Rada egipska - Leonardo Sciascia - ebook

Rada egipska ebook

Leonardo Sciascia

4,2

Opis

Palermo. Koniec XVIII wieku. Wśród towarzystwa arystokratów, strzegących zazdrośnie swoich lenn i przywilejów, i pięknych dam, strzegących mniej zazdrośnie swojej cnoty, pojawiają się osoby, które wyróżnia krytyczne, pełne ironii spojrzenie na otaczający świat. To oni odpowiadają za genialne oszustwo, księgę zagrażającą feudalnym przywilejom palermitańskich książąt i baronów, i za jakobiński spisek, którego celem jest przekształcenie Sycylii w republikę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 181

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

LEONARDO

SCIASCIA

Rada egipska

 

LEONARDO

SCIASCIA

Rada egipska

 

TłumaczyłaHalina Kralowa

 

 

 

Wydawnictwo Próby - Wydawnictwo Austeria

 

 

 

 

 

 

 

 

Il consiglio d’Egitto © Leonardo Sciascia Estate

Published by arrangement with

The Italian Literary Agency

 

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Próby

and Wydawnictwo Austeria

Copyright © for the translation by Halina Kralowa

 

Warszawa 2020

 

ISBN 978-83-959036-1-8

Widzimy ją po prawdzie tak, jak Pani widzi z Tuileries Faubourg Saint-Germain; kanał nie jest wcale szerszy, daję słowo, a tymczasem mamy kłopot z przepłynięciem na drugą stronę. Uwierzy Pani? Gdyby chodziło tylko o wiatr, postąpilibyśmy jak Agamemnon: złożyli w ofierze jakąś dziewczynę. Bogu dzięki, mamy ich pod dostatkiem. Ale ani jednej łodzi, w tym cały kłopot. Podobno przypłyną; dopóki mam tę nadzieję, proszę nie myśleć, Madame, bym kiedy patrzył za siebie ku miejscom, gdzie Pani mieszka, choć bardzo mi się podobają. Chcę zobaczyć ojczyznę Prozerpiny i dowiedzieć się, dlaczego diabeł ożenił się w tym kraju.

Paul-Louis Courier

częśćpierwsza

I

Benedyktyn przesunął pękiem różnobarwnych piór po brzegach książki. Nadymając okrągłą twarz niczym bóg wiatrów z map żeglarskich, dmuchnął, aby usunąć z księgi czarny kurz, i otworzył ją z obrzydzeniem, które w tej sytuacji było świadectwem delikatności i lęku. W świetle padającym ukośnie z umieszczonego wysoko okna litery na piaskowym papierze stały się wyraźniejsze, niczym groteskowy oddział czarnych mrówek, spłaszczony i suchy. Jego ekscelencja Abdallah Mohamed ben Olman pochylił się nad znakami, jego oko, zwykle apatyczne, zgasłe i znudzone, stało się żywe i bystre. Chwilę później wyprostował się i prawą ręką zaczął szukać czegoś pod surdutem: wyciągnął lupę oprawioną w złoto i zielone kamienie, które czyniły ją podobną do kwiatu lub owocu na cienkiej łodyżce.

– Zamarzły strumień – powiedział, wskazując trzymany przedmiot.

Uśmiechnął się, przytoczył bowiem, na cześć gospodarzy, Ibn Hamdisa, sycylijskiego poetę. Ale nikt, poza don Giuseppem Vellą, nie znał arabskiego, a don Giuseppe nie był w stanie pochwycić poetyckiego znaczenia, które jego ekscelencja chciał nadać cytatowi, ani zrozumieć, że w ogóle chodzi o cytat. Wytłumaczył więc, zamiast słów, sam gest:

– Lupa, potrzebuje lupy – co monsignore Airoldi, wyczekujący niecierpliwie opinii na temat manuskryptu, zrozumiał sam z siebie.

Jego ekscelencja pochylił się ponownie nad księgą, poruszał lupą, jakby kreślił nią chwiejne elipsy. Don Giuseppe widział znaki, ukazujące się nagle w soczewce, ale zanim zdążył pochwycić choćby jeden z nich, postrzępione, opadały z powrotem na spróchniały papier.

Jego ekscelencja odwrócił kartę i nadal z uwagą badał tekst. Przewrócił kolejne stronice, przesuwając po nich szybko lupę, zatrzymał się nad ostatnią, rojącą się od małych, srebrnych robaczków.

Uniósł głowę, stanął plecami do manuskryptu: jego oczy znów przygasły.

– Żywot proroka – powiedział – żadnych spraw sycylijskich: żywot proroka, jakich wiele.

Don Giuseppe Vella zwrócił się z rozpromienionym obliczem do monsignore Airoldiego:

– Jego ekscelencja mówi, że to cenny manuskrypt: nawet w jego krajach nie istnieje nic podobnego. Opowiada o zdobyciu Sycylii, o wydarzeniach z czasów panowania…

Monsignore Airoldi zaczerwienił się z radości i z wrażenia zaczął się jąkać:

– Zapytajcie – powiedział – jego ekscelencji… zapytajcie, czy przypomina Kronikę z Cambridge, albo, czy ja wiem? De rebus Siculis…

Ojciec kapelan Vella nie był kimś, kto zląkłby się tak ogólnikowego pytania, i był gotów na zadania znacznie trudniejsze. Zwrócił się do ekscelencji:

– Monsignore jest rozczarowany, że manuskrypt nie mówi o sprawach sycylijskich. Pragnie jednak wiedzieć, czy podobne żywoty proroka znajdują się w Cambridge albo innych miejscach w Europie.

– W naszych bibliotekach jest ich wiele: nie wiem, czy można je znaleźć w Cambridge lub innych miastach europejskich… Przykro mi, że rozczarowałem monsignora, ale taka jest prawda.

„O nie, prawda wcale nie jest taka!”, pomyślał don Giuseppe i powiedział do monsignora:

– Jego ekscelencja nie zna, naturalnie, De rebus Siculis…

– Naturalnie, to jasne – potwierdził, nieco zbity z tropu, monsignore.

– Ale zna Kronikę z Cambridge… Ten manuskrypt jest, mówi, czymś innym: tu chodzi o zbiór listów, sprawozdań… Słowem, dokumentów państwowych.

Pomysł oszustwa zaświtał kapelanowi Velli w chwili, gdy monsignore Airoldi zaproponował wycieczkę do klasztoru San Martino, gdzie, jak przypomniał sobie monsignore, był arabski manuskrypt przywieziony sto lat temu do Palermo przez don Martina La Farinę, bibliotekarza z Eskurialu. I nie było lepszej okazji, by dowiedzieć się, co ten manuskrypt zawiera: Arab, który zna się na literaturze i historii, i tłumacz taki jak Vella.

Abdallah Mohamed ben Olman, ambasador Maroka przy dworze neapolitańskim, znalazł się w Palermo owego grudnia 1782 roku wskutek sztormu, który u wybrzeży Sycylii rozbił statek wiozący go do Maroka. Wicekról Caracciolo, wiedząc, jak bardzo władzom w Neapolu zależy na dobrych stosunkach z pirackim światem arabskim, do którego odnoszą się wręcz ze skrywanym podziwem, na wieść o katastrofie posłał natychmiast lektyki i karety, z dobrą eskortą, po ambasadora, który siedział opuszczony na plaży, pośród swoich bagaży. Ale zaledwie ambasador przybył do pałacu, wicekról zdał sobie sprawę, że nie sposób się z nim porozumieć: nie znał francuskiego, nie znał nawet neapolitańskiego. Na szczęście ktoś mu poradził, aby wezwał maltańskiego kapelana, krążącego po mieście, zawsze samotnego, zawsze chmurnego: rzuconego przez los do Palermo.

Umyślni, rozesłani śladami Velli, szukali go gorączkowo po całym mieście, jako że w domu siostrzenicy, która udzielała mu skromnej gościny, bywał tylko nocą i w porze posiłków, resztę dnia zaś spędzał zawsze poza domem, zajęty podwójną działalnością kapelana w Zakonie Maltańskim i specjalisty od odgadywania numerów, które mają paść na loterii. To ostatnie zdjęcie dawało mu zyski dodatkowe, pierwsze – zasadnicze. Radził sobie zupełnie dobrze, tyle że nie był jeszcze w stanie zrezygnować z gościnności siostrzenicy, gościnności bardzo ciernistej, z piątką dzieci z piekła rodem i panem domu, mężem siostrzenicy i ojcem owych dzieci, leniwym i lubiącym wypić.

Jednemu z umyślnych wreszcie udało się go znaleźć. Był u rzeźnika w Albergaria, zajęty objaśnianiem dość zawiłego snu. Bo ojciec kapelan był nie tyle odgadywaczem numerów, co wróżącym ze snów; z opowiadanych mu snów wybierał szczegóły, które mogły nadać opowieści pewną logikę, i zamieniał na numery obrazy najbardziej w opowiadaniu znaczące. A nie było łatwo sprowadzić do pięciu cyfr sny ludzi z Albergaria i z Capo (dwóch dzielnic, do których ograniczał swoją działalność); sny ciągnące się bez końca, niczym historie z I reali di Francia; rozpadające się na chaotyczne obrazy, rozbiegające tysiącem niewyraźnych strużek. W tym śnie, który rzeźnik opowiadał mu w chwili przybycia umyślnego, występowały, ni mniej, ni więcej, śmiejący się wieprz, wicekról, pewna sąsiadka, kuskus i… To były szczegóły, które ojcu kapelanowi udało się wyłuskać.

Wysłuchał słów umyślnego, a to, że wezwanie dotarło w chwili, gdy wicekrólowi ze snu rzeźnika nadawał właśnie numer, wydało mu się dobrą wróżbą.

– Już idę – powiedział do umyślnego, a rzeźnika zapytał: – Wicekról przyśnił się wam jako osoba publiczna czy prywatna?

– Niby jak? – spytał rzeźnik.

– Mówię: był w orszaku, w procesji czy sam?

– Śnił mi się sam, tylko on i ja.

– Wicekról 1… kuskus 31… Wieprz to 4…

– Ale wieprz się śmiał – uściślił rzeźnik – śmiał się w głos.

– I widzieliście, że się śmieje, czy tylko słyszeliście?

– Teraz, jak pomyślę, wydaje mi się, że gdy zaczął się śmiać, już go nie widziałem.

– To dorzućcie 77… i 45 za sąsiadkę.

Dał znak umyślnemu i ruszył do drzwi.

– Ojcze – zawołał rzeźnik – zapomnieliście o tamtym.

– Jeśli wam na tym zależy, dajcie 80 – powiedział ojciec kapelan, czerwieniąc się – ale numerów ma być pięć: wyrzućcie więc 80 albo 77.

– 80, nie – stwierdził rzeźnik.

Benedyktyn wyszedł, posyłając go do diabła.

Wicekról miał nerwy napięte do ostateczności. Ojciec kapelan nie zdążył się nawet ukłonić, a już Caracciolo pchnął mu w ramiona ambasadora Maroka.

– Tylko mi nie mówcie, że nie znacie arabskiego – zażartował cierpko wicekról – bo was poślę do Vicarii.

– Istotnie, znam trochę arabski – powiedział don Giuseppe.

– To świetnie… Więc oprowadzajcie go po mieście, dawajcie wszystko, o co poprosi, spełniajcie wszelkie zachcianki, wszelkie kaprysy: z kobietami lekkich obyczajów i damami z towarzystwa włącznie.

– Ekscelencjo! – zaprotestował don Giuseppe, wskazując krzyż maltański, który nosił na piersi.

– Możecie go zdjąć i też iść na kobiety: założę się, że nie są dla was nowością – odparł wicekról ze złośliwym uśmiechem.

Ambasador, uczepiony od tej chwili Velli, jak ślepiec swego przewodnika, nie chciał, na szczęście, chodzić na kobiety: chociaż po dekoltach dam jego wzrok, powolny i lepki, ściekał jak miód; chciał natomiast zobaczyć wszystko, co w Palermo jest arabskiego: i od stopnia, w jakim don Giuseppe mógł temu wymaganiu sprostać, raz trafiając właściwie, raz myląc się, zależał nastrój dnia. Na szczęście monsignore Airoldi, wielki miłośnik historii sycylijskiej i rzeczy arabskich, przyłączył się do nich w charakterze przewodnika ambasadora, korzystając przy tym również z pomocy don Giuseppego. Więcej, dzięki monsignorowi i tak już lukratywne zadanie don Giuseppego stało się także przyjemne: wieczory spędzane błogo wśród pięknych kobiet, urok świateł, jedwabi, luster, wzruszająca muzyka, słodkie śpiewy, a także rozkosze stołu i znamienite towarzystwo.

Myśl, że wszystko to trwać będzie tylko do odjazdu Abdallaha Mohameda ben Olmana, zaczynała drążyć don Giuseppego Vellę. Powrót do bilansu opartego na skąpych dochodach z beneficjum i niepewnych wpływach z przewidywania numerów wydawał mu się teraz losem ponurym, wręcz rozpaczliwym.

I tak, z lęku przed utratą świeżo zakosztowanych uciech, z wrodzonego skąpstwa, z mrocznej pogardy dla bliźnich, chwytając czujnie okazję, jaką los mu podsuwał, z poczuciem poważnego, lecz świadomego ryzyka, Giuseppe Vella stał się bohaterem wielkiego oszustwa.

II

12 stycznia 1783 roku Abdallah Mohamed ben Olman odjechał. Kiedy feluka odbiła od brzegu, stan jego ducha był bliski temu, w jakim znajdował się jego przewodnik i tłumacz: ogarnęło go poczucie wyzwolenia, szczęścia. To prawda, że ambasador czuł się jak głuchoniemy; ale don Giuseppe przeżywał dni niespokojne; z sercem w gardle, jak się to zwykło mówić, w lęku, że jakiś gest zniecierpliwienia czy zachowanie świadczące wymownie o niezadowoleniu odkryją przed monsignorem Airoldim i innymi, że tłumacz zupełnie pewnym języka arabskiego nie jest.

– Jedź sobie do wszystkich diabłów – mruknął don Giuseppe, kiedy feluka zaczęła się roztapiać w gorącej miedzi zmierzchającego horyzontu. I nagle odkrył, że nie pamięta, a może nigdy nie poznał imienia ambasadora. Ze względu na rolę, jaką mu przeznaczył w planowanym oszustwie, ochrzcił go więc Muhammed ben Osman Mahgia, sprawdzając natychmiast, jak na to zareaguje monsignore.

– Nasz drogi Muhammed ben Osman Mahgia – powiedział.

– Drogi doprawdy – odparł monsignore Airoldi – i szkoda, że tak prędko musiał nas opuścić: jego rady byłyby dla was cenne przy pracy, która was czeka.

– Będziemy do siebie pisać.

– Ale wiecie, jak to jest: mieć w pobliżu, stale obecne, oko kogoś takiego jak on… Wykonalibyście tę pracę szybciej, pewniej… Gdyby Sycylia była naprawdę królestwem, jak głosi jej nazwa, zrobilibyśmy wszystko, żeby mieć w Palermo za ambasadora naszego… Jak on się nazywa?

– Muhammed ben Osman Mahgia.

– No tak… Ale wy dacie sobie radę i bez niego, jestem tego pewny… Weźcie też pod uwagę moją niecierpliwość, moje podniecenie: wieki historii, cywilizacji wydobyte z mroków, w których spoczywają, przywrócone naszej świadomości; wielkie dzieło, mój drogi, dzieło niezrównane: i wiązać się z nim będzie wasze imię, i moje skromne…

– Och, ekscelencjo – zaprotestował don Giuseppe.

– Ależ tak, to będzie głównie wasza zasługa: ja jestem tylko, by tak rzec, waszym impresario… A jeśli o to chodzi: wiem, w jakich mieszkacie warunkach u waszej siostrzenicy: dzielnica hałaśliwa, dom niewygodny… Mój sekretarz szuka właśnie miejsca, które byłoby dla was odpowiednie, dla waszej pracy: przyzwoitego, spokojnego domu…

– Jestem głęboko wdzięczny waszej ekscelencji.

– I nie zabraknie wam innych dowodów mojej życzliwości… mojej interesownej życzliwości… Interesownej, zważcie, interesownej – podkreślił ze śmiechem, dając mu rękę do ucałowania.

Wsiadł do złoconej lektyki, z pewnym trudem, lekko pojękując. Służący zamknął drzwiczki: monsignore zza szyby uniósł rękę gestem pożegnania i błogosławieństwa. Don Giuseppe skłonił się i stał nieruchomo, z dłonią na krzyżu maltańskim, na sercu: jakby chciał powstrzymać jego gwałtowne bicie, szaloną radość z podjętego ryzyka, ze zwycięstwa.

Pogrążony w myślach, ruszył w stronę domu gęsto zaludnioną dzielnicą Kalsa. Kobiety pokazywały go sobie palcami, dzieci wykrzykiwały za nim: „Ksiądz, który chodził z Turkiem, ksiądz od Turka”, bo stał się sławny jako przewodnik Marokańczyka. Don Giuseppe nawet ich nie słyszał: wysoki, masywny, powolnym i ciężkim krokiem, z poważną, oliwkową twarzą i zamyślonym spojrzeniem, z wielkim krzyżem maltańskim na piersi, szedł pośród tłumu. W myślach grał w kości datami, imionami: toczyły się przez hidżrę, przez erę chrześcijańską, przez ciemny, niezmienny czas ludzkiego mrowia w Kalsie; łączyły się ze sobą, tworząc jakąś cyfrę, jakieś przeznaczenie; potem znów zaczynały się kłębić i miotać w ślepej przeszłości. Fazello, Inveges, Caruso, Kronika z Cambridge: szczegóły jego gry, daty ryzyka. „Muszę tylko znaleźć metodę – mówił sobie – tylko uważać”: a jednak nie mógł zapobiec temu, by serce się w nim poruszyło i tajemnicze skrzydło litości musnęło zimne oszustwo, i smutek człowieczy wyłonił się z prochu.

III

– Wasza ekscelencja – powiedział markiz di Geraci – miał szczęście znaleźć kodeksy arabskie: ale ja się pytam, co niby zrobią ci, którym jutro przyjdzie ochota napisać historię Świętej Inkwizycji na Sycylii.

– Znajdą z pewnością dokumenty w innych urzędach, w innych archiwach – powiedział z pewnym zakłopotaniem monsignore Airoldi – a poza tym są kroniki, są diariusze.

– Wasza ekscelencja uświadamia mi, że to nie to samo: puścić z dymem archiwum takie, jak to Świętego Trybunału, to strata ogromna, niepowetowana… Trzeba będzie dużo czasu, by odszukać dokumenty rozproszone tu i ówdzie, by zebrać je razem… A jeśli chodzi o diariusze! Ktoś usłyszy jakąś powtarzaną w koło brednię i wpisuje ją do dziennika: jak markiz di Villabianca, który notuje wszystko, co ludzie szepcą; za sto lat można się będzie z tego uśmiać.

– I cóż na to poradzicie, drogi markizie? Stało się: nasz wicekról miał taki kaprys.

– Kaprys w stylu kauzyperdy, skoro już wasza ekscelencja chce to uznać za kaprys.

– Szszsz – szepnął monsignore, kładąc palec na wargach.

– Ja mam w… za pozwoleniem waszej ekscelencji, jego, jego oddanych przyjaciół, jego policyjnych zbirów. Ja tam chleb nazywam chlebem, wino winem: a to, co wasza ekscelencja nazywa kaprysem, ja nazywam zbrodnią. Spalić archiwum Świętej Inkwizycji! Spalić, jakby nigdy nic, trzy wieki; trzy wieki, których żaden płomień nie jest w stanie wykreślić; dziedzictwo, bogactwo, które należy do wszystkich, a do nas, do naszego stanu w szczególności…

– Deus, judica causam tuam – powiedział ironicznie adwokat Di Blasi: motto Inkwizycji, które wicekról kazał usunąć z pałacu Steri.

Markiz rzucił mu wściekłe spojrzenie.

– I zastanawiam się – ciągnął zapalczywie – jak to się stało, że arcybiskup zgodził się wziąć udział w takiej farsie.

– To nie była farsa: markiz Caracciolo chciał wszystkim wyraźnie uzmysłowić, wyraźnie uprzedzić, że czasy się zmieniają; i że pewne elementy przeszłości trzeba potraktować jak rzeczy zadżumionych: spalić na stosie… – powiedział Di Blasi.

– A jeśli chodzi o udział jego eminencji… Cóż mam powiedzieć?… Czasy się zmieniają, jak słusznie mówi adwokat – stwierdził monsignore Airoldi.

– Niejaki d’Alembert – wtrącił się książę di Cattolica – opublikował w „Mercure de France” list, który w związku z tym napisał do niego nasz kauzyperda: można pęknąć ze śmiechu, takie to pocieszne… Pisze, wyobraźcie sobie, że płakał, gdy sekretarz stanu odczytał publicznie dekret o abolicji… Widzieliście, żeby płakał?

– Mnie tam nie było – odparł gniewnie markiz.

– Ja byłem – powiedział Di Blasi – i zapewniam was, że wicekról był naprawdę wzruszony. Ja także.

– Każę sobie pożyczyć „Mercure de France” – powiedział książę di Cattolica, patrząc z pogardą na Di Blasiego i zwracając się do markiza di Geraci – i dam wam do przeczytania: uśmiać się można, mówię wam, uśmiać… – odszedł, śmiejąc się, ale zaraz wrócił i ujął markiza pod ramię:

– Mogę was prosić na słówko?

Markiz sapnął niecierpliwie, potoczył w koło wzrokiem, jakby szukał pomocy. Poszedł za nim.

– Markiz żywi urazę do wicekróla – wyjaśnił monsignore Airoldi don Giuseppemu Velli, który stał obok niego – wyobraźcie sobie, że dostał rozkaz nieużywania więcej pewnych tytułów: pierwszy hrabia Włoch, pierwszy wielmoża obydwu Sycylii, książę Świętego Imperium Rzymskiego… I jak tu żyć dalej bez tytułów?

Giovanniego Meli, który wydawał się na wpół uśpiony w fotelu, obudziła podniecająca atmosfera złych plotek. Z wyrazem ubolewania, jak gdyby rzeczywiście współczuł księciu di Cattolica z powodu jego kłopotów, odezwał się:

– I ten biedny książę! Dostaje z Neapolu sześć miesięcy prolongaty na spłacenie wierzycieli, a tu co, moi panowie: wicekról chce, aby spłacił natychmiast!… Co za czasy! – opuścił powieki, kryjąc szyderczy błysk oczu, podniósł je znów, rozglądając się niewinnie. – Nie mówiąc już o tym biednym księciu di Pietraperzia, który siedzi w Castellammare za nic, po prostu za nic: udzielił tylko gościny mordercom, biedny książę… I kiedyż to za coś takiego szlachetnie urodzony kończył w więzieniu?

– Niewiarygodny przypadek – stwierdził don Vincenzo Di Pietro, który, przechodząc, usłyszał ostatnie zdanie: surowo, z irytacją.

– Szlachetnie urodzeni: sól sycylijskiej ziemi – powiedział Giovanni Meli.

– Dobrze powiedziane – potwierdził don Gaspare Palermo.

– Przywilej, wolność Sycylii – dorzucił prędko don Vincenzo.

– Jaka wolność? – spytał adwokat Di Blasi.

– Na pewno nie taka, jak wy ją widzicie – odparł surowo don Gaspare.

– Równość! – zakpił don Vincenzo; i zmieniając karykaturalnie głos: – „Brak równości między ludźmi jest sprzeczny z racją wystarczającą”… Racja wystarczająca: jakieś wariactwo!

Adwokat Di Blasi zachował spokój. Nawiązanie do jednego z jego tekstów, który opublikował przed pięciu laty, raniło go ze względu na grubiańskie maniery, na szyderczy ton; i jeszcze dlatego, że do tego szkicu nie przywiązywał już dużej wagi, uważał, że opublikowanie go było błędem: był powierzchowny, nietrafiony, wręcz naiwny.

– Was, być może, przekonuje bardziej rozprawa don Antonia Pepiego o naturalnej nierówności ludzi – powiedział z lekką ironią.

– Jeśli don Antonio Pepi napisał, że ludzie nie są równi, zgadzam się z nim… Ale, między nami mówiąc, ja wszystkimi tymi pismami, wszystkimi rozprawami wycieram sobie buty.

– I dobrze robicie! – krzyknął Meli z entuzjazmem, który zdetonował don Vincenza i wzbudził w nim nieufność. Musiał tkwić przecież w tym entuzjazmie jakiś ukryty kolec, jadowite żądło: ludzie, którzy czernią papier, to jedna i ta sama sekta.

Na szczęście nadeszła pora, by zasiąść do stolika, to jest rozpocząć grę: wszyscy zmierzali tłumnie ku salom, gdzie służba przygotowała już stoły. Don Gaspare i don Vincenzo wyszli.

– Don Rosario Gregorio – powiedział Meli, kierując na inne tory swoje powołanie do wywoływania u bliźnich dziwnych reakcji – opowiada niestworzone rzeczy: że nie znacie ani słowa po arabsku, że treść kodeksu z San Martino wymyśliliście sami od początku do końca…

Mówił do Velli, który w pierwszej chwili wydał się zaskoczony, ale zaraz potem odparł zimno:

– A dlaczego nie powie tego mnie? Przekonałbym go, że się myli… Zresztą jego pomoc, jego wiedza, bardzo by mi się przydały: zamiast gnębić się wzajemnym obgadywaniem, moglibyśmy pracować razem, razem brać udział w tym dziele, które Bóg jeden wie, ile trudu mnie kosztuje, ile zgryzoty… – przy ostatnich słowach głos załamał mu się patetycznie, bliski łez.

– Widzicie, jaki nasz ojciec kapelan wielkoduszny? – powiedział do Melego monsignore Airoldi. – Złoty człowiek: cierpliwy, pokorny…

Vella wstał. Potrafił doskonale ukryć gniew pod pozorami obrażonej cnoty, pełnego rezygnacji cierpienia.

– Jeśli jego ekscelencja pozwoli, chciałbym rozerwać nieco umysł…

– Idźcie, idźcie – powiedział skwapliwie zachęcającym tonem monsignore.

Don Giuseppe ruszył w stronę sal, gdzie odbywała się gra: lubił patrzeć, jak przy stoliku przepływają pieniądze; jak z jedną kartą, z jednym numerem wiąże się nagła zmiana losu; obserwować rozmaite reakcje tych szlachetnie urodzonych panów, tych dam. To prawda, że przypatrywanie się grze, w której nie bierze się udziału, uważane jest za rzecz niedelikatną: ale dla księdza, któremu dochody i obyczaje nie pozwalają zasiąść do stolika, uczyniono wyjątek od reguły. I don Giuseppe przechodził od stolika do stolika, zatrzymując się tam, gdzie gra była najbardziej zawzięta. Była zresztą jedna gra, która budziła w nim szczególną emocję: nazywała się biribissi, zwycięzca otrzymywał w niej sześćdziesięcioczterokrotną stawkę; była, rozumie się, surowo zabroniona, co dawało graczom dodatkowy smaczek, poczucie despektu wyrządzanego nieproszonej, zawsze nieproszonej, władzy. Jedna karta, jeden numer, prowadziły niekiedy do zniknięcia całej posiadłości: don Giuseppe, któremu nie brakło wyobraźni, widział, jak na tej karcie, na tym numerze, pojawia się wyraźnie mała mapa majątku: prawdziwa, konkretna wieś mówiąca o konkretnych dochodach, daleka wszelkiej idylli, wszelkiej arkadii. I niektórzy z tych panów nie mieli już właściwie żadnych majątków, które można by postawić na kartę: stawiali zatem karetę, która czekała na nich na dziedzińcu, czy kamerdynera, szczególnie zręcznego w układaniu fryzury. Osoby skazane przez los na przegrywanie: pech, niczym wąż, przesuwał się z początku od jednego gracza do drugiego, by w końcu przylgnąć do nich i nie opuszczać przez cały wieczór.

Były też kobiety: grały nieuważnie, beznamiętnie, nie przekraczając prawie nigdy posiadanej sumy: srebrnych uncji, skudów, dukatów; w odczuciu don Giuseppego srebro było niejako cechą, istotą tego kobiecego świata: głosem, śmiechem, muzyką, intensywną i ulotną wonią perfum, zwierciadłem i echem; dlatego czuł jego niewyraźny powab, i niewyraźne pragnienie, respekt, zjadliwość i czystość kłębiły mu się w środku. Ale, bez żadnego dramatu, zadowalał się spokojnym patrzeniem.

A w czasie, gdy oko don Giuseppego, którego gniew już minął, syciło się całym tym dobrem bożym rozsianym w srebrnych uncjach i wyraźnie rysujących się piersiach, monsignore Airoldi mówił do Melego i Di Blasiego:

– Widzicie, jaki on jest? To człowiek, który łatwo się wzrusza, jest wrażliwy, skory do obaw… A szczególnie czuły na opinie Gregoria: człowieka, którego wiedzę, nie mówiąc już o inteligencji, głęboko podziwia… I nie potrafi zrozumieć powodów takiego zachowania, a i ja, prawdę mówiąc, nie potrafię: zachowania zawistnego, podłego… Ja też, przyznam, jestem tym poruszony: bo choćby przez szacunek dla mnie powinien, jeśli nie milczeć, to przynajmniej być bardziej oględny.

– Wasza ekscelencja uważa podejrzenia Gregoria za całkowicie bezpodstawne? – zapytał Di Blasi.

– Całkowicie, mój drogi, całkowicie… I zważcie sami: mamy przed sobą człowieka bez obycia, bez wykształcenia… – zwrócił się do Melego: – Wy, którzy znacie go dobrze, możecie to powiedzieć: uważacie, że Giuseppe Vella zna się na literaturze, na historii?

– Prostak – podsumował Meli.

– Więc jak taki człowiek może zbudować z niczego całą epokę historyczną, którą ja, lepiej czy gorzej, jestem w stanie zweryfikować? Jak taki człowiek może sfabrykować oszustwo, które nawet Gregoria kosztowałoby mnóstwo trudu? Wierzcie mi: Vella zna arabski. I powiem wam więcej: zna tylko arabski, w naszym języku nie byłby w stanie sklecić nawet listu.