Pułkownik Kwiatkowski czyli dziura w suficie -  Jerzy Stefan Stawiński - ebook

Pułkownik Kwiatkowski czyli dziura w suficie ebook

Jerzy Stefan Stawiński

0,0

Opis

[PK]

"Pułkownik Kwiatkowski albo dziura w suficie to powieść osnuta na faktach autentycznych." - jak głosi treść z okładki.

 

Jest to historia wojskowego lekarza ginekologa, w stopniu kapitana, który po serii niefortunnych zdarzeń musi udawać wysoko postawionego pułkownika Urzędu Bezpieczeństwa. Rozpoczyna serię "kontroli" w aresztach UB, uwalniając z aresztów więźniów o charakterze politycznym.

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 ISBN 8390599104

Książka dostępna w zasobach:

Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Koninie

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 223

Rok wydania: 1996

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Pułkownik Kwiatkowski

czyli dziura w suficie

Jerzy Stefan Stawiński

Pułkownik Kwiatkowski

po druts^-ifj zadzwoml do drzwi ^ oi^d

Pułkownik Kwiatkowski

czyli dziura w suficie

ytydaumictwo 'Warszawskie

Copyright © by Jerzy Stefan Stawiński, Warszawa 1996

Dziękujemy producentowi filmu „Pułkownik Kwiatkowski",

firmie IKAM LTD, i dystrybutorowi, Centrum Filmowemu Graffiti, za udostępnienie zdjęcia na okładce i zgodę na jego publikację.

Autor zdjęcia na okładce Andrzej Stempowski

Wydawnictwo Warszawskie, Warszawa 1996

Druk: drukarnia BIUTEX, Warszawa, al. Jerozolimskie 202

ISBN 83-905991-0-4

- Szkoda, że Afryka zbliża się do Europy tylko o kilka milimetrów rocznie - powiedział mój kolega Zdzisio.

- Dlaczego szkoda?

- Bo to byłby dla nas ratunek. Kiedy Afryka uderzy w Europę, to ją zgniecie jak ciężarówka małego fiata. Pożegnamy się z piękną Grecją, uroczą Hiszpanią i czarującymi Włochami.

- I to ma nas uratować?

- Tak, bo Polska, teraz lekko wybrzuszona na południu, ulegnie spiętrzeniu i zamieni się w potężny łańcuch górski, może wyższy od Himalajów, ponieważ Himalaje powstały przez uderzenie Indii, a gdzie Indiom do Afryki! A dokoła Polski powstanie morze i zapanuje spokój.

- Z obu stron — uzupełniłem. - A wszyscy Polacy zostaną góralami. Obawiam się, że padasz ofiarą polonocentryzmu. To właśnie Polska może ulec zatopieniu, tworząc dla Rosjan i Niemców coś w rodzaju mare monstrum.

- Nic podobnego! - oburzył się Zdzisio. - Obliczyłem to dokładnie! Wybrzuszenie nastąpi właśnie w Polsce, pośrodku Europy.

- Długo przyjdzie na to czekać - westchnąłem. - A ludzi namnoży się tyle, że nie będzie gdzie usiąść. Pamiętasz, jak po powstaniu warszawskim Niemcy wieźli nas do obozu w bydlęcym wagonie?

- Takich podróży się nie zapomina. Kiedy ty siadałeś, jak musiałem wstać i odwrotnie.

- Taki właśnie zapanuje komfort na naszym globie - odparłem. Tylko nikt nie poda tym ludziom suszonych śledzi jak Niemcy nam wtedy. Poduszą się albo pozjadają nawzajem.

- A najsilniejsi przeżyją! - ucieszył się Zdzisio. - Utuczeni mięsem tych słabszych, utworzą nową, zdrową społeczność.

- Silne osobniki mają zwykle słabe mózgi - westchnąłem. - Ten twój nowy cykl cywilizacji nie zapowiada się obiecująco.

Rozmawialiśmy, siedząc na ławce emerytów pośrodku osiedlowego skwerku. Otaczały nas dziesięciopiętrowe wieżowce z epoki wczesnego Gierka. W moim dokonywano właśnie wymiany rur. W Warszawie każdy mieszkaniec bloku zna dobrze tę plagę i nikt, prędzej czy później, jej nie uniknie. Popruto mi ściany zarówno w kuchni, w łazience, jak i w pokoju, bo tam też przebiegała jakaś rura, zupełnienie nie wiadomo po co. Głębokie rany w ścianach raziły moje poczucie estetyki i zapowiadały bolesną konieczność remontu całego mieszkania. Niestety, o ile ekipa robocza wykuła owe dziury w tempie dość szybkim i już po tygodniu zapuściła w nie nowe rury, o tyle chłopców do zacementowania czy też zagipsowania dziur nie mogłem się doczekać. Nie stać mnie było na przekupienie fachowców, postanowiłem więc żyć z tą dewastacją i nawet ją polubić. Okazało się, że niesolidność ekipy przysporzyła mi niegabatel-nych dylematów moralnych.

Jako wdowiec i człowiek samotny, bardzo sobie cenię ciszę. Na szczęście mój wieżowiec stoi w dużej odległości od zatłoczonej samochodami arterii przelotowej, a okno i balkonik mego mieszkanka wychodzą na osiedlowy skwerek, gdzie czasami wrzeszczą dzieci, ale jest to dopust sezonowy i kończy się o zmroku. Piętą Achillesa pozostaje mój sufit: jest tak zbudowany, że słyszę każdy krok nad głową. Przez kilka lat mieszkała tam przygłucha staruszka i zawsze wiedziałem, co ogląda i czego słucha; żeby ją zagłuszyć wynajdywałem często ten sam hałas i wraz z nią oglądałem te same seriale. Staruszka umarła po sto dziewięćdździesiątym pierwszym odcinku serialu Dynastia i pewno następne odcinki zobaczy w niebie, o ile takie istnieje, bo cóż to dla niej za raj bez telewizora?

W mieszkaniu nade mną zapanowała błoga cisza. Do czasu. Wścibska sąsiadka z naprzeciwka wiedziała wszystko o wszystkich: potomkowie staruszki postanowili puścić odziedziczone mieszkanie w najem. Przychodziło wielu reflektantów, stąd czasami słyszałem liczne kroki, aż wreszcie wybrano na lokatorów młodą parę bez dzieci. Oboje byli przystojni, twierdziła sąsiadka, wyrażali się elegancko i powinniśmy się cieszyć, że nie są to żadne chamy, jakich teraz w Warszawie większość, ani oszuści, ani Arabowie czy mafiosi z byłego ZSRR, ale ludzie inteligentni, po wyższych studiach, może jacyś artyści, bo nie zrywają się do pracy, ale śpią i do dziesiątej.

Przez parę dni słyszałem muzykę aż do później nocy, szuranie w tańcu i głośne wybuchy śmiechu gości, co nie pozwalało mi zasnąć. Wkrótce zobaczyłem swoich nowych sąsiadów z góry: zjeżdżaliśmy razem windą. Na oko ona dotarła do połowy swych lat dwudziestych, on wydawał się o parę lat starszy. Była to dorodna para.

yczuwało się między nimi napięcie. Stali obok siebie wyraźnie zagniewani i patrzyli w ścianę gdzieś nad moją głową. Wykrój ust dziewczyny kazał marzyć o raju. Każda taka młoda para uprawia zawzięte zapasy: albo się dopasują ogromnym wysiłkiem, albo się rozejdą w przeciwnych kierunkach. Oboje byli za ładni, żeby żyć w spokoju. Uroda pomga w życiu, ale i demoralizuje, pozwala na powierzchnowne triumfy, ale przeszkadza w osiągnięciu prawdziwego sukcesu.

A więc niewiele o nich wiedziałem do chwili, gdy ekipa wybiła dziurę w suficie, tuż przy ścianie, aby założyć tam rurę. Od tej chwili zacząłem dokładnie słyszeć wszystko, co mówiono na górze. Przez rurę, a może dokoła niej, dochodziła też do mnie muzyka i to dwóch gatunków: albo hałas rockowy albo klasyka. Szybko znalazłem klucz: gdy w mieszkaniu przebywała ona sama, nastawiała taśmę z hałasem, on zaś, korzystając z samotności, włączał Mozarta, Haydna czy Vivaldiego.

Podsłuchiwanie cudzych rozmów i włażenie uchem do cudzego życia godne jest potępienia, choćby przyczyniła się do tego korozja podłych, realsocjalistycznych rur. Oczywiście, mogłem zatkać uszy watą albo zagłuszać płynące z góry słowa hałasem z radia czy telewizora. Niestety, natura ludzka jest z reguły ułomna. Podsłuchany przypadkiem fragment rozmowy wzbudził moje zaintereowanie.

Zaczęło się od wrzasków zespołu „Fuoking Boys", ale po chwili usłyszałem trzask drzwi i windy; kroki ucichły i muzyka nagle się urwała.

Ona Nie myślałam, że tak wcześnie wrócisz.

On Przyjemnie wiedzieć, że ktoś na ciebie czeka w domu.

Ona No i co?

On Nic.

Ona Zupełnie nic?

On Ucieszyli się, że znam angielski i proponowali mi objazd Polski z klejem „Unity". Ile sprzedam, tyle zarobię. Wiesz, są pewne granice...

Ona Wiedziałam, że nie zniżysz się do kleju.

On Gdyby mi proponowali sprzedaż brylantów, też bym odmówił. Żałuję...

Ona Wiem, czego żałujesz, Olgierd. Na historię sztuki powinni iść synkowie bogatych, żeby móc się w spokoju oddawać wzniosłym przeżyciom.

On Wśród moich kolegów nie znałem dzieci bogaczy. Kiedy zaczynałem studia, w ogóle nie było bogaczy.

Ona Byli wnukowie wydziedziczonych bogaczy.

On Mój dziadek był jeszcze zamożny, ale mój ojciec chodził już w przetartych spodniach.

Ona Ale z sygnetem na placu.

On Ten sygnet pomagał mu żyć.

Ona Arystokraci ducha, kurwa mać!

On Pomyśleć, że się zakochałem w osobie używającej wulgarnych słów.

Ona Przejdzie ci, przejdzie.

On Chyba nieprędko.

Teraz usłyszałem kroki, szurgot, ciszę, jęk sprężyny. Alina okazała się namiętną kobietą, bo wkrótce doszło mnie jej dyszenie, a później głośne „Aaa!" Trwało to ze dwie minuty.

Ona My się chyba nigdy nie zrozumiemy. I to tkwi w naszych genach.

On Znowu zaczynasz!

Ona Kończysz trzydzieści lat i co, do cholery?!

On Nie zrobiłabyś kawy?

Ona Nie ma już kawy. Jeżeli skądś wyciągnę pieniądze, to ku-pię.

On Ja przyniosę.

Ona Od cioci?

On Dzisiaj napijemy się kawy i koniaku u tych prostaków.

Ona Ja też jestem prostaczką. Trzeba kupić benzynę.

On A czym się różnią twoje geny od moich?

Ona Twoje pchają cię w dół, a mnie moje - w górę. Mój dziadzio, bogacz wiejski, czyli kułak, i mój tata, partyjny aktywista, całe życie twardo parli do przodu. Dziadzio dokupywał morgi, póki go nie zamknęli za niechęć do kołchozów, a tatuś piął się uparcie po partyjnej drabinie: od chłopaka z łopatą do sekretarza komitetu wojewódzkiego.

On A twój stryjek ksiądz? Też ma takie geny?

Ona Zobaczycz, zostanie biskupem.

On Twój dziadzio był bardzo przezorny: jednego syna wysłał do partii, drugiego - do kościoła. Któremuś musiało się udać.

Ona Dokładnie tak. Stryjek by ci załatwił robotę w katolickim radiu, ale nie mogę mu się pokazać na oczy, dopóki żyję z tobą w grzechu.

On Musielibyśmy wziąć ślub.

Ona Czy warto brać ślub dla posady w radiu? Zresztą ty wcale nie chcesz się ze mną żenić.

On Z nikim mi nie było tak dobrze jak z tobą. Widzisz...?

Ona Daj spokój, przecież rozmawiamy.

On Może jesteś zbyt niecierpliwa, Alinko. Nawinął mi się w restauracji pewien prostak z pieniędzmi...

Ona W jakiej restauracji?

On W chińskiej.

Ona Ty, Olgierd, jeżeli mi przywleczesz AIDS...

On Zakochanych AIDS się nie ima. Ten człowiek chce kupić parę obrazów. Zgodziłem się mu pomóc.

Ona Za forsę?

On Za pięć procent od obrazu. On chce mieć nazwiska.

ONA Wypadałoby gwizdnąć twojej cioci no tego, jak mu tam...

On Makowskiego.

Ona Wtedy zarobiliśmy sto procent.

On Mam nadzieję, że żartujesz. Ciocia obiecała, że mi ten obraz zapisze w spadku.

Ona Nie bój się, nie namawiam cię, żebyś zaciukał ciocię.

On Chciałbym coś zjeść.

Ona Może coś się jeszcze ostało w lodówce?

Teraz słyszę kroki. Oboje przenoszą się do kuchenki. W kuchence też mam odpowiednią rurę. Słychać otwieranie drzwi lodówki.

Ona Olgierd, daj spokój. Ledwo się pochylę, to ty znowu...

On Sam nie wiem, co się ze mną dzieje!

Trzaski, stuki, piski, dyszenie i wreszcie długie „Aaa!" Aliny.

Ona Wychodzę. Pomyśl o swojej przyszłości.

On Ale mnie bardzo kochasz, prawda?

Ona Jeżeli to wszystko znoszę...

Po chwili Alina wychodzi, a Olgierd nastawia czwarty Koncert brandenburski Bacha.

Moja córka od dwudziestu lat żyje w Stanach Zjednoczonych, gdzie jej mąż, zdolny fizyk, zaczepił się na jednym z drugorzędnych uniwersytetów. Nie dorobili się pieniędzy i choćby dlatego nigdy ich nie odwiedziłem mimo licznych zaproszeń. Córki też nie stać na częste podróże do Polski; przyjeżdża raz na parę lat, przeważnie z synkiem urodzonym już w Ameryce. Obdarowuje mnie jak należy, padamy sobie w ramiona, bo kiedyś łączyło nas wiele, ale czas robi swoje i coraz mniej mamy sobie do powiedzenia. Wnuczka widziałem ostatnio przed pięciu laty, u schyłku PRL-u: podówczas trzyna stolatek, wydawał mi się dzieckiem inteligentnym i cie awym świata. Mówił dobrze po polsku, co było zasługą mojej córki. cia łem stać się dla niego przeciwwagą amerykańskiej menta nosci i zastanawiałem się, w jakiej formie przekazać mu bagaż m>ci zy

ciowych doświadczeń, by go nie zniechęcić i nie znudzić. Dlatego to prowadziłem z nim czasami wyimaginowane rozmowy, by się przygotować do jego zapowiedzianej na lipiec wizyty.

- Czy możesz sobie wyobrazić, że ja pamiętam zamach majowy? - pytam wnuczka.

- Jaki zamach majowy? Kiedy to było?

- W 1926 roku. Marszałek Józef Piłsudski sięgnął zbrojnie po władzę.

- Gdzieś słyszałem to nazwisko: Piłsudski.

- To był wielki człowiek, a to pierwsza bitwa, jaką pamiętam.

Siedzieliśmy wtedy w malinach w ogrodzie sąsiada.

- Ile ty miałeś wtedy lat, dziadku?

- Pięć. A moja sąsiadka, Lorka, też miała pięć.

- Co to za dziwne imię, Lorka? Ono jest polskie? — zapytał z amerykańskim akcentem mój wnuczek.

- To zdrobnienie od Eleonory. Gdyby się nazywała Marysia czy Zosia, nie pamiętałbym jej tak dobrze.

- A więc jadłeś maliny. I co dalej?

-Wcale nie jadłem. Siedziałem w nich z Lorką.

-1 co robiliście?

- Bawiliśmy się w doktora. Badałem ją dokładnie.

- Wszędzie?

- Wszędzie.

- Byłeś bardzo dociekliwy jak na swój wiek - skonstatował wnuczek. - Ja do takiego badania przystąpiłem dopiero przed dwoma laty. A mam już osiemnaście.

- Nie czytałeś widać Freuda o instynktach płciowych dzieci -odparłem. - No i pewnie nie było w ogródku malin.

- Kiedy miałem pięć lat, w ogóle nie było mowy o ogródku. Dom z ogródkiem rodzice kupili dopiero przed trzema laty. A sąsiadki też nie miałem, tylko dwóch chłopaków, ale z nimi nie pozwalano mi się bawić, bo dopadali dziewczynki po kątach, ściągali im majtki i pokazywali penisy. Ale miałeś przecież mówić o jakimś zamachu.

- No właśnie. Kiedy tak siedzieliśmy w malinach, usłyszałem warkot samolotu, a samolot należał wtedy do rzadkości, i tatuś Lorki wybiegł do ogródka, żeby mu się przyjrzeć. Samolot zatoczył koło, zniknął z horyzonzu i nagle wystrzelił zza dachu domku, lecąc tak nisko, że tatuś Lorki, przerażony, wskoczył w maliny wprost na nas.

- To był tchórz?

- Skąd! Tatuś Lorki był pułkownikiem z bródką jak za cara Mikołaja, zaciągał z rosyjska i chyba przypuszczał, że samolot chce go zbombardować.

- Cha, cha, cha!

- Nie śmiej się. Samolot latał po stronie marszałka Piłsudskiego, a pułkownik przyszedł do polskiego wojska z armii cara Rosji i choćby z tego powodu był przeciwnikiem Legionów i Komendanta, wroga z czasów pierwszej wojny, bo strzelali do siebie nawzajem. Piłsudski opierał się teraz na swoich oficerach z Pierwszej Brygady, ci zaś pochodzili z zaboru austriackiego.

- Dziadziu, tego nie można zrozumieć! Powiedz, co z tym zamachem!

- No więc pułkownik wpadł w maliny i zobaczył Lorkę, jak wciągała majtki. Ja błyskawicznie przelazłem przez dziurę w płocie, przebiegłem swój ogródek i schowałem się w domu. Jeszcze dzisiaj słyszę ten straszny wrzask pułkownika. Pobieg zaraz do mojego ojca, a że ojciec był wtedy majorem i to z Legionów, a więc człowiekiem Piłsudskiego, doszło do głośnych krzyków. Ja podsłuchiwałem pod drzwiami.

„Piat? let!" - ryczał pułkownik. Pana synek deprawator! Piat9 let! A co oni będą dziełać, kiedy będą mieli dziesiat?! Kto jego tego nauczył, aa?!

Nikt mnie tego nie uczył, wystarczyła ciekawość świata. Pułkownik sugerował między wierszami, że po ludziach z kręgu Piłsudskiego żadnej moralności nie należy się spodziewać.

- A ojciec cię sprał? - zapytał wnuczek.

- Nie. Od tego czasu Lorkę wyprowadzała do ogródka mama, a dziurę w płocie pan pułkownik osobiście załatał telefonicznym kablem z cytadeli. Mnie i tak przez tydzień nie pozwalano wychodzić z domu, bo gdzieś tam strzelali, ale Piłsudski szybko zdobył władzę i wszystko ucichło.

- To mi dziadzio opowiedał o zamachu! - parsknął wnuczek. -A gdzie strzelaniny, wybuchy i trupy?

- Trupy były, ale ich nie widziałem.

- A co się stało z tą Lorką?

- Już nigdy nie wchodziliśmy w maliny, niestety. Po zamachu majowym pułkownik odszedł na zasłużoną emeryturę, sprze a o mek i straciłem Lorkę z oczu. Wiem, że w powstaniu zranił ją na Filtrowej odłamek pocisku.

- W jakim znowu powstaniu?

- Warszawkim, w sierpniu 1994 roku. Nie wiesz?

- Skąd mogę wiedzieć? Mego tatusia jeszcze wtedy nie było na świecie!

- Lorkę najpierw zranił pocisk, a później rozerwał granat, rzucony do piwnicy przez Ukraińców z SS.

- Jakich znowu Ukraińców?! Skąd oni się wzięli w Warszawie?

- Ukraińcy za głównych wrogów swej ojczyzny uważali Polaków i Rosjan i wielu z nich sprzymierzyło się z Niemcami, wrogami ich wrogów, przywdziało mundury SS i zastępowało Niemców przy brudnej robocie.

- Wrzucali granaty do piwnicy? To zupełnie jak w tym serialu o wojnie na Filipinach!

- Oni nie znali tego serialu. Na taki pomysł wpada się często w chwili, gdy trzeba szybko wymordować ludzi.

- Ty też walczyłeś w tym powstaniu?

-Tak.

- No to dobrze, że i ciebie nie rozerwało. Chodzisz na grób tej Lorki?

- Jej grobu w ogóle nie ma.

Mój szkolny kolega i sąsiad z nieodległego wieżowca, Zdzisio, czekał już na mnie, czytając gazetę. Usiadłem na ławeczce, bo był wyjątkowo ciepły maj. Właśnie z drzwi mego wieżowca wychodzili Alina i Olgierd.

- To bardzo zmysłowa para - powiedziałem ostrożnie.

- Skąd wiesz? - zainteresował się Zdzisio.

- Dzięki dziurze w suficie. Wymieniają rury.

- U mnie wymienili w zeszłym roku - stwierdził Zdzisio. - Ty jesteś podsłuchiwacz?

- Brzydzę się tym, ale co mam robić? Nie mogę przez cały dzień zatykać uszu!

- Mnie podsłuchiwanie nie zadowala. Zapraszam cię na kasetę porno. Podwędziłem ją wnukowi. Zauważyłeś, że ostatnio rehabilituje się onanizm? To najlepszy środek na AIDS!

- Co za dekadencja, że głośno poruszamy takie tematy na ławce emerytów! - westchnąłem. — Ile twój wnuczek ma lat?

- Siedemnaście.

- Pamiętasz, jacy byliśmy w jego wieku niewinni? Nikt nie słyszał o porno.

- O tak! - rozmarzył się Zdzisio. - Wystarczyła mi kolorowa fotografia aktorki Lilian Harvey w kostiumie kąpielowym. Widok jej pięknych nóg zupełnie mnie zadowolił i osiągnąłem taki wynik, jak mój wnuczek przy kasecie porno.

- Kiedy skończyłem trzynaście lat, śniłem o filmie X-27 z Marleną Dietrich, niedozwolonym dla młodzieży - rozmarzyłem się z kolei. - To był owoc zakazany. I ubłagałem babcię, by mnie zabrała do nieba. Schowany za babcią, przemknąłem nie zauważony obok bil-terki; usiedliśmy w krzesłach i dopiero wtedy zaczęła się awantura. Bileterka stanęła nade mną, wskazując palcem drzwi, babcia mnie broniła, że jestem nad wiek rozwinięty, ale baba była nieugięta. Żadna łapówka by jej nie rozmiękczyła, różnych kombinacji wtedy nie uprawiano, ja zaś zaparłem się w krześle, seans się opóźniał i dopiero oburzona publiczność wysykała mnie z sali. To było straszne upokorzenie.

- Pomyśleć, że teraz majtki i nogi Marleny Dietrich straszą dzieci w starym kinie - zaśmiał się Zdzisio. - Ale za Stalina też panował ład moralny. Nawet alegoryczne postaci kobiece rzeźbiono tylko w majtkach i biustonoszu. A kiedy w filmie reżysera Aleksandra Forda pod tytułem Młodość Chopina aktorka Skarżanka, czyli Wolność wiodąca lud na barykady, odsłoniła prawą pierś, choć na płótnie pana Delacroix Wolność ukazywała obie, chłopcy biegali na ten film po parę razy: doczekawszy piersi, wychodzili z sali.

- To były czasy! - westchnąłem. - Podejrzewam, że wrócą.

- Za sprawą czarnej międzynarodówki? - zapytał Zdzisio, wojujący antyklerykał.

- To jest cykliczność obyczajowa. Prawo wahadła. Może naszych prawnuków podniecać będzie odsłonięta łydka?

Wrodzona memu koledze Zdzisiowi skłoność do oglądania damskich nóg wpędziła mnie kiedyś, dawno temu, w dwuznaczną sytuację. Przypomnienie tego wydarzenia mogłoby rozbawić mego wnuczka. Przywołałem go więc w myślach na rozmowę.

- Zaraz po przegranej przez nas kampanii wrześniowej 1939 roku Niemcy uruchomili w Warszawie Teatr Polski, który nazwali Theater der Stadt Warschau.

- No to co? - parsknął wnuczek.

- Polaków do tego teatru nie wpuszczano. Zresztą wcale się tam nie pchali. Żałoba po klęsce i wstręt do niemieckich rozrywek.

- To tak jak kiedyś w Stanach. Były lokale tylko dla białych.

- My nie byliśmy czarni. Ponieważ na pierwszy rzut oka trudno odróżnić Polaka od Niemca, poszedłem do tego teatru na operetkę Wesoła wdówka.

- Operetka? To taka mała opera?

- Niby śmieszna, zawsze sentymentalna, wszystko dobrze się kończy i dużo gadają między śpiewami. Prekursor musica u.

- A dlaczego poszedłeś między wrogów?

- Bo mój kolega szkolny, Zdzisio, chciał koniecznie zobaczyć nogi baletnic.

- Przecież mogli was złapać!

- I skatować. Ale to był początek roku 1940 i nie doświadczyliśmy jeszcze hitlerowskiego bestialstwa na szerszą skalę.

- Nie czułeś się zdrajcą?

- Czułem się bardzo źle. Mój kolega, dowcipniś, wcale się nie przejmował. Usiadłem obok młodego oberlejtnanta lotnictwa, który przywitał mnie uprzejmym uśmieszkiem. Bardzo możliwe, że przed paru miesiącami zrzucał na mnie bomby, kiedy broniłem Warszawy.

-Ale oglądałeś te fikające dziewczyny?

- Akcja operetki rozgrywa się na początku XX wieku w monarchii austrowęgierskiej. Cały ten śmieszny świat wiedeńskiej arystokracji, te wytworne baronowe i wspaniali oficerowie, ogniste czardasze i galopki, a wszystko to odgrywane w półzrujnowanej Warszawie dla rozrywki rasy panów, doprowadził mnie do wysokiej gorączki, choć zdrowie mi dopisywało.

- Trzeba było uciec!

- Chwileczkę. Oblany zimnym i gorącym potem, dotrwałem do przerwy i rozdygotanymi rękami, ażeby się czymś zająć, siągnąłem do kieszeni po papierosy...

- Zacząłeś palić?!

- Z głupoty, dla dodania sobie powagi. Otaczające mnie siusiu-majtki podziwiały wdzięk, z jakim trzymam papierosa. To wystarczyło, żeby wpaść w głupi nałóg na resztę życia.

- Pewno, że głupi. Nawet ojciec rzucił palenie, bo się boi zawału.

- Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że papieros skraca życie. Niemcy dokoła palili swoje reemstmy i cygara, postanowiłem więc okazać, że czuję się tu znakomicie, tak jak mój kolega, wielbiciel pod-kasanego baletu, zachwycony naszą przygodą. Niestety, nie wziąłem ze sobą zapałek, a prośbę o ogień, skierowaną do któregoś Niemca, uznałem, za zbyt ryzykowną: mógłby poznać, że jestem Polakiem. I nagle pojawiła się w palarni dziewczyna z tacą pełną papierosów i zapałek. Przywołałem z pamięci niemieckie słowo.

- Zundholzer bitte - powiedziałem półgłosem do dziewczęcia.

Była blada i niedożywiona. Spojrzała na mnie tępo nie rozumiejąc. Stojący obok oficer Wehrmachtu odwrócił się uprzejmie.

- In polnisch dass heissst zapałki - powiedział z uśmiechem.

- Zapałki - powtórzyłem. Dziewczyna podała mi je.

-Danke, Herr Hauptmann - dodałem i zapaliłem papierosa. Ręka drżała mi ze wstydu. Dłużej nie mogłem tego wytrzymać.

— Toaleta - szepnąłem do Zdzisia i wybiegłem z teatru, by doń wrócić po siedmiu latach.

— Przyzwoity człowiek nie pcha się między katów jego ojczyzny -zakończył rozmowę wnuczek.

Tego brzydkiego epizodu z mego życia nie opowiem więc wnuczkowi, gdy przyjedzie w lipcu do Polski. Gdybym miał wyobraźnię pułkownika Kwiatkowskiego! O jego wyczynach opowiedział mi inny kolega szkolny, Wojtek, skazany na śmierć za chęć obalenia siłą ustroju Polski Ludowej. Siedział z pułkownikiem Kwiatkowskim w jednej celi i słuchał jego wynurzeń niczym bajki. Bardzo mu to pomogło w przetrwaniu. Może opiszę tutaj wspaniałą przygodę pułkownika, bo choć Wojtek zdał mi relację w roku 1957, po ułaskawieniu, cenzura PRL uniemożliwiała jakąkolwiek wzmiankę o tym wyjątkowym człowieku. Teraz już można.

— Wstydzisz się tej wizyty w teatrze? - zaśmiał się Zdzisio. - Ja lubię takie sytuacje. Ryzykowne i paradoksalne.

— Trzeba było wstąpić do wywiadu - odparłem z irytacją - Mógłbyś paradoskalnie i ryzykownie paradować po ulicy w mundurze esesmana.

— Niestety, nie nadawałem się do wywiadu przez te moje skłonności do kobiet — westchnął Zdzisio. - Na widok ładnej dziewczyny mógłbym zapomnieć o interesie ojczyzny. Życie dziwkarza nie było łatwe, kolego. Dobrze, że mam to z głowy. Teraz już mogę oglądać tylko kasety.

Włączyłem radio, żeby nie słyszeć głosów z góry, ale i tak dobiegały do mnie pojedyncze słowa, wypowiadane głośniej. Co tu ukrywać? Dla samotnego emeryta taki powiew życia to prawdziwa gratka. Przyciszyłem więc radio.

— Czasem mi się zdaje, że w ogóle nie pasuję do życia - usłyszałem głos Olgierda. - Chyba dlatego, że wszystko dokoła jest nieestetyczne...

— Nieestetyczne? — zapytał nieznany głos męski.

— Przecież wiesz, o co mi chodzi. Ludzie są nieestetyczni, sytu acje są nieestetyczne, pieniądze są nieestetyczne... Nieestetyczne prostaki zamiast złotych monet skupują dzieła sztuki...

— Olgierd, zawsze tak było!

— Nie wiem, może stałem się ostatnio nadwrażhwy. szys o odbieram aż do bólu.

— Przecież się zakochałeś!

- Nie rozumiem, co się ze mną dzieje! Kiedy

ją widzę, mąci mi się umysł, mózg się wyłącza i rzucam się na nią jak dziki zwierz. Czasami myślę, że zadała mi jakiś urok, bo przecież zdradzam samego siebie! No dobrze... Zakochałem się w estetycznej formie, zawierającej nieestyczne treści. Powinienem uciec od niej jak najdalej, ale brakuje mi siły woli, a kiedy ta furia minie, obudzę się cały w ranach. Ta walka między fizyczną fascynacją a wstrętem do wulgarności strasznie mnie wyczerpuje. I ten nieustanny napór materii, ta konieczność działania, stawiania czoła codzienności...

- No to wracaj do muzeum, by się przechadzać w ciszy wśród dzieł sztuki... Na suchą bułkę zarobisz.

- Pamiętasz Madonnę z harpiami Andrei del Sarto? Ona jest do tej Madonny podobna! A żebyś ją widział nagą!

- Zadzwoń, kiedy będziesz chciał mi ją pokazać - odparł głos z ironią. - Poeci zawsze ubolewali nad sprzecznością między wzlotami ducha a zwierzęcymi potrzebami ciała. Wiktor Hugo, który nie przepuścił żadnej służącej, pisał o tym dramatyczne wiersze. Mam pacjentów, którzy od tego dostali nerwicy. Nalej jeszcze wódki. Dlaczego ty nie pijesz?

- Alina wyczuje nawet jeden kieliszek - odparł ze smutkiem Olgierd. - Uważa, że alkohol stępia siły życiowe.

- Wpadłeś w uzależnienie, drogi Olgierdzie. Twoje zdrowie. Idę. Nie mogę ci przepisać żadnych środków. Musisz to przecierpieć.

Przyjaciel odszedł, Olgierd nastawił Bacha, a ja poszedłem na zebranie kombatantów, by omówić sprawę przyszłego pomnika ku czci naszych powstańczych wyczynów. Pomniki takie mnożyły się w Warszawie staraniem poszczególnych środowisk powstańczych i można się było spodziewać, że żadna z dzielnic nie uniknie tej akcji. Wraz z wybuchem niepodległości rozszalało się to pomniko-wanie dla zadośćuczynienia krzywdom, wyrządzonym ruchowi niepodległościowemu przez komunistyczne rządy. Wydawało się, że ci, co jeszcze dożyli, gorączkowo starają się uwiecznić w kamieniu świadectwo patriotycznych czynów. Zaraz potem odbyłem na ten temat rozmowę ze Zdzisiem.

- Wszelkie powstańcze działania Polaków w ciągu ostatnich dwustu lat nie miały najmniejszego sensu - stwierdził. - Zaborcy połknęli nas pod koniec osiemnastego wieku i dopiero gdy zaczęli się wzajemnie zagryzać w czasie pierwszej wojny światowej, powstała niepodległa Polska, zresztą zupełnie niezależnie od poczynań Polaków.

- Zwariowałeś! - oburzyłem się - A Legiony Piłsudskiego? A jego zwycięstwo nad bolszewikami w roku 1920?!

- Jeden wyjątek na dwieście lat potwierdza regułę.

- Ale zapewnił Polsce dwadzieścia lat niepodległości!

- Przyjemny interwał.

- Gdyby nie ten interwał, bolszewicy zamordowaliby naszych rodziców i ci nie zdążyliby nas począć!

- Zgoda - przyznał Zdzisio. - Bolszewia była jeszcze wtedy bardzo słaba. Za to po drugiej wojnie połknęli Polskę bez trudu, a rozpadli się zgodnie z prawami ekonomii i techniki, a nie z powodu polskich strajków. Czy sytuacja Czechów i wschodnich Niemców wydaje ci się teraz gorsza od naszej? Chyba nie. A oni siedzieli cicho. Tylko tyle, że mają mniej pomników do stawiania i mniej kombatantów do uroczystych obchodów.

- Chodzę na zebrania, bo to mój obowiązek wobec poległych -odparłem. - Oni nie kalkulowali, czy ich śmierć ma jakiś sens.

- A ilu było takich? - zaśmiał się Zdzisio. - Jaki procent narodu? Najwyżej jeden! Teraz każdy, jeżeli skończył siedemdziesiąt lat, może zostać kombatantem. Staruszkowie korzystają skwapliwie z narodowej mitologii, co im zapwnia znaczne zniżki w opłatach za telefon, światło i gaz.

- Wygląda na to, że ktoś kiedyś pominął cię w awansie albo nie dał orderu - odparłem. - W narodowej mitologii, jak ją nazywasz, nie liczy się skuteczność, ale ofiara złożona na ołtarzu ojczyzny.

- No właśnie, wypadało koniecznie złożyć ofiarę! - zaśmiał się Zdzisio. — A co do orderów, to się mylisz. Spadł na mnie cały ich deszcz. Pewno dlatego, że mi nie zależało.

- Komuniści przez cały czas nas przekonywali, że polski opór był bezsensowny, bo sprzeciwiał się biegowi historii. Przejąłeś ich argumenty!

- Nie myślę podejmować ich argumentów, chociaż, prawdę mówiąc, z ręką na sercu i w głębokiej tajemnicy mogę ci się przyznać, że po powstaniu, jeszcze w latach czterdziestych, zgadzałem się z ich argumentacją, więcej, byłem nawet przekonany, że historia jest z zasady okrutna i bolszewizm zapanuje na świecie po wsze

czasy. , .

- I skończy się wraz ze śmiercią ludzkości, kiedy słońce się wy żarzy i ziemia ostygnie — zaśmiałem się ironicznie.

- Byłem głupim gówniarzem - przyznał Zdzisio. - Na szczęscie pomogły mi dziwki: oddałem się cynicznej rozpuście tracąc przy tym wszelkie ideologiczne zapędy. Kiedy z tego wysze em, z ązy i mnie ze wszystkiego wyrzucić, a później sami chylili się już ku upadkowi. A o sensie polskich zrywów zacząłem myśleć dopiero teraz, po odzyskaniu niepodległości.

- Negujesz więc piękne porywy młodości, przekreślasz dojrzałość za czasów realsocjalizmu, a do tego nie wierzysz w życie pozagrobowe, to co ci zostaje? Diabelski chichot?

- Zdrowy sceptycyzm i pogoda ducha.

- Zaparłeś się samego siebie! - zawołałem z przekonaniem. -Nie śnią ci się w nocy koszmary?!

- Przeciwnie - odparł Zdzisio - Chętnie się kładę do łóżka i śnią mi się przyjemne sny. To tak, jakbym się pozbył stukilowego ciężaru. Pomyśl tylko... Dlaczego mam świętować udział w nieudanych i skazanych na niepowodzenie przedsięwzięciach? Czymś takim rozsądny człowiek nie powinien się chwalić. Chodzi zarówno o młodzieżowe czyny niepodległościowe, jak i o mimowolny udział w budowie obrzydliwego ustroju. Lepiej o tym wszystkim zapomnieć.

- Potwór! - zawołałem z oburzeniem. - Istota bez tożsamości! Tak opluwać własne życie!

- Biegnij na to swoje zebranie i przygotuj piękne obchody kolejnej rocznicy - odparł Zdzisio z uśmieche. - Przyjdę popatrzeć, jak z dumą dźwigasz odpowiedni sztandar.

Gdy po zebraniu kombatantów wróciłem do domu, na górze panowała cisza, ale po kilku minutach usłyszałem pisk telefonu.

- Słucham - odezwała się Alina. - A, cześć Krzysiu! Nie, nie wróci wcześnie, bo wysłałam go na kolację do Brzuszkowej... Tak, niech zawrze korzystne znajomości. Dobra, przyjeżdżaj.

Czekałem ze zniecierpliwieniem na pojawienie się Krzysia. Alina przygotowywała się starannie: dochodził do mnie szum prysznica, potem stukanie słoików w łazience, pryskanie aerozolu, otwieranie szafy w pokoju, a na końcu - zapalanie gazu w kuchence i brzęk szkła. W dziesięć minut była gotowa. Wkrótce usłyszałem dzwonek do drzwi i wesoły głos Krzysia: „Ale ty pięknie wyglądasz, Alinko!" To był ten sam głos, co w poprzedniej rozmowie z Olgierdem. Krzysio okazał się przyjacielem obojga.

- Kawy czy herbaty? A może kieliszeczek?

- Tylko go później dobrze umyj - poradził Krzysio. - Olgierd jest bardzo zazdrosny.

- Ale i roztargniony - Alina nalała czegoś tam dlo kieliszków. -Zastanawiam się, czy przypadek nie jest beznadziejny.

- Ogromne napięcie psychiczne. To ty go podtrzymujesz na duchu. Twoje zdrowie!

- Albo zwalczę w nim ten bezwład, albo go rzucę albo

-Co?

- Albo zabiję.

- Ładna perspektywa - zaśmiał się Krzysio. - Boję się, że zanim go zabijesz, Olgierd rozpęknie się na dwoje.

- Mówisz to jako psychiatra?

- Uważaj, żebyś nie przeholowała. Każda akcja wywołuje reakcję. Nikt nie lubi być modelowany na cudzy obraz. Olgierd będzie bronił zawzięcie swojej osobowości.

- A na czym polega ta osobowość? - żachnęła się Alina. - Na bezruchu? Na marzeniach o jakimś utraconym raju, choć go w ogóle nie zna? Nie chcę mieć mięczaka, faceta niezdolnego do życia!

- Czy ty kochasz jego, czy wyobrażenie o nim?

- Powiedzmy, że wzbudza moje współczucie. Lubię go przytulić i pogłaskać po głowie. No i udaje mu się doprowadzić mnie do orgazmu. Za tym, niestety, idzie u mnie jakieś tam uczucie.

- I postanowiłaś go wyrzeźbić według własnego pomysłu?

- Czy ty się nie za długo przyglądasz moim nogom?

- Przecież wiesz, że zawsze mam na ciebie ochotę.

- To już dawno minęło, Krzysiu.

- Nie dałem się wyrzeźbić?

- Skałdasz się z jakiejś dziwnej masy. Ustępuje pod naciskiem, a później wraca na swoje miejsce.

- To szkoła życia, Alinko.

- Na szczęście Olgierd nie jest taki. Nie ma w sobie cynizmu.

- Chce żyć w świecie, który nie istnieje i nigdy istnieć nie będzie — wyjaśnił Krzysio. — Uważaj, Alinko, bo to się może skończyć chorobą.

- Wtedy cię wezwę - odparła Alina.

- Muszę już iść do pacjentów — powiedział Krzysio. — Szkoda.

- Twoje dziewczyny cię nie zadowalają?

- Z tobą było trochę inaczej. A to trochę to już dużo jak na te czasy.

- Czasy ci się nie podobają?

- Dlaczego? Nie opierałem się o mur i kiedy runął, nie rozbiłem sobie pyska. Od czasu gdy otworzyłem prywatny gabinet, mam mnóstwo roboty.

- I gotówki — dodała Alina.

- Wiem, że jesteś nieprzekupna. Dobranoc.

Ze wstydem muszę przyznać, że już nie my813.1^11 0 radia, by zagłuszyć rozmowę na górze. Losy Aliny i gier

ły mnie ciekawić: tak to zwykle bywa, gdy brakuje własnych przeżyć.

Około dziesiątej rano, gdy piłem poranną kawę, usłyszałem szepty, piski materaca i końcowe „Aaa!" Aliny. Olgierd widać pogrążył się w smutku post coitum, bo odezwał się po chwili:

- Dlaczego człowiek musi robić to, czego nie chce?

- Robiąc to, czego nie chce, człowiek może doczekać czasu, kiedy będzie mógł robić to, co chce.

- A kiedy przyjdzie ten czas, Alinko?

- To długa droga, Olgierdzie. Ciężka i mozolna. A ty nie jesteś przecież geniuszem.