Londyn - John Boynton Priestley - ebook

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

Profesor Cosmo Saltana i doktor Owen Tuby, bohaterowie pełnej humoru powieści "Poza miastem", działają teraz w Londynie. Obracają się w świecie biznesu, mediów, filmu, a przede wszystkim polityki. Doradzają bowiem premierowi i przywódcy opozycji, jak poprawić obraz ich osobowości, by udało się wygrać wybory. 
[Opis okładkowy]  

 

Cykl: Profesor Cosmo Saltana & doktor Owen Tuby, t. 2 

 

/LondynJohn Boynton Priestley, 1995 rok, ISBN 8386211806, wydanie II, Zysk/ 

 

Książka dostępna w zasobach:  
Miejska Biblioteka Publiczna im. Władysława Reymonta w Skierniewicach (2) 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu 
Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (2) 
Miejska Biblioteka Publiczna w Wągrowcu 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 641

Rok wydania: 1995

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



J.B. Priestley

LONDYN

Tłumaczyła Maria Zborowska

ZYSK I S-KA

WYDAWNICTWO 

Tytuł oryginału

LONDON END

First published 1968 under the title London End by William Heinemann

Limited, part of Reed Consumer Books Limited

Michelin House, 81 Fulham Road, London SW3 6RB

Copyright c 1968 by J. B. Priestley

Copyright c for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo,

Poznań 1995

Opracowanie graficzne serii i projekt okładki

Lucyna Talejko-Kwiatkowska

Fotografia na okładce

Piotr Chojnacki

Redaktor serii

Tadeusz Zysk

Wydanie II

ISBN 83-86211-80-6

Zysk i S-ka

Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel./fax 526-326

tel. 532-767, 532-751

Drukarnia Wydawnicza im. W. L. Anczyca w Krakowie

Zam. 1297/94

1

Owen Tuby, doktor nauk humanistycznych, obecnie zastępca dyrektora Instytutu Imagistyki Społecznej – adres: 4 Half Moon House, Half Moon Street, W. I. – wracał po lunchu do biura. Był początek lutego, dzień mroźny, nie zachęcający do spacerów, ale Tuby szedł wolno, paląc fajkę. Właśnie zjadł w pubie dwie kanapki z szynką i wypił butelkę piwa. Było tłoczno, a za konsumpcję policzono mu za dużo. Jego przyjaciel, Cosmo Saltana, dyrektor Instytutu, zwołał zebranie całego personelu, to znaczy Tuby’ego i trzech pracujących w Instytucie pań: Elfredy Drake, Primerose East i pani Mere – u siebie w gabinecie na godzinę 2.45. Była 2.50, gdy Tuby wsiadł do windy, która miała go zawieźć na czwarte piętro, zajęte w całości przez Instytut. Nie lubił tej windy, rzekomo automatycznej, która miała jednak własną, kapryśną, a nawet trochę złośliwą osobowość. Czasem wylegiwała się leniwie na jakimś górnym piętrze, a czasem wykazywała tyle energii i ochoty do pracy, że próbowała uwięzić Tuby’ego w drzwiach. Nadejdzie dzień – Tuby to przeczuwał – kiedy winda będzie poruszać się bez przerwy między parterem a dwunastym piętrem. Zapewne będzie to dzień, kiedy maszyny postanowią wreszcie wprowadzić swoje porządki.

Wchodząc do Instytutu, Tuby ponuro odpowiedział na powitanie panny Beryl Edgar, która łączyła obowiązki – tymczasem niezbyt uciążliwe – recepcjonistki i maszynistki. Beryl liczyła niewiele ponad dwadzieścia lat. Nos miała płaski, wargi obwisłe, podbródek cofnięty, a z wyglądu i sposobu wyrażania się przypominała zahukaną wiejską dziewczynę. Przy tym – takie są bowiem niezbadane kaprysy natury – miała duże i naprawdę piękne ciemnobrązowe oczy. Tuby’emu zawsze wydawało się, że musiała je od kogoś pożyczyć. Teraz z pośpiechem wpadł do swojego pokoju, aby zostawić płaszcz i kapelusz, po czym udał się do gabinetu Saltany. Saltany jeszcze nie było, zastał tylko siedzące blisko siebie, jakby skulone, trzy niewiasty. Tuby, mężczyzna o dużej intuicji, od razu wyczuł, że właśnie rozmawiały o nim, a nie o Saltanie, i powiedział im to wprost.

– Tak, to prawda, Owenie – oświadczyła Elfreda Drake. – Doszłyśmy do wniosku, że ostatnio nie czujesz się dobrze.

– Mówiłyśmy o tobie z sympatią, kochanie – rzekła Primerose East. Nie uśmiechała się, albowiem teraz ubierała się i zachowywała tak, jak jej koleżanki biurowe, dla których uśmiech był czymś zupełnie obcym.

– Niech pan pamięta, drogi doktorze Tuby – rzekła pani Mere, spoglądając na niego surowo (fryzura nadawała jej wygląd szalonego księcia Wellington) – że bardzo pana lubimy. A więc co się z panem dzieje?

– Czy wolałbyś zostać w Brockshire? – dodała Elfreda.

– Chyba tak, moja droga – odparł Tuby. Zamyślił się na chwilę. – I to głównie z powodu kolejki podziemnej. Nie mogę sobie pozwolić na taksówki, z wyjątkiem bardzo rzadkich okazji, więc dwa razy dziennie muszę jeździć metrem. Wsiadam na Belsize Park, przesiadam się na Leicester Square, wysiadam na Green Park. Wieczorem kręcę się, żeby przeczekać godzinę szczytu, wsiadam na Green Park, przesiadam się na Leicester Square i wysiadam na Belsize Park. Nie nadaję się do podróżowania metrem. Za bardzo mnie to męczy. Często czuję się tak, jakbym znajdował się w potrzasku w ruinach cywilizacji. Lepsze jedzenie i trochę więcej alkoholu pomogłyby mi, ale nie mogę sobie pozwolić na takie luksusy. – Spoglądał teraz na panią Mere, która wciąż patrzyła na niego surowo. —Proszę nie myśleć, że skarżę się na pani kuzynkę Marion, moja droga Eden. Nie jestem niewdzięcznikiem. Bardzo ją lubię, a ona robi, co może, żeby mi było dobrze i żebym się czuł jak u siebie w domu. Ale oczywiście – w tym miejscu spojrzał na Elfredę – to nie to samo co królewskie warunki, które mieliśmy dzięki tobie w Brockshire. Rozpieszczałaś nas. Teraz mam czasem wrażenie, że przekształcam się nieuchronnie w jakiegoś urzędniczynę i że obudzę się nagle że zrzędzącą żoną, piątką nieznośnych bachorów, nie spłaconą hipoteką i pół tuzinem rat miesięcznie do uregulowania.

– Prawdopodobnie tęskno ci również, kochanie, do twoich przyjaciółek z Brockshire – rzekła Primerose.

– Możliwe. W każdym razie brak mi wielu rzeczy. Raz jeszcze powtarzam: nie narzekam. Pytałyście, co się ze mną dzieje, a więc powiedziałem wam.

W tej chwili do pokoju wszedł Saltana. Ponieważ nie usłyszeli odgłosu otwierających się drzwi, Tuby przypuszczał, że nie domknął ich wchodząc. Czuł również, że może powstać kłopotliwa sytuacja.

– Przepraszam za spóźnienie – rozpoczął energicznie Saltana. Ostatnio był bardzo energiczny. – Ale to nie moja wina. Elfredo, pani Eden, Primerose, będziecie musiały trochę poczekać na nasze zebranie. Najpierw chciałbym porozmawiać z doktorem Tubym. Zawiadomię was, gdy skończymy. I nie będę przyjmował żadnych telefonów. Elfredo, poproś Beryl, żeby przełączała na ciebie.

Kiedy kobiety opuszczały gabinet, Tuby nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jego stary i bliski przyjaciel Cosmo Saltana odgrywa jakąś nową rolę. Taki sposób wyrażania się był zupełnie obcy profesorowi Saltanie, który wykładał filozofię w Gwatemali, Boliwii i w innych krajach Ameryki Łacińskiej. Był to język Saltany w nowej roli energicznego dyrektora. Tak przemawiali wielcy biznesmeni. Ale tu nie było ani wielkiego biznesu, ani w ogóle żadnych godnych uwagi spraw. Tuby postanowił powiedzieć kilka słów prawdy swojemu przyjacielowi.

Teraz jednak Saltana jakby znów stał się sobą.

– Owenie – rzekł – przyznaję, że podsłuchiwałem pod drzwiami. Niedobrze z tobą, prawda? Oczywiście chciałeś się trochę pożalić, ale powiedz mi, czy jest naprawdę aż tak źle?

– Jest dużo gorzej, gdy przestaję żartować, Cosmo – odparł oschle Owen. – Postanowiliśmy obaj utrzymywać się z tego, co możemy zarobić poza Instytutem. Miałem trzy audycje radiowe i napisałem cztery artykuły, dwa z nich dla tych okropnych czasopism Birtle’a.

– Ito wystarczy—wtrącił pospiesznie Saltana.—To nie nasza dziedzina ani nasza publiczność. Nie powinniśmy się tak nisko cenić.

– Oczywiście. Pisanie tych idiotycznych artykułów to ostatnia rzecz, którą chciałbym robić. Ale dotrzymałem słowa i nie pożyczam pieniędzy od Elfredy. Możliwe, że jestem rozpieszczony, ale z moich zarobków mogę żyć tylko bardzo nędznie. Nie chcę narzekać, ale wiedzie mi się gorzej niż komukolwiek tutaj. Elfreda, która może sobie na to pozwolić, i nie mam jej tego za złe, mieszka znów w hotelu „Robinson”. Primerose u Birtle’ow. Eden Mere wraca do domu w Wimbledonie. Ty mieszkasz tutaj... Nie musisz korzystać z tego przeklętego metra rano i wieczorem... Nie płacisz komornego, ponieważ Jimmy Kilburn oddał ci do dyspozycji umeblowane, wygodne mieszkanie. I jak się domyślam – albowiem ostatnio nie mówisz mi o sobie zbyt dużo – ciągle masz jakieś zaproszenia, do Birtle’ow, do Kilburnów, jadasz z Elfredą, z Ellą Ringmore. Jednym słowem, żyjesz jak u pana Boga za piecem. Nie, nie przerywaj mi, Cosmo. Nie wymawiam ci niczego. Ale chciałbym, żebyś zrozumiał, mój szczęśliwy przyjacielu, jaka jest obecnie moja sytuacja. Płacę Ilbertom osiem funtów tygodniowo za mieszkanie i śniadania. Muszę żywić się sam i przeważnie jadam jakieś okropności. Nie byłoby to takie straszne... zniósłbym nawet metro... gdybym mógł sobie pozwolić na dostateczną ilość whisky, żeby się upić. Ale właśnie gdy muszę się napić, stale odkrywam, ile to kosztuje. Czy ty zdajesz sobie sprawę, co to przeklęte Ministerstwo Skarbu wyrabia z nieszczęsnym obywatelem tego kraju? Warunki są takie, że tylko człowiek, który dużo pali i dużo pije, może je znieść. A więc nakładają coraz większe podatki na papierosy i alkohol.

– Wiem, wiem – rzeki niecierpliwie Saltana. – Ja też tutaj żyję, Owenie, i mam tylko kilka funtów tygodniowo więcej od ciebie. Ale jeśli naprawdę jest ci tak ciężko, to przeprowadź się do mnie. Mógłbyś coś zaoszczędzić, no i pozbyłbyś się metra. Jak wiesz, u mnie jest raczej ciasno, ale...

– Dziękuję ci, Cosmo, ale to nie byłoby dobre rozwiązanie. Zresztą nie chodzi o narzekanie. Chciałbym, żebyś naprawdę coś zrozumiał. Zgodziłem się na to, że ty i Elfreda będziecie się zajmować finansową stroną naszych spraw. Aleja naprawdę nie mogę się jakoś połapać w tym wszystkim. Wiem tylko, że jesteśmy czymś w rodzaju spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Nie, nie przerywaj mi, Cosmo. Na miłość boską, wysłuchaj, co mam do powiedzenia. Domyślam się, że odrzuciłeś już wiele propozycji, które uczyniono Instytutowi. Doskonale, nie twierdzę, że powinieneś był je przyjąć, i nie mam pojęcia, czego dotyczyły. Ufam twej decyzji. Ale gdy odrzucasz różne oferty, to pomyśl o mnie i mojej sytuacji człowieka znudzonego i zirytowanego, bez prawdziwej pracy, bez zarobków, żywiącego się makaronem, siedzącego w metrze i zastanawiającego się, czy może sobie pozwolić na podwójną whisky...

– Owenie, przyjacielu – zawołał Saltana, wstając. – Przyznaję, że nie uwzględniałem ciebie w swych kalkulacjach. Wiedzie ci się gorzej, niż przypuszczałem. Bardzo mi przykro, mój stary. Ale teraz ja mam coś do powiedzenia, zresztą chciałem mówić o tym na naszym małym spotkaniu, które mieliśmy odbyć po południu. A więc wzywamy niewiasty. Nie, ja to zrobię.

Saltana usiadł za biurkiem. Był teraz znowu wielkim dyrektorem. Nacisnął jakiś guzik. Zaczął się z niego wydobywać donośny, piskliwy głos. Zirytowany naciskał inne guziki. Tuby zaś, który nie chciał mieć w swoim pokoju żadnych ekstrawaganckich urządzeń biurowych ani ułatwiających pracę maszyn, zabierających tylko czas, siedział sobie spokojnie, uśmiechając się i paląc fajkę. W końcu pojawiły się niewiasty. Na ich twarzach malował się ten sceptyczny i nieco kpiarski uśmiech, który nic nie oznacza albo należy do arsenału najtańszych sekretów kobiecych. Przez ostatnie trzydzieści lat Tuby wahał się między tymi dwiema konkluzjami.

– Mam dwie sprawy – zaczął Saltana swoim nowym, energicznym tonem. – Czy prawdą jest, że podczas ostatnich dwóch lub trzech tygodni odrzuciłem kilka ofert, które zrobiono Instytutowi? Tak, to prawda. Elfreda o tym dobrze wie, chociaż decyzje podejmowałem sam. Nie chciałem przyjąć tych zamówień, bo nie były dostatecznie dobre. Można było zarobić kilkaset funtów, ale równocześnie stracić możliwość zarobienia tysięcy funtów. Wylądowalibyśmy na niewłaściwym miejscu. To zepsułoby nasz obraz. Albo będziemy świadczyć usługi na najwyższym poziomie, co oznacza, że każemy sobie drogo płacić, albo zwijamy budę. Zamówienia, na których nam zależy, zaczną napływać lada dzień. Nie jest to przypuszczenie, ale pewność. Co dzisiaj mamy? Wtorek? Jestem gotów założyć się o pięćdziesiąt funtów, że do wtorku przyszłego tygodnia będziemy mieli dostatecznie dużo roboty – i to właściwej roboty – żeby każdy z nas był zajęty.

– Profesorze Saltana – rzekła surowo pani Mere – nie mam zamiaru zakładać się, ale nie rozumiem, jak pan może być tego tak pewny.

– Obracam się w różnych środowiskach – odparł Saltana uroczyście. – Słyszę różne rzeczy. I wiem, że sytuacja dojrzała. Wczoraj właśnie ta nowa agencja reklamowa „Peterson i Ringmore”, która chciała, żebyśmy, Tuby i ja, do niej przystąpili, przedstawiła lepszą ofertę na wyłączne korzystanie z naszych usług handlowych. A dlaczego? Bo „Peterson i Ringmore” też się kręcą i mają uszy otwarte.

– Ja też bym tak chciała – oświadczyła pani Mere. – Dotychczas kręcę się tylko między biurem a domem w Wimbledonie i nic nie słyszę. Z wyjątkiem mego męża. On podziela pański optymizm, profesorze Saltana. Pewnie dlatego, że obaj spędzacie sporo czasu w barach... pijąc za dużo.

– Eden, kochanie – wtrąciła Primerose – wszyscy mężczyźni, których potrzebujemy, przebywają w barach, pijąc za dużo. Wszyscy są na wpół pijani.

– A więc najwyższy czas, żeby któryś z nich pomyślał o mnie – odparła Eden. – Tymczasem tu jest strasznie nudno, tak nudno, że puszczam w ruch ten niby komputer tylko po to, żeby się coś działo... I te małe światełka są nawet ładne... Och, przepraszam, profesorze Saltana. Proszę mówić dalej.

– Dziękuję – odparł Saltana raczej oschle. – Jeśli mamy zajmować się imagistyką dla innych, to musimy dbać o własne oblicze.

Tuby kiwał głową bez uśmiechu.

– Zupełnie słusznie – rzekł. – Myślałem już o tym.

– Chodzi w gruncie rzeczy o to, jak podzielimy między siebie pracę, oczywiście w zależności od naszego temperamentu i usposobienia. Niektórzy klienci odczuwają brak sympatii. Spodziewają się, że dodamy im otuchy, odwagi i wiary. Inni, pewni siebie i wykorzystujący słabość swych bliźnich, muszą napotkać tutaj lodowatą surowość. Tymi klientami ja się zajmę, a jeśli potrzebna będzie współpraca kobiet – w niektórych wypadkach z pewnością będzie to niezbędne – zwrócę się do pani Eden albo do Primerose, a czasem do was obu.

– Świetnie! – zawołał pani Mere. – Czekam na tę chwilę. Jeśli spróbują się tu panoszyć, to zmieszamy ich z błotem. A jeśli będą chcieli, żebyśmy ich zmieszali z błotem w ich własnych biurach, to się chętnie tego podejmę. Z rozkoszą!

– Och, wyobrażam sobie doskonale ciebie w tej roli, kochanie – rzekła Primerose. – Ale nie wiem, jak mnie się to uda. Co pan o tym myśli, doktorze Tuby?

– To zależy od tego, co trzeba zrobić, żeby wywołać w naszych klientach poczucie niższości – odparł zadowolony z siebie Tuby. – Ktoś uosabiający młodość, urodę, elegancję, w połączeniu z obojętnym, ale wesołym usposobieniem, mógłby niejednego mężczyznę owinąć sobie dookoła palca.

– Ale nie ciebie i nie Cosmo! – zawołała Elfreda.

– Och, oni są inni – rzekła Primerose. – Ja wiem, jakich mężczyzn on ma na myśli.

Tuby nie zwracał na nie uwagi i ze spokojem ciągnął dalej:

– Inni klienci, a ciągle myślę o tych twardych, którzy nie zareagują na Primerose, będą mieli do czynienia z panią Mere. Ona odegra rolę wyniosłego, nieubłaganego i wszechwiedzącego eksperta... specjalisty, który oferuje alternatywę: wszystko albo nic. Właśnie to masz na myśli, dyrektorze, prawda?

– Tak. W tych przypadkach, gdzie potrzebna jest otucha, wiara, optymizm, wkraczasz ty... a w razie konieczności, Elfreda. Gdy zjawią się klienci, Beryl najpierw wprowadzi ich do ciebie, Elfredo. Jeśli wydadzą ci się interesujący, skierujesz ich do mnie. Ja określę, co to za przypadki. Zgoda?

Nie było sprzeciwów, chociaż Elfreda miała ciągle wątpliwości.

– Chyba nigdy nie będę w stanie ocenić, czy klient jest odpowiedni, czy nie – rzekła.

Saltana przerwał jej:

– Elfredo, ty ciągle nie doceniasz swoich zdolności i sprytu. Mam do ciebie pełne zaufanie.

– Wszyscy ci ufamy – rzekła pani Mere stanowczo. – Nie umniejszaj swojej wartości. – Tuby zaczął się śmiać, ona zaś zwróciła w jego kierunku pełne oburzenia niebieskie oczy i drapieżny nos i zawołała: – O co chodzi? Z czego się pan śmieje, doktorze?

– Powiem pani później, moja droga. – Tuby nie przestawał się śmiać. – Wydaje mi się, że Elfreda ma jeszcze coś do powiedzenia.

– Nie, tylko to. – Elfreda spojrzała na Saltanę i rzekła błagalnie: —Nawet zakładając, że jestem sprytna i tak dalej, w co wątpię, to jak mogę»wiedzieć, czy klient jest odpowiedni dla nas, czy nie, skoro nie wiem, do czego zmierzasz. Chciałabym, żebyś mi to wyjaśnił, Cosmo.

– Doskonale. – Saltana rozsiadł się wygodnie w fotelu, Tuby odgadł od razu, że przyjaciel nie odmówi sobie przyjemności wygłoszenia przemówienia. – Moja droga Elfredo, mamy właśnie wejść w świat handlu i reklamy, w środowisko, w którym, jak próbują w nas wmówić, najważniejszą rzeczą jest służyć społeczeństwu. Na każdej konferencji liderzy tego światka powtarzają z całą elokwencją, na jaką ich stać, że pragną jedynie służyć społeczeństwu. Oni pragną, jak się zdaje, tylko jednego: żeby im pozwolono spełniać tę misję. W wielkim świecie, jaki my znamy, egoistycznym i zmaterializowanym, świecie, którym rządzą ciemne zamysły i chciwość, tacy ludzie jaśnieją jak pochodnie. Ale ty, Elfredo, nie będziesz się kierować tym światłem. My znajdujemy się na innym, niższym szczeblu. Możemy od czasu do czasu wyświadczać jakieś przysługi przyjaciołom, ale naszym głównym celem jest zarabianie pieniędzy. Służenie społeczeństwu i troskę o dobro powszechne pozostawiamy naszym klientom. My zaś nastawiamy się na wyciągnięcie od nich jak największej ilości pieniędzy. A więc jeśli będą wyglądali na ludzi majętnych, zajmiemy się nimi, oczywiście wyłączamy z tego naszych przyjaciół. Jeśli nie, odeślemy ich z kwitkiem.

– Profesorze Saltana – zawołała surowym głosem pani Mere – moim zdaniem to, co pan mówi, jest cyniczne.

– Moim zdaniem również, pani Mere. – Saltana wstał. – No, a teraz muszę załatwić kilka telefonów. Zebranie skończone.

Elfreda i Primerose wychodziły z pokoju, szepcąc coś do siebie. Pani Mere położyła dłoń na ramieniu Tuby’ego, tak jakby go miała zaaresztować.

– Teraz może mi pan powiedzieć, z czego się pan śmiał. Jeśli oczywiście nadaje się to do powiedzenia.

– Proszę mi wybaczyć, moja droga Eden... Przypomniało mi się nagle, że gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy, pani nie tylko mówiła dość głośno...

– Dalej to robię, dalej to robię. Chociaż nie jest tak źle jak dawniej. No, ale proszę mówić dalej.

– Pani także wydawała przy tym jakieś dźwięki: A... hum...

– To się nie zmieniło. – Wcale nie była obrażona. – Teraz jednak rezerwuję te okrzyki tylko dla Oswalda i dzieci. Trzymają ich w formie. No i brakowałoby im tego, gdybym przestała. Ale postanowiłam zerwać z chrząkaniem, gdy okazało się, że mam tutaj pracować. Wymagało to dużego wysiłku. Ale jestem kobietą zdecydowaną i zawsze taką byłam. Profesor Saltana dobrze się bawił, co? Ten cynizm...

– On lubi od czasu do czasu palnąć sobie mówkę, chociaż nie tak bardzo jak ja. Ale poza tym był uczciwy, dokładny i mówił prawdę. Nam rzeczywiście zależy na ich pieniądzach.

– A więc nie chodzi wcale o zademonstrowanie waszej przenikliwości i specjalnych umiejętności? Nie chodzi wam o to, żeby ich pokonać własną bronią? Nie mogę w to uwierzyć, doktorze Tuby. I pan mnie o tym nie przekona.

Tuby uśmiechnął się do niej.

– Ma pani rację, moja droga – rzekł swoim miękkim, słodkim głosem. – Saltana oczywiście przesadzał. Prawdopodobnie jest w tym moja wina. Skarżyłem się na swoje warunki. On przemawiał zarówno do mnie, jak i do Elfredy. A być może i do pani. Przecież i pani przydałoby się trochę więcej pieniędzy, prawda?

– Z trojgiem dzieci i mężem, który pije cały dzień... no chyba... i z kuzynką w domu, która zajmuje się gospodarstwem, żebym ja mogła pracować. I te dojazdy z Wimbledonu i powroty przez pięć dni w tygodniu. Więcej pieniędzy? Zastanów się, człowieku!

– Próbuję.

– A...hum! Zrobiłam to nie przez zapomnienie, ale umyślnie. Doktorze Tuby, bardzo pana lubię.

Tuby poszedł do swojego pokoju, który mieścił się w końcu korytarza, na lewo od wejścia. A że gabinet Saltany znajdował się w drugim końcu korytarza, na prawo od wejścia, odległość, jaka ich dzieliła, była największa z możliwych. Saltana miał zastrzeżenia do takiego wykorzystania pomieszczeń, uważając, że będą tracić za wiele czasu, ale Tuby nalegał, żeby mu przydzielono pokój, który właśnie zajmował. Nie był taki duży jak Saltany, ale miał szersze okna niż pokoje, w których urzędowały Elfreda, Primerose i pani Mere. (Pokój naprzeciwko wejścia, gdzie Beryl pisała na maszynie, kiedy nie musiała pełnić funkcji recepcjonistki, nie miał w ogóle okien, no i znajdowała się tam makieta komputera, którą kupili od jakiegoś zespołu teatralnego.

Przy otwartych drzwiach – rzadko je zamykali – ta makieta ze wszystkimi zapalającymi się i gasnącymi światełkami wyglądała naprawdę imponująco). Chociaż jednak Tuby miał kilka szerokich okien, niewiele było do oglądania. Tak jest na ogół na czwartym piętrze – za wysoko, żeby obserwować ulicę, i za nisko, żeby mieć szeroką perspektywę na dachy i inne wysokie budowle. Niewątpliwie z tego powodu – chociaż Tuby nie znał szczegółów finansowych tej transakcji – Jimmy Kilburn odstąpił im tak tanio to biuro. Jimmy Kilburn mógł wyświadczyć przysługę przyjacielowi – był przecież przyjacielem Saltany, a nie Tuby’ego – ale przyzwyczajenie nie pozwalało mu tracić na tym za dużo.

Tuby, nie mając nic innego do roboty, rozglądał się po pokoju. Po raz pięćdziesiąty powtarzał sobie, że to nie jest pomieszczenie odpowiednie dla niego. Był to pokój zaplanowany i urządzony dla menedżera epoki odrzutowców, a nie dla doktora Owena Tuby’ego, wykładowcy literatury angielskiej w Indiach i na Dalekim Wschodzie przez ostatnie dwadzieścia lat. A przecież te blade, zimne kolory, te tworzywa sztuczne w połączeniu ze stopami o wysokiej wytrzymałości pasowały jak ulał do jakiegoś Instytutu Imagistyki Społecznej. No, a w końcu on, Tuby, był właśnie zastępcą dyrektora takiego Instytutu. Jednakże ponieważ do jego obowiązków należało stwarzanie i roztaczanie atmosfery sympatii, współczucia i optymizmu wokół ewentualnych klientów, Tuby postanowił, że jak tylko Instytut będzie sobie mógł na to pozwolić, zażąda, żeby w jego pokoju wprowadzono pewne zmiany. Jako dyrektor departamentu sympatii powinien wyglądać inaczej niż człowiek, który kieruje fabryką samolotów.

Po to, żeby udawać, że coś robi, Tuby zaciągnął zasłony o bladych i zimnych barwach, zapalił kilka świateł, z których żadne nie wywołało atmosfery przytulności, i zdjął z półki teczkę z aktami. Otworzył ją, przez chwilę przyglądał się uważnie jakiejś stronie, po czym zapalił fajkę i zaczął się zastanawiać, dokąd mógłby pójść na kolację. Przypominało to redagowanie przewodnika po złych restauracjach. Wiedział, że wystarczyłoby jedno słowo, a jego gospodyni, Marion Ilbert, przygotowałaby mu kolację lepszą od tych, które na ogół jadał śniadania, jakie przyrządzała, świadczyły o tym, że nie jest złą kucharką – i nie wzięłaby za to nic lub prawie nic. Ale to mogłoby doprowadzić do kłopotów. Tuby lubił Marion: jej mały nosek, piegi, zamglone szare oczy, tę mieszaninę skromności i temperamentu. Zdawał sobie również sprawę z tego, że ona go lubi coraz bardziej: jego głos, jego sposób mówienia, zainteresowanie, jakie jej okazuje, bo podobnie jak wiele kobiet z jej środowiska była w gruncie rzeczy bardzo samotna. Paul Ilbert, wyższy urzędnik w Ministerstwie Budownictwa, nie był złym mężem. Miał pogodne usposobienie, był gospodarny, oddany dwojgu dzieciom, które przebywały poza domem, w szkole (dlatego też nie gardził Tuby’ego ośmioma funtami tygodniowo, od których nie trzeba było płacić podatków), ale był to typowy hobbista, a interesowanie się własną żoną nie należało do jego hobby.

Tuby zauważył, że Marion na początku dawała mu na śniadanie jedno jajko, teraz dwa i wystarczył tylko mały gest, a mógłby dostawać, gdyby chciał, z pół tuzina. Oczywiście Tuby nie kojarzył sobie Marion z jajkami, parówkami itp., chociaż i to było nie do pogardzenia, bo mógł zaoszczędzić na lunchu, zjadając obfite śniadanie. (Nawet w niedzielę jadał w domu tylko śniadanie, a przecież stołowanie się poza domem było w tym dniu szczególnie kłopotliwe). Jednakże zarówno on, jak i Paul Ilbert trzymali się warunków umowy, mimo częstych, a nawet coraz częstszych protestów Marion. Kłopot polegał na tym, że podczas gdy na początku wydawała mu się ona raczej nieładna – zbyt krępa, trochę zniszczona i ciągle zmartwiona – teraz odnosił wrażenie, że nie miał racji i że jest to bardzo ponętna kobieta. Niewątpliwie dlatego, że znał ją i lubił jako człowieka. Ale była jeszcze jedna przyczyna, z której zdawał sobie doskonale sprawę, unikał bowiem, jak zawsze, oszukiwania się. Od wieczoru, gdy kochał się z Izabelą na przyjęciu u Lapfordów dwa miesiące temu,- nie spał z kobietą. Tuby nie należał do mężczyzn, którzy gonią za spódniczkami, ale nawet dla niego ten okres był raczej długi. To wszystko wywołało wspomnienie tamtego przyjęcia, o którym wołał nie myśleć. Z pewnym wysiłkiem udało mu się oderwać od tych wspomnień, ale nagle poczuł coś, co mu się bardzo rzadko zdarzało – gorycz pogardy dla samego siebie.

Znów zapalił fajkę, wziął ołówek, tak jakby zamierzał skreślić jakieś uwagi na marginesie, i przypatrywał się teczce z aktami. Ale Tuby łaknął teraz prawdziwych ludzi z prawdziwymi problemami. Te martwe papiery zaczynały go nudzić. Wiedział, że nudzą również Saltanę, chociaż on się do tego nigdy nie przyznawał.

– Och, Elfredo – zawołał Tuby, gdy ta nagle wtargnęła do jego pokoju – posłuchaj, do jakiego właśnie doszedłem wniosku. Podczas gdy Cosmo wyobraża sobie, że ja jestem lepszym teoretykiem imagistyki niż on, ale nie dorównuję mu, gdy chodzi o jej praktyczne zastosowanie, to ja sądzę, że on góruje nade mną jako teoretyk, ale jest gorszy ode mnie jako praktyk.

– Owenie – rzekła Elfreda. – Opowiesz mi o tym wszystkim dziś wieczorem. To znaczy, jeśli masz czas i możesz zjeść ze mną kolację w „Robinsonie”.

– Z wielką przyjemnością, moja droga. Ale powiedz mi, i to szczerze, czy to jest inicjatywa Saltany?

– Niezupełnie. Rozmawialiśmy i wpadliśmy równocześnie na ten sam pomysł. Przecież od dawna nie mieliśmy okazji pogawędzić. A więc o pół do ósmej w barze. – Powiedziała to bardzo szybko i wydawało się, że chce już odejść, ale jeszcze coś przyszło jej do głowy. – Nie musisz wracać do Belsize Park i przebierać się. Wyglądasz w sam raz, Owenie. – Teraz ruszyła do wyjścia.

– Dziękuję ci, Elfredo! – zawołał. – Ale mam jeszcze jedno maleńkie pytanie. – Poczekał, aż się zatrzyma i odwróci. – Skąd ten pośpiech, kochanie? Może my nie pracujemy w tym samym Instytucie?

Elfreda roześmiała się.

– Mam to we krwi... po tylu latach pracy w biurach, gdzie trzeba udawać, że się jest zajętym, bo inaczej można stracić posadę. A więc o pół do ósmej.

Cztery godziny później Tuby siedział uśmiechnięty z Elfredą przy tym samym stoliku co dawniej, w kącie sali jadalnej hotelu „Robinson”.

– Wspaniale – rzekł.—Miałem nadzieję, że uda ci się zarezerwować ten stolik. Czy pamiętasz naszą wspólną kolację, gdy się spotkaliśmy po raz pierwszy, ty, Cosmo i ja?

– Och, Owenie! Nie bądź śmieszny, przecież to było zaledwie kilka miesięcy temu.

– Oczywiście. Ale prawdę mówiąc, moja droga, często ogarnia mnie nostalgia. Potrafię nawet tęsknić za miejscami, których kiedyś serdecznie nie znosiłem. Ale teraz najbardziej rozkoszuję się smakiem. Oczywiście wolę smak tych krewetek. – I słuchając paplaniny Elfredy, myślał o tym, jak solidny, godny zaufania, cywilizowany wydał mu się teraz „Robinson” w porównaniu z lokalami, w których ostatnio jadał. Wiedział też, że lada chwila Elfreda skieruje rozmowę na Saltanę i że musi się mieć na baczności. Ta chwila nadeszła, gdy podano im steki.

– Posłuchaj, Owenie – zaczęła. – Czy nie sądzisz, że Cosmo zmienił się, odkąd przenieśliśmy się do Londynu? – Jak wiele niebieskookich kobiet Elfreda, gdy usiłowała grać rolę detektywa, nadawała swym oczom wyjątkową przezroczystość, a spojrzenie jej stawało się tak czyste, jak powietrze w letni dzień.

– Tak, istotnie. Ale nie zapominaj, moja droga, że ostatnio widuję go raczej rzadko.

– Czy dlatego, że spędza on dużo czasu z jakąś kobietą? – W pytaniu tym przebijała nuta gniewu. Żaden mężczyzna godny tego miana nie powinien tracić czasu z jakąś kobietą, istotą zawsze zasługującą na pogardę.

Tuby odczekał, aż podano mu stek i jarzyny, ograniczając się tymczasem do kiwania z uśmiechem głową, co miało uwolnić Elfredę od napięcia. Gdy zostali sami, rzekł:

– Jesteś, moim zdaniem, na fałszywym tropie, Elfredo. Odnoszę wrażenie, że Cosmo wykorzystuje swoje wieczory... tu jakiś cocktail, tam jakaś kolacja... żeby reklamować nasz Instytut Imagistyki Społecznej. Nie chce przyjmować drobnych zamówień, bo liczy na duże interesy. Cosmo Saltana nie ugania się za spódniczkami. On pracuje. Jeśli nie chce o tym mówić, to tylko dlatego, że jest dumnym człowiekiem, który wychodzi naprzeciw trudnościom z odwagą, na jaką ani ty, ani ja nie moglibyśmy się zdobyć. Obawia się, że możemy osłabić jego determinację. I ma zapewne rację. Na przykład ja przyjąłbym każdą propozycję, która pozwoliłaby mi korzystać z taksówek i zaoszczędziłaby męki spożywania podłych posiłków. Przeprowadzka do Londynu osłabiła moją wolę, ale wzmocniła Cosmo. Jesteśmy wciąż jeszcze bardzo dobrymi przyjaciółmi, ale w tej chwili nie jesteśmy zgrani. – Wypił trochę wyśmienitego burgunda, który zamówiła Elfreda, i przypomniał sobie, że kiedy jadali z Saltaną, wybór win pozostawiała zawsze jemu.

Na twarzy Elfredy nie malowało się uczucie ulgi, a to dlatego, że już poprzednio postarała się, by ukryć wszelkie oznaki niepokoju. Ale w jej głosie była ulga, gdy zaczęła mówić o Instytucie i jego przyszłości. Potem niespodziewanie zmieniła temat:

– Otrzymałam wczoraj list od twojej przyjaciółki, Lois Terry – rzekła.

– Mocny Boże! Nie wiedziałem, że łączą was tak bliskie stosunki. Myślałem, że to zwykła znajomość.

– Nie mów głupstw, Owenie. Chyba zdajesz sobie sprawę, dlaczego ona pisze do mnie... Po prostu czuje, że nie może pisać wprost do ciebie. Byłoby jej wszystko jedno, gdybym umarła.

– Ostatnie spojrzenie, jakim mnie obdarzyła, a było to na przyjęciu u Lapfordów, nie było zbyt przyjazne.

– Nigdy do niej nie pisałeś?

– Oczywiście że nie. Nie mogłem przecież wrócić do sytuacji z tamtego wieczoru, w każdym razie nie w krótkim liście. Byłoby to zbyt trudne – rzekł Tuby w zamyśleniu. – Nie mogłem również wysłać do niej wesołego, pełnego dobrych nowin listu. Nie jestem wesoły i nie mam dobrych nowin.

– Ale ta dziewczyna wciąż cię interesuje. Połknąłeś haczyk, to jasne jak słońce, moje biedactwo.

– Jasne jak słońce jest to, że Lois Terry i ja nie stanowimy zgodnej pary, droga Elfredo. Zawsze, gdy byliśmy razem, coś się psuło. To niezwykła dziewczyna. Nie ma specjalnej urody, a przecież potrafi być czasem naprawdę ładna. Wrażliwa i inteligentna. Bardzo bystry i oryginalny umysł. Zdaje mi się, że byliśmy sobą zafascynowani, ale – niestety, niestety – każde na swój sposób i nigdy o tej samej porze. A więc przekaż jej pozdrowienia ode mnie, ale dość chłodno.

– Czy nie stać cię na nic lepszego?

Tuby zajął się na chwilę jedzeniem, po czym spojrzał na nią twardo.

– Chyba wiesz, że ona nienawidzi Cosmo. Wierzy, że to on, kierując się jakimiś niskimi pobudkami, odwiódł mnie od nauczania młodego pokolenia. Zapomnijmy lepiej o Lois.

Tym razem ona spojrzała na niego twardo. Potem kiwnęła głową i uśmiechnęła się.

– No, a teraz powiedz mi, kogo fascynujesz, Owenie? Może swoją gospodynię? To zdaje się kuzynka Eden?

– Tak, to kuzynka Eden. Ale nie ma między nimi żadnego podobieństwa rodzinnego. – Odmalował sylwetkę Marion Ilbert. – Jej mąż, Paul – ciągnął dalej – to porządny chłop, ale oddaje się całkowicie dwóm hobby. Gra w bilard, jest nawet członkiem drużyny klubowej, i zbiera znaczki. Tak więc gdy nie gra w bilard, to wychodzi, żeby porozmawiać z przyjaciółmi o znaczkach, a gdy jest w domu, to prawdopodobnie pokazuje jakiemuś innemu maniakowi swój zbiór. Można by sądzić, że ma 14 lat. W tej sytuacji Marion jest biedna...

– Już wiem wszystko! – zawołała Elfreda. – Nie musisz mówić nic więcej. Eden powinna była pomyśleć o tym, zanim cię tam posłała, chyba że zrobiła to umyślnie. No więc, co się dzieje?

– Tymczasem nic, pomijając to, że prawi mi komplementy, troszczy się o mnie i serwuje dwa jajka na śniadanie. Zapewniam cię, Elfredo, nie chcę, żeby się cokolwiek stało. To jest w gruncie rzeczy stateczna niewiasta z dwojgiem dzieci, które przebywają poza domem, w szkole. Nie ma w sobie nic z kobiety, która kładzie sięz mężczyzną do łóżka, rozmawiając o socjologii, najnowszych powieściach francuskich czy radzie akademickiej.

– Postąpiłbyś nieuczciwie, chyba że masz poważne zamiary...

– Wiem o tym, moja droga. Nie jestem wprawdzie Casanovą, ale ona jest pod ręką, pod tym samym dachem, a jej mąż gra w bilard w Bromley albo wymienia znaczki w Islington. Ja natomiast, jak wiesz Elfredo, prowadzę obecnie bardzo nudne życie. Współczuję jej, a równocześnie ją lubię. Jestem między młotem a kowadłem. Mógłbym oczywiście wyprowadzić się...

– To właśnie chciałam ci zasugerować...

– Ale mógłbym im wyrządzić krzywdę... wszystkim, nawet dzieciom w szkole... i sobie również. Modlę się, żebyście zdołali coś zrobić w Instytucie czy poza nim. – Zaczął się jej przyglądać uważnie. – Czy coś się stało, Elfredo?

– Nie, nie, nic ważnego – odparła, szeroko otwierając oczy. – Właśnie ogarnęło mnie nagle jakieś przeczucie. Nie martw się, Owenie. Coś się na pewno wkrótce stanie, i to bardzo szybko. – Była niezmiernie uroczysta, tajemnicza. – Jestem tego zupełnie pewna.

Po kolacji wypili kawę w małym saloniku, gdzie się spotkali po raz pierwszy. Później Tuby wypił jeszcze jedną lub dwie whisky i opowiadał jej o Wschodzie. Zaoszczędziwszy na kolacji, Tuby postanowił zafundować sobie taksówkę do Belsize Park. Ledwie zdążył otworzyć drzwi wejściowe, gdy z salonu wyszła Marion, żeby go powitać. Wracała właśnie z jakiegoś przyjęcia, była elegancka, wesoła i kokieteryjna.

– Nie powinien pan iść od razu na górę, doktorze Tuby – zawołała, wciągając go prawie siłą do salonu, którego nie znosił, z powodu wielkiej liczby przeróżnych małych mebelków. – Nigdy mnie pan nie widział porządnie ubranej i umalowanej. Zawsze tylko w jakichś starych łachach, które noszę z rana. A teraz proszę spojrzeć. – Stanęła przed nim uśmiechnięta. Chciała, żeby ją podziwiał, żeby jej pożądał.

– Jest pani urocza, Marion! Naprawdę urocza! Dziękuję pani za piękno, które pani przede mną roztacza. —Oczywiście nie uwierzyłaby mu, gdyby jej powiedział, że w rzeczywistości wygląda znacznie lepiej, gdy krząta się rano w swoich starych łachach. Co najmniej połowa kobiet, które znał, wyglądała bardziej ponętnie, gdy nie zadawała sobie tyle trudu, chociażby dlatego, że nie bardzo dobrze wiedziała, jak to trzeba robić, w końcu psuła wszystko i wyglądała podle, tak jak Marion w tej chwili. Jej naturalna, ujmująca malutka twarzyczka z piegami zniknęła gdzieś pod warstwą makijażu. W sukni koloru lila nie było jej dobrze. Po prostu stała się inną, pozbawioną uroku kobietą.

– Och, dzięki, mój panie! A teraz zrobię trochę herbaty i porozmawiamy. Bardzo o to proszę. Paul ze swoją drużyną bilardową pojechał do Amersham czy gdzieś tam. Ktoś ma go odwieźć, ale to będzie długo trwało. A więc napijmy się herbaty i porozmawiajmy. Lubię słuchać, gdy pan opowiada. Na pewno wiele kobiet powiedziało to już panu przede mną. Nie, nie, proszę nie zaprzeczać. – I oddaliła się, nucąc.

Powinien był powiedzieć, że jest zmęczony, i pójść od razu na górę. Ale nie miał serca. Zresztą nigdy nie przyszłoby jej na myśl, żeby zdjąć tę suknię i usunąć makijaż. Pogrążył się w fotelu, zapalił fajkę, a myśl o herbacie wywołała wspomnienie Lois Terry. Ale... teraz weszła Marion, niosąc herbatę, gotowa bawić się lub słuchać w milczeniu; zgasiła połowę świateł, usiadła na poduszce, u jego stóp, blisko, potem jeszcze bliżej, dotknęła palcem jego dłoni, potem jakby w roztargnieniu położyła rękę na jego ręce, wreszcie oparła się o jego kolana, ciągle patrząc na niego i słuchając z otwartymi ustami, podczas gdy on mówił i mówił o wszystkim i o niczym. Chciał udać, że ziewa, lecz stwierdził, że naprawdę zaczyna ziewać.

– Przykro mi, moja droga – rzekł – ale naprawdę muszę już iść spać. Miałem dziś ciężki dzień, zjadłem obfitą kolację i piłem za dużo. – Z trudem dźwignął się z fotela.

– Wiem, że jest pan zmęczony – powiedziała, odprowadzając go do drzwi. – Ale był pan taki miły. Dobrze, że jest pan z nami. – A gdy zatrzymał się w drzwiach, Marion zarzuciła ręce na szyję i złożyła na jego wargach niezgrabny, cierpki pocałunek. – Dobranoc.

O Boże, co za udręka! – myślał Tuby, idąc na drugie piętro do swego pokoju.

Nazajutrz, w środę około jedenastej, po wypiciu filiżanki kawy podanej przez Beryl – kawa była kiepska, ale pomagała zabić czas – Tuby usłyszał głos Saltany wydobywający się ze skrzyneczki telefonu wewnętrznego (Tuby odnosił wrażenie, że Saltana jest coraz bardziej urzeczony nowoczesną techniką biurową i że, być może, wkrótce zacznie układać programy dla makiety komputera). Pytał, czy Tuby mógłby zjeść z nim zimny lunch w jego apartamencie. Oczywiście, Tuby mógł.

– Czy możesz zarezerwować sobie popołudnie i wieczór?

– Oczywiście, że tak, ale po co?

– Wytłumaczę ci podczas lunchu, mój drogi – mówił Saltana. – Do zobaczenia!

– Do zobaczenia!

I niech nas Bóg ma w swej opiece! – myślał Tuby. Niepokoił się, że będzie musiał znosić to dziwne zachowanie Saltany przez cały lunch. No i było jeszcze coś innego. Elfreda, wygłaszając wczoraj wieczorem uroczyste przepowiednie o mających wkrótce nastąpić ważnych wydarzeniach, mogła równie dobrze dawać upust intuicyjnym przeczuciom, jak też działać w przekonaniu, że trzeba poprosić Saltanę, żeby znalazł biednemu Owenowi Tuby’emu coś do roboty. Czy nie należałoby po prostu przejść się do niej i zapytać o to? Po krótkim namyśle postanowił nie pytać. Po czym zajął się dokładnym czyszczeniem dwóch fajek. Nic się też nie wydarzyło aż do chwili, gdy do pokoju wtargnęła pani Mere.

– Czy słyszał pan kiedykolwiek o czymś, co nosi nazwę „materiały koronkowe”? – zapytała.

– Nigdy, i wolałbym dalej o tym nic nie słyszeć, Eden.

– Racja. Ale otrzymaliśmy od nich zamówienie. A skoro już rozmawiamy, to chciałam pana jeszcze o coś zapytać. Miałam zamiar zrobić to jeszcze wczoraj. Czy pan śpi z moją kuzynką Marion?

– Oczywiście, że nie. A gdybym spał, też bym pani nie powiedział. Ale nie śpię.

– Wierzę panu. Nie pociąga pana?

– Trochę... ale to nic poważnego. Gdyby było inaczej, wolałbym się przeprowadzić.

– Szkoda. Ona będzie w końcu musiała znaleźć sobie kogoś. Kobieta nie może żyć tylko opowiadaniami o meczach bilardowych i wymianie znaczków.

– A dzieci?

– To już coś jest, ale nie wystarczy. Listy co niedziela i ciasto na ferie. Po co było je posyłać do szkoły na prowincję? To kompletne szaleństwo. Ale Marion jest szalona, zawsze taka była. Lepiej niech pan ją zostawi w spokoju.

– Takie właśnie mam zamiary.

– A-hum! – rozległo się głośne chrząknięcie i pani Mere znikła.

Po godzinie pierwszej Saltana i Tuby zdołali wreszcie przekonać windę, żeby ich zawiozła na dziewiąte piętro, gdzie znajdował się apartament Saltany. Tuby nie lubił tego mieszkania. Przypominało pomieszczenia na lotniskach. Miało się wrażenie, że lada chwila rozmowa zostanie przerwana wydobywającym się przez megafon głosem: „Uwaga! Uwaga! BOAC ma zaszczyt zakomunikować, że...” Tuby poczuł się lepiej, gdy przenieśli się z drinkami do malutkiej jadalni, gdzie czekały na nich sardynki, schab na zimno i rosyjska sałatka. Odnosiło się wrażenie, że stół przywieziono z jakiejś zagranicznej tawerny i został zrobiony z surowego drewna, ale przy bliższych oględzinach okazywało się, że jest z masy plastycznej. Nie można przecież było zdradzać stylu, w jakim utrzymany był cały Half Moon House.

– Czyś ty słyszał o aktorze... Łonie Bractonie? – zapytał Saltana, zajadając sardynki.

Tuby zamyślił się na chwilkę.

– Widziałem go kiedyś w jakimś filmie, w Singapurze, jeśli się nie mylę. Wysoki, chudy... Czasem śmieszny, ale nie zawsze.

Saltana wyglądał na człowieka zadowolonego z siebie.

– Miałem rację, przypuszczając, że to robota w sam raz dla ciebie. Będziesz go mógł obejrzeć dziś po południu.

– Ale co to wszystko znaczy?

– Sprawy służbowe, mój drogi. Ten Lon Bracton ma agenta nazwiskiem Wilf Orange, który zgłosił się do nas dziś rano. Zapewne jest to jego najlepszy klient, na którym zarabia grube pieniądze. Ale Lon Bracton to trudny facet... niezdecydowany, nastrojowy, zapewne neurastenik. Dowiedział się o nas i sądzi, że moglibyśmy mu pomóc. To jest pomysł wyłącznie Bractona i nie ma nic wspólnego z Wilfem Orange’em, który uważa, że to jeszcze jedno szaleństwo Lona. Orange jest tylko pośrednikiem, a gdy go przycisnąłem, przyznał, że moglibyśmy zażądać bardzo wysokiego honorarium, chociażby dlatego, że można je odliczyć od podatków. Umówiłem się więc, że Orange wstąpi po ciebie o pół do trzeciej, zabierze do kina, gdzie wyświetlają ostatni film Bractona, po czym zawiezie na spotkanie z samym Bractonem. Jeśli nie chcesz podjąć się tej roboty, to nie musisz, ale wydaje mi się, że to powinno ci się podobać.

– Zgadzam się, Cosmo. – Tuby wziął kawałek mięsa. – Bardzo mi to odpowiada. Czy mam zabrać ze sobą jakąś niewiastę? Chyba nie na tym etapie, prawda? Ale czy ta wstępna rozmowa z Bractonem musi trwać cały wieczór? Nie powinna, a przecież prosiłeś, żebym sobie zarezerwował cały wieczór.

– Ach, to już zupełnie inna sprawa. – Niełatwo jest przybrać chytrą minę, gdy się zajada mięso, ale Saltana starał się o to usilnie.

– Jedno z dwojga – rzekł chłodno Tuby. – Albo mięso ci nie smakuje, albo zaproponujesz mi, żebym zobaczył się z jakąś kobietą.

– Mięso jest świetne. A kobieta nazywa się lady Butteries... Dodo...

– Mocny Boże! Czy ona naprawdę nazywa się Dodo Butteries?

– Jak najbardziej. To bliska przyjaciółka żony Jimmy’ego Kilburna. Poznałem ją u Kilburnów. Bogata wdowa... przekroczyła czterdziestkę, pulchna blondynka, wcale niebrzydka. To może być nawet zabawne, Owenie.

– A więc dlaczego nie chcesz się sam zabawić, mój drogi? – zapytał Tuby, nie kryjąc swych podejrzeń. – Dlaczego ja? Czy nie chodzi wam czasem, tobie i Elfredzie, o to, żebym mógł zjeść kilka darmowych kolacji?

– Nie, nie i nie. Ta pani chciała, żeby ktoś z nas zjadł z nią kolację i porozmawiał o jej osobowości.

– Pewnie sądzi, że stawiamy kabałę...

Saltana zignorował tę uwagę.

– Po prostu sądzę, Owenie – rzekł – że i Instytut coś z tego może mieć, chociaż przyznaję, że robię to głównie dla Kilburnów. Poszedłbym sam, ale Britle’owie wydają dziś dużą kolację, a Primerose powiada, że będzie tam kilku interesujących ludzi.

– Dobrze, zajmę się Dodo. O której i gdzie?

– Ósma godzina. Tu jest jej adres i numer telefonu. – Podał zapisany kawałek papieru. – Poproszę Elfredę, która zna Dodo, żeby ją zawiadomiła, że przyjdziesz. Nie będziesz się musiał przebierać. – Zakończył z uśmiechem, sam nie wiedząc, czy ma to być uśmiech wyzywający czy pokorny.

Tuby nie odwzajemnił mu się uśmiechem.

– Powiedz mi, Cosmo – zapytał spokojnie – czy ciebie to bawi?

– Co ty sobie wyobrażasz? – burknął Saltana. – Co za idiotyczne pytanie, Owenie! – Jego otwarta dłoń uderzyła twardo w blat plastykowego stołu. – Ale teraz tkwię w tym, i to po uszy. Ta nasza przeprowadzka do Londynu musi się udać. I to szybko, inaczej za sześć miesięcy będziemy parą zbankrutowanych profesorów, którzy zbłaźnili się z kretesem. A więc na miłość boską, Owenie, nie stój na boku, marząc o Brockshire czy Hongkongu. Przyłącz się do nas. To nasza jedyna szansa.

– Wiem o tym, Cosmo. Przykro mi, że byłem raczej w nie najlepszym nastroju. Ale nie jest łatwo żyć w Londynie, gdy się nie ma pieniędzy. – Dalej ciągnął już bardziej energicznym tonem. – A więc... ten agent aktora, Wilf Orange, o pół do trzeciej, lady Butteries... Dodo... o ósmej. Zgadza się? A teraz, jeśli nie ma kawy, napiję się jeszcze trochę whisky.

Żeby zyskać na czasie, Tuby zszedł na dół i czekał przy wejściu na Wilfa Orange’a, który przyjechał z dziesięciominutowym opóźnieniem dużym samochodem z szoferem. Był to energiczny człowiek. W jego stroju wyróżniała się muszka koloru pomarańczowego. Mówił głosem ochrypniętym, staccato, i jak wielu ludzi zajmujących się przemysłem rozrywkowym nie wyglądał ani na Anglika, ani na Amerykanina, ale na jakiegoś nowojorskiego cockneya.

– Nie mogę iść z panem do kina, doktorze Tuby. Muszę wracać do biura. Jakieś nowe sprawy. Ale proszę się nie przejmować. Sam, szofer, wie, co ma robić. Po obejrzeniu filmu zabiorę pana do Łona. To jego pomysł, nie mój, wybaczy mi pan moją szczerość.

– Wolałbym znać tytuł filmu, który mam obejrzeć – rzekł Tuby. Ruszyli właśnie w kierunku samochodu.

– Lon Don. Rzecz dzieje się w Hiszpanii, stąd Don. Główną rolę gra Łon. A więc Lon Don. Kapuje pan?

Tuby kiwnął głową i uśmiechnął się.

– Zrozumiałem—powiedział—ale wątpię, czy mi to przypadnie do gustu.

– Fajna replika. Mogłaby się przydać Lonowi. Film panu zapewne nie przypadnie do gustu. Między nami mówiąc, to niewypał, chała. Lon o tym wie. On się oszukuje. Ale to jego najnowszy film. Powinien mu pan powiedzieć otwarcie, co pan o tym myśli...

– Nie jestem krytykiem filmowym...

– A czy pan zna prawdziwych krytyków filmowych? Lona interesuje ten pomysł z imagistyką. Przynajmniej tak było dzisiaj o drugiej nad ranem. – Tuby wsiadł do samochodu. – Sam wie, dokąd pana zawieźć. Sala projekcyjna w Chelsea. Może będzie tam ze dwadzieścia osób. Do zobaczenia.

Na sali było chyba więcej niż dwadzieścia osób, ale Tuby siedział w loży w towarzystwie tylko trzech. Podobnie jak w filmach, które Tuby oglądał wcześniej, Lon Bracton miał swoje śmieszne chwile, ale aż nazbyt często nie grał, jak trzeba, i Tuby’emu zdawało się, że zaczyna rozumieć, skąd to się bierze. Lecz mimo nierównej gry Bractona film stawał się banalny i nudny, gdy go nie było na ekranie. Tuby’ego ogarniała kilka razy senność. Po godzinie piątej wyszedł wreszcie z kina. Padał ulewny deszcz, ale Wilf Orange i Sam byli na posterunku.

– Lepszy czy gorszy niż pan przypuszczał? – zapytał Orange, gdy znaleźli się w samochodzie.

– Chyba ani jedno, ani drugie, panie Orange...

– Proszę mi mówić po imieniu, Wilf. Nie zmuszam pana do bruderszaftu, ale jak by się pan czuł, gdyby zwracano się do pana per panie Orange? Czuję się jakby ośmieszony. Czy ma pan coś do powiedzenia Lonowi?

– Tak, jeśli nalega...

– On nigdy nie robi nic innego. O Boże, jak on potrafi nalegać!

– Ale wolałbym mieć trochę więcej czasu, Wilf. Mam na myśli czas do przygotowania analizy imagistycznej.

– Co to jest? Lon mi coś mówił.

– Czy chodzi panu o imagistykę społeczną?

– Tak. Lon wpadł na to dziś o drugiej w nocy. „Skontaktuj mnie szybko, Wilf’, powiedział. O Jezu, co też ja muszę robić, żeby zarobić na życie. Pan wybaczy moją szczerość. Z całym szacunkiem, jaki żywię dla pana.

– Zostawmy ten szacunek, Wilf. Niech mi pan coś powie o Bractonie.

– Chętnie. Ale gdzie pan dotąd przebywał?

– Jeśli pan przypuszcza, że powinienem wszystko sam wiedzieć...

– Ależ tak. Wszyscy wiedzą.

– Przebywałem przez długie lata na Dalekim Wschodzie.

– No więc niech pan posłucha. Mam nadzieję, że w tych waszych kawałkach nie ma nic z jogi. Prawda? Doskonale, bo Lon już to wypróbował. On zresztą wypróbował już prawie wszystko. Dwa razy był u psychiatry. Przez połowę czasu... no, powiedzmy przez jedną trzecią czasu... potrafi być świetnym i pracowitym aktorem. Dwa lata był uwielbiany przez widzów telewizyjnych. Szaleli na sam dźwięk jego nazwiska. A potem nagle nie mógł więcej występować, zerwał kontrakt na polecenie lekarzy, oczywiście. To samo z filmami. To samo z teatrem.

Zarabiałem na nim dużo, ale też miałem więcej kłopotów niż z trójką innych aktorów razem wziętych. Albowiem przez dwie trzecie czasu Lon jest zupełnie zbzikowany. Oczywiście nie jest szalony, chociaż niekiedy potrafi być groźny. Nie chodzi też o kobiety, chociaż zawsze kręci się przy nim jedna, czasem żona, czasem kochanka. Chodzi o samego Lona. To kilka osób w jednym ciele. Wychodzi do toalety miły, porządny chłop, a wraca jakiś wstrętny łajdak. Nalewasz sobie drinka, odwracasz się i znajdujesz się w towarzystwie zupełnie innego człowieka. Potrafi cię zabawiać, że pękasz ze śmiechu, następnego dnia powie, że nie może pracować. Tygodniami jest bardziej zwariowany niż połowa pacjentów domu wariatów razem wziętych. Ale gdy naprawdę pracuje i gdy mu to wychodzi, to powiadam panu, doktorze Tuby, Lon jest wspaniałym komikiem, najlepszym, jakiego mamy. A ja męczę się z nim i męczę nie tylko ze względu na pieniądze... Może pan dobrze zarobić, jeśli będzie pan w stanie przywrócić mu formę. Czy pan sądzi, że to się uda, doktorze Tuby?

Jechali teraz eleganckimi i ruchliwymi ulicami West Endu. Wilf Orange podobał się Tuby’emu. Tuby był już gotów do rozmowy z Bractonem, chociaż czuł, że nawiedza go melancholia i wątpliwości. Być może był to nastrój wywołany deszczem, bezmyślnie zamazanymi światłami...

– Nie wiem, Wilf – odparł powoli. – Naprawdę nie wiem. Jest szansa, że będę mógł mu pomóc. Ale niech pan pamięta, że nie jestem ani psychiatrą, ani ekspertem telewizyjnym czy filmowym...

– Człowieku, on ma ich dość.

– Mogę mu tylko zaoferować analizę imagistyczną. I nie jest wykluczone... że to może... podziałać. – Głos Tuby’ego przeszedł w szept.

To wcale nie zdeprymowało Wilfa, a wprost przeciwnie, ku zdumieniu Tuby’ego wzbudziło jego entuzjazm.

– Czy wie pan, kim pan jest, doktorze Tuby? – zawołał. – Pan działa orzeźwiająco. Nie żartuję! Proszę pana, jestem... przez cały dzień i pół nocy... otoczony ludźmi, którzy twierdzą, że mają wszystko. Niech pan tylko coś wymieni, a oni już mogą to panu zaoferować. Same wielkie fisze. Każdy z nich to geniusz! Każda dziewczyna ósmy cud świata! Jeszcze nie przekroczą progu, a już zachwalają swój towar. Można by pomyśleć, że wszędzie mamy zalew talentów, podczas gdy w rzeczywistości jest ich coraz mniej. Myślałem, że pan też jest taki. Nie, nie miałem racji. Pan jest spokojny, skromny, nie zjadł pan wszystkich rozumów. To orzeźwiające, to urocze!

Zatrzymali się gdzieś przy Portland Place, weszli do jakiegoś domu i wjechali na najwyższe piętro.

– Znów tu jestem – mruczał Wilf, gdy szli przez korytarz. – Z równym powodzeniem mógłbym się tu przeprowadzić.

Drzwi otworzył jakiś barczysty facet o płaskiej twarzy, który skrzywił się groźnie i burknął.

– Nie, nie i nie!

– Odczep się Leslie – rzekł Wilf. – Jesteśmy umówieni. To jest doktor Tuby.

– Lon powiedział nie, to i ja mówię nie.

– Posłuchaj mnie, Leslie. Nie zrozumiałeś, o co mu chodzi...

– Bardzo dobrze zrozumiałem. Lon mówił właśnie o tobie i o nim. A więc spływaj. – I Leslie zamknął im drzwi przed nosem.

– No więc teraz pan rozumie, co miałem na myśli – rzekł Wilf głosem pełnym zniechęcenia. – Wiedziałem, że będą kłopoty, jeśli Leslie wróci. On posyła po Lesliego zawsze, gdy postanawia nie widzieć się z nikim. – Szli teraz do windy. – Leslie umie tylko trzaskać drzwiami, to wszystko – dodał z goryczą. – Niby bokser, ale nic nie potrafi, równie zły w obronie, jak w ataku. Sto kilo mięsa, nic więcej. I tak mówi mi, żebym spływał.

Te czarne myśli towarzyszyły Wilfowi do chwili, gdy znaleźli się znów w samochodzie.

– Doktorze Tuby – zaczął, gdy ruszyli – to nie powinno było przytrafić się panu. Jestem naprawdę zgnębiony. I pan również musi być zgnębiony.

– Nie, Wilf, jestem raczej niezadowolony. – Tuby starał się, by jego głos brzmiał spokojnie i czysto.—Bracton zepsuł mi popołudnie i część wieczoru. Wystawię mu rachunek na 50 gwinei, ale jeśli będzie uchylać się od zapłaty, to wystąpię na drogę sądową.

– Nie będzie się uchylać. Zresztą to ja reguluję rachunki. Przyślę czek z rana. Powiadam panu, jestem zgnębiony. Może byśmy się napili? Zgoda? To doskonale. Jestem członkiem klubu, który mieści się nie dalej niż pięćdziesiąt jardów od pańskiego biura. Nazywa się „Maud, Chodź Do Ogrodu”. Czy zna pan ten klub?

– Mocny Boże, nie! Czy naprawdę tak się nazywa?...

– Oczywiście. Muszą ciągle coś zmieniać. Przedtem nazywał się „Buldog” i wszędzie było pełno wypchanych buldogów. Teraz jest Maud i ogrody. Przekona się pan. Sam – zawołał – do klubu.

– Trudno będzie zaparkować – odpowiedział Sam.

– No to wróć po mnie za godzinę. – Wilf oparł się znów o siedzenie i zwrócił się do Tuby’ego: – Pan coś mówił?

– Zastanawiałem się, dlaczego Lon Bracton nie chce widzieć nikogo. Co on właściwie robi?

– Pan myśli, że on spędza czas na orgiach... z trzema kociakami? Albo że gra w pokera? Nic z tych rzeczy, mój panie. Założę się o każdą sumę, że on tam tylko czyta książki. Są dni, kiedy go nie można oderwać od książek. Po prostu musi czytać. Czy pan to pojmuje?

– Chyba tak. Ja sam przeczytałem masę książek. Mówiąc pańskim językiem, ja pracowałem w tym zawodzie.

– Ach, to zupełnie coś innego. Pan nie jest aktorem. Pańska głowa to znosi. A głowa Lona tego nie znosi. Nie sądzę, żeby on w ogóle wiedział, co czyta. On jest stuknięty.

Znaleźli jakiś cichy kąt w sali klubowej, tonącej w sztucznych kwiatach i liściach. Niedaleko ich stolika stały róże z plastyku, wielkie jak główki kapusty. Ciemne mroki rozjaśniał księżyc, a nad barem świtała jutrzenka. Kelnerki i barman z grubymi bokobrodami ubrani byli w kostiumy wiktoriańskie. Tuby poczuł się lepiej, gdy wypił trochę whisky. Tymczasem Wilf rozwodził się dalej nad wybrykami Lona, a potem, po kilku drinkach zaczął mówić o własnych strasznych kłopotach, zobowiązaniach i odpowiedzialności agenta artystycznego. Kilku młodych facetów próbowało się przysiąść do nich, ale Wilf odesłał ich z kwitkiem: przeszkadzacie mi przy załatwianiu spraw handlowych. Wreszcie, zapewne pod wpływem alkoholu, Wilf zaczął prawić komplementy Tuby’emu.

– Wie pan, doktorze – rzekł – mam do pana zaufanie. A to niemało, jeśli się zważy, że ja to mówię, ja, Wilf Orange. Może pan zapytać, kogo pan chce. A teraz powiem panu, dlaczego panu ufam. Po pierwsze, dlatego że, jak już mówiłem, pan się nie chwali. Po drugie, dlatego że nie czuł się pan zgnębiony. Był pan miły i spokojny, idąc do Łona i takim pan pozostał nawet wtedy, gdy powiedziano nam, żebyśmy się wynieśli. Pan ma mocne nerwy, doktorze. I tylko pan może postawić Łona na nogi. Powiem panu jeszcze coś. Jeśli pan mi go wykuruje, to będę miał dla pana inną robotę. Przyjemne zajęcie i dużo pieniędzy. – Mówił cichym, ochrypłym i tajemniczym głosem, ale teraz szepnął Tuby’emu do ucha: – Meldy Glebe...

Tuby nie mógł odwrócić głowy i czuł się idiotycznie. To wszystko było równie głupie, jak ten pokój, w którym siedzieli.

– Co? Kto? – wyszeptał, patrząc prosto przed siebie.

– Meldy Glebe. Nie widział jej pan? Nie dziwię się. To aktorka filmowa. Jedna z moich klientek. Pół miliona w nią zainwestowano. Funtów, nie dolarów. Mieszka z jakimś ważnym facetem. I coś z nią jest nie w porządku. Oni o tym wiedzą. Ja o tym wiem. Ona o tym wie. I założę się, że to robota dla imagistyka. Jestem tego pewien, doktorze. Ale nie mogę pana zarekomendować, jeśli się nie będę mógł powołać na Lona. Pan mnie rozumie, co? – Orange mówił wciąż szeptem, ale Tuby’emu udało się już odsunąć na tyle, że mógł odwrócić głowę.

– A jaka ona jest... ta Meldy Glebe? – zapytał.

– Ma ciemnorude włosy... bomba... olśniewająca. Ale trochę stuknięta. Mamy z niej zrobić seksbombę, a ona nie znosi seksu. W ogóle ona nie lubi niczego prócz podróżowania odrzutowcami, prócz pieniędzy i wyszukanych drinków. A my – ciągnął, podnosząc głos – mamy jeszcze czas na wypicie dwóch drinków. Hej! Maud! – zawołał.

Pożegnawszy się z Wilfem Orange’em, który, jak się okazało, był wcale sympatycznym gościem, Tuby udał się pospiesznie do Half Moon House. Nie chciał już więcej pić przed kolacją z lady Butteries.

Nie warto było jechać do Belsize Park. Tuby poszedł więc do biura, które było już puste, wszyscy bowiem wyszli. Usiadł w swoim pokoju, zapalił fajkę, oddając się rozkoszom lenistwa w tej melancholijnej ciszy. Wreszcie trzeba było przygotować się do wizyty. Deszcz przestał padać, więc mógł pójść na piechotę do Park Lane, gdzie mieściła się rezydencja lady Butteries. Jakaś starszawa pokojówka wprowadziła go do długiego salonu, który tonął w odcieniach beżu i bladego różu i wypełniony był różnymi bibelotami, lalkami i dużymi fotografiami. Ale znajdowała się tam również okazała szafka, wypełniona butelkami, co świadczyło wyraźnie o tym, że w domu tym nie hołduje się abstynencji.

Lady (Dodo) Butteries weszła do salonu w luźnej jedwabnej sukni koloru różowego.

– Doktor Tuby? Jakże mi miło. Naprawdę bardzo uprzejmie z pana strony, że się pan zlitował nade mną. Będziemy sami. Nie ma pan nic przeciwko temu? Wypijemy coś przed kolacją, prawda? Chyba napiję się bacardi z lodem. Przygotuję osobiście, bo wiem dokładnie, jak dawkować. Proszę się również obsłużyć samemu.

Lady Butteries przypominała główną aktorkę z jakiejś staroświeckiej komedii muzycznej, granej jakby za zasłoną wodną. O tyle, o ile mógł coś dostrzec – wszystkie światła były bowiem mocno przyćmione, co potęgowało jeszcze bardziej wrażenie, że całe otoczenie się rozpływa – była to kobieta po czterdziestce, pulchna blondynka, o bladych jasnoniebieskich oczach – taka angielska róża, którą pozostawiono za długo na deszczu. Jakiś wilgotny obłok zdawał się unosić wokół jej osoby. Miała dość ładne krągłe ramiona i szerokie rękawy jej sukni zsuwały się, odsłaniając piękno ich kształtów. Jej głos przypominał gruchanie, które oddala się i zanika. Był to głos, który rozśmieszyłby każdego mężczyznę przy zdrowych zmysłach, ale mający coś uwodzicielskiego w sobie dla faceta pod gazem, gdy wlał w siebie dostateczną ilość jej doskonałej whisky.

– Czy pan wierzy w astrologię? – Siedzieli teraz ze swoimi drinkami po przeciwnych końcach olbrzymiej kanapy. Nie patrzyła bezpośrednio na niego, tylko w jakiś nieokreślony sposób w jego kierunku. Być może miała krótki wzrok.—Ja czasem wierzę, a czasem nie. A co pan o tym sądzi? Pan na pewno wie wszystko na ten temat.

Tuby odparł, że nie wie. Tłumaczył, że jego zdaniem teoria, na której oparta jest astrologia – a mianowicie pogląd, że wszechświat tworzy jedną całość i że jego części składowe są współzależne – jest chyba słuszna. Ale wpływ, jaki się przypisuje planetom i ich oddziaływaniu, wynika z zupełnie arbitralnych przypuszczeń, którym nie należy ufać. Tuby skrócił jednak swój wywód, bo odniósł wrażenie, że ona go nie słucha.

– Jakie to ciekawe! A ja czasem wierzę, a czasem nie. Wyobrażam sobie, że pan potrafi od razu odgadnąć czyjś charakter. Pan jest taki inteligentny... Audrey Kilburn mówi, że pan i jego przyjaciel jesteście naprawdę diabelnie inteligentni... Chciałabym, żeby mi pan coś powiedział o mnie... Choć troszeczkę, zanim podadzą nam kolację. Bardzo proszę...

Tuby, który odczuwał głód, pomyślał sobie, że nie pozostaje mu nic innego, jak tylko próbować zaspokoić jej ciekawość albo powiedzieć, żeby się nie wygłupiała. Z odczytywaniem charakterów nie było trudności, bo zawsze są pewne rzeczy, które pasują do każdego. Udawał więc, że się jej przypatruje długo i intensywnie. Rzeczywiście przy okazji zauważył, że lewe oko ma nieco szersze niż prawe.

– A więc, lady Butteries – zaczął powoli poważnym tonem – oto jak panią widzę, oczywiście na pierwszy rzut oka. Ma pani wielu dobrych przyjaciół, którzy panią rozumieją. Ale spora część ludzi, z którymi pani się styka, nie zdaje sobie sprawy z pani wrażliwości, z tego, jak łatwo można pani wyrządzić krzywdę...

– Och, to prawda. Ma pan rację. Ale niech pan kontynuuje, proszę. I proszę się nie krępować i powiedzieć mi o moich wadach...

– Główną pani wadą jest to, że darzy pani ludzi zbyt wielkim zaufaniem. I jest pani rozczarowana, gdy sprawiają zawód. Oczywiście większość z nich nie docenia w pełni pani wrażliwości, nie rozumie, jak łatwo można panią skrzywdzić... co mówię... zranić głęboko...

– Zranić, zranić głęboko... Ileż w tym absolutnej prawdy, doktorze Tuby. To cud, moim zdaniem, że pan od razu to odkrył. Przykro mi bardzo, że musimy czekać na kolację. Zamawiam zawsze wszystko w restauracji na dole, a oni są tacy niepunktualni. Czy nie sądzi pan, że moglibyśmy wypić jeszcze mały kieliszek? Jeśli pan przygotuje drinki, to ja pójdę zobaczyć, czy nie ma gdzieś jakichś orzeszków lub ciasteczek. Pozwoliłam pani Grigson – to ta służąca, która tutaj pana wprowadziła – wyjść. Będzie dużo przyjemniej, jeśli się sami obsłużymy, prawda? Oczywiście mam zawsze służbę, gdy wydaje prawdziwe przyjęcie. – Jej głos, który z trudem do niego docierał, gdy siedziała blisko niego, brzmiał donośniej, gdy opuszczała pokój. Tuby nalał sobie trochę whisky, a do jej szklanki kolejną porcję bacardi. Miał już w sobie kilka czystych, wypitych z Wilfem Orange’em—zresztą niemało też wypił podczas lunchu z Saltaną – a teraz, gdy powinien był jeść, musiał znów pić. W głowie mu szumiało, rzeczywistość zdawała się mieć coraz mniej wyraźne kontury. Trzeba przyznać, że Dodo Butteries miała swoje zalety jako towarzyszka takiej zabawy.

Właśnie wróciła, niosąc talerzyki z orzeszkami i frytkami, równie bladymi jak jej cera. Gdy brała z rąk Tuby’ego szklankę z drinkiem, na jej twarzy malowała się taka wdzięczność, jak gdyby to on właśnie odkrył przed chwilą biały rum i kostki lodu. A gdy odwróciła się, żeby odpłynąć na swoje miejsce, Tuby skorzystał z okazji i zgarnął większą porcję orzeszków i frytek.

– Co pan, doktorze Tuby, sądzi o Jimmym i Audrey Kilburnach? Umieram z ciekawości.

Tuby nie chciał mówić, mając pełne usta, udawał więc, że się zastanawia przed udzieleniem odpowiedzi. Jego słowa rozczarowały Dodo.

– Spotkałem ich tylko raz – oświadczył. – Proszę powiedzieć mi coś o nich, lady Butteries, bardzo proszę.

– To oczywiście prostak, ale bardzo miły. Audrey go uwielbia. Czy pan kogoś uwielbia?

– Nie, chwilowo nikogo. A pani?

– Czasem tak, a czasem nie. – Zdawało się, że jest to jej ulubione wyrażenie. Wypowiadała je tak, jakby były to szczyty ludzkiego intelektu. Wlewając w siebie coraz więcej whisky, czystej, jeśli się nie uwzględni małych kawałków lodu, Tuby nie mógł zdecydować się, czy ma do czynienia z powabną i wesołą istotą, czy też z jedną z najgłupszych kobiet, jakie kiedykolwiek spotkał. Ale jej prawe ramię, odsłonięte i oparte o poręcz kanapy, było naprawdę piękne. Należało ono do innych czasów, do tych, kiedy grywano w salonach na harfie. Być może powinien jej doradzić, żeby sobie kupiła harfę i nauczyła się na niej grać.

– Czy nie sądzi pan, że imiona to ważna rzecz? – zapytała. – Jak pan ma na imię, doktorze Tuby?

– Owen. Moja matka była Walijką.

– Nie sądzę, żebym znała jakiegoś Owena, przynajmniej nie w ostatnich czasach. To urocze i niezwykłe imię, chociaż nie pasuje do tak inteligentnego człowieka, jak pan. No więc będę do pana mówiła Owen, a pan musi mówić mi Dodo. Naprawdę nazywam się Dorota, ale od wieków wszyscy nazywają mnie Dodo.

– Na pewno nie od wieków, Dodo – wyrwało się Tuby’emu z idiotyczną emfazą. – Przecież musi pani być co najmniej o dziesięć lat młodsza ode mnie i nie powinna pani mówić tak, bym nie czuł się stary.

– Czasem czuję się staro, a czasem nie, Owenie. Naprawdę to nie jestem stara, jestem jeszcze zupełnie młoda... Czasem tylko czuję się tak, jakbym była starsza niż dawniej... A jeśli chodzi o pana, mimo że jest pan tak inteligentny... co zauważyłam od razu... to ma pan w sobie coś bardzo młodzieńczego. Może to pański sposób bycia, może to pański głos. Pan ma bardzo przyjemny głos, Owenie... ale na pewno mówiono to już panu setki razy. I mówiły to panu na pewno kobiety, nieprawdaż? Nie, proszę nie zaprzeczać. Ja wiem, że tak było. – Teraz ku swemu zdziwieniu Tuby spostrzegł, chociaż wydawało mu się, iż Dodo się w ogóle nie porusza, że ona zbliżyła się do niego na taką odległość, iż była w stanie położyć dłoń na jego dłoni. Jej ręka była mała i pulchna, miękka i wilgotna. – No, a teraz niech mi pan powie, gdzie pan przebywał. Audrey i pański przyjaciel, ten profesor, mówili coś na ten temat.

– Na Dalekim Wschodzie.

– Oczywiście. Jakaż jestem głupia! To wyjaśnia wszystko, prawda? Często myślałam o wyjeździe na Daleki Wschód. Czy ja naprawdę chcę tam wyjechać?

– Czasem tak, a czasem nie.

– To bardzo mądra uwaga, doktorze. Jak pan zgadł? A może to nie było zgadywanie?

– Prawdę mówiąc, Dodo, jestem człowiekiem obdarzonym intuicją. – Wolną ręką wzniósł swą szklankę, która była raczej pokaźnych rozmiarów, i wypił duszkiem jej zawartość. Potem uścisnął małą tłustą rączkę Dodo, tak jakby chciał zasygnalizować tym z restauracji, że powinni pośpieszyć się z kolacją. Dodo nie cofnęła swej dłoni, tylko wyciągnęła drugą, w której trzymała szklankę.

– Jeszcze jeden mały drink – rzekła. – Czuję, że zaraz przyniosą nam kolację.

Tuby puścił jej dłoń, wziął szklankę i podniósł się z kanapy – co nie było wcale takie łatwe – trzymając szklankę w rękach. Powoli zbliżał się do szafki, w której stały butelki, zastanawiając się po drodze, czy ma ograniczyć się do małego drinka i zachować przytomność umysłu, czy też nalać potrójną porcję i niech się dzieje, co chce. Nie zdążył powziąć ostatecznej decyzji i wciąż jeszcze grzebał w lodzie, gdy rozległ się dzwonek u drzwi. Czyżby kolacja, wreszcie? – pomyślał.

– Oto kolacja – zawołała Dodo. – Pójdę otworzyć. Niech się pan zajmie drinkami.

Z uczuciem ulgi Tuby, zupełnie nie wiedząc, co robi, nalał sobie whisky i machinalnie wypił trochę. Jak w zamroczeniu przysłuchiwał się głosom dobiegającym z holu i odgłosowi jakiegoś wózka, który wtaczano, po czym połknął kilka frytek i zaczął rozglądać się za toaletą. Znalazł ją wreszcie gdzieś w drugim końcu salonu. Wyglądała tak, jakby należała kiedyś do Marii Antoniny. Nawet podniesienie deski na misce klozetowej, która przykryta była barwną poduszką, miało w sobie coś z czynu rewolucyjnego. Przepojony zapachem perfumowanego mydła wrócił do salonu; zastał Dodo przy butelkach.

– Trafił pan do niewłaściwej łazienki, mój niegrzeczny panie. – Był to żartobliwy zarzut, ale Dodo nie śmiała się. (Dodo nigdy się nie śmiała, nigdy pełnym śmiechem, jak sobie później uświadomił. Być może nie mogła się śmiać z powodu jakiejś operacji kosmetycznej czy czegoś w tym rodzaju). – Niech pan będzie taki dobry i zobaczy, czy w jadalni wszystko jest w porządku. Przysłali kelnera, który tu jeszcze nigdy nie był... Młody chłopak... raczej przystojny. Zresztą nawet ci inni zapominają o różnych rzeczach. Jadalnia jest z drugiej strony holu.

Jadalnia była bardzo wąska i urządzona skromniej, bardziej po męsku, nie tak jak salon czy tamta łazienka. Kelner z miną człowieka zdegustowanego kończył właśnie nakrywać do stołu. Miał czarne baczki i można by go wziąć za Sycylijczyka, gdyby nie jego szkocki akcent.

– Powiem panu coś – oświadczył. – Gdyby ode mnie zależało, to zniósłbym dostarczanie posiłków do mieszkań w takich wieżowcach jak ten. – W głosie jego brzmiała gorycz. – Ale na sezon letni wyjeżdżam na północ – dodał. – A co z winem? Czy pan sam otworzy butelkę?

– Nie wiem – odparł Tuby.—Nie będę pił wina. Piję whisky.

– O mój Boże, gdybym ja tak mógł – westchnął kelner. – No, to chyba wszystko, co mogę zrobić dla pana. Trzeba jeszcze tylko podpisać rachunek.

Tuby wskazał na drzwi, tak jakby to mogło natychmiast ściągnąć do jadalni lady Butteries. Oczywiście nie był w stanie stwierdzić, czy wszystko jest na stole, bo nie wiedział, co powinno się na nim znaleźć, z wyjątkiem soli i pieprzu. Poszedł więc do salonu i zabrał szklankę z resztkami nie wypitej whisky. Nie omieszkał też wziąć karafki z whisky – największej chyba karafki, jaką kiedykolwiek widział – i z tym wrócił do jadalni. Poczęstował kelnera kieliszkiem i rzekł:

– Jeśli jesteś taki zgorzkniały, mając lat dwadzieścia dwa mój chłopcze, to pomyśl, co będzie z tobą, gdy będziesz miał lat pięćdziesiąt dwa?

– Nie dożyję takiego wieku. Ale dziękuję mimo to za kieliszek.

Wreszcie nadeszła Dodo, podpisała rachunek, dała kelnerowi napiwek i umówiła się, że pozostawi drzwi wejściowe otwarte, tak że będzie można, nie przeszkadzając nikomu, zabrać zastawę. Dodo rozłożyła potrawy; avocado na przystawkę, supreme de volaille jako danie główne i sałatka owocowa na deser. Wszystko było bardzo smaczne, ale trochę za skromne dla mężczyzny, który od godziny marzył o jedzeniu. Dodo oświadczyła, że napije się wina, nawet jeśli on się nie da skusić. Tuby otworzył więc butelkę, mersault 59, sądząc po nalepce. Jeśli ona wytrąbi tę butelkę po tylu bacardi, myślał Tuby, to będzie zdolna do wszystkiego.

Siedzieli naprzeciwko siebie przy długim stole. Za nią na ścianie wisiał portret pięknej kobiety w białej sukni i dużym kapeluszu. Dodo oznajmiła, że to portret jej babki.

– To była słynna piękność w okresie króla Edwarda. Chodziła na przyjęcia, gdzie wszyscy kładli się z wszystkimi do łóżka. Wyobrażam sobie, co to musiały być za łóżka – dodała w zamyśleniu. – Nie było nic innego do roboty w tamtych czasach. Czy pan lubi tę epokę? Ja czasem lubię, a czasem nie.

– A ja na ogół lubię – rzekł Tuby, napełniając jej kieliszek. – Ale nie z powodu łóżek. Jeśli się przyjrzeć okresowi schyłku imperium, od 1901 do 1914 roku, to można powiedzieć, że znamionował go rozkwit brytyjskiego geniuszu i talentu. Często myślę, że urodziłem się o pięćdziesiąt lat za późno, oczywiście, jeśli założyć, że moja rodzina byłaby bogata, co nie odpowiada rzeczywistości. – W tym miejscu przerwał, chociaż był to temat, który mógł rozwijać długo, zdał sobie bowiem sprawę, że Dodo go nie słucha. Przypomniał sobie również, że Saltana prosił go, aby zajął się jej wizerunkiem. – Czy wie pani, moja droga – rzekł z przekonaniem – że nie byłoby źle, gdyby pani obrała osobowość damy z epoki króla Edwarda. Jest w pani jakieś podobieństwo do babki.

– Och, jakie to mądre i kochane, Owenie. – Zerwała się ze swojego miejsca, podbiegła do niego, bez słowa napełniła mu szklankę whisky i złożyła na jego czole szybki, mokry pocałunek. Gdy wróciła na miejsce, zaproponowała, żeby wypili za swoje zdrowie, co też uczynili.

– Czy wie pan – oświadczyła – że ja również często o tym myślałam, ale wydawało mi się, że jestem za niska. Te wszystkie kobiety, niech pan weźmie moją babkę, były jak żyrafy, miały wzrost powyżej siedmiu stóp.

– To oczywiście złudzenie – rzekł Tuby powoli, ostrożnie, jak człowiek, który czuje, że wpada w stan alkoholowego zamroczenia. – To portreciści, tacy jak Sargent i inni, wydłużali je, Dodo. Pani jest zapewne równie wysoka jak one. Być może wyższa. Tak, wyższa. I ma pani piękne ramiona – dodał – bardzo piękne ramiona. To jedna z pierwszych rzeczy, na które zwróciłem uwagę. Jak tylko usiedliśmy na kanapie, powiedziałem sobie: lady Butteries ma bardzo piękne ramiona. Edwardowskie ramiona, powiedziałbym teraz. Jest to gatunek ramion... pięknie ukształtowanych... który zanika. Pani musi temu gatunkowi przywrócić blask. Ramiona muszą stać się istotną częścią pani wizerunku, moja droga Dodo.

Nie mógł narzekać, że nie przysłuchuje się tej części jego wywodów. Dodo wdała się w długą replikę, na którą nie zwracał uwagi. Kurczę było suche i raczej twarde. Kolacja mogła być lepsza. Czuł pragnienie, a że nie było wody, więc pił whisky. Tymczasem Dodo, nie przerywając paplaniny, napełniała i opróżniała swój kieliszek.