Protokół śmierci - Róża Lewanowicz - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Protokół śmierci ebook i audiobook

Róża Lewanowicz

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Monika Dobrucka, zaniepokojona nagłym milczeniem rodziców, wraca do rodzinnego domu w Poznaniu. To, co znajduje w środku, budzi w niej głęboki niepokój. Sterylnie wysprzątane wnętrza oraz pusty sejf nie wróżą bowiem niczego dobrego. Jakby tego było mało, jej brat zachowuje się bardziej tajemniczo niż zwykle. Wkrótce staje się jasne, że wydarzyło się tutaj coś makabrycznego…

Kilka tygodni wcześniej, w samym środku szalejącej pandemii, komisarz Robert Wiśniewski zostaje wciągnięty w sprawę śmierci młodej pacjentki. Dochodzenie na początkowym etapie zbagatelizowano – nikt nie widział powodu, aby drążyć niewygodny temat. Matka zmarłej dziewczyny nie ustaje jednak w poszukiwaniu prawdy. Z czasem wychodzą na jaw zaniedbania systemowe, które doprowadziły do tragedii.

Róża Lewanowicz łączy elementy kryminału, thrillera i dramatu obyczajowego, tworząc przejmującą opowieść o winie, odpowiedzialności i granicach moralnych. Historia, osadzona we współczesnej Polsce, boleśnie przypomina aktualną rzeczywistość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 268

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 47 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Wiktoria Wolańska

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Frag­ment

Ty­tuł: Pro­to­kół śmierci

Co­py­ri­ght © Róża Le­wa­no­wicz, 2026

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt okładki: Mar­cin Sło­ciń­ski

Re­dak­cja: Pa­weł Cie­śla­rek

Ko­rekta: Mag­da­lena Mie­rze­jew­ska

ISBN 978-91-8076-594-7

Gyl­den­dal A/S Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.fi

Pro­log

Li­sto­pad 2021 roku

Po­znań, go­dzina 00.31

Mo­nika Do­brucka wy­sia­dła z tak­sówki i spoj­rzała na dom swo­ich ro­dzi­ców. Sta­rała się do­strzec w nim oznaki ży­cia. W oknie ja­dalni świe­ciło się świa­tło, także w jed­nym z po­koi na gó­rze przez chwilę wi­działa za­pa­loną lampę, która jed­nak za­raz zga­sła. Ko­bieta wes­tchnęła, zła­pała rączkę od wa­lizki i ru­szyła w stronę wej­ścia.

Stare, ale so­lidne drzwi były za­mknięte na klucz, więc Mo­nika przez chwilę mo­co­wała się z zam­kami. We­szła do środka, po­sta­wiła wa­lizkę pod ścianą i się­gnęła do włącz­nika świa­tła. Przez uła­mek se­kundy w jej gło­wie po­ja­wiła się myśl, że górna lampa się nie za­świeci, i prze­stra­szyła się, że bę­dzie tkwiła tak w holu po­grą­żona w mroku, ni­czym bo­ha­terka kiep­skiego filmu grozy.

– Cza­rek?! – za­wo­łała, sto­jąc przed krę­tymi drew­nia­nymi scho­dami. – Je­steś w domu?!

Ci­sza.

Mo­nika nie zde­cy­do­wała się iść na pię­tro. Skie­ro­wała kroki do du­żej kuchni. Gdy tylko sta­nęła na jej progu i za­pa­liła świa­tło, za­marła.

Po­miesz­cze­nie było nie­ska­zi­tel­nie czy­ste, jakby to była szpi­talna sala ope­ra­cyjna, a nie kuch­nia, w któ­rej za­zwy­czaj pa­no­wał zwy­kły, swoj­ski nie­ład. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach środ­ków czy­sto­ści, z wy­raźną prze­wagą płynu de­zyn­fe­ku­ją­cego, któ­rego od po­czątku pan­de­mii wszy­scy nad­uży­wali. Mo­nika zro­biła krok do przodu, ale ja­kaś nie­wi­dzialna siła po­wstrzy­mała ją przed pój­ściem da­lej. Ste­ryl­ność po­miesz­cze­nia miała w so­bie coś zło­wro­giego. Ko­bieta wy­co­fała się, by od­szu­kać swo­jego brata.

Od razu dało się za­uwa­żyć, że cały par­ter był pie­czo­ło­wi­cie wy­sprzą­tany. Wszyst­kie po­wierzch­nie do­kład­nie od­ku­rzono i umyto, a stary, przed­wo­jenny dy­wan le­żał zwi­nięty pod ścianą. Mo­nika obe­szła każdy za­ka­ma­rek, sta­ra­jąc się zro­zu­mieć co­kol­wiek z tego, co za­stała w domu. Do­piero po dłuż­szej chwili zo­rien­to­wała się, że z półki nad ko­min­kiem znik­nęło kilka fo­to­gra­fii. Po­de­szła bli­żej.

– Bra­kuje zdjęć Czarka – po­wie­działa do sie­bie.

Ro­zej­rzała się i za­częła na­słu­chi­wać. Usły­szała ci­che skrzy­pie­nie pod­łogi w po­koju nad sobą. Znała ten dom jak wła­sną kie­szeń, wie­działa więc, że ktoś jest w sy­pialni go­ścin­nej, któ­rej okna wy­cho­dziły na duży park po dru­giej stro­nie ulicy. Po­szła tam.

– Cza­rek? – Sta­nęła w drzwiach i z nie­po­ko­jem wpa­try­wała się w nie­ru­chome plecy brata, zza fi­ranki ob­ser­wu­ją­cego oto­cze­nie za oknem. – Ce­zary, co ty ro­bisz? Co się tu­taj dzieje?

Obej­rzał się i rzu­cił jej gniewne spoj­rze­nie.

– Cza­rek, nie mo­żesz się tak za­cho­wy­wać. – Mo­nika po­de­szła do niego i po­pa­trzyła na jego pro­fil. – Gdzie są ro­dzice?

– Nie wiem – burk­nął, nie od­ry­wa­jąc wzroku od okna. – Za­dzwoń do nich.

– O to cho­dzi, że dzwo­ni­łam. Od do­brych kilku dni ich te­le­fon mil­czał, a te­raz w ogóle jest wy­łą­czony. Dla­tego przy­je­cha­łam.

– Kurwa! – wark­nął męż­czy­zna. – Cią­gle tam sie­dzą.

– Kto? – Mo­nika spoj­rzała w stronę parku. – O czym ty…

– Ta dwójka. Usie­dli na ławce i ga­pią się na dom.

– Cza­rek… – Do­brucka zmru­żyła oczy. – To po pro­stu… ja­kieś żule. Sie­dzą i piją piwo. Daj im spo­kój.

– A czy ty wi­dzia­łaś kie­dyś tu ja­kichś żuli?

– No… Kie­dyś tak. O co ci cho­dzi?

Ce­zary od­su­nął się od okna i się­gnął do kie­szeni.

– Co ro­bisz? – za­py­tała Mo­nika.

– A jak są­dzisz? Dzwo­nię na po­li­cję.

– Co? Prze­stań! – Zła­pała jego dłoń i ści­snęła mocno.

Znów ob­da­rzył ją gniew­nym spoj­rze­niem.

– Pusz­czaj – głos Czarka przy­po­mi­nał syk węża.

– Nie, do­póki mi nie po­wiesz, co się dzieje. Dla­czego tu jest tak czy­sto? Co ty kom­bi­nu­jesz?

– Nic nie kom­bi­nuję. Daj mi za­dzwo­nić.

– Jest po pół­nocy, nikt nam nie za­graża, po co wzy­wać po­li­cję. Po­wiedz mi, kiedy ostat­nio roz­ma­wia­łeś z ro­dzi­cami?

Pa­trzył na nią sze­roko otwar­tymi oczami. Miał minę, jakby chciał się ode­zwać, ale tylko wy­rwał rękę z jej uści­sku i znów zaj­rzał za fi­rankę.

– Nic z tego nie ro­zu­miem! – słowa Mo­niki były pełne roz­pa­czy. – Wiem, że masz swoje pro­blemy, ale nie mo­żemy dłu­żej to­le­ro­wać two­ich wy­bry­ków i tłu­ma­czyć ich chorą głową. Każdy musi się ja­koś za­cho­wy­wać, na­wet ty.

Zero re­ak­cji. Ce­zary znów stał nie­ru­chomo, wpa­trzony w okno. Zda­wał się w ogóle nie sły­szeć sio­stry.

Mo­nika skrzy­wiła się i po­szła do po­koju ro­dzi­ców. Tam rów­nież pa­no­wał nie­na­ganny po­rzą­dek. Ko­bieta po­sta­no­wiła prze­szu­kać wszystko, li­cząc na to, że uda się jej zna­leźć wska­zówki do­ty­czące znik­nię­cia ojca i matki. Otwie­rała i za­my­kała szafy, zaj­rzała do każ­dej szu­flady, a na­wet pod łóżko. Przez ścianę sły­szała, że jej brat dzwoni na po­li­cję i in­for­muje o dwóch oso­bach w parku za­kłó­ca­ją­cych ci­szę nocną. Przy­sta­nęła i za­częła się za­sta­na­wiać, czy nie po­winna od­wo­łać pa­trolu, tłu­ma­cząc za­cho­wa­nie brata jego nie­dy­spo­zy­cją psy­chiczną, ale wów­czas jej wzrok spo­czął na wnę­trzu za­byt­ko­wej ko­mody pod ścianą, która wy­glą­dała na nieco prze­su­niętą wzglę­dem swego pier­wot­nego po­ło­że­nia.

– Sejf – szep­nęła i po­de­szła do me­bla. Zła­pała go i z wy­sił­kiem od­su­nęła od ściany.

Sta­ro­modna, ale bar­dzo funk­cjo­na­lna skrytka była wbu­do­wana w ścianę, więc wy­star­czyło za­sło­nić ją czym­kol­wiek, by nie była wi­do­czna dla po­stron­nych. Ro­dzice Mo­niki i Ce­za­rego trzy­mali w sej­fie do­ku­menty, pie­nią­dze i bi­żu­te­rię ro­dową. Ko­bieta sza­co­wała, że war­tość tego wszyst­kiego oscy­lo­wała w gra­ni­cach mi­liona zło­tych.

– Pu­sty – po­wie­działa ci­cho, wi­dząc uchy­lone drzwiczki i brak przed­mio­tów w skrytce.

Zimny pot ob­lał jej plecy. Tylko jedna osoba mo­gła go wy­czy­ścić – ta sama, która tak do­kład­nie wy­sprzą­tała cały dom.

Cza­rek nie znał szy­fru do sejfu, choć za­wsze da­wał do zro­zu­mie­nia, że to wielka nie­spra­wie­dli­wość. Mo­nika wie­działa, że oj­ciec ni­gdy by mu go nie udo­stęp­nił, chyba że…

Wy­bie­gła z sy­pialni ro­dzi­ców i ru­szyła pro­sto do po­koju Czarka. Wi­dok spa­ko­wa­nych wa­li­zek i pu­deł na środku po­miesz­cze­nia wcale jej nie zdzi­wił – prze­ra­ził ją. Chwy­ciła obu­rącz za poły płasz­cza, tuż pod szyją, zro­biła krok w tył i… wpa­dła na brata, który stał za nią.

– Co ty… – głos uwiązł jej w gar­dle.

– Co? Co? – Twarz Ce­za­rego przy­po­mi­nała wy­kutą w skale rzeźbę. – Masz ja­kiś pro­blem?

– Dla­czego się spa­ko­wa­łeś? – wy­szep­tała. – Gdzie są… Co zro­bi­łeś z… ro­dzi­cami?

Za­miast od­po­wie­dzieć, Cza­rek wy­cią­gnął dło­nie i zła­pał ją za szyję. W pierw­szej chwili mózg Mo­niki nie przy­jął tego do wia­do­mo­ści, więc na­wet nie chwy­ciła brata za dło­nie, tylko wciąż trzy­mała się swo­jego płasz­cza.

– Za­raz ci po­każę, co z nimi zro­bi­łem – wy­ce­dził, za­ci­ska­jąc moc­niej palce wo­kół jej szyi.

Wtedy zro­zu­miała wszystko, ale było już za późno. Była zbyt słaba, żeby z nim wal­czyć. Oka­zało się, że jest bar­dzo sil­nym, wy­spor­to­wa­nym męż­czy­zną, który bez trudu zwlókł ją na dół i po­ło­żył na ziemi.

– Wszystko po­psu­łaś – mó­wił, wciąż ją pod­du­sza­jąc, jakby spra­wiało mu to wielką przy­jem­ność.

„Bo spra­wia!” – zdała so­bie sprawę Mo­nika.

– Mia­łaś przy­je­chać wcze­śniej, żeby mnie dziś tu już nie było. Mia­łem się z tobą roz­pra­wić… sio­stro. Coś słabo ko­chasz tych swo­ich ro­dzi­ców – szy­dził. – Tyle dni nie spraw­dzi­łaś, co się z nimi stało. A taka do­bra z cie­bie có­reczka.

Przed oczami Mo­niki za­częły po­ja­wiać się mroczki. Jej prze­ra­że­nie ro­sło. Chciała żyć, ale była pewna, że brat ją za­mor­duje. Za­pra­gnęła więc jed­nego, żeby tor­tura po pro­stu się już skoń­czyła.

„Mo­głam nie przy­jeż­dżać” – po­my­ślała, za­nim stra­ciła przy­tom­ność. „Mo­głam we­zwać po­li­cję, żeby spraw­dziła dom…”

Mo­nika się ock­nęła. Za­mru­gała po­wie­kami, jakby nie do­wie­rza­jąc, że nie jest mar­twa. Le­żała na wznak i pa­trzyła w be­to­nowy su­fit z jedną słabą ża­rówką. Wie­działa, że jest w piw­nicy ich domu. Du­żej, peł­nej pa­ję­czyn piw­nicy, któ­rej tak strasz­nie się bała jako dziecko.

Spró­bo­wała ob­ró­cić się na bok. Kiedy zdo­łała to zro­bić, po­jęła, że o wsta­niu nie ma już mowy – w ogóle nie czuła nóg. Le­żała więc, ła­piąc od­dech, wal­cząc z bó­lem szyi i gar­dła.

„Może nie zła­mał mi ko­ści gny­ko­wej?” – po­my­ślała z na­dzieją. „Chyba by mnie to za­biło… Może ktoś mnie tu znaj­dzie?”

Na­słu­chi­wała od­gło­sów z góry, ale ża­den dźwięk nie do­cie­rał do piw­nicy.

Otwo­rzyła sze­rzej po­wieki i wbrew wła­snej woli uświa­do­miła so­bie wresz­cie, co wi­dzi. Łzy na­pły­nęły jej do oczu, ale nie prze­sło­niły ob­razu dwóch po­dłuż­nych wor­ków uło­żo­nych pod ścianą.

„Już śmier­dzą” – prze­szło jej przez myśl. „Jest zimno, ale już się roz­kła­dają. Mam na­dzieję, że nie cier­pieli…”

Zro­biło się cał­kiem ciemno i prze­stała czuć co­kol­wiek.

I

War­szawa, trzy ty­go­dnie wcze­śniej

Więk­szość lu­dzi, któ­rzy znali Ro­berta Wi­śniew­skiego – ko­mi­sa­rza, ak­tu­al­nie pra­cu­ją­cego dla Cen­tral­nego Biura Śled­czego Po­li­cji – nie miała po­ję­cia, że tak na­prawdę miał on na imię To­mek. Gdyby zaj­rzeć mu w do­wód oso­bi­sty albo do le­gi­ty­ma­cji służ­bo­wej, można by się do­wie­dzieć, że pan ko­mi­sarz na­zywa się To­masz Ro­bert Wi­śniew­ski. Dru­giego imie­nia za­częli uży­wać jego ro­dzice jesz­cze w przed­szkolu, gdy wy­cho­waw­czyni ka­zała dzie­ciom przy­cho­dzić z wor­kami na kap­cie z wy­szy­tymi na nich ini­cja­łami. Oj­ciec Tomka, z nie­zro­zu­mia­łych wów­czas dla ma­lu­cha po­wo­dów, nie ży­czył so­bie, by ja­kie­kol­wiek rze­czy syna opa­trzone były li­te­rami „TW”.

– Już lep­sze by­łoby „WC” – stwier­dził sta­now­czo Wi­śniew­ski se­nior. – Mniej­szy wstyd.

Po­tem wszy­scy przy­wy­kli do Ro­berta i za­po­mnieli, skąd się ta za­miana wzięła.

Od czasu roz­po­czę­cia przez niego służby tylko nie­któ­rzy ko­le­dzy i prze­ło­żeni wie­dzieli, że Ro­bert jest Tom­kiem, a i sam za­in­te­re­so­wany zda­wał się o swoim pierw­szym imie­niu nie pa­mię­tać.

Tego dnia jed­nak so­bie przy­po­mniał, a to za sprawą swo­jej mał­żonki. Na­zwała go To­ma­szem przy po­ran­nej awan­tu­rze, któ­rej przy­czyna nie była dla niego zu­peł­nie ja­sna – jak zwy­kle zresztą, gdy Aneta urzą­dzała mu jazdę o po­ranku. Nie słu­chał jej wcale; w su­mie to na­wet jej nie sły­szał. Je­den z po­li­cyj­nych psy­cho­lo­gów po­wie­dział mu, że w ten spo­sób się dy­so­cjo­wał, żeby nie zwa­rio­wać.

– To taki fajny me­cha­nizm obronny – po­wie­dział z uśmie­chem, kiedy Ro­bert tra­fił do niego na se­sję po ja­kiejś strze­la­ni­nie. – Po­zwala ci nie przyj­mo­wać na klatę ca­łego kwasu, jaki się na cie­bie wy­lewa.

Ro­bert je­chał więc do pracy i za­miast my­śleć o tym, czego tym ra­zem chciała jego – bar­dzo nie­wierna swego czasu – żona, za­sta­na­wiał się, dla­czego użyła jego pierw­szego imie­nia.

„Chciała mnie ob­ra­zić bar­dziej niż zwy­kle?” – za­du­mał się, sto­jąc na świa­tłach. „Ale to bez sensu. To cał­kiem neu­tralna rzecz”.

Gdyby byli nor­mal­nym mał­żeń­stwem, za­py­tałby ją o tę kwe­stię wie­czo­rem przy ko­la­cji, ale prze­cież nie byli nor­malni pod żad­nym wzglę­dem, a za­da­nie tego py­ta­nia roz­pę­ta­łoby nie­mal na pewno ko­lejną awan­turę, trwa­jącą do pół­nocy. Dla­tego po­zo­stało mu smętne du­ma­nie, które prze­cią­gnęło się do chwili, gdy par­ko­wał auto na służ­bo­wym par­kingu i wcho­dził do bu­dynku, gdzie mie­ścił się jego od­dział Biura. Mi­nął sta­no­wi­sko ochrony, wy­jął prze­pustkę i przy­ło­żył ją do czyt­nika obok szkla­nych drzwi. Żeby wejść do po­miesz­cze­nia, w któ­rym pra­co­wał, mu­siał po­tem jesz­cze ze­ska­no­wać pa­lec – no­wość de­ner­wu­jąca do­słow­nie każ­dego.

– Po­winno być od­wrot­nie, je­śli już na­prawdę mamy mieć to po­dwójne za­bez­pie­cze­nie – obu­rzał się Mar­cin Słom­kow­ski, je­den z ko­le­gów Ro­berta. – Pa­lec na wej­ściu, a tu karta. Jak mam, kurwa, wcho­dzić na open space z kawą, je­dze­niem i jesz­cze wy­cią­gać pa­lu­cha?

– Wiem, wiem. – To­mek Ko­to­wicz, szef ich od­działu, ki­wał głową. – Zgło­si­łem to, ale po­trwa, za­nim ktoś za­twier­dzi zmianę.

Rze­czy­wi­ście – za­twier­dza­nie zmiany trwało i trwało, więc gdy Wi­śniew­ski wszedł na ko­ry­tarz, zo­ba­czył Słom­kow­skiego, który jak zwy­kle mio­tał się przy drzwiach, usi­łu­jąc do­stać się do miej­sca pracy i nie ob­lać przy tym za­war­to­ścią kubka.

– Cze­kaj, Si­sior – za­wo­łał, śpie­sząc w stronę nie­bo­raka. – Już służę po­mocą.

– Dzięki – wy­beł­ko­tał Słom­kow­ski z baj­glem w ustach.

Męż­czyźni we­szli do środka i Wi­śniew­ski już miał rzu­cić ko­men­tarz, że te za­bez­pie­cze­nia o kant dupy po­tłuc, skoro i tak mało kto wie, że w ogóle zaj­mują ten bu­dy­nek, kiedy za­uwa­żył, że przy jego biurku na krze­śle „go­ścin­nym” sie­dzi ja­kiś młody po­ste­run­kowy, ner­wowo ści­ska­jący w dło­niach fu­ra­żerkę.

– Co do… – za­czął, marsz­cząc brwi.

– A, tak! – Słom­kow­ski miał wresz­cie wolne usta. – Przy­szedł tu ja­kieś pół go­dziny temu i ko­niecz­nie chciał z tobą roz­ma­wiać.

– Ale…

– Stary się zgo­dził – uprze­dził jego pro­te­sty ko­lega. – Je­śli za­ła­twi­cie sprawę przed po­ranną od­prawą.

– I jesz­cze co? – mruk­nął Ro­bert. Nikt tu ot tak nie wcho­dził, ży­cząc so­bie roz­mowy z kim­kol­wiek. Na pewno nie ja­kiś pierw­szy lep­szy leszcz, pew­nie z Ko­mendy Sto­łecz­nej. Nieco zły, ale też za­in­try­go­wany, pod­szedł do swo­jego biurka i po­sta­wił na nim ple­cak. – O co cho­dzi? – za­czął bez ogró­dek, wy­cią­ga­jąc lap­topa i dru­gie śnia­da­nie.

Młody po­li­cjant wstał, prze­łknął ślinę i spoj­rzał na Ro­berta bła­gal­nym wzro­kiem.

– Ko­mi­sarz To­masz Wi­śniew­ski? – ode­zwał się, jakby chciał się upew­nić.

Wi­śniew­skiemu do­słow­nie włos zje­żył się na gło­wie. „Co jest?! Ja­kiś spi­sek z moją wiedźmą?” – po­my­ślał i od­po­wie­dział odro­binę nie­uprzej­mie:

– A kto pyta?

– Po­ste­run­kowy Ka­łuża. Je­stem z… Przy­cho­dzę… To zna­czy… Ktoś umarł – stwier­dził w końcu sta­now­czo i nieco się roz­luź­nił. – Tak, zmarła ko­bieta i po­trzebne jest śledz­two.

– Że co?! A co ja mam z tym wspól­nego? To nie wy­dział za­bójstw. Jaja so­bie ro­bisz? – Ro­bert ro­zej­rzał się wo­koło, by spraw­dzić, czy jego ko­le­dzy przy­pad­kiem nie mają cze­goś wspól­nego z tą nie­do­rzeczną sy­tu­acją.

– Tak, wiem. Ja wszystko ro­zu­miem, ale po­trzebne są środki… To zna­czy ktoś, kto się tym do­brze zaj­mie.

– Ja pier­dolę! Go­ściu, mów z sen­sem albo cię stąd wy­rzucę.

– Pra­co­wał pan kie­dyś z ko­mi­sa­rzem Paw­łow­skim ze Sto­łecz­nej, prawda?

– I co z tego? On już na­wet nie jest w służ­bie – za­uwa­żył Ro­bert, ma­jąc na my­śli to, że ko­mi­sarz Paw­łow­ski od nie­mal pię­ciu lat od­sia­dy­wał dłu­go­letni wy­rok za de­frau­da­cję du­żej sumy pie­nię­dzy na­le­żą­cych do Skarbu Pań­stwa.

– Tak, prze­bywa w… To zna­czy, ekhm… – za­wa­hał się po­ste­run­kowy, nie chcąc po­wie­dzieć wprost, co działo się z daw­nym ko­legą z pracy Wi­śniew­skiego. – Cho­dzi o to, że to mój wu­jek, i ja z nim roz­ma­wia­łem o tej śmierci, i on mi po­wie­dział, że u nas w Sto­łecz­nej wszy­scy będą to te­raz mieli w du­pie. Tę śmierć, zna­czy się. I że po­wi­nie­nem pójść do ko­goś, kto mi na­prawdę po­może.

– A wy­dział za­bójstw się do tego nie na­daje, tak? Albo ja­kiś inny. – Ro­bert, choć na­dal nieco zi­ry­to­wany, uspo­koił się na tyle, że usiadł przy biurku i wy­jął ku­bek z szu­flady. – Wy­dział za­bójstw nie umie na­prawdę roz­wią­zać sprawy czy­jejś śmierci?

– Hmm, no nie. Nie tej śmierci – od­parł po­ste­run­kowy za­ska­ku­jąco pew­nym to­nem.

– O matko! – Wi­śniew­ski po­tarł brwi, wzdy­cha­jąc. – Nic z tego nie ro­zu­miem, a w do­datku je­stem przed pierw­szą kawą. A do­bra! – Zła­pał ku­bek i pod­niósł się z fo­tela. – Za­pra­szam do kuchni, tam mi o wszyst­kim opo­wiesz.

Wy­cho­dząc, zer­k­nął w stronę prze­szklo­nego po­koju swo­jego szefa, in­spek­tora Tomka Ko­to­wi­cza, który sie­dział przy biurku z no­sem w pa­pie­rach i nie wy­da­wał się wcale za­in­te­re­so­wany sy­tu­acją swo­jego pod­wład­nego, mimo że była ona co naj­mniej dziwna.

„Może to na­prawdę ja­kiś prank? Może wszy­scy się zmó­wili dziś, żeby od rana te­sto­wać moją cier­pli­wość?” – my­ślał, zmie­rza­jąc ko­ry­ta­rzem do po­koju so­cjal­nego.

– Je­śli chcesz kawy, młody, mu­sisz so­bie sam zro­bić – za­zna­czył, gdy zna­leźli się na miej­scu. – Ja­koś nie je­stem w na­stroju, żeby ob­słu­gi­wać dziś młod­szych stop­niem.

– A, nie, nie trzeba. – Po­li­cjant się uśmiech­nął. – Na­wet bym nie śmiał pro­sić… Poza tym już pi­łem. Ee… kawę, zna­czy się.

– Ja­sne – mruk­nął Ro­bert, na­le­wa­jąc wody do po­jem­nika eks­presu. – To mó­wisz, że stary Pawło jest twoim wuj­kiem i cię do mnie wy­słał?

– Mhm. – Po­ki­wał głową. – By­łem u niego… na wi­dze­niu. I tak mi wła­śnie po­wie­dział.

Wi­śniew­ski spoj­rzał na niego znad ra­mie­nia, prze­ry­wa­jąc czyn­no­ści przy eks­pre­sie.

– Pawło wy­słał cie­bie do mnie? Se­rio?! Że niby ja miał­bym zro­bić coś le­piej niż lu­dzie ze Sto­łecz­nej?

– Tak. – Ka­łuża prze­łknął ślinę. – Stwier­dził, że nie do­strze­gał pana po­ten­cjału, ale te­raz wie, że to pan za­ła­twi tę sprawę jak trzeba.

– Nooo, tego jesz­cze nie grali. – Ro­bert krę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem. Na­lał so­bie kawy i za­czął ener­gicz­nie mie­szać ły­żeczką w kubku, choć na­wet nie wsy­pał do niego cu­kru. – Ja­kieś jaja, jak słowo daję.

– Co pan mó­wił?

– Sia­daj, synku. – Ro­bert wska­zał na krze­sełko obok nie­du­żego sto­lika pod ścianą. – To ci opo­wiem. Wiesz, jak mó­wili na mnie w Sto­łecz­nej?

Młody czło­wiek po­krę­cił głową, ale Wi­śniew­ski wy­czuł w tym ru­chu fałsz.

– La­luś. Albo ciota. Albo pan-ładna-buźka. Nikt, pod­kre­ślam: nikt, nie trak­to­wał mnie po­waż­nie. A już na pewno nie Pawło. Więc ga­daj mi za­raz, o co tu, kurwa, cho­dzi tak na­prawdę, albo wy­pier­da­laj z mo­jego biura i za­po­mnij, że tu by­łeś.

Po­ste­run­kowy za­mru­gał po­wie­kami.

– Jest, jak mó­wię – od­parł ci­cho. – Umarła ko­bieta i nikt się tym nie przej­muje, bo jest pan­de­mia.

W tym mo­men­cie Wi­śniew­ski po­czuł, że ta opo­wieść nie idzie w do­brą stronę i że nie chce słu­chać jej da­lej. Nic jed­nak nie po­wie­dział, tylko pod­niósł ku­bek do ust, jakby chciał sam je so­bie za­mknąć.

– Ża­den ze mnie śled­czy – cią­gnął Ka­łuża – ale my­ślę, że tej śmierci dało się unik­nąć, że ktoś za­wiódł… za­nie­dbał obo­wiązki. Le­ka­rze. Le­karka. Sys­tem… Sły­sza­łem o wielu po­dob­nych przy­pad­kach. Krążą plotki, pełno tego w in­ter­ne­cie. Ktoś wy­ki­to­wał w ka­retce, która stała w ko­lejce do szpi­tala, bo dla per­so­nelu naj­waż­niej­sze były te­sty na ko­wida. I nikt z tym nic nie robi.

– To dla­czego tym ra­zem ma być ina­czej? – za­py­tał Ro­bert, od­sta­wia­jąc kawę na blat. – Co ta­kiego jest w tej spra­wie?

– Mogą być do­wody – od­po­wie­dział po­li­cjant nieco har­dym to­nem. – Twarde do­wody na winę per­so­nelu.

„Jakby w tych in­nych sy­tu­acjach nie było” – po­my­ślał po­nuro Wi­śniew­ski.

– Matka… – za­czął po­ste­run­kowy, ale prze­rwał na­gle. Po­chy­lił się i oparł łok­cie na ko­la­nach. – Matka tej ko­biety nie daje nam spo­koju. To zna­joma jed­nego z po­li­cjan­tów i cią­gle do niego przy­cho­dzi, wy­staje przed ko­mendą, dzwoni, wy­syła wia­do­mo­ści… W końcu ten po­li­cjant przy­szedł do nas i po­pro­sił, że­by­śmy z nią po­ga­dali, spi­sali ze­zna­nia i dali jej do zro­zu­mie­nia, że ktoś się tym in­te­re­suje. Li­czył na to, że może wtedy so­bie pój­dzie. Pa­dło na mnie, bo je­stem naj­młod­szy. Nikt się nie chciał tym zaj­mo­wać. No to po­ga­da­łem, wy­słu­cha­łem, by­łem u pa­to­loga…

– Słu­cham?! – prze­rwał mu Wi­śniew­ski. – Zro­bili au­top­sję?

– A skąd! – od­parł zbul­wer­so­wany Ka­łuża. – Matka nie po­zwo­liła jej po­cho­wać, ale nikt nie chciał ro­bić sek­cji, więc po­sze­dłem za­py­tać, czy by się nie dało…

– Łał! – mruk­nął Ro­bert. – Mu­siała być na­prawdę prze­ko­nu­jąca.

Młody po­li­cjant spoj­rzał na niego z wy­raźną dez­apro­batą.

– Tu nie cho­dzi o to, czy była prze­ko­nu­jąca, ale o to, że zmarła jej je­dyna córka, która mo­gła jesz­cze żyć.

– Tego nie wiesz. – Wi­śniew­ski za­ci­snął szczęki, czu­jąc, że ma dość tej roz­mowy.

– No wła­śnie! Trzeba to spraw­dzić. U nas na­prawdę wszy­scy mają to w du­pie, dla­tego po­je­cha­łem do wuja, żeby coś po­ra­dził. Po­wie­dział, że tylko wasz wy­dział bę­dzie w sta­nie co­kol­wiek zdzia­łać…

– Dla­czego? Bo je­ste­śmy dziw­kami Brze­ziń­skiego? Tak o nas mó­wią, prawda?

Ro­mu­ald Brze­ziń­ski, były ko­mu­ni­styczny agent służb, a w wol­nej Pol­sce pre­mier, wy­dzie­lił ich nie­wielką ko­mórkę z CBŚP i kie­ro­wał nią, nie­ofi­cjal­nie, na­wet po przej­ściu na eme­ry­turę. Z tego po­wodu więk­szość po­li­cyj­nego śro­do­wi­ska pa­trzyła na nich krzywo, nie szczę­dząc im nie­przy­jem­nych epi­te­tów, wy­ra­ża­nych na­wet w bez­po­śred­nich kon­tak­tach.

– Nie ma zna­cze­nia, jak mó­wią. Ważne, że ma­cie moż­li­wo­ści. A pan… Wu­jek po­wie­dział, że pan bę­dzie miał dość serca, żeby się tym za­jąć, ale wi­dzę, że chyba się my­lił. – Po­li­cjant za­ci­snął usta w cienką kre­skę. Jesz­cze moc­niej chwy­cił swoją fu­ra­żerkę i wstał z krze­sła, pro­stu­jąc się, niby do po­stawy na bacz­ność. – Po­jadę już.

– Mhm… – mruk­nął Ro­bert, nieco za­sko­czony.

– Tak czy ina­czej, dzięki za po­świę­cony cenny czas. I… smacz­nej kawy. – Ka­łuża ru­szył w stronę wyj­ścia, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź.

– Cze­kaj! – Wi­śniew­ski po­de­rwał się i wy­szedł za nim na ko­ry­tarz. – Ktoś musi ci otwo­rzyć…

– Nie trzeba. Mój ko­lega sie­dzi na ochro­nie – od­parł, na­wet nie od­wra­ca­jąc się w stronę Ro­berta.

– Ja je­bię – wy­mam­ro­tał ko­mi­sarz, idąc po ku­bek. – A na­wet nie ma dzie­wią­tej.

Od­prawa trwała bar­dzo krótko. Lu­dzi do pracy było mało, a i sa­mej pracy też nie za wiele.

Po spo­tka­niu Wi­śniew­ski po­drep­tał za sze­fem do jego prze­szklo­nego ga­bi­netu, zwa­nego akwa­rium.

– No? – Ko­to­wicz usiadł przy biurku, ob­da­ro­wu­jąc Wi­śniew­skiego prze­lot­nym, lekko zi­ry­to­wa­nym spoj­rze­niem.

– Cho­dzi o tego po­li­cjanta…

– Zaj­miesz się tym – stwier­dził in­spek­tor.

– Yyy… – za­cu­kał się Ro­bert, gdy do­tarło do niego, że nie usły­szał tam py­ta­nia. – Ale jak to?

– Tak to. Ru­szysz dup­sko zza biurka i po­je­dziesz w tak zwany te­ren, żeby się przyj­rzeć tej spra­wie.

– A wiesz w ogóle, o co w niej cho­dzi?

– Nie – od­parł Ko­to­wicz, jakby roz­ba­wiony. – Nie ob­cho­dzi mnie to. Nie ma two­jego part­nera, wszyst­kie wa­sze sprawy są na ta­kim eta­pie, że mogą się nimi za­jąć na­sze dwa żół­to­dzioby, a ty, jako je­den z nie­licz­nych, ja­kimś cu­dem nie ła­piesz tego chiń­skiego świń­stwa i cho­dzisz zdrowy jak koń. Zba­daj ten przy­pa­dek jak ra­sowy śled­czy, do­wiedz się wszyst­kiego, jakby cho­dziło o twoją wła­sną ro­dzinę, a po­tem przyjdź i zdaj mi re­la­cję. Zro­zu­miano?

– Tak – burk­nął Ro­bert, choć bar­dzo chciał się da­lej kłó­cić. Och, jak bar­dzo tego po­ranka chciał w końcu ko­muś wy­gar­nąć. – Pra­cuję w te­re­nie. Nie wiem, po co ten przy­tyk.

– Ja też nie. – Ko­to­wicz wzru­szył ra­mio­nami, od­chy­lił się w fo­telu i za­czął bu­jać ryt­micz­nie w przód i w tył. – Tak mi się wy­rwało. Zbie­raj ma­na­tki i zaj­mij się te­ma­tem.

Wi­śniew­ski ski­nął głową i ru­szył w stronę wyj­ścia, ale w drzwiach ob­ró­cił się na pię­cie i spoj­rzał na szefa.

– Ale wiesz, że tu cho­dzi o służbę zdro­wia?

– Mhm. Tak mi się obiło o uszy i dla­tego uwa­żam, że się na­da­jesz. To za­da­nie tylko dla twar­dzieli.

II

Przed dzie­siątą ruch na war­szaw­skich uli­cach był już mniej­szy, więc Ro­bert do­tarł na Plac Ban­kowy cał­kiem szybko. Nie po­je­chał jed­nak pod miesz­czący się w Pa­łacu Mo­stow­skich gmach Ko­mendy Sto­łecz­nej Po­li­cji, ale skrę­cił w lewo w Aleję So­li­dar­no­ści, gdzie mie­ściło się biuro de­tek­ty­wi­styczne jego by­łego ko­legi z CBŚP, Łu­ka­sza Mey­era. Los spra­wił, że ni­gdy nie pra­co­wali w jed­nym wy­dziale – gdy Łu­kasz zmie­niał kie­ru­nek swo­jej ka­riery, Ro­bert miał do­piero do­łą­czyć do tej grupy funk­cjo­na­riu­szy – znali się jed­nak do­brze. Po­łą­czyła ich sprawa po­rwa­nia żony Mey­era, a po­tem ko­lejne, nie­mniej dra­ma­tyczne zda­rze­nia. Gdy Aneta Wi­śniew­ska ro­dziła ich syna, Bartka, Ju­styna Meyer była w ciąży z dru­gim dziec­kiem, więc za­częli dość czę­sto spo­ty­kać się to­wa­rzy­sko i wy­mie­niać do­świad­cze­niami ro­dzi­ciel­skimi. Ro­bert ce­nił Łu­ka­sza za to, że ten ni­gdy nie trak­to­wał go z góry albo z iry­tu­ją­cym po­bła­ża­niem, jak ro­biło to wielu jego ko­le­gów z po­li­cji. Łu­kasz dla wszyst­kich był w po­rządku i do każ­dego pod­cho­dził z sza­cun­kiem, dla­tego lu­dzie do niego lgnęli. Co in­nego Ju­styna, o któ­rej mó­wiono, że jest wiedźmą za­glą­da­jącą w ludz­kie du­sze bez po­zwo­le­nia. Wi­śniew­ski nieco się jej bał, głów­nie z po­wodu jej bar­dzo bli­skiej współ­pracy z by­łym pre­mie­rem Brze­ziń­skim i taj­nymi służ­bami, do któ­rej zresztą ni­gdy się ofi­cjal­nie nie przy­zna­wała, pra­cu­jąc na co dzień jako wi­ce­pre­zes wiel­kiej kor­po­ra­cji. Ro­bert sza­no­wał ją na­to­miast za jedną rzecz. Od razu po­znała się na jego Ane­cie i ni­gdy nie kryła, co o niej my­śli – nie przed Ro­ber­tem.

– Weź ty kop­nij w dupę tego masz­ka­rona – po­wie­działa mu, kiedy spo­tkali się na chrzci­nach Bartka. – Łap dzie­ciaka i spier­da­laj.

– Co? – Ro­bert za­śmiał się ner­wowo. Aneta nie była brzydka, nie ze­wnętrz­nie, ale on do­brze wie­dział, że Ju­sty­nie cho­dziło o coś in­nego.

– Prze­cież to cho­dząca tok­syna – od­parła, jakby to było oczy­wi­ste. – Po co z nią je­steś? Dla ja­kiejś po­kuty?

– E… Nie jest taka zła.

– A-ha! – Ju­styna spoj­rzała na niego jak na idiotę. – A więc jed­nak sa­mo­udrę­cze­nie.

Nikt z jego zna­jo­mych ani na­wet z ro­dziny nie zdo­był się na taką szcze­rość. Aneta była piękną ko­bietą, Ro­bert zaś bar­dzo przy­stoj­nym męż­czy­zną. Gdy brali ślub, wy­da­wało się, że to bajka, która ni­gdy się nie skoń­czy. Ona w zja­wi­sko­wej sukni, on w ga­lo­wym mun­du­rze; ko­ściół przy Kra­kow­skim Przed­mie­ściu, ta­buny wy­stro­jo­nych go­ści, szpa­ler po­li­cjan­tów z sza­blami przed wej­ściem, wy­stawne przy­ję­cie i po­dróż po­ślubna do Du­baju – czy na tym ob­razku mo­gła po­ja­wić się ja­kaś rysa?

– Aneta – szep­nął sam so­bie Ro­bert, szu­ka­jąc miej­sca do za­par­ko­wa­nia. – Moja zdzi­ro­wata, ję­dzo­wata i głu­pia żona.

Był zły i da­wał upust gnie­wowi, co nie­czę­sto mu się zda­rzało. Na­wet po tym, jak się do­wie­dział o jej zdra­dzie, po­padł w ro­dzaj ka­ta­to­nii, która za­stą­piła – na­tu­ralną w ta­kiej sy­tu­acji – wście­kłość. Po­tem była ak­cja z pa­nią żan­darm, która po­wie­działa Ane­cie, że ma z nim ro­mans, bo pew­nie li­czyła na to, że taka wia­do­mość roz­bije jego mał­żeń­stwo, lecz za­miast tego spra­wiła, że nie­wierna żona wró­ciła na­tych­miast w jego ob­ję­cia i w rów­nie eks­pre­so­wym tem­pie dała się za­płod­nić. Wy­da­wało się mu, że Bar­tek był po­wo­dem, dla któ­rego jej nie zo­sta­wił ani na­wet o tym nie po­my­ślał; tego dnia przy­szło mu jed­nak do głowy, że cho­dziło o coś in­nego i że być może…

– Je­stem miękką fają – po­wie­dział znów do sie­bie, ga­piąc się bez­myśl­nie w lu­sterko wsteczne. – Miękką fają bez wła­snego zda­nia, któ­rej można wci­snąć każdy kit, jak choćby tę sprawę.

Zro­biło się mu nie­do­brze na myśl, że Pawło wska­zał wła­śnie jego jako czło­wieka, który zaj­mie się czymś, czego nie chce nikt inny, bo stary po­li­cjant wie­dział, że w głębi du­szy Wi­śniew­ski ma słabą wolę. „Czy tak wła­śnie lu­dzie mnie po­strze­gają? Jako za­pchaj­dziurę, która ni­czemu się nie sprze­ciwi?” – za­sta­na­wiał się Ro­bert. Miał ochotę znów od­pa­lić sil­nik i wró­cić do domu, żeby w ten spo­sób za­ma­ni­fe­sto­wać swoją nie­za­leż­ność, ale wes­tchnął tylko i wy­siadł z auta.

Wdra­pał się na dru­gie pię­tro ka­mie­nicy i wszedł do biura, w któ­rym nikt nie zwró­cił na niego uwagi. Ko­legę zna­lazł w końcu w jed­nym z licz­nych po­miesz­czeń, wy­pcha­nych po su­fit tecz­kami na do­ku­menty.

– Mógł­byś wresz­cie za­trud­nić ja­kąś re­cep­cjo­nistkę – po­wie­dział z uda­wa­nym wy­rzu­tem do Łu­ka­sza roz­pra­wia­ją­cego o czymś ze swoim part­ne­rem, Mir­kiem. – Ktoś kie­dyś wej­dzie i was ukrad­nie.

– A! To ty! – ucie­szył się Meyer. – Co za nie­spo­dzianka! Mi­rek, pa­mię­tasz Wi­śnię?

– No pew­nie – od­parł męż­czy­zna, po­pra­wia­jąc oku­lary. – Pa­mię­tam wszyst­kich two­ich faj­nych ko­le­gów.

Wi­śniew­ski ro­ze­śmiał się i po­krę­cił głową.

– Ni­gdy nie wiem, który z was ma lep­szą ściemę.

– Nikt nie ściem­nia. – Łu­kasz też się za­śmiał i wy­cią­gnął dłoń na po­wi­ta­nie. – Je­ste­śmy szcze­rzy do bólu, a ty je­steś fajny chłop. Chodź! – De­tek­tyw ob­jął go umię­śnio­nym ra­mie­niem i po­pro­wa­dził w stronę ko­ry­ta­rza. – Na­pi­jemy się kawki.

– Już pi­łem.

– Ale na­sza jest lep­sza – od­parł bez za­sta­no­wie­nia Meyer. – I mamy pą­czu­sie, a przy pą­czu­siach naj­le­piej się opo­wiada o tym, z czym się przy­szło do świa­to­wej sławy de­tek­tywa, Łu­ka­sza Mey­era.

– I Mi­ro­sława Lu­bic­kiego – krzyk­nął z po­koju Mi­rek, naj­wy­raź­niej ob­da­rzony do­sko­na­łym słu­chem.

– Tak, i do tego zgreda.

– To też sły­sza­łem.

– Jezu! – jęk­nął Łu­kasz, uda­jąc iry­ta­cję. – Wchodź, Wi­sienko. Za­mknę drzwi i so­bie na spo­koj­nie po­roz­ma­wiamy. Na­pijmy się kawy, zjedzmy i opo­wiedz, co cię do nas spro­wa­dza.

– A jak my­ślisz? – wes­tchnął Wi­śniew­ski. – Ro­bota.

– Aha! Czyli jed­nak. Chcesz do nas do­łą­czyć.

– No nie! – za­pro­te­sto­wał ko­mi­sarz, za­raz się jed­nak za­wa­hał, czym wy­wo­łał szer­szy uśmiech na twa­rzy Mey­era. – Nie, na pewno… Tylko cza­sami mam taki dzień jak dziś.

– Czyli? – Meyer uniósł brwi i pod­szedł do eks­presu, który stał w jego ga­bi­ne­cie.

Ro­bert w paru zda­niach stre­ścił wy­da­rze­nia po­ranka, w tym cza­sie po­ja­wiły się przed nim świeża kawa i pą­czek na ma­łym ta­le­rzyku.

– Sło­dzisz? – za­py­tał Łu­kasz. – Te­raz wszy­scy za­czy­nają dbać o li­nię, prze­cho­dzą na ja­kieś dziwne diety…

– Sło­dzę – prze­rwał mu Wi­śniew­ski.

– Su­per! – Meyer pod­su­nął mu cu­kier­nicę i klap­nął na swoim fo­telu. – Więc… dla­czego ta hi­sto­ria skło­niła cię do przy­jazdu do nas? Chcesz nas pro­sić o po­moc czy coś?

– Nie. Po pro­stu nie chcia­łem jesz­cze je­chać do Sto­łecz­nej. Od­su­wam w cza­sie ten przy­kry mo­ment.

Łu­kasz wy­buchł śmie­chem.

– Szcze­rość za­wsze w ce­nie – po­wie­dział, ki­wa­jąc pal­cem. – A na po­waż­nie. Je­śli na­prawdę po­trze­bo­wał­byś po­mocy, ude­rzaj do nas. W Sto­łecz­nej był kie­dyś ten… Jak mu tam? Pol­ski Sher­lock na niego mó­wili. Zgi­nął parę lat temu pod­czas sprawy…

– Ro­land – mruk­nął Ro­bert znad fi­li­żanki.

– Wła­śnie! Ro­land… eee… Steb­nicki. Wielka strata dla po­li­cji, zwłasz­cza że był cy­wi­lem, któ­remu po­zwa­lali się pa­no­szyć po ko­ry­ta­rzach.

– Mó­wisz to na se­rio? Czy drwisz?

– Pół na pół – od­parł Łu­kasz, wsu­wa­jąc pączka do ust. – Wy­niki kry­mi­nal­nym tro­szeczkę się po­gor­szyły, więc ów­cze­sna pani sze­fowa ścią­gnęła z pro­win­cji ta­kiego faj­nego chło­paczka, który miał po­pra­wić sta­ty­styki… Syl­we­ster, o ile do­brze pa­mię­tam. Syl­we­ster Gu­zik! Wła­śnie.

– A wspo­mi­nasz o nim, bo…?

– Bo Ju­styna z nim współ­pra­co­wała przy ja­kiejś oka­zji, a może i dwóch… Ona i jej sza­lona ekipa, wiesz kogo. I, po­wiem ci, chłop jest do­bry, a przede wszyst­kim bar­dzo fajny w bez­po­śred­nim kon­tak­cie. Nie wiem, gdzie te­raz się po­dziewa, ale moja żona na­dal cza­sem go prosi o różne przy­sługi, więc w ra­zie czego pew­nie i tym ra­zem po­może.

– Nie wy­daje mi się, by to było ko­nie­czne – po­wie­dział Ro­bert smęt­nym gło­sem.

– Czemu? Li­czysz na szyb­kie roz­wią­za­nie sprawy?

– Nie ma żad­nej sprawy. Jest pew­nie za­nie­dba­nie le­kar­skie, ja­kich wiele. Albo dziew­czyna zmarła, bo ktoś znów za bar­dzo prze­strze­gał pro­ce­dur pan­de­micz­nych.

– Noo… – Łu­kasz po­ki­wał głową. – Ta­kich hi­sto­rii mamy u sie­bie te­raz bar­dzo dużo i nie wy­gląda na to, by dało się coś zro­bić w przy­padku więk­szo­ści z nich.

– Sam wi­dzisz…

– Ale! Może to wła­śnie ta jedna śmierć, która prze­leje czarę go­ry­czy.

Ro­bert zer­k­nął na ko­legę, a po chwili znów od­wró­cił wzrok.

– Co się dzieje? – Łu­kasz spra­wiał wra­że­nie za­nie­po­ko­jo­nego.

– Nie, nic… Nie mam ostat­nio naj­lep­szego okresu w ży­ciu. Za­czą­łem po­da­wać w wąt­pli­wość wszystko, co ro­bię i do czego do­sze­dłem. Je­śli rze­czy­wi­ście do cze­goś do­sze­dłem…

– Ro­zu­miem.

– Mam ta­kie… – Ro­bert po­tarł brwi pal­cami i się skrzy­wił. – Sie­dzi we mnie po­czu­cie, że cał­ko­wi­cie stra­ci­łem kon­trolę nad tym, co się ze mną dzieje. W ża­den spo­sób nie po­tra­fię zna­leźć cze­goś, co by mnie pod­no­siło na du­chu.

– A Bar­tek?

– No tak. – Po­ki­wał głową. – Tylko on mi zo­stał. Ale im jest więk­szy, tym wię­cej też wi­dzi tego, co dzieje się mię­dzy mną a Anetą. Boję się, że to go skrzywi, a ja nie będę mógł nic zro­bić.

– Ja oso­bi­ście je­stem o cie­bie spo­kojny – od­parł Łu­kasz, uśmie­cha­jąc się. – A kry­zysy są po to, by do­ko­ny­wać prze­war­to­ścio­wań w ży­ciu. Ozna­czają, że coś się bar­dzo zmie­nia.

– Za­czą­łeś czy­tać psy­cho­lo­giczne gówna?

– Nie! – za­pro­te­sto­wał Meyer ze śmie­chem. – Mó­wię z wła­snego po­dwórka. Dziś je­stem in­nym fa­ce­tem niż kilka lat temu, ale zmiana mnie także mocno bo­lała.

– Nie wy­da­jesz się kimś, kogo coś boli.

– Oj, zdzi­wił­byś się. Wra­ca­jąc do two­jej sprawy-nie-sprawy… Słu­chaj, przejdę się z tobą do Sto­łecz­nej. Za­wo­łasz tego, jak mu tam, Ka­łużę, i po­ga­damy so­bie chwilę, do­bra?

– Czemu miał­byś to ro­bić?

– Z cie­ka­wo­ści. – Łu­kasz wzru­szył ra­mio­nami. – Skoro Pawło cie­bie na­ma­ścił, to hi­sto­ria już jest dla mnie in­te­re­su­jąca.

– Zna­łeś go?

– Mhm. Nie za do­brze, ale spo­tka­li­śmy się kilka razy na grun­cie za­wo­do­wym i nie było to dla mnie miłe do­świad­cze­nie. Po­wiedzmy też, że Pawło to po­stać le­gen­darna swego czasu w fa­bryce. Chęt­nie zo­ba­czę, jak ra­dzi so­bie jego krew­niak.

– To może… – za­my­ślił się Ro­bert, wbi­ja­jąc wzrok w ekran ko­mórki – …może za­dzwo­nię po niego, żeby przy­szedł tu­taj. Je­śli nie masz nic prze­ciwko. – Spoj­rzał na Mey­era py­ta­jąco.

– A czemu miał­bym mieć? Niech przy­cho­dzi, je­śli na­prawdę mu tak za­leży.

Mu­sieli tro­chę po­cze­kać na Ka­łużę, który był poza ko­mendą. Chło­pak chęt­nie przy­stał na przy­jazd do biura Łu­ka­sza, choć przy­znał, że woli za­cho­wać to w ta­jem­nicy – przed ko­le­gami i zwłasz­cza prze­ło­żo­nymi.

– Nie je­ste­ście u nas spe­cjal­nie lu­biani – po­wie­dział przez te­le­fon, ści­sza­jąc głos. – Ani pan, ani Meyer. Ale po­sta­ram się być za pół go­dziny.

Ro­bert sie­dział przez chwilę sam w ga­bi­ne­cie Łu­ka­sza, ki­wa­jąc się smęt­nie na fo­telu ob­ro­to­wym, za­pa­trzony w nie­cie­kawy wi­dok za oknem. Meyer po­szedł za­ła­twić ja­kie­goś klienta w po­koju obok, ale szybko wró­cił i od razu za­pro­po­no­wał her­batę.

– Chyba że wo­lisz drugą kawę? – spy­tał.

– Trze­cią. – Ro­bert uśmiech­nął się i po­krę­cił głową. – Nie, dzięki. Her­bata jest w po­rządku.

– No to okej. – Łu­kasz spraw­dził, czy w czaj­niku jest woda.

– Wszy­scy ma­cie tu wła­sne eks­presy i czaj­niki z ca­łym wy­po­sa­że­niem?

– Nie, tylko sze­fo­stwo, czyli Mi­ruś i ja. Mło­dzież i reszta per­so­nelu mu­szą za­do­wo­lić się tym, co ofe­ru­jemy w tak zwa­nym po­miesz­cze­niu so­cjal­nym. Jak za­uwa­ży­łeś, nie za­trud­niamy asy­stentki czy se­kre­tarki, więc nie ma komu ro­bić kawki dla go­ści; ta­kie roz­wią­za­nie wy­dało się lep­sze.

– Ja­sne – rzu­cił z uda­wa­nym obu­rze­niem Wi­śniew­ski. – Po pro­stu sami się ra­czy­cie do woli i nikt wam nie zli­cza, ile razy po­szli­ście do so­cjal­nego.

– Cii! – Łu­kasz przy­ło­żył pa­lec do ust. – To ta­jem­nica.

– W biu­rze de­tek­ty­wi­stycz­nym? – Ro­bert się ro­ze­śmiał.

– Fakt. – Łu­kasz par­sk­nął i po­dał ku­bek go­ściowi. – Czyli że nie lu­bią nas tam, w Pa­łacu, tak?

– Jak­byś na­prawdę się dzi­wił. Wła­ści­wie o tym też chcia­łem po­ga­dać. – Ro­bert po­tarł brwi pal­cami. – Jak się miewa Brze­ziń­ski?

– Se­rio? Ty mnie py­tasz, co u two­jego szefa?

– Moim sze­fem jest Kot, który nie ra­czy nas in­for­mo­wać o ewen­tu­al­nych… no, wiesz, pro­ble­mach.

– Nie ma żad­nego pro­blemu – od­parł już po­waż­nie, opie­ra­jąc łok­cie o blat. – Brze­ziń­ski roz­pu­ścił plotkę, że umiera na ko­wida, bo pew­nie do tej in­for­ma­cji pi­jesz. Był chory, ale bez spe­cjal­nych fa­jer­wer­ków. Ju­styna cha­dzała do niego na ich tajne spo­tka­nia i na­wet się nie za­ra­ziła.

– To po co ta plotka?

– Żeby kon­tro­lo­wać chaos. Żeby wzbu­dzać nie­po­kój u prze­ciw­nika. Dzięki temu można spo­koj­nie da­lej so­bie dzia­łać.

– I jak mu idzie to dzia­ła­nie, co? Sły­sza­łem, że chcą nas za­mknąć, żeby się na nim ze­mścić. Był u nas na­wet ja­kiś oszo­łom z Głów­nej, który krzy­czał, że nie po­zwoli na upra­wia­nie pry­wat­nych fol­war­ków w pań­stwo­wej po­li­cji.

Łu­kasz przy­mknął oczy i po­trzą­snął lekko głową.

– Nie będę tego na­wet ko­men­to­wał. Do­brze wiesz, że pry­watne fol­warki są, były i będą, tak jak dzieje się to w in­nych służ­bach i re­sor­tach. Zmie­niają się cza­sem za­rządcy, jak lud wy­bie­rze ko­goś in­nego.

– Czyli jed­nak sko­men­to­wa­łeś – mruk­nął Ro­bert, po czym siorb­nął ci­cho go­rą­cej her­baty.

– Mar­twisz się? – za­py­tał Meyer, opie­ra­jąc brodę na dłoni. – O swoją pracę i przy­szłość?

– Nie… Tro­chę… To zna­czy nie wiem. Ogól­nie jest tak, że wszystko za­je­bi­ście się po­zmie­niało i dziś nie je­steś pe­wien ju­tra…

– A wiesz, że Ju­styna mówi, że bę­dzie tylko go­rzej? – prze­rwał mu Łu­kasz.

– Coś Brze­ziń­ski wspo­mi­nał? – Ro­bert wy­pro­sto­wał się gwał­tow­nie w fo­telu.

– Nie – za­śmiał się ci­cho Meyer. – Mó­wiła o tym ogól­nie. Cza­sami coś bre­dzi o ja­kiejś en­tro­pii, o tym, że po­rzą­dek się bu­rzy, bo musi, a my zbyt wolno się przy­sto­so­wu­jemy. Na­bija się z ana­li­ty­ków, któ­rzy pró­bują prze­wi­dy­wać przy­szłość, ba­zu­jąc na da­nych z prze­szło­ści… Eh, taka tro­chę wróżka się z niej zro­biła.

– Ale czemu? Co ją na­tchnęło?

– Może dzieci? – wes­tchnął Łu­kasz. – A może zbyt długa współ­praca z ludźmi ze służb? Nie wiem. Zmie­rzam do tego, że wiele osób wi­dzi te zmiany, które cię nie­po­koją, i nie­któ­rzy so­bie z nimi nie bar­dzo ra­dzą. Za­uwa­żamy to na­wet po na­szych klien­tach.

– Jak to?

– Wiesz, przy­cho­dzą tu z róż­nymi pro­ble­mami, ufają nam w mniej­szym lub więk­szym stop­niu, więc się zwie­rzają, także z tego, co ich prze­raża w kon­tek­ście bie­żą­cych wy­da­rzeń.

– No tak… – Ro­bert znów po­padł w krótką za­dumę, z któ­rej wy­rwała go ja­kaś myśl. – A co u was? Dawno się nie spo­ty­ka­li­śmy, nie wiem, jak so­bie ra­dzi­cie… tak ogól­nie.

– Do­brze. – Łu­kasz po­ki­wał głową i splótł dło­nie na brzu­chu. – Wszystko w po­rządku, poza fak­tem, że wy­cho­wuję nie swoje dziecko.

Wi­śniew­ski opluł się her­batą, któ­rej je­den spory chlust spadł mu na spodnie.

– Że, kurwa, co? – wy­du­sił, wy­cie­ra­jąc w pa­nice dżinsy. – Ale które dziecko? Ju­styna ci rogi przy­pra­wiła czy co?

– A nie, to by­łoby zbyt pro­ste. – Łu­kasz od­chy­lił głowę i za­czął bu­jać się w fo­telu. – Nie, nie! Dzieci są moje, Ma­rika i Szcze­pan… W sen­sie ge­ne­tycz­nym, bo poza tym mój syn tak na­prawdę jest dziec­kiem Kro­ko­dyla.

– Hę… – Ro­bert zro­bił głu­pią minę. – Tego do­wódcy na­jem­ni­ków, co… kojf­nął w Afga­ni­sta­nie?

– Nom. Tego wła­śnie.

– Mu­sisz mó­wić ja­śniej, bo się po­gu­bi­łem.

– Kro­ko­dyl miał na imię Szcze­pan, a te­raz mój sy­nek jest Szcze­pa­nem, ro­zu­miesz?

– Nie bar­dzo. To… nie wie­dzia­łeś o tym?

– Wie­dzia­łem, ale kiedy Ju­styna mnie in­for­mo­wała o tym fak­cie, nie bar­dzo do mnie do­tarło, co ozna­cza on w rze­czy­wi­sto­ści.

– Czyli?

– Czyli że… Szcze­pan sta­nowi ro­dzaj kom­pen­sa­cji za ni­gdy nie­zre­ali­zo­wane ma­rze­nie by­cia z Kro­ko­dy­lem.

– To nie brzmi jak ona. – Ro­bert za­czął krę­cić głową. – Nie-e. To ja­kieś chore dy­wa­ga­cje.

– Ani tro­chę – od­parł spo­koj­nie Łu­kasz. – Już dawno przy­wy­kłem do tego, że moja żona ma mocno po­krę­cony umysł i że sa­mej sie­bie do końca nie ro­zu­mie. Nie­stety, ja za­czą­łem ją ro­zu­mieć i te­raz tro­chę tego ża­łuję.

– W su­mie… – Wi­śniew­ski zmarsz­czył brwi. – Tro­chę słabe jest na­zy­wa­nie dziecka imie­niem… by­łego? Pra­wie by­łego? Ko­goś, z kim się było bli­sko.

– Prawda?

– Ale mały jest… Nie wiem. Po­do­bny do niego czy coś?

– Po­do­bny jest do mo­jej matki, o zgrozo! Cała Zo­fia z wy­glądu i za­cho­wa­nia. Chudy, zło­śliwy, prze­mą­drzały ba­chor. Sam wiesz.

– Noo… Może tro­chę. Za­wsze uwa­ża­łem, że to miły dzie­ciak.

– Prze­stań! – Łu­kasz wy­buchł gło­śnym, tu­bal­nym śmie­chem. – Miły jest twój Bar­tek, a nie ten su­kin­kot. Ale i tak go ko­cham, tak jak ko­cham Zo­fię, cho­ciaż wku­rzają mnie oboje.

– I co? Po­go­dzi­łeś się z tym, że tak jest?

– A co mia­łem zro­bić? Zresztą… Okres wście­kło­ści mam za sobą. Kłótni z Ju­styną też.

– Nie wie­rzę, że się kłó­ci­cie.

– Wi­śnia, wiem, że u cie­bie róż­nie bywa, ale na­wet do­brane pary mają gor­sze dni… A skoro sam za­czą­łeś…

– Nie! – Ro­bert uniósł dłoń. – Nie będę o tym ga­dał!

– Czemu?

– Nie, nie! Moje ży­cie mał­żeń­skie to pie­kło i nie wni­kajmy w to głę­biej.

Łu­kasz spoj­rzał na niego z tro­ską i ski­nął głową.

– Ja­sne – po­wie­dział ci­cho. – Dziś nie wni­kajmy… Ale w końcu mu­simy so­bie po­ga­dać, co? Czemu masz się z tym mę­czyć sam?

Ro­bert nie zdą­żył się ode­zwać, bo do ga­bi­netu ktoś za­pu­kał, a po chwili przez uchy­lone drzwi zaj­rzała dziew­czyna, za­pewne od nie­dawna pra­cu­jąca w biu­rze.

– Sze­fie – szep­nęła kon­spi­ra­cyj­nie. – Ja­kiś po­li­cjant do szefa ko­legi.

– Dzięki, Ania! Już idziemy.

– Nie jest sam – do­dała jesz­cze ci­szej.

III

Wi­śniew­ski był bar­dzo zły i szcze­gól­nie się z tym nie krył. Młody Ka­łuża przy­pro­wa­dził do biura matkę zmar­łej dziew­czyny.

– Ha­lina Do­ma­ga­łowa – do­ko­nał pre­zen­ta­cji, pa­trząc Ro­ber­towi pro­sto w oczy, da­jąc tym sa­mym do zro­zu­mie­nia, że złość pana ko­mi­sa­rza nie robi na nim wra­że­nia. – Mama Pa­try­cji. Za­dzwo­ni­łem do niej i oka­zało się, że jest w mie­ście.

– Ka­łuża… – wy­ce­dził przez zęby Wi­śniew­ski, ale za­nim wy­lała się z niego ty­rada gniew­nych wy­rzu­tów, Meyer zła­pał go za ra­mię i wtrą­cił:

– Świet­nie! Ania za­pro­wa­dzi was do po­koju spo­tkań, skoro bę­dzie nas czworo.

– Ale ja nie chcia­łam za­trud­niać de­tek­tywa – zwró­ciła się Do­ma­ga­łowa do Ka­łuży z wy­raźną pre­ten­sją w gło­sie.

– Spo­koj­nie. – Łu­kasz uniósł dłoń, drugą wciąż trzy­ma­jąc na ra­mie­niu ko­legi. – Ni­kogo pani nie za­trud­nia. Ja udo­stęp­niam tylko biuro i z za­wo­do­wej cie­ka­wo­ści, je­śli pani po­zwoli, do­wiem się wię­cej o spra­wie pani córki, okej?

– No… do­brze – zgo­dziła się nie­chęt­nie.

– Coś do pi­cia?

– Nie – od­parła, zde­cy­do­wa­nie krę­cąc głową. – Nie chcę nic jeść ani pić, do­póki nie do­wiem się, czy ktoś mi po­może.

– Ja­sne. Ania, mo­żesz?

Sto­jąca do tej pory bez słowa dziew­czyna po­ki­wała głową i wska­zała go­ściowi po­kój w dal­szej czę­ści ko­ry­ta­rza.

– Za­pro­wa­dzę pa­nią. W ra­zie czego przy­niosę wodę, bo to mały po­kój, może być za cie­pło…

Kiedy ko­biety znik­nęły im z pola wi­dze­nia, Wi­śniew­ski wy­swo­bo­dził ra­mię z uści­sku Łu­ka­sza i wy­mie­rzył pa­lec wska­zu­jący w stronę mło­dego po­li­cjanta.

– Co ty od­pier­da­lasz?!

– Wi­śnia… – pró­bo­wał go uspo­koić Łu­kasz.

– Nic nie od­pier­da­lam – od­parł hardo Ka­łuża. – Wy­ko­rzy­stuję do­godną oka­zję, żeby po­sta­wić na swoim. Nic poza tym.

– No! – Łu­kasz spoj­rzał zna­cząco na Wi­śniew­skiego. – To na­prawdę do­bra oka­zja. Chodźmy, do­wiedzmy się cze­goś.

Kiedy mi­jali w drzwiach Anię, Meyer szep­nął jej na ucho, by prze­ka­zała Mir­kowi, że bę­dzie przez dłuż­szą chwilę za­jęty.

– Gdyby ktoś do mnie przy­szedł, po­proś, żeby go prze­jął na ten czas, okej?

– Ja­sne, sze­fie.

Do­ma­ga­łowa sie­działa przy nie­du­żym okrą­głym stole przy­kry­tym be­żo­wym ob­ru­sem. Dło­nie miała sple­cione przed sobą, a palce pra­wie białe od ich cią­głego ści­ska­nia. Była cał­kiem siwa, ale rysy jej zmę­czo­nej twa­rzy mó­wiły, że nie była stara – mo­gła mieć naj­wy­żej pięć­dzie­siąt pięć lat. Szczu­pła, nie­wy­soka, ni­czym się nie­wy­róż­nia­jąca ko­bieta z pro­win­cji, a jed­nak na tyle zde­ter­mi­no­wana, że do­pro­wa­dziła do spo­tka­nia z po­li­cjan­tem, funk­cjo­na­riu­szem CBŚP i pry­wat­nym de­tek­ty­wem.

Łu­kasz wska­zał ko­le­gom miej­sca za sto­łem i sam za­jął wolne krze­sło z opar­ciem.

– Co prawda je­ste­śmy w moim biu­rze – za­czął – ale nie będę się od­zy­wać. Od­dam chło­pa­kom scenę i w ra­zie czego służę radą albo do­brym sło­wem.

– Do­brze. – Ko­bieta uśmiech­nęła się blado, lecz Ro­bert do­strzegł w jej oczach uf­ność, którą Meyer bu­dził u wielu osób.

– Cho­lera! – syk­nął Wi­śniew­ski, wi­dząc, jak Ka­łuża wyj­muje no­tat­nik zza pa­zu­chy. – Nie mam swo­jego ka­jetu. Zo­stał w au­cie.

– Je­ste­śmy na to przy­go­to­wani. – Łu­kasz od­wró­cił się i się­gnął do sto­ją­cego pod ścianą nie­wy­so­kiego re­gału. – Mamy tu­taj ką­cik dla nie­przy­go­to­wa­nych. – Po­dał Ro­ber­towi czy­sty no­tat­nik i dłu­go­pis.

– Dzięki, stary. – Wi­śniew­ski chrząk­nął ner­wowo, spu­ścił wzrok na pu­stą kartkę i za­pi­sał na niej imię i na­zwi­sko ko­biety oraz imię jej córki. – Gwoli wy­ja­śnie­nia, pani Ha­lino. Może po­ste­run­kowy Ka­łuża już mó­wił, ale ja pra­cuję dla Cen­tral­nego Biura Śled­czego, które nie­ko­niecz­nie zaj­muje się… po­dob­nymi przy­pad­kami. Prze­ło­żeni zde­cy­do­wali jed­nak, że­bym przyj­rzał się tej spra­wie, dla­tego po­pro­szę pa­nią o od­po­wiedź na py­ta­nia, które mogą spra­wiać wra­że­nie, jakby nie miały z nią związku, do­brze?

Do­ma­ga­łowa ski­nęła głową.

– Cza­sami w wy­niku do­kład­nego ze­zna­nia wy­cho­dzą na jaw rze­czy mo­gące mieć po­tem klu­czowe zna­cze­nie.

– Ro­zu­miem – przy­znała ci­cho. – Od czego za­czniemy?

– Pełne imię i na­zwi­sko pani córki.

– Pa­try­cja Do­ma­gała.

– Wiek.

– Trzy­dzie­ści dwa lata.

– Czyli to bę­dzie osiem­dzie­siąty dzie­wiąty, tak? Rok uro­dze­nia, zna­czy się.

– Tak. Pięt­na­stego maja miała uro­dziny.

– Zmarła?

Ko­bieta otwo­rzyła usta, ale przez chwilę nie była w sta­nie wy­du­sić słowa.

– Pierw­szego paź­dzier­nika tego roku – wy­szep­tała z wy­raźną trud­no­ścią. – Pią­tek.

Wi­śniew­ski spoj­rzał na wi­szący na ścia­nie ka­len­darz.

– Je­de­na­ście dni temu – po­wie­dział do sie­bie i za­no­to­wał. – Gdzie zmarła?

– W swoim miesz­ka­niu w War­sza­wie, przy Płoc­kiej.

– A nie w szpi­talu? – Zmarsz­czył brwi i spoj­rzał na nią.

– Nie. W czwar­tek, trzy­dzie­stego, była w szpi­talu na Ka­sprzaka, ale… wy­pi­sała się z izby przy­jęć.

– Nie ro­zu­miem. Na wła­sne ży­cze­nie?

– Tak.

– Może po ko­lei – wtrą­cił Ka­łuża. – Niech pani Ha­lina wy­ja­śni od po­czątku.

– Od po­czątku? – Ro­bert po­słał mu gniewne spoj­rze­nie. – Od dnia na­ro­dzin?

– O, wła­śnie! – Łu­kasz po­czuł, że na­leży in­ter­we­nio­wać. – Niech pani po­wie coś wię­cej o córce. Jaka była?

– Ona… Och! – Do­ma­ga­łowa wy­glą­dała na nieco zbitą z tropu. – Przede wszyst­kim Pa­try­cja nie była na­szą ro­dzoną córką.

– Nie? – zdzi­wił się Ro­bert.

– Ad­op­to­wa­li­śmy ją z domu dziecka w Lu­bli­nie. Bo my spod Ja­nowa je­ste­śmy. Mała wieś, dużo biedy… Pięć lat po ślu­bie, a dzi­dziu­sia ani widu, ani sły­chu, więc się zde­cy­do­wa­li­śmy z mę­żem. Bog­dan, mój mąż, już nie żyje. Zmarł sześć lat temu na raka krtani.

– Przy­kro mi.

– Pa­try­cja miała pra­wie cztery lata, jak ją bra­li­śmy. Śliczna była. Blon­dy­neczka z nie­bie­skimi oczami, ale nikt jej nie chciał, bo strasz­nie cho­ro­wita. Co­śmy się po le­ka­rzach na­jeź­dzili… – Po­krę­ciła głową i od­wró­ciła na chwilę wzrok.

– Na co cho­ro­wała?

– Tak ogól­nie… Prze­zię­bie­nia, za­pa­le­nia płuc, po­tem astma… Jako na­sto­latka przez całe dwa lata miała za­pa­le­nie oskrzeli. Bez prze­rwy! Po­tem, po la­tach, oka­zało się, że to było za­chły­stowe za­pa­le­nie, bo ona miała masę nie­to­le­ran­cji po­kar­mo­wych. A my… – Po jej twa­rzy prze­biegł skurcz bólu. – My­śmy nie wie­dzieli, więc ja­dła to, co my, i przez to cho­ro­wała. Le­ka­rze pa­ko­wali w nią an­ty­bio­tyki i tak osła­bili jej od­por­ność na do­bre. Boże! – gło­śny szloch wy­do­był się z piersi Do­ma­ga­ło­wej. – Skąd mo­gli­śmy wie­dzieć?!

Ro­bert nic nie po­wie­dział. Łu­kasz z nie­po­ko­jem ob­ser­wo­wał jego co­raz bled­szą twarz, po raz pierw­szy wi­dząc, że jego ko­lega słabo ogar­nia to, co sły­szy. Wtedy zdał so­bie sprawę z tego, że prze­cież ni­gdy nie pra­co­wali ra­zem i że nie miał po­ję­cia, jak Wi­śnia ra­dzi so­bie w po­dob­nych sy­tu­acjach. Czuł, że wtrą­ca­nie się by­łoby nie na miej­scu, więc wstał i uchy­lił okno.

– Gdyby było za zimno, pro­szę mó­wić – szep­nął, na­chy­la­jąc się nad ko­bietą, która tylko ski­nęła głową. – Tu są chu­s­teczki.

– Czy te cho­roby spo­wo­do­wały ja­kiś trwały uszczer­bek na zdro­wiu? – Wi­śniew­ski jakby znów był sobą.

– Nie. Nie na tyle, by… Nie wiem… Nie była in­wa­lidką, je­śli pan o to pyta. Ale za­wsze cier­piała. Na stu­diach w Lu­bli­nie cią­gle wal­czyła z de­pre­sją. My­śmy za wiele o tym nie wie­dzieli. W sen­sie nie o cho­ro­bie. Ale Bog­dan prze­jął się i sam do le­ka­rza za­wo­ził. Tam dali leki i za­su­ge­ro­wali prze­no­siny do War­szawy.

– Dla­czego?

– Przez ten Lu­blin. Do­my­śla­li­śmy się, że źle zno­siła po­byt w mie­ście, gdzie miesz­kała jej bio­lo­giczna… matka, no i gdzie była w bi­dulu. Zmiana wy­da­wała się lep­szym roz­wią­za­niem.

– Po­mo­gło?

– Tro­chę tak, cho­ciaż rza­dziej by­wała w domu. Ale tu zna­la­zła pracę i po­znała nowe osoby, także ta­kie, które były kie­dyś w domu dziecka. Po­tem zmarła ciotka Bog­dana i zo­sta­wiła mu tro­chę gro­sza, to ku­pi­li­śmy jej tę ka­wa­lerkę na pod­da­szu. Cia­sna i nie­wy­godna, ale przy­naj­mniej nie mu­siała się pro­sić o ka­wa­łek kąta u ni­kogo. Miała na­wet chło­paka, cho­ciaż ze­rwała z nim na po­czątku pan­de­mii. W ogóle wtedy to się za­częło…

– Co ma pani na my­śli?

– Z cho­ro­bami. – Spoj­rzała na niego ze smut­kiem. – To był ja­kiś kosz­mar. Je­den nie­koń­czący się kosz­mar! Tuż przed pan­de­mią, w lu­tym, do­stała pół­pa­śca. Szczę­ście w nie­szczę­ściu, że tra­fiła na le­ka­rza, który to od razu roz­po­znał, dał leki i wy­słał do domu. Ale uszko­dziło jej plecy.

– W jaki spo­sób?

– Wi­rus po­ra­ził mię­śnie przy krę­go­słu­pie i od tam­tego czasu cier­piała na bez­u­stanne bo­le­ści. Nie mo­gła na przy­kład skrę­cać szyją za mocno, bo mię­śnie na to nie po­zwa­lały. Ten jej po­żal się Boże chło­pak nie ro­zu­miał tego i od­szedł. Po­kłó­cili się i po pro­stu ją zo­sta­wił, taką chorą i obo­lałą. A pierw­szego kwiet­nia zmarła ta jej… matka. Bar­dzo kiep­ski żart jej się udał.

– Słu­cham?

– No ta z Lu­blina… Ewa Za­jąc. – Ko­bieta się skrzy­wiła. – Na ko­wida.

– Na­prawdę? Za­raz na po­czątku pan­de­mii?

– Tak. Nar­ko­manka. Uszko­dziła pro­chami nerki i wą­trobę. Po­do­bno miała tocz­nia, czy jak to się na­zywa… Jak za­ra­ziła się wi­ru­sem, to za­bił ją w parę dni. Cho­ciaż nie wiem, czy sama so­bie nie po­mo­gła.

– Po­mo­gła? – Wi­śniew­ski spoj­rzał na nią py­ta­jąco.

– Mhm. Le­kami.

– Pani córka miała z nią kon­takt?

– Nie! Ale wie­działa, co się działo w jej ro­dzi­nie, bo miała kon­takt z nie­któ­rymi dal­szymi krew­nymi przez me­dia spo­łecz­no­ściowe. I ta śmierć ją do­biła… tak psy­chicz­nie. Do­słow­nie za­częła mi się roz­sy­py­wać na oczach. A ja nie mo­głam nic po­ra­dzić na to, bo był ten cho­lerny lock­down i na­wet nie mo­głam do dziecka po­je­chać, żeby się nim za­jąć… – urwała. Unio­sła na chwilę oczy, jakby wal­cząc ze łzami. – W pracy miała kon­takt z kimś za­ra­żo­nym i całe jej pię­tro w biu­rowcu za­mknęli w do­mach na dwa ty­go­dnie. Sie­działa sama na pod­da­szu, w cia­snym miesz­ka­niu bez bal­konu, i nie mo­gła wy­ściu­bić nosa, bo są­sie­dzi za­raz dzwo­nili na po­li­cję z do­no­sem.

Ka­łuża za­ci­snął usta i spu­ścił wzrok.

– Kie­dyś przez te­le­fon po­wie­działa do mnie: „Ma­muś, to za­mknię­cie mnie za­bije, mó­wię ci. Nie wy­trzy­muję już”. A ja… – Znów za­częła szlo­chać, ła­piąc się za klatkę pier­siową. – A do mnie jesz­cze nie do­cie­rało, jak jest źle. Cho­roba, śmierć matki, ze­rwa­nie z chło­pa­kiem i jesz­cze to uwię­zie­nie… Kto by to wy­trzy­mał? Kto?! Wie­dzia­łam, że jest ciężko, ale do głowy mi nie przy­szło, że tak to się skoń­czy!

Łu­kasz dys­kret­nie pod­su­nął pu­dełko z chu­s­tecz­kami bli­żej Do­ma­ga­ło­wej i znów zer­k­nął na Ro­berta, który te­raz nie od­ry­wał od niej wzroku.

– Ona… Pa­try­cja nas ko­chała, a my ją – po­wie­działa, wy­cie­ra­jąc nos w chu­s­teczkę. – Bar­dzo się ko­cha­li­śmy, ale mieć ad­op­to­wane dziecko ozna­cza mieć jego pro­blemy sprzed ad­op­cji. I tego że­śmy nie ro­zu­mieli. Te­raz ro­dzi­ców przy­go­to­wuje się na kur­sach, roz­ma­wia z nimi psy­cho­log albo ja­kiś jesz­cze inny spe­cja­li­sta… A my­śmy ją do­stali go­lutką, bez słowa wy­ja­śnień, i mu­sie­li­śmy się na­uczyć wszyst­kiego sami. Pa­try­nia była ła­twa, w od­róż­nie­niu od in­nych dzieci z bi­dula, ale i tak miała swoje de­mony z prze­szło­ści, któ­re­śmy prze­oczyli. Jej naj­więk­szym de­mo­nem była ta tak zwana matka, cią­głe ocze­ki­wa­nie, że ona ją wresz­cie po­ko­cha. Więc, te­raz so­bie my­ślę, kiedy zmarła, to do Pa­tryni do­tarło, że to ko­niec, nie po­ko­cha, nie zmieni się… Wtedy też w niej coś umarło, ale mi tego nie po­wie­działa, bo nie chciała mi spra­wiać przy­kro­ści. – Do­ma­ga­łowa wy­tarła po­wieki i po­liczki, po czym po­trzą­snęła lekko głową. – Prze­pra­szam za to – szep­nęła, ści­ska­jąc w dło­niach chu­s­teczkę. – Nie mam za bar­dzo z kim o tym po­roz­ma­wiać, dla­tego tak się roz­kle­iłam. Mie­li­śmy mó­wić o śmierci Pa­try­cji.

– Spo­koj­nie – od­parł Wi­śniew­ski. – Do­trzemy do tego. Wspo­mi­nała pani o pracy córki… Czym zaj­mo­wała się za­wo­dowo?

– Ostat­nio była… hmm… Ana­li­ty­kiem w ta­kiej fir­mie… – Zmarsz­czyła brwi, szu­ka­jąc w pa­mięci na­zwy. – Boże! Nie mogę so­bie przy­po­mnieć.

– Po­ra­dzimy so­bie. – Ro­bert za­no­to­wał coś w ze­szy­cie. – Pa­try­cja Do­ma­gała, ana­li­tyk, War­szawa… Tyle po­winno nam wy­star­czyć. Jesz­cze po­pro­simy o zdję­cie i bę­dziemy w domu.

– Ja mam! – Ka­łuża uniósł dłoń. – Udo­stęp­nię.

– Coś w tej jej pracy było nie tak, o czym po­win­ni­śmy wie­dzieć?

– Ojej, było! Coś się działo nie­do­brego, od kiedy prze­szli na pracę z domu. Nie znam szcze­gó­łów, ale Pa­try­cja pra­co­wała z Duń­czy­kami i do tych swo­ich sze­fów z Da­nii miała sporo pre­ten­sji o coś zwią­za­nego z jej sta­no­wi­skiem, ale nie po­zna­łam ni­gdy szcze­gó­łów.

– Czy to było bez­po­śred­nio przed jej cho­robą? To zna­czy te­raz, przed śmier­cią?

– Tak! Ostat­nie dwa ty­go­dnie wrze­śnia dały jej w kość. Obie­cała opo­wie­dzieć, jak przy­je­dzie do mnie na Wszyst­kich Świę­tych…

– Ro­zu­miem. Po­sta­ramy się cze­goś do­wie­dzieć.

– My­śli pan, że to może mieć zna­cze­nie?

– Nie mam po­ję­cia – przy­znał szcze­rze Ro­bert. – Póki co sta­ram się mieć roz­ry­so­waną li­nię cza­sową. No do­brze. To te­raz przejdźmy do cho­roby Pa­try­cji… Kiedy to się za­częło?

Do­ma­ga­łowa na­brała po­wie­trza w płuca i wy­pu­ściła je z wy­raź­nym drże­niem ra­mion.

– Dwu­dzie­stego czwar­tego wrze­śnia, w pią­tek – za­częła po chwili. – Jesz­cze pra­co­wała, było może po czter­na­stej. Z tego, co mi pi­sała, była na ja­kimś spo­tka­niu z tymi sze­fami wła­śnie, o któ­rych mó­wi­łam, kiedy za­częła się czuć bar­dzo źle. Zro­biło się jej nie­do­brze, po­tem bar­dzo wy­mio­to­wała. Wie­czo­rem miała już wy­soką go­rączkę, pra­wie czter­dzie­ści stopni. I nie mo­gła zro­bić siku.

– Czyli coś z pę­che­rzem? – upew­nił się Ro­bert.

– Tak. Mó­wiła, że bo­lało nie do wy­trzy­ma­nia, że… – Ko­bieta przez chwilę pró­bo­wała się uspo­koić. – Cier­pie­nie było nie­wy­obra­żalne. Przez dwie doby nie wy­piła ani kro­pli wody, bo wszystko i tak wy­mio­to­wała. Ni­czego też nie ja­dła. Za­mó­wiła przez in­ter­net ja­kieś leki na ten pę­cherz, to jej w nie­dzielę wie­czo­rem przy­wieźli, ale nic nie po­mo­gły. Jesz­cze w pią­tek w nocy za­dzwo­niła na po­go­to­wie… – urwała, wi­dząc, że Ro­bert in­ten­syw­nie no­tuje. – Tak, wy­krę­ciła sto dwa­na­ście, po­ga­dali z nią, wy­śmiali tro­chę i nie przy­je­chali.

– Czym to ar­gu­men­to­wali? – Ro­bert pod­niósł wzrok. – Mó­wiła?

– Ni­czym. Z tego, co wiem, to ni­czym… Po pro­stu dys­po­zy­tor nie wy­słał ka­retki. Ka­zał jej iść do le­ka­rza i za­żyć an­ty­bio­tyk na ZUM-a.

– Na co?

– Za­pa­le­nie układu mo­czo­wego – wy­ja­śnił Łu­kasz. – Czyli po­sta­wił dia­gnozę przez te­le­fon?

– Tak. – Do­ma­ga­łowa po­ki­wała głową, po czym się­gnęła do swo­jej to­rebki, wi­szą­cej na opar­ciu krze­sła. – Za­no­to­wa­łam ko­lej­ność zda­rzeń na pod­sta­wie jej SMS-ów do mnie i tego, co na świeżo za­pa­mię­ta­łam. – Wy­jęła stary no­tat­nik w opra­wie ze sztucz­nej skóry i za­częła go kart­ko­wać.

– We wto­rek rano, po tym noc­nym te­le­fo­nie, po­szła do przy­chodni zro­bić ba­da­nia.

– Któ­rej przy­chodni? – za­py­tał Ro­bert.

– Ja­kiejś naj­bliż­szej jej domu. Tam po­pro­siła o ba­da­nie krwi i mo­czu, sama za nie pła­ciła, bo były bez skie­ro­wa­nia. Wró­ciła do domu, a po po­łu­dniu za­dzwo­niła le­karka z la­bo­ra­to­rium i po­wie­działa, że wy­niki są tak złe, że po­winna od razu zna­leźć się w szpi­talu. Pa­try­cja wy­ja­śniła, że po­go­to­wie nie przy­je­chało do niej i nie są­dzi, że ją przyjmą, więc le­karka ka­zała jej iść rano do przy­chodni z tymi wy­ni­kami do zwy­kłego le­ka­rza. Aha! Wy­sta­wiła jej re­ceptę, taką na te­le­fon, i wy­słała do ap­teki, żeby od razu za­częła brać an­ty­bio­tyk. Tak zro­biła.

– Czyli we wto­rek rano? Do tej sa­mej przy­chodni, gdzie ro­biła ba­da­nia?

– Tak. To zna­czy wi­zytę miała w środę, bo nie było miejsc na wto­rek. Brała an­ty­bio­tyk, a stan się po­gar­szał. Go­rączka cią­gle była wy­soka, miała pro­blemy z ro­bie­niem siku i wy­mio­to­wała. In­ter­ni­sta był bar­dzo prze­jęty jej wy­ni­kami i tym, że an­ty­bio­tyk nie działa. Wy­sta­wił skie­ro­wa­nie do szpi­tala i po­wie­dział, że ma je­chać na Ka­sprzaka… Nie po­je­chała od razu.

– Dla­czego?

– Źle się czuła. Co­raz go­rzej… Ciężko jej było się po­ru­szać po miesz­ka­niu, a co do­piero zejść cztery pię­tra i wsiąść do tak­sówki… Dzwo­ni­łam do niej i sły­sza­łam, jak jest słaba i roz­ko­ja­rzona. Bła­ga­łam, żeby je­chała na Ka­sprzaka… Boże, to ja ją na to wszystko na­mó­wi­łam! – Scho­wała twarz w dło­niach i za­częła pła­kać.

Wi­śniew­ski w ostat­niej chwili ugryzł się w ję­zyk i nie za­py­tał, dla­czego po­byt w szpi­talu miał jej córkę za­bić. Uznał, że trzeba jej dać chwilę na uspo­ko­je­nie się i że pew­nie za­raz sama za­cznie opo­wia­dać. Tak też się stało.

– W czwar­tek po po­łu­dniu go­rączka nieco ze­lżała – cią­gnęła Do­ma­ga­łowa, ocie­ra­jąc po­liczki z łez – więc za­mó­wiła tak­sówkę i po­je­chała. Nie było da­leko z Płoc­kiej, miała na­dzieję, że szybko ją przyjmą i się nią zajmą… Ale kiedy za­dzwo­ni­łam do niej o dzie­sią­tej wie­czo­rem, po­wie­działa, że na­dal sie­dzi na SOR-ze i czeka na ba­da­nie…

– Ja­kie ba­da­nie? – wtrą­cił się Łu­kasz.

– Przez le­ka­rza z dy­żuru. Tak mi wy­ja­śniła. Mó­wiła, że sie­dzi na krze­sełku bez wody i je­dze­nia, że jest dużo lu­dzi i nikt nic nie wie. Nie chcia­łam dzwo­nić co pięć mi­nut, więc po­pro­si­łam, żeby dała mi znać, jak już we­zmą ją na od­dział. Za­dzwo­niła po pierw­szej w nocy i oznaj­miła, że wraca do domu. Na pie­chotę… Strasz­nie pła­kała, ale ja w ogóle nie ro­zu­mia­łam, o czym mówi.

– Beł­ko­tała? – za­py­tał Ro­bert.

– Nie. Nic z tych rze­czy! Po­wie­działa, że le­karka była strasz­nie nie­miła, że za­rzu­ciła jej hi­po­chon­drię i że za­wraca głowę służ­bie zdro­wia byle czym…

Łu­kasz z Ro­ber­tem spoj­rzeli na sie­bie, jakby nie do końca do­wie­rzali jej sło­wom.

– Ta le­karka krzy­czała na nią, że nie jest za­szcze­piona na ko­wida, że to nie­od­po­wie­dzialne i sa­mo­lubne. Po­tem zle­ciła test na obec­ność wi­rusa i stwier­dziła, że Pa­try­cja bę­dzie sie­dzieć w po­cze­kalni, do­póki nie przyj­dzie wy­nik. Wtedy się wy­pi­sała.

– Ale dla­czego?

– Bo miała cze­kać dobę na ten wy­nik. Co naj­mniej dobę.

Wi­śniew­ski wy­pro­sto­wał się i po­trzą­snął głową.

– Za­raz, za­raz! Jest pani pewna?

– Tak. – Łzy na twa­rzy ko­biety wy­schły, a w oczach po­ja­wił się błysk gniewu. – Je­stem pewna na sto pro­cent. Spraw­dzi­łam to po­tem po róż­nych izbach przy­jęć i rze­czy­wi­ście tak to wy­gląda.

– W ca­łej War­sza­wie?

– W ca­łej Pol­sce.

Ro­bert po­pro­sił o chwilę prze­rwy. Wy­ja­śnił, że musi iść do ła­zienki, ale Łu­kasz wie­dział, że cho­dzi o coś in­nego. Wstał i po­szedł za ko­legą, który rze­czy­wi­ście znik­nął w to­a­le­cie.

– Wi­dzia­łem już kie­dyś tę twarz – po­wie­dział bez zbęd­nych wstę­pów.

Ro­bert stał, trzy­ma­jąc się o umy­walkę, i pa­trzył na Mey­era w od­bi­ciu w lu­strze.

– Jaką twarz?

– Szarą. Jakby wy­kutą z ka­mie­nia. – Łu­kasz oparł się ple­cami o ścianę i spoj­rzał w su­fit. – Si­sior miał taką, kiedy po­wie­dzia­łem, że Ju­styna nie żyje… kiedy my­śla­łem, że nie żyje.

– Słabe po­rów­na­nie – mruk­nął Ro­bert, po czym od­krę­cił kran. Zmo­czył twarz zimną wodą i się­gnął po ręcz­nik pa­pie­rowy.

– Dużo wi­dzimy i dużo po nas spływa, ale są ta­kie sy­tu­acje, które walą w nas ni­czym obuch.

– I niby ta sy­tu­acja tak na mnie działa, co?

– Naj­wy­raź­niej. Nie chcia­łeś się nią za­jąć i my­ślę, że jest ku temu ja­kiś po­wód.

– Taki, że zaj­muję się prze­stęp­czo­ścią zor­ga­ni­zo­waną, a nie błę­dami le­kar­skimi.

Łu­kasz przyj­rzał się mu uważ­nie, ale się nie ode­zwał.

– Co? – Ro­bert od­wró­cił się w jego stronę. – Masz mi do za­ko­mu­ni­ko­wa­nia coś z za­kresu psy­cho­lo­gii sto­so­wa­nej?

– Nie. Nic z tych rze­czy. Za­sta­nów się nad tym, co wła­śnie po­wie­dzia­łeś, bo może się oka­zać, że to do­kład­nie sprawa dla cie­bie. – Po tych sło­wach Łu­kasz wy­szedł z ła­zienki.

Ro­bert dał so­bie jesz­cze chwilę na bez­owocne sta­nie przed lu­strem i po chwili po­dą­żył za Mey­erem.

Do­ma­ga­łowa roz­ma­wiała o czymś z Ka­łużą, a na wi­dok Ro­berta uśmiech­nęła się ką­tem ust, jakby się ucie­szyła jego po­nowną obec­no­ścią, ale nie miała dość sił, żeby to w pełni oka­zać.

– Na czym skoń­czy­li­śmy? – ode­zwał się Ro­bert, zaj­mu­jąc miej­sce za sto­łem. – Pa­try­cja wró­ciła do domu, tak?

– Tak. I do rana nie żyła.

– Kiedy do­kład­nie zmarła? – Wi­śniew­ski sta­rał się za­cho­wać mak­sy­mal­nie neu­tralny ton.

– Praw­do­po­dob­nie mię­dzy trze­cią a czwartą nad ra­nem.

– Przy­czyna zgonu?

– Nie… wiem. – Do­ma­ga­łowa roz­ło­żyła dło­nie.

– Jak to? – Ro­bert pod­niósł wzrok, ale za­raz zro­zu­miał, że nie ma sensu cią­gnąć tego wątku. – Kto pa­nią po­in­for­mo­wał?

– Ja sama… To zna­czy ja sama dzwo­ni­łam do niej, a kiedy nie mo­głam się do­dzwo­nić, skon­tak­to­wa­łam się z jej są­sia­dem z dołu, u któ­rego zo­sta­wiała klu­cze, kiedy wy­jeż­dżała na dłu­żej. Pan Sta­siak, bar­dzo miły czło­wiek. Po­pro­si­łam, żeby za­pu­kał do niej, a kiedy nie było od­po­wie­dzi, we­zwał po­go­to­wie…

– Przy­je­chało? – za­py­tał Łu­kasz z lek­kim prze­ką­sem.

– Och! To był cały cyrk. – Ko­bieta po­krę­ciła głową i wes­tchnęła gło­śno. – W końcu przy­je­chali, ale ze­szło się im do po­łu­dnia. Roz­ma­wia­łam tam z ja­kimś czło­wie­kiem, któ­rego in­te­re­so­wało tylko, czy córka była za­szcze­piona i czy miała ro­biony test. Nie mo­gli się do­stać do miesz­ka­nia, więc za­dzwo­ni­łam na po­li­cję i po­pro­si­łam o in­ter­wen­cję. Też nie chcieli się zja­wić. W końcu za­pew­ni­łam, że po­kryję koszty wła­ma­nia do miesz­ka­nia i nie będę się o nic cze­piać. Więc we­szli…

W po­koju za­pa­no­wała ci­sza, prze­ry­wana stłu­mio­nymi od­gło­sami do­cho­dzą­cymi zza okna.

– Oni… W ogóle do mnie nie za­dzwo­nili po tym, jak otwo­rzyli drzwi. Mu­sia­łam znów sama się do­bi­jać, aż ktoś w końcu ra­czył mnie po­in­for­mo­wać, że zna­leźli córkę nie­re­spon­sywną. Ta­kiego słowa użyli, do­kład­nie ta­kiego. Za­py­ta­łam, co to ozna­cza, więc pa­niu­sia po dru­giej stro­nie li­nii za­wo­łała: „Pani córka nie żyje! No nie ro­zu­mie pani?”.

Łu­kasz za­ci­snął szczęki i prze­wró­cił oczami.

– Nie wiem, jak ja to wszystko wy­trzy­ma­łam. Nie wiem… Wi­sia­łam na te­le­fo­nie, aż się roz­ła­do­wał, więc po­tem trzy­ma­łam go cią­gle na ła­do­warce. Klę­cza­łam przy tym gniazdku kilka do­brych go­dzin. By­łam w pracy, więc ko­le­żanki pró­bo­wały mnie uspo­ka­jać, ale ja po pro­stu… – Do­ma­ga­łowa pa­trzyła w prze­strzeń, krę­cąc głową, jakby z nie­do­wie­rza­niem. – Są­siad za­wiózł mnie wie­czo­rem do War­szawy, bo ja nie mam prawa jazdy, a auto sprze­da­łam po śmierci męża. Pa­try­nia nie jeź­dziła przez tę de­pre­sję i leki, które jej cza­sem da­wali.

– Była pani u niej w miesz­ka­niu? – za­py­tał Ro­bert.

– Nie. Ani razu.

– Ani razu od jej śmierci? – upew­nił się, pa­trząc wy­mow­nie na Ka­łużę. – I ni­kogo tam nie było?

– Nie, ra­czej nie. Sta­siak za­mknął drzwi jej klu­czami i dał mi je na dole, bo na­wet do bu­dynku nie we­szłam.

– A w ra­zie czego po­zwoli nam pani się ro­zej­rzeć?

Do­ma­ga­łowa znów się­gnęła do to­rebki i wy­jęła z niej pęk klu­czy, który po­ło­żyła na stole.

– Pro­szę. Rób­cie, co chce­cie. Ja nie mam siły…

– Do­brze – od­parł ci­cho Ka­łuża i za­brał klu­cze, po czym uniósł je i spoj­rzał na Ro­berta. Ten tylko po­ki­wał głową.

– Gdzie za­brali ciało? – Wi­śniew­ski wró­cił do spi­sy­wa­nia re­la­cji.

– Na Ba­na­cha. Po­je­cha­li­śmy tam, ale nie po­zwo­lili mi wejść jej zo­ba­czyć.

– Dla­czego?

– Przez re­żim sa­ni­tarny – prych­nęła, wy­raź­nie po­iry­to­wana. – Tam też był je­den wielki cyrk. Nie we­szłam na­wet do bu­dynku szpi­tala ani nie roz­ma­wia­łam z ni­kim z per­so­nelu bez­po­śred­nio tylko przez ja­kie­goś cie­cia, któ­rego do nas wy­słali. Nie mo­głam więc na­wet stwier­dzić, że mają tam ciało Pa­tryni. Są­siad za­brał mnie do zna­jo­mych za­kon­nic na Woli, to nas prze­no­co­wały, a rano za­dzwo­nili ze szpi­tala, że mam ją za­brać i naj­le­piej skre­mo­wać.

– Na­prawdę tak pani po­wie­dzieli?

– Nie wiem, kto trzy­mał słu­chawkę, ale wy­daje mi się, że nie le­karz, tylko znów ja­kiś po­ma­gier. Za­py­ta­łam, czy nie mo­gliby zro­bić sek­cji zwłok, bo córka była młoda, a ja na­wet nie wiem, na co zmarła. Ten fa­cet za­czął się śmiać do te­le­fonu, że chyba mnie po­gięło… Po­wie­dział, że le­karz już wy­sta­wił akt zgonu i że mogę jego za­py­tać, a oni i tak wpi­szą to jako zgon na ko­wida.

– Bez po­twier­dze­nia? – zdzi­wił się Ro­bert.

– Nie wiem. – Wzru­szyła ra­mio­nami. – Może to ja­koś po­twier­dzali, ale ja nie wi­dzia­łam wy­ni­ków żad­nych te­stów ani in­nych ba­dań. Wtedy za­czę­łam się na­prawdę zło­ścić. By­łam w ża­ło­bie, to prawda, ale po­czu­łam taki gniew, że przy­ćmił żal i roz­pacz. Czu­łam… Czu­łam, że dzieje się ja­kaś nie­spra­wie­dli­wość i że mu­szę coś z tym zro­bić, ina­czej ko­muś uj­dzie na su­cho wiel­kie zło. Znów za­dzwo­ni­łam na Ba­na­cha do kost­nicy, ale na­wet nie chcieli ze mną roz­ma­wiać. Mio­ta­łam się i krzy­cza­łam, aż przy­szły za­kon­nice, u któ­rych no­co­wa­li­śmy, i py­tały, co się dzieje. Obie­ca­łam so­bie, że nie od­pusz­czę i choć­bym miała wy­dać na to ostatni grosz, do­pnę swego. – Ko­bieta wy­pro­sto­wała się i po­pra­wiła koł­nie­rzyk przy bluzce. – Sio­stry po­wie­działy mi o ja­kimś za­kła­dzie po­grze­bo­wym, któ­rego wła­ści­ciel to po­rządny czło­wiek i że może on prze­chowa ciało Pa­tryni, do­póki się pewne sprawy nie wy­ja­śnią. Za opłatą, oczy­wi­ście, bo nikt za darmo tego nie zrobi, ale obie­cały po­pro­sić go o upust dla mnie. My­ślę, że do­szły do wnio­sku, że da mi to czas na uspo­ko­je­nie się i że ją w końcu po­cho­wam, ale nie mam ta­kiego za­miaru, za­pew­niam was.

– I jest w tym za­kła­dzie cały czas?

– Tak. Za Be­mo­wem, ale to chyba jesz­cze War­szawa jest.

– Pani Ha­lino… – Ro­bert wy­pu­ścił po­wie­trze z płuc i prze­cze­sał pal­cami swoje bujne włosy. – Zdaje pani so­bie sprawę z tego, że pro­ku­ra­tura może nie…

– To za­płacę za sek­cję – prze­rwała mu ostro. – Ale do­piero wtedy, gdy wy­czer­pię wszyst­kie inne środki.

– Ja­sne. – Po­ki­wał głową. – Zo­ba­czymy, co da się zro­bić.

Ro­bert znów mu­siał wyjść z po­koju. Tym ra­zem żeby w końcu ode­brać te­le­fon od Anety. Czuł wi­bro­wa­nie ko­mórki od ja­kie­goś czasu, ale wcze­śniej nie było do­brego mo­mentu na roz­mowę z kim­kol­wiek.

– Dla­czego nie od­bie­rasz?! – krzyk­nęła mu do ucha na po­wi­ta­nie. – Dzwo­nię od go­dziny.

– Od dzie­się­ciu mi­nut mak­sy­mal­nie. Je­stem w pracy.

– Ta, ja­sne! – prych­nęła. – A co ty ro­bisz w tej pracy, co?

– Aneta – wark­nął. – Mów, czego chcesz, i kończmy.

– Idę do fry­zjera – po­in­for­mo­wała.

– Do fry… – Za­mknął oczy i wes­tchnął. – To idź. Nie mu­sisz mnie in­for­mo­wać o ta­kich rze­czach.

– Ale mu­szę zwol­nić opie­kunkę i ktoś musi za­jąć się Bart­kiem.

– Nie! Nie wyjdę z pracy w środku dnia, bo ty ro­bisz włosy.

– Ale są ko­lejki, umó­wi­łam się dużo wcze­śniej…

– Oj, za­mknij się! Ro­bisz to spe­cjal­nie, prawda?

– Mam cho­dzić roz­czo­chrana?

– Ja nie za­uważę róż­nicy – wy­ce­dził ze zło­ścią i się roz­łą­czył. – Co za… tępa…

– Cipa? – do­my­ślił się Łu­kasz, który nie­spo­dzie­wa­nie zna­lazł się obok niego w ko­ry­ta­rzu.

– To nie jest za­bawne.

– A kto mówi, że jest? – Łu­kasz po­ło­żył mu dłoń na ra­mie­niu. – Chodźmy na chwilę do mnie. Uspo­ko­isz się.

– Te­raz nie będę my­ślał o ni­czym in­nym – go­rącz­ko­wał się Ro­bert. – Ostat­nio zro­biła się jesz­cze gor­sza niż kie­dyś. Jak się uprze, to po­je­dzie do tego fry­zjera i zo­stawi Bartka w domu sa­mego.

– E, nie­moż­liwe! – Łu­kasz ro­ze­śmiał się i po­dał mu bu­telkę wody mi­ne­ral­nej. – Masz, na­wod­nij się nieco.

– Nie­stety moż­liwe. Już tak zro­biła parę razy.

– Se­rio? – Meyer usiadł za biur­kiem i zmarsz­czył brwi. – Z sze­ścio­lat­kiem? Za to jest pa­ra­graf.

– Więc ją uświa­do­mi­łem – od­parł Ro­bert, od­krę­ca­jąc bu­telkę. – Ale prze­cież żony nie aresz­tuję.

– Może wła­śnie to trzeba zro­bić? – mruk­nął Łu­kasz, jakby do sie­bie.

– Co?

– Nic. Słu­chaj, je­śli chcesz, mogę wy­słać ko­goś z tobą do miesz­ka­nia tej dziew­czyny.

– A po co? Pójdę z Ka­łużą. O ile, rzecz ja­sna, Kot się zgo­dzi to cią­gnąć.

– Mmm… – Łu­kasz po­tarł dłońmi brodę. – Gdyby się zgo­dził, mogę dać ci Se­ba­stiana do po­mocy.

– Tego mię­śniaka? – skrzy­wił się Ro­bert.

– Ma wię­cej przy­mio­tów niż duże mię­śnie. A może wo­lisz dziew­czynę, co? By­łaby lep­sza na prze­szu­ka­nie miesz­ka­nia mło­dej ko­biety. Ania jest by­stra…

– Łu­kasz! O co ci, kurwa, cho­dzi?

– O nic. Je­stem cie­kaw, jak się sprawa po­to­czy, to wszystko. – Meyer oparł się ple­cami o fo­tel i uśmiech­nął ta­jem­ni­czo.

– Nie ściem­niaj. Co ci cho­dzi po gło­wie?