Psy Europy - Alhierd Bacharewicz - ebook + książka

Psy Europy ebook

Alhierd Bacharewicz

0,0
69,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

„Chuligańska, bezczelna, namiętna”. Zakazana na Białorusi powieść jednego z najbardziej cenionych współczesnych pisarzy białoruskojęzycznych.

Alhierd Bacharewicz, urodzony w Mińsku w 1975 roku, szybko zdobył status jednego z najciekawszych twórców języka białoruskiego. Pod koniec 2020 roku, po udziale w masowych protestach i opublikowaniu eseju o białoruskim faszyzmie, wyemigrował z kraju, mieszkał w Austrii i Szwajcarii, a następnie osiadł w Berlinie. W 2022 książki Bacharewicza zostały uznane w Białorusi za ekstremistyczne i zakazane, a nakład Psów Europy zniszczono. Opus magnum pisarza zdążyło jednak zdobyć pozycję powieści kultowej.

Psy Europy łączy konwencje kryminału, baśni, powieści realistycznej, dystopii oraz paraboli. Bacharewicz operuje specyficznym humorem, przewrotnością i umiejętnością portretowania zwykłych ludzi. Punktem wyjścia jest stworzenie balbuty – sztucznego języka, będącego formą papierowej wolności, gdyż tej realnej nie ma.

W 2025 roku Psy Europy uhonorowanoLipską Nagrodą Książkową na rzecz Porozumienia Europejskiego.

„Chuligańska, bezczelna, namiętna” – „Nowaja Gazieta”

„Niezwykle komiczna a zarazem głęboko melancholijna” – „Frankfurter Allgemeine Zeitung”

„Monumentalna powieść, w której mroczne demony europejskiej przeszłości ponownie potrząsają swoimi łańcuchami…” – „The New York Review of Books”

„Dystopijny thriller polityczny, jedno z najważniejszych dzieł, jakie kiedykolwiek opublikowano na Białorusi” – „The Guardian”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 974

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Сабакі Эўропы (Sabaki Europy)

Opieka redakcyjna: ANDRZEJ STAŃCZYK

Redakcja: WOJCIECH ADAMSKI

Korekta: JOLANTA STAL, JAN STRZAŁKA, MARIA WOLAŃCZYK

Projekt okładki: © Thom Balmer / Guerillagrafik

Opracowanie typograficzne, łamanie: ANNA PAPIERNIK

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Alhierd Bacharewicz © Copyright for the Polish translation by Joanna Bernatowicz © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2026

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-09402-0

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).

Dla J.

In the nightmare of the dark

All the dogs of Europe bark,

And the living nations wait,

Each sequestered in its hate;

Słuch w koszmarze mroku tropi

Ujadanie psów Europy;

Śpią narody – ludzie zbici

W stada mocą nienawiści;

Intellectual disgrace

Stares from every human face,

And the seas of pity lie

Locked and frozen in each eye.

Hańba intelektu razi

W rysach każdej ludzkiej twarzy,

Każda z źrenic ma u spodu

Litość – pod pokrywą lodu.

Follow, poet, follow right

To the bottom of the night...

Zamiast drżeć, odwracać oczy,

Zstąp, poeto, do dna nocy.

W. H. Auden, In Memory of W. B. Yeats

W. H. Auden, Pamięci W. B. Yeatsa,tłum. S. Barańczak

I

LŻEJSIOD PAPIERU

1

Ależ mi zbrzydł ten język, ta mowa białoruska! Kto by pomyślał, że pisanie o tym sprawi mi taką przyjemność. Obmierzła mi. Znużyła mnie totalnie.

Znużenie.

Nuda.

Zbrzydła mi. A kysz, mowo, a kysz. Dość już sobie poużywałaś. Pożytku z ciebie żadnego: ani na tobie nie zarobisz, ani tobą nie zabijesz, ani się nie zabawisz, a zapomnieć ciebie nie sposób. Niczym obca kobieta w przydworcowej mgle, wykradająca pozostawione na chwilę dzieci, pojawiłaś się znikąd któregoś dnia, wzięłaś mnie za rękę i zaprowadziłaś prosto w zatłoczone, obskurne przejście podziemne, między wyblakłe szyldy, zziębnięte gołębie i sprzedawców totolotka – a ja wciąż oglądałem się za siebie, na pozostawione walizki: szczelnie wypełnione przyszłością, porządne, lecz już niczyje. Rozdzieliłaś mnie z rodziną, kazałaś wyobrazić sobie jakiś naród, niewidzialny, nieuchwytny, nieistniejący. Lata mijały, a my chodziliśmy razem po świecie, nocowaliśmy w dziwnych miejscach, po jakichś zabitych dechami wioskach, bibliotekach, zrujnowanych pałacach, w podrzędnych motelach – byle gdzie; kupowałaś mi najtańsze, badziewne zabawki, karmiłaś, kiedy zaś wyrosłem, uczyłaś mówić cicho, a myśleć szybko, za dnia kazałaś mi żebrać na klęczkach, a nocą obiecywałaś królestwo, i proszę, gdzie w końcu przez ciebie wylądowałem –

w tej ciemnej

jakby wymiętej

wynajętej

kawalerce,

w budynku z tablicą ku czci

w mieście M.

w czasach wszechogarniającego mroku.

Wasza rosyjska mowa też mi totalnie obrzydła. Nikt się nie domyśla, jak bardzo jej nie znoszę. Cokolwiek powiesz, każde słowo w tym języku, wszystko już było, wszystko odbija się tysiącem idiotycznych ech i dawno ostygłych liter. Gotowe konstrukcje, żeliwne formy, mowa-rura, ułożona w poprzek naszych żywotów. Wiecznie roszczeniowa. Jeszcze w brzuchu mamy, gdy byłem luźnym zlepkiem komórek – już się dobijała, czytała mi bajki z morałem, dusiła maską na twarzy, zarażała strachem. Mowa, która zawsze przychodzi jak na kontrolę, język, który zawsze rości sobie prawo. A kysz, ruszczyzno, idź sobie, blaszana mowo roboli i korpusów paziów, języku wielkiej, oślizłej literatury, głosie milionów małych i zapiekłych w swych maciupkich gniewach ludzi.

A angielski? Też mam go dosyć. To, co nazywacie angielską mową, to jedynie rozdęte, niczym nowotwór, gumowe serce, które z wysiłkiem przepompowuje każdego dnia miliardy słów, martwe serce, nad którym ktoś zawiesił lampę, jarzącą się zimnym, luminescencyjnym światłem. Fastfoodowa mowa na sterydach i tłuszczach trans, wszędzie zostawiająca plamy, jakby świat był tylko kupką serwetek na cudzym stole. A jaka to wazeliniara! Mnóstwo ludzi sądzi, że zna angielski, i myśli, że to wystarczy do szczęścia. Naiwni kretyni. Jak wiele moglibyśmy powiedzieć, gdybyśmy zrezygnowali z tego waszego ingliszu, gdybyśmy powiedzieli raz na zawsze swoje „nie” tej orgii nieporozumienia.

Hiszpański? Astmatyczny kaszel mordercy, pierwszego z brzegu czcigodnego monstrum Che. Śmiech rzeźnika torreadora. Niemiecki? Cierpki jak rzodkiew, wyśnił sobie kiedyś własny geniusz i wielkość, a teraz wije się jak piskorz, by wszystkim udowodnić, że niczym się nie wyróżnia. Francuski? Z zewnątrz niedołupana skorupka pisma, a w środku nieudolny filozoficzny żargon. Polski? Pycha drugorzędnych poetów, a od niej słowa aż syczą i skwierczą jak kiełbaski na patelni.

– Co pan tam tak ciągle pisze? – facet podnosi oczy znad telefonu. Fotel aż skrzypi pod ciężarem jego niezadowolenia.

– Piszę – usprawiedliwiam się niemrawo, zasłaniając ręką szare arkusze.

– Pi-pi-szę – przedrzeźnia mnie – trzy kartki już. Proszę mi to dać.

Zdecydowanym ruchem wyciąga arkusze spod moich rąk. Twarz mu się wykrzywia, jakby miał się za chwilę rozpłakać.

– Co to jest? Pytam się, co to jest? Do jasnej cholery, co to ma być? Za co mnie to spotyka? Może pan głuchy jesteś? Albo chory? Jakie było polecenie? Proszę napisać, w jakich okolicznościach zawarł pan znajomość z... A pan co mi tu wypisuje za bzdury? „A kysz, a kysz”, jakieś kiełbaski, ruszczyzna... Nic, cholera, z tego nie rozumiem, bez sensu!

– Dawno nie pisałem odręcznie...

Z rozkoszą zgniata kartki. Robi mi się żal zapisanego papieru, nawet bardziej niż siebie. Lubię papier. Papier ma na mnie kojący wpływ. Jest mi duszno, straszno i śmieszno jednocześnie. On rzuca kulkę z papieru gdzieś hen za moje plecy – ale mimo wszystko wzdrygam się i uchylam, jakby celował prosto w twarz.

– Odręcznie, odręcznie nie pisał! Co do tego mają ręce, co mają nogi! Nie na temat! Temat, jasne? Pytam o fakty. A tu jakieś bzdety. Powiedziałem panu wyraźnie, po rosyjsku...

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki