Przysięga. Grzechy mafii - Magdalena Winnicka - ebook
NOWOŚĆ

Przysięga. Grzechy mafii ebook

Magdalena Winnicka

4,7

251 osób interesuje się tą książką

Opis

Felicja odzyskuje pamięć, a wraz z nią chce odzyskać męża. Okazuje się jednak, że współorganizacja jego ucieczki z więzienia to za mało; Alex jest przekonany, że wolność zawdzięcza Michaelowi. Znika bez śladu, ale Felicja nie daje za wygraną. Wie, że nosi jego dziecko, wie, że pragnie tylko jego, że nie chce spędzić życia z nikim innym. Przez chwilę wydaje się, że już wszystko będzie dobrze, że wiadomość o ciąży Felicjii da Alexowi szczęście i spokój, którego w głębi duszy pragnie, ale do głosu dochodzą demony przeszłości i to, co mogło być cudowną rodzinną sielanką zamienia się w koszmar przepełniony pożądaniem, niezrealizowanymi pragnieniami i zdruzgotanymi nadziejami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 300

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (933 oceny)
719
151
50
11
2
Sortuj według:
Natalia1392

Nie oderwiesz się od lektury

Dziękuję za tą książkę ,za całą serię ,za powiew świeżości . Trzecia część wciągnęła od pierwszej strony podobnie jak pierwszy i drugi tom.
20
Zulax3

Nie oderwiesz się od lektury

Spędziłam cała noc na czytaniu bo nie mogłam się oderwać od tej części tak jak od dwóch wcześniejszych.
20
izunia08111986

Nie oderwiesz się od lektury

Wow...ale sie dzialo...super seria...goraco polecam
20
xxweronikaxx

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja, cała seria godna polecenia - najsłabsza moim zdaniem 2 cześć.
10
agnexs

Dobrze spędzony czas

Najlepsza z wszystkich 3 części. Mam wrażenie, że pisana przez kogoś innego niż poprzednie :-)
00

Popularność




Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Beata Kostrzewska

Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Dorota Piekarska, Barbara Milanowska (Lingventa)

Zdjęcia na okładce:

© Shooting Star Studio/Shutterstock

© G-Stock Studio/Shutterstock

© by Magdalena Winnicka

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2021

ISBN 978-83-287-1697-1

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2021

fragment

Tym,którzy jednak nie chcieli sobie sami dopowiadać zakończenia :)

Prolog 

Stałam przed wielkim gmachem zakładu karnego. Respekt, pokora i lęk przed nieznanym – te uczucia przeważały teraz w moim ciele. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale miałam świadomość, że to nie zabawa. Nie tracąc czasu, nacisnęłam na przycisk dzwonka. Żelazne drzwi otworzyły się przede mną tak szybko, że nie zdążyłam się mentalnie przygotować. Spanikowałam odrobinę, widząc mężczyznę w szarym mundurze.

– Felicja Morina do Alexandra Moriny – zaawizowałam się.

– Pani Morina – przywitał mnie z szacunkiem, zapraszając do środka. Przedsionek, w którym się znalazłam, wyglądał jak strefa odpraw na lotnisku, z tym że był dużo mniejszy. – Mamy procedury, muszę panią przeszukać – dodał, jakby się przede mną tłumaczył. Ulżyło mi. Alexander i tu zdążył się ustawić.

– Rozumiem, proszę robić, co do pana należy. – Stanęłam w wyznaczonym miejscu i rozstawiłam nogi zgodnie z namalowanymi na podłodze śladami butów.

– Proszę najpierw położyć wszystkie rzeczy na taśmie wraz z dokumentem tożsamości.

Kiedy wykonałam polecenie, strażnik kucnął i zacisnął obie dłonie na mojej lewej kostce. Zaczął sunąć w górę, aż do pachwiny, po czym wykonał przeszukanie drugiej nogi.

– Proszę wyciągnąć ręce na boki – rozkazał, wstając. Kiedy podniosłam wzrok, naprzeciwko siebie ujrzałam JEGO. Serce mi stanęło, a potem zaczęło bić w szalonym tempie. Dzieliła nas tylko bramka kontrolna. Wyglądał zabójczo… niebezpiecznie. Podwinięte rękawy pomarańczowego, więziennego stroju odsłaniały doskonale zbudowane, śniade przedramiona. Na nadgarstku dostrzegłam zegarek, który nosił, gdy się poznaliśmy. Stał jak posąg i przyglądał mi się intensywnie z grobową miną. Zatraciłam się w tych czarnych oczach. Widziałam tylko je. Nie zwracałam uwagi na strażnika, który błądził dłońmi po moim ciele.

– Wychodzisz poza kompetencje – warknął Alexander, kiedy ręce stróża prawa zbliżyły się niebezpiecznie blisko moich piersi. Mężczyzna zaraz uniósł je w geście kapitulacji i sprawdził mnie jeszcze jakimś wykrywaczem.

– Proszę przejść przez bramkę – usłyszałam w końcu magiczne słowa, równie piękne jak „a teraz możesz pocałować swoją żonę”. Pokonałam dzielący nas dystans i chciałam rzucić się Alexandrowi w ramiona, ale nie pozwolił mi na to. Okręcił mnie i uderzyłam plecami o jego klatę piersiową. Jęknęłam, czując twarde ciało. Tak bardzo tęskniłam i nieważne, że teraz mnie odpychał. Byłam przy nim, to wystarczyło.

– Czego chcesz? – warknął mi do ucha, zaciskając dłonie na moich barkach.

– Ciebie – szepnęłam. Cholera. – Ciebie. – Podniosłam pewnie głos. – Tylko ciebie, Alexander. Kocham cię. – Powoli przekręciłam się, by na niego spojrzeć. Uśmiechał się. Na swój sposób oczywiście, unosząc jedynie nieznacznie kącik ust. Patrzył na mnie z góry, jakby zastanawiał się, jak mi dogryźć, ale już wiedziałam, że jedynie chciał się droczyć. On też mnie kochał. Nie mogło być inaczej.

– Przeprosisz na kolanach i pomyślimy, co dalej…

– A co powiesz na to, że ja ci wyznam, że będziesz tatą, a ty będziesz mnie nosił na rękach? – zażartowałam, ale Alexander nie był typem dowcipnisia. Nie łapał moich żartów – albo łapał, ale dosłownie, i dlatego byłam już wysoko w jego ramionach. Ścisnął moje pośladki i mruknął z uznaniem.

– Tęskniłem jak cholera. Moje kruszynki – powiedział wprost do moich ust. Chciałam go pocałować, ale odsunął się. Rzucił mi zdziwione spojrzenie, w którym była także radość. – Nie kpij sobie ze mnie. Narozrabiałaś trochę. Nie dostaniesz tak szybko tego, po co przyszłaś. – Obniżył mnie trochę, bym mogła poczuć jego pełny wzwód. Jęknęłam, nie bacząc nawet na przechodzących obok strażników. Po chwili jednak ich widok uzmysłowił mi, gdzie się znajdowaliśmy.

– Co teraz będzie?

– Pójdziemy w bardziej ustronne miejsce, gdzie spędzisz trochę czasu na kolanach.

– Alexander – szepnęłam. – Nie wytrzymam bez ciebie.

– A czemu myślisz, że musisz?

– Podwójne morderstwo… Cieszę się, że nie masz tu źle, ale dwadzieścia pięć lat?

– Miałem inne plany. Pokrzyżowałaś je trochę. Chciałem wyjść za kilka tygodni, ale w obecnej sytuacji przyspieszę nieco ten termin. Pójdę z rozmachem i od jutra będę cały twój.

Pokonywałam na jego rękach kolejne zakręty surowych, więziennych korytarzy, które teraz nie budziły we mnie respektu czy pokory. Nie bałam się już nieznanego. Z tym człowiekiem można było wszystko bagatelizować. On bawił się prawem i przepisami. Miał swoje własne zasady, które były ponad jakimikolwiek innymi regułami. Był mężczyzną, który robił wszystko z rozmachem.

Pchnął w końcu jakieś drzwi. Dostrzegłam tylko łóżko. Nie rozglądałam się na boki, bo miałam przed sobą wszystko, na co chciałam patrzeć do końca życia. Ale opuściłam powieki, gdy tylko poczułam na ustach mokry pocałunek. W tym momencie uleciały moje wszystkie obawy i lęki. Byłam spokojna o naszą przyszłość i… podniecona. Natarczywie zaatakowałam jego język, zatopiłam obie dłonie w jego włosach… i przez chwilę dał mi prowadzić tę grę. A potem opuścił nas na łóżko i jedną ręką przytrzymał oba moje nadgarstki wysoko nad moją głową. Uśmiechnął się diabelsko, nim z dzikością zaatakował pocałunkami szyję. Pierwsze ciarki przechodziły w drugie, aż w końcu drżałam nieustannie. Czułam już przemoczoną bieliznę i nieznośne pulsowanie.

– Alexander… – wyjęczałam.

Kim jest ghostwriter?

W dosłownym tłumaczeniu to pisarz duch. Pisarz, bo napisał dany tekst. Duch, bo pozostaje incognito. Autorstwo tego tekstu przypisuje się innej osobie.

Kim była Lena W.?

Oficjalnym, acz nieprawdziwym autorem. Nie napisała ani zdania, ale wzięła na siebie autorstwo.

Kim jestem ja?

Duchem ;)

Prolog to taki tylko psikus dla niecierpliwych oczekujących happy endu, a teraz zapraszam na ostatnią część trylogii.

Magdalena Winnicka

Rozdział 1ONA

– Artur – poprawił mnie. Cudowny głos mojego męża przerodził się w obrzydliwy warkot Artura. W jednej sekundzie piękny sen prysnął jak bańka mydlana. Opanował mnie przerażający strach. Za nic nie chciałam się budzić. Z całych sił pragnęłam wrócić jeszcze choć na moment do stanu nieświadomości, ale rzeczywistość nie pozwalała na bezczynność. Czułam na sobie ciężar mężczyzny i nie był to mój mężczyzna. Otworzyłam oczy, w których natychmiast stanęły łzy. Przejście z najpiękniejszego marzenia sennego do realnego świata niczym z horroru było nad wyraz drastyczne i niehumanitarne.

– Artur – wydyszałam spanikowana. Wisiał nade mną, śmiejąc się z mojego zmieszania. Nie byłam pewna, czy to dzieje się naprawdę. Mój sen z Alexandrem był tak samo realny jak twarz Artura przy mnie. Nie zamierzałam jednak dalej ryzykować. Potrząsnęłam głową, przywołując się do porządku. – Ja pierdolę, co ty tu robisz?! Jak wszedłeś do mojego domu!? – fuknęłam wściekle.

– Tęskniłem…

– Zejdź ze mnie, do cholery!!!

– Kiedy podoba mi się tutaj i mam dla ciebie prezent.

– Artur, złaź ze mnie. Nic od ciebie nie chcę. Uważam, że wyskakując wczoraj z twojego samochodu podczas jazdy, wyraźnie dałam do zrozumienia, że nie chcę cię znać.

– Nie tak wyraźnie, jak teraz dajesz do zrozumienia, że chcesz poczuć mojego kutasa. – W tym momencie uświadomiłam sobie obecność jego ręki między moimi nogami i zrobiło mi się niedobrze. – Taka mokra…

– Spierdalaj! – wydarłam się i, zebrawszy w sobie całą siłę, zrzuciłam go z siebie. Zerwałam się z łóżka i, ciężko dysząc, patrzyłam wściekle na rozbawionego Artura leżącego na pościeli. Jak nigdy miał na sobie garnitur, który za cholerę nie pasował do jego łysej głowy. – Nie żartuję. Musisz stąd wyjść – warknęłam, pocierając, nie do końca świadomie, ramiona.

Nie odpowiadał. Przyglądał mi się jedynie badawczo, a na jego twarzy wciąż wymalowany był uśmiech. Świetnie mu poszło, jeśli chciał wyprowadzić mnie z równowagi. Zamierzałam wyjść z domu, jak stałam. Ruszyłam do drzwi sypialni. Przełknęłam głośno ślinę, gdy poczułam jego dłoń na swoim nadgarstku, ale prawdziwy strach przeszył mnie dopiero, kiedy znów znalazłam się na łóżku… pod nim. Artur chwycił moje policzki i unieruchomił mi twarz w taki sposób, bym na niego patrzyła.

– Jesteś mi coś winna, mała – wydyszał.

Jego źrenice momentalnie się rozszerzyły. Kurwa, był podniecony. Niezdrowo podniecony. Musiałam zacząć myśleć.

– Artur – powiedziałam niepewnie. – Jestem zmęczona. Cały dzień wymiotowałam. Myślę, że możemy się spotkać, kiedy wyzdrowieję.

– A więc nie chcesz mnie zarazić? – Zaśmiał się.

Zdecydowanie nie najlepiej mi poszło. Zamknęłam oczy, próbując się teraz nie łamać, a zmusić do myślenia.

– Jestem w ciąży. – Postawiłam na szczerość. – Proszę, idź. – Otworzyłam oczy, posyłając mu błagalne spojrzenie.

– Dziwka – warknął i zabrał palce z mojej twarzy.

Przez moment myślałam, że da za wygraną, ale kiedy zapiekł mnie policzek, zrozumiałam, że zaraz zostanę zgwałcona.

Rozdział 2ON

Wcześniej tego samego dnia

Starzejesz się, chłopie – myślałem sobie, przechodząc przez kolejne pomieszczenia wrocławskiego aresztu. Nie. To tylko alkohol i… kobieta. Uśpiła mnie, namieszała, ogłuszyła. Dałem się ponieść emocjom. Przestałem się kontrolować, przestałem panować nad sobą. Od akcji na Widmo często miewałem chwile słabości, podczas których pozwalałem sobie na pochopne decyzje, porywy agresji, nieprofesjonalność, nieostrożność. Mając tak wyraźne wspomnienia rozbebeszonych dziecięcych ciał, traciłem poczucie, że cokolwiek ma sens. Nie chciało mi się walczyć z wiatrakami, zarabiać milionów i robić tego wszystkiego, czym zajmowałem się wcześniej. Kryzys wieku średniego? Może. W każdym razie właśnie wtedy wpadłem.

Gdybym rozwalił po pijaku jakiś szlaban w Anglii, tamtejsza policja nawet by się nie pofatygowała, ale moja wpadka nie miała miejsca w Anglii, tylko w Polsce i była zaplanowana przez Artura… oraz moją żonę. Gdybym nie posiadał przy sobie broni, wyszedłbym jeszcze tego samego dnia, w którym mnie zawinęli. Ale miałem przy sobie spluwę.

Jeszcze zanim zamknęli mnie w pięcioosobowej celi, prokurator wystąpił o trzymiesięczne sankcje w postaci aresztu śledczego. To oznaczało zero telefonów, zero widzeń, zero możliwości jakiegokolwiek kontaktu. Chcieli mi nawet odmówić telefonu do adwokata, ale znałem prawo. Mogli mi naskoczyć. Przysługiwały mi dwa połączenia. Do adwokata i rodziny, którą był… Michael. Zleciłem mu zabicie Artura, ale przed utylizacją miał jeszcze pokazać zwłoki Felicji. Ze spokojną głową mogłem poinformować Gentiama Ramę o konieczności jego interwencji, a także o tym, by traktował Felicję jak wroga. Był przyjacielem, który od zawsze zajmował się prawnymi aspektami moich wszelakich działalności. Tych legalnych i nielegalnych. Był specem od wszystkiego. W każdym kraju zatrudniał najlepszych prawników, dlatego nie zamierzałem tu długo gościć.

„Apartament”, w którym się teraz znajdowałem, był drobną niedogodnością w porównaniu z bandą kretynów wokół…

– Ja pierdolę, nie wytrzymam dłużej – odezwał się Ukrainiec, przewracając się na swojej pryczy. W każdej celi zawsze trafia się jakaś marudna oferma. Nie mogłem go słuchać. Pieprzył takie głupoty, że jego samobójstwo było kwestią czasu. Byłem tu kilka godzin, a już zdążyłem się dowiedzieć, że przynajmniej raz w miesiącu ktoś wiesza się w nocy na prześcieradle. Był następny w kolejce.

– To się chujem pobaw – krzyknął Niemiec, wychylając się z piętrowego łóżka.

– Najlepiej moim – dodał inny z naszej obcojęzycznej celi i wszyscy zaczęli się śmiać. Oprócz mnie. Nie bawiły mnie ani ich żarty, ani syf, który robili, rzucając w siebie swoimi brudnymi szmatami.

– Kurwa, czy tylko ja pragnę, by coś się wydarzyło? Cokolwiek, nawet cieszyłbym się, gdyby mi matka kopnęła w kalendarz. Może daliby mi przepustkę na pogrzeb – jęczał znów Ukrainiec, a gdy odpalił peta, nie wytrzymałem. Przerwałem pisanie listu i wstałem.

– Nie pal tutaj – warknąłem. – I skończ się użalać. Jęczysz jak dziecko. Weź się w garść. Pobaw się tym chujem albo zrób coś z sobą, bylebyś przestał pieprzyć.

– Popieram. – Zaśmiał się największy były kozak.

– Posprzątajcie ten burdel – dodałem spokojnie, a gdy się nie ruszyli, pomyślałem, że zapomnieli, co powiedziałem, gdy tylko wszedłem do tego przybytku. – To nie była prośba. – Podniosłem głos i zacząłem kopać ich szmaty. Nikt nie odważył się nawet odezwać. Jednak chyba pamiętali, co im przekazałem na początku. Mimo że każdy z nich uważał się za samca alfa i odstawiał marną pozerkę, gdy kilka godzin temu tu wszedłem, to szybko przestali rywalizować o władzę, zostawiając ją mnie. Niespecjalnie mieli wyjście, bo na wstępie zastrzegłem, że mogę albo wypatroszyć ich i ich rodziny, albo wspomóc je finansowo. Widzieli we mnie świra i wyraźnie czułem ich szacunek.

– Morina, adwokat – burknął oddziałowy, czy też gad, jak na nich tu mówili. Gentiam miał moje pełnomocnictwa i był magikiem, ale nie aż takim, by zorganizować pozwolenie prokuratora na spotkanie ze mną tego samego dnia, w którym tu trafiłem. Wiedziałem więc, że czekała mnie niespodzianka.

Zostałem zaprowadzony do niewielkiego, zaciemnionego pomieszczenia, w którym dopiero po chwili zobaczyłem parszywy ryj Artura. Facet siedział na krześle przed stołem i bawił się odpaloną latarką.

– Przegrałeś, frajerze – przywitał mnie po angielsku i rzucił kilka zdań po polsku do strażnika. Ten zostawił nas samych i zamknął za sobą drzwi. – Jak samopoczucie? – Wyszczerzył się. Myślał, że zakładając garnitur, który nijak do niego nie pasował, pokaże swoją wyższość. Nic bardziej mylnego. Powoli pokonałem odległość, która nas dzieliła, potem minąłem go i stanąłem za nim.

– Przejdź do rzeczy, chłopczyku, bo czas ci się kończy – odpowiedziałem po polsku, nachylając się do jego ucha. Usłyszałem, jak głośno przełknął ślinę. Nie spodziewał się, że znałem polski. Cóż, liznąłem trochę języka od Felicji. Rozumiałem dużo, mówiłem mało. W każdym razie wiedziałem, co powiedział strażnikowi. Żeby wyłączył kamery, bo chce mnie trochę postraszyć. Ciekawe, że nie wziął pod uwagę, że to ja postraszę jego. Przechwyciłem od niego latarkę i zgasiłem ją, by zapanowała zupełna ciemność. Odczekałem chwilę w zupełnej ciszy, by przemyślał, czy oby na pewno miał jaja. – Tik… tak – warknąłem i wyszedłem zza jego pleców. Zapaliłem światło, bo chciałem ujrzeć jego rozdziawioną mordę. Przekręciłem głowę, pokazując swoje zniecierpliwienie.

– Dobry jesteś, przyznaję – odezwał się w końcu. – Ale… przegrałeś. Podpiszesz teraz papiery rozwodowe albo załatwię ci tu miłe posiedzenie.

– Teraz… – powtórzyłem za nim – to dam ci jedynie dobrą radę. – Podłapałem jego spojrzenie. Czerpałem satysfakcję z tego, że gówniarz był coraz bardziej zmieszany. – Pospiesz się – poradziłem znowu. Chyba nie zrozumiał, gdy mówiłem, że czas mu się kończy. Michael traktował wszystkie moje polecenia dosłownie i z najwyższym priorytetem.

– Dam ci dobę na przemyślenie. Pójdę teraz do domu, gdzie czeka na mnie napalona Felicja. Będę ją rżnął całą noc, a ona będzie krzyczeć moje imię. Jutro wrócę po twój podpis.

– Pozdrów ją – powiedziałem z udawanym spokojem.

– Ona też cię pozdrawia, ale nie przeprasza, że wsadziła cię do więzienia. Dla rozwodu z przyjemnością zrobi więcej, a tak się składa, że znam dyrektora więzienia. – Próbował wytrącić mnie z równowagi i choć wiedziałem, że robił to celowo, udało mu się. Byłem wściekły. Żałowałem, że zleciłem Michaelowi egzekucję. Wolałem zabić Artura osobiście, torturując najpierw przez rok lub dwa. I na tym się skupiłem. Obmyślałem już, jak przekazać nową wiadomość Michaelowi.

– Robiłeś w pampersy, gdy ja tworzyłem swoje imperium. Twoja zabawa w gangstera dobiega końca. – Tymi słowami zakończyłem nasze spotkanie. Podszedłem do drzwi i klepnąłem w nie dwa razy. Zostałem odeskortowany bezpośrednio na spacerniak. Duży skwer z boiskiem do siatkówki pośrodku otoczony był dwa razy wyższym ode mnie ogrodzeniem. Na jego końcu standardowa concertina – to taka bardziej rozwojowa wersja drutu kolczastego, przez którą nie radziłbym nikomu przechodzić.

Byłem wpieniony. Miałem ochotę na ostry wycisk, ale zamierzałem wykorzystać tę godzinę na zdobycie kontaktów, by grypsem[1] przekazać wiadomość Michaelowi.

Nie wziąłem tylko pod uwagę, że Artur dobrze się spisał, i w żadnym wypadku nie miałem tu na myśli samego zatrzymania, które było wynikiem mojego błędu, nie jego inteligencji. Natomiast dobrze zaplanował kolejne kroki. Zjawił się tu zamiast adwokata przed samym spacerem, żeby mnie wkurwić. To też mu wyszło, ale i tak było niczym w porównaniu do następnych wydarzeń.

Ledwo przeleciałem wzrokiem po facetach korzystających ze spaceru. Niektórzy chodzili, inni dyskutowali w mniejszych grupach. Jednak kiedy mnie dostrzegli, od razu się zwarli i mnie otoczyli. Osiemnastu na jednego. Cóż… jakieś szanse miałem. Na moje oko trzydzieści, może czterdzieści procent. Chociaż gdy pomyślałem sobie, że to Artur zorganizował ten zamach, moje szanse jakby wzrosły. „Kumple” z celi bez zbędnych pytań stanęli za mną, ale już ich nie potrzebowałem.

Przewaga liczebna ze strony napastników nie była mi straszna nawet z usztywnionym barkiem, pamiątce po akcji „widmo”.

Dałem upust swojej frustracji. Wyżyłem się, mimo że służba więzienna dość szybko zareagowała, rzucając się na nas wszystkich z pałami. Tylko że Artur i tak zdążył się spisać. Oberwałem wiele razy, o mały włos nie straciłem oka, ale sam fakt, że czterech moich rywali trafiło na ostry dyżur, świadczył o wygranej Artura. Dopiero w tym miejscu wpadłem w jego zasadzkę. Dwóch napastników nie przeżyło mojego ataku i właśnie to stało się sukcesem Artura. Wiedział, że musi mnie porządnie wkurwić przed spacerem.

Groziło mi dożywocie… w Polsce.

Ale ja nie zamierzałem długo w tym kraju przebywać.

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Gryps – nielegalnie przemycana wiadomość między więźniami w samym więzieniu, a także poza jego mury i też do więzienia.

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz