Poza miastem - John Boynton Priestley - ebook

Poza miastem ebook

John Boynton Priestley

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

Profesor Cosmo Saltana i doktor Owen Tuby przybywają do Londynu — bez pieniędzy i bez pomysłów na dalszą działalność. Przypadkowe spotkanie z bogatą wdową rodzi myśl o powołaniu nowej dziedziny nauki... 
[Opis okładkowy]  

 

Cykl: Profesor Cosmo Saltana & doktor Owen Tuby, t. 1 

 

/Poza miastemJohn Boynton Priestley, 1994 rok, ISBN 8386211210, wydanie III, Zysk/ 

 

Książka dostępna w zasobach:  
Miejska Biblioteka Publiczna im. Władysława Reymonta w Skierniewicach (2) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu 
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Kole 
Miejska Biblioteka Publiczna w Łomży (2) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (2) 
Miejska Biblioteka Publiczna w Wągrowcu  

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 655

Rok wydania: 1994

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

J.B. Priestley

POZA MIASTEM

 

J.B. Priestley

POZA MIASTEM

Tłumaczyła Maria Zborowska

 

ZYSK I S-KA

WYDAWNICTWO

POZNAŃ 1994

 

Tytuł oryginałuOUT OF TOWN

Copyright © by J. B. Priestley, 1968

Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo,Poznań 1994

Opracowanie graficzne serii i projekt okładkiLucyna Talejko-KwiatkowskaFotografia na okładcePiotr ChojnackiRedaktor seriiTadeusz Zysk

Wydanie IIIISBN 83-86211-21-0

Zysk i S-ka

Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznańtel./fax 526-326tel. 532-767, 532-751

Drukarnia Wydawnicza im. W. L. Anczyca w Krakowie

Zam. 687/94

 

Dramatis personae

 

Część pierwsza

1

Jesienne, dżdżyste poniedziałkowe popołudnie właśnie miało się ku końcowi. Profesor Cosmo Saltana i doktor Owen Tuby siedzieli w saloniku hotelu „Robinson”, Bayswater, Londyn W.2. „Robinson” jest jednym z niewielu pozostałych jeszcze w mieście solidnych staroświeckich hoteli, znanych kilku pokoleniom gości ze swoich uroczych dziwactw i drobnych niewygód. Salonik, urządzony w rozmaitych beznadziejnych odcieniach brązu, jest chyba jednym z najbardziej ponurych pomieszczeń hotelowych, ale goście mogą tutaj wypić popołudniową herbatę w pobliżu posępnego, małego kominka, który wprawdzie nigdy nie jest zupełnie wygaszony, ale też nigdy nie płonie pełnym ogniem. Profesor Saltana i doktor Tuby, siedząc przy resztkach nie dopitej herbaty — której zresztą nie zamawiali, gdyż żaden z nich nie mógł sobie pozwolić na taki wydatek — zastanawiali się, w jaki sposób zapłacić rachunek hotelowy. Chociaż zajmowali oddzielne pokoje, byli jednak bliskimi przyjaciółmi i już od dawna postanowili połączyć swoje zasoby finansowe.

— Gdy tylko mój kuzyn wróci do Londynu — mówił doktor Tuby — powinien dać się naciągnąć na co najmniej 50 funtów.

— Jesteś tego pewien? — zapytał profesor Saltana. Promienna nadzieja ulatywała, a doktor Tuby kiwał głową z nie większym przekonaniem, niż świeciło mgliste żółtawe światło w saloniku.

— Nie, nie jestem. Prawdę mówiąc, Cosmo, nie jestem pewien niczego. Byłem głupi, że nie pozostałem na Wschodzie. Tam przynajmniej mógłbym, utrzymać się tanio, rozglądając się tymczasem za jakąś robotą. Tu w Londynie nic się nie nadarza. Gregson i ten drugi facet... nigdy nie mogę zapamiętać jego nazwiska... przedstawili mi zupełnie fałszywy obraz panującej tu sytuacji. Byli oczywiście pijani, a ja nie wziąłem tego pod uwagę. Zresztą muszę przyznać, że ja też nie byłem całkiem trzeźwy. A gdy tak siedzisz w klubie z dwoma wesołymi kompanami aż do drugiej w nocy, nie możesz sobie po prostu wyobrazić Londynu takim, jakim jest naprawdę — tego wiecznego deszczu, tych straszliwych podatków, tego osamotnienia, kiedy nikt nie ma ci nic do zaoferowania. I tak, staruszku, siedzimy tutaj, wypijając kielich goryczy na ociekających deszczem ruinach imperium.

— Słusznie — powiedział profesor Saltana. — Powinienem był pojechać do Afryki, przyłączyć się do tych, co zaczynają, a nie do tych, co kończą. Wcale niebrzydka kobieta — dodał po chwili.

— Owszem, owszem. Wymieniliśmy pół uśmiechu dziś rano. Szedłem na śniadanie, kiedy ona właśnie wychodziła z jadalni. Ale teraz widocznie jest tak czymś zmartwiona, że nawet mnie nie zauważyła. Coś musi być w tych papierach, w które jest tak wpatrzona. Chyba jakieś oficjalne, ważne dokumenty, prawdopodobnie jakieś prawnicze paskudztwo. To zawsze wprawia kobiety w stan niepokoju.

Przypatrywali się kobiecie, która była jedyną poza nimi osobą w pokoju. Miała zapewne około 40 lat, pulchna blondynka ze skłonnością do tycia, ale jeszcze z dobrą figurą, wytworna, w ciemnoczerwonym kostiumie. Obok niej na sofie leżało coś, co nie było ani teczką, ani walizeczką, coś zapewne bardzo kosztownego z czarnej skóry i z czerwonym obiciem wewnątrz. Stamtąd wyciągnęła te niepokojące ją dokumenty.

Do małego saloniku wpadł nagle jedyny goniec hotelu „Robinson”, krzycząc płaczliwym głosem, jakby szukał zagubionej matki:

— Pa-ni Dray-ick, pa-ni Dray-ick!

— To ja jestem panią Drake — powiedziała.

— Jest pani proszona do telefonu.

Wyszli z pokoju razem. Pani Drake zostawiła swoje papiery na sofie.

— To jest jakaś pani Drake — oświadczył doktor Tuby.

— Domyśliłem się tego — powiedział oschle profesor Saltana. Był to raczej ponury typ.

— Nie mogę opanować ciekawości — rzekł doktor Tuby. — Rzucę okiem.

— Łajdak z ciebie.

— Wiem o tym. Zawsze taki byłem. Uważaj na drzwi. Nie było powodu, by chodzić na palcach, ale w taki właśnie sposób zbliżył się do sofy. Nachylił się i nie dotykając papierów, przejrzał je szybko, po czym pospiesznie wrócił na swoje miejsce. Gdy siadał, natknął się na pytające spojrzenie swego towarzysza, na którego twarzy malował się ledwo dostrzegalny uśmiech.

— No więc...?

— Czy chcesz powiedzieć, że ty też jesteś łajdakiem, profesorze?

— Oczywiście, że jestem. Coś interesującego?

— Być może. Jakieś amerykańskie przedsięwzięcie. Fundacja Socjologiczna imienia Judsona Drake’a. Nie miałem czasu zapoznać się ze szczegółami. Co o tym sądzisz Cosmo?

— Może w tym coś jest, a może i nie.

— Przypominasz sobie chyba — rzekł doktor Tuby z uśmiechem — że dziś rano namawiałem cię, żebyś rzucił filozofię i spróbował szczęścia w socjologii. Jeśli ja jestem gotów poświęcić dla niej, kiedy trzeba, literaturę angielską, przedmiot cieszący się dużym popytem, ale słabo wynagradzany, to ty powinieneś bez żalu zapomnieć o swoich starych Naukach Moralnych, za które nikt nie chce zapłacić złamanego szeląga. Pomyśl tylko...

— Proszę cię, Owenie, bez przemówień. Pozostaw to pani Drake.

— A więc sądzisz...

Przerwał jednak, bo usłyszał, że otwierają się drzwi. Pani Drake wolnym krokiem wróciła na sofę i znów grzebała bezwiednie w swoich papierach. Po upływie kilku chwil zaczęła szukać czegoś w torebce, prawdopodobnie chusteczki. Kiedy obaj mężczyźni usłyszeli stłumiony głos, dobiegający z jej strony, i doszli do wniosku, że wkrótce może ich ona opuścić, szybko wymienili między sobą spojrzenia, kiwnęli porozumiewawczo głowami i ruszyli w kierunku pani Drake.

— Pani Drake — zaczął doktor Tuby — proszę nam wybaczyć naszą śmiałość. Jestem doktor Tuby, a to mój przyjaciel i kolega, profesor Saltana. Nie mogliśmy nie zauważyć, że ma pani jakieś zmartwienie i zastanawialiśmy się, czy nie moglibyśmy pani w czymś pomóc. Przecież jesteśmy sąsiadami. Muszę jednak wyjaśnić — ciągnął dalej, dając jej czas, żeby wzięła się w garść i przestała wycierać twarz chusteczką — że nie jestem lekarzem. Jestem doktorem nauk, i to socjologiem.

— Jesteśmy obaj socjologami — powiedział profesor Saltana. — A jeśli możemy coś dla pani zrobić...

— Jesteście bardzo mili — powiedziała pani Drake, wycierając nos. — To naprawdę coś nadzwyczajnego... to dowód... i zdarza mi się to nie po raz pierwszy... że kiedy naprawdę potrzebuję pomocy, to nadchodzi nie wiadomo skąd... można rzec. Och, Boże! Muszę strasznie wyglądać! Wiem, czuję to. Nie mogę niczego wyjaśnić z taką twarzą. Muszę panów opuścić na kilka minut. — Wstała. — Pozostawię te rzeczy tutaj i zaraz wrócę. Nie odchodźcie, błagam. Możecie mi pomóc. Jestem tego pewna. — Oddalała się, wołając przez ramię: — Nie wiem, czy panowie chcieliby się czegoś napić. Ale ja bardzo bym chciała i mogą nam tutaj przynieść. Duża whisky z wodą sodową? Powiem kelnerowi.

— Chyba jest bardzo uczuciowa — powiedział profesor Saltana, gdy tylko wyszła — ale to niegłupia kobieta.

— Na pewno. Kieruje się raczej intuicją niż intelektem. Pomysł dużej whisky z wodą sodową świadczy o intuicji podniesionej do potęgi geniuszu. Nawiasem mówiąc, wydaje mi się, że jest raczej Angielką niż Amerykanką.

— Angielka, ale przebywała w Stanach Zjednoczonych.

— Myślę, że nie warto badać dokładniej jej papierów, prawda, Cosmo?

— Nie przyszłoby mi to do głowy teraz, gdy jesteśmy jej gośćmi.

— Ja też tak sądzę. Kwestia honoru. A teraz, profesorze, czy mogę cię powitać na naszej katedrze?

— Socjologii?

— Socjologii. I pamiętaj, Cosmo, to były twoje słowa. Ja ich nie powiedziałem. Jesteśmy obaj socjologami, oświadczyłeś tak pani Drake. Nie zachęcałem cię do tego. Nie zapominaj o tym. Tkwisz teraz ze mną po uszy w tej aferze. Zresztą Bóg raczy wiedzieć, w czym.

— Zobaczymy — rzekł profesor Saltana zatopiony w ponurych myślach. Doktor Tuby również siedział milczący i zamyślony aż do powrotu pani Drake, która zjawiła się teraz wytworna i uśmiechnięta, poprzedzając kelnera, niosącego trzy duże szklanki whisky i trzy butelki wody sodowej.

2

— No, teraz czuję się dużo lepiej — powiedziała pani Drake, podpisując rachunek i zabierając się do swojej whisky. — I to dzięki panom. Wiem, że moje kłopoty jeszcze nie minęły, nie można się ich po prostu pozbyć, poprawiając makijaż, chociaż to pomaga, ale jeśli tylko będę mogła opowiedzieć o nich komuś, kto je zrozumie, to nie wydadzą mi się takie straszne. Weźcie, panowie, krzesła i siądźcie tutaj. — A kiedy spełnili jej życzenie, pani Drake ciągnęła: — Sądzę, że teraz powinniśmy się wzajemnie przedstawić. Kiedy zaczęliście ze mną rozmawiać po raz pierwszy, byłam w takim stanie, że z trudem cokolwiek rozumiałam. Zacznę od siebie, jeśli panowie pozwolą.

— Jak pani sobie życzy — powiedział profesor Saltana uroczystym, głębokim głosem.

— Och, Boże, od czego tu zacząć? Jestem Elfredą Judson Drake, z domu Hoskins. Angielka, oczywiście, urodzona i wychowana w Highgate. Piętnaście lat temu wyjechałam do Nowego Jorku jako sekretarka. Zmieniałam posady, tak jak to się tam robi, aż w końcu wylądowałam u pana Judsona Drake’a, wielkiego człowieka w małym mieście, zwanym Sweetsprings, w stanie Oregon. Był dużo starszy ode mnie, miał prawie sześćdziesiątkę i oczywiście wszyscy myśleli, że skłoniłam go do rozwodu, a potem wyszłam za niego za mąż tylko dla pieniędzy. To nieprawda. Nie twierdzę, że szalałam za nim tak, jak on szalał za mną, ale bardzo go lubiłam. Poza interesami był to człowiek prosty i smutny, tak jakby nigdy nie wiedział, na jakim świecie żyje i czego chce. Ale w sprawach biznesu — drewno i temu podobne — to prawdziwy tytan. Byliśmy małżeństwem prawie pięć lat i był ze mną szczęśliwy... przynajmniej w takim stopniu, w jakim mógł być szczęśliwy, on, człowiek zagubiony we wszystkim, co nie dotyczyło interesu. Zmarł przeszło rok temu i... no, ale dość na teraz, inaczej panowie nie dojdziecie w ogóle do słowa i nie będę wiedziała, kim jesteście.

Oczywiście opowiadając, mogła się im dokładnie przyjrzeć. Różnili się tak bardzo od siebie, że było w tym coś komicznego. Jako para przypominali Flipa i Flapa, pomyślała. Chociaż w rzeczywistości żaden z nich nie wyglądał właściwie jak Flip czy Flap. Profesor był wysoki i chudy, z długą twarzą o zapadłych policzkach, z czarnymi włosami o siwych pasmach i z głęboko osadzonymi oczami w ciekawym, ciemnozielonym kolorze. Dziwny i, być może, raczej niepokojący mężczyzna między pięćdziesiątką a sześćdziesiątką, jak jej się zdawało. Był czysty i schludny, choć ubrany niedbale, co oczywiście odpowiada wyobrażeniu, jaki powinien być prawdziwy profesor.

— Nazywam się Cosmo Saltana. Mój dziadek ze strony ojca był Hiszpanem, ale ja jestem Anglikiem z urodzenia i wychowania i ukończyłem Uniwersytet Londyński. Przez wiele lat wykładałem filozofię na różnych uniwersytetach w Ameryce Środkowej i Południowej. Mówię biegle po hiszpańsku. Musiałem często przenosić się z kraju do kraju, niewątpliwie dlatego, że nie mogłem nigdzie zagrzać miejsca, ale przede wszystkim, ponieważ w tej części świata stosunki polityczne są mało ustabilizowane. Raz przyjmą cię ważne osobistości, innym razem prześladuje cię tajna policja i grozi ci więzienie. W marcu młodzi ludzie są twoimi studentami, a w czerwcu są członkami komitetu rewolucyjnego lub partyzantami. To bardzo komplikuje życie akademickie. Ponadto kilka lat temu postanowiłem porzucić filozofię dla socjologii. — Zawahał się przez chwilę. — I jeszcze jedna rzecz. Jeśli można zaoszczędzić trochę pieniędzy z uposażenia, jakie otrzymuje w Ameryce Łacińskiej profesor uniwersytetu w nieustabilizowanej walucie, to ja nie opanowałem tej sztuki. Tak więc — chcę być z panią zupełnie szczery, pani Drake —jestem ubogim człowiekiem. Nie powinienem dłużej mieszkać w tym hotelu. Nie mogę sobie na to pozwolić.

— Czy to nie cudowne? — wykrzyknęła pani Drake, promieniejąc z zachwytu. — Powiedzieć to tak po prostu. Przez długie lata nie słyszałam od żadnego mężczyzny, że jest biedny. Wszyscy przyjaciele Judsona byli bogaci. On nie lubił biednych ludzi. Twierdził, że na pewno nie przykładali się za bardzo do pracy. No a teraz co z panem... doktorze... doktorze... och, jaka ja jestem niepoprawna.

— Doktor Tuby. Owen Tuby. Częściowo Anglik, częściowo Walijczyk. Dyplom w Cambridge, później doktorat w Indiach. Wykładałem język angielski i literaturę angielską przez wiele lat w Indiach, na Malajach, w Hongkongu, ale coraz bardziej pociągała mnie socjologia.

Podczas gdy doktor Tuby z dużą elokwencją tłumaczył przyczyny zmiany swoich zainteresowań, pani Drake przyglądała mu się ze zdziwieniem i sympatią. Właściwie nie było na co patrzeć. Nie wywierał takiego wrażenia jak profesor Saltana. Raczej niski i dość pucołowaty, taki mały, tęgi, łysiejący człowieczek o różowej twarzy dziecka. Okrągłe okulary bez oprawy powiększały jeszcze bardziej jego oczy, które wydawały się ogromne i podkreślały właśnie dziecinny wyraz całej twarzy. Ale w jego głosie nie było nic dziecinnego. Był to najpiękniejszy głos, jaki kiedykolwiek pani Drake miała okazję słyszeć. Głos nie za głęboki i nie za słaby, głos o cudownej czystości, rezonansie, muzykalności, po prostu sama słodycz. Wydawał się człowiekiem sympatycznym, przed którym jednak należało się mieć na baczności, aż do chwili poznania jego zamiarów, albowiem takim głosem można namówić kobietę do wszystkiego.

— Zdaje pani sobie chyba teraz sprawę, pani Drake — zakończył doktor Tuby — że lubię przemawiać zarówno publicznie, jak i prywatnie. Poza tym moje osiągnięcia są bardzo skromne, chociaż nie pozbawione pewnej społecznej wartości. Umiem również rysować błyskawicznie karykatury i grać trochę na pianinie.

— Z uczuciem — rzekł profesor Saltana — ale straszliwie fałszując.

— Niestety, to prawda — rzekł doktor Tuby. — Muszę dodać, że profesor Saltana pasjonuje się klarnetem, na którym gra z uczuciem i bezbłędnie, naprawdę ładnie. — W tym miejscu obdarzył panią Drake, jak błogosławieństwem, czarującym uśmiechem.

Teraz właśnie chciała im opowiedzieć o Fundacji Judsona i o tym, co się stało z biednym profesorem Lentenbanem, ale zamiast tego, zamiast zachować się, jak przystało na rozsądną osobę, wybuchnęła śmiechem. To było silniejsze od jej woli, po prostu nie mogła się powstrzymać. Doktor Tuby również zaczął się śmiać, podczas gdy profesor Saltana, człowiek raczej niezbyt skory do śmiechu, podniósł swoje potężne brwi, a potem uśmiechnął się z lekka.

Zanim mogli coś powiedzieć, jakaś sześcioosobowa rodzina wtargnęła do pokoju, tak jakby otrzymała rozkaz natychmiastowego zawładnięcia tym salonikiem.

— Myślę, żeśmy dobrze trafili — oświadczył przywódca, będący uosobieniem agresywności i wrogości, wymieniając z panią Drake pełne nienawiści spojrzenia. Ona zaś skończyła swoją whisky i wstała.

— Nie sądzicie, panowie, że mamy już dość tego miejsca? — rzekła, obdarzając pięciu pozostałych intruzów pogardliwym spojrzeniem, i opuściła na czele swych towarzyszy pokój. Uczyniła to bez słowa, nie chcąc udzielić nieprzyjacielowi najdrobniejszej nawet informacji.

Zatrzymali się na korytarzu, który przypominał wejście do czekoladowej kopalni, eksploatowanej przez niewolników.

— A może wejdziemy do baru? — zaproponował nieśmiało profesor Saltana.

Pani Drake kiwnęła przecząco głową.

— To nie miejsce dla moich zwierzeń. Ale, ale, pytam dlatego, że miałam właśnie sporo kłopotów z jednym takim, panowie nie zaglądają zbyt często do kieliszka?

— Skądże znowu, jesteśmy towarzyscy i można nas wprowadzić do najlepszego klubu — odparł doktor Tuby. — W każdym bądź razie nikt nie potrafi rozróżnić moich nastrojów... Jestem wesołego usposobienia, a profesor Saltana ma niezwykle mocną głowę. Ale przecież musimy gdzieś porozmawiać.

— Oczywiście. Miałam taki przygnębiający, nieprzyjemny dzień... nie macie pojęcia... chciałabym pójść na górę i wziąć kąpiel. Musicie zjeść ze mną kolację. Zgoda? To wspaniale. Zamówię jakiś spokojny stolik i trochę naprawdę dobrego jedzenia, jeśli w ogóle mają coś takiego. Za kwadrans ósma. Czy panom to odpowiada? A podczas gdy ja sobie odpocznę i nabiorę sił, panowie mogliby zastanowić się nad tym, co chcieliby zrobić jako socjolodzy, gdyby im się nadarzyła okazja. Zgoda? — Jej spojrzenie było równie ujmujące, jak głos.

— Oczywiście — rzekł profesor Saltana.

— Nasze głowy pękają od planów — dodał doktor Tuby.

— A więc za kwadrans ósma. Teraz muszę uciekać. — Ulotniła się, pozostawiając ich w holu niedaleko baru.

— Cosmo, stoimy wobec alternatywy: wszystko albo nic. Przełom w losach człowieka i tak dalej... Wymaganie, żebyśmy płacili w barze gotówką, jest dla człowieka, który dwadzieścia lat podpisywał rachunki... straszliwą rzeczą, ale jeśli nie stać nas na to, żeby zaryzykować funta lub dwa na whisky, to znaczy, że nie dorośliśmy do nowej sytuacji, że nie jesteśmy odpowiednimi partnerami dla pani Drake i dla Fundacji Socjologicznej Judsona Drake’a.

— To samo właśnie miałem zamiar powiedzieć, Owenie. I raczej w sposób bardziej dosadny, jak mi się zdaje. — Szli ciągle w stronę baru.

— Ale nawiasem mówiąc, stary, masz jakieś pomysły czy plany dla niej?

— Żadnych. Przynajmniej teraz.

— Ja też nie. Ale na pewno w obliczu takiego wyzwania i po kilku kieliszkach wymyślimy coś, Cosmo. Pani Drake na nas liczy.

— Nie bez racji — powiedział profesor Saltana, gdy wchodzili do baru.

3

Jadalnia w hotelu „Robinson” ma, jak zresztą wszystko tutaj, nieregularny kształt; w głębi, w kąciku, znajduje się stolik trochę za mały dla czterech osób, ale w sam raz dla trzech. Ten właśnie stolik pani Drake zamówiła na wieczór.

— Tu możemy porozmawiać — oświadczyła, gdy usiedli. — Dałam kelnerowi funta, aby o nas nie zapomniał. Któryś z panów musi zająć się winem. Nie znam się na tym i wszystko mi jedno, co piję. Przytulnie tu, prawda?

Miała na sobie suknię w różowym odcieniu i obaj panowie, każdy wrażliwy na swój sposób, przyglądali się jej z wyraźną aprobatą i przyjemnością.

— A więc — rozpoczęła, gdy kelner podał już wędzonego łososia — opowiem wam wszystko. Dlaczego tu jestem. Dlaczego byłam tak zmartwiona. Otóż mój mąż pozostawił w spadku dwa miliony dolarów, po uiszczeniu podatków. Część zapisał swojej pierwszej żonie i jej synowi, Waltowi, który jest oczywiście i jego synem, a jednocześnie udziałowcem w różnych przedsiębiorstwach Judsona. Walt to gnida jak jego matka. Część, rzecz jasna, przypadła i mnie. Reszta, około miliona dolarów, została podzielona równo pomiędzy dwie Fundacje Socjologiczne imienia Judsona Drake’a, z których jedna ma powstać w Ameryce w stanie Oregon, a druga w Anglii po to, by mnie sprawić przyjemność. Cel został oczywiście osiągnięty. — Obdarzyła ich szerokim uśmiechem, ale po chwili wyglądała już smutnie i rzekła: — Biedny Judson.

Niełatwo jest mieć współczujący wyraz twarzy, gdy zajada się wędzonego łososia — równie czerwonego i apetycznego jak pani Drake, a nie ciemnego i przesolonego, którego się tak często podaje — ale profesor Saltana i doktor Tuby bardzo się o to starali.

Czując, że jego najszczersze wysiłki nie są, być może, wystarczająco przekonywające, doktor Tuby zaryzykował pytanie:

— Czy pani mąż bardzo interesował się socjologią?

— Tylko w ostatnim roku życia, gdy nagle dowiedział się, co to jest... chyba dawali coś o tym w telewizji. Sądził, że to naprawdę wychowawcze i jednocześnie dobre dla interesów, a nie tak jak te inne nauki, panowie wybaczą mi moją szczerość, profesorze Saltana i doktorze Tuby. Naprawdę mam nadzieję — dodała rzewnie — że jeśli możecie coś zrobić dla mnie, to będzie to coś zarówno wychowawczego, jak i dobrego dla interesów... przez wzgląd na pamięć Judsona.

— Z pewnością — rzekł profesor Saltana. — Ale na nas przyjdzie kolej później. Proszę nam coś powiedzieć o Angielskiej Fundacji.

— Właśnie zmierzałam do tego. Ale teraz trzeba zamówić wino. A jeśli chcecie wiedzieć, co będzie następnym daniem, to pragnę poinformować, że zamówiłam kotlety jagnięce.

Obaj panowie z powagą studiowali listę win hotelu „Robinson”, znajdując się w kręgu różnych „chateaux”, które były dla nich dotychczas niedostępne.

— Chyba osiemdziesiąt siedem — rzekł profesor Saltana kelnerowi, dodając surowo: — i bez żadnych sztuczek.

— A więc wyobraźcie sobie — ciągnęła pani Drake — że Walt Drake, jego matka i ich adwokaci byli zdecydowanie przeciwni tej Brytyjskiej Fundacji i mojemu przyjazdowi tutaj, żeby ją zorganizować. Intrygi się jeszcze nie skończyły... możecie być pewni, że jeśli tylko zdołają mnie na czymś złapać i wywrócić wszystko do góry nogami... to uczynią to. Dlatego musiałam zabrać ze sobą profesora Lentenbana. Nie chciałam, żeby ze mną jechał, choć wiedziałam oczywiście, że nie będę w stanie zorganizować wszystkiego sama, ale oni zgodzili się jedynie na niego. A jeśli chcecie znać moje zdanie, to na podstawie tego, co wiem teraz, powiem wam, że to było sfingowane od samego początku.

— Czy z profesorem Lentenbanem było coś nie w porządku? — Doktor Tuby starał się utrzymać poważny, zamyślony i uczony wyraz twarzy, jak przystało na socjologa. — Wydaje mi się, że znam to nazwisko? A ty, Saltana?

— Kojarzy mi się... ale raczej niewyraźnie... z jednym lub dwoma interesującymi, lecz drobnymi doświadczeniami socjologicznymi, które jednak nie zakończyły się powodzeniem. — W tym miejscu profesor skrzywił się, zacisnął wargi, pokręcił głową w lewo i w prawo, tak jakby chciał powiedzieć, że na temat tego Lentenbana miał już od lat poważne wątpliwości.

— Założę się, że nie zakończą się powodzeniem — wykrzyknęła pani Drake. — Dżin i pigułki... oto cały profesor Lentenban. Przyznaję, że jego żona ostrzegała mnie. Ale oni źle żyją ze sobą, a w takiej sytuacji żona może wszystko powiedzieć o swoim mężu. Po dwóch dniach na statku... on nie chciał lecieć samolotem... wydał mi się bardzo dziwny. Nigdy nie opuszczał kabiny w ciągu dnia, a potem chciał rozmawiać całą noc. Ciągle chichotał. Wreszcie zrozumiałam, dlaczego. Po prostu facet łykał przez cały czas różne pigułki... we wszystkich kolorach. Prawdziwy „pigułkojad”, jak ich tam nazywają. Kiedy wylądowaliśmy w Southampton, nie byłam w stanie wydobyć z niego nic sensownego. Ciągle tylko chichotał i chichotał. Musiałam się nim zajmować jak dzieckiem. Dwa dni temu wezwałam do niego lekarza. Było to w sobotę. Zabrali go do kliniki. Odwiedziłam go wczoraj i dzisiaj rano. Ciągle chichocze i nawet mnie nie poznaje. Teraz dzwonili do mnie... przypominacie sobie, szukał mnie goniec... żeby mi powiedzieć, że nie mogę go odwiedzać przez kilka tygodni, bo poddają go kuracji środkami uspokajającymi. To mnie tak zmartwiło. Nie żałuję go — ma to, na co zasłużył. Ale martwiłam się o siebie. Siedzę tutaj, zdana na własne siły, nie wiem, od czego zacząć, a Walt Drake, jego matka i ich adwokaci tylko czekają na odpowiedni moment, żeby się na mnie rzucić. Ach... to wygląda wspaniale...

Właśnie przyniesiono kotlety z jagnięcia — to był zupełnie inny hotel „Robinson” — a kelner spoglądał uważnie na profesora Saltanę, gdy ten kosztował wina. Upłynęło kilka minut... minut przepełnionych rozkoszą... zanim można było przystąpić do dalszej rozmowy. Obaj panowie spoglądali wyczekująco na panią Drake.

— Tak więc, gdy panowie podeszli do mnie... i przemówili tak mile, uprzejmie, czułam się bezbronna i nieszczęśliwa, nie wiedziałam, gdzie szukać pomocy. Zresztą zauważyliście to sami i jestem bardzo zadowolona, że tak się stało. Ale jest jeszcze jedna sprawa. Nie myślcie, że należę do tych kobiet, które afiszują się swoją bezbronnością. Nic z tego. Znam się na interesach i wiem, jak się obchodzić z ludźmi. Ale nie potrafię dać sobie rady z tą Socjologiczną Fundacją. Liczyłam na profesora Lentenbana...

— Jeśli pani zda się na nas, pani Drake — rzekł doktor Tuby — to przyrzekamy, że nie będziemy chichotać.

— Dżin, owszem — dodał profesor Saltana — ale żadnych pigułek.

Pani Drake zaśmiała się, ale wnet spoważniała i zapytała, czy oni mówią serio.

Profesor Saltana skinął dwa razy głową na znak zgody, spojrzał na nią twardo i podniósł do góry swój długi palec, po czym po chwili milczenia rzekł:

— Imagistyka Społeczna.

Pani Drake spojrzała na niego i zapytała:

— Co społeczna?

— Imagistyka. Dotyczy obrazów dla publiczności.

— Wybór, tworzenie i przekazywanie — wykrzyknął doktor Tuby — odpowiednich obrazów. Chyba pani wie, jak ogromną rolę odgrywa teraz w polityce, reklamie, interesach właściwy obraz, image. Oczywiście, że pani o tym wie. Otóż profesor Saltana i ja przygotowujemy cykl wykładów, a właściwie dwa cykle, jeden podstawowy, drugi zaawansowany, na temat przedmiotu, który chcemy nazwać Imagistyką Społeczną.

— Och, ależ to wspaniałe. Biedny Judson byłby zachwycony. Imagistyka Społeczna. Tak, tak, tak. Nawet gdyby Lentenban porzucił swój dżin i swoje pigułki, nigdy nie wymyśliłby czegoś równie mądrego. O Boże, jacy wy jesteście inteligentni! Ale jaka będzie moja rola w tym wszystkim?

— Pani wkracza ze swoją Fundacją Socjologiczną imienia Judsona Drake’a — rzekł profesor Saltana.

— Jeśli pani woli nie przyłączać się do nas, to proszę bardzo. Ale jeśli pani chce z nami współpracować, a mam nadzieję, że tak, to Instytut Imagistyki Społecznej będzie miał kierownictwo w następującym składzie: dyrektor — Cosmo Saltana, zastępca dyrektora — Owen Tuby, wicedyrektor i sekretarz generalny — Elfreda Drake.

— Bardzo mi to odpowiada. I to załatwi Walta i jego zgraję. — Nie otrzymując natychmiastowej odpowiedzi, spoglądała na nich kolejno z niepokojem. — Prawda?

— Prawdopodobnie... w pewnych okolicznościach... — rzekł Saltana wolno i w zamyśleniu. — I my będziemy musieli stworzyć te okoliczności. — Tu przerwał, bo znów zbliżył się kelner.

Dopiero gdy postawiono przed nimi kawę i koniak i obaj panowie, namówieni przez panią Drake, zapalili najlepsze cygara, jakie zaoferować mógł hotel „Robinson”, profesor Saltana zaczął wyjaśniać, co miał na myśli.

— Aby stworzyć okoliczności, musimy Fundację... i nas samych... związać z jakimś uniwersytetem. Mam nadzieję, że zamknie to usta pani amerykańskim oponentom. Będzie również dużo tańsze niż tworzenie niezależnego instytutu, co oczywiście wołałbym, gdybyśmy mieli dostateczną ilość pieniędzy.

— Mamy przecież mnóstwo pieniędzy. — Pani Drake była zdziwiona. A on nazwał siebie biednym człowiekiem!

Obdarowawszy panią Drake jednym ze swoich uśmiechów, pałeczkę przejął doktor Tuby.

— Owszem, dużo pieniędzy, gdybyśmy mogli wydać je od razu. Ale zastanawiałem się nad tym, gdy zajadaliśmy ser. Te pół miliona dolarów trzeba byłoby zainwestować. Powiedzmy, że to dałoby dochód w wysokości około ośmiu tysięcy funtów rocznie. Niezależny instytut nie mógłby z początku nic zarobić i nie mógłby spodziewać się innych darów, zanim nie zdobyłby pewnej renomy. Tymczasem zaś trzeba by było wynająć w Londynie odpowiedni lokal, umeblować go, przyjąć pracowników, szeroko rozreklamować...

— Oczywiście, wiem o tym — wykrzyknęła pani Drake. — Ale są też moje własne pieniądze...

— A co powiedzą pani Amerykanie? — rzekł Saltana. — Że Brytyjska Fundacja nie opiera się na zdrowych podstawach finansowych. Że nie posiada oficjalnego poparcia ze strony naukowców. Że...

— Poddaję się. Będziemy musieli znaleźć jakiś uniwersytet. A jeśli panowie wiecie, jak to zrobić, tym lepiej, bo ja nie mam zielonego pojęcia. Nie wiedziałabym, od czego zacząć.

— W pewnym sensie my też nie wiemy — przyznał z uśmiechem doktor Tuby. — Tak długo byliśmy przecież za granicą. Ale jeśli pani chce tę sprawę pozostawić nam, to w ciągu jutrzejszego dnia postaramy się uzyskać możliwie najpełniejszą informację, który z nowych uniwersytetów nadawałby się najlepiej dla naszych celów, który rektor jest najodpowiedniejszym człowiekiem dla naszej Imagistyki Społecznej. Gdy tylko zakończymy rozpoznanie, ruszymy do akcji. Droga pani Drake, czy moglibyśmy panią prosić, by zajęła się pani jutro zakupami?... Na pewno ma pani na to ochotę.

— Oczywiście.

— Jakie zakupy? — profesor Saltana był wyraźnie zmieszany.

— Mój drogi Cosmo... — zaczął przyjaciel.

— Na pewno nie był pan nigdy żonaty — rzekła pani Drake.

— Nie, nie byłem — przyznał Saltana.

— A dlaczego? Czy nie lubi pan kobiet?

— Bardzo lubię, droga pani. Może nie wyglądam na takiego, ale jestem bardzo wrażliwym człowiekiem. Musi pani jednak pamiętać, gdzie dotąd przebywałem. Nie mogłem przecież ożenić się z jakąś chłopką. A wżenić się w mieszczańską czy arystokratyczną rodzinę łacińsko-amerykańską, zdobyć całą hordę wścibskich krewnych, skazać się na nie kończące się sztywne i nudne przyjęcia, byłoby szczytem kretynizmu.

— Rozumiem. Chyba flirtował pan niemało. A jak z panem, doktorze Tuby? Czy jest pan albo był żonaty?

— Hmm... i tak, i nie...

— No, na dzisiaj chyba dość. Ale kiedyś chciałabym się jeszcze czegoś o tym dowiedzieć. A więc jutro chodzę po sklepach, podczas gdy wy zbieracie wiadomości o uniwersytetach. Dobrze? A co potem?

— Jeśli nam się poszczęści jutro, to w środę cała nasza trójka stawi się u wybranego przez nas rektora. — Saltana mówił energicznie i rzeczowo. To była naprawdę głowa.

Ale doktor Tuby był teraz w nastroju odpowiadającym bardziej ilości whisky, którą wypił przed kolacją, wina, które wypił podczas kolacji, i koniaku, który wypił po kolacji.

— Wybieramy, ruszamy, uderzamy — oświadczył. Po czym wpatrzony w rozmarzone oczy pani Drake zaintonował:

A jednak tkwi w nas jakaś siła,

Najpiękniejsza z ludzkich cech,

Tęsknota za czymś wznioślejszym, czymś zdobniejszym

Niż codzienna szarzyzna człowieczej doli.

— Nie wiem, o co chodzi — powiedziała pani Drake — ale mogłabym słuchać pana godzinami, doktorze Tuby.

— Niech pani uważa, bo może się właśnie na tym skończyć — rzekł profesor oschle, ale bez złośliwości. — Czy są jeszcze jakieś problemy, które chciałaby pani z nami omówić, droga pani?

— Tak... ale kategorycznie stawiam sprawy. Od jutra pokrywam wszystkie panów wydatki. Proszę nie odmawiać mi tej drobnej przyjemności, skoro będziecie pracować dla mnie i dla Fundacji. Zgoda? To dobrze. A teraz powtórzcie mi raz jeszcze... nad czym chcecie pracować? Społeczna, co?

— Imagistyka Społeczna.

— Ach, tak. Imagistyka Społeczna! — wykrzyknęła z entuzjazmem. Była już lekko wstawiona. — Mój Boże, biedny, stary Judson byłby zachwycony. Czy sądzicie, że mogłabym mu przekazać tę wiadomość, gdybym poszła do spirytysty?

— Wątpię — rzekł Saltana z powagą. — Znalazłaby się pani tylko w ciemnej piwnicy i rozmawiała z jakimś czerwonoskórym Indianinem.

— My również wkrótce znajdziemy się w ciemnej jadalni — rzekła pani Drake wstając. — Jutro będę bardzo zajęta; muszę pójść do fryzjera i połazić po sklepach. Panowie też będą zajęci, przecież trzeba będzie zdecydować się na odpowiedni uniwersytet. A więc umówmy się tutaj na kolację. Dobrze?

— Oczywiście, i stokrotne dzięki. — Doktor Tuby wstał, opierając się z trudem o stół:

A więc ucztujmy, a wraz z winem niech płynie rozmowa,

Duszy naszej najsłodszy nektar.

4

Saltana i Tuby spędzili prawie połowę przedpołudnia w hotelu telefonując. Odsyłano ich z Ministerstwa Oświaty do działu stypendiów uniwersyteckich, a stamtąd do „Dodatku Oświatowego Timesa” itd. itd., aż wreszcie około godziny dwunastej dotarli do człowieka, o którego im naprawdę chodziło, do pana O. V. Mere, wydawcy nowego miesięcznika „Redbrick”. Urzędował na najwyższym piętrze dużego biurowca, niedaleko Fleet Street. Mieściły się tam różne redakcje i różne firmy z branży żelaznej, muzycznej, hotelarskiej, mody męskiej, zapaśnictwa, szewstwa, lingwistyki i bieliźniarstwa. Biuro pana O. V. Mere znajdowało się w głębi długiego, wyłożonego białymi kaflami korytarza, który przypominał czysto utrzymane więzienie. Ale samo biuro było zupełnie inne; pełne dymu z papierosów, egzemplarzy czasopism, czekających na odbiorców, broszur, czekających na czytelników, i listów, czekających na odpowiedź. Słowem — bardzo przytulny bałaganik. A gdy przyjrzeli się bliżej panu O. V. Mere, zarówno Saltana, jak i Tuby wiedzieli, że trafili na właściwego człowieka. W swoim czasie mieli do czynienia z tuzinami takich jak on.

Był typem niechlujnym, zaniedbanym, palił bez przerwy, na jego ubraniu pełno było popiołu i łupieżu. Wydawało się, że wyłania się zza kłębów dymu papierosowego, z jakiejś pustyni, usłanej ruinami i szkieletami niezliczonych planów szkolnictwa wyższego. Miał ten rodzaj jednostajnego głosu, który działa jak twarde spojrzenie. Nigdy naprawdę się nie uśmiechał, ale czasem papieros drgał mu lekko w kąciku ust.

— A więc—rzekł, gdy już mu się przedstawili—wiem wszystko o nowych uniwersytetach. Nie byłoby mnie tutaj, gdybym nie wiedział. W czym mogę panom pomóc?

Saltana wyłożył mu krótko sprawę Socjologicznej Fundacji imienia Judsona Drake’a, a potem wspomniał o Imagistyce Społecznej.

— Społeczna... Jak? Imagistyka, powiedział pan? — rzekł Mere, nie wyjmując z ust dopalającego się papierosa. — Kto to wymyślił?

— Właśnie my — odpowiedział z całą powagą Tuby. — Profesor Saltana i ja. To nasz wynalazek.

Papieros drgnął.

— A co to jest? — Spojrzał na doktora Tuby’ego. Tuby odwdzięczył mu się spojrzeniem.

— Wybór, tworzenie, przekazywanie odpowiednich i właściwych obrazów.

Papieros znów zadrgał.

— Może coś w tym jest. Ale po co wam uniwersytet? Do akcji włączył się teraz Saltana.

— Nasz związek z Fundacją imienia Judsona Drake — odpowiedział spokojnie — wymaga startu na zdrowej akademickiej podstawie.

— Rozumiem — powiedział Mere.

Zapadło milczenie. Mere spoglądał na Saltanę i doktora Tuby, oni spoglądali na niego. Cała trójka mogłaby się udać na pustynię po to, by podziwiać ruiny i szkielety.

Pierwszy otrząsnął się z tej zadumy Saltana.

— Gdyby pan udzielił nam porady, którą moglibyśmy z powodzeniem wykorzystać, panie Mere, zwróciłbym się do Fundacji, aby wyznaczyła panu symboliczne honorarium w wysokości, powiedzmy, dwudziestu pięciu gwinei.

Mere kiwnął głową na znak zgody.

— Gdy będziecie już urządzeni, mógłbym przyjechać i napisać o was artykuł. A teraz pozwólcie mi się zastanowić.

Jego oczy, zazwyczaj na wpół zmrużone, były teraz zupełnie zamknięte. Upłynęło jakieś pół minuty, zanim otworzył je szeroko i oświadczył: „Brockshire”.

— Brockshire? — to był głos Saltany.

— Ach, Brockshire — głos doktora Tuby zdradzał raczej zdziwienie. Był rzeczywiście zdziwiony, bo Brockshire kojarzyło mu się ze stadami owiec, kamiennymi ogrodzeniami i ładnymi wioskami. Tam uniwersytet! Dobry Boże, te uniwersytety muszą powstawać jak grzyby po deszczu.

Nagle Saltanie się wydało, że traci zmysły, bo usłyszał wyraźnie, jak Mere powiedział:

— Jest to w rzeczywistości przeniesiony kot.

— Nie rozumiemy pana, panie Mere — rzekł Tuby. — Co z tym wszystkim ma wspólnego kot?

— Ach, ty to też słyszałeś, Owenie — powiedział Saltana z ulgą.

Papieros Mere’a drgnął, a on sam przemówił do nich, jakby miał do czynienia z uczniami szkoły podstawowej:

— Kot to w naszej terminologii Wyższa Szkoła Techniczna1. Jasne? Obecnie niektóre wyższe szkoły techniczne zostały przeniesione na prowincję, gdzie się je przekształca w ośrodki uniwersyteckie — z naukami społecznymi i humanistycznymi, które poszerzą dawne studia techniczne. Zrozumieli panowie?

— Drogi przyjacielu — rzekł surowo Saltana — jeśli nie znamy waszego najnowszego żargonu, to nie oznacza, że jesteśmy półgłówkami.

Tuby szybko włączył się do rozmowy.

— A więc w Brockshire wyrasta jakiś uniwersytet? To dziwne. Od mojego pobytu w tamtych okolicach upłynęło wprawdzie wiele, wiele lat, ale pamiętam ten okręg jako całkowicie rolniczy.

— Takim też częściowo pozostał. Ale jeśli przyjrzycie się z grubsza terenowi między Gloucester, gdzie znajdowała się początkowo szkoła techniczna, a stolicą hrabstwa Brockshire Tarbury, to zobaczycie, że powstało tam wiele nowych fabryk maszyn rolniczych, nawozów sztucznych itp. Napłynęło też sporo gotówki. Uniwersytet w Brockshire jest dopiero w połowie zbudowany, ale zaangażowano już większość personelu i studiuje tam już pięciuset czy sześciuset studentów. Słyszałem, że chcą ich mieć dwa do trzech tysięcy. Ale muszę przyznać, że nie byłem tam ostatnio. — I Mere znów wrócił na swoją pustynię.

— A jak się można tam dostać? — zapytał Saltana lekko zirytowany.

— Tarbury. Oddalone tylko o kilka mil od Brockshire. Wcale niebrzydkie stare miasteczko targowe. Duży plac, porządny stary hotel i te rzeczy... Może wam się spodoba. Ja nienawidzę tej przeklętej dziury.

— A więc dlaczego radzi nam pan, żebyśmy udali się do Brockshire? — powiedział znowu Saltana, którego irytacja jeszcze niezupełnie minęła.

— Głównie ze względu na tamtejszego rektora. Zgodzicie się ze mną, że rektor jest osobą bardzo ważną. I dlatego sugeruję Brockshire. Tamtejszym rektorem jest John James Lapford, zwany powszechnie Jayjay. Przez wiele lat był dyrektorem departamentu oświaty hrabstwa Brockshire. Potem poparto jego kandydaturę na stanowisko etatowego przewodniczącego jakiejś oficjalnej komisji badawczej. Miał nadzieję, że dzięki temu dostanie K...2

— K? — Saltana był wyraźnie zmieszany. Mere spojrzał na niego.

— Gdzie pan dotąd przebywał, profesorze?

— W Boliwii i Gwatemali... między innymi — mruknął Saltana.

— On ma na myśli tytuł szlachecki — wyjaśnił szybko Tuby. Mere przytaknął.

— Dostał jedynie stanowisko rektora tego nowo upieczonego uniwersytetu. Ale teraz na scenę wkracza jego żona, Izabela. Ona ma pieniądze i duże ambicje towarzyskie.

— Jeśli tak, to nawet na mnie nie spojrzy — powiedział Saltana. — Dlatego też wciąż pytam, dlaczego Brockshire.

— Dlatego, że znam bardzo dobrze Jayjaya. Kiedyś był moim przełożonym. Nie lubimy się, a jego żonę uważam za niedoszłą lady Makbet, ale to nie ma znaczenia. On mnie posłucha. Wie, że ja wiem, co w trawie piszczy. I chcę wiedzieć, co piszczy. Nie miał właściwie żadnego uniwersyteckiego doświadczenia od czasu, gdy opuścił Cambridge. I musiał się napracować jak szatan, wtłaczając przedmioty humanistyczne i nauki społeczne do tej technicznej szkoły, którą dostał. Poza tym oddałby prawie wszystko, żeby czymś zabłysnąć. Jest niesłychanie łasy na reklamę, zawsze taki był. W gruncie rzeczy to nieśmiały facet, ciągle niespokojny i niepewny, czy postąpił słusznie; ale mimo to raczej woli narobić głupstw, niż narazić się na utratę jakiejś szansy i pozostanie w tyle. No i jest jeszcze jedna sprawa. Panowie się spieszą, prawda?

— Bardzo — rzekł Saltana.

— A więc Jayjay jest tym człowiekiem, którego wam trzeba. Można go poganiać. Budując wszystko od podstaw i w szybkim tempie, ma więcej możliwości podejmowania szybkich decyli niż inni rektorzy prawdziwych nowych uniwersytetów. Nie jest tak skrępowany jak oni różnymi akademickimi komitetami doradczymi i senatami. Nie twierdzę, że stworzy wam od razu odrębną katedrę, ale można go skłonić, by pozwolił wam pracować w ramach jakiegoś istniejącego wydziału, jeśliby go to niewiele kosztowało...

— Nie będzie go to nic kosztowało — oświadczył Saltana z naciskiem.

— A więc, proszę mi dać znać, a zadzwonię dziś po południu do Jayjaya i powiem mu, że jego pierwszego dopuszczam do wspaniałego interesu z... czym to?... ach, tak... Imagistyką Społeczną. — Mere znów zerknął na nich, a jego papieros drgnął.

— Ma pan moje słowo — wykrzyknął entuzjastycznie Tuby. — I twoje też, Cosmo, prawda?

— Chyba tak — Saltana urażony nie mógł jeszcze zapomnieć tego spojrzenia i towarzyszącego mu pytania, gdzie dotąd przebywał. — A jak jest w tym Brockshire?

— Bardzo ładnie — wtrącił szybko Tuby.

— Tak, latem, przez kilka tygodni — powiedział Mere. — Przez resztę roku albo pada deszcz, albo jest mroźno. I próbujecie uczyć zgraję młodych półgłówków na placu budowy. Proszę panów, zwykle, o tej porze wychodzę na drinka. Nie macie chyba nic przeciwko temu, żebyśmy poszli do baru?

— Nic, chyba że jest zamknięty — rzekł Saltana. — Chodźmy.

Gdy znaleźli się w windzie, Mere powiedział im, że bar, do którego idą, jest ulubionym miejscem spotkań dziennikarzy z Fleet Street; prawie zawsze spotyka tam swojego szwagra, który zbiera różne ploteczki do swych artykulików i żyje z tego... o dziwo... zupełnie nieźle.

— Chyba będę mógł przekazać mu coś o panach — ciągnął Mere. — A jeśli jutro rano ukaże się wzmianka o was w prasie, to przyjmuję każdy zakład, że Jayjay panów przyjmie. Bardzo mu zależy na opinii publicznej i prasie. Cytuję jego słowa. Ja nie uznaję tych nonsensów. Wiem, gdzie tworzy się opinia publiczna — w barze, do którego idziemy. I w telewizji, oczywiście. Jak tylko zadomowicie się w Brockshire, jeden z panów powinien koniecznie wystąpić w telewizji. Mogę polecić kilka nazwisk.

Bar był pełen ludzi, którzy pokrzepili się dawkami dżinu i whisky, tak jakby chcieli w ten sposób podtrzymać ducha miltonowskiej Areopagitici. Niektórzy przypominali swym zachowaniem miltonowskie orły, którym podcięto skrzydła. Ich towarzyszki budziły bardziej prozaiczne uczucia. Po prostu krzyczały jak mewy.Upłynęło kilka minut, w czasie których Mere zdążył wypić dwa dżiny z wodą, zanim odnalazł swego szwagra, Freda, jakmutam, i ściągnął go na rozmowę. Fred, dziwaczny typ, niski, szeroki w ramionach, czerwony na twarzy, nieodpowiednio ubrany w tweedy, przypominał jakiegoś zwariowanego farmera. Saltana, pozostawiając' Freda swemu rozmówcy, wdał się tymczasem w rozmowę z jakimś rudzielcem, współczesnym odpowiednikiem zgorzkniałej królowej Elżbiety I, która koniecznie chciała mu się zwierzyć z tego, że dział młodzieżowy, który redaguje, doprowadza ją do szaleństwa. Tuby, który z każdą chwilą był coraz bardziej elokwentny, uzupełniał relację Mere’a o nich i Imagistyce Społecznej uwagami pełnymi głębi, bogactwa myślowego i błyskotliwości. Fred ciągle wyglądał tak, jak gdyby zawierał transakcję na sprzedaż owiec. Potem Fred ulotnił się, a wkrótce po nim Mere — złożywszy uprzednio przyrzeczenie, że zadzwoni do Jayjaya po południu. Tuby z kolei nadział się na jakiegoś faceta od Reutera, którego poznał kiedyś w Singapurze, i od razu znalazł się przy końcu baru w grupie wesołych kompanów, pijąc whisky i zajadając paszteciki, za które płacili zupełnie nie znani mu ludzie. Od czasu do czasu widział przelotnie Cosmo Saltanę, wyższego od reszty towarzystwa; z jego dzikiego wzroku i błędnych oczu można było wyczytać, że zaciekle o czymś dyskutuje. Tuby miał nadzieję, że nie o Imagistyce Społecznej ani o tym, kto ma zapłacić za drinki, na które żaden z nich nie mógłby sobie pozwolić.

Zbliżała się godzina druga, gdy czerwony doktor Tuby i śmiertelnie blady profesor Saltana, wyglądający jak staroświecki Hamlet, nareszcie odnaleźli się w opustoszałym barze i postanowili wyjść.

— Myślę, że spędziliśmy bardzo pożytecznie to przedpołudnie, Cosmo — rzekł ostrożnie Tuby, wiedząc, że słowo pożytecznie spotka się zapewne ze sprzeciwem przyjaciela.

— Być może, Owenie. — Saltana był w ponurym nastroju. — Ale ten facet Mere nie podoba mi się. Ponadto za dużo wypiłem i nic nie jadłem. — Podniósł kołnierz swego dziwacznego wielkiego płaszcza, sprawiającego wrażenie, jak gdyby szył go jakiś krawiec w tropikach, który nigdy w życiu nie widział takiego okrycia... — I znów pada.

Gdy skręcili w Fleet Street, rozpadało się na dobre. Ruch na ulicy był duży. Na chodnikach wyrastały parasole. W wejściach do sklepów były tłumy ludzi.

— Nigdy nie lubiłem Guatemala City — rzekł ponurym głosem Saltana — ale teraz chciałbym się tam znów znaleźć.

— Chociaż nie bardzo stać nas na to, weźmy taksówkę.

— Jaką taksówkę? — Saltana miał rację. Wszystkie napotykane były zajęte — z wyjątkiem nielicznych, zjeżdżających do bazy — tak jak to zwykle bywa w deszczowy dzień. Kiedy w końcu złapali taksówkę i posuwali się w kierunku hotelu „Robinson” z szybkością trzech mil na godzinę, Tuby starał się pocieszyć jakoś przyjaciela.

— Mere przyrzekł zadzwonić do tego rektora z Brockshire... Jayjaya...

— Lapforda, Lapforda — burknął Saltana. — Inicjały i przezwiska są przekleństwem tego kraju...

— Około godziny czwartej. Proponuję, żeby któryś z nas zadzwonił do niego dziś wczesnym wieczorem i umówił się, jeśli to możliwe, na jutrzejsze popołudnie. Pani Drake powinna z nami pojechać. Może w czasie kolacji zaproponujemy jej, żeby wynajęła samochód. Tam, na Wschodzie, korzystałem z wynajętych samochodów, ale tu nie mam jeszcze prawa jazdy.

— Ja w ogóle nie mam prawa jazdy — rzekł Saltana nie bez jakiejś ponurej satysfakcji. Właśnie utknęli w kolejnym korku. — Popatrz, jak wygląda licznik.

— Powiemy portierowi, żeby zapłacił. U „Robinsona” lubią takie rzeczy.

— Ale tylko, gdy mają do czynienia z poważnymi gośćmi, nie z takimi jak my.

— Głowa do góry, przyjacielu. Pani Drake na pewno powiedziała im już, że opiekuje się nami. I założę się, że zamówiła pyszną kolację. Och... sądzę, że to ja powinienem zadzwonić do Jayjaya... przepraszam, Lapforda.

— Ty? Dlaczego?

— Kwestia prezentacji, Cosmo. Chodzi o reputację zespołu Fundacji imienia Judsona Drake’a. Przecież mnie jest łatwiej chwalić ciebie, niż tobie chwalić mnie. A taka pierwsza próba nawiązania kontaktu powinna być podjęta przez wicedyrektora Fundacji, a nie przez dyrektora. Ty spełnisz jutro rolę ciężkiej artylerii, dyrektorze.

— Jeśli zgodzi się nas przyjąć...

— Zobaczysz, że się zgodzi. W przeciwieństwie do ciebie, Cosmo, polegam na swojej intuicji i czuję, że sprawy rozwijają się korzystnie. Aha! Jeśli ta miła pucołowata dziewczyna będzie w recepcji, to zapytam ją... w delikatny i taktowny sposób... czy Elfreda powiedziała im, że pokrywa nasze rachunki.

— Doskonale, Owenie — rzekł Saltana poważnie, zwracając swoją długą, zmęczoną i szlachetną twarz w kierunku przyjaciela. — Jeśli Elfreda uprzedziła ich, to wejdę na górę i zamówię do pokoju herbatę i kanapki z szynką. Będę mógł nareszcie skupić się, pomyśleć... albo przynajmniej uciąć sobie drzemkę.

Kiedy przyjechali na miejsce, Tuby wszedł pospiesznie do hotelu, zanim szofer miał czas się odwrócić. W recepcji siedziała przyjemna pucołowata dziewczyna.

— Straszna pogoda, prawda? — I Tuby obdarował ją jednym ze swoich najbardziej czarujących uśmiechów.

— Tak, proszę pana. Och... pani Drake powiedziała mi dziś rano...

— Tak, tak, moja droga — przerwał jej szybko. — Ona chce koniecznie pokryć wszystkie nasze wydatki... ze względu na Fundację. Ale... czy mogłaby pani powiedzieć jednemu z portierów, żeby zapłacił za taksówkę? Jestem bardzo zajęty sprawami Fundacji. Dziękuję bardzo.

Dziwny szeroki płaszcz z kryjącym się gdzieś w jego głębi Saltaną poruszał się powoli w kierunku windy.

— Wszystko gra — rzekł szybko Tuby. — Sprawy rozwijają się pomyślnie. Zadzwonię do Lapforda do Brockshire. Dowiem się w informacji, jaki ma numer. Zapowiem nas na jutro po południu.... Żadne ale. Założę się, że jutro rano będziemy pędzić szosą do Brockshire.

5

John James Lapford, rektor Uniwersytetu w Brockshire, wyglądał przez największe okno swego pokoju na ósmym piętrze budynku administracji. Robił to bardzo często, czasem z uczuciem zadowolenia, a czasem z uczuciem przygnębienia. Tym razem był przygnębiony. Znów padało — Brockshire miało wysoką średnią opadów — a tam na dole było za dużo kałuż wśród różnych tymczasowych baraków, na drogach w budowie za dużo unieruchomionych maszyn, grzęznących w błocie. Jeśli nawet jacyś ludzie gdzieś pracowali — zresztą większa część jego uniwersytetu istniała tylko na makiecie zdobiącej stół — to ich się nie dostrzegało. A wykonawcy już i tak byli spóźnieni o sześć miesięcy.

Aby poprawić sobie nieco humor, spojrzał na trzy gotowe już budynki, z których dwa, gdzie mieściły się wydziały nauk ścisłych i politechnicznych, oddano użytkownikom. Widział tylko górne piętra, wznoszące się nad niską, ciężką bryłą biblioteki, którą architekt zaprojektował w prawdziwie Cotswoldowskim stylu. Biblioteka była wciąż jeszcze nie wykończona wewnątrz, a doktor Stample, bibliotekarz uniwersytecki i oficjalny rzecznik uniwersytetu, narzekał na brak półek i innych mebli, tak że nie ustawiono tam jeszcze ani jednego rzędu książek. A to Jayjaya bardzo martwiło, bo zaaranżował już przyjazd księżnej Brockshire, żony honorowego rektora, na otwarcie biblioteki, które miało nastąpić pod koniec semestru. Mimo to Jayjay czuł jakiś przypływ ciepła. W przeciwieństwie do innych nowo upieczonych rektorów, którzy musieli budować w granicach miast albo w ich pobliżu, on nie martwił się brakiem przestrzeni i dlatego jego architekt, też z Cotswold, nie musiał projektować funkcjonalnych pseudodrapaczy w ponurym stylu. Nawet budynki wydziałów nauk ścisłych i politechnicznych były raczej rozległe niż wysokie, prawie przytulne, mimo iż pracowano już nad tym, żeby Wielka Brytania lub przynajmniej jej południowo-zachodnia część mogła wkroczyć w wiek techniki.

Jayjay, wiedząc doskonale, czego się po nim spodziewają i skąd pochodzą pieniądze, nie szczędził publicznie słów zachwytu dla dobrodziejstw wieku techniki, którymi w głębi duszy gardził, albowiem był w Ameryce i wyniósł z tego pobytu jak najgorsze wspomnienia. Nie chciał znów patrzeć w lewo, gdzie te wszystkie pakamery, drogi w budowie i cały bałagan naprawdę wyglądały przygnębiająco, zwłaszcza przy tej pogodzie, odszedł więc od okna i zaczął przechadzać się po swoim długim przyjemnym pokoju, urządzonym i umeblowanym przez Izabelę po ich powrocie ze Sztokholmu.

Jayjay był wysoki i tęgi, zbudowany dość dziwnie jak na intelektualistę, albowiem jego głowa wydawała się nieproporcjonalnie mała w stosunku do ciała, tak jakby natura gdzieś około 1910 roku wpadła na kapryśny pomysł, żeby niektórym członkom rodzaju ludzkiego nadawać kształty starych dinozaurów. Ale w twarzy nie miał nic z gada — brwi stale podniesione, jakby się dziwił, niespokojne bladoniebieskie oczy i wąsy o anachronicznym kształcie. Kiedy się ożywiał, szczególnie podczas ważnych posiedzeń komitetowych — prawie wszystko zawdzięczał swojej umiejętności prowadzenia takich posiedzeń — stosował pewien trik: starał się utrzymać w bezruchu swój ciężki korpus i szybko kręcić głową, jak to czyni mors, który czyha na ryby rzucane mu ze wszystkich stron. W takich chwilach głos Jayjaya, ku jego wielkiemu niezadowoleniu, często stawał się piskliwy.

Podszedł do stolika, na którym stało kilka wyjątkowo małych kieliszków i karafka z sherry. Miał ochotę na coś mocniejszego... taki to był właśnie dzień. Ale w chwili gdy wypił pierwszy łyk wina, ktoś zapukał do drzwi. Oczom Jayjaya ukazała się jakaś niezwykła postać, jakby machina do cofania czasu przeniosła ją żywcem z dworu Henryka VIII.

— Och! Co to? — zaczął, starając się uniknąć piskliwej intonacji swego głosu.

— Dzień dobry, panie rektorze. — Przybysz po zdjęciu olbrzymiego kapelusza z czerwonego aksamitu okazał się doktorem Stample’em, bibliotekarzem i oficjalnym rzecznikiem uczelni. — Oto ona. Co pan sądzi, panie rektorze? Całkiem odpowiednia dla publicznego kaznodziei... na szczególne uroczystości oczywiście, prawda?

— Bogata... imponująca... Stample. — Przyjrzał się uważnie todze, purpurowej, z ciężkimi złoconymi la-mówkami. — Ale nie będzie się pan dobrze w niej czuł podczas czterech czy pięciu godzin w upalny lipcowy dzień.

— Nic nie szkodzi, panie rektorze. A poza tym nie przypominam sobie w ogóle upalnego lipcowego dnia. Czy mogę uważać, że strój został zaakceptowany? — Stample zaczął wyłazić z togi.

Jayjay miał właśnie powiedzieć „tak”, gdy, jak to się często zdarza, przypomniał sobie o czymś i o kimś.

— Sądzę, że lepiej będzie, jeśli obejrzy ją moja żona. Ona ma wyrobione zdanie w tych sprawach. Przecież to ona będzie siedziała w pierwszym rzędzie i przypatrywała się tym strojom w czasie naszych wystąpień. A więc proszę to zostawić tutaj... i kapelusz też. — Patrzył, jak Stample składał togę, i po chwili rzekł: — Ale, ale, mówię o tym, bo sądzę, że pan mógłby nam pomóc. Wczoraj wieczorem zastanawialiśmy się, czy nie można by było trochę zająć się tradycyjną stroną życia uniwersyteckiego, wie pan, wprowadzić trochę malowniczych i ujmujących ceremonii. Nie ma powodu, aby Oxford i Cambridge wszystko monopolizowały. Niech pan o tym pomyśli — zakończył szybko.

Ktoś inny właśnie przyszedł na umówione spotkanie i była za piętnaście pierwsza, a on powinien był już wrócić do domu, gdzie kilka osób miało przyjść na lunch o pierwszej piętnaście.

— Niech pan wejdzie, profesorze Cally. Dziękuję panu, doktorze Stample.

Profesor Donald Cally, kierujący katedrą socjologii, był fizycznym przeciwieństwem rektora. Miał wątłe ciało, ale za to niezwykle dużą kościstą głowę. Czoło, całe w zmarszczkach, i podbródek wyglądały tak, jakby trzeba było je polerować, a nie tylko myć każdego ranka. Miał około czterdziestu pięciu lat i był człowiekiem napuszonym, który nawet nie udawał, że ma poczucie humoru; a gdyby je miał i tak nie wiedziałby, co z nim zrobić. Głos miał donośny, nie próbował go nigdy zniżać, a w ogóle mówił tak, jakby się zwracał do klasy dzieci umysłowo chorych. Izabela Lapford nienawidziła go i nie przestawała mówić mężowi, że jego nominacja była błędem. Ale w rzeczywistości właśnie swemu głosowi i swoim manierom zawdzięczał nominację na profesora socjologii w Brockshire. Był tylko wykładowcą w Edynburgu, gdy razem z kilkoma innymi socjologami wziął udział w jakiejś serii programów telewizyjnych. Podczas gdy inni stękali i jąkali się na swój akademicki sposób, on mówił w sposób tak jasny i donośny, w sposób tak przystosowany do poziomu idiotów, że stał się jedyną i najważniejszą postacią całego programu, a jego zdjęcie znalazło się nawet w „Radio Times”. Takiego człowieka Jayjay chciał mieć w Brockshire, szczególnie w katedrze socjologii. Zaoferował mu natychmiast stanowisko profesora, co było niewątpliwie rzeczą bardzo ponętną. Ale mimo to po kilku minutach przebywania w towarzystwie Cally’ego, Jayjay był coraz bardziej skłonny podzielać opinię, jaką o nim miała Izabela.

— Proszę, niech pan siądzie, profesorze. Właśnie nalałem sobie kieliszek sherry. Czy mógłbym i pana skusić? — Jeśli oczekiwał odmowy, nie mógł swej oferty sformułować lepiej. Cally musiał chyba opierać się wszelkim pokusom, odkąd tylko ukończył lat dwanaście.

— Panie rektorze — zaczął Cally z powagą — mówił pan przez telefon o jakimś profesorze Saltanie i jakimś doktorze Tuby. Dotychczas nie mogłem nigdzie odnaleźć ich nazwisk. Nie ma żadnych publikacji z dziedziny socjologii, ogłoszonych pod ich nazwiskami. Nie figurują nigdzie jako uczestnicy poważnych konferencji. Jeśli da mi pan więcej czasu, mógłbym kontynuować swoje poszukiwania.

— Nie, nie, proszę to zostawić. Przecież, jak panu chyba powiedziałem, zobaczę się z nimi i z tą panią Drake dziś po południu. Około czwartej. Ale nie tutaj. Postanowiłem przyjąć ich w domu.

— Czyżby? — w głosie Cally’ego zabrzmiała prawie nuta wyrzutu.

— Tak. Z powodu pani Drake, która z nimi przyjeżdża. Moja żona uważa, że należałoby ich może poczęstować herbatą. Ale, ale, czy czytał pan „Post”? — Podszedł do biurka, nie przestając mówić. — Jest jakaś notatka o tych panach w dzisiejszym numerze. Gazeta powinna gdzieś tu być. Zakreśliłem tę notatkę. Proszę rzucić na nią okiem.

Cally nie odczytał jej całej na głos, chociaż też niezupełnie milczał. W dość szczególny i irytujący sposób wyrywał z niej i wykrzykiwał swym donośnym głosem co ważniejsze fragmenty, tak jak gdyby przypuszczał, że Jayjay nie umie w ogóle czytać. „Profesor Saltana, dyrektor Fundacji Socjologicznej imienia Judsona Drake’a... doktor Tuby, zastępca dyrektora... Próbują ustalić przy jakim uniwersytecie... Imagistyka Społeczna...” — Przypominało to wykrzykiwanie nagłówków gazet.

— Zapewne wyjaśnią, na czym polega ich Imagistyka Społeczna — rzekł Cally, zwracając gazetę.

— Oczywiście — Jayjay był jeszcze ciągle zirytowany.

— Dość dziwne, prawda?

— Co takiego?

— No, po prostu telefonują, a potem zjawiają się tu zaraz.

— Ja też lubię pracować w taki sposób, profesorze Cally. To jest współczesne tempo. Pracuję tu nad tym, żeby stworzyć nowoczesny uniwersytet. Nieodzowny element nowej Wielkiej Brytanii. Przecież dlatego i p a n się tutaj znalazł, Donaldzie. — Donald był czymś nowym, ale Jayjay czuł, że zachował się trochę zbyt surowo wobec Cally’ego.

— Rozumiem to, Jayjay.

Z tym J a y j a y e m on się trochę pospieszył, pomyślał Lapford.

— Muszę zaraz wyjść. Mam gości na lunchu.

Cally kiwnął głową.

— Czy chciałby pan, żebym był obecny na tej herbatce, którą pan dla nich urządza?

— Nie, nie, to zupełnie zbędne.

Cally, którego trudno było udobruchać, rzekł z uporem:

— Sądzę, panie rektorze, że jeśli oni zaczną tu pracować, to w ramach mojego wydziału.

— Tak, tak. Znam się już teraz na akademickiej etykiecie. Ale muszę wiedzieć jedno. Czy ma pan dla nich jakieś miejsce?

— Jest już teraz bardzo ciasno. Ale jeśli pan przywiązuje do tego taką wagę, to mógłbym im odstąpić pół baraku.

— To niezbyt wiele. Zwraca się do nas Fundacja, za którą stoją amerykańskie pieniądze, a nas stać tylko na to, żeby im zaoferować pół baraku. Tam mieliby już na pewno pół drapacza chmur. Jak bardzo to jest ważne, oczywiście jeszcze nie wiem. Ale wydaje mi się... mam takie przeczucie, jeśli można się tak wyrazić, Donaldzie... że to może być ważne. No, a teraz muszę uciekać. Czy nie chciałby pan uprzedzić tych na dole, żeby skierowali profesora Saltanę do mej rezydencji?

6

O tej samej porze, w tę właśnie środę, gdy rektor Jayjay Lapford jechał do domu na lunch, pani Drake, Saltana i doktor Tuby kończyli swój lunch w pociągu, który o godzinie 12.05 odjeżdża z Paddington do Moreton-in-Marsh. Po długiej nieobecności w Anglii pani Drake nie miała odwagi wynająć samochodu, który zawiózłby ich do Tarbury. Nie znosiła map, rozkładów jazdy, przygotowań do podróży, tak samo zresztą jak Saltana. Ale na szczęście Tuby uwielbiał te sprawy — podróże z Hajderabadu do Kalkuty, z Kuala Lumpur do Bangkoku, wszystko jedno gdzie — i zadowolony spędził pół godziny z portierem hotelu „Robinson”, ustalając najodpowiedniejszą trasę podróży, która miała ich zaprowadzić na uniwersytet w Brockshire. Mogliby zjeść lunch w pociągu do Moreton-in-Marsh, gdzie, rezygnując ze złych i powolnych połączeń z Tabury, mogliby znaleźć kogoś, kto zawiózłby ich, pokonując te dwadzieścia kilka mil, do Brockshire — jeśli, rzecz jasna, pani Drake nie ma nic przeciwko tym dodatkowym wydatkom. Pani Drake była oczywiście jak najbardziej za tym.

Przed lunchem napili się dżinu, do obiadu wypili dobrze zamrożoną butelkę ,,Beaune”, jedzenie nie było dobre, ale lepsze niż zwykle w wagonach restauracyjnych, co zgodnie stwierdzili. Pili właśnie kawę, jak to mawiał Saltana, z „kroplą” koniaku.

— Jest coś śmiesznego w was obu — rzekła pani Drake, która podniecona i wesoła świetnie wyglądała w swoim futrze i nowym ciemnoniebieskim kostiumie tweedowym. — Już to zauważyłam. Czy mam powiedzieć, co to jest?

— Żądam tego — odparł Saltana z uśmiechem.

Doktor Tuby, który spoglądał przez okno na deszcz, milczał. Miał miejsce przy oknie. Pani Drake siedziała naprzeciwko.

— Otóż to mam właśnie na myśli — kontynuowała pani Drake. — Gdy jeden z was jest w dobrym nastroju, drugi jest w złym. Wczoraj przy kolacji, profesorze Saltana, pan był raczej ponury... nie chcę powiedzieć, że był pan nieprzyjemny, czy coś w tym rodzaju — ale wie pan, był pan trochę przygnębiony. Nic natomiast nie mogło powstrzymać doktora Tuby... już od dawna się tak nie uśmiałam. A teraz jesteśmy w dobrych humorach... i spójrzcie na niego.

Oboje spojrzeli na Tuby’ego, który powoli odwrócił twarz w ich kierunku.

— Puste pastwiska oślepione deszczem — szepnął tak, jakby mówił tylko do siebie.

— Niech pan to powtórzy, doktorze Tuby. — Brzmiało to prawie jak rozkaz.

Tuby uśmiechnął się melancholijnie.

— Puste pastwiska oślepione deszczem.

— Och, Boże, mógłby mnie pan doprowadzić do łez. Mogłabym się śmiać, płakać... nie wiem, jak pan to robi. Czy na panu to też wywiera takie ogromne wrażenie, profesorze Saltana?

— Nic podobnego. A co z tymi pustymi pastwiskami, Owen?

— Usiłuję przypomnieć sobie, kto to napisał. Może Rossetti. Nie czytałem go od lat. Natomiast pamiętam, chociaż wcale mi na tym specjalnie nie zależy, moją młodość — złociste drogi, które znikły, stracone lata...

— Znowu pan zaczyna — w głosie pani Drake zabrzmiał wyrzut. — Proszę przestać.

— Oczywiście — odparł łagodnie Tuby. — Prawdę mówiąc, gdy byłem młody, nie było mi dobrze. Jestem stworzony na otyłego pana w średnim wieku. A Cosmo nie osiągnął jeszcze swoich możliwości. Urodził się, żeby zostać groźnym starszym panem.

— Gdy powiedział pan: „Cosmo”, przypomniało mi się coś — rzekła pani Drake. — Wydaje mi się, że powinniśmy nareszcie mówić sobie po imieniu? — Spoglądała to na jednego, to na drugiego. — Chyba nie macie nic przeciwko temu, żeby mi mówić Elfreda?

— W myślach nazywam cię już Elfredą — rzekł Saltana, skinąwszy grzecznie głową w hiszpańskim stylu, który od czasu do czasu stosował.

— Ja też. Kiedy zobaczyłem cię dziś rano, powiedziałem sobie: W tym ciemnoniebieskim kolorze Elfredzie jest bardzo do twarzy. Tak powiedziałem sobie w duszy.

— Mów dalej. — Udając, że nie jest zachwycona, pani Drake dodała: — Uwierzyłabym we wszystko, co powiedziałby Cosmo, ale nie uwierzę tobie, Owenie, chociaż sprawia mi to dużą przyjemność. A więc przeszliśmy na ty?

— Jak najbardziej, Elfredo.

— I ty też się zgadzasz, Cosmo?

— Tak, Elfredo. Ale — teraz bardzo spoważniał — chcę na jedną rzecz zwrócić waszą uwagę. Kiedy będziemy u rektora, musisz być dla nas panią Drake...

— Tak zwracano się do mnie zawsze w Oregonie...

— A my pozostaniemy doktorem Tuby i profesorem Saltaną. Trzeba podchodzić do tego faceta na koturnach.

— Pozostawiamy to tobie, Cosmo. Prawda, Owenie?

— Nie, nie. Ja również mogę odegrać małą scenkę na koturnach.

— Ja nie potrafię. Nie z takimi ludźmi jak ci tutaj, w Anglii. Mogłabym to zrobić tam, w Ameryce, ale teraz czuję się znów prawie jak sekretarka, rozumiecie mnie? Po prostu będę ostrożna i milcząca, to wszystko. Całe szczęście, że to pora na herbatę, a nie drinki... po tym, co już wypiłam. No, ale Owen i ja będziemy musieli to pozostawić tobie, skoro ty jesteś dyrektorem.

— Tak jest, Elfredo. Ja zaś od samego początku zacznę z wysokiego tonu. Niewykluczone, że Mere ma mylne zdanie o Lapfordzie. Nie lubię zresztą tego Mere’a, jak o tym dobrze wie Owen.

— Założę się, że tak nie jest, że nie myli się co do swego Jayjaya — rzekł Tuby z naciskiem. — Ale trzeba zacząć z wysokiego tonu. To ty wyświadczysz przysługę uniwersytetowi w Brockshire. Fundacja imienia Judsona Drake’a przeprowadza rekonesans. Ty masz być twardy, Cosmo. A jeśli trzeba będzie nieco złagodzić sytuację, wtedy ja zaczynam działać. Zgoda?

— Zgoda.

— A teraz posłuchajcie mnie — rzekła Elfreda. — Wiecie, że was bardzo lubię. Nie byłabym tu z wami, gdyby było inaczej. Ale od czasu do czasu, teraz na przykład, mówicie ze sobą tak, że czuję się nieswojo. Wasze słowa są takie cyniczne. Judsonowi to by się nie podobało, wiem o tym, chyba że chodziłoby o interesy. On uważał, że uniwersytety, nauki społeczne, profesorowie to coś wspaniałego. A więc... — Ale teraz musiała przerwać, żeby zapłacić rachunek, po czym wrócili w milczeniu do przedziału pierwszej klasy, który mieli tylko dla siebie.

Tuby usadowił się w swoim fotelu zadowolony jak kot.

— Cosmo ci za chwilę odpowie, Elfredo. Tymczasem ja wyjawię ci moją tajemnicę. Powiedziałaś, że byłem dziś przygnębiony, ale prawdą jest... że poddałem się nastrojowi melancholii, którego doznać może człowiek tylko w warunkach pełnego komfortu. A moja tajemnica? Możesz mi wierzyć lub nie, ale po raz pierwszy w życiu jechałem w Anglii w przedziale pierwszej klasy.

— Ja też, ja też — wykrzyknęła Elfreda. — Byłam zaledwie stenotypistką, nawet nie prawdziwą sekretarką, zanim wyjechałam do Ameryki i, nie zapominaj, dopiero co wróciłam. No, a ty, Cosmo?

— Tylko raz — odpowiedział ostrożnie. — I tylko przez dwadzieścia minut. Kazano mi uiścić dopłatę albo wynieść się. A więc wyniosłem się. No, a teraz, Elfredo, twoja skarga...

— Nie, to naprawdę nie była skarga. Powiedziałam tylko, że czasem czuję się z wami nieswojo... wtedy, kiedy wydajecie się tacy cyniczni...

Saltana podniósł dłoń do góry.

— Pozwól mi wytłumaczyć, Elfredo. Jak wiesz, Owen Tuby i ja mamy zupełnie różne usposobienia. Ale w jednym jesteśmy podobni: do tej pory każdy z nas grał rolę, która jest równie stara, jak nobliwa — rolę biednego, wędrownego uczonego...

— Jest to zajęcie, które sięga nie setek, ale tysięcy lat wstecz — wtrącił Tuby z zapałem. Ale zaraz jego twarz spochmurniała. — Teraz stare ścieżki pokrywa się betonem. Uniwersytety wyglądają jak fabryki, każdy ma swój pięcioletni plan produktywizacji, zmniejsza się personel, żeby kupić komputery. Zamiast wędrownego uczonego...

— Wystarczy, Owenie. Możesz to przemówienie wygłosić kiedy indziej. I na pewno ci się spodoba, Elfredo. To jedno z jego najlepszych. Ale teraz proszę mnie wysłuchać. Jak ci powiedziałem, jestem ubogim człowiekiem. Mam lat pięćdziesiąt pięć. Mogę być bogaty w doświadczenia... i na pewno jestem... ale kogo to obchodzi? Jeśli czujesz się nieswojo, bo jestem cyniczny, to bardzo cię przepraszam. Z tobą, Elfredo, jestem szczery. Tak, jestem cyniczny. Nie byłem taki, gdy wracałem tutaj, stałem się nim teraz. Mimo to jestem zdolny odpłacać uczciwością za uczciwość... usiłowałem tak postępować w stosunku do ciebie, Elfredo...

— Tak, oczywiście, wiem o tym... myślałam tylko o biednym Judsonie...

— Zaraz się nim zajmę. Pozwól mi działać według moich metod, udzielaj mi swego poparcia, a ja zrobię więcej dla Fundacji imienia Judsona Drake’a niż dziesięciu profesorów Lentenbanów, nawet gdyby porzucili pigułki i przestali chichotać.

— Wierz mi, Elfredo, tak jest naprawdę — wtrącił Tuby z powagą. — Z moją pomocą, rzecz jasna. I z twoją, naturalnie. Ale musimy to rozegrać, przynajmniej w pierwszej fazie, bardzo ostrożnie.

— Ja też muszę uważać — powiedziała Elfreda, krzywiąc się lekko. — Nie zapominajcie o tym okropnym Walcie Drake’u, o jego matce i adwokatach. Możecie mi wierzyć, że wkrótce ta banda zacznie węszyć. Och, mój Boże! A jednak... — tu jej twarz rozjaśniła się nagle uśmiechem. — Czyż to nie jest wszystko bardzo morowe? Boże, i pomyśleć, że mogłabym siedzieć w tym pociągu z Lentenbanem chichoczącym jak idiota.

— Święta prawda, Elfredo. — Saltana śmiał się teraz także. — A więc pozwól nam, proszę, abyśmy byli trochę cyniczni, planowali na zimno, grali naszą rolę z premedytacją, stosowali od czasu do czasu trochę blefu i inne sztuczki... hm?

— Doskonale, dopóty, dopóki nie oczekujecie wydatnej pomocy ode mnie. Stanowicie szczwaną parę, a ja jestem tylko niewinną kobietą.

— Elfredo — rzekł czule doktor Tuby — nie doceniasz zarówno siebie, jak i całego rodu kobiecego. —Jego oczy zamknęły się i przez chwilę drzemał, ale nagle obudził się z precyzją doświadczonego podróżnika, żeby spojrzeć na zegarek i zaanonsować, że za kilka minut przyjadą do Moreton-in-Marsh. Wzięli ze sobą walizki i Tuby oświadczył, że jeśli Saltana zajmie się bagażem, on załatwi sprawę transportu na uniwersytet. — I nie zgodzę się na byle jaki samochód. Musimy zajechać z fasonem, a teraz panuje ogromny snobizm na punkcie samochodów. Musimy mieć wóz duży, albo bardzo nowy, albo bardzo stary.

Tłumaczył to długo taksówkarzowi na deszczu.

— Czy nie ma pan czegoś innego? Czegoś, czym jeździ pan na śluby albo pogrzeby? Pojedziemy aż za Tarbury.

Taksówkarz był wesoło uśmiechniętym młodym człowiekiem z dużą czupryną, bez czapki.

— Najlepszy będzie nasz stary daimler. Ale ostrzegam, jeździ ostatnio coraz wolniej, coś tam w motorze nie gra. Droga do Tarbury zabierze nam godzinę.

— Nie szkodzi. Nam się nie spieszy. Proszę zaraz tu przyjechać. Och, czy pan sam będzie prowadzić? Jeśli tak, to czy nie mógłby pan pożyczyć sobie czapki szoferskiej i włożyć ciemny płaszcz czy coś podobnego?

— W stylu pogrzebowym? W porządku. Ale to będzie kosztowało trzy albo cztery funty do Tarbury i z powrotem.

Doktor Tuby, pozując na bogatego ekscentryka, podniósł leniwie rękę i dał mu znać, żeby ruszył, po czym wrócił do Saltany i Elfredy, którzy stali w poczekalni.

— Będziemy musieli poczekać kilka minut. Samochód się nie nadawał. Jedziemy do Tarbury w stylu pogrzebowym, ale to się przyda, jak sądzę.

— Kiedy mówiłeś o stylu pogrzebowym, myślałam, że żartujesz — mówiła Elfreda pół godziny później, gdy stara landara wiozła ich majestatycznie przez zamglony krajobraz. — Ale widzę, że nie. Chyba mamy jeszcze mnóstwo czasu. Ale czym to tutaj pachnie? Niech pomyślę. Aha, wilgotnym strychem.

— Przypomina mi się jeden z moich starych kolegów — rzekł Saltana — pewien profesor Orzoni. On również zawsze był mokry. Mniej więcej ten sam zapach.

— Nie podoba mi się buczenie tego samochodu. — Od kierowcy dzieliła ich gruba szyba, ale doktor Tuby ściszył głos. — Powinien był mnie uprzedzić o tym buczeniu, kiedy mówił, że z motorem jest coś nie w porządku. Nigdy nie słyszałem bardziej smutnego dźwięku. Brzmi jak lament za utraconym światem. Już widzę siebie, witającego się z rektorem z twarzą mokrą od łez. Być może szofer nie zwraca na to uwagi, bo dla niego jest to szum taki jak każdy inny. Ale teraz wygląda trochę na bitnika i jest mało prawdopodobne, że wyjdzie z wozu, żeby otworzyć nam drzwi.

— Nie siedziałby tak za tą szybą, gdybyśmy byli w Oregonie. Tam by się do nas odwrócił i opowiadał o swojej żonie i dzieciach. Ale tutaj nie mógłby tego zrobić, nawet gdyby chciał. Boże, zapomniałam już, że mogą być takie wąskie i kręte szosy.

Tak posuwali się naprzód, stękając i bucząc, aż wreszcie Tuby wyglądając przez okno oznajmił:

— To chyba Tarbury. Starzy się gapią, a młodzi troszkę z nas się naigrawają. Ten szum wkrótce doprowadzi mnie do rozpaczy. Brzmi jak jedno z twoich adagio, Cosmo. Ale, ale, czy zabrałeś ze sobą klarnet?

— Tak jest. Może mi być potrzebny... po prostu dla własnej przyjemności. Gdy zawodzą mnie słowa, w tryumfie czy rozpaczy gram na klarnecie.

— O tak, grasz, Cosmo. — Tuby wciąż spolądał na to, co działo się na zewnątrz. — Tak, to Tarbury. Przyjemne stare miasteczko, przynajmniej ta jego część. Wjeżdżamy na rynek. A to hotel „Pod Dzwonem”, solidny, staroświecki, wygodny niewątpliwie. Czy widzisz, Elfredo? Może przyjdzie nam tu spędzić noc. Aha, nasz kierowca staje i pyta o najkrótszą drogę. Tylko jakieś dwie, trzy mile, jak twierdził Mere. Powinniśmy więc dojechać za kwadrans.

— Czy nie moglibyśmy się obejść bez tych wyjaśnień, Owenie?

— Wybaczam ci tę uwagę, Cosmo, ale tylko dlatego, że jesteś zdenerwowany, a udajesz, że tak nie jest.

— To nie on, to ja — rzekła Elfreda. — Założę się, że emituję wibracje i że powinniście je wyczuwać. Znałam taką panią w Sweetsprings, która całą noc mogła mówić o tych wibracjach.

— Ze mną by się to nie udało, chyba że byłbym związany i zakneblowany — rzekł Tuby. — Nawet w Sweetsprings w stanie Oregon.

— Nie pozwolę powiedzieć złego słowa o Sweetsprings. — Następne kilka minut Elfreda poświęciła opisowi tej miejscowości, podczas gdy jej towarzysze pomrukiwali zachęcająco, myśląc o zupełnie innych sprawach.

Wreszcie dojechali na miejsce, które wyglądało jak podupadła osada górnicza.

— Teraz rozumiem, co Mere miał na myśli — szepnął Tuby — mówiąc o młodych półgłówkach na placu budowy.

Stary daimler chrapał i sapał, wydobywał się z nie ukończonych dróg, zakręcał, zatrzymywał się, znów zakręcał, aż wreszcie podjechał do prawdziwego budynku, nawet dość dużego. Tuby, wciąż bardzo aktywny, wyskoczył natychmiast z wozu, ale tylko po to, by dowiedzieć się, że pan rektor oczekuje ich w swej rezydencji. Odnajdą ją bez trudu: na lewo, o jakąś milę stąd w kierunku Tarbury.

Elfredzie było wszystko jedno, być może dlatego, że była tak zdenerwowana, ale Saltana zareagował na te wieści z furią.

— Zachowam się teraz wobec tego pana — oświadczył — jeszcze bardziej wyniośle i bezwzględnie.

— Ale czy nie lepiej będzie rozmawiać właśnie u nie-' go w domu? — zapytała Elfreda, zastanawiając się przy tym chyba już po raz tysięczny, dlaczego mężczyźni złoszczą się o byle co.

Saltana nic nie odpowiedział, wydał jedynie z siebie dźwięk, który przypominał ruszający z miejsca pociąg parowy. Daimler znów znajdował się na terenie podupadłej osady górniczej, skąd próbował wydostać się ze wszystkich sił. Sześciu studentów wiwatowało na ich widok.

— Zastanawiałem się trochę nad tą zmianą miejsca — rzekł Tuby. — Sądzę, że to ujawnia pewną ważną cechę charakteru naszego rektora Jayjaya Lapforda. To człowiek, który się boi żony.

— Jak tyś do tego doszedł? — zapytała Elfreda. Saltana wciąż się złościł.

— Gdy zadzwoniłem do niego wczoraj wieczorem po szóstej, był wciąż jeszcze w swoim gabinecie na uczelni, gdzie się umówił z nami na dzisiejsze popołudnie. Ale potem, sądzę, poszedł do domu i powiedział o tym swojej żonie. Ona natychmiast oświadczyła, że to wszystko jest bardzo dziwne i że chciałaby być obecna w czasie tej wizyty. Czy pamiętasz, Elfredo... bo chyba wspomnieliśmy ci o tym... co Mere o niej powiedział? „Ma pieniądze i duże ambicje towarzyskie...” Nie chciała nas spotkać na uniwersytecie... byłoby to raczej nie na miejscu... więc zaproponowała Lapfordowi, żeby nas sprowadził do domu, gdzie zostaniemy poddani obserwacji przy herbatce. I on się zgodził. Dlaczego? Nie dlatego, że mu bardziej odpowiada. Tak nie jest. Po prostu dlatego, że on się boi żony. Stąd wniosek, że będziemy mieli do czynienia zarówno z nią, jak i z nim. Co ty na to, Cosmo?

— Być może masz rację. Ale panią Lapford zostawiam wam.