Psychobzdury. Jak mity popularnej psychologii mieszają nam w głowach - Briers Stephen - ebook

Psychobzdury. Jak mity popularnej psychologii mieszają nam w głowach ebook

Briers Stephen

0,0
26,00 zł

lub
Opis

Żyjemy w epoce zadziwiającego rozkwitu popularnej psychologii. „Każdego dnia docierają do nas miriady informacji dających nam do zrozumienia, że szczęśliwsze, bogatsze i bardziej udane życie jest tuż za rogiem. Kwitnie wart wiele milionów dolarów przemysł stadionowych guru, bestsellerów, czasopism i poradników motywacyjnych mówiących nam, jak być bardziej szczęśliwymi, szczuplejszymi, bogatszymi i w ogóle lepszymi ludźmi”.

Autor tej książki postanowił rozprawić się z kreowanymi przez ową branżę popularnymi mitami na temat szczęścia i samodoskonalenia oraz oferowanymi przez nią fałszywymi nadziejami. Wiele tych rzekomych mądrości, jak się okazuje, nie tylko nie przynosi obiecywanych dobrodziejstw, ale w niektórych sytuacjach po prostu nam szkodzi.

Książka ta jest zachętą do samodzielnego myślenia o własnym życiu. Można też w niej znaleźć sugestię, że nie wszystko musimy w sobie zmieniać, naprawiać, doskonalić – czasem lepiej zostać takim, jakim się jest.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 361

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



WARSZAWA 2021

Tytuł oryginału:

Psychobabble: Exploding the Myths of the Self-Help Generation

Copyright © Pearson Education Limited 2012

Polish Language Translation Copyright © 2019 by Linia sp. z o.o.

This translation of Psychobabble is published by arrangement with Pearson Education Limited.

Tłumaczenie: Robert Pucek

Redakcja:Krzysztof Środa

Korekta:Beata Wydrych

Okładka: Darek Pepłoński

Skład: Maga Siarkiewicz

Linia sp. z o.o.

www.wydawnictwolinia.pl

Seria: Biała Plama

ISBN (e-book): 978-83-63000-71-4

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Podziękowania

Za wytrwałość i wsparcie dziękuję mojej drogiej żonie i anielsko cierpliwym synom. Obiecuję, że w najbliższym czasie nic już nie będę pisał. Dziękuję również zespołowi wydawnictwa Pearson, a zwłaszcza Paulowi Eastowi i Elie Williams za ich ciężką pracę za kulisami. Ta książka wiele zawdzięcza naukowcom, blogerom i dziennikarzom, którzy dostarczyli mi mnóstwo stymulującego materiału, a także Drew i Natalie Dee, twórczyniom Married to the Sea. Ich genialne historyjki rysunkowe rozśmieszały mnie do łez podczas szczególnie wyczerpującego etapu pracy nad książką. Przede wszystkim jednak chciałbym podziękować znakomitej redaktorce Rachel Stock, która zrobiła redakcję, będąc praktycznie na urlopie. Nie jestem pewien, czy rozsądnie jest piłować gałąź, na której się siedzi (albo pomagać komuś, kto to robi), ale ty bezinteresownie mi pomogłaś i jestem ci szczerze wdzięczny. Nie sposób wreszcie nie wspomnieć o wkładzie mojej wiernej suczki Loli, która nie odstępowała mnie na krok przez cały ten czas, chociaż podejrzewam, że jej oddanie mogło mieć coś wspólnego ze stojącym na moim biurku pojemnikiem na herbatniki i milczeniem w kwestii włażenia na kanapę. Mam jej tylko jedno do powiedzenia: ZŁAŹ!

Ludzie chętnie wierzą w to, czego pragną.

Juliusz Cezar

Wierzę w otwarty umysł, ale nie aż tak otwarty,

żeby wylatywał mózg.

Arthur Hays Sulzberger

Człowiek jest tym, w co wierzy.

Antoni Czechow

Wprowadzenie – co właściwie jest nie tak z popularną psychologią?

Żyjemy w epoce samodoskonalenia. Każdego dnia docierają do nas miriady informacji – czasami subtelnych, czasami mniej subtelnych – dających nam do zrozumienia, że szczęśliwsze, bogatsze i bardziej udane życie jest tuż za rogiem. Zważywszy, że większość z nas ma zabezpieczone bezpośrednie potrzeby – ma co jeść i gdzie spać – cywilizacja zachodnia skupia teraz swoją uwagę na tym, jak to wszystko ulepszyć. To z kolei zrodziło wart wiele milionów dolarów przemysł stadionowych guru, bestsellerów, czasopism i stron internetowych mówiących nam, jak być bardziej szczęśliwymi, szczuplejszymi, bogatszymi i w ogóle lepszymi ludźmi. Czy jednak kultura psychologii motywacyjnej naprawdę nam pomaga? Czy też jedynie kreuje oczekiwania, których nikt nie może spełnić? Czy oświeca nas jakoś przygodne psychologizowanie życia codziennego, czy też kręcimy właśnie bat na własną skórę?

Z tymi właśnie pytaniami wszyscy musimy się zmierzyć. Ta książka zaprasza do zatrzymania się na chwilę, zastanowienia i być może do wyplenienia niektórych co bardziej podstępnych współczesnych mitów, które zakorzeniły się w naszej kolektywnej duszy. Nie próbuję psuć innym humoru ani się wywyższać. W pełni zdaję sobie sprawę, że wielu pracowników kwitnącej branży psychologii motywacyjnej to ludzie szczerzy, mający dobre intencje i autentycznie chcący się podzielić z innymi swoją mądrością i doświadczeniem. Większość z nich nie jest szarlatanami nastawionymi na szybki zarobek kosztem naszej łatwowierności. Niektórzy są całkiem dobrze poinformowani i posiadają kompetencję do udzielania rad – tacy ludzie absolutnie zasługują na to, żeby ich wysłuchać. Jednak, chociaż to może zabrzmieć jak zrzędliwa tyrada, postanowiłem zabrać głos, ponieważ jestem coraz bardziej zaniepokojony, że w naszym społeczeństwie dzieje się coś istotnego, a my wciąż naiwnie tego nie dostrzegamy.

Zbyt łatwo byłoby odrzucić świat popularnej psychologii jako zabawną rozrywkę, szybką lekturę na pokładzie samolotu lub nawet przyjemną eskapistyczną fantazję na temat życia wymyślonego na nowo i odmienionego. Być może na tej drodze można nawet usłyszeć kilka użytecznych rad lub trafnych spostrzeżeń. Cóż to szkodzi? W końcu nikt nie traktuje tych rzeczy tak do końca poważnie, prawda? Rzecz w tym, że w głębi duszy wielu z nas bierze to właśnie serio. Coraz większa liczba ludzi poszukuje w literaturze motywacyjnej odpowiedzi na poważne życiowe pytania, na które odpowiedzieć trzeba. Zdumiewający rozrost tej branży w ostatnim stuleciu jest świadectwem nie tylko utraty poczucia bezpieczeństwa i narastającej niepewności, ale również ukrytego psychologizowania naszej kultury jako pewnej całości.

Poglądy i wartości kojarzone z psychologią popularną przeniknęły tak głęboko do naszej kultury, że większość z nich bierzemy za dobrą monetę. Nawet dla tych z nas, którzy uważają siebie za całkiem rozumnych, stanowią one część owej struktury założeń, która tworzy niewidzialne rusztowanie dla sposobu, w jaki podchodzimy do życia. Kształtują naszą ocenę innych ludzi i nas samych. Subtelnie nadają ton codziennemu doświadczeniu, podsuwając program mający silny wpływ na decyzje i wybory, których dokonujemy jako jednostki i jako społeczeństwo. Niepokojące jest to, że nigdy nie próbujemy sprawdzić tych reguł lub zapytać, czy możemy sobie pozwolić na podążanie w kierunku, w którym nas prowadzą. Chociaż może nam się wydawać, że psychologia popularna trzyma przed nami lustro, które pozwala nam zrozumieć samych siebie, jest to również krzywe zwierciadło, które przerabia nas wedle własnego uznania. W Samolubnym genie Richard Dawkins zapoznał nas z memem zdefiniowanym jako pogląd, zachowanie lub styl, które przechodzą z osoby na osobę w ramach pewnej kultury. Dzięki potężnej maszynie przemysłu psychologii motywacyjnej jej memy replikują się tak skutecznie, że stały się integralną częścią struktury naszego życia i myślenia.

Weźmy na przykład popularność konkursów młodych talentów, takich jak X Factor. Ten format wymaga, żeby uczestnik przeszedł coś w rodzaju osobistej transformacji. Motywacje uczestników malowane są zwykle w bardzo emocjonalnych barwach, sugerujących jakieś pseudopsychologiczne powody, dla których zdecydowali się wziąć udział w programie. Zadaniem zaproszonej publiczności jest wyrażanie aprobaty (i głosowanie), kiedy uczestnicy „rozwijają się” jako artyści i ludzie w trakcie kolejnych tygodni. Shania ma naturalny talent, ale „musi po prostu bardziej uwierzyć w siebie”. Ricky mógłby być artystą na poziomie światowym, ale powinien nawiązać kontakt z tym, kim naprawdę jest w środku, aby dać prawdziwie „autentyczne” wykonanie. A Cassie będzie wspaniała, jeżeli tylko uda się jej wreszcie uwolnić od emocjonalnych demonów z przeszłości.

Mentorzy, których asertywne slogany wywołałyby rumieńce mówców motywacyjnych, takich jak Tony Robbins, sugerują uczestnikom, żeby zmienili swoje życie, stając się kowalami własnego losu. Jeżeli uwierzą naprawdę mocno, w 110 procentach skoncentrują się na swoich celach i „dadzą z siebie wszystko”, to wtedy być może ten nieosiągalny kontrakt na wydanie albumu będzie ich. Jednak przez cały czas pseudopsychologiczna mądrość takich programów szepcze nam do ucha, że prawdziwą nagrodą, jak można tu wygrać, nie jest kontrakt na wydanie albumu, ale osobiste spełnienie, które czeka na każdego, kto okaże się dość dzielny, żeby spróbować „żyć swoimi marzeniami”.

Można zlekceważyć to wszystko jako dobre storytelling w wykonaniu komercyjnej firmy, ale cele tego formatu są również pewną wskazówką, jak bardzo stopiły się ze sobą psychologia popularna i popkultura. Psychobzdura – czy nam się to podoba, czy nie – to język, którym wszyscy płynnie się posługujemy, a fragmenty tych programów, nadawanych w soboty w najlepszym czasie antenowym, są jakby żywcem przeniesione ze stron niezliczonych podręczników motywacyjnych zalegających na półkach waszej lokalnej księgarni, nie mówiąc już o milionach płyt CD i szkoleń, które kupujemy co roku.

Najbardziej wzięte książki o samopomocy mają duży zasięg. Autentyczny klasyk Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi sprzedał się podobno w piętnastu milionach egzemplarzy na całym świecie, podobnie jak Ja jestem OK – ty jesteś OK. Z koleiMożesz uzdrowić swoje życie autorstwa Louise Hay sprzedało się w trzydziestu milionach, a Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus orazBalsam dla duszy – w ponad pięćdziesięciu milionach egzemplarzy każda. To wielkie liczby w świecie wydawniczym. Jeżeli czytacie to, to niemal z pewnością słyszeliście o tych książkach i prawdopodobnie macie niezłe wyobrażenie o tym, co zawierają. Ale jeśli nawet nie, to i tak wywarły one na was wpływ.

Pastor kongregacjonalistów Edwin Paxton Hood pewnego razu ostrzegł swych wiernych: „Uważajcie, jakie książki czytacie i w jakim towarzystwie przebywacie, ponieważ zarówno te pierwsze, jak i to drugie wpłyną na wasze nawyki i charaktery”. Być może powinniśmy wziąć sobie tę radę do serca. Wartości i zainteresowania psychologii popularnej już głęboko wpływają na naturę snutych przez nas opowieści o tym, kim jesteśmy i kim możemy się stać. Musimy zadać sobie pytanie, czy kiedy chłodnym okiem spojrzymy na rezultaty, spodoba nam się to, co zobaczymy?

Upraszczanie

Jedną z największych zalet handlowych dobrego podręcznika motywacyjnego jest bałamutna obietnica, że wydobędzie on z potencjalnie złożonej sytuacji lub życiowego wyzwania łatwostrawną i dającą się kontrolować formę. Byłoby wspaniale, gdyby było to możliwe choćby w niewielkim stopniu. Jak być może zauważyliście, żyjąc na tym świecie, ludzie są dość skomplikowani, podobnie jak środowisko społeczne, w którym się poruszają. Nawet najprostsze działania angażują niezliczoną liczbę czynników. Jak pokazuje nowa gałąź nauki zwana teorią chaosu, nawet niewielkie odchylenia w warunkach początkowych mogą prowadzić do oszałamiającej różnorodności końcowych stadiów – w rzeczy samej tak wielkiej, że przewidywanie staje się praktycznie niemożliwe, nawet w zamkniętym modelu deterministycznym.

Zasada oszczędności myślenia zwana brzytwą Ockhama, wedle której lepsze jest proste wyjaśnienie (bądź teoria) niż złożone – jest całkiem w porządku. Gdy jednak nasze rozumienie świata staje się coraz bardziej wyrafinowane, jesteśmy zmuszeni uznać, że nawet najbardziej ekonomiczne wyjaśnienia, jakie mamy do dyspozycji, niekoniecznie muszą być proste. Okazuje się, że Oskar Wilde miał rację, gdy pisał, iż „prawda rzadko jest czysta i nigdy prosta”. Na przykład w tajemniczym świecie fizyki cząstek elementarnych teoria superstrun pozostaje najbardziej obiecującym kandydatem do miana teorii wszystkiego. Jest to Święty Graal współczesnej fizyki, teoretyczna rama, która w końcu pozwoli fizykom pojednać ze sobą niespokojnych współtowarzyszy, czyli fizykę kwantową i ogólną teorię względności. Jednak, jak w Pięknie wszechświata pisze Brian Greene, chociaż teoria wygląda na solidną, obliczenia matematyczne z nią związane są tak skomplikowane, że najlepsi matematycy na świecie starają się obecnie o to, żeby te wysoce zawiłe obliczenia trzymały się kupy.

Zrozumienie, w jaki sposób zachowuje się bezwładna materia, jest wystarczająco trudne, ale kiedy próbujemy zrozumieć siebie samych, stajemy w obliczu prawdziwego wyzwania. Jak wyjaśnia David Rogers: „Najbardziej skomplikowane obliczenia zostały przeprowadzone w ciągu kilku ostatnich miliardów lat na skalę planetarną – te obliczenia to ewolucja życia na ziemi. Ich potęgę ilustruje złożoność i piękno jej szczytowego osiągnięcia, czyli ludzkiego umysłu”. Jeżeli, jak chce Rogers, siedzimy na wierzchołku pewnej hipotetycznej piramidy złożoności, szanse, że kiedykolwiek zrozumiemy siebie dogłębnie, są raczej nikłe. W końcu nie jest tak, że każdy ludzki mózg jest taki sam lub nawet, że ma takie same oprogramowanie. Ponadto powiedziałbym, że szanse, iż jakiś znaczący aspekt naszych złożonych, wielowymiarowych i wysoce specyficznych żywotów (a już zwłaszcza te mętne, niewyjaśnione obszary, które nazywamy „problemami”) da się kiedykolwiek opisać za pomocą pary prostych reguł, pięciu kluczowych zasad bądź siedmiu nawyków skutecznego działania, są praktycznie bliskie zeru.

A jednak to właśnie proponuje nam na ogół literatura motywacyjna. Jej autorzy i wydawcy nawet się tym chwalą. Weźmy na przykład Normana Vincenta Peale’a, ojca myślenia pozytywnego, który strofuje nas za „zmaganie się z zawiłościami i unikanie prostoty”. Byłoby pięknie, gdyby życie było proste, ale jeżeli mapy, których używamy do podróżowania, nie są wystarczająco szczegółowe i nie opisują właściwie terenu, który przemierzamy, nie dziwmy się, gdy zbłądzimy. Amerykański wydawca i publicysta społeczny H.L. Mencken wskazał niebezpieczeństwa tkwiące w samej naturze nadmiernego upraszczania, żartując z sarkazmem, że „dla każdego problemu istnieje rozwiązanie, które jest proste, zręczne i błędne”. Słuchajcie, słuchajcie, autorzy psychologii popularnej! Subtelne zawirowania umysłu i serca nie są jakimś garnkiem bulionu, który da się zredukować do zagęszczonej esencji – chyba że chcemy, by w ustach pozostał nam gorzki smak.

Jak na ironię, apetyt na te absurdalnie uproszczone modele naszego współczesnego skomplikowanego życia wciąż rośnie, ponieważ coraz trudniej nam to życie pojąć. Poruszamy się nieustannie między różnymi kontekstami. Na zmianę odgrywamy rolę rodzica, partnera, kolegi, przyjaciela, opiekuna, lidera, członka społeczności, że wymienię tylko kilka. Szalony rozrost technologii sprawia, że jesteśmy dzisiaj bombardowani coraz większą ilością informacji i coraz bardziej sprzecznymi oczekiwaniami wobec naszej uwagi niż kiedykolwiek wcześniej. Toniemy w morzu wyborów.

Potrzeba uporządkowania tego chaotycznego strumienia doświadczeń, narzucenia jakiegoś porządku temu niesfornemu chaosowi jest zatem powszechna i niecierpiąca zwłoki. Wszyscy potrzebujemy pojęć, które pozwolą nam podzielić rzeczywistość na dające się kontrolować części i narzucić naszemu doświadczeniu jakiś model rozumienia i przewidywalności. Musimy jednak wybrać te właściwe. Jak zauważył mitolog Joseph Campbell (jak na ironię, to właśnie Campbellowi zawdzięczamy podstawową maksymę samopomocy „Podążaj za swoim szczęściem”), każde społeczeństwo potrzebuje mitów, aby ustabilizować zdradliwy wir rzeczywistości. We współczesnym świecie najbardziej wzięte poradniki niemal z pewnością wypełniają lukę, jaka powstała po odpływie wiary religijnej.

Jednak główną wadą świata psychobzdury jest to, że oferowane przez nią kategorie są zwykle o niebo mniej wyrafinowane i elastyczne niż przeciętny znak zodiaku. Tak bardzo pragniemy porządku, że radośnie akceptujemy dwuwymiarowe kategorie, które sprawiają, że próbujemy wciskać okrągłe kołki w kwadratowe otwory. Skwapliwie przywiązujemy się do tych cech naszych partnerów, które dowodzą, że są oni rzeczywiście z Marsa lub Wenus bądź skądkolwiek, jednocześnie lekceważąc te aspekty ich zachowania, które nie zgadzają się ze stereotypem. Jesteś ekstrawertykiem czy introwertykiem, osobą myślącą czy czującą, typem A czy B, rodzicem pobłażliwym czy apodyktycznym? Iluż z nas wypełniało ankiety osobowościowe, które wymagały wybierania jednej z alternatywnych odpowiedzi, myśląc przy tym, że „przecież czasami jestem taki, a innym razem raczej taki”? W nowym wspaniałym świecie psychobzdury nie ma zbyt wiele miejsca na taki brak wyrazistości i ambiwalencję.

Roszcząc sobie pretensje do edukowania nas i oświecania, psychobzdura nieprzerwanie nas ogłupia. Zamiast zajmować się wyjątkami i sprzecznościami (a tak właśnie zwykle postępuje prawdziwa nauka), zadawalamy się ograniczoną wizją rzeczywistości, bo tak czujemy się bezpieczniej. Jak ostrzegał George Orwell w powieści Rok 1984, nadmiernie sztywne systemy myślenia, czyli „uproszczone kody” są najlepszym sposobem do zamknięcia nowych możliwości myślenia i samoświadomości. Tymczasem – o ironio! – branża oferująca pomoc w rozwoju i badaniu ludzkiego potencjału w rzeczywistości proponuje tak ograniczony zasób pojęć, że skutecznie ogranicza możliwości samopoznania i wyrażania naszej indywidualności. Posługując się psychobzdurą zbyt biegle, ryzykujemy utratę zdolności do nawiązywania lub utrzymywania kontaktu z tym, co czyni każde życie wyjątkowym.

Dlaczego jeszcze nie czujemy się lepiej?

Jak zauważa Mencken, kłopot z nadmiernie prostymi rozwiązaniami polega na tym, że one nie bardzo się sprawdzają w realnym świecie. Chociaż psychologiczne mitologie mogą dostarczać nam na krótką metę emocjonalnego poczucia bezpieczeństwa, to jako rekomendowane w wielu poradnikach metody wprowadzania w naszym życiu długotrwałej zmiany, prawdopodobnie okażą się nieskuteczne. Życie ilu z was zmieniło się za sprawą tego, co przeczytaliście lub usłyszeliście? W pewnym momencie można poczuć inspirację, ale czy jesteście teraz szczuplejsi, atrakcyjniejsi, bogatsi, bardziej pewni siebie, czy osiągacie więcej sukcesów niż wcześniej, zanim jeszcze wydaliście ciężko zarobione pieniądze na najnowszy poradnik lub kurs, który miał zrewolucjonizować wasze życie?

Nie twierdzę, że wszystkie poradniki psychologicznej samopomocy to strata czasu – myślę, że niektóre z nich są naprawdę przydatne – ale doświadczenie podpowiada mi, że ich długoterminowy wpływ jest wprost proporcjonalny do stopnia, w jakim ich zalecenia oparte są na poprawnie przeprowadzonych badaniach. Nauka z pewnością nie jest wolna od niedoskonałości, a eksperymenty są o tyle dobre, o ile zostały dobrze zaprojektowane, ale jeżeli chcemy się dowiedzieć czegoś o świecie, badanie naukowe jest prawdopodobnie najlepszym sposobem postępowania.

Psychologia zawsze stanowiła szczególne wyzwanie dla nauki, a to dlatego, że zajmuje się takimi nieobliczalnymi pojęciami jak znaczenie i wartość, a także łatwiej dostrzegalnymi aktywnościami jak ludzkie zachowania i funkcjonowanie mózgu. Oficjalna psychologia jest ledwie niemowlęciem pośród nauk – nie minęło jeszcze nawet sto pięćdziesiąt lat od chwili, gdy Wilhelm Wundt założył swoje laboratorium w Lipsku, aby metodycznie badać ludzką świadomość. Trudno się zatem dziwić, że wciąż nie wiemy zbyt wiele o tajemniczej pracy umysłu – a nawet wiemy zacznie mniej niż próbują nas przekonać psychologia i psychiatria stosowana. To, co wiemy, dotyczy głównie obszarów aktywności psychicznej najbardziej dostępnych badaniu i obserwacji – pamięci, percepcji i rozumowania. Gdy tylko zabieramy się za rzeczy, które absorbują nas każdego dnia (jak postępować w związku, jak awansować w pracy, jak radzić sobie z różnymi nastrojami, wychowaniem dzieci i tak dalej), coraz głębiej zapuszczamy się w las spekulacji. Musimy również pamiętać, że to życie społeczne konstruuje wiele kluczowych aspektów naszego życia osobistego. Są to sprawy związane z preferencjami i wartościami społecznymi, z przyjętym sposobem postępowania raczej, niż z tym, co może być zapisane w naszym DNA. Jeżeli chodzi o sam umysł, czasami pojawiają się pytania, na które nie ma ani dobrych, ani złych odpowiedzi. Tym niemniej coraz lepiej idzie nam badanie i mierzenie tego, co ludzie uważają za korzystne dla siebie, oraz tego, co rzeczywiście poprawia jakość ich życia.

Czyż wszystkie podręczniki samopomocy nie powinny zawierać ostrzeżenia ministra zdrowia i opieki społecznej o szkodliwości produktu?

W tej sytuacji nie powinniśmy się być zaskoczeni, odkrywając, że udzielane w dobrej wierze rady niekoniecznie prowadzą do zmian, które obiecują. Rzecz w tym, że często proponowane w nich metody nie sprawdzają się po prostu dlatego, że nie ma najmniejszego powodu (poza długotrwałym efektem placebo), dla którego miałyby się sprawdzać. W świecie literatury motywacyjnej, gdzie bardzo często przekonanie zastępuje rozsądne dowody, rzadko mamy do czynienia z kontrolą jakości. Tymczasem Thomas Huxley wygłosił kiedyś opinię, że „największym grzechem przeciw umysłowi ludzkiemu jest wiara niepoparta żadnymi dowodami”. Jeżeli się nie myli, to półka z popularnymi poradnikami psychologicznymi w waszej lokalnej księgarni jest istną jaskinią bezeceństw.

Możemy oburzać się na praktyki medyczne minionego czasu, kiedy to wiercenie dziur w ludzkich czaszkach uchodziło za najlepszy sposób na wyganianie demonów, stawianie baniek na przywracanie równowagi humorów, a nacieranie skóry ofiary przepołowionym szczenięciem uważano za lek na dżumę dymieniczą. Jednak, chociaż dzisiejsze lekarstwa na psychiczne i emocjonalne dolegliwości nie są tak radykalne, dużo naszych kuracji i teorii psychologicznych może się pochwalić niewiele lepszymi naukowymi referencjami.

Być może chodzi o to, że psychologia „popularna”, pragnąc pozostać dostępna dla szerokiej publiczności, musi się ograniczyć do idei, które nie tylko zawładną publiczną wyobraźnią, ale również nie obciążą nadmiernie publicznej zdolności pojmowania. Techniczna strona metodologii badań, tajemnice regresji wielokrotnej i podwójnej ślepej próby, trudności z oceną znaczenia wyników, które mogą być różne w kolejnych badaniach – wszystko to jest mało pociągające. Mało tego, bo przecież nawet twój najlepszy wynik jest jedynie tymczasowy i prawdopodobny – jest kolejną prowizoryczną hipotezą, czekającą na odrzucenie. Skłonni jesteśmy chyba wybaczać sobie pragnienie szybkiego przejścia do puenty, niezależnie od tego jak mylna, budząca zastrzeżenia i bezowocna może się ona okazać.

Niebezpieczeństwo polega na tym, że w konsekwencji autorom psychologii popularnej jest bardzo łatwo zamazywać granice między opinią, ideologią i faktami. Coraz większą popularnością wśród autorów poradników cieszy się wyliczanie badań naukowych dla poparcia przedstawionych opinii i poglądów. Chociaż owe wyniki owych badań mogą wyglądać i brzmieć naukowo, to ponieważ psychologia popularna jest raczej „nauką niskokaloryczną”, nieczęsto ocenia się wartość cytowanych badań i rzadko uwzględnia sprzeczne z nimi wyniki.

Wkrótce po wojnie na wyspach Melanezji na południowo-zachodnim Pacyfiku antropologowie zaczęli obserwować dziwne zwyczaje rdzennych wyspiarzy. W Papui Nowej Gwinei na przykład widziano tubylców zbierających się w lesie wokół nieporadnie skonstruowanego modelu samolotu, stojącego na czymś w rodzaju lądowiska, i wpatrujących się w niebo z nadzieją, że coś dobrego z niego spadnie. Owi wyspiarze byli wyznawcami tak zwanego kultu cargo, jednego z religijnych kultów, w ramach których społeczeństwa gorzej rozwinięte technologicznie włączały towary i procesy bardziej „zaawansowanych” uprzemysłowionych kultur do swoich rytuałów i wierzeń religijnych. Plemiona owe naśladowały procedury i procesy kojarzone z dobroczynną technologią, zupełnie nie rozumiejąc przy tym funkcji imitowanych zachowań.

To właśnie w nawiązaniu do tych praktyk fizyk i noblista Richard Feynman, wygłaszając mowę w Kalifornijskim Instytucie Technologii, ostrzegał w 1974 roku przed niebezpieczeństwami „nauki kultu cargo” – innymi słowy przed postępowaniem, które z zewnątrz wygląda na naukowe, w rzeczywistości jednak nie stosuje się do rygorystycznych reguł metodologicznych. Wydaje mi się, że popularna psychologia jest szczególnie narażona na taki zarzut, zważywszy, że teorie i reguły naukowe są tu często przekręcane w taki sposób, by służyły celom i pasowały do systemów wartości rozmaitych guru od samodoskonalenia. Powiem to wprost: jeżeli będę musiał przeczytać jeszcze jedną niejasną aluzję do zasady nieokreśloności Heisenberga, która będzie miała uzasadniać ideę, że umysł może bezpośrednio wpływać na wydarzenia w świecie materialnym, to nie odpowiadam za siebie...

Zważywszy, jak trudno nam dowiedzieć się o nas samych czegokolwiek, zadanie psychologii wydaje się na tyle ambitne, że nie powinniśmy budować naszego domu na piasku. Jest wiele sposobów poznawania świata, a nauka jest tylko jednym z nich. Kiedy jednak mamy ustalić, co sprawdzi się w realnym świecie, trudno z nią wygrać. Psychobzdura może brzmieć całkiem racjonalnie, ale często jest to w takim samym stopniu dyskurs zabobonu co sensu. Kreuje on nierealistyczne oczekiwania i w końcu prowadzi do zawodu i rozczarowania. Życie jest wystarczająco trudne bez uganiania się za obietnicami bez pokrycia, oszukiwania się i oczekiwania na niemożliwe. Powinniśmy raczej systematycznie sprawdzać, co jest dostępne i co nam to może dać, zamiast chwytać się fałszywej nadziei tylko dlatego, że chwilowo łagodzi ona nasze cierpienie.

Tu chodzi o ciebie!

W żaden sposób nie pomagamy sobie, myląc teorie z faktami lub myślenie życzeniowe z rzeczywistością. Tym niemniej najbardziej istotne zastrzeżenia wobec świata popularnej psychologii budzą nie tyle jej pretensje do prawdziwości, co jej moralność. Psychobzdura zdaje się dogadzać niektórym najbardziej bezwstydnym aspektom nas samych, a przynajmniej tym najbardziej niedojrzałym. Zdziecinniały jest nie tylko jej światopogląd, preferujący uproszczone, czarno-białe rozwiązania skomplikowanych problemów, ale także jej główne wartości. Chodzi o to, że większość poradników skupia się na całkowicie podstawowych dążeniach: nie chcę cierpieć; daj mi to, czego chcę; spraw, abym był bardziej potężny. Chociaż w tych instynktach nie ma nic złego, zaryzykowałbym sugestię, że nie da się z nich uczynić manifestu człowieka dojrzałego.

Podczas gdy Kopernik wygnał ziemię z pępka kosmosu, psychobzdura umieszcza w nim na powrót każdego z nas. Podsuwa nam narzędzia do odpicowania naszego życia i przeredagowania biografii na bardziej przyjemną opowieść na tej samej zasadzie, na jakiej możemy pójść na siłownię i poprawić muskulaturę naszego ciała. Zachęca nas, żebyśmy się stali skupionymi na sobie narcyzami, wiecznymi nastolatkami, dla których świat poza nimi ledwie istnieje. Skoro, jak utrzymuje konwencjonalna mądrość terapeutyczna, musimy „najpierw nauczyć się kochać siebie samych”, to czyż można się dziwić, że nie zawsze zdajemy sobie sprawę z istnienia innych ludzi wokół nas? Na rynku jest mnóstwo tytułów tłumaczących, jak rozwinąć zdolności towarzyskie, żeby przyciągać przyjaciół lub wpływać na ludzi, a jednocześnie brak analogicznych książek, które uczyłyby, jak być dobrym przyjacielem lub rozwinąć umiejętności i postawy, za sprawą których moglibyśmy stać się większymi altruistami lub lepiej służyć naszym społecznościom. Koncentrując wiecznie uwagę na naszym osobistym rozwoju i dowartościowaniu oraz na nieustannym podnoszeniu jakości własnego życia, jesteśmy skazani na wieczną niedojrzałość egocentryzmu.

Chociaż psychobzdura podsyca dominującą w naszym społeczeństwie postawę roszczeniową, to jednocześnie wywiera na nas coraz większą presję. Zachęca nas, abyśmy aspirowali do nierealistycznych standardów, twierdząc na przykład, że szczęście jest normalnym stanem ludzkiej egzystencji. W rezultacie, jeżeli jesteś nieszczęśliwy, nieśmiały lub zalękniony, masz poczucie, że coś z tobą jest nie tak i należy to możliwie jak najszybciej naprawić. Nie ma tu wiele miejsca na refleksję, że być może doznania te są w pełni zasadne, zwyczajne lub że mogą nauczyć nas czegoś istotnego. I tak całkiem normalne aspekty codziennego życia w końcu uznajemy za patologię.

Dział z literaturą motywacyjną w twojej lokalnej księgarni to w rzeczywistości Karta Praw w przebraniu – i to taka, która bardzo wysoko stawia poprzeczkę. Nie zapominaj, że zasługujesz na to, by być szczęśliwy, spełniony i kochany – podobnie jak wszyscy inni. W końcu jesteś tego wart! Gdy takie wiadomości w sposób mniej lub bardziej subtelny docierają do nas każdego dnia, trudno się dziwić, że ludzie czują się wściekli lub zawstydzeni, że ich życie nie jest wystarczająco dobre, lub temu, że ze wszystkich sił próbują to naprawić.

Zasadniczym imperatywem dużej części psychologii popularnej jest konieczność nieustannej zmiany. Ucząc nas organizowania naszego doświadczenia wyłącznie w kategoriach problemów (lub „wyzwań”) i rozwiązań, przemysł samopomocowy zamyka nas w nigdy nie przestającym się obracać kołowrotku. Nie ma znaczenia, że mógłbyś odpocząć, że na dziś sprawy mają się całkiem dobrze, a jeżeli nawet nie mają się najlepiej, to może lepiej to wytrzymać i przeczekać, niż naprawiać. Izraelski polityk Shimon Peres wygłosił kiedyś głęboką prawdę (chociaż podejrzewam, że miał wówczas na myśli problemy Bliskiego Wschodu – jeśli tak, to w zależności od swoich politycznych przekonań, można na to spojrzeć jako na coś w rodzaju wymówki), a mianowicie: „Jeżeli jakiś problem nie ma rozwiązania, to może nie jest to problem, ale fakt – coś, czego nie da się rozwiązać, ale z czym trzeba będzie sobie poradzić”. Psychologii popularnej takie podejście jest obce. Zamiast tego żeruje ona na naszym niezadowoleniu z samych siebie i naszej doli. Według niej wszystko da się ulepszyć, więcej – owo ulepszanie jest naszym obowiązkiem.

Ten zestaw zadań wywiera ogromną presję na każdego normalnego, niedoskonałego człowieka. Pamiętam, jak pewnego słonecznego popołudnia poczułem się nagle przytłoczony, przeglądając dział poradników motywacyjnych w pobliskiej księgarni. Tak wiele było do zrobienia, tak wiele obszarów mojego życia najwyraźniej wymagało pilnej uwagi. Jeżeli miałem obudzić w sobie olbrzyma, zapoznać się z regułami życia, stać się wysoce wydajny, schudnąć czterdzieści funtów i opowiedzieć się za pewniejszą siebie, szczęśliwszą, asertywną, kreatywną, skupioną, wymowną i zdecydowaną wersją siebie samego, powinienem chyba rzucić pracę. Skąd miałem wziąć czas na to wszystko? A może potrzebowałem poradnika, który nauczyłby mnie szybkiego czytania lub zaoferował bezcenne wskazówki, jak bardziej efektywnie zarządzać czasem? Przeglądając te książki, poczułem się jak ogrodnik, który wraca po długich wakacjach i odkrywa, że jego działka zarosła chwastami.

Wszyscy lubimy udawać, że wiemy, o co chodzi, że jako ludzie obyci w świecie jesteśmy odporni na pretensjonalne tezy popularnej psychologii, ale gdy nadejdzie styczeń, wielu z nas będzie się przemykało z ostatnim modnym poradnikiem dietetycznym dla niepoznaki ukrytym w torbie. Kłopot w tym, że w ludzkiej naturze leży przechodzenie od nęcącej myśli, że możemy być lepsi, do dręczącego przekonania, że powinniśmy być lepsi. Wszystkie książki, po które sięgamy, aby czuć się dobrze z samymi sobą, łatwo mogą sprawić, że poczujemy się gorzej. Niewiele trzeba, żeby coś poszło nie tak. Musimy wymazać z pamięci słabość i wrażliwość – tylko nieskazitelna, czyli poprawiona wersja nas samych jest do zaakceptowania. Samodoskonalenie się jest obowiązkiem. Nawet się nie waż być kimś mniej niż Możliwie Najlepszym Sobą! Nic dziwnego, że czujemy się zmęczeni. Być może nadszedł czas, byśmy przestali pozwalać tyranizować się tym, którzy mówią, że próbują nam pomóc.

Przyznam otwarcie, że zamierzam szukać źdźbła w oku bliźniego. Jako praktykujący psycholog kliniczny jestem opłacanym członkiem przemysłu zmiany, boleśnie świadomym, że przez lata moi klienci wysłuchiwali nieustającego potoku psychobzdury wydobywającego się z moich własnych ust. Jeszcze gorzej – sam pisałem poradniki. Chociaż żywię nadzieję, że nie są one najgorszymi przykładami tego rodzaju literatury, jestem pewien, że nadużyłem zaufania nauki i prawdopodobnie zrobię to ponownie w tej książce, więc lepiej zachowajcie przytomność umysłu.

Narażam się na zarzut hipokryzji, ponieważ naprawdę wierzę, że sprawa jest poważna. Jestem coraz bardziej zmęczony niektórymi bzdurami, które wykłada się w imieniu psychologii oraz subtelnym, choć niebezpiecznym wpływem, jaki wywierają one na nas i naszą kulturę. Już czas, żebyśmy wszyscy zajęli bardziej zdecydowane i krytyczne stanowisko wobec tego całego biznesu. Z całą pewnością w społeczeństwie jest miejsce dla różnych mitów i osobiście jestem przekonany, że czasami są one najodpowiedniejszym środkiem przekazywania głębokich prawd. Nazywajmy jednak rzeczy po imieniu – psychobzdura nie jest językiem jakiejś bogatej tradycji mitologicznej, która mogłaby nas zjednoczyć w enklawie wspólnej świętej historii. Jest to raczej leniwa pseudonauka, której należy się bardzo dobrze przyjrzeć, abyśmy mogli zobaczyć, co jest w niej prawdziwe, solidne i potencjalnie użyteczne, a co jest tylko mydleniem oczu.

W kulturze, która zbyt mocno zakochała się w głosach ekspertów, łatwo jest poddać się ich apodyktycznym werdyktom i nie zastanawiać się nad tym, co słyszymy. Być może nie wiemy jeszcze wystarczająco dużo na temat ludzkiego umysłu, ale ponieważ każdy z nas nim dysponuje, to prawdopodobnie powinniśmy go używać – to jedna z głównych przesłanek tej książki. Najsławniejszy urzędnik patentowy, Albert Einstein, przypominał nam, „żebyśmy nigdy nie przestawali pytać”, ale to może być trudne, kiedy wciąż słyszymy dokładnie to, co strasznie chcielibyśmy usłyszeć. Tak czy inaczej, już czas by być wobec siebie stanowczym, odzyskać choćby część odpowiedzialności za własne życie i odzwyczaić się od łatwych panaceów, które tak ochoczo podsuwa nam świat psychobzdury.

Mam nadzieję, że to nie brzmi jak jedna z tych przemądrzałych książek typu „Wszystko, co się wam wydaje, to nieprawda”. Nie próbuję się spierać dla samego spierania. Nie twierdzę nawet, że wyrażone tu poglądy są z całą pewnością słuszne. Mam jedynie nadzieję, że pobudzą was one do myślenia na własną rękę i dadzą wiarę w siebie niezbędną do samodzielnego wyciągania wniosków. Jeżeli się ze mną nie zgodzicie, nie ma sprawy. Jak do publiczności komediowego show zwykła zwracać się pani Merton, cudownie zagrana przez Caroline Ahearne: „A teraz gorąco podyskutujmy...”.

W medycynie mówi się czasami o jatrogenii, co jest dość wyszukaną nazwą tych niefortunnych przypadków, w których interwencja lekarza przebiegła tak nieszczęśliwie, że stan pacjenta się pogorszył. Podejrzewam mocno, że coś podobnego może się dziać w przypadku popularnej psychologii. Czy pod koniec tej książki zgodzicie się ze mną, czy nie, mam nadzieję, że jej treść będzie zajmującym materiałem do rozmyślań, złagodzi ciężkie brzemię nierealistycznych oczekiwań i odwiedzie was od przyjmowania mądrości naszych czasów za pewnik.

Jak działa indeks?

Tam, gdzie w tekście wspomniane są jakieś badania, cytaty lub źródła, należy odnaleźć numer strony w indeksie, a wtedy znajdziemy odpowiedni fragment głównego tekstu, tym razem kursywą, i krótki opis źródła – np. Rogers (1990). To pozwoli nam znaleźć pełny opis danej pozycji w Bibliografii.

Indeks został zrobiony w ten sposób, żeby nie zaśmiecać głównego teksu numeracją, a jednocześnie umożliwić czytelnikowi zlokalizowanie omawianych źródeł łatwiej, niż gdyby były one umieszczone na końcu każdego rozdziału. Zerknijcie na sekcję referencji, a przekonacie się, że system jest dość oczywisty i zrozumiały.

Mit 1Źródłem wszystkich twoich problemówjest niskie poczucie własnej wartości

„Wysokie poczucie własnej wartości nie jest dobrem luksusowym”, podkreśla Jack Canfield, autor Balsamu dla duszy, klasycznej pozycji popularnej psychologii, „To rzecz niezbędna dla każdego, kto chce dokonać czegoś istotnego”. Dzisiaj Canfield wygłasza kazania dla nawróconych. Wykaz osobistych i społecznych szkód, za które obarcza się odpowiedzialnością niskie poczucie własnej wartości, jest dość obszerny. W ostatnich latach licha samoocena była wskazywana jako jedna z przyczyn agresji, słabych wyników w szkole i w pracy, ciąży nastolatek i otyłości – właściwie niemal wszystkich niepożądanych lub patologicznych zachowań, jakie mogą nam przyjść do głowy.

Podczas terapii zarówno pacjenci, jak i terapeuci zakładają dzisiaj z góry, że u podstaw problemów wielu osób leży właśnie niskie poczucie wartości. Powszechnie akceptowane modele teoretyczne przekonują, że nawet pacjenci narcystyczni, określani jako tacy z powodu niesamowicie zawyżonego i pretensjonalnego mniemania o sobie samych, jedynie przesadzają w kompensowaniu sobie wewnętrznego braku poczucia własnej wartości. We wszystkich szkołach psychoterapii poprawę samooceny uważa się za miarę terapeutycznych postępów. W końcu wszyscy mamy prawo być z siebie zadowoleni, czyż nie?

Ryzykując ukamienowanie na miejskim rynku, chciałbym zapytać, czy rzeczywiście zawsze przysługuje nam takie prawo. Wiem, że to zabrzmi brutalnie, ale moim zdaniem, jeżeli wasza opinia o sobie samych jest tak boleśnie niska, to może powinniście się zastanowić, dlaczego tak jest. A także, czy da się coś zrobić, żeby zmienić ten stan rzeczy. Ironiczna uwaga Jane Haddam, amerykańskiej autorki powieści kryminalnych, zawiera głęboką mądrość: „Za moich czasów nie mieliśmy poczucia wartości, mieliśmy za to szacunek dla samych siebie – i nie był on większy niż ten, na który zasługiwaliśmy”. Czyżby zatem optymalne poczucie własnej wartości stało się jeszcze jednym konstruktem w tym chaotycznym panteonie psychologicznych „praw”, które przysługują nam automatycznie, niezależnie od naszych działań i wyborów?

Mówiąc to, w pełni uznaję nieznośnie trudne położenie wielu ludzi, którzy za sprawą obojętnego lub sadystycznego traktowania zostali przekonani, że są bezwartościowi. Jeżeli w ciągu waszego życia znęcano się nad wami lub was poniżano, istnieje duże niebezpieczeństwo, że z tych doświadczeń wyciągnęliście fałszywe wnioski na swój temat: „Ludzie źle mnie traktują i mówią, że jestem nikim, a zatem to prawda”. Takie okoliczności mogą poważnie zaburzyć wyobrażenie o samym sobie i zachwiać wiarą we własne siły. Do tego rodzaju interpretacji szczególnie skłonne są dzieci, a odkrycie, jak trudno pomóc takim osobom w zrozumieniu, że wszelkie „zło” związane z tą sytuacją należy przypisać raczej tym, którzy je krzywdzili, a nie sobie samym, rozdziera serce terapeuty.

Rzecz jednak w tym, że liczba ludzi, którzy uważają, iż cierpią z powodu niskiego poczucia własnej wartości, dalece przewyższa liczbę tych, którzy mieli takie doświadczenia. Trudno zatem uwolnić się od dokuczliwego podejrzenia, że w naszej kulturze niskie poczucie własnej wartości zbyt często traktuje się jako usprawiedliwienie dla bierności i niechęci wobec zmian lub nawet jako sposób wzbudzania współczucia. Tymczasem osoby, o które tu chodzi, zrobiłyby dużo lepiej, uwzględniając fakt, że nasze emocje (zwłaszcza te negatywne) są często wezwaniem mobilizującym do działania. Odwaga, wytrwałość i umiejętność przepraszania w odpowiednim momencie są dużo lepszym antidotum na niskie poczucie własnej wartości niż nie kończące się akty autoafirmacji lub liczne, a niezasłużone pochwały.

We współczesnym świecie niskie poczucie własnej wartości rzadko uważane jest za cnotę.

Z pewnością jednak możemy się zgodzić, że, niezależnie od tego, skąd się ono bierze, warto mieć wysokie poczucie własnej wartości, czyż nie? Cóż, wiele zależy od tego, co jesteśmy gotowi dla niego poświęcić. Chociaż istnieją dowody, że zwiększone poczucie wartości poprawia nasze samopoczucie – podobnie jak romantyczna miłość może nas zaślepiać lub przynajmniej sprawiać, że stajemy się krótkowzroczni – to granica oddzielająca wysokie poczucie wartości (rzekomo dobre) od narcyzmu (bez wątpienia złego) jest bardzo cienka, nie mówiąc już o tym, że ludzie o wysokim poczuciu wartości dość często padają ofiarą syndromu nowych szat cesarza.

W różnych badaniach osoby osiągające wyniki świadczące o wysokim poczuciu własnej wartości konsekwentnie oceniają siebie jako bardziej atrakcyjne, lubiane, wyrobione towarzysko i inteligentniejsze niż średnia. Jednak inni niekoniecznie podzielają ich zdanie. Owej wysokiej samooceny nie potwierdzają niezależne opinie rówieśników ani obiektywne badania ich cech i uzdolnień. Innymi słowy (wiem, że to szokująca wiadomość) sama wiara w coś niekoniecznie sprawia, że to coś staje się prawdą. Nauka podpowiada nam, że jeśli nasza samoocena jest dość wysoka, możemy czuć się świetnie, ale najprawdopodobniej za sprawą pewnego rodzaju urojenia.

Analizując dowody dotyczące korzyści z poczucia własnej wartości, musimy również uważać, by nie odwracać kota ogonem. Istnieje i owszem rozsądna korelacja między wysoką samooceną a dobrymi wynikami w nauce. Jednak nie znaczy to, że dobra samoocena zawsze zrobi z ciebie lepszego ucznia. Być może osiągający najlepsze wyniki w nauce są zadowoleni z siebie właśnie dlatego, że je osiągają, a nie na odwrót. Nie ulega wątpliwości, że liczne i pełne dobrych chęci inicjatywy, które próbowały poprawić wyniki dzieci w nauce, koncentrując się na poczuciu wartości słabszych uczniów, jak do tej pory nie przyniosły niestety oczekiwanych rezultatów.

Prosty wniosek z najbardziej obszernego i obiektywnego przeglądu literatury na temat poczucia własnej wartości, jaki dotąd przeprowadzono, jest taki, że powinniśmy być wyjątkowo ostrożni z przyznawaniem samoocenie zbyt dużej mocy sprawczej. Na przekór powszechnemu przekonaniu badania wykazują, że większość łobuzów nie cierpi w sekrecie z powodu niskiego poczucia własnej wartości – jest raczej dokładnie odwrotnie. Dan Olweus, który poświęcił wiele lat na badanie znęcania się nad słabszymi dziećmi w Norwegii, twierdzi, że nie znalazł żadnych dowodów wskazujących na to, że łobuzujący chłopcy z placów zabaw są jakoś szczególnie trwożliwi czy niepewni siebie. W artykule zatytułowanym Violent Pride Roy Baumeister opisuje eksperymenty, które pokazały, że w sytuacji zagrożenia agresywnie reagują właśnie najbardziej egoistyczne jednostki, a nie ci o niskim poczuciu własnej wartości. Wyjaśnia to następująco:

Decydujący wpływ na nasze myślenie miało rzucające się w oczy wysokie mniemanie o sobie charakteryzujące jednostki prominentne i agresywne. Saddam Hussein nie był raczej człowiekiem skromnym, ostrożnym i pełnym wątpliwości. Egzaltację Adolfa Hitlera „rasą panów” trudno uznać za slogan niskiego poczucia własnej wartości. Te przykłady pokazują raczej, że to wysokie, a nie niskie poczucie własnej wartości, jest istotną przyczyną agresji.

Ocena poczucia własnej wartości nie decyduje o jakości związków z innymi ludźmi ani o ich trwałości. Wysokie poczucie własnej wartości niekoniecznie powstrzyma twoje dzieci od palenia, picia, zażywania narkotyków lub wczesnych kontaktów seksualnych. Podczas wykonywania zadań w warunkach laboratoryjnych ludzie o wysokim poczuciu własnej wartości nie wypadają wcale lepiej niż ich umniejszający siebie towarzysze, mimo że zakładają, że tak będzie. Również udział, jaki niskie poczucie własnej wartości ma w działalności przestępczej, okazuje się bez znaczenia, gdy tylko zaczynamy uwzględniać inne czynniki. Na podstawie twardych dowodów, jakie zgromadziliśmy, można śmiało stwierdzić, że jest wysoce nieprawdopodobne, by inicjatywy mające na celu podniesienie poziomu samooceny w populacji mogły stać się lekiem na całe społeczne zło. Wygląda na to, że roczny budżet w wysokości 245 tysięcy dolarów, jakim od 1986 roku dysponuje Task Force on Self-esteem and Personal and Social Responsibility (Zespół zadaniowy ds. poczucia własnej wartości i osobistej oraz społecznej odpowiedzialności) stanu Kalifornia, można by spożytkować dużo lepiej na jakieś inne potrzeby.

Podczas gdy autorka bestsellerów Louise Hay zapewnia nas, że „jeżeli naprawdę kochamy siebie, wszystko w naszym życiu zaczyna się układać”, warto pamiętać, że niemal wszystkie wielkie tradycje religijne i moralne, jakie znamy z historii, do każdego znaczniejszego stopnia miłości własnej podchodziły z dużą nieufnością. Święty Augustyn, na przykład, zajmuje niemal diametralnie różne stanowisko od pani Hay:

Chcesz zbudować wysokie domy? Myśl o podstawie, którą jest pokora. Budowla, którą chcesz wznieść, musi być bardziej solidna, musi posiadać głębsze fundamenty.

Z kolei Budda ostrzega nas, że „miłość własna zawsze pełza niczym wąż, gotowa ukąsić każdego, kto się na nią natknie”. To co dzisiaj uchodzi za cnotę, którą należy pielęgnować, w minionych wiekach traktowane było jako grzech lub wada, które należy odrzucić. Jednak i współcześnie podobne zaniepokojenie wyraża profesor psychologii Jean Twenge, która obawia się, że narcyzm i nieznośny poziom roszczeniowości szybko stają się destrukcyjną normą kulturową na Zachodzie.

Twenge i profesor Keith Campbell, współautor ich książki, są również sceptyczni w stosunku rozpowszechnionego przekonania, że narcyzm jest w rzeczywistości strategią kompensacyjną wypracowywaną przez ludzi, którzy nie są z siebie zadowoleni. Profesorowie utrzymują, że owo przekonanie ma realne konsekwencje dla sposobu, w jaki reagujemy na zjawisko, które nazywają „epidemią narcyzmu” i które obecnie, jak się obawiają, rozlewa się na całą Amerykę:

W wielu przypadkach proponowanym lekiem na zachowanie narcystyczne jest „zadowolenie z siebie”. Zgodnie z tą teorią czternastoletnia Megan nie zamieszczałaby swoich zdjęć na MySpace, gdyby miała wyższe poczucie własnej wartości. W tej sytuacji jej rodzice podwajają wysiłki, zapewniając Megan, że jest wyjątkowa, piękna i wspaniała. To trochę tak, jak gdyby zakładać, że osoba otyła poczuje się dużo lepiej, jeśli tylko będzie jadła więcej pączków.

Umiejętność akceptacji samego siebie bez upiększeń, z pewną dozą współczucia, jest z psychologicznego punktu widzenia zdrowa, ale to nie tu większość guru od poczucia własnej wartości zawiesza poprzeczkę. Inspirujący autor Alan Cohen powiada tak: „Czyż nie byłoby wspaniale zakochać się w sobie samym tak bardzo, że zrobiłbyś wszystko, gdybyś tylko wiedział, że to właśnie uczyni cię szczęśliwym?”. Mocne, ale czy wskazane? Nie jestem przekonany. Brzmi tak, jakby ten stopień miłości własnej był zdolny usprawiedliwić zachowania wyjątkowo samolubne i bezwzględne.

Kultywowanie przeświadczenia, że jesteśmy najbardziej zachwycającymi facetami i dziewczynami, którzy zasługują tylko na to, co życie ma najlepszego do zaoferowania, może być kuszące, ale nie odzwierciedla raczej rzeczywistej sytuacji. Wszyscy coś partaczymy, kompromitujemy się i robimy nieskończenie wiele głupich rzeczy, których potem żałujemy. To właśnie znaczy być człowiekiem. Niezadowolenie z siebie jest często sposobem, w jaki życie informuje nas, że moglibyśmy zrobić coś lepiej. W wywiadzie dla „O Magazine” artysta komediowy Jay Leno powiedział mniej więcej to samo: „Odrobina niskiego poczucia własnej wartości w rzeczywistości jest bardzo dobra. Być może nie jesteś najlepszy, więc powinieneś pracować nieco ciężej”. Jestem zdania, że jeżeli życie nie nauczyło cię odrobiny pokory, zanim osiągnąłeś dojrzałość, to prawdopodobnie byłeś nie dość uważny. Albo musisz być trochę nie z tego świata i potrzebujesz popełnić jeszcze więcej błędów.

Możliwe, że naszym największym błędem jest przekonanie, że poczucie własnej wartości jest czymś, co musimy mieć, zanim jeszcze zdołaliśmy osiągnąć coś pożytecznego bądź wartościowego – czymś w rodzaju zbiornika paliwa, który musi być ciągle pełny, jeżeli mamy mieć jakąkolwiek szansę na osiągnięcie celu podróży. Czyż jednak owo poczucie nie byłoby bardziej przydatne jako wyznacznik naszych postępów, jako podstawowe, ciągle bijące źródło informacji zwrotnych na temat słuszności naszych wyborów i zasadności naszych działań? To nie powinna być stała, trwała właściwość jakiejś osoby, niczym kolor oczu lub odciski palców. Gdyby było czymś takim, to w rzeczywistości byłoby nam o wiele mniej przydatne.

Obrona pewnych wartości, dobrze wykonana praca, zdobyte umiejętności czy pokonane przeszkody – to wszystko powinniśmy traktować jako właściwą podstawę dla zadowolenia i słuszne uzasadnienie dla pewnej miary osobistej dumy. Jednak oczekiwanie, że ludzie będą z siebie zadowoleni, nie włożywszy w to uprzednio żadnego wysiłku – rozwiązanie promowane przez psychobzdurę – przypomina wręczanie medali przed rozpoczęciem zawodów. Jest pozbawione sensu. Popularna psychologia nie wyświadcza nam wielu przysług, choć udaje, że jest inaczej.

Mit 2Uwolnij swoje uczucia!

Gdybyśmy mieli wskazać najbardziej znaczące zmiany, jakie zaszły w naszym społeczeństwie na przestrzeni ostatnich pięćdziesięciu lat, już na samym początku należałoby wspomnieć o radykalnie zmienionym stanowisku wobec wyrażania uczuć. Do lat sześćdziesiątych owiana złą sławą brytyjska umiejętność kontrolowania emocji była powszechnie uznawana za cnotę, dzisiaj jednak ich tłumienie uważa się raczej za przyczynę wielu psychologicznych i fizycznych problemów.

Rosnącą jednomyślność co do tego, że tłumienie uczuć jest czymś złym, wzmacniają historie miłosne rozgrywające się w telewizyjnych programach „na żywo”, gdzie występują postacie, których urok dla publiczności leży nie tylko w ich mocno przerysowanych osobowościach, ale również w braku jakichkolwiek widocznych emocjonalnych filtrów. Jade Goody, która niestety zmarła w 2009 roku, to przykład klasyczny. Jej totalna przejrzystość emocjonalna w domu Big Brothera zapewniła jej status celebrytki. Każda przelotna emocja, niezależnie od swej intensywności, była podkreślana tak, żeby wszyscy mogli ją dostrzec. Chociaż Jade Goody bywała obiektem kpin z powodu kiepskiego ogólnego wykształcenia („Czy Grecja ma swój własny księżyc?”) oraz dość malowniczych przejęzyczeń („Próbowali zrobić ze mnie kozła bezpieczeństwa”), stała się postacią o statusie kultowego bohatera. Wszyscy się zgadzali, że mimo ewidentnych braków w edukacji Jade, jej bezprzykładna emocjonalna bezpośredniość i ekspresyjność jest zachwycająca, a to sprawia, że warto ją oglądać. Coś, co wcześniejsze pokolenia uznałyby za dziecinadę bądź niezdyscyplinowanie, było postrzegane jako coś pozytywnego – i właśnie sprawiało, że Jade była „autentyczna”, była kimś, kto zawsze jest w pełni sobą. Sława Jade Goody była wytworem kultury, która panowanie nad emocjami uznaje za zaparcie się samego siebie, chyba najbardziej obrzydliwy ze współczesnych grzechów.

A jednak historia Jade Goody jest również przestrogą dla wszystkich zwolenników uzewnętrzniania uczuć. Greckie prawosławie ma powiedzenie, że „największe cnoty rzucają najdłuższy cień”. W końcu to właśnie brak opanowania doprowadził Jade do upadku. Jej nieumiejętność „ugryzienia się czasem w język” i powściągnięcia wybuchów frustracji i urazy wobec bollyłódzkiej aktorki Shilpy Shetty w późniejszych seriach Big Brothera wzbudziły międzynarodowe oburzenie i protesty. Owe bezpośrednio wyrażane emocje Jade przybrały kształt niekontrolowanego potoku zniewag o podłożu rasowym, chociaż sama Goody zawsze zaprzeczała, że etniczne pochodzenie Shetty było przyczyną tych uczuć. Jednak nagła przemiana Jade Goody, do której doszło podczas Celebrity Big Brother w 2007 roku, z popularnej ludowej bohaterki w osobę cieszącą się złą sławą, powinna być ostrzeżeniem przed zagrożeniami związanymi z tak swobodnym i naturalnym wyrażaniem emocji.

Jak to się stało, że zostaliśmy przekonani, iż przez cały czas powinniśmy nosić nasze wnętrza na zewnątrz? Nie pierwszy raz oskarżycielski palec wskazuje doktora Freuda, którego hydrauliczny model umysłu został pomyślany jako zamknięty układ sił i ciśnień. W tym modelu wyparte emocje są przyczyną niebezpiecznych wzrostów ciśnienia, które tworzą szczeliny i pęknięcia między różnymi warstwami duszy, a następnie ujawniają się w formie objawów neurotycznych. Zaproponowana przez Freuda metoda leczenia rozmową miała na celu osiągnięcie katharsis, czyli uwolnienie się od ukrytych emocjonalnych blokad dzięki uświadomieniu sobie tłumionych konfliktów. To właśnie Freudowi zawdzięczmy takie frazy jak „spuścić parę”. Uwzględniając zręczność tego rodzaju analogii, łatwo zrozumieć, dlaczego tłumienie emocji wydawało się tak niefortunnym pomysłem.

Od czasu, gdy zaczęliśmy lepiej rozumieć związki między zdrowiem fizycznym a emocjonalnym, a zwłaszcza wpływ chronicznego stresu na układ odpornościowy, pojawia się coraz więcej wyników badań wskazujących, że wypieranie emocji może rzeczywiście być dość niebezpieczne. Doktor George Solomon z Uniwersytetu Kalifornijskiego jest jednym z wielu naukowców powołujących się na przekonujące badania, z których wynika, że ludzie tłumiący uczucia są bardziej narażeni na reumatoidalne zapalenie stawów, zakażenia i niektóre typy nowotworów.

Mimo to nie jest to takie oczywiste. Jak bowiem wyjaśnimy fakt, że Japończycy żyjący w kulturze zdecydowanie kolektywistycznej, zachęcającej do tłumienia niektórych emocji, są jedynym z najzdrowszych pod względem fizycznym narodów na świecie? W Japonii istnieje istotne rozróżnienie między hon-ne, co w przybliżeniu znaczy „szczere uczucie”, a tatemae, co znaczy „uprzejma twarz”. Pewien japoński bloger, zastanawiając się nad pochodzeniem tego rozróżnienia, spekuluje, że w kraju, którego siedemdziesiąt procent powierzchni pokrywają góry, rolnicy musieli współpracować, aby wyprodukować wystarczającą ilość pożywienia z bardzo ograniczonego obszaru urodzajnych gleb. Mocna autoekspresja lub pewność siebie byłyby kontrproduktywne w stosunku do celu, jakim było przetrwanie. Jednak pomimo owej nieufności wobec nierozważnych demonstracji emocjonalnych, obywatele Japonii według Światowej Organizacji Zdrowia dożywają, w dobrym zdrowiu, średnio siedemdziesięciu pięciu lat. Możliwe, że w grę wchodzą tu również jakieś inne czynniki, ale warto się zastanowić, jak ta sytuacja ma się do obserwowanej na Zachodzie korelacji między tłumieniem emocji a chorobami ogólnoustrojowymi.

Jednak także tutaj, w świecie zachodnim, pojawiają się świadectwa, że swobodne uzewnętrznianie uczuć niekoniecznie jest najlepszą strategią dla każdego. Po tragicznym zniszczeniu World Trade Centre 11 września 2001 roku zespół badaczy z University of Buffalo w jednym dniu wysłał mejle do ponad dwóch tysięcy osób, prosząc je o podzielenie się na piśmie swoimi przemyśleniami na temat tego smutnego wydarzenia. Odpowiedź przysłało trzy czwarte badanych, podczas gdy inni zignorowali tę prośbę. Przez dwa następne lata zespół z Buffalo regularnie kontaktował się z ludźmi z wybranej próby, przyglądając się im pod kątem oznak zaburzeń emocjonalnych i problemów natury fizycznej. To, co ustalono, okazało się niezgodne z tym, czego skłonni bylibyśmy oczekiwać. Ci, którzy nie odpowiedzieli na prośbę o podzielenie się swoimi uczuciami, mieli się lepiej niż ci, którzy swoje emocje spisali. Mało tego – ci, którzy napisali najwięcej, okazali się najbardziej podatni na zaburzenia zdrowia psychicznego i fizycznego.