Przemilczana - Agnieszka Lis - ebook + audiobook

Przemilczana ebook i audiobook

Lis Agnieszka

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Niezwykle utalentowana. Zapomniana przez historię.

Tekla Bądarzewska-Baranowska żyje w świecie, który nie przewiduje miejsca dla kobiety pragnącej tworzyć. Bez formalnego wykształcenia, bez wsparcia, rozdarta między obowiązkami żony i matki a palącą potrzebą komponowania, próbuje ocalić własny głos. Jej utwory podbijają salony, kształtują muzyczne gusta całego pokolenia, nuty sprzedają się w milionach egzemplarzy. A mimo to jej nazwisko znika, jakby nigdy nie istniała. To historia o kobiecie, o której nie wiemy niemal nic, choć jej muzyka rozbrzmiewała w dziewiętnastowiecznych salonach od Warszawy po Paryż i Nowy Jork.

To opowieść o twórczyni, która walczyła o prawo do marzeń, o przestrzeń dla własnego talentu i o miejsce w kulturze, która nie była gotowa jej wysłuchać. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 281

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 8 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Agnieszka Postrzygacz

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Agnieszka Lis, 2026

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofi lmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © Natasza Fiedotjew / Trevillion Images

Redakcja: Paulina Jeske-Choińska

Korekta: Agnieszka Czapczyk, Lidia Kozłowska

Skład i łamanie: Teodor Jeske-Choiński

PR & marketing: Sławomir Wierzbicki

ISBN: 978-83-8441-485-9

Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Rozdział 1

1823

Nie powinnam się denerwować – stwierdziła w duchu Tekla z Chrzanowskich Bądarzewska.

Łatwiej jednak powiedzieć czy pomyśleć, niż zrobić. Niby każda kobieta kiedyś przechodziła poród, albo będzie go przechodzić, ale… to jednak były nerwy.

Trzymała na rękach Juliannę i głaskała ją po główce. Właściwie nie powinna, bo musiała położyć dziewczynkę na swoim wielkim, sterczącym brzuchu, a matka, i co ważniejsze – akuszerka mówiły, że temu nowemu życiu może zaszkodzić.

Ale jak to niby? Ona, matka, miałaby zaszkodzić własnemu dziecku? Niemożliwe.

Wiedziała, że czas zbliżał się wielkimi krokami. Dziecko w brzuchu wierciło się, chwilami dotkliwie kopiąc matkę. Wtedy Tekla pojękiwała cicho, a babka porodowa dotykała brzucha i kręciła głową.

– Jeszcze nie czas – mówiła.

Irytowało to Annę, matkę Tekli, i zresztą samą ciężarną też. Podskakujący brzuch nie bolał, ale nasilające się skurcze, owszem, tak. Jeszcze cztery dni temu Tekla miała nadzieję, że jej mąż, Andrzej, zdąży wrócić z Warszawy. Teraz już wiedziała, że nie ma takiej możliwości. Choć akuszerka wciąż mówiła „jeszcze nie czas”, Tekla wiedziała, że zostało już nie więcej niż kilkanaście godzin.

Andrzej pojechał starać się o przeniesienie na nową posadę. Zamierzał zatrudnić się w Urzędzie Municypalnym Miasta Pułtuska, mieli się przeprowadzić w bardziej atrakcyjne miejsce, do większego miasta, z łatwiej dostępnymi możliwościami. Czekało na nich lepsze życie, wciąż myślała o tym z nadzieją. W Mławie nie było źle, nie powinna narzekać. Ale Pułtusk mógł dać ich rodzinie zupełnie nowe szanse.

Tymczasem skurcze napływały regularnymi falami. Nie przyśpieszały, po prostu dopadały kobietę z dość jednostajną siłą. Męczyły ją coraz bardziej, dlatego w końcu oddała starszą córeczkę pod opiekę niańki.

– Położę się – powiedziała cicho.

Teraz jednak akuszerka pokręciła głową.

– Nie trzeba – stwierdziła. – Teraz powinnaś chodzić, dziecko.

– Zmęczona jestem – odpowiedziała Tekla. – Te skurcze…

– Są za słabe – przerwała jej akuszerka. – Powinny przyspieszać. Już czas.

Zamilkła i położyła ręce na brzuchu Tekli.

– Już czas – powtórzyła. – A skurcze ciągle za słabe. Musi trochę poskakać.

– Co mam robić? – zdziwiła się Tekla.

– Skakać.

– Ale ja… – zaprotestowała słabo młoda kobieta.

– Skakać! – zażądała kategorycznie babka. – Już!

Tekla podskoczyła. Raz i drugi. I jeszcze kilka. Poczuła, jak podskakuje każdy fragment jej ciała. Ciężkie piersi, skóra na udach i pośladkach. Jak brzuch unosi się i opada niczym twarda, ołowiana piłka. Jęknęła.

– Dobrze, dobrze – pochwaliła ją akuszerka. – Jeszcze.

– Nie mam siły – odpowiedziała Tekla zdyszana.

– Tylko trochę.

Dziewczyna podskoczyła jeszcze kilkukrotnie, po czym stanęła w lekkim rozkroku i popatrzyła na kobietę.

– Nie dam rady więcej – wydyszała.

– To teraz się położy – odpowiedziała kobieta, a gdy Tekla to zrobiła, zadarła jej koszulę.

Włożyła rękę tam, gdzie w innych okolicznościach żadna przyzwoita kobieta nawet nie pozwoliłaby zerknąć.

– Będzie szło – zawyrokowała akuszerka. – Dziewczyna.

– Albo chłopak – wtrąciła się matka położnicy.

– Dziewczyna – upierała się babka.

Nie mogły się jednak pokłócić, bo Tekla zaczęła krzyczeć.

– Dobrze! – ucieszyła się akuszerka. – Teraz pchaj! No, przyj, no!

I tak jeszcze kilka razy.

– Nie mam siły – stwierdziła Tekla pomiędzy jednym a drugim skurczem.

– Przyj! – wrzasnęła na nią kobieta.

Położnica posłusznie wykonała polecenie, i to właściwie nieświadomie. Zadziałał instynkt, pierwotny odruch, który kazał jej wypchnąć z siebie to coś, co dostarczało jej tak straszliwego bólu.

A gdy w końcu się udało, Tekla opadła bez sił na łóżko. Nic jej nie obchodziły zakrwawione prześcieradła, nie była nawet świadoma, że dziecko, owinięte dwa razy pępowiną, nie wzięło pierwszego oddechu. Nie wiedziała, że babka zdecydowanym klapsem zdzieliła noworodka, przeciwko czemu próbowała zaprotestować Anna.

– Cichaj! – warknęła akuszerka i przyłożyła dziecku jeszcze raz.

Wtedy noworodek wreszcie wrzasnął. Zatrząsł się jakby z oburzenia, a jego krzyk spowodował szeroki uśmiech akuszerki.

– A teraz trzeba się zająć matką – uznała.

Anna zerknęła na córkę, po czym doskoczyła do niej z krzykiem. Tekla leżała na łóżku bez przytomności.

– Odejdzie! – wykrzyknęła babka. – Zajmie się dzieckiem!

Sama skupiła się na położnicy. Szybko udało jej się ocucić młodą matkę.

– Jeszcze łożysko urodzi, ale ono już idzie. Wszystko dobrze – powiedziała do Anny. – Nie straciła dużo krwi. Teraz potrzebny jest spokój. Niech dużo pije.

Kobieta umyła zakrwawione ręce w miednicy i sięgnęła po wełnianą chustę.

– Ale jak to? Już idziecie? – zdziwiła się pani domu.

– Ja swoje zrobiła.

– Ale tu wszystko jest… zakrwawione – stwierdziła świeżo upieczona babka. Niby nie było to jej pierwsze wnuczę, i przecież sama też rodziła kilka razy, ale każdy poród przeżywała jak zagubiona debiutantka.

– No to przecie ja sprzątała nie będę – odparła akuszerka. – Inne rodzą. Też potrzebują pomocy.

– Ale… – Anna się zawahała.

– Służbę macie, to wam pięknie wysprząta. Szmaty popalić, miski gorącą wodą przelać. Matkę poić dużo, jakby nie chciała pić, to z gałganka. A dziewczynkę umyć delikatnie ściereczką i owinąć w bet. Ciepło musi mieć. Zresztą, co ja tam będę mówić, sama macie dzieci, a i teraz drugą wnuczkę, to wiecie.

Kobieta stanęła w wyczekującej pozie.

– A, tak, oczywiście. – Anna zorientowała się, że kobieta domaga się zapłaty.

Przeszła do drugiego pomieszczenia i sięgnęła do sakiewki. Wyciągnęła umówioną kwotę i ruszyła w stronę drzwi, zatrzymała się jednak. Po namyśle sięgnęła znów do portfelika i wyjęła prawie drugie tyle.

Owszem, też miała dzieci i też widziała wiele porodów. Może nie tyle, co akuszerka, ale jednak kilka. Ten był trudny, szczególnie że dziecko wyszło na świat przed czasem. Anna doskonale zdawała sobie sprawę, że kobieta uratowała zarówno jej córkę, jak i wnuczkę. Przewidywała też, że być może będzie potrzebowała jeszcze jej pomocy. Kto wie, jak długo Tekla będzie dochodziła do siebie?

Lepiej było zapewnić sobie życzliwość kobiety.

Akuszerka wyszła z ich mieszkania całkiem zadowolona, na odchodnym dodała jeszcze:

– Ja tam za wiele nie wiem. Ale to będzie wyjątkowe dziecko. Utalentowana jest dziewczyna, utalentowana. Ale czy będzie szczęśliwa?

Anna nie wiedziała, co odpowiedzieć. To była wróżba czy klątwa?

Przez okno obserwowała wychodzącą babkę.

– Obyśmy nie potrzebowali twojej pomocy w najbliższym czasie – wyszeptała, czując dreszcz przesuwający się po plecach. Miała jednak przekonanie, że noworodek to wielka radość dla całej rodziny. Że nowo narodzona dziewczynka przyniesie im wiele szczęścia, że sama będzie szczęśliwa.

Wróciła do pokoju córki i pogłaskała ją po spoconej głowie.

– Odpoczywaj, kochanie – stwierdziła.

– Pić – poprosiła Tekla.

Matka podstawiła położnicy filiżankę z ciepłą wodą. Ta wypiła kilka łyków, aż do zachłyśnięcia.

– Już, już – powiedziała Anna, gdy jej córka złapała oddech.

– Idź do dziecka. A to… chłopiec? – zapytała z nadzieją.

– Dziewczynka – odpowiedziała Anna, delikatnie głaszcząc córkę.

– Nie wiem, czy Andrzej… Chciał syna.

– Każdy mężczyzna chce syna – odpowiedziała Anna. – Oni czasem oczekują rzeczy i pragną rozwiązania spraw, które nie są ani możliwe, ani rozsądne. Więc Andrzej będzie musiał być zadowolony. Byle malutka była zdrowa.

Tekla kiwnęła głową.

– Przyniesiesz mi ją?

Anna kiwnęła głową i po chwili wróciła z dzieckiem na ręku. Dziewczynka pokwękiwała.

– Jest głodna? – zapytała Tekla.

– Może być – zgodziła się Anna, uśmiechając się ciepło.

– Chciałabym ją karmić – stwierdziła Tekla.

– Dasz radę?

Pytanie nie było pozbawione zasadności. Poprzednio, po narodzinach Julianki, Tekla dostała zapalenia piersi i nie mogła karmić córki. Teraz też miały umówioną mamkę, choć zgodnie z planem miała być potrzebna dopiero za trzy, a może i nawet cztery tygodnie, bo wtedy spodziewano się porodu. Co jednak szkodziło spróbować z karmieniem przez matkę? Może tym razem się powiedzie?

Anna przystawiła dziewczynkę do piersi córki. Mała śmiesznie zmarszczyła czółko i nosek. Bezbłędnie trafiła buźką w okolice sutka i dosłownie po chwili zassała. Na dwa łyki, ale na początek to było całkiem sporo.

– Daj, zabiorę ją – powiedziała Anna.

Tekla pokręciła głową.

– Nie. Niech ze mną zostanie. Jest taka malutka.

– Musisz odpocząć – odpowiedziała matka.

– Razem się prześpimy. Zostaw ją, proszę.

Anna kiwnęła głową i wstała.

– Muszę zabrać stąd brudne prześcieradła i w ogóle… jakoś tu posprzątać.

– Ale małą mi zostaw, mamo, proszę.

– Jak dasz jej na imię?

– Jeszcze nie wiem – odpowiedziała Tekla. – Jeszcze mamy czas na życiowe decyzje, prawda, malutka?

Anna wyszła, a Tekla zapadła w drzemkę. Z wyczerpania nie była w stanie porządnie zasnąć. W półśnie otaczały ją niejasne mary i zwidy, a wśród nich scena z Kościoła Świętej Trójcy w Mławie. Zdawało jej się, że ma przed oczami twarz księdza Józefa Hiacynta Dobrowolskiego ze zgromadzenia księży misjonarzy. Wzruszona wypowiadała słowa przysięgi i z miłością patrzyła w oczy swojemu przyszłemu mężowi.

– Andrzeju – szeptała w malignie.

A gdy się obudziła, matka siedziała koło niej.

– Gdzie mała? – zaniepokoiła się Tekla.

– Jest u niańki. Śpi. Zabrałam ją, żebyś mogła wypocząć. Napij się.

– Mamo – powiedziała położnica, gdy zwilżyła gardło.

Anna uniosła pytająco brwi.

– Niech Andrzej nada jej imiona. Tak powinno być. Niech ojciec nazwie córkę.

Dlatego następnego dnia Anna podeszła do urzędu pocztowego. Mława była z niego dumna. Przez miejscowość przecież biegł trakt wymiany poczty między Królestwem Polskim a Prusami, to tędy korespondencja i przesyłki szły aż do Królewca, i to już od tysiąc osiemset piętnastego.

Anna nadała depeszę do Warszawy, na ulicę Brukową pod numer trzysta siedemdziesiąt siedem. Odbiorca najpierw szeroko się uśmiechnął, potem skrzywił.

– Córka – powiedział w powietrze, właściwie do siebie. W pobliżu nie było nikogo, z kim mógłby porozmawiać. Został ojcem… Stało się to wcześniej, niż się spodziewał, depesza jednak, choć oszczędna w słowach, sugerowała narodziny zdrowego dziecka. Należało cieszyć się tym, co dobry Pan Bóg raczył ofiarować.

Młody ojciec samotnie wypił sznapsa w niedalekiej karczmie, a następnego dnia udał się do Urzędu Stanu Cywilnego Gminy Praskiej Cyrkułu VIII w Warszawie. Tam zarejestrował nowo narodzoną córkę.

Być może tych sznapsów było ciut więcej. Może nawet więcej niż dwa.

Bo Andrzej Bądarzewski zapomniał dodać, że jego córka urodziła się w Mławie, choć rejestrował ją w Warszawie. Kto wie, dlaczego urzędnik przyjmujący zgłoszenie nie zwrócił na to uwagi. Może miał ciężki dzień? A może też wypił poprzedniego wieczora sznapsa lub dwa.

A że Andrzeja Bądarzewskiego przeokropnie bolała głowa, nie miał siły na wymyślanie czegokolwiek. W ogóle, myślenie w tamtej chwili nie było jego mocną stroną.

Wiedział tyle – jego wspaniała żona, ukochana Tekla, urodziła mu kolejne dziecko. Właśnie, Tekla. Tak zatem wpisał w akcie zgłoszenia dziecka. To przecież takie piękne imię.

Rozdział 2

1823

Tekla z depeszy dowiedziała się, że trzyma na rękach Teklę. Przewróciła oczami.

– Oryginalnością ten mój mąż się nie wykazał – mruknęła.

Tuliła dziewczynkę szczęśliwa, że z powodzeniem sama ją karmi. Ze starszą córeczką, Julią, Julianką, nigdy jej się to nie udało.

– Musimy zdecydować, jak mówić do małej – powiedziała, gdy do pokoju weszła jej matka.

– Tekla – odparła Anna zdziwiona.

– To mamy dwie Tekle w rodzinie. Dość kłopotliwa sytuacja.

– Kłopotliwa? Raczej typowa. Syn dostaje imię po ojcu, córka po matce. Cóż w tym dziwnego? Poza tym Tekla to wspaniałe imię. Oznacza: sławiąca Boga, jest zatem dobrą wróżbą na przyszłość młodej dziewczyny. A ty, może… Może po prostu bądź panią tego domu.

– Będziecie mówić do mnie: matko? – Położnica się zaśmiała.

– Faktycznie, niezręcznie – odparła Anna. – Pani matka to ja. Nie zmieniajmy tego. Zatem proponuję, żebyś ty, córko, pozostała Teklą, a do malutkiej mówmy może Teklunia?

– Mnie bardziej podoba się Tela. Po prostu Tela.

– Jakoś tak… za krótko. Tela, Teklunia… A może po prostu Lunia? Co sądzisz?

– Pięknie. Lunia. Będziesz Lunią – powiedziała matka do córeczki. – I wszyscy będziemy szczęśliwi.

Anna pokiwała głową.

– Tak jakby domowe miano, bo przecież nawet nie imię, mogło wpłynąć na szczęście. Choć miałaś być synkiem. Właściwie wnuczkiem – powiedziała cicho Anna.

– Mamo! – oburzyła się Tekla.

– Ale skoro ona jest Lunia, to może ty będziesz Telą? Ładnie brzmi.

Tekla wzruszyła ramionami.

– A musimy zmieniać moje imię?

Anna uniosła niewinnie brwi i skierowała się do wyjścia z pokoju. Zatrzymała się jeszcze w drzwiach i odwróciła, spoglądając na córkę.

– Potrzebujesz czegoś?

– Nie, mamo – odpowiedziała Tekla. – Mam wszystko, co mi potrzebne do szczęścia. Przede wszystkim mam córeczkę. Ale jednak pozostanę Teklą, tak jak byłam przez całe życie.

Andrzej Bądarzewski w tym samym czasie zastanawiał się, co zrobił nie tak. Julianka była śliczną dziewczynką, zupełnie jak jego żona. Bez wątpienia mała Tekla będzie równie urocza. Chciałby jednak mieć syna! Kompana. Chłopaka, którego mógłby kształcić, któremu zapewniłby dobrą przyszłość. A dziewczyny? Trzeba myśleć o zamążpójściu, zadbać o dobrą partię, wcześniej pilnować, by nie wydarzyła się żadna… granda. Zasadniczo pilnuje tego zawsze matka, ojciec jednak także ma związane z tym obowiązki.

Z dziewczynami to w ogóle same obowiązki!

Andrzej westchnął i udał się do urzędu. Wierzył, że to jest miejsce, w którym zagwarantuje rodzinie dobrą przyszłość. W Królestwie Kongresowym potrzebni byli urzędnicy, ludzie wykształceni, inżynierowie. Konstruktorzy. Architekci. Projektanci. Specjaliści. Jaką inną drogą on sam mógłby pójść? Jaką ścieżkę zapewnić synowi? Oczywiście, najlepszą. Urzędniczą. Gdyby, rzecz jasna, miał syna.

Z rodzinnego majątku w guberni kijowskiej nic już nie pozostało. Andrzej Bądarzewski musiał utrzymać rodzinę z pracy rąk własnych, a przecież nie przystoi synowi posiadacza ziemskiego fizyczne brukanie rąk. Urząd jest najlepszym rozwiązaniem i na szczęście Jego Wysokość Car Aleksander I Romanow dał Polakom możliwość pracy. Tworzenia porządku w państwie.

Po latach bałaganu w państwowości dobrze było zadbać o ład, także prawny. Choć Andrzej trochę żałował, że Polacy nie mieszkali w Polsce, to jednak nie zatrzymywał się nad tą myślą dłużej. Bo co można było zrobić? Uważał, że należy się dostosować i brać w życiu to, co osiągalne. Może nie zawsze najlepsze, ale przynajmniej dostępne. Klęska Księstwa Warszawskiego i zawód związany z Napoleonem… Cóż. Może i były pewne oczekiwania. Nadzieje jednak mają to do siebie, że są płoche niczym panna na wydaniu. Te wszystkie zrywy powstańcze, na co to wszystko? Jak niby Polacy mieliby się przeciwstawić militarnej sile, potędze władzy i pieniądza? Międzynarodowym układom, w których nie było już miejsca dla Polski?

Niepodległość. Zwykła mrzonka. Załamanie polityczne i gospodarcze było tak dotkliwe, że nie pozostawiało przestrzeni na marzenia. Polski nie było już od dawna, od tysiąc siedemset siedemdziesiątego drugiego roku. O co tu kruszyć kopię? Kongres Wiedeński włączył Królestwo Polskie do Rosji. I co z tego?

Warszawa była wykończona. Napoleon wyssał miasto i Polaków jak pijawka.

– Dla niego byliśmy tylko zasobem do wykorzystania! – denerwował się Andrzej za każdym razem, gdy wracał ten temat. – Zostawił pustą kasę i wydrenowaną gospodarkę.

Może i Kodeks Napoleona był czymś wartościowym. Równość obywateli wobec prawa właściwie nie byłaby czymś złym, choć bez wątpienia jawiła się jako utopia. Ludzie zawsze zależą od stanu posiadania. Pieniądze stanowią. Może niekoniecznie o tym, kim jesteśmy, ale na pewno o tym, co nam wolno. Jak jesteśmy postrzegani. A czyż to nie jest, w gruncie rzeczy, to samo?

Polacy sami sobie to zapewnili! Sami byli sobie winni! Rozpustna szlachta, liberum veto, warcholstwo, wyuzdane możnowładztwo, królowie słabsi z panowania na panowanie. Cóż można było uczynić?

Uczyć się. Inteligencja to przyszłość! Nawet mieszczaństwo się kształciło. A edukacja to nie było już tylko salonowe granie na fortepianie w szlacheckich dworkach porozrzucanych po rubieżach kraju. Po byłej Rzeczpospolitej. Nie były to już tylko francuskie konwersacje z bonami tęskniącymi za Paryżem i powierzchowne lekcje literatury. Gdy nie miało się majątku, należało zadbać o prawdziwe wykształcenie. Takie miał Andrzej i takie zamierzał dać swojemu synowi.

Jeśli będzie go miał.

Był jednak mężczyzną nowoczesnym. Córki też zamierzał kształcić. W Mławie była szkoła elementarna i to na wysokim poziomie! Funkcjonowała przy klasztorze księży misjonarzy. W pięknym, murowanym budynku. Była nawet szkoła żeńska! Można tam posłać córki bez żadnego ryzyka dla przyzwoitości dziewcząt. W mieście wciąż było sporo analfabetów, ale przecież Andrzej nie dopuściłby do tego w swoim domu! Jego dzieci będą wykształcone. Wszystkie! Dziewczęta też.

Inteligencja, ta nowoczesna, dziewiętnastowieczna, odchodziła od starych, przebrzmiałych nawyków. Inteligencja to była nowa warstwa społeczna, do której Andrzej, jakże słusznie przecież, aspirował. Nie pozwoli, by jego rodzina żyła jak zwykli rzemieślnicy czy kupcy!

Miał aspiracje, a one zaczynały się tutaj. W Warszawie. Zawierały się w uzyskaniu odpowiedniej posady. Burmistrz Pułtuska na początek brzmiał naprawdę dobrze. Kierownicze stanowisko jawiło się, doprawdy, bardzo atrakcyjnie. Może nie aż tak, jak ministerialne, ale przecież wszystko po kolei. A może to i za wysokie progi? Bądarzewscy to przecież rodzina bez posiadłości i koneksji, brak własności ziemskiej ograniczał możliwości awansu.

A może wcale nie?

A może tak?

Któż to wie.

Burmistrz też brzmi nieźle. A na pewno lepiej niż stanowisko takie, jakie piastował brat Tekli, Jan Chrzanowski, sługa miejski w Mławie. Osiemnaście złotych polskich za miesiąc! Na takie uposażenie nie mógłby sobie pozwolić mąż i ojciec.

Całe szczęście, że w Mławie Andrzej poznał Józefa Aleszkiewicza. Burmistrza Aleszkiewicza. Wręcz można pokusić się o stwierdzenie, że zaprzyjaźnili się odrobinę. Pracowali przecież w jednym biurze. Cóż, może i burmistrz Aleszkiewicz pozostawił Mławę w złej kondycji finansowej. Może i nie był najlepszym zarządcą dla miasta. Ale niedawno rozpoczął karierę urzędniczą jako adiunkt w Urzędzie Municypalnym Miasta Stołecznego Warszawy, w Wydziale Policji. A policja to przyszłość! Każde państwo potrzebuje policji.

– Ład i porządek. Ład i porządek – powtarzał sobie Andrzej Bądarzewski pod nosem, układając wąsy i szykując się na spotkanie w urzędzie.

Wiedział, że jego pozycja jest całkiem pewna. Wymagania dla urzędników zmieniły się już jakiś czas temu. Powstała Najwyższa Komisja Egzaminacyjna, w niej kandydaci na wyższe urzędy musieli zdać trudne sprawdziany. Piętnaście lat wcześniej powstała Szkoła Prawa, a w tysiąc osiemset jedenastym dwuwydziałowa Szkoła Prawa i Nauk Administracyjnych. Pełny kurs trwał tam trzy lata i Andrzej z dumą mógł oświadczyć, że z sukcesem zakończył wszystkie etapy edukacyjne. Podobnie jak odbył wymagane sześć lat praktyki i udowodnił swoje kwalifikacje złożeniem egzaminu wyższego.

Po klęsce Napoleona i upadku Księstwa Warszawskiego porządek był bezwzględnie potrzebny. Świat dość miał już warcholstwa i bezhołowia. Najpierw policyjny ład, niestety, niezbyt przyjemny, ale przecież konieczny, a potem odbudowa administracji. Niewiele pozostało urzędników z poprzedniego systemu, do tych wciąż pracujących dołączali Polacy i Rosjanie wcześniej zatrudnieni za Bugiem i Niemnem. Wielki Książę Konstanty obdarzał czasami swymi względami nieudaczników, niegodnych miana urzędnika. Jednak był to nieistotny wycinek, mała składowa. Większość to byli dobrzy fachowcy w swoich obszarach, a przede wszystkim pracowało w Królestwie Kongresowym coraz więcej Polaków, i to coraz lepiej wykwalifikowanych. Dlaczegóż wśród nich nie miałby znaleźć się i Andrzej?

Miał ambicję i wszelkie dane ku temu, by otrzymać atrakcyjny awans. By zająć eksponowane stanowisko. I zasłużył na adekwatne wsparcie.

Józef Aleszkiewicz mieszkał w Warszawie przy ulicy Królewskiej tysiąc sześćdziesiąt sześć. To był dobry, bardzo dobry adres, Andrzej miałby ochotę zatrzymać się u niego, jednak nie byli aż tak bliskimi znajomymi. Przyjaciółmi od kieliszka, owszem, ale wolał nie nadużywać uprzejmości Aleszkiewicza. Zamierzał wykorzystać ją do innych celów. Stąd też jego tymczasowy adres przy ulicy Brukowej. Przecież jednak nie chwilowe lokum miało znaczenie! Ważne były znajomości. Istotne było wsparcie przy organizacji nowej posady.

Józef miał załatwić stanowisko w Pułtusku.

Burmistrz, to brzmiało dumnie.

Poprawiając surdut, Andrzej zatrzymał się w pół gestu. Po co właściwie rozważał szkoły w Mławie? Przecież zabiera całą rodzinę do Pułtuska! A tam? Nie zbadał jeszcze tematu szkół. Zresztą, miał ku temu ciągle czas. Julia miała rok, Tekla dopiero się narodziła. Gdyby to był chłopak, to ho, ho! Plany edukacyjne już byłyby zarysowane. Ale dziewczyny?

Córki mogły poczekać.

Andrzej uśmiechnął się i wyszedł z pokoju. Życie będzie piękne.

Rozdział 3

1823

– Jaka ona do ciebie podobna – zauważyła Anna.

– Ależ do Andrzeja! – oburzyła się Tekla.

Anna wzruszyła ramionami.

– A kiedy wraca twój małżonek?

– Na dniach – odpowiedziała młoda matka. – Powinien już być w drodze.

Faktycznie, następnego dnia Andrzej Bądarzewski zawitał w domowe progi. Ukłonił się cieściowej, oddał wierzchnie okrycie służącej i szybkim krokiem przeszedł do sypialni. Do niedawna ich małżeńskiej, po narodzinach Julianki przez chwilę wyłącznie małżonki, potem na powrót wspólnej, teraz znów odpoczywała w niej tylko Tekla. Tak miało zostać jeszcze przez jakiś czas. Tekla akurat karmiła małą Teklę, na widok męża bezskutecznie próbowała oderwać małą od piersi. Usiadł obok nich na łóżku i chwycił żonę za rękę.

Wzrokiem wskazała mu posapującego noworodka.

– Mama twierdzi, że jest do mnie podobna. – Uśmiechnęła się ciepło. – Ale ja uważam, że to wykapany ty.

– Tutaj akurat przyznam rację cieściowej – stwierdził. – Jest tak piękna jak ty.

– Zaczynasz nienajlepiej. Zgadzasz się z cieściową, nie z żoną? Ryzykowne…

Pogłaskał ją po ręce.

– Nie wiem tylko, co ci strzeliło do głowy, by nazwać naszą córkę moim imieniem.

– To najpiękniejsze imię na świecie – odparł, uśmiechając się szelmowsko.

– I jak teraz będziemy wołać w domu? Tekla mała i Tekla duża?

Rozbawiła go.

– Kluczowa sprawa – mruknął.

– Nie drwij, kochany.

– Oczywiście. – Andrzej udał powagę.

Tekla przewróciła oczami.

– Będziemy mówić do naszej córeczki „Lunia”.

– Ależ jak by to niby miało być?

– Teklunia. Lunia. To przecież oczywiste.

– Ach, oczywiste! Oczywiście.

Zamilkli, rozbawieni.

– Jak poszło w Warszawie? – zapytała po chwili.

– Wszystko zgodnie z oczekiwaniami. Mów do mnie: panie burmistrzu.

– Gratulacje – ucieszyła się.

– Musimy się jednak trochę pośpieszyć. Zaczynam w styczniu.

– Słucham?

– Dziewiętnastego stycznia obejmuję posadę.

– Jak to niby ma być możliwe? Przecież… Mieliśmy się przeprowadzić w połowie roku!

– Potrzeby urzędu się zmieniły. Teraz objęcie stanowiska to dla mnie sprawa priorytetowa.

– Urząd? – Tekla nie kryła zdumienia.

Spojrzał na nią, nie rozumiejąc wtrętu.

– Urząd jest dla ciebie najważniejszy? – uściśliła.

– Przecież zostaję burmistrzem. – Andrzej nie krył dumy.

– Mamy nowo narodzoną córkę! Jak wyobrażasz sobie podróż z noworodkiem? Przeprowadzkę? Pakowanie domu? Nie podołam takim zadaniom!

– Sama przecież nie będziesz pakować. Zatrudnimy dodatkową służbę, mama z pewnością ci pomoże. Ze wszystkim damy radę.

– Łatwo ci mówić! – oburzyła się. – Damy radę? My? Przecież to cię w ogóle nie dotyczy!

Skrzywił się niechętnie.

– No widzisz! – zirytowała się jeszcze bardziej. – Nawet mówienie o tym jest ci przykre.

Zacisnęła wargi i westchnęła.

– Zostawisz mnie z tym samą, oczywiście.

– Obawiam się, że nie znam się na takich sprawach.

– Bez wątpienia. – Tekla pokręciła głową z niezadowoleniem. – Idź może odświeżyć się po podróży.

– I coś zjeść – odpowiedział. – Choć zatrzymaliśmy się po drodze w jakiejś austerii, nic nie może się równać z domowym obiadem.

– Raczej kolacją – mruknęła Tekla.

Andrzej wyszedł z sypialni żony i skierował się do pokoju, który przygotowano dla niego na czas połogu. Przebrał się i zaszedł do kuchni. Tam czekał na niego talerz mięs i dwie pajdy chleba ze świeżym masłem.

– Takich delicji nie dają nigdzie w Warszawie! – połechtał gospodynię.

Nie spotkał się już tego wieczora z cieściową. Udała się na spoczynek do własnego mieszkania, które zajmowała razem ze swoim małżonkiem, Józefem Chrzanowskim.

Przybyła jednak następnego dnia rano na śniadanie, razem z mężem, świeżo upieczonym dziadkiem. Po powitaniach, jeszcze w trakcie posiłku, szybko przeszli do teatralnego seansu załamywania rąk. Dołączyła także Tekla z Lunią na rękach, choć szybko oddała dziewczynkę opiekunce.

– Tak szybko wyjazd? Przeprowadzka? Czy jest już przygotowane mieszkanie w Pułtusku? – dopytywała Anna.

Roztrząsanie tej kwestii przyćmiło nawet rozmowy o Luni. Przynajmniej na kilka godzin.

– Będzie wspaniale – ekscytował się Andrzej. – Pułtusk to drugie miasto na północnym Mazowszu! Trzy razy większe niż Mława. Tam są możliwości! Nie mówiąc o uposażeniu. – Uśmiechnął się szeroko na te słowa. – Mam przyobiecaną pensję w wysokości, uważacie, tysiąca stu sześćdziesięciu złotych!

– Ilu? – zdziwiła się Anna z wyraźnym zadowoleniem.

– A w przyszłym roku będzie tysiąc pięćset! Tak mam wszystko zapisane.

– Czyli Józef Aleszkiewicz się sprawił? – wyraził chłodne zainteresowanie cieść.

– Pomógł nad wyraz – zgodził się Andrzej.

– Chociaż tyle. Bo miasto Mława pozostawił w kondycji niezwykle słabej, dalece niezadowalającej – odparł Józef Chrzanowski.

– Sprawiły to okoliczności – bronił kolegi Andrzej. – Ceny zbóż spadły radykalnie w związku ze sporymi nadwyżkami.

– Marne to tłumaczenie – odparł surowo mąż Anny. – Mława to nie tylko rolnictwo. Zresztą, wybudowano spichlerze, to cenna inwestycja, rozwijająca nasze rejony. Produkujemy tabakę, sukna, wełnę. Mamy rzemieślnictwo, garbarzy, garncarzy, kaflarzy. Mamy dziewięć jarmarków rocznie i targ co tydzień, w każdy wtorek. Najlepsze bydło w całym regionie! Funkcjonują komory celne i mamy urząd pocztowy. Nawet bale są organizowane w karnawale, publiczne! Jak mu tam, no… O! Antoni Dreacki tym się zajmuje. Czegóż chcieć więcej? Mamy w Mławie wszystko, by miasto mlekiem i miodem płynęło! A tymczasem burmistrz Staszewski boryka się z poważnymi finansowymi kłopotami. Bo ktoś, kiedyś, nie wskazując palcem i nazwiskiem na poprzedniego burmistrza, zarządzał źle! Nie tak powinno być, nie tak!

– Oczywiście, papo. Nie unoś się – uspokajała ojca Tekla.

Zapadła cisza i wszyscy skupili się na śniadaniu.

– Wspaniałości. – Andrzej przerwał niezręczne milczenie. Dołożył sobie gruby plaster świeżo wędzonego boczku i sięgnął jeszcze po kawałek pachnącej czosnkiem kiełbasy.

Gospodyni, Katarzyna, uśmiechnęła się szeroko. Pełniła funkcję służącej, kucharki, a przede wszystkim opiekunki domu. Dbała o domowników jak o własną rodzinę i tak też była traktowana.

– Najświeższe – odparła zadowolona.

– Porozmawiajmy o chrzcinach – zaordynowała cieściowa. – Oczywiście w Kościele Świętej Trójcy. Od razu Julianki i Luni, nie czekajmy już dłużej.

– Oczywiście – zgodziła się Tekla.

– Myślę, że wykorzystamy chrzcielny becik twojej bratanicy – stwierdziła Anna. A dla drugiej mojej wnuczki… może dam do uszycia szatę z mojego szala. Nie noszę go już, a jest z cienkiego, pięknego lnu, nada się znakomicie.

Tekla skrzywiła się pokazowo.

– Córko, uposażenie Andrzeja dopiero będzie takie… atrakcyjne. Na razie, jak sądzę, powinniśmy roztropnie planować wszystkie wydatki.

Mina Tekli nie zmieniła się jakoś znacząco.

– Może zatem – zaproponowała Anna – dokupimy trochę efektownej pasmanterii. I przerobimy becik, odświeżymy go. Mogłabyś go przynieść? – poprosiła służącą. – Od razu się nad tym zastanowimy.

– Od razu? – zdziwiła się Tekla.

– Przywiozłam go ze sobą.

– Bardzo jesteś przezorna, mamo.

Kobieta po prostu kiwnęła głową w stronę służącej, która już wcześniej wyjęła becik i rozciągnęła go na ławie w pokoju zajmowanym przez Annę. Gdy dziewczyna wróciła z burzą koronkowej bieli, Chrzanowska wstała i rozłożyła strój na kanapie.

– Jeśli tutaj odejmiemy trochę koronek, a te zmienimy… Co byś powiedziała, gdybyśmy dodały tu trochę koloru? Na przykład, wyobraź sobie, odrobinę żółtej koronki – zaczęła snuć plany.

– Żółtej? – zdziwiła się Tekla.

– Będzie widać, niewielkim kosztem, że becik jest inny.

– Ale żółta?

– Jeśli wstawimy białą, różnicy nie będzie… Może niech będzie jasnożółta. Taka, wiesz, ciemnokremowa. Bo może, faktycznie, żółta to ekstrawagancja.

Tekla parsknęła śmiechem.

– Jesteś, mamo, mistrzynią.

– Bzdury! – uniósł się Józef. – I babskie błahostki.

Skwasił trochę atmosferę, choć Anna i Tekla pozostały uśmiechnięte. Gosposia zabrała becik, znów siedzieli przy stole. Pojawiła się na nim kawa z cykorii i świeżo upieczone ciasto drożdżowe. Przecież poprzedniego dnia do domu wrócił pan domu ze znakomitymi wieściami. I urodziło się ostatnio dziecko, a to największe Boże błogosławieństwo. Było co świętować!

– Zjedzmy deser, kochanie – uspokajała męża Anna.

W milczeniu zabrali się do jedzenia.

– Ja to chciałbym wiedzieć, jak to jest – zaczął cieść – tak służyć carowi.

Temat nie był nowy i już kilkakrotnie wzbudzał w ich domu emocje.

Chrzanowscy pochodzili ze zubożałej szlachty, a Józef prezentował twarde poglądy. Był patriotą i już. Polska była dla niego zawsze najważniejsza. W życiu kierował się prostymi zasadami – najpierw ojczyzna, potem rodzina, na koniec przyjemności. Odpowiedzialność! – to była jego dewiza.

– Tato chce jak najlepiej dla swojej żony i córki, czyż nie? – odpowiedział zaczepnie Andrzej.

– I wnuczek – odparł starszy pan.

– I wnuczek – zgodził się Andrzej. – Ja robię to samo dla mojej żony i córek.

– Liczy się także lojalność! – oburzył się Józef.

– Lojalność wobec rodziny – odpowiedział wciąż spokojny Andrzej.

– Lojalność wobec ojczyzny! – uniósł się Józef.

– Kochanie – mitygowała go małżonka.

– Nasz kraj cierpi! – Józef się nakręcał. – Naszego kraju nie ma!

– Więc tym ciężej trzeba w nim pracować! – Andrzej także tracił powoli cierpliwość.

– Dla ciemiężcy? – ryknął cieść, unosząc się.

– Józefie. – Anna położyła dłoń na przedramieniu męża. – Jemy rodzinny posiłek. Przestraszysz dzieci.

Senior rodu fuknął, ale usiadł i zamilkł, zacisnąwszy wargi w cienki sznurek.

Przez chwilę jedli w milczeniu, po czym Józef odezwał się ponownie.

– Wszyscy burmistrzowie pochodzą z nominacji – powiedział już spokojnie. – Aleszkiewicz, ten podejrzany typ, może i szepnął za tobą słówko. Jednak pamiętajmy, że to Komisja Wojewódzka przekazuje kandydaturę do Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych i Policji i dopiero ta mianuje konkretną osobę na stanowisko. Car ma swój cel! Odcina ludzi od korzeni, rzuca ich w dalekie strony, by nie czuli się związani z miejscem, w którym żyją! – Wziął oddech. Uspokoił się i mówił dalej: – Car ustawia tych urzędników po prostu na ścieżce do kolejnego urzędu. Dzięki temu nie myślą o tym, jak służyć ojczyźnie, a tylko jak wypełniać rozkazy pana. Cara! A jego nie obchodzą ani Polacy, ani Polska. Jesteśmy mu przeszkodą.

– Kochanie – uspokajała go Anna.

– Nie trzeba nic tu więcej mówić – odparł cicho.

Andrzej wziął głęboki oddech.

– Pragnę zapewnić mojej żonie to, co jej obiecałem. Zapewnić jej dobre, godziwe życie, tak jak potrafię najlepiej. Jej i moim dzieciom. Jestem urzędnikiem. Moja rodzina nie ma już ziemi, którą mógłbym uprawiać. Nie mam majątku, którym winieniem zarządzać. Mam wykształcenie, głowę i dwie ręce. I dlatego będę burmistrzem.

– I złożysz przysięgę? – zapytał cicho cieść.

– Złożę przysięgę – potwierdził Andrzej. – Na wierność służby. Podpiszę się pod jej rotą. I złożę deklarację, że nie należę ani nie będę należeć do żadnych tajnych stowarzyszeń. Jak każdy carski urzędnik. I do tego jeszcze, moi drodzy, nie będziemy drażnić władz. Nie ochrzcimy teraz ani Julii, ani Tekli. Nie będziemy demonstrować naszej wiary. I nie zamierzam o tym więcej dyskutować.

Wraz z ostatnimi słowami Andrzej wstał i spojrzał na zebranych. Szczególnie na swoją żonę. Obciągnął dłońmi kamizelkę i po prostu wyszedł.

Rozdział 4

1824

Rynek w Pułtusku wyglądał trochę jak szeroka aleja. Coś więcej niż ulica, mniej jednak niż plac. Po prostu czterystumetrowe pasmo ziemi, na którym toczyło się życie miasta. Kwitł handel, przechodziły procesje, a nawet i maszerowały napoleońskie wojska. Sam Napoleon w tysiąc osiemset szóstym roku narzekał na płynne błoto na ulicach Pułtuska, a przecież dla niego przed kamienicą z numerem dwadzieścia dziewięć rozkładano specjalnie drewniane bale.

Posadowiony na środku rynku ratusz wraz z wieżą ratuszową jako punkt centralny przyciągał wzrok każdego przechodnia i przyjezdnego. Czy ktoś przybywał na dłużej, czy zamierzał przejazdem zabawić chwilę w jednej z licznych austerii, czy też załatwiał zaledwie sprawunki w jednym z kramów – każdy podziwiał ratusz.

I to tam właśnie zmierzał Andrzej. Do najważniejszego miejsca w drugim co do wielkości i ważności mieście północnego Mazowsza. Które miało prawie cztery tysiące mieszkańców! A on miał być w nim najważniejszy.

Tekla nie miała wiele czasu, by ucieszyć się z przeprowadzki. Właściwie przysparzała jej więcej frasunku niż radości, przynajmniej do czasu. Sama jej organizacja była wyzwaniem, a dwójka malutkich dzieci powodowała dodatkowe, wielkie zamieszanie. Jednak po przybyciu do Pułtuska Tekla doceniła piękne miejsce. Ratusz odrestaurowano w tysiąc osiemset osiemnastym roku, świecił zatem nowością. Na górnym piętrze mieściły się areszty i mieszkanie dla strażnika. Parter zajmowały odwach, czyli wartownia i składy towaru. Najważniejsze dla rodziny Bądarzewskich było pierwsze piętro. Tam umieszczono kancelarię, salę posiedzeń Rady Miejskiej i miejską kasę. Tam miał urzędować jej mąż.

Choć właściwie to tylko część prawdy. Pierwsze piętro ratusza było najważniejsze dla Andrzeja. Dla pozostałej części rodziny istotniejszy był budynek naprzeciwko, kamienica pod numerem dziewiętnaście. Tam mieli zamieszkać na czas pobytu w Pułtusku.

Tekla towarzyszyła mężowi, gdy dziewiętnastego stycznia tysiąc osiemset dwudziestego czwartego roku przejmował protokolarnie mienie ratusza. Ba! Śmiała się wraz z nim, gdy czytała skrupulatnie przygotowany raport. Urząd Municypalny Miasta Pułtuska przekazywał nowemu burmistrzowi niezbędne do pełnienia funkcji wyposażenie, w tym dzwonek mały, skrzynię dębową z dwoma zamkami, dwa duże stoły i dwa mniejsze, repozytorium, szafę do akt kasowych, biurko olchowe z dwunastoma przegrodami, siedem krzeseł kwaterunkowych, duże krzesło do izby reprezentacyjnej, świecznik, lichtarz żelazny, lichtarz blaszany, szczypce, krucyfiks blaszany, nożyce do papieru, pieczęć na stali, dwie poduszki do tuszu, mapę miasta Pułtuska, orła na blasze, tablicę z orłem Księstwa Warszawskiego, pieczęć mosiężną z herbem Królestwa Polskiego, trzy pieczęcie rządowe, dwadzieścia tomów dzienników „Izys Polska”, dzieła Juliusza Kolberga o miarach i wagach, osiem lamp astralnych, materac włosiany i włosianą poduszkę. I jeszcze wiele innych drobiazgów.

– Ależ to szczegółowe zestawienie – zażartowała Tekla. – Na tym materacu to chyba będziemy zalegać, gdy zabraknie ci sił po podbijaniu dokumentów pieczęcią rządową?

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Meritum publikacji