej w skomplikowanych definicjach, których uczy się na uniwersytetach.

Daniel często o tym myślał i teraz automatycznie zaczął się zastanawiać, dokąd, do kogo lata ten ślepy facet. Powiedział przecież „tym razem”, czyli nie leci pierwszy raz. Na pewno nie jest turystą, to odpada. Biznesmenem też raczej nie. Leci do rodziny, do narzeczonej? Czemu nie mieszka więc z nimi? Bilety są cholernie drogie. „Może lata do kochanki?” – pomyślał i zaciekawiło go to, bo przypomniał sobie złotą obrączkę na palcu owiniętym wokół białej laski. „Ciekawe, czy też niewidomej?”

Danielowi przypomniały się naraz dwie rzeczy. Zabawa w zgadywanie życia innych ludzi. Bawił się w to z mamą, która wolała jednak, kiedy zwracał się do niej Astrid. Siedzieli we dwójkę w kawiarni, wybierali stolik przy szybie. Mógł mieć wtedy z sześć–siedem lat. Patrzyli na przechodzących przed nimi ludzi i zastanawiali się, dokąd oni mogą iść. Skąd wracają? Czy lubią lody truskawkowe? Czy mają dzieci, czy nie? I różne inne pytania, których dzisiaj tym bardziej nie ośmieliłby się wprost zadać nieznajomym. Astrid powiedziała mu, że pewnego dnia, kiedy już przestali grać w zgadywanki i mieli wracać do domu, zadał jej pytanie, które dobrze zapamiętała. „To był paskudny, jesienny dzień. Padał deszcz, było późno i nie chciało nam się grać. Marudziłeś, że nie chcesz iść następnego dnia do szkoły. Powiedziałam stanowczo, że musisz. A ty zapytałeś, czy ci wszyscy ludzie, ci na zewnątrz z parasolami i bez parasoli i ci w samochodach, autobusach, i ci koło nas wewnątrz kawiarni przy barze i przy stolikach, ci z papierosami i bez papierosów, czy oni wiedzą, że kiedyś umrą?” – opowiadała Astrid.

Pomyślał też o psychoterapeutce Astrid, pani Aude, która nagle z dnia na dzień przestała widzieć. Nie mógł zrozumieć, jak Astrid mogła dalej do niej chodzić. Denerwowało go to.

– Kto komu teraz pomaga?! – krzyczał.

Astrid i tak zawsze kłamała pani Aude, nawet zanim tamta przestała ją widzieć. Może nawet nie kłamała, ale na pewno nie zawsze mówiła prawdę. Na ile kłamała, a na ile nie mówiła prawdy? Pewne jest, że niektóre rzeczy wolała po prostu przemilczeć. Daniel wiedział o tym, Astrid sama mu przecież powiedziała. Denerwowało go to oszukiwanie wszystkich naokoło i siebie samej. Napisał nawet o tym w opowiadaniu o hydrauliku, który ma takie samo nazwisko jak znany pisarz. Jeśli dobrze pamiętał – był tam krótki fragment o człowieku, który przed swoim psychoterapeutą udaje kogoś innego. Chodzi do niego tylko po to, żeby raz w tygodniu poczuć się kimś lepszym, ważniejszym. Ponarzekać na ciężkie życie na odpowiedzialnym stanowisku. Wciąga się w chorobę psychiczną przy pełnym wsparciu i pomocy nieświadomego lekarza. Zdał sobie sprawę, że w tym opowiadaniu miał chyba trochę więcej zrozumienia dla ludzi niż na co dzień w życiu. Może dlatego ten tekst tak spodobał się Astrid? I chyba tylko jej, bo nigdzie nie chcieli go wydrukować. Zresztą, jakie to ma teraz znaczenie.

Stewardesa obudziła blondyna, poprosiła, żeby rozłożył swój stolik, zapytała, czego chciałby się napić i czy nie jest przypadkiem wegetarianinem. Po chwili z identycznym uśmiechem wyrecytowała dokładnie to samo do Daniela, który zamówił gin z tonikiem i powiedział, że nie jest głodny, mimo że trochę był. Stewardesa spojrzała na niego z zatroskaniem.

– Jest panu niedobrze?

– Nie. Wszystko OK.

– W razie nudności papierowe torby znajdują się pod...

– Wiem, wiem. Nie jestem głodny, to wszystko.

– Następny posiłek podamy państwu dopiero za sześć godzin.

– Bardzo dobrze.

Daniel nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz zjadł coś w samolocie. To było dawno i myślał o tym z lekkim obrzydzeniem. Jakieś dwadzieścia lat temu.

Miał chyba siedemnaście lat, kiedy postanowił znaleźć pracę, żeby zarobić na wakacje. Po pierwszym dniu w firmie zaopatrującej samoloty w jedzenie wiedział, że już nigdy nie zje nic w czasie lotu, chyba że sam sobie to wcześniej przygotuje. Jego rola polegała na noszeniu kartonów z żarciem i pakowaniu jedzenia do plastikowych pojemniczków. Każdy z pracowników – było ich z dziesięciu w niedużym, jasnym pomieszczeniu z dwoma głośnikami i jarzeniówkami pod sufitem – dostał maskę i specjalne sterylne rękawice, które miały chronić przed zarazkami. Daniel też je dostał, ale w momencie kiedy z maską na twarzy z trudem nakładał je na ręce, usłyszał, że woła go szef stanowiska.

– Już idę, tylko jeszcze ta rękawica i przychodzę – odpowiedział Daniel.

– Nie trzeba! Nie trzeba! – krzyczał szef. – Pamiętaj, Danielu, że maski i rękawice zakładamy wyłącznie, jeżeli słyszymy z głośnika, że trzeba je założyć. W przeciwnym wypadku są nam zbędne i przeszkadzają w pracy.

Wszyscy (Daniel oczywiście też) nakładali jedzenie brudnymi palcami, czasem coś spadło na ziemię, ale można było na szczęście podnieść i włożyć z powrotem do jadących na taśmie tacek, czasem ktoś zjadł trochę szynki albo dla żartu splunął do kanapki. Atmosfera spodobała się Danielowi. Był zadowolony z pracy z „prawdziwymi” facetami i chyba jeszcze bardziej z tego, że poczuł, że oni też go polubili.

Wychował się przecież prawie bez mężczyzn, nie miał braci (zresztą sióstr też nie), a ojca znał, ale tylko z opowiadań Astrid – wyłącznie ze złej strony. Raz tylko rozmawiali, przez telefon. W dziesiąte urodziny zadzwonił do nich i Daniel rozmawiał z nim bardzo krótko. Zadzwonił w środku kinderbalu, przedstawił się („To ja: twój tata”) i powiedział, że ma dla niego urodzinowy prezent: małego, ślicznego szczeniaczka. Daniel spojrzał na Astrid i po chwili szepnął do słuchawki tak cicho, żeby nie usłyszeli jego koledzy, z którymi bawił się w salonie. Szepnął: „Nie chcę cię znać”. Potem już nic nie powiedział i zamknął się w swoim pokoju. Nie myślał o ojcu, o rodzinie ojca, jego żonie, dzieciach, swoich dziadkach, których też nigdy nie widział. Nie myślał o kolegach, którym Astrid powiedziała, że to już koniec urodzin. Leżał na łóżku, przy ścianie, z zamkniętymi oczami. Zapamiętał, co czuł tamtego dnia, leżąc nieruchomo na brzuchu. Czuł ból w lewej nodze na wysokości kieszeni. Trzymał w niej zawsze dwa ukochane ludziki Lego – pirata i myśliwego. Wpijały mu się teraz z całej siły w lewe udo, ale nie przewrócił się na plecy ani nie wyjął ich z kieszeni. Było trochę tak, jak kiedy uderzał się o coś, a Astrid mówiła od razu, żeby zacisnął szybko palce na uchu. I wtedy na łóżku, przy ścianie, myślał tylko o jednym. O szczeniaczku – małym i ślicznym. Takim, o jakim marzył często przed zaśnięciem. Widział, jak spacerują razem, biegają wesoło po parku, a zachwyceni ludzie zatrzymują się, pytając, co to za piękny piesek, jaka to rasa.

W każdym razie w ciągu miesiąca rękawice i maskę Daniel miał na sobie równo trzy razy. W czasie tak zwanych inspekcji, o których smutny męski głos z głośnika informował ich z półgodzinnym wyprzedzeniem. „Głos, który nigdy się nie myli” – pomyślał Daniel i dopił gin z tonikiem. Potem myślał jeszcze o czymś, chyba niczym ważnym, bo kiedy obudził się parę sekund później, nic nie mógł zrozumieć z tego, co zostało mu przed oczami: jakieś balony, dziwne kolorowe przedmioty nieposłuszne prawom grawitacji. „W końcu nie jestem teraz na ziemi” – uspokoił się.

Prawie nigdy (Daniel nie wierzył w słowa „zawsze” i „nigdy”) nie zdarzało mu się zasnąć tak błyskawicznie, jak teraz w samolocie. Anna zasypiała pierwsza, wystarczyło, że położyła głowę na miękkiej poduszce. Działo się to tak szybko, że najczęściej Daniel orientował się, kiedy już było po wszystkim. Rozmawiali dalej. To znaczy Daniel mówił dalej. Po chwili robił krótką przerwę i czekał. Czekał na reakcję Anny. W końcu sam pytał: „Co o tym myślisz?”. Anna odpowiadała. Jej jedno absurdalne zdanie, absurdalny upór, naprawdę nie śpię.

Daniel lubił zadawać Annie różne pytania, kiedy spała.

– Gdzie teraz jesteś?

– No, w pracy, nie widzisz?

– Widzę, widzę. Co robisz?

– O Jezu! – odwracała się na drugi bok. – Dosyć pytań!

– Powiedz tylko, co robisz, i dam spokój.

– Osiemset i tysiąc sześćset, nie rozumiesz?! Musisz to zrozumieć.

Relacjonował potem Annie te rozmowy przy śniadaniu. Nic nie pamiętała z poprzedniej nocy. Lubiła dowiadywać się, co powiedziała, śmiała się, kiedy opowiadał.

– W czasie snu nie jestem sobą. Zachowuję się jak jakiś zwierzak – mówiła.

– Nie. Tym razem byłaś całkiem ludzka. Praca, osiemset, tysiąc sześćset...

– Masz rację.

– Byłaś tylko taka konkretna i niecierpliwa.

– A zwykle jestem raczej cierpliwa i niekonkretna. Tak myślisz?

Mówili sobie parę razy, że warto by nagrać kiedyś na dyktafon te zabawne rozmowy, ale jak dotąd jeszcze tego nie zrobili. Może dlatego, że Daniel w nocy zadawał też różne inne pytania, o których nie mówił rano Annie? Co jest dla ciebie najważniejsze? Kogo najbardziej kochasz?

Dlaczego jego? Kogo potem, na drugim miejscu? Trzecim? Czwartym?

Daniel obudził się w momencie, kiedy kazano złożyć fotele i zapiąć pasy.

– Smacznego – powiedział do blondyna kończącego kanapkę.

– Dzięki. Strasznie się rzucałeś w nocy. Musiałeś mieć jakieś koszmary. Chciałem cię nawet obudzić. Ja też w samolotach źle śpię, więc wiem, o co chodzi, rozumiesz?

Daniel zupełnie nic nie rozumiał. Musiał przespać prawie cały lot, osiem godzin. Spojrzał na zegarek, odwrócił głowę w prawo i włożył szybko rękę z za krótko obciętymi paznokciami do ust. To ten koszmar, śniło mu się coś z językiem i chciał teraz sprawdzić, czy wszystko w porządku.

– A jednak panu niedobrze – zobaczył nad sobą uśmiechniętą twarz stewardesy, z którą rozmawiał przed zaśnięciem.

– Nie, nie. Wszystko OK. Mogę prosić o szklankę wody?

– Gazowana czy nie?

– Bez gazu, poproszę – powiedział i lekko zawstydzony odwrócił głowę w stronę blondyna, który patrzył na niego małymi niebieskimi oczami i znowu coś mówił.

– Wiesz, po tych atakach jakoś gorzej mi się lata. Człowiek nie czuje się bezpiecznie w powietrzu. Wystarczy włączyć telewizję: tu spadł samolot, tam się rozbił. W kółko. Nie wiem jak ty, ale ja za każdym razem trochę się boję.

Daniel poczuł teraz nawet sympatię do blondyna i pomyślał, że wcześniej przesadził, ocenił go chyba trochę za ostro. Poza tym zauważył, że blondyn nie wyglądał już na przystojnego, miał potargane włosy, worki pod oczami, zmarszczki na czole. Wyglądał starzej niż Daniel.

– W moim zawodzie człowiek musi często latać. I jak mi żona na lotnisku jeszcze przypomina, żebym uważał, patrzył naokoło, czy nie ma w samolocie ludzi, którzy wyglądają podejrzanie, to ja dziękuję. Wystarczy, że trochę zatrzęsie, i od razu człowiek się budzi i myśli, że to robota terrorystów.

– A jaki to zawód? – Daniel dostał właśnie szklankę wody.

– Fotograf – powiedział blondyn. – Gówniany zawód. Pracujesz dla agencji. Wysyłają cię, gdzie chcą. Nikt nie pyta o zdanie, bo stu innych czeka na twoje miejsce. Szkoda gadać. A chciałoby się robić inne zdjęcia. Takie na przykład widoki z samolotu. Chmury, niebo, ziemia z góry.

Fotograf wyglądał na rozmarzonego.

– Ale przecież możesz robić. Nawet teraz. – Daniel po chwili ciszy, nie do końca jeszcze przytomny, po części powodowany chyba wyrzutami sumienia z powodu zasłonięcia małego okienka, poczuł chęć pomocy blondynowi.

– I kto mi za to zapłaci? – blondyn odpowiedział pytaniem. – Zresztą i tak inni obfotografowali już to przede mną. Zawsze jest ktoś pierwszy.

Daniel nie wiedział, co ma na to odpowiedzieć. Pokiwał więc tylko głową, starając się jednocześnie nadać swojej twarzy wyraz zrozumienia.

Samolot miał wylądować za parę minut. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że na lotnisku może nie poznać Louise. Ostatni raz widział ją, kiedy mieszkał jeszcze z matką. Że wcześniej tego nie przewidział! Wszystko stało się tak nagle. „Takie rzeczy zazwyczaj stają się nagle” – pomyślał chyba tylko dlatego, że miał zwyczaj komentowania na bieżąco tego, co mówił i myślał.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki