Pozornie bez winy - Paulina Medyńska - ebook + audiobook

Pozornie bez winy ebook i audiobook

Paulina Medyńska

4,2

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Pełnokrwisty kryminał, od którego się nie oderwiesz! Pod Masywem Ślęży zostają znalezione dziwnie upozowane oszronione zwłoki młodej kobiety. Podkomisarz Marcin Anders odwołany z przymusowego urlopu jedzie do Sobótki, by we współpracy z miejscową policją, a szczególnie sierżant Florianną Szulc, rozpocząć śledztwo. Małomiasteczkowy klimat, naciski prokuratora i dziennikarzy oraz piekielnie inteligentny morderca – oto, z czym musi sobie radzić sobie Anders. A zabójca nie próżnuje… 

Paulina Medyńska – laureatka konkursu na opowiadanie kryminalne w ramach MFK 2019 we Wrocławiu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 310

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 16 min

Lektor: Paulina Medyńska

Oceny
4,2 (29 ocen)
12
14
0
2
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Mike781

Dobrze spędzony czas

Bardzo fajny kryminał, napisany lekkim językiem z odpowiednią dozą humoru. Polecam.
00
Waldemar-Cybulski

Dobrze spędzony czas

Ciekawie napisana historia kryminalna... taka na 4,5 gwiazdki... warto po nią sięgnąć.
00
akoczela

Dobrze spędzony czas

Całkiem przyjemna lektura
00
Karola6891

Nie oderwiesz się od lektury

Fajna, polecam
00
Bohunka

Nie polecam

Gniot
00

Popularność




PROLOG

Las po zmierzchu budził respekt. To przyroda była w nim panią, a człowiek – niepotrzebnym natrętem, który burzył harmonię. Drzewa lekko kołysały się w rytm wiatru. Nadchodziła wiosna, jednak przymrozek sugerował, że zima tak łatwo się nie podda. Spokój nocy zakłócały czyjeś kroki. Grupka ludzi oświetlała sobie leśną ścieżkę. Słychać było słowa mężczyzny:

– Zdrowaś Mario, łaskiś pełna, Pan z Tobą…

– Błogosławiona Tyś między niewiastami… – dopowiedziały inne głosy.

Kilkanaście osób szło przez ciemny las w nocnej drodze krzyżowej. Za pochodem kroczył ksiądz. Był zawiedziony. Spodziewał się znacznie większej frekwencji. Nie mógł pogodzić się z faktem, że w obecnych czasach ludzie odchodzą od wiary i bardziej przejmują się życiem doczesnym niż duchowym. Jego mała społeczność potrzebowała jakiegoś wstrząsu, który uświadomiłby jej, jak kruche jest to, co znajduje się tu, na ziemi.

Nagły powiew wiatru zgasił kilka świeczek w rękach kobiet. Wierni zatrzymali się na skraju polany. Zaniepokojony proboszcz przeszedł do przodu i w świetle księżyca dostrzegł leżący na ziemi jasny kształt, który kontrastował z panującym wokoło mrokiem. Gdy duchowny małymi krokami zbliżył się do środka polany – nie miał już wątpliwości. To było ciało kobiety. Blade i nagie. Ksiądz podniósł rękę, aby nikt więcej się nie zbliżał. W jego głowie pojawiła się myśl, że to jest właśnie znak, na który czekał. Odwrócił się w stronę swoich wiernych. Na ich twarzach zobaczył przerażenie i niepewność. Opatrzność dała znać tej społeczności, jak marne jest jej życie.

ROZDZIAŁ I

Piątek, 20 marca 2015 roku

Strach, ciemność, brak powietrza, wołanie, którego nikt nie usłyszy. Przyśpieszony oddech, ostatnie desperackie uderzenia w zimną deskę. Obudził się z krzykiem, cały spocony, i łapczywie zaczerpnął powietrza. Usiadł na skraju łóżka z rękami opartymi na udach i głową schowaną w dłoniach. Przez ostatnie trzy miesiące koszmar powracał każdej nocy. Starał się oddychać powoli, aż serce zabije we właściwym rytmie.

Wstał i uchylił okno. Uderzyło go chłodne, orzeźwiające powietrze. Spojrzał na zegarek. Była czwarta nad ranem. Pierwszy dzień wiosny. Zamknął okno, usiadł na podłodze i oparł się o łóżko. Z nocnej szafki wyciągnął paczkę papierosów, popielniczkę oraz piłeczkę tenisową. Paląc, odbijał ją o ścianę naprzeciwko. W pokoju rozbrzmiały pierwsze takty Nothing else matters. Niechętnie sięgnął po telefon.

– Anders – powiedział, ziewając.

– Rusz dupę. Wracasz do służby.

– Przecież jestem na zwolnieniu lekarskim. Na polecenie szefa zresztą. Zespół stresu pourazowego czy jak to tam nazywają.

– Anders, nie denerwuj mnie. Za dziesięć minut przyjedzie po ciebie radiowóz. Kierujesz się na miejsce zbrodni, w szczegóły wprowadzi cię miejscowa policja. Pracują już tam technicy, a patolog jest w drodze.

Odłożył telefon, lekko zdziwiony, wstał i poszedł do łazienki, żeby doprowadzić się do porządku. W lustrze zobaczył swoje odbicie. Podkrążone oczy, kilkudniowy zarost i blada cera. Przeklął pod nosem, a potem opłukał twarz zimną wodą. Nie poprawiło to jego wyglądu, ale przynajmniej się rozbudził. Ubrał się i wyszedł z mieszkania. Na chodniku czekał podenerwowany młody posterunkowy z kubkiem kawy. Skinął głową i się przedstawił:

– Posterunkowy Daniel Gajda, komenda wojewódzka policji.

Anders bez słowa sięgnął po kubek i wsiadł do samochodu. Kawa była taka, jaką lubił – czarna, mocna, bez cukru. Ciepły płyn spłynął po jego przełyku. Wreszcie poczuł się trochę lepiej. Zauważył, że posterunkowy nadal stoi obok radiowozu. Palcem postukał o szybę i dał mu znać, że ma siadać za kierownicą, po czym ścisnął kubek kolanami i wyciągnął paczkę papierosów.

Młody spojrzał niepewnie i mimo obaw postanowił zwrócić uwagę swojemu towarzyszowi.

– Przepraszam, proszę pana, ale nie wiem, czy w środku można palić.

– Nie można – odparł Anders, odpalając papierosa i zaciągając się mocno.

Daniel westchnął głośno. Wiedział, że nie ma sensu dyskutować z podkomisarzem. Słyszał o nim niejedno – i niekoniecznie były to same pozytywne opinie. Oczywiście wszyscy na komendzie wiedzieli, co wydarzyło się trzy miesiące temu, ale posterunkowy wolał nie poruszać tego tematu.

– Dokąd jedziemy? – zapytał podkomisarz.

– Jakieś czterdzieści kilometrów od Wrocławia znaleziono zwłoki młodej kobiety. Wiem, że okoliczności są dość nietypowe…

Anders przestał słuchać. Przecież zapytał jedynie, dokąd jadą. Popatrzył przez okno na miasto. Zaczęło świtać, gdzieniegdzie spacerowali ludzie ze swoimi psami, inni biegali. Podróż minęła im w miarę szybko i w ciszy. Gdy radiowóz zaparkował, Anders zobaczył charakterystyczny obrazek: żółte taśmy policyjne, mundurowi zabezpieczający teren i ubrani na biało technicy kryminalni. W szybie mignęła mu zmęczona twarz. Jego własna. Przecież właśnie tego chciał – wrócić do pracy. Znów poczuć ten dreszcz. Jednak nagle ogarnęły go wątpliwości, czy nie jest za wcześnie.

Gdy podkomisarz wysiadł z samochodu, uważnie rozejrzał się wokoło. Teren był otoczony drzewami. W świetle poranka dało się dostrzec górującą nad okolicą Ślężę. Pachniało lasem, który rozbrzmiewał śpiewem ptaków. Budząca się do życia przyroda zdawała się nie przejmować faktem, że na środku polany leży martwa dziewczyna.

***

Sierżant Florianna Szulc poczuła narastającą irytację. Miejscowy proboszcz wraz z grupką wiernych nie chcieli opuścić miejsca zbrodni, a na dodatek odmawiali na głos różaniec. Tracąc powoli cierpliwość, starała się przemówić im do rozsądku.

– Musicie natychmiast przejść za żółtą taśmę. Nie mogę pozwolić na zadeptanie śladów.

– Moje dziecko… – zaczął ksiądz.

– Albo zabierze stąd ksiądz siebie i tych ludzi, albo aresztuję was za utrudnianie śledztwa. – Policjantka nie miała ochoty wdawać się w dyskusję. Gdy sierżant sięgała już po kajdanki, za jej plecami odezwał się donośny głos komendanta Czerwińskiego.

– Maks, przyjacielu. Wiem, że to trudna sytuacja dla nas wszystkich. Myślę, że możecie spokojnie pójść modlić się do kościoła, a my jutro spiszemy wasze zeznania. – Komendant poklepał księdza przyjacielsko po ramieniu. Nie zauważył, jak sierżant Szulc przewraca oczami. Proboszcz skinął głową i razem z wiernymi oddalił się z miejsca zbrodni. Komendant odwrócił się w stronę podwładnej.

– Szulc, straciłaś rozum?

– Szefie, ale przecież…

– Chyba nie muszę ci przypominać, kto tu dowodzi, sierżancie. – Komendant zmierzył kobietę wzrokiem. – Mamy tu znacznie większy problem, a grożenie proboszczowi aresztowaniem nie pomaga. Więc ty i twój niewyparzony język możecie wziąć się do roboty i zabezpieczyć teren.

Patrząc na oddalającego się szefa, Florianna wymamrotała pod nosem serię niecenzuralnych słów i odwróciła się gwałtownie. Z impetem wpadła na coś twardego. Siła uderzenia była na tyle mocna, że sierżant zachwiała się i upadła na plecy.

– Kurczaczek! – powiedziała.

Coś twardego, od czego się odbiła, okazało się wysokim blondynem w skórzanej kurtce, który patrzył na nią z góry nieodgadnionym spojrzeniem. Florianna wstała i otrzepując się, zwróciła do mężczyzny:

– Tu nie wolno przebywać osobom nieupoważnionym.

– Podkomisarz Marcin Anders, komenda wojewódzka. Czy to wystarczający powód, żebym mógł tu być? – odpowiedział nieznajomy i wyciągnął odznakę.

– O szlag! To znaczy dzień dobry. Jestem sierżant Florianna Szulc. Przepraszam, że tak na pana wpadłam, ale to się nie mieści w głowie. Najpierw ciało, potem ksiądz i jeszcze komendant. Tak się zdenerwowałam, że nie zauważyłam, że ktoś tu stoi.

– Podobno byłaś pierwsza na miejscu zbrodni – Anders postanowił przerwać ten potok słów, który jedynie marnował jego czas. – Tylko mów konkretnie.

– Tak jest. Miałam nocny dyżur i odebrałam wezwanie. Ksiądz zgłosił odnalezienie martwej dziewczyny dokładnie o trzeciej piętnaście. A potem machina poszła w ruch.

– Gdzie ten ksiądz?

– W kościele.

– Gdzie?! Spisałaś chociaż zeznania?

Florianna starała się ukryć zakłopotanie. Mina podkomisarza sugerowała, że nie jest zadowolony z jej pracy. Jego milczenie jeszcze bardziej potęgowało zmieszanie kobiety. Czekając na wybuch gniewu, wstrzymała oddech. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Policjant z wojewódzkiej odwrócił się i ruszył w kierunku lekarza sądowego, który właśnie przybył na miejsce zdarzenia. Zdezorientowana Szulc postanowiła pójść za nim. Przy okazji zauważyła, że za policyjną taśmą zebrał się już spory tłumek gapiów.

Wśród nich stał człowiek, który uważnie obserwował to, co się działo na polanie. Ranek był chłodny, a on żałował, że w pośpiechu założył tylko bluzę z kapturem. Jednak było warto, pomyślał, widząc to wszystko. Miejscowa policja zabezpieczyła teren, przybyli technicy, którzy osłonili ciało namiotem, zbierali ślady i robili zdjęcia. Jego wzrok powędrował ku ścianie lasu, gdzie stała sierżant Szulc. Uśmiechnął się pod nosem na myśl o kobiecie. Dużo by dał za chwilę sam na sam z tym tyłkiem. Jednak odkąd zamieszkał tu pięć miesięcy temu, dawała mu kosza za każdym razem, gdy próbował się z nią umówić. Jeszcze ciekawiej zrobiło się, gdy na miejsce podjechał radiowóz z podkomisarzem Marcinem Andersem. Znał go z poprzedniego życia, jak określał czasy, kiedy pracował i mieszkał we Wrocławiu.

***

Sierżant Szulc weszła do namiotu i stanęła z boku. Jej wzrok od razu przykuło ciało, które ułożono pośrodku okręgu utworzonego z kamieni. Martwa kobieta leżała plecami do góry. Ręce i nogi miała skrępowane. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to niesamowita bladość skóry, która mieniła się w świetle lamp. Policjantka przez chwilę myślała, że jej się przewidziało. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że zwłoki pokrywa szron. Florianna przeniosła spojrzenie na zebranych wewnątrz. Lekarz sądowy pracował w skupieniu. Policjant z wojewódzkiej wpatrywał się w denatkę. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Po drugiej stronie stał elegancki mężczyzna, który rozmawiał przyciszonym głosem z technikiem.

Florianna wstrzymała oddech, kiedy lekarz sądowy pozwolił odwrócić ciało. Wystarczyło jedno spojrzenie, aby ją rozpoznać. Twarz dziewczyny z Sobótki. Młodej, zdolnej, pełnej życia. Przecież jeszcze przedwczoraj wspólnie przygotowywały dekoracje na zbliżający się festyn… Sierżant Szulc czym prędzej wyszła z namiotu. Musiała zaczerpnąć powietrza. Z każdym kolejnym oddechem wracała do siebie. Przed oczami miała wciąż sceny z namiotu. Podskoczyła, gdy poczuła czyjś dotyk na ramieniu. Podkomisarz Anders patrzył na nią spod przymrużonych powiek.

– Będziesz rzygać? – zapytał.

Oczy sierżant rozszerzyły się ze zdumienia. Co to w ogóle za pytanie, pomyślała. Ale on zdawał się nie przejmować jej reakcją, gdyż kontynuował tym samym służbowym, pozbawionym emocji tonem.

– Zgaduję, że znałaś ofiarę?

– Prawdziwy Sherlock z pana – odparła, ale widząc grymas na twarzy podkomisarza, szybko dodała: – Przepraszam. Ofiara to Alicja Łęcka. Córka miejscowego lekarza. Dwadzieścia lat.

– Wiesz, gdzie mieszkała?

Pokiwała głową, a kątem oka dostrzegła komendanta, który skończył rozmawiać przez telefon i szedł w ich stronę. Jego mina nie wróżyła nic dobrego. Sugerowała, że postanowił pokazać, kto tu rządzi.

– Dzień dobry. Komendant Paweł Czerwiński – przedstawił się.

– Podkomisarz Marcin Anders. Zidentyfikowaliśmy zwłoki. Według sierżant jest to Alicja Łęcka.

– Że jak? – zapytał zbity z tropu komendant. – Córka Sławka?

– Tak, niestety. To na pewno ona – potwierdziła Florianna.

– Cholera jasna – odparł Czerwiński. – Muszę jechać powiadomić Łęckich i wydać oświadczenie.

– Chwila, chwila – zaoponował Anders i odpalił papierosa. Dym wydmuchał prosto na Czerwińskiego. – Nic z tych rzeczy.

– To moje śledztwo…

– Skoro ja tu jestem, to jest to śledztwo komendy wojewódzkiej i żadne decyzje nie będą podejmowane beze mnie – podkomisarz szybko przerwał zapędy miejscowego szefa policji. – A teraz zrobimy tak, że to ja w asyście sierżant pojadę powiadomić rodzinę, a pan nie będzie rozmawiał o tożsamości ofiary z nikim poza policjantami i dopilnuje miejsca zbrodni. Za godzinę spotkamy się na posterunku, żeby ustalić dalsze działania. Gdzie twój radiowóz?

Florianna dopiero po chwili zorientowała się, że pytanie było skierowane do niej.

– Na miłość boską, skup się – syknął podkomisarz.

Sierżant bez słowa wskazała samochód. Podążając w jego stronę, zamyśliła się. Dotarło do niej, że praca z Andersem nie będzie należała ani do łatwych, ani do przyjemnych. Na szczęście niedługo kończyła nocną zmianę i będzie mogła chwilę odpocząć, i zapomnieć o obrazie martwej koleżanki. Kiedy szła tak przed siebie, ponownie wpadła na podkomisarza. Odbiła się od jego umięśnionej klatki piersiowej. Tym razem jedynie jego refleks uchronił ją przed upadkiem.

– Miałaś się skupić! – warknął i stanowczo odsunął ją od siebie.

– Przysięgam, ja nie taranuję ludzi, nie mam tego w zwyczaju…

Zamilkła, widząc uniesioną rękę podkomisarza.

– Sierżant Szulc, twoje pierwsze wnioski? Tak na szybko.

– Hm. – Florianna uniosła brwi. – Skoro chce pan znać moją opinię… Miejsce zbrodni wygląda na zainscenizowane. Ciało ułożono tu po śmierci, ktoś bardzo się postarał, żeby wyglądało to spektakularnie, o czym świadczą choćby te kamienie ułożone w okrąg. Związane ręce i nogi. Tylko nie wiem po co.

– Prosiłem o wnioski, a nie o opis. Gdybym chciał, żeby ktoś mi opisał to, co oczywiste, to zapytałbym tych, co znaleźli ciało. A nie, poczekaj, nie mogę, bo pozwoliłaś im odejść.

Sierżant wzięła głęboki oddech. Poczuła, że się czerwieni, ale postanowiła to zignorować.

– Plamy opadowe na plecach sugerują, że pierwotnie zwłoki ułożono właśnie na nich. Nienaturalnie wygięte do tyłu ręce świadczą zaś o tym, że w momencie wiązania sznura zaczęło już występować stężenie pośmiertne. Brak podbiegnięcia krwawego wokół ran kłutych również wskazuje na to, że zadano je ofierze po śmierci. Cała ta scena i wysiłek to chęć zwrócenia na siebie uwagi. To dowód na to, że nie jest to zwyczajna zbrodnia w afekcie.

Anders przyglądał się uważnie miejscowej policjantce. Zaskoczyła go, bo miał wrażenie, że wie o czym mówi. Postanowił jednak nie komentować jej wywodu. Gestem dał znać, że mogą ruszać w drogę. Nie zdążyli jednak wsiąść do samochodu, a zza pobliskich drzew odezwał się ktoś, kto uważnie obserwował wszystko, co się wydarzyło na polanie.

– Zawsze wiedziałem, że świat jest za mały dla nas dwóch. Jakiś komentarz do zdarzenia?

– Do jasnej cholery, co ty tu robisz? – zapytał Anders.

– Ciebie też miło widzieć, Marcinie. – Mężczyzna uśmiechnął się. – Tak się składa, że tu mieszkam!

– A nie możesz mieszkać gdzie indziej? I żadnych komentarzy. – Podkomisarz wsiadł do samochodu, a Florianna zrozumiała, że czas ruszać.

ROZDZIAŁ II

Sierżant Florianna Szulc zaparkowała radiowóz przed domem rodziców ofiary. Tej części pracy w policji nie lubiła najbardziej. Przekazywanie złych wieści ciągle pozostawiało jakiś ślad w jej psychice. Nie można było do tego przywyknąć. Sierżant wzięła głęboki oddech, ale podkomisarz Anders powstrzymał ją przed opuszczeniem samochodu.

– Poczekaj. Zanim wejdziemy, powiedz, jak dobrze ich znasz.

– Jak każdy zwykły mieszkaniec Sobótki. Należą do tak zwanej elity. Sławomir Łęcki jest dyrektorem i właścicielem miejscowego ośrodka zdrowia. A Ewelina Łęcka jest przewodniczącą komitetu na rzecz odnowy gminy. Prywatnie bardziej znam ją niż jego, bo czasem pomagam w przedsięwzięciach komitetu. W domu mieszkają jeszcze rodzice Sławomira.

– Przekazywałaś kiedyś rodzicom, że ich dziecko nie żyje?

– Tak, ale po wypadku samochodowym, a nie po czymś takim.

– To dzisiaj będziesz miała okazję.

– Słucham? Chyba pan powinien to zrobić.

– Nie dasz rady? Czy fakt, że znałaś ofiarę, to wystarczający powód, żeby emocje wzięły górę nad profesjonalizmem?

Florianna spojrzała mu prosto w oczy. To było wyzwanie. Co za nieczuły dupek, pomyślała. Czekał, aż się złamie i zacznie go prosić, żeby to on poinformował rodzinę. O nie. Niech sobie nie myśli, że policjanci z prowincji są mniej udolni niż ważny pan z wojewódzkiej.

– Dam radę – powiedziała w pewnością w głosie, która zaskoczyła nawet ją. – Kiedy przyjadą psycholog i karetka?

– Za dziesięć minut.

Skinęła głową i bez słowa wysiadła z samochodu. Wyciągnęła paczkę linków i próbowała odpalić jednego, ale zapalniczka odmówiła współpracy. Jej towarzysz również wysiadł i wyciągnął swoje papierosy. Odpalił bez problemu. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Szulc pomyślała, że nie poprosi go o ogień, poradzi sobie sama. Jednak po raz kolejny ją zaskoczył, podchodząc i wyciągając w jej stronę zapalniczkę z płomieniem. Podziękowała. Dopiero teraz miała okazję przyjrzeć się mężczyźnie dokładniej. Był od niej dobre dwadzieścia centymetrów wyższy i choć miał na sobie kurtkę, to można było stwierdzić, że ma imponującą budowę ciała. Kilkudniowy zarost i mroczne spojrzenie tylko dodawały mu atrakcyjności. Całość dopełniał męski, lekko chropowaty głos. Szkoda tylko, że pod ładnym opakowaniem krył się podły charakter.

– Cholera – zaklął, widząc, że drzwi domu Łęckich otworzyły się, a na miejscu nie było jeszcze psychologa.

– Dzień dobry. Florianna? W czym mogę pomóc – zapytał starszy pan i zmierzył wzrokiem nieznajomego, który towarzyszył małej Szulc.

– Panie Łęcki, dzień dobry. Zastaliśmy syna i synową?

– Co się stało? – odparł dziadek ofiary, jednocześnie wpuszczając ich na podwórze. – Co policja tu robi o tak wczesnej porze?

– Podkomisarz Marcin Anders, komenda wojewódzka. – Podkomisarz wyciągnął odznakę. – Sierżant Szulc i ja musimy porozmawiać z panem Sławomirem i jego żoną.

– Tato, co się dzieje? – zza drzwi dobiegł kobiecy głos. Łęcki otworzył je szerzej i zwrócił się do swojej synowej:

– Policja do ciebie.

– Policja? Co się stało? Florianna? Coś ze Sławkiem? Mój Boże. – Ewelina Łęcka popatrzyła na nich przerażona.

– Nie stójmy tak w progu, zapraszam państwa do środka – zaproponował starszy mężczyzna.

W tym momencie pod bramę zajechała karetka pogotowia z policyjnym psychologiem. Łęccy z niepokojem spojrzeli na siebie. Gdy znaleźli się w salonie wielkiego domu, w powietrzu czuć było napięcie i wyczekiwanie. Ewelina Łęcka wpatrywała się w dwójkę policjantów. Ewidentnie wieść o popełnionej zbrodni nie dotarła jeszcze do tego domu. Florianna spojrzała na Andersa, który kiwnął głową, na znak, że powinna zacząć. Wzięła zatem głęboki oddech. Mając na uwadze wsparcie, jakie czeka przed domem, odezwała się. Starała się, aby głos jej nie drżał. Nie była pewna, czy jej się udało.

– Pani Ewelino, dlaczego sądzi pani, że coś mogło się stać mężowi?

– Sławek w nocy wyruszył z Gdańska i miał być w domu nad ranem, a skoro go nie ma… – Ewelina nie wypowiedziała na głos swoich myśli. Usiadła na kanapie obok teścia, który opiekuńczo objął ją ramieniem.

– Niestety, mamy dla państwa złe wieści, ale nie dotyczą one Sławomira Łęckiego, ale Alicji. – Sierżant poczuła, jak w jej gardle rośnie wielka gula. Musi to zrobić teraz, bo za chwilę może nie być w stanie. Wyrzuciła to z siebie szybko, czując jednocześnie, jak wywracają jej się wnętrzności, a dolna warga zaczyna drgać. – W nocy znaleziono w lesie zwłoki młodej kobiety. Bardzo mi przykro.

Atmosfera w pokoju zgęstniała. Ewelina i jej teść wyglądali jak ludzie, do których nie dotarło żadne wypowiedziane przed sekundą słowo. Jednak po chwili oczy starszego pana zaczęły napełniać się łzami.

– Co wy mówicie? To jakieś brednie! Moja córka nocowała u swojej koleżanki. Na pewno jeszcze śpią – powiedziała Ewelina Łęcka.

– Potrzebujemy danych tej koleżanki – powiedział beznamiętnie podkomisarz.

– Florianna, o co tu chodzi? Co on mówi, przecież … – Ewelina zakryła dłonią usta, czując, że złość przeradza się w bezsilność. Powoli docierało do niej, co się stało. Niedowierzanie w oczach zaczęło mieszać się z bólem, a na policzku pojawiła się pierwsza łza

– Bardzo mi przykro. Ale nie mam żadnych wątpliwości, że znaleziona dziewczyna to Alicja – oznajmiła Florianna, po czym szybko wybiegła z salonu.

Krzyk rozpaczy, jaki wydobył się z drobnego ciała załamanej matki, był przerażający, przypominał skowyt rannego zwierzęcia. Florianna słyszała go nawet na zewnątrz. Dała znać ratownikom medycznym i psychologowi, żeby weszli do środka. A sama podbiegła do najbliższego krzaka i zwymiotowała. Ostatkiem sił powstrzymała płacz. Nie rozklei się, nie da satysfakcji temu wyzbytemu uczuć arogantowi.

Po kilku minutach udało jej się dojść do siebie. Nagle usłyszała trzaśnięcie samochodowych drzwi. Spojrzała w stronę bramy wjazdowej. W stronę domu biegł Sławomir Łęcki. Widok radiowozu i karetki z całą pewnością go zaniepokoił. Florianna przez chwilę obawiała się, że będzie musiała również jego poinformować o śmierci córki. Jednak on zignorował jej obecność przed budynkiem i skierował się do drzwi wejściowych.

***

Podkomisarz Anders czytał zeznania dziadka ofiary. Dowiedział się, o której wyszła ona z domu i u kogo miała nocować. Na tę chwilę musiało wystarczyć. Państwo Łęccy niestety nie byli w stanie rozmawiać. Zajmowali się nimi policyjny psycholog i załoga karetki. Zauważył, że Szulc wróciła do środka. Przyjrzał jej się. Była blada, ale trzymała się dzielnie. Rzucił ją na głęboką wodę, podświadomie licząc, że pęknie i dostarczy mu argumentów świadczących o nieudolności miejscowej policji. Wówczas szef mógłby pozwolić mu zebrać ekipę śledczą z prawdziwego zdarzenia. Nie miał ochoty pracować z policjantami, którzy na co dzień zajmują się głównie wypisywaniem mandantów. Jednak niepozorna blond policjantka znów go zaskoczyła. Z pełną empatią zapytała Sławomira, czy mogą rozejrzeć się po pokoju jego córki. Ten skinął głową i wskazał pokój Alicji. Sierżant rzuciła Andersowi wymowne spojrzenie i ruszyła schodami na górę. Nie miał wyjścia, więc poszedł za nią.

Wkroczył do pokoju, gdy Szulc przeszukiwała biurko ofiary. Odchrząknął, aby zaznaczyć swoją obecność. Z zaskoczeniem obserwował, jak sierżant podskoczyła i odwróciła się gwałtownie, ręką zrzucając lampkę, która z hukiem roztrzaskała się o podłogę. Postanowił nie skomentować tego, widząc zakłopotanie swojej tymczasowej towarzyszki. Przemknęło mu przez głowę, że może powinien odebrać jej broń, zanim przypadkiem się postrzeli. Odgonił te myśli i zapytał:

– Znalazłaś coś?

– Nie. Brak telefonu i komputera. Nie ma tu nic osobistego. Idealny porządek. Zbyt idealny jak na pokój dwudziestolatki. W ogóle tu jest jak w pokoju hotelowym.

Anders rozejrzał się. O dziwo, Szulc miała rację. Faktycznie pomieszczeniu brakowało wyrazu. Jasne ściany, zaścielone równo łóżko, biurko i szafa. Jakby nikt tu nie mieszkał, a jedynie bywał. Kim byłaś Alicjo Łęcka? – zadał sobie sam pytanie.

ROZDZIAŁ III

Sierżant Florianna Szulc opadła ciężko na krzesło w szatni komisariatu. Musiała choć na chwilę uspokoić pędzące myśli. Wciąż przed oczami miała martwą twarz Alicji. Wiedziała, że zapamięta ją właśnie taką, a nie jako uśmiechniętą i piękną dziewczynę. Dodatkowo głowę zaprzątały jej niepotrzebnie sceny sprzed pięciu lat. To wtedy Sobótkę dotknął ostatni poważny dramat. Ale nie! Nie mogła sobie pozwolić na wracanie do tamtego. Tamto nie miało już znaczenia. Musi się skupić na „tu i teraz”. Już miała wstać, kiedy do pomieszczenia weszła Malwina Drabik, jedyny pracownik cywilny na komendzie. Florianna posłała jej przygaszony uśmiech i powiedziała:

– Porobiło się, co?

– Jakieś okropieństwo. To na pewno Alicja?

– Niestety tak.

Malwina nerwowo poprawiła okulary, a jej policzki zapłonęły rumieńcem. Szulc już wiedziała, że zamierza podjąć jakiś ekscytujący dla niej temat.

– Chciałam zapytać o to ciacho…

– Jakie ciacho? Jest tu jakieś, bo głodna jestem? – spytała nieco ożywiona sierżant. Jedzenie zawsze poprawiało jej humor.

– Przecież nie do jedzenia. Mówię o tym facecie z wojewódzkiej.

Twarz Drabik zrobiła się jeszcze bardziej czerwona.

– A, to ciacho. – Florianna pokręciła głową. – Raczej zakalec. Choć z wierzchu wygląda pięknie, to jest ciężko strawny.

Oczy Malwiny rozszerzyły się ze zdumienia. Szulc wiedziała, że w świecie koleżanki piękni ludzie powinni mieć równie cudowne charaktery. Niestety, tą samą miarą mierzyła siebie. Uważała, że nie jest ani wartościową osobą, ani nikim wyjątkowym. Tylko dlatego, że była mniej atrakcyjna. Florianna nie miała teraz siły na tłumaczenie jej po raz kolejny, w jak wielkim jest błędzie. Wstała i wzięła swoją torebkę. przebrana w cywilne ciuchy chciała tylko wrócić to domu, zjeść, wypić kawę i się położyć. Wychodząc na korytarz, omal ponownie nie zderzyła się z Andersem, który szybkim krokiem zmierzał do wyjścia i z trzaskiem zamknął za sobą drzwi.

Podkomisarz wyszedł przed komisariat w Sobótce. Był wkurwiony. Przed chwilą pokłócił się z komendantem Czerwińskim, któremu wtórował młodszy brat. Również policjant. Najgorsze było to, że sam sprowokował konflikt, ale z drugiej strony, to on miał najwyższy stopnień i mógł sobie pozwolić na – jak to określili – rządzenie się. Dałby wiele, aby mieć tu grupę śledczą z prawdziwego zdarzenia. A przynajmniej swojego partnera. Będzie musiał porozmawiać o tym z szefem, podinspektorem Olszewskim.

I tu pojawił się kolejny problem. Musi jakoś dostać się do Wrocławia, a przed chwilą oddelegował posterunkowego Gajdę do przesłuchania koleżanki, u której miała nocować ofiara. Będzie zatem musiał wrócić na posterunek i poprosić kogoś o podwózkę. Inaczej nie zdąży na odprawę z prokuratorem.

– Kurwa mać! – zaklął, gdy zobaczył pustą paczkę papierosów.

Rozejrzał się wokoło. Stał w wąskiej uliczce, a jak na złość nie widać było żadnego sklepu. Za to zauważył dwie starsze panie wyglądające przez okna kamienicy naprzeciwko komendy. Uważnie lustrowały okolicę. Jakie miasto, taki monitoring, pomyślał. Postanowił pójść w prawo do skrzyżowania z czymś, co wydawało się główną ulicą. Kiedy tam dotarł, dostrzegł zbitych w małe grupki ludzi, którzy żywo o czymś dyskutowali. Niektórzy go zauważyli i pokazywali innym. Poczuł się dziwnie. Na szczęście zauważył szyld sklepu i skierował się w tamtym kierunku. Im szedł dalej, tym większe zainteresowanie wzbudzał. Nagle zatęsknił za Wrocławiem, gdzie wszyscy się gdzieś śpieszyli, a na każdym rogu była Żabka, w której można kupić fajki. Szybko i anonimowo.

Ignorując ciekawskie spojrzenia, dotarł do sklepu. Za ladą stała kobieta, na oko pięćdziesięcioletnia. Miała na sobie obcisłą bluzkę z dekoltem eksponującym obfity biust oraz spódniczkę mini. Anders przez chwilę wpatrywał się w natapirowaną burzę włosów na głowie i niebieski cień na powiekach kontrastujący z czerwonymi ustami. Podkomisarz przeszedł od razu do rzeczy:

– Westy silver. Dwie paczki.

– Dzień dobry – odparła ekspedientka, odsłaniając zęby w uśmiechu. Na górnej jedynce widać było ślad szminki. – Pan jest tym policjantem z Wrocławia?

Podkomisarz głośno westchnął i powiedział przez zaciśnięte zęby:

– Czy odpowiedź na to pytanie jest konieczna do zakupu papierosów?

– Nie, oczywiście, że nie. – Ekspedientka zachichotała, a sekundę później, już ze śmiertelną powagą, zapytała: – Wiecie już, kim ona jest?

– Czy ja mogę dostać te fajki, do jasnej cholery? – warknął w końcu Anders. – Naprawdę nie mam czasu na niepotrzebne dyskusje!

Wyraźnie oburzona sprzedawczyni podała mu dwie paczki i uśmiechnęła się szyderczo, widząc, jak policjant wyciąga kartę płatniczą.

– Tu nie można płacić kartą – poinformowała ze sztuczną uprzejmością.

– Jak to, kurwa, nie można płacić kartą?!

– Normalnie – odpowiedziała kobieta, stojąca w drzwiach wejściowych. – Pani Krysiu, ja zapłacę.

Anders obserwował, jak sierżant Szulc płaci za jego papierosy i kupuje również paczkę dla siebie. Policjantka uprzejmie pożegnała się z ekspedientką i nie zaszczycając nawet spojrzeniem podkomisarza, wyszła ze sklepu. Dogonił ją dość szybko.

– Jest tu jakiś bankomat? To oddam ci kasę.

– Mogę poczekać, nie ma problemu. Teraz idę coś zjeść i napić się kawy. Do widzenia.

Szulc odwróciła się, nie czekając na odpowiedź. Ten człowiek widocznie nie dbał o konwenanse i nie używał zwrotów grzecznościowych. Jednak on przyspieszył i zrównał się z nią.

– Nie do końca „do widzenia”. Jedziemy do Wrocławia.

– Słucham? Jestem po służbie.

– W pracy ze mną nie ma czegoś takiego jak koniec służby. Chyba że nie chcesz posmakować pracy prawdziwego policjanta.

Sierżant nie wierzyła własnym uszom. Przez moment zastanawiała się, co jej grozi za danie w ryj starszemu stopniem koledze. Opanowała jednak emocje, bo gra nie była warta świeczki. Uśmiechnęła się sztucznie i odpowiedziała:

– Zatem jedźmy.

– A masz samochód?

– Za dziesięć minut pod komendą.

Podkomisarz kiwnął głową. Rozeszli się w przeciwnych kierunkach. Anders zadowolony z siebie, że znalazł kierowcę i nie musiał o nic prosić braci Czerwińskich. Natomiast Szulc zastanawiała się, z kim przyszło jej pracować. Szybko dotarło do niej, że Anders nie traktuje jej po koleżeńsku, a jedynie szukał podwózki.

Tymczasem dziennikarz Aleks Znajda obserwował z ukrycia wejście do komisariatu. Szczęście mu sprzyjało. Najpierw komendant z bratem, którzy gdzieś pojechali. Potem pod budynek podjechała Florianna, zabierając Andersa. To mogło oznaczać tylko jedno. W środku została tylko Malwina Drabik. Pracownik administracyjny komendy w Sobótce. Pełniła ona funkcję sekretarki, kadrowej i księgowej.

Dziennikarz uśmiechnął się szeroko i udał w kierunku drzwi wejściowych. Zastał Malwinę siedzącą przy biurku naprzeciwko wejścia. Dziewczyna wpatrywała się w monitor swojego komputera. Jak zwykle założyła babciny sweter, który postarzał ją o dobre dziesięć lat, i nikt by nie zgadł, że jest trzydziestolatką. Aleks odchrząknął i posłał jej swój najbardziej czarujący uśmiech.

– Cześć. Jak mija dzień?

– Cześć – odparła zaskoczona i nerwowym ruchem poprawiła okulary na nosie. – No wiesz, jest dopiero dziewiąta, a tu już tyle się wydarzyło.

– Tak, tak. Wiem.

Znajda zrobił zmartwioną minę. Potrzebował informacji, więc postawił na taktykę empatycznego przyjaciela, który umie słuchać.

– I jeszcze przysłali nam tego policjanta z Wrocławia. Nawet nie masz pojęcia, co tu się działo. Sama nie wiem, kogo mam słuchać. Ten z kryminalnej kazał mi zebrać wszystkie informacje o młodej Łęckiej, a komendant powiedział, że mam mu wyszukać informację o, jak to określił, gamoniu z wojewódzkiej.

Aleks starał się panować nad emocjami. Uzyskał potrzebne informacje, zupełnie się nie wysilając. Natomiast Malwina chyba nawet nie zauważyła, że właśnie ujawniła szczegóły dotyczące śledztwa.

ROZDZIAŁ IV

Podkomisarz Marcin Anders zatrzymał się przed drzwiami z napisem: „Podinspektor Andrzej Olszewski”. Przygotował już przemowę, która miała przekonać szefa do przydzielenia mu ekipy śledczej i odsunięcia funkcjonariuszy z Sobótki, aby mogli zająć się czymś nudnym. Odetchnąwszy głęboko, zapukał i wszedł do środka.

– Marcin, dobrze cię widzieć. – Olszewski podniósł się z krzesła i uścisnął dłoń Andersa. – Mam coś dla ciebie.

Podinspektor sięgnął do szuflady i wyciągnął z niej prawo jazdy i kluczyki do samochodu. Uważnie spojrzał na podkomisarza.

– Żeby było jasne, jak jeszcze raz cię złapią za jazdę pod wpływem, to nie będę znów ratował ci dupy. Będziesz miał też do dyspozycji służbowego forda, ale dopiero jak wróci z przeglądu.

– Dziękuję, szefie, ale przychodzę tu z pewną sprawą. Chodzi o policjantów z tej miejscowości. Oni nie mają żadnego doświadczenia w takich poważnych dochodzeniach i dobrze by było…

– Skąd wiesz, że nie mają? – Olszewski przerwał swojemu podwładnemu, całkowicie zbijając go z tropu. – Sprawdziłeś to chociaż? Skąd wiesz, co działo się wcześniej w tym mieście?

– Ale szefie…

– Marcin, posłuchaj uważnie, bo nie będę powtarzać! Dostałeś to śledztwo, bo brakuje mi ludzi, i szczerze ci powiem, miałem dość twoich telefonów z pytaniem, kiedy wracasz. Masz to, czego chciałeś. Znów jesteś na służbie. Pod warunkiem oczywiście, że będziesz nadal się spotykał z psychologiem.

Anders poczuł się pokonany. Nie musiał wytaczać już żadnych argumentów, aż za dobrze znał Olszewskiego. Nic go nie przekona. Jednak tonący brzytwy się chwyta…

– To może chociaż Wilku może ze mną pracować? W końcu to mój partner.

– Były partner – poprawił go podinspektor. – Widzę, że komisarz Tomasz Wilk miał rację, mówiąc, że nie interesujesz się swoimi znajomymi. Dla twojej informacji, twój były partner i przyjaciel został po raz drugi ojcem i jest obecnie na urlopie tacierzyńskim. Nie wiedziałeś?

Nie wiedział. Poczuł się chujowo i nieswojo w tym małym gabinecie. Musiał wyjść na dwór. Szybko się odmeldował i pośpiesznie wyszedł z budynku. Do odprawy zostało dziesięć minut, więc mógł sobie na to pozwolić. Kilka haustów rześkiego powietrza i przestrzeń sprawiły, że poczuł się lepiej.

– Kurwa, kurwa, kurwa – rzucił i kopnął pobliski śmietnik. Kilka mundurowych zwróciło na niego uwagę. – Co się gapicie? Nie macie nic do roboty?

Wyjął paczkę papierosów i zapalił jednego. Spierdolił tak dużo spraw przez ostatnie trzy miesiące i nawet tym się nie przejął. Co sobie myślał? Że jak wróci, to jego partner i przyjaciel powita go z otwartymi ramionami? Przecież od czasu grudniowych wydarzeń nie chciał nikogo widzieć ani z nikim rozmawiać. Chodził na terapię, bo musiał. I na siłownię, gdzie ból fizyczny zakłócał ten drugi. Mniej znany i nieodgadniony. Wcześniej był zdania, że tylko ludzie słabi załamują się nerwowo. Dziś już miał świadomość, jak bardzo się mylił. Odpalił kolejnego papierosa. Najpierw postanowił skupić się na śledztwie i udowodnić, że poradzi sobie w pracy. Pomyślał o Szulc, której kazał czekać w sali odpraw. Koniec końców dobrze zrobił, że nie kazał jej wracać. Przyda mu się kierowca.

***

Zniecierpliwiona i głodna Florianna czekała w salce, gdzie zostawił ją jaśnie pan podkomisarz. Dobrze, że nie kazał jej czekać w samochodzie. Bardzo chciała napić się kawy, ale automat na korytarzu nie chciał współpracować. W rezultacie była biedniejsza o pięć złotych, a brak kofeiny w żyłach coraz bardziej jej doskwierał. Jeśli wkrótce nikt nie przyjdzie, to usnę, pomyślała. Wówczas w drzwiach wejściowych pojawił się wysoki brunet w idealnie skrojonym garniturze i ze starannie zaczesaną na bok fryzurą. W rękach trzymał dwa kubki z kawą. Sierżant popatrzyła na nie z zazdrością. Jednak ku jej wielkiemu zaskoczeniu mężczyzna postawił jeden z nich obok niej i się uśmiechnął.

– Założyłem, że pije pani z mlekiem i bez cukru.

– Dziękuję, ale… – Florianna nagle rozpoznała tego człowieka. – Pan był rano na miejscu zdarzenia w Sobótce, prawda?

– Zgadza się, sierżant Szulc. Prokurator Mariusz De Rossi – przedstawił się i wyciągnął rękę. Miał pewny i mocny uścisk. – Po minie wnioskuję, że drugi raz udało mi się panią zaskoczyć.

Florianna skinęła głową. Nie dość, że wiedział, kim jest, to jeszcze ta sprawa z kawą. Postanowiła poczekać na wyjaśnienia.

– Po pierwsze, sprawdziłem skład posterunku w Sobótce. Pracuje tam jedna policjantka, więc nie było to wielkie wyzwanie – powiedział, nie spuszczając z niej wzroku. – A jeśli chodzi o kawę… to widziałem, jak negocjuje pani z automatem. Przyznaję, od razu poprawiło mi to humor. Trafiłem chociaż z rodzajem kawy?

– Tak, dziękuję bardzo – odparła sierżant i uświadomiła sobie, jaką idiotkę z siebie zrobiła na oczach prokuratora. Wystarczyło jej, że Anders traktuje ją protekcjonalnie. Zganiła się w myślach, ale jednak postanowiła zapytać. – Dlaczego automat posłuchał pana, a nie mnie?

Prokurator uśmiechnął się szczerze. Nie było w tym złośliwości.

– Jeśli wrzucisz do niego piątaka, to nie reaguje ani nie oddaje pieniędzy. Ot cały sekret. Sam nabrałem się pierwszego dnia, gdy odwiedziłem komendę.

Ich rozmowę przerwało pojawienie się Andersa, za którym do pokoju wszedł naczelnik komórki w służbie kryminalnej Komendy Wojewódzkiej Policji, podinspektor Olszewski. Skinął głową na przywitanie siedzącej w sali dwójce osób. Sierżant zauważyła zdezorientowane spojrzenie podkomisarza. Poczuła satysfakcję. Najwidoczniej nie spodziewał się, że jego własny szef zna jakąś policjantkę z prowincji.

Ciszę przerwał podinspektor.

– Witam wszystkich na odprawie rozpoczynającej śledztwo w sprawie znalezionych zwłok Alicji Łęckiej. Zebrani tutaj znają sprawę, więc nie będę streszczał okoliczności. Oficerem prowadzącym śledztwo zostaje podkomisarz Anders. Policjanci z Sobótki będą jego wsparciem. Sekcja zwłok odbędzie się za dwie godziny w Zakładzie Medycyny Sądowej. Ponieważ technicy nadal pracują na miejscu zbrodni oraz w domu rodziny ofiary, ich raportu możemy spodziewać się najwcześniej dziś po południu. Panie prokuratorze?

– Myślę, że mogę z czystym sumieniem powierzyć w pełni śledztwo podkomisarzowi, z którym oczywiście pozostanę w stałym kontakcie. Jednak nie sądzę, aby moja obecność w Sobótce była konieczna. Oczekuję codziennych raportów z postępów w śledztwie – powiedział Mariusz De Rossi. W powszechnie panującej opinii liczyły się dla niego wyniki, a całą robotę zwalał na policjantów, ograniczając się do wydawania postanowień, i nie wahał się zrugać śledczych za powolne tempo.

– Czy ktoś ma coś jeszcze do dodania? – zapytał Olszewski.

– Tak. – Marcin odchrząknął i kontynuował: – Chciałbym, aby częścią grupy dochodzeniowej był również Daniel Gajda, skoro jak się okazało, pochodzi właśnie z Sobótki.

– Nie widzę przeciwwskazań – powiedział podinspektor. – Centrum operacyjnym będzie posterunek w Sobótce, ponieważ nie ma sensu, żeby na każdą odprawę ściągać was do Wrocławia. Jeśli nie ma więcej pytań, spotkanie uważam za zakończone.

Po odprawie Szulc została sam na sam z Andersem. Ciszę przerwało głośne burknięcie w jej brzuchu. Zamknęła oczy z zażenowania. Kiedy je otworzyła, na twarzy podkomisarza dostrzegła jakiś grymas. Czy to miał być uśmiech?

– Dobra, pojedziemy na śniadanie i omówimy plan na resztę dnia.

***

– Najlepsza jajecznica na świecie.

– W tym momencie zjadłabym nawet najgorszą. Tak w ogóle to mam pytanie. O jaki plan na resztę dnia ci chodziło? Czy może już nie potrzebujesz szofera? A właściwie to czemu nie masz samochodu? – zapytała na jednym wdechu Florianna.

– To nie jest jedno pytanie – skomentował Marcin, popijając kawę. – Po pierwsze, to nie twoja sprawa, miałem chwilowy problem z prawem jazdy.

– A co, zabrali ci za punkty?

– Nie chcę o tym rozmawiać, ale nadal potrzebuję szofera. – Marcin zignorował złośliwy uśmieszek swojej towarzyszki. – A jeśli chodzi o twoje kolejne pytanie, o plan dnia, to pojedziemy najpierw do mojego mieszkania, muszę się spakować.

– Zatrzymasz się w Sobótce? No tak, przecież poważny oficer nie może codziennie jeździć autobusem do pracy. – Florianna nie mogła się powstrzymać, jednak widząc poważną minę po drugiej stronie stołu, wymamrotała: – Przepraszam.

– Potem pojedziemy porozmawiać z lekarzem wykonującym sekcję zwłok.

Marcin nadal próbował ignorować jej docinki. Musiał dowiedzieć się nieco więcej o tej dziewczynie, skoro już był na nią skazany.

– Zjadłaś? To możemy ruszać – powiedział i wstał od stołu.

Kątem oka zauważył, jak Szulc odrzuca połączenie przychodzące od tej gnidy dziennikarskiej, Aleksa.

 

OFICYNKA ZAPRASZA WSZYSTKICH

MIŁOŚNIKÓW DOBREJ LITERATURY!

 

 

Znajdziecie Państwo u nas książki interesujące, wciągające, służące wybornej zabawie intelektualnej, poszerzające wiedzę i zaspokajające ciekawość świata, książki, których lektura stanie się dla Państwa przyjemnością i które sprawią, że zawsze będziecie chcieli do nas wracać, by w dobrej atmosferze z jednej strony delektować się warsztatem znakomitych pisarzy, poznawać siłę ich wyobraźni i pasję twórczą, a z drugiej korzystać z wiedzy autorów literatury humanistycznej.

 

POLECAMY

 

Księgarnia Oficynki www.oficynka.pl

e-mail: [email protected]

tel. 510 043 387