Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Pewnego dnia Thilli odkrywa w kuchni ciało zamordowanej matki. Po tym tragicznym wydarzeniu wraz z ojcem przenosi się do nowego domu w innym mieście. Zaczyna także naukę w nowej szkole, gdzie stara się wtopić w tłum rówieśników. Nie jest to jednak takie proste. Thilli otrzymuje od ojca zamkniętą szkatułkę, w której znajduje list od zmarłej mamy. Zszokowana jego treścią, nie jest w stanie doczytać go do końca. Od tej chwili nic nie jest już takie samo. W znany jej świat wkraczają istoty z prastarych mitów, a ona sama dowiaduje się, że jest kimś innym, niż do tej pory sądziła.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 79
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tego dnia wszystko wydawało się głośniejsze i bardziej krzykliwe. Dźwięki i kolory drążyły w mojej głowie tunele bólu i dezorientacji. Wzorzysta sukienka pani Summers sprawiała wrażenie żywego stworzenia. Asymetryczne kształty w różnych kolorach przemieszczały się przy każdym mrugnięciu oka. Musiałam przenieść wzrok gdzie indziej, bo zaczynało mi się już kręcić w głowie. Widok za oknem z racji swojej niezmienności działał kojąco w takim stopniu, jak tylko kojący może być widok cmentarza. Dopiero dzwonek, jak mi się zdawało – tego dnia nadzwyczajnie przenikliwy – wyrwał mnie z otępienia i mentalnych wędrówek po rejonach, które i tak zdążyłam zapomnieć w chwili przebudzenia. Zdziwiona zerwałam się na równe nogi. Courtney prychnęła w swoim stylu księżniczki i dopiero wtedy zorientowałam się, że coś nie gra. Wszyscy pozostali w klasie siedzieli.
– Cieszę się, Thilli, że do nas wróciłaś, ale dzwonek to sygnał dla nauczyciela, nie ucznia. – Pani Summers spojrzała na mnie znad spuszczonych okularów w grubych oprawkach.
Spąsowiałam. Ani pani Summers, ani Courtney nie darzyły mnie szczególną sympatią. Nie żebym im tego nie utrudniała. Zacznijmy od tego, że miałam dziwne imię – Thilli. Thilli nie brzmi po chrześcijańsku. Thilli zdecydowanie nie pasuje też do katolickiej szkoły dla dziewcząt. Właściwie powinnam nazywać się Haylie, no ale mój tata… Nie, to w sumie historia niewarta przytaczania.
Zamiast idealnie wypucowanych, lakierowanych półbutów ze srebrną klamerką nosiłam zniszczone trampki, tu i ówdzie naznaczone eksperymentami z markerem. No i moja ukochana kurtka w całości pokryta cytatami z ulubionych książek – oczywiście niewłaściwych w oczach kogoś, kto z własnej woli uczęszcza do katolickiej szkoły dla dziewcząt lub w niej pracuje. Nieraz otrzymałam reprymendę za „dewaluację wartości rodziny oraz propagowanie rozwiązłości, wulgarnego języka i używek”. A wszystko przez cytaty z „Buszującego w zbożu” Salingera – „jeśli ktoś przyłapie kogoś, co buszuje w zbożu…”. Zawsze zastanawiało mnie, czy którakolwiek ze zwracających mi uwagę osób przeczytała to „szatańskie” dzieło.
Wyszłam z klasy jako ostatnia, nie chcąc narażać się na nienawistne spojrzenie pani Summers. Na korytarzu jak zwykle panował gwar, ale dzisiaj wydawał się w pewien sposób spotęgowany. Chaotycznie wyłapywałam szczątki rozmów, chociaż i tak wydawały mi się one wyraźniejsze niż zazwyczaj. Courtney stała oparta o szafkę i starannie wypielęgnowanymi paznokciami w kolorze bladego różu stukała o metalowe drzwiczki. Wokół oczywiście ustawił się cały jej orszak. Grono panienek z włosami nawijanymi na wałki każdej nocy, w sukienkach o najbardziej aseksualnej długości, jaką tylko można sobie wyobrazić – do połowy łydki.
– Dlaczego jeszcze jej nie wyrzucili? – Doszedł mnie wysoki głos Courtney.
– Ja… ją… za oczy. – Chociaż słowa kompanki Courtney, Trish, dotarły do mnie poszatkowane, doskonale wiedziałam, o co jej chodzi.
Większość uczniów na szczęście przymykała oko na moje długie, kasztanowe (no dobra, rude) włosy. W końcu ostatnio ten kolor powracał do łask i coraz więcej kobiet specjalnie się farbowało, by go uzyskać. Znacznie mniej jednak osób potrafiło zaakceptować przy takim odcieniu oczy o zielonych tęczówkach w miodowe kropki. Z jakichś niewytłumaczalnych przyczyn ktoś kiedyś powiedział, że rude kobiety o zielonych oczach związane są z czarną magią. Nikt absolutnie nie brał poprawki na to, że w zasadzie moje tęczówki nie są tak całkowicie zielone, a o czarnej magii wiem tyle, ile widziałam w kinie. Z tego powodu, i przez wspomniane wcześniej trampki oraz kurtkę, otrzymałam etykietkę szkolnego dziwaka i wyrzutka, co mi w sumie nie przeszkadzało, zważywszy na fakt, że nigdy w życiu nie należałam do żadnej innej grupy.
Ruszyłam do swojej szafki, by wymienić potrzebne podręczniki.
– Takie jak ona prędzej czy później schodzą na złą drogę. Ani się obejrzycie i zostanie nastoletnią mamą. – Teraz słyszałam Trish znacznie wyraźniej.
– Ona jest na to skazana. Słyszałam, że jej matkę spotkało to samo. Przypadkowa impreza, a potem złapała pierwszego lepszego na dziecko. Tak to jest, jak się schodzi ze ście…
Nie usłyszałam, jak Courtney kończy swoją wypowiedź, ale i nie musiałam. Domyślałam się, że zamierza bredzić o „ścieżce Pana”. Trzasnęłam drzwiczkami szafki i obróciłam się na pięcie. Podeszłam do „księżniczki” i jej świty, starając się zachować możliwie wysoki poziom spokoju.
– Co powiedziałaś? – mówiłam przez zaciśnięte zęby, żeby nie zacząć wrzeszczeć na tę blond fanatyczkę na szkolnym korytarzu.
– Daj spokój, wszyscy to wiedzą. Nie masz co zaprzeczać. – Przewróciła oczami lekceważąco.
Dłonie same ułożyły mi się w pięści. Powtarzałam w myślach jak mantrę: „tylko jej nie uderz, tylko jej nie uderz, tylko jej nie uderz…”. Miałam wystarczająco dużo wrogów, burda na korytarzu z pewnością nie przyniosłaby niczego dobrego.
– Dam ci szansę, żebyś to odszczekała. A jeśli nie, to chętnie ci przywalę.
– Możesz mi grozić, Thilli, ale to nie zmieni prawdy. A prawda jest taka, że twoja matka, tak samo jak ty i cała twoja rodzina…
Nie wiem, co chciała powiedzieć Courtney, i zapewne nigdy już nie będzie mi dane się tego dowiedzieć. Zrobiłam jeden krok w jej stronę, a potem kolejny. Nasze twarze znajdowały się tak blisko siebie, że niemal czułam ciepło jej oddechu. Ręce wciąż trzymałam wzdłuż ciała, z dłońmi zaciśniętymi w pięści. Z natury nie jestem agresywna. Inna? Tak. Społecznie niedopasowana? Zdecydowanie. Dziwna? Być może. Z pewnością jednak nie agresywna. Działałam impulsywnie, bez planu. Sądziłam, że Courtney się przestraszy, może nieszczerze przeprosi i rozstaniemy się – obie wściekłe – przy akompaniamencie jej prychnięcia księżniczki. Stało się jednak inaczej. Courtney zaczęła zanosić się płaczem i zasłaniać twarz rękoma, robiąc przedstawienie dla całej szkoły.
– Proszę, proszę, nie! Thilli! Nie bij mnie, błagam! Tylko nie w twarz, nie w twarz!
W pierwszej chwili pomyślałam, że może mój dar przekonywania jest na wyższym poziomie, niż pierwotnie sądziłam. Moje rysy mogły wyrażać przez chwilę czające się w głębi uczucie triumfu. Stałam więc przez moment, nieco zdezorientowana, aż wreszcie dotarło do mnie, dlaczego Courtney zaczęła się tak dziwnie zachowywać. Za plecami usłyszałam znaczące chrząknięcie. Początkowo je zignorowałam, jednak gdy moje uszy zarejestrowały je po raz drugi, powoli się odwróciłam. Ujrzałam przed sobą dyrektorkę naszej szkoły. Pewnie nie doznałabym tak silnego uczucia lęku, gdyby nie fakt, że kobieta sprawująca tę funkcję była jednocześnie siostrą przełożoną. Z niezrozumiałych powodów habit zawsze wywoływał u mnie rodzaj trwogi. Te włosy starannie upchnięte pod sztywnym czepkiem. Bladość kontrastująca z czernią materiału. Twarz zakonnicy przeorana bruzdami zmarszczek. Głęboko osadzone oczy o tak jasnych tęczówkach, że wielokrotnie zastanawiałam się, czy siostra Annabeth nie jest przypadkiem niewidoma. W obliczu jawnej pogardy, którą zakonnica pałała w mojej obecności, nawet połączona niechęć pani Summers i Courtney wydawała się niewinna niczym bielutki, puchaty króliczek.
– Jak dobrze, że siostra przyszła. Thilli napadła na mnie i groziła pobiciem! – Tutaj Courtney wzmogła udawany płacz i oparła się na ramieniu Trish, jakby nadmiar wrażeń przyprawił ją o zawroty głowy.
Właściwie już w tamtej chwili wiedziałam, że znajduję się na przegranej pozycji. Nawet tuzin świadków i wagon dowodów rzeczowych przy zawodzeniu Courtney okazałoby się bezużyteczne.
– Siostro przełożona, ja… – zaczęłam bez wiary w sukces.
– Przymykałam oko na twoje wybryki, Thilli Carroll. – Swoją drogą, pomyślałam, to bardzo zabawne, że noszę to samo nazwisko, co autor „Szklanej zupy”. Ciekawe, co powiedziałaby na temat tej książki siostra… – Ignorowałam brak poszanowania dla wartości szkoły i wyzywający wygląd, bo nie wykazywałaś żadnych agresywnych zachowań, ale teraz miarka się przebrała. Chodź ze mną. – Głos miała mocny i głęboki, jak bruzdy na twarzy.
– Ale siostro…
– Nie mam zamiaru wdawać się w żadne dyskusje.
Podreptałam za nią ze spuszczoną głową. Bynajmniej nie przybrałam takiej pozycji z powodu przygnębienia czy wstydu. Nie chciałam po prostu przyglądać się triumfującemu uśmieszkowi tej głupiej Courtney. Zdzira.
Szłam za siostrą, nawet nie starając się wytłumaczyć. Przeciskałyśmy się między tłumem rozchichotanych lub pogrążonych w szczebiotliwej rozmowie dziewcząt. Powłóczyłam nogami, więc gumowe podeszwy butów w zetknięciu z przedpotopowym linoleum wydawały paskudnie nieprzyjemne skrzypnięcia. Być może moje buty zawsze wydawały taki dźwięk, ale dopiero tego dnia zwróciło to moją uwagę.
Stanęłyśmy wreszcie przed ciężkimi drewnianymi drzwiami z mosiężną klamką oraz złotą tabliczką, informującą o nazwisku, a także o stanowisku osoby zajmującej owo pomieszczenie. Zachęcona gestem siostry przełożonej weszłam pierwsza.
– Siadaj – rzuciła krótko i zajęła miejsce za potężnym dębowym biurkiem.
Czułam, że to nie jest najlepsza chwila na buntownicze „dziękuję, postoję”.
– Nie będziesz kontynuowała dzisiaj zajęć. Zostajesz zawieszona do odwołania. Napiszę kartkę do twoich rodziców z prośbą o spotkanie i chcę, abyś im ją przekazała. Liczę, że masz w sobie jeszcze tyle zdrowego rozsądku, by nie zignorować moich zaleceń. – Przyjęłam prośbę z milczącą zgodą.
Nie widziałam powodu, dla którego miałabym ukrywać przed rodzicami wezwanie od siostry. Upatrywałam w tym nawet niejaką szansę. Może wreszcie przeniosą mnie do normalnej szkoły? – myślałam. Z tego też powodu nie zamierzałam nawet podejmować próby poinformowania siostry o prawdziwym przebiegu zdarzeń. Czasami trzeba schować w kieszeń zranioną dumę w imię większego dobra, czyli pojawiającej się na horyzoncie możliwości zmiany szkoły i rozpoczęcia nowego, normalnego życia.
Siostra usiadła, wyjęła z szuflady biurka kartkę grubego papieru w kolorze kości słoniowej oraz wieczne pióro i zaczęła bardzo powoli kaligrafować pismo do rodziców. Z braku innego zajęcia rozglądałam się po pomieszczeniu. Nad drzwiami wejściowymi wisiał krzyż. Wydawał mi się nieco przytłoczony monumentalnymi dębowymi meblami – należał raczej do gatunku smukłych niż topornych, ponadto wyróżniał się srebrną barwą, niepasującą do mosiężnej klamki i ciepłego odcienia drewna. Okna gabinetu siostry przełożonej nie wychodziły na cmentarz położony między szkołą a kościołem, lecz na idealny, krótko przystrzyżony trawnik i smętną, absolutnie nieruchliwą ulicę.
Wbrew wszystkim doznaniom tego dnia w pokoju panowała niemalże bolesna cisza. Jedynym dźwiękiem, który wydawał się odbijać od ścian, był szelest sunącego po arkuszu pióra oraz odrywanego co chwilę od kartki przepoconego nadgarstka. Po tych kilku minutach – miałam wrażenie, że trwały wieki – siostra zgięła wreszcie papier na pół i włożyła do koperty w tym samym odcieniu. Oblizała przy tym jej brzegi jej i dokładnie wygładziła palcem, jakby dla upewnienia się, czy ślina ma wystarczającą moc klejącą.
– Proszę. Możesz już iść. Pamiętaj, żeby przekazać kopertę rodzicom, najlepiej matce. Nie zaglądaj do środka – powiedziała, grożąc suchym, pomarszczonym palcem.
Przytaknęłam. Nie przychodziło mi do głowy, po co miałabym zaglądać do koperty z wezwaniem dla rodziców, w dodatku tak niehigienicznie zamkniętej.
– Do widzenia, siostro przełożona. – Dumna byłam z pokory w swoim głosie.
Ruszyłam w kierunku drzwi z lekkością w sercu, o jaką nie podejrzewałabym się jeszcze kilka chwil wcześniej.
