Potwory - Anna Potyra - ebook

Potwory ebook

Anna Potyra

4,4

36 osób interesuje się tą książką

Opis

W warszawskim lasku miejskim zostają odnalezione zwłoki kobiety. To wschodząca gwiazda polskiej sceny operowej. Piękna, młoda i utalentowana. I… poliamorystka. Uważała, że można kochać więcej niż jedną osobę, że pozostawanie w związkach otwartych może je wzbogacać. Nie miała wrogów, wszyscy mówią o niej dobrze.

A jednak została brutalnie zamordowana…

Obraz miejsca zbrodni nie pozostawia wątpliwości. Takiego czynu mogła dokonać jedynie osoba ogarnięta szałem nienawiści. Tylko do kogo była ona skierowana? Do zamordowanej kobiety, dlatego że jej talent był dla kogoś zagrożeniem? Dlatego że była wyznawczynią poliamorii, czy do kobiet w ogóle?

Czy odkrycie sekretów życia śpiewaczki pozwoli wyjaśnić tajemnicę jej śmierci? A może w Warszawie zaczęła grasować bestia, dla której zabicie drugiego człowieka nie znaczy nic w obliczu zaspokojeniu chorych popędów?

Śledczy ścigają się z czasem, pełni obaw, że ta zbrodnia jest tylko początkiem krwawej serii…

Tylko, że nic w tej sprawie nie jest tym, na co wygląda.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 435

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
guciaszek01

Nie oderwiesz się od lektury

Niezła książka jak na totalny strzał w ciemno. Szybko się czyta
00

Popularność




Anna Potyra Potwory ISBN Copyright © Anna Potyra, 2020All rights reserved Redaktorzy prowadzący Jan Grzegorczyk, Tadeusz Zysk Redaktor językowy Agnieszka Czapczyk Projekt okładki i stron tytułowych Mariusz Banachowicz Skład komputerowy Teodor Jeske-Choiński Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dla Moniki

 

Strzeż się, strzeż zazdrości,

Zielonookiej potwory, co sama

Z swej szydzi strawy!

William Szekspir, Otello

(w przekładzie Leona Ulricha)

Prolog

Marzec

Zza zamkniętych drzwi garderoby dochodziły stłumione dźwięki instrumentów. Skrzypce, flety i kontrabasy kłóciły się ze sobą, gdy muzycy rozgrzewali się przed występem. Jedni sprawdzali, czy ich palce są już gotowe, by zwinnie i posłusznie biegać po strunach, inni dostrajali instrumenty, by nie wydobył się z nich ani jeden fałszywy dźwięk. Tłem tego osobliwego koncertu był gwar publiczności zajmującej miejsca w sali Moniuszki warszawskiej Opery Narodowej, która lśniła przepychem w miękkim świetle złotych kinkietów i żyrandoli.

Już za parę minut światła zgasną i wszyscy zamilkną w oczekiwaniu, aż dyrygent uniesie w górę batutę, a kilkadziesiąt instrumentów połączy się w jedną melodię.

Natasza Zandler siedziała przed toaletką, jednak nie patrzyła w lustro. Nie musiała podziwiać olśniewającej sukni balowej z głębokim dekoltem ani eleganckiego koka, którego pojedyncze loki spływały na jej smukłą szyję. Wiedziała, że w odbiciu nie zobaczyłaby siebie, lecz Violettę Valery. Zamknęła oczy i uspokoiła oddech. Wdech, wydech. Powoli. Bez pośpiechu. To był czas na to, by oczyścić głowę ze wszystkich myśli i stać się piękną francuską kurtyzaną. Nie tylko za sprawą stroju czy fryzury, ale również w sercu i w duszy. Dopiero wtedy będzie mogła pewnym krokiem wejść na scenę, po to by kolejny raz przeżyć dramat bohaterki, która na dwie godziny zamieszka w jej ciele. Będzie mogła zalać publiczność falą emocji i wzruszeń, a kiedy wreszcie spektakl dobiegnie końca, wróci rozedrgana po przeżyciach wieczoru na to samo krzesło, na którym teraz siedzi, żeby odbyć podróż powrotną. Razem z makijażem zmyje z siebie ból nieszczęśliwej miłości, razem z suknią zdejmie cierpienie Violetty i zacznie powoli odzyskiwać własną tożsamość.

Kochała to. Nic w życiu nie dawało jej tak silnych doznań, jak te chwile uniesień na scenie, kiedy nie była sobą. Mogła wtedy bez żadnych konsekwencji oddawać się rozpaczy, przeżywać miłosne uniesienia, nadzieję, strach, radość i smutek. A na koniec wzruszenie, gdy publiczność nagradzała ją owacjami na stojąco, a ona uśmiechała się szczęśliwa, ale wciąż jeszcze zagubiona pomiędzy dwoma światami — rzeczywistym i scenicznym.

Drgnęła na dźwięk pukania. Otworzyła oczy i odwróciła się w stronę drzwi. Stała w nich pani Maria, trzymająca przed sobą wielki bukiet herbacianych róż. Miały prawie taki sam odcień jak suknia Violetty.

— Pani Nataszo — zaczęła niepewnie. Garderobiana znała zwyczaje solistki i wiedziała, że to nieodpowiedni moment na odwiedziny. — Przepraszam, że przeszkadzam, ale jakiś pan przyniósł kwiaty. Tłumaczyłam mu, że lepiej wręczyć je po występie, ale bardzo nalegał, żeby dać je pani teraz.

Solistka uśmiechnęła się.

— Nic się nie stało, dziękuję. Proszę je tam postawić. — Wskazała ręką na niewielką szafkę stojącą obok toaletki.

Kobieta wślizgnęła się do środka, pospiesznie nalała wody do wazonu i wstawiła do niego róże.

— Trzeba przyznać, że są piękne — powiedziała i odwróciła się do wyjścia.

Natasza zamknęła oczy i odchyliła głowę do tyłu. Siedziała w ciszy kilka minut, a kiedy poczuła, że jest gotowa do występu, wstała i podeszła do szafki, na której ustawiony był wazon z kwiatami. Delikatnie ujęła bilecik przypięty do jednej z róż i otworzyła go. Pospiesznie przebiegła wzrokiem po starannie wykaligrafowanych słowach, a kiedy dotarł do niej ich sens, poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Jej dłonie zrobiły się lodowate, a serce zaczęło tłuc tak mocno, że wydawało jej się, iż całkowicie zagłusza dźwięki dochodzące zza zamkniętych drzwi.

— Nie… — szepnęła i opadła na krzesło. — Nie… nie… — powtarzała, raz po raz kręcąc głową. Czuła, jak wzbiera w niej panika.

Z transu wyrwał ją ostry dźwięk dzwonka wzywającego na scenę. Wstała i na chwiejnych nogach podeszła do umywalki. Odkręciła zimną wodę i nabrała jej w dłonie, po czym zanurzyła w nich twarz. Potem jeszcze raz i jeszcze. Kiedy skóra zaczęła ją mrowić, wyprostowała się wreszcie i osuszyła twarz ręcznikiem. Nie zważała na to, że po doskonałym makijażu zostały jedynie ciemne smugi pod oczami. Oczyściła je i podeszła do drzwi. Drugi dzwonek. Wiedziała, że dawno już powinna być na scenie, ale wciąż stała z ręką na klamce, tak jakby bała się opuścić bezpieczne zacisze własnej garderoby. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Jej twarz była blada, a spojrzenie orzechowych oczu niespokojne.

Wzięła głęboki oddech, otworzyła drzwi i wśród szelestu atłasu i koronek ruszyła w stronę kulis krokiem tak energicznym, jakby obawiała się, że bez odpowiedniej determinacji nie dojdzie tam wcale.

— Jesteś wreszcie — powiedział Szymon na jej widok. Sceniczny Alfredo w eleganckim fraku i z cylindrem pod pachą przesunął się nieznacznie, żeby zrobić jej miejsce. — Wszystko w porządku? — zapytał, ale jego słowa zostały zagłuszone przez trzeci dzwonek.

Gwar panujący po drugiej stronie kurtyny zaczął zamierać. Przez chwilę trwała pełna oczekiwania cisza, przerwana wreszcie przez pierwsze tony uwertury Verdiego.

Chociaż Natasza czuła, że muzyka ją uspokajała, nie była w stanie zagłębić się w swoją rolę. Była profesjonalistką, dlatego bezbłędnie poruszała się po scenie, a jej sopran rozbrzmiewał czysto i donośnie. Śpiewała wspaniale. Zarówno Brindisi, popisowy duet z Alfredem, jak i liczne arie solowe wywoływały burzliwy aplauz. Publiczność rozpływała się nad jej kreacją, jej temperamentem i jej głosem. Jednak dziś nie była Violettą Valery. Dziś pozostała aktorką i śpiewaczką, której tylko Szymon rzucał co jakiś czas uważne spojrzenia.

Kiedy wreszcie wziął ją w ramiona i we wzruszającej scenie zaczął żegnać się z umierającą ukochaną, Natasza odwróciła twarz w stronę widowni i tonącym w rozpaczy głosem śpiewała swoją część przedostatniej arii. Wtedy jej spojrzenie padło na siedzącego w trzecim rzędzie mężczyznę.

Patrzyła na niego, a on na nią.

To niemożliwe — pomyślała. A wtedy on się uśmiechnął. Tak jak kiedyś. Tak jak zawsze.

Nagle wszystko wokół niej zaczęło wirować. Głos uwiązł jej w gardle w połowie słowa i ugięły się pod nią nogi. Gdyby Szymon nie trzymał jej mocno, osunęłaby się na deski. Siedzący na widowni mężczyzna bezgłośnie wypowiedział dwa słowa. Natasza odczytała je bez trudu. W przeszłości zbyt wiele razy słyszała, jak zwraca się do niej swoim chrapliwym głosem, żeby teraz mieć wątpliwości, w jakie sylaby składają się jego usta.

Na jej szyi zacisnęła się niewidoczna obręcz strachu. Nie mogła znieść jego widoku, a mimo to nie była w stanie odwrócić od niego wzroku. Z każdą sekundą oddychała coraz płycej, aż wreszcie poczuła, że zaczyna brakować jej tchu.

Szymon potrząsał nią delikatnie, żeby się ocknęła i wróciła do swojej roli, jednak kolejne takty muzyki uciekały, a jej głos wciąż do nich nie dołączał.

Kiedy przyszła scena śmierci, pozwoliła, by Alfredo położył ją na scenie, i zamknęła oczy. Przez cały czas czuła na sobie palące spojrzenie mężczyzny siedzącego w trzecim rzędzie. Ostatkiem sił zmusiła się do tego, by leżeć na deskach opery, choć wszystko w środku burzyło się i zmuszało ją do ucieczki.

Jeszcze dwie minuty. Jeszcze minuta. Kilka sekund. I wreszcie koniec. Kurtyna opadła.

W kierunku sceny ruszyli pracownicy teatru z kwiatami dla solistów. Jednak kiedy ciężkie purpurowe kotary ponownie się rozsunęły, wśród kłaniających się uniżenie artystów tej, dla której przyniesiono najwięcej bukietów, już nie było.

Rozdział 1

Lipiec

Komisarz Adam Lorenz siedział i czekał. Nic w jego pozie nie zdradzało zdenerwowania. Dłonie splecione luźno na brzuchu, głowa lekko odchylona w bok, beznamiętne spojrzenie. Nawet postukujące o siebie kciuki i podskakujące pięty, które na ogół świadczą o nerwowości lub zniecierpliwieniu, poruszały się na tyle wolno, że jedynie pogłębiały wrażenie spokoju.

W pokoju panowała cisza, którą dopiero po dłuższej chwili przerwał głos Pawła Lesickiego:

— Nie potrzebujemy tego.

Naczelnik siedział po drugiej stronie biurka. Jego twarz pozostała nieprzenikniona, ale Lorenz znał go na tyle dobrze, by wiedzieć, że przełożony jest wściekły. Zdjął wąskie okulary do czytania, które spoczywały na samym czubku jego dużego prostego nosa, i odłożył je na otwartą gazetę.

— Nie bardzo rozumiem, co chciałeś osiągnąć — powiedział, unosząc brwi. Skrzyżował ręce na piersiach i wbił spojrzenie w komisarza.

Pytania, na które nie oczekiwał odpowiedzi, były jego specjalnością. Miał nawet osobny ton głosu zarezerwowany jedynie dla nich. Cichy i spokojny, ale dopełniony drobnymi gestami, które nie pozostawiły wątpliwości, że choć nie zdziwiony, jest głęboko rozczarowany.

Lorenz się nie odezwał. To nie była ich pierwsza rozmowa, która przebiegała według tego schematu. Teraz był czas na milczenie, które miało zalać delikwenta na dywaniku falą wstydu i skruchy. Być może gdyby Lesicki był słabszym człowiekiem, jego zachowanie wydawałoby się jeśli nie komiczne, to przynajmniej teatralne, jednak miał dość charyzmy, by miażdżyć rozmówców ciszą.

Naczelnik był wysokim, dość szczupłym mężczyzną koło pięćdziesiątki. Przez ostatnie dziesięć lat przyzwyczaił współpracowników do swojej małomówności. Być może dlatego, że był tak oszczędny w słowach, podwładni stali się wyczuleni na mimikę, mowę ciała Lesickiego i ton jego głosu. Wykształcił się równoległy kanał komunikacji. Nie dla wszystkich równie wyraźny i czytelny, jednak komisarz Lorenz, którego Lesicki ściągnął do stołecznego Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw niedługo po objęciu rządów, wiedział, że naczelnik gotuje się w środku.

— Trzeba trochę myśleć. — To zdanie wykrzyczane z innych ust nie miałoby takiej mocy, jak wypowiedziane równo i spokojnie przez Lesickiego.

Lorenz odwrócił wzrok i wzruszył ramionami.

— Tak wyszło.

— Tak? — Naczelnik nieprzyjemnie przeciągnął samogłoskę. Potem przez dłuższy czas słychać było jedynie sekundnik przeskakujący na dużym zegarze ściennym. Wreszcie zaszeleściła gazeta, gdy naczelnik podniósł ją, odwrócił do góry nogami i rzucił na blat z drugiej strony. — A teraz mamy takie tytuły.

Lorenz już zdążył zapoznać się z dzisiejszą prasą, ale gdy dziennik wylądował przed jego nosem, machinalnie ogarnął spojrzeniem duże czerwone litery.

„Brutalnie pobicie w centrum Warszawy”. Obok znajdowało się zdjęcie na oko trzydziestoletniego mężczyzny z udręczoną miną i bandażem na głowie. Pod nim widniał podpis: „Zrobił mi to policjant!”.

— To tabloid — skwitował, oddając gazetę przełożonemu. — Nie powinieneś wierzyć we wszystko, co tam piszą.

— Ale o czym my tu w ogóle mówimy? — Lesicki zawiesił głos. — To rozpęta nagonkę. Nie rozumiesz? — Uniósł stronę z artykułem i potrząsnął szarawym papierem. — Co tu widzisz? Smutny pan z bandażem na głowie, a tu Adam L., zły policjant z czarnym paskiem na oczach — wysyczał, kładąc swoją dużą dłoń najpierw na pierwszym, a potem na drugim zdjęciu ilustrującym tekst. — Na dodatek przez tę ogoloną głowę wyglądasz jak zbir w mundurze.

Komisarz musiał zgodzić się z naczelnikiem. To nie była zbyt korzystna fotografia. Pochodziła z jakiej kretyńskiej uroczystości, podczas której wszyscy klepią się po plecach, a kadra kierownicza odczytuje nudne przemówienia, mające miło połechtać podwładnych i zmotywować ich do dalszych wysiłków. Lorenz dostał wyróżnienie za zasługi przy ujęciu sprawcy świątecznej masakry, dlatego po zakończeniu uroczystego apelu stał się ofiarą fotografa, który przez dwadzieścia minut przestawiał go po białej sali Pałacu Mostowskich, jakby był jakąś cholerną modelką. Nic dziwnego, że zrobił się zły.

— Są wakacje, sezon ogórkowy. Taki temat to manna z nieba. Zaraz zacznie się odkopywanie spraw, gdzie doszło do przekroczenia uprawnień przez policjantów.

— Moment — zaprotestował Lorenz. — Nie przekroczyłem uprawnień.

— Pobiłeś go czy nie?

— Owszem. Ale zrobiłem to w czasie wolnym.

Lesicki spojrzał na niego spode łba i westchnął ciężko. Znał sprawę i nie wyglądało to dobrze. Ani prawnie, ani medialnie.

— Nie muszę ci chyba przypominać, że nie wszystkie sprawy można załatwić w rękawicach bokserskich.

— Nie miałem rękawic.

Naczelnik przygryzł dolną wargę. Wpatrywał się w komisarza, zalewając go milczącą falą dezaprobaty.

— Czy możemy rozmawiać jak dorośli ludzie? Dziękuję — powiedział chłodno, mimo że Lorenz nawet nie drgnął. Po chwili podjął: — Na razie muszę odsunąć cię od obowiązków służbowych.

— Paweł, nie wygłupiaj się. — Twarz Lorenza ściągnęła się nieznacznie, zdradzając złość.

— To ty wygłupiłeś się pierwszy. Myślisz, że mi to pasuje? Już i tak nie mam kim robić. Pracy przybywa, a ludzi ubywa. A teraz to. Wiesz, że komendant ma pierdolca na punkcie wizerunku. Muszę cię schować, dopóki to się nie wyciszy. I nie wyjaśni.

— Zawieszasz mnie?

Lesicki pokręcił lekko głową. Ten podwładny nie należał do najbardziej potulnych owieczek w stadzie i to nie była pierwsza reprymenda. Do tej pory jednak wzywał go na dywanik bardziej z poczucia obowiązku. Tak naprawdę zawsze był w obozie Lorenza, bo w gruncie rzeczy jego wybryki służyły słusznej sprawie. Komisarz był dużo bardziej elastyczny niż instytucja, w której pracował, i czasem to sprowadzało nad jego głowę ciemne chmury. Tym razem jednak naczelnik nie mógł skończyć na pogadance. Szukał słów, które nie gruchną jak żeliwny żyrandol urwany z sufitu. Już miał powiedzieć, że nie ma konieczności podejmowania działań dyscyplinarnych i coś jeszcze o niepotrzebnym stygmatyzowaniu, gdy rozdzwonił się telefon na biurku.

— Lesicki — odezwał się, a potem słuchał w milczeniu, nieświadomy tego, jak bardzo zmienił się wyraz jego twarzy. — Rozumiem. Tak. Już zbieram ludzi.

Rozłączył się bez pożegnania, odsunął potężny fotel obrotowy od biurka i wstał.

— Zabójstwo?

Naczelnik drgnął lekko, słysząc pytanie Lorenza, tak jakby zaaferowany sprawą przedstawioną przez telefon, zapomniał o jego obecności. Skinął głową.

Komisarz natychmiast poderwał się z krzesła. Wszedł w swoją rolę, jakby rozmowa z przełożonym w ogóle nie miała miejsca.

— Nie ma Pierzchały — powiedział, kierując się do drzwi. Pamiętał, że szef techników wyjechał na początku tygodnia. — Trzeba będzie wziąć tego wysokiego, bo ten drugi działa mi na nerwy. Co wiadomo?

Lesicki pierwszy położył rękę na klamce. Zanim ją nacisnął, spojrzał na Lorenza. Policjant wyglądał jak ogar na polowaniu, który tylko czeka, by ruszyć za zwierzyną. Przełożony pokręcił głową.

— Ty idziesz na urlop — oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Potem gwałtownie otworzył drzwi i wściekły, że nie może spuścić ze smyczy swojego najlepszego psa, pognał długim korytarzem.

***

— Coś jej zrobił? — z każdego wypowiedzianego przez Lorenza słowa kapał gniew.

Postawił krok w kierunku mężczyzny. Tyle wystarczyło, by przeciwnik znalazł się w zasięgu jego rąk. Popchnął go tak mocno, że szafa, o którą tamten walnął plecami, jęknęła głucho.

— Coś jej zrobił, skurwysynu?! — ponowił pytanie. Tym razem wrzasnął, a jego spojrzenie znowu uciekło w kierunku tapczanu, gdzie przed chwilą siedziała dziewczynka. Na jasnym materiale odcinała się czerwona plama. Nieduża. W zasadzie plamka. To ona zacisnęła dłonie Lorenza w pięści, które spadły gradem na mężczyznę. Jeden cios za drugim. Bez przerwy. Bił na oślep, nie zważając na to, że to niehonorowa walka. Przeciwnik był słabszy. Nie miał szans. Nawet nie próbował się bronić. Jedynie podnosił niezbornie ręce, by choć trochę osłonić głowę. Nie na wiele to się zdało. Jego twarz powoli zmieniała się w miazgę.

Gdyby te uderzenia mogły cofnąć czas. Zmyć winy. Naprawić krzywdy. Tak, były jedynie marnym odwetem, karą, która nic nie zmieni. Albo po prostu ujściem dla złości, która paliła go od środka jak spirytus spływający w dół przełyku.

Powinien to zobaczyć wcześniej.

Powinien wiedzieć.

Powinien zrozumieć.

Powinien zareagować. Wcześniej.

Bił bez chwili przerwy. Równo i mocno. Raz, dwa. Raz, dwa. Bez zahamowań. Bez litości.

— Dobra, wystarczy już! — Słowa ze świata zewnętrznego z trudem przedzierały się do jego świadomości. — Adaś, dziku jeden! Koniec na dzisiaj, bo zepsujesz chłopaka.

Otrzeźwiał dopiero, gdy usłyszał swoje imię. Wrócił do rzeczywistości jak człowiek, którego hipnotyzer wyprowadza z transu pstryknięciem palców.

— Zamyśliłem się — wysapał zmęczony. Otarł rękawicą strużkę potu spływającą po szyi i przecisnął się między linami, by zejść z ringu.

— O! Słyszałeś? — Suchy, trener prowadzący sparing, zwrócił się do dryblasa na ringu. — Jak chcesz boksować tak dobrze jak Adaś, to musisz więcej myśleć — rzucił ze śmiechem, ale za chwilę spoważniał i przywołał zawodnika do siebie, żeby omówić z nim błędy popełnione podczas walki.

Lorenz poszedł do szatni, zdjął rękawice i zabrał się za rozwijanie bandaży. Czuł się trochę rozładowany po treningu, ale mimo to nie opuszczała go złość, która zbierała się pod skórą jak tkanka tłuszczowa.

Musiał przyznać, że Igor pięknie to rozegrał. Poszedł do prasy, zanim opuchlizna zeszła z tej jego zakłamanej mordy, i sprzedał jakąś rzewną historyjkę. Rybka szybko połknęła haczyk. Już wkrótce gazety zaczęły prześcigać się w opisach i ocenach całego zajścia. Wnikliwe psychoanalizy Lorenza zastąpiły doniesienia o korkach przy bramkach na A-jedynce, a jego zdjęcia, które przed dwoma laty obiegły wszystkie główne dzienniki, gdy został okrzyknięty bohaterem, teraz drukowano z czarnym paskiem na oczach. Nie brakowało ekspertów i komentatorów. Lorenz rozczarował społeczeństwo, system zawiódł.

Policjant nie dbał o to, że media zrobiły z niego brutalnego, wyrachowanego oprawcę. Włączy się do tej dyskusji, gdy przyjdzie na to pora. Na razie nie miał nic do powiedzenia, co jeszcze bardziej pobudzało wyobraźnię dziennikarzy. Nie przejmował się tym. Ale przez tę całą awanturę Lesicki schował go pod dywan, jak prezes Macierewicza przed wyborami. I to go rozwścieczyło.

Urlop mu nie służył. Bez dwóch zdań.

I nawet nie chodziło o to, że praca stanowiła trzon jego życia. Tak naprawdę w ostatnich miesiącach coraz częściej zdarzały się chwile, że czuł coś innego niż wszechogarniającą pustkę, która stała się jego sposobem na przetrwanie. Ogromny ciężar, jaki przytłaczał go od wypadku, zelżał i choć Lorenz wiedział, że nic już nigdy nie będzie takie jak kiedyś, powoli zaczynał wracać do życia.

Dlatego mógłby wyjechać na urlop. Tak jak w zeszłym roku. Pojechał wtedy w Tatry, połaził po górach. Dobrze mu to zrobiło. Ale nie teraz.

Teraz zamordowano młodą kobietę i to on chciał znaleźć osobę odpowiedzialną za tę zbrodnię. Takie śledztwa go nakręcały. Podnosiły jego poziom adrenaliny, rzucały wyzwanie. Były jak partia szachów, mecz piłkarski i skok na bungee w jednym. No i najważniejsze. Nagrodą główną nie był żaden puchar, metalowy dzbanek, który można kupić w Decathlonie, tylko sprawca. Trofeum. Kolejne nacięcie na lasce wędrowca zdobywającego szczyty. Im trudniejszy szczyt, tym cenniejsze nacięcie.

Powinien być teraz na miejscu zbrodni. Zbierać informacje i formułować przypuszczenia. Szukać dowodów i słuchać intuicji. Ustalać plan działania. A nie zabijać czas.

Lorenz wydał krótki wściekły ryk i schylił się do torby, by wyjąć wilgotne od potu bandaże. Ciasno owinął dłonie i nadgarstki i z powrotem założył rękawice. Pięć minut później stał przed workiem treningowym, który na okoliczność chwili przybrał rysy tego padalca, który nie dostał jeszcze nawet drobnego ułamka tego, na co zasłużył. Potem po raz kolejny dał się ponieść fantazji.

Rozdział 2

Aspirant Mateusz Corsetti włączył kierunkowskaz i zjechał z Radiowej w mało uczęszczaną uliczkę, na tyle wąską, że korony drzew bemowskiego lasu, który przecinała, zamykały się nad nią jak parasol. Cień, w którym zanurzyła się srebrna kia, przyniósł większą ulgę niż zimny nawiew klimatyzacji, który wprawdzie obniżał temperaturę panującą w radiowozie, ale nie chronił przed palącymi promieniami słońca. Upał, trawiący Warszawę od miesiąca, nie tylko zamienił soczyste zielone trawniki miejskie w pożółkłe stepy, ale sprawił, że stolica się wyludniła. Było sobotnie przedpołudnie i każdy, kto mógł, uciekł w poszukiwaniu chłodu. Na działkę, nad rzekę, na basen, nad jezioro — gdziekolwiek, byleby tylko choć przez chwilę odpocząć od gorących ulic, które grzały jak płyty indukcyjne, i wszechobecnego betonu, kumulującego lejący się z nieba żar.

— Nie mogą się mordować w środku tygodnia? — Mateusz był wyraźnie zły. — Zawsze tak jest. Spakujesz się, wsiądziesz do samochodu — telefon. Dosłownie jakby Lesicki czekał na najmniej dogodny moment. Ja nie wiem!

Iza Rawska, profilerka w Wydziale Zabójstw, która siedziała na fotelu pasażera, wzruszyła ramionami. Ona miała dziś jechać oglądać kafelki. Jej koleżanka przymierzała się do remontu łazienki i jakimś niepojętym sposobem wmanewrowała ją w wycieczkę po marketach budowlanych. Jakkolwiek niezręcznie by to zabrzmiało, jej to wezwanie było na rękę.

— Pomyśl, że zwłoki mogły zostać znalezione w jakimś gorącym mieszkaniu na poddaszu starej kamienicy. Smród, muchy i czterdziestostopniowy zaduch. A tak, to proszę: piękny las, świeże powietrze. Ptaki śpiewają.

— A idź… — burknął Corsetti i zwolnił na widok gapiów, którzy gromadzili się przy biało-zielonym szlabanie. Stało przy nim dwóch policjantów. Miejsce zbrodni znajdowało się wprawdzie kilkaset metrów głębiej i było ogrodzone żółtą taśmą policyjną, ale nie było potrzeby, żeby obklejał ją wianuszek ciekawskich, dlatego policja wystawiła pierwszą linię oporu już w tym miejscu. Funkcjonariusze mieli kierować spacerowiczów i rowerzystów na ścieżkę, która znajdowała się bliżej Radiowej. Niektórzy oddalali się niespiesznie, odwracając głowy w nadziei na dojrzenie czegoś, co zaspokoiłoby ich ciekawość. Inni, bardziej żądni sensacji, zmieniali plany i przyklejali się do zbiegowiska. Słychać było podniecone szepty, padały hipotezy i domysły. Ci, którzy stali dłużej, wprowadzali nowo przybyłych w sytuację. Przyjechało dużo policji. Może ktoś zasłabł w lesie? Nie. Karetki nie było. Poza tym za bardzo pilnowali. A jeden samochód to prowadził ten prokurator, co często jest w telewizji. Jak mu tam? Nie, nikt nie pamiętał, jak on się nazywa, ale ludzie wiedzieli, który.

A teraz przyjechał kolejny radiowóz. Wszyscy patrzyli z zainteresowaniem, jak szyba kierowcy zjeżdża na dół, a ciemnowłosy, dość potężny mężczyzna wystawia rękę i skinieniem dłoni pozdrawia funkcjonariuszy, którzy zawczasu otworzyli szlaban. Jeden nachylił się do kierowcy i zamienił z nim kilka słów. Drugi zgłosił coś przez radiostację. Potem kia minęła znak zakazu wjazdu oraz dużą tablicę informacyjną z mapką i zanurzyła się w mrocznym lesie. Nikt już na to jednak nie zważał, bo teraz uwagę gapiów przykuł nadjeżdżający karawan. Czarny mercedes zatrzymał się w miejscu, gdzie przed chwilą stał radiowóz, podsycając mroczne fantazje zgromadzonych.

Aspirant zdążył dostrzec go we wstecznym lusterku, zanim wąska leśna droga skręciła łagodnym łukiem w prawo. Mniej więcej dwieście metrów dalej ukazały się samochody innych członków ekipy pracującej już na miejscu zbrodni. Zjechał na leśną ściółkę i zatrzymał auto za zamykającym sznur pojazdów mercedesem prokuratora. Wysiadł i nie czekając na Rawską, ruszył w stronę kłębiących się między drzewami techników.

Szedł ze wzrokiem utkwionym w żółtej policyjnej taśmie, której zadaniem było przecież zabezpieczenie miejsca zbrodni, jednak Corsettiemu zawsze kojarzyła się bardziej z ostrzeżeniem. Uwaga! Teren skażony! Nie wchodzić! I choć tu nie było żadnych niebezpiecznych substancji, przebywanie po drugiej stronie taśmy było szkodliwe. Odbierało spokój, zabijało nadzieję, odzierało ze złudzeń. Wywracało człowieka na drugą stronę. Teren w istocie był zanieczyszczony, tyle że źródłem skażenia nie były niebezpieczne chemikalia, a zło, które tkwiło u źródła każdej zbrodni. Wziął głęboki oddech, jakby miał wskoczyć do zimnej wody, schylił się i przeszedł pod taśmą.

— Ty, a co ty robisz w strefie dla VIP–ów? — zapytał na widok policjanta, który gryzmolił coś w notatniku. — Nie za młody jesteś?

Mimo że Marcin Brylski zadebiutował w Wydziale Zabójstw ponad dwa lata temu, starsi koledzy wciąż często traktowali go protekcjonalnie. Nie miało znaczenia, że przez ten czas przeobraził się z nieopierzonego żółtodzioba w całkiem solidnego śledczego, czego formalnym potwierdzeniem był awans do stopnia starszego sierżanta. Brylant pozostawał najmłodszym pracownikiem wydziału i jako taki musiał pogodzić się z faktem, że dopóki to miejsce w hierarchii nie zostanie zajęte przez nowy narybek, to na niego będzie spadała gówniana robota, której nikt nie chce, i to z niego starzy wyjadacze będą stroić sobie żarty.

— Przyjechałem z dyżurnymi — odparł chłopak i uścisnął wyciągniętą na powitanie dłoń Corsettiego. — Zabezpieczyliśmy teren, no i teraz robię za przewodnika.

Skinął nieznacznie w stronę uwijających się przy zwłokach techników i stojącego kawałek dalej prokuratora i lekarza sądowego.

— No to dawaj jeszcze raz — poprosił śledczy, idąc w kierunku mężczyzn.

— Zgłoszenie przyszło o ósmej trzynaście. Jakieś dzieciaki ją znalazły. Matka szła ścieżką, a one biegały po lesie. Natknęły się na zwłoki, narobiły wrzasku. I nic dziwnego, bo dziewczyna posiekana jak wołowina na burgera.

Corsetti spojrzał na niego jak ojciec, który ze zdumieniem odkrywa, że jego mały chłopczyk staje się dorosły. Do tej pory Brylski nie pozwalał sobie na tak kolokwialny język. Zawsze był do przesady poprawny. Teraz zabrzmiał jak stary glina, który wszystko już w życiu widział i dawno oswoił tabu zbrodni i śmierci.

— Na razie nie znamy tożsamości ofiary — kontynuował. — Nie miała przy sobie żadnych dokumentów ani telefonu.

Aspirant skinął na powitanie prokuratorowi Zadrożnemu oraz lekarzowi i spojrzał na zwłoki. Mniej więcej metr od jego nóg leżała młoda kobieta ubrana w ciemne legginsy i obcisły sportowy top, który sięgał kilka centymetrów poniżej piersi. Wokół jej głowy leżały długie pukle odciętych nożem włosów. Jej ciało pokryte było ranami, wokół których pozasychała chyba cała krew, jaka jeszcze niedawno płynęła w jej żyłach. Sam tylko brzuch był pchnięty nożem kilkanaście razy. Liczne rany znajdowały się też na ramionach, szyi, a nawet twarzy. Prawe ucho, na wpół odcięte, odstawało nienaturalnie. U jego nasady ział zakrwawiony krater tak ciemny, że wydawał się prawie czarny. Mateusz poczuł, jak zaczyna mu się toczyć ślina. Odwrócił wzrok.

— Czas zgonu?

— Została zamordowana dziś rano, między piątą a siódmą.

— Nie da się tego zawęzić?

Brylski oddał głos lekarzowi.

— Im dłuższy czas upływa od śmierci, tym mniej dokładnie da się to oszacować. W tym przypadku muszę zostawić widełki dwóch godzin — wyjaśnił patolog. — Wygląd plam opadowych wskazuje na to, że denatka nie żyje od czterech do sześciu godzin, to samo wynikałoby z temperatury ciała. Ponieważ jednak stężenie pośmiertne jest w pełni rozwinięte, zgon musiał nastąpić bliżej górnej granicy. Stawiałbym na okolice godziny piątej trzydzieści. To jest jednak moje przypuszczenie. Z całą pewnością mogę jedynie stwierdzić, że ta kobieta umarła nie wcześniej niż o piątej i nie później niż o siódmej.

— No to co, panowie? — odezwał się Zadrożny, zupełnie ignorując Izę Rawską, która dołączyła do zespołu i stanęła obok Corsettiego. — Wygląda na to, że szukamy przypadkowego sprawcy. Dziewczyna przyszła pobiegać, pewnie wszedł za nią do lasu, zaciągnął w zaciszne miejsce i zadźgał. Zaraz się okaże, że wcześniej ją zgwałcił — prokurator zawiesił na chwilę głos — albo później. Co kto lubi…

Aspirant się rozejrzał. Nigdzie nie było widać śladów żadnej szamotaniny. Leśna ściółka nie była zryta, zniszczona ani w żaden sposób uszkodzona. Wokół nie było widać krwi. Pojedyncze krople były zauważalne jedynie bezpośrednio przy ciele.

— I co, przyniósł ją tutaj ze ścieżki?

Zadrożny wzruszył ramionami.

— Mógł ją przynieść. Dużo nie ważyła. To są zresztą szczegóły. Trzeba spokojnie poczekać na raport techników, zobaczymy też, co wykaże sekcja. Jak zbierzemy wszystkie dane i je dokładnie przeanalizujemy, będziemy wiedzieć, co tu zaszło.

Prokurator odchylił marynarkę i oparł dłonie na biodrach, odsłaniając duże mokre plamy na niebieskiej koszuli. Corsettiemu przemknęło przez głowę, że może tu leży przyczyna niechęci Zadrożnego do pracy w terenie. Na miejscu zbrodni pojawiał się jako jeden z ostatnich. Znikał zawsze pierwszy. Trzeba mu jednak oddać, że bez względu na pogodę wyglądał nieskazitelnie jak manekin z witryny Vistuli.

— Dziewczyna znalazła się po prostu w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie — stwierdził. Przez chwilę tkwił nieruchomo ze wzrokiem wbitym w zwłoki, a potem wydał dyspozycje dotyczące sprawdzenia zapisów monitoringu. — Zresztą, przecież tobie nie muszę tłumaczyć, jak prowadzić śledztwo.

Zadrożny powiedział to takim tonem, że gdyby Corsetti nie miał go za dupka, z pewnością poczułby się mile połechtany. Teraz tylko skinął głową i żeby nie prowokować prokuratora do dalszych wynurzeń, milczał. Zgodnie z jego przewidywaniami prawnik zaraz wymówił się pilnymi obowiązkami i pożegnał ekipę.

Kiedy policjanci zostali sami, aspirant obszedł zwłoki wkoło, a potem przechylił głowę i przez chwilę taksował ciało kobiety w ciszy.

— Czyli że niby co? Poszła sobie pobiegać po lesie, napadł ją jakiś bandzior i zadźgał — testował głośno hipotezę Zadrożnego.

— To chyba najczarniejszy scenariusz — stwierdziła Rawska i zanim Brylski i Corsetti zwerbalizowali zdumienie, które wypisało się na ich twarzach, wyjaśniła: — Zobacz, jak ona wygląda. Została pchnięta nożem kilkadziesiąt razy. Po co? Zabić można przecież jednym ciosem. Gdy chcesz mieć pewność, wbijasz nóż trzy razy, pięć. Ale nie pięćdziesiąt! Jeśli sprawcy faktycznie nic nie łączyło z ofiarą, to posłużyła mu ona do tego, by rozładować swoje frustracje lub zaspokoić popędy. — Zamilkła na chwilę i chociaż aspirant wyczuwał, do czego zmierza profilerka, słowa, które padły z jej ust, sprawiły, że po plecach przebiegł mu dreszcz. — Widziałam już takie zbrodnie. Brutalne i przypadkowe. Powiem tyle: na jednej nigdy się nie kończy.

Rawska miała rację. Corsetti zrozumiał to, gdy tylko sens jej słów w pełni do niego dotarł. Jeżeli ofiary rzeczywiście nic nie łączyło ze sprawcą, to według wszelkiego prawdopodobieństwa właśnie stali się świadkami narodzin bestii i pytanie nie brzmiało, czy uderzy ponownie, tylko kiedy. Oznaczało to również, że jeśli nie znajdą świadków ani żadnego punktu zaczepienia na nagraniach monitoringu, nie będą mieli nic, absolutnie nic, od czego w ogóle mogliby zacząć śledztwo. Seryjni mordercy wykreowani w filmach byli diablo inteligentni i pełni finezji. Popełniane przez nich zbrodnie były grą, a ich działania układały się w jakiś algorytm.

Rzeczywistość była dużo mniej skomplikowana. I straszniejsza. Zbrodnie popełnione przez seryjnych morderców tak naprawdę były przypadkowe i prostackie w swojej brutalności. Sprawcy chwytali to, co mieli pod ręką: kamień, młotek, sznurek do bielizny. Często wystarczała im siła własnych mięśni. Byli odrażający i bezwzględni. Na wskroś źli. Dopadali swoje ofiary w ich domach, w drodze na przystanek, na spacerze. Na porannym joggingu po lesie.

Oczywiście nie pozostawali wiecznie bezkarni. Większość z nich trafiła w końcu za kraty, część na krzesło elektryczne albo na szubienicę. Jednak zanim organy śledcze wywiązały się ze swojego zadania, każdy z nich pozostawił za sobą dziesiątki trupów. Leszek Pękalski przyznał się do popełnienia sześćdziesięciu siedmiu zbrodni. Ted Bundy, który miał taką miłą buzię, że mógłby być sprzedawcą samochodów, odebrał życie trzydziestu kobietom. Richard Ramirez zamordował czternaście osób na przestrzeni roku, Robert Pickton — czterdzieści dziewięć. Pozostawał nieuchwytny przez dwadzieścia lat. Lista seryjnych morderców była bardzo długa i urozmaicona. I mimo wszystkich różnic, które ich dzieliły, najważniejszą cechę mieli wspólną. Byli łowcami, których prowadziły żądze, a chronił instynkt.

Dlatego jeżeli hipoteza Zadrożnego była słuszna, warszawiacy mogli drżeć ze strachu.

— A teraz co? — zapytał Brylski słabym głosem. — Mamy siedzieć i czekać?

Corsetti pokręcił głową.

— Teraz przyjmujemy optymistyczne założenie, że ofiarę i sprawcę coś jednak łączyło.

— Trzeba ustalić tożsamość tej kobiety, a potem porozmawiać z rodziną i osobami z najbliższego otoczenia.

— Ty się, Brylant, nie bierz za rozdzielanie zadań, tylko za monitoring.

Brylski skrzywił się, zanim Corsetti wypowiedział ostatnie słowo. Wiedział, że padnie, jeszcze zanim usta przełożonego złożyły się do wyartykułowania głoski „M”. I chociaż był przyzwyczajony do wykonywania mrówczej roboty, nie znosił wprost tkwić godzinami przed monitorem i gapić się w nagrania słabej jakości.

— Nie rób smutnej miny, tylko grzej na Młynarską — dorzucił szef.

Wyprawił Brylskiego do Zakładu Obsługi Systemu Monitoringu, obszedł teren przylegający do miejsca zbrodni i poprosił fotografa o wykonanie jeszcze kilku ujęć. Niedługo potem wsiadł z Rawską do samochodu i odjechali.

Rozdział 3

Jest noc. Przez okno wpada trochę księżycowego światła. W ciemności można dojrzeć jedynie jaśniejszą plamę dywanu i białe drzwi. Czuje, jak mocno wali jej serce. Dlaczego tak jest? — zastanawia się. Może się zepsuło? Wtedy jeszcze nie wie, że strach może rozkołatać ten bodaj najważniejszy mięsień, zamienić go w bęben, na który spadają niewidzialne dłonie. Tłuką mocno i szybko, wprawiając w drżenie całe ciało.

Mama mówi, że jest już dużą dziewczynką, dlatego śpi w swoim pokoju. Boi się potworów, więc czasem budzi się w nocy. Gdy jest naprawdę źle, idzie do mamy. Wolno jej tam poleżeć tylko pięć minut, potem musi wracać do siebie. Nie lubi wracać, ale gdy mama odprowadza ją do własnego łóżka, zapala małą lampkę i wtedy potwory znikają.

Jednak teraz jest inaczej. Już wie, dlaczego się obudziła. Za ścianą jest rwetes. Słyszała krzyki. To one obudziły jej serce, sprawiły, że zaczęło bić szybko i mocno. I głośno. Każde uderzenie było jak huk. I to właśnie te huki ją obudziły.

Nie wie, co ma robić. Płacze cicho. Boi się coraz bardziej. Chce do mamy. Odkrywa kołdrę i już po chwili czuje pod stopami chłód podłogi. Podchodzi do drzwi, wyciąga rękę w górę i naciska klamkę.

Na korytarzu jest jaśniej. Gdzieś się pali światło. W pierwszej chwili przynosi jej to ulgę. Wtedy jednak jej wzrok pada na przeciwległą ścianę. Wie, że w rzeczywistości jest biała, ale teraz, w półmroku nocy ma osobliwy szaro-niebieski odcień. To jej nie niepokoi. Ale tuż nad ziemią jarzą się na niej czerwone plamy.

Tak naprawdę kolor jest zgaszony, jak wszystko w tym świetle. Ale jej mózg nakłada odpowiednie filtry i bezbłędnie rozpoznaje szkarłat krwi. Jest go tak dużo.

Przez chwilę stoi struchlała. Zaraz jednak zbiera w sobie całą odwagę i rusza korytarzem.

— Mamo — woła cicho. Jej głos łamie się ze strachu. Nawet ona to słyszy. — Mamo…

Drzwi do pokoju siostry są uchylone.

Teraz już wie, że mama jest w łazience. Idzie w tamtą stronę. Prowadzi ją czerwona smuga na podłodze. Hipnotyzuje ją. Przyciąga jej spojrzenie jak magnes opiłki metalu. Wcześniej, gdy była w swoim pokoju, bała się wrzawy, która panowała za ścianą. Teraz jeszcze bardziej przeraża ją cisza. Cisza i krew.

Jej stopy człapią rytmicznie po parkiecie. Nagle rozlega się głos matki:

— Wracaj do pokoju!

Stoi w drzwiach łazienki, a zza jej pleców dochodzi szum wody i łagodne bębnienie strumienia wody o metalowy brodzik. Ręce mamy są mokre. Na twarzy i na ubraniu ma krew. Jest zdenerwowana.

— Wracaj do swojego pokoju! — krzyczy. Tym razem głośniej.

Dziewczynka nic z tego nie rozumie. Bardzo się boi. Dlaczego mama jest taka zdenerwowana? Czy to na nią się gniewa? Odwraca się i rusza biegiem. Wpada do pokoju i zatrzaskuje drzwi.

Do jej uszu docierają stłumione dźwięki, których nie umie rozpoznać. Może to potwory.

Wskakuje do łóżka i naciąga kołdrę na głowę. Zasłania uszy dłońmi i zaciska powieki, ale to nie pomaga. Wciąż słyszy krzyk matki. Jest zniekształcony, jakby wołała z głębokiej studni.

— Wracaj do pokoju! Wracaj do pokoju! Wracaj do pokoju!

Przez zaciśnięte powieki widzi krew.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki