Pchła - Anna Potyra - ebook
Opis

Demony przeszłości powracają

Wigilia Bożego Narodzenia. Ulice Warszawy pustoszeją, mieszkańcy zaszywają się w zaciszu swych domów, by zasiąść przy świątecznych stołach. Jednak nie wszyscy. Adam Lorenz, komisarz Wydziału Zabójstw, dostaje wezwanie. W jednym z mieszkań zostaje zastrzelony młody mężczyzna. Miejsce zbrodni nie przypomina niczego, z czym Lorenz spotkał się podczas wieloletniej pracy w policji. Morderstwo wydaje się bardzo szczegółowo zaplanowane. Nie ma żadnych śladów. Nie ma podejrzanych. Nie ma motywu. Jedynym punktem zaczepienia jest stara fotografia pozostawiona przez zabójcę.

Do pomocy w śledztwie zostaje przydzielona profilerka Iza Rawska. Wspólnie z Lorenzem usiłuje odgadnąć, jaka historia kryje się za popełnioną zbrodnią. Nie mogą przypuszczać, że to dopiero jej początek…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 364

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Anna Potyra Pchła ISBN Copyright © by Anna Potyra, 2019All rights reserved Redakcja Karolina Kaczorowska Projekt okładki i stron tytułowych Mariusz Banachowicz Opracowanie graficzne i techniczne Dymitr Miłowanow Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dla Mamy

Prolog - Warszawa, 5 sierpnia 1944

Wanda Gajewska odchyliła firankę i ostrożnie wyjrzała przez kuchenne okno. W oddali słychać było podniesione głosy. Salwy karabinów. Coś się działo. Chaos. Przyzwyczaiła się do tego. Odczuwała duży niepokój, ale do tego też się przyzwyczaiła. Ostatnie lata były jak czarny warkocz, w którym na zmianę przeplatały się głód, lęk i żałoba. Przyzwyczaiła się. Już nie pamiętała, jak było kiedyś.

Przed kamienicą zatrzymały się cztery niemieckie ciężarówki. Chwilę później ciemny niczym studnia dziedziniec zaroił się od esesmanów. Echo potęgowało ich wściekłe okrzyki.

— Raus! Raus! Raus! Schnell!

Wanda wybiegła z kuchni i wpadła do pokoju. Czuła, jak na szyi zaciska jej się obręcz strachu. Ile? Ile jeszcze będą musieli znieść, zanim to piekło się skończy?

— Tadeusz! — zawołała rozpaczliwie. — Niemcy przyjechali!

Jej mąż natychmiast poderwał się od stołu i w dwóch krokach doskoczył do starej zniszczonej komody. Pchnął ją zdecydowanym ruchem i drżącymi rękami uchylił luźną klepkę parkietu. W niewielkiej wydrążonej w posadzce dziurze znajdowało się brudne zawiniątko. Podał je żonie.

— Basieńko, załóż palto. Nie wiadomo, kiedy wrócimy. — Kobieta podała okrycie córce, sama zaś uklękła obok Krzysia, dwuletniego synka, i naciągnęła pocerowany brązowy sweter na jego chude rączki.

Wsunęła trzy kromki chleba do kieszeni swojego płaszcza i rzuciła błagalne spojrzenie mężowi, który stał już przy wyjściu z ich najstarszym synem.

— Róbcie to, co wam każą, proszę… — szepnęła miękko. Po policzku spływała jej łza.

Ciężkie dudnienie butów na klatce schodowej przybliżało się z każdą sekundą. Do niemieckich okrzyków i ponagleń dołączyły płacz i krzyki wypędzanych sąsiadów. Z trzaskiem otworzyły się drewniane drzwi ich mieszkania. Oprócz łuszczącej się burej farby na ziemię posypały się drzazgi. Do mieszkania wpadł niemiecki żołnierz. Na jego hełmie widniało żółte godło z dwiema czarnymi błyskawicami. SS.

— Raus! Schnell! — Popchnął Tadeusza. Janka, ich nastoletniego syna, uderzył kolbą karabinu w bark. — Raus, du polnische Bandit!

Wanda mocniej przycisnęła Krzysia do piersi. Próbowała ze wszystkich sił zdusić jego rozpaczliwy płacz. Bez ociągania ruszyła tuż za mężem i synem. Czuła, jak na jej rękawie kurczowo zaciska się ręka Basi.

— Będzie dobrze, córeńko — wyszeptała. Wiedziała, że kłamie.

Dołączyli do korowodu mieszkańców kamienicy. Niemcy zaprowadzili ich do parku Sowińskiego. Był tuż obok ich domu. To tu Janek stawiał pierwsze kroki. Pamiętała, jak szedł nieporadnie na sztywnych nogach, kołysząc się jak ping­win. A ona się śmiała. I Tadeusz się śmiał. To tu, spacerując po zaśnieżonych alejkach, pierwszy raz poczuła ruchy Basi pod sercem.

Ale to było kiedyś. Teraz jest inaczej.

Teraz na rogu ulic Wolskiej i Elekcyjnej stał ustawiony na podstawie karabin maszynowy. Dziesięć metrów dalej drugi.

Niemcy wyciągali z tłumu mężczyzn. Wszystkich po kolei. Widziała, jak ustawiają ich w szeregu pod siatką. Tyłem do karabinów. Widziała Jakubowicza spod trójki i starego Krawczyka. I Tadeusza.

Żołnierz szturchnął Janka lufą karabinu.

— Du!

Wanda złapała syna za rękę.

— Błagam! To jeszcze dziecko. On ma dopiero dwanaście lat — łkała. Próbowała uchwycić spojrzenie Niemca. Odnaleźć w nim człowieka. Nie udało się. Bez słowa ją odepchnął i kontynuował swoje zajęcie. Do uszu Wandy dochodziło rytmiczne „Du, du, du…”. Kolejne osoby ustawiały się przy ogrodzeniu.

Drżącą ręką wysupłała z kieszeni zawiniątko. Ich cały majątek. Kilka złotych pierścionków i obrączka jej mamy.

— Wykupię go! — wołała. Jej desperacki krzyk zagłuszyła salwa karabinu maszynowego.

Czas się zatrzymał. Odgłosy ucichły. Nie słyszała swojego własnego rozdzierającego krzyku. Nie słyszała już nic. Widziała jedynie, jak Tadeusz pada na ziemię, a ułamek sekundy później jego martwe ciało obryzguje krew tryskająca z wielkiej wyrwy w głowie Janka.

— Synku… — szepnęła bezgłośnie. Jej dłoń się otworzyła, a po ziemi poturlały się cztery złote pierścionki. I jedna obrączka.

Potem jej też kazali stanąć przy siatce. I Basi. Kurczowo przytulała do siebie dzieci, próbując dać im w tej ostatniej minucie ich krótkiego życia ostatnią odrobinę otuchy i ciepła. I miłości. Kiedy ugodziła ją kula, padła na ziemię. Na Basię. Słyszała jęki ludzi i płacz Krzysia. Niemiecki żołnierz chodził i dobijał z pistoletu tych, co jeszcze żyli. Padł kolejny strzał. Krzyś przestał płakać.

Potem nie było już nic.

Kaźń dobiegła końca i żołnierze dawno już odjechali, ale Basia wciąż bała się ruszyć.

— Mamuniu, żyjesz? — wyszeptała tylko. — Mamuniu…

Odpowiedziała jej cisza.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Warszawa, 24 grudnia 2016

1

Dochodziła pierwsza. Pora lepienia uszek. W ich domu to była świętość. Nawet nie dlatego, że domowe uszka są lepsze niż kupne — w ostatnich latach zawsze sporo ich zostawało po Wigilii. Kasia ich nie jadła, odkąd przeszła na dietę bezglutenową, tata nigdy nie przepadał za grzybami, a dziadkowie zjadali zaledwie po kilka sztuk. Twierdzili, że już im nie służą. Ale każdego roku, kiedy choinka była ubrana i kończył się chaos świątecznych przygotowań, mama wołała ją i Kasię do kuchni i razem zabierały się do pracy. Gdy były małe, bardziej przeszkadzały mamie, niż jej pomagały, ale pozwalała im na to. To był ich czas. W radiu leciały świąteczne przeboje i kolędy, a prezenterzy opowiadali anegdoty w stylu: „Pamiętam, jak pewnego roku nasz owczarek kaukaski przewrócił choinkę…”. Było magicznie.

Marta słyszała, jak mama i Kasia krzątają się na dole, ale dziś nie mogła im pomóc. W tym roku ukradła święta. Choinka i Wigilia, i lepienie uszek — to wszystko zeszło na drugi plan.

Po raz kolejny wzięła do ręki bukiet, który dziś rano przywiozła z kwiaciarni, i podeszła do wiszącej na drzwiach szafy sukni ślubnej. Wymarzyła sobie biały ślub. Mały kościółek przykryty czapą skrzącego się w słońcu śniegu, dwa kare konie zaprzęgnięte w sanie z dzwoneczkami i chłodny błękit zimowego nieba. Wymyśliła to wszystko na długo, zanim poznała Łukasza, a kiedy wreszcie zaczęli planować ślub, przystąpiła do realizacji swoich dziewczęcych marzeń. Nie zastanawiała się nad aspektami praktycznymi. Wizja dwóch karych koni i białej sukni ślubnej na śniegu połyskującym tysiącami diamentów tkwiła w niej tak głęboko, że nawet nie brała pod uwagę innego scenariusza.

Teraz, u kresu przygotowań, pomyślała, że chyba lepiej było zostawić dziewczęce marzenia w spokoju. Mogłaby się nimi bawić do końca życia, beztrosko stąpając w lekkich pantofelkach po puchowym śniegu. A tak, jutro zabije je zderzenie z rzeczywistością. Wprawdzie padał śnieg, ale natychmiast po zetknięciu z ziemią zmieniał się w brudną breję. Niebo było szare, nawet powietrze zdawało się takie. Wczoraj w pośpiechu biegała po sklepach w poszukiwaniu butów, które się nie roztopią, zanim dojdzie do kościoła. Atłasowe pantofle, które kupiła ponad pół roku temu, założy dopiero na weselu. Na pewno będą świetnie wyglądać do ubłoconej koronkowej sukni, która na razie wisiała w bezpiecznym zaciszu jej panieńskiego pokoju.

Przyłożyła bukiet do kreacji ślubnej. Kwiaty nie były białe. Od rana wmawiała sobie, że nie jest źle, że może to kwestia światła. Ale oglądała tę cholerną wiązankę przynajmniej dziesięć razy i wiedziała, że nie może się dłużej oszukiwać. Róże były kremowe, a ciasno zwinięte w środku płatki miały jeszcze bardziej wyrazistą barwę. W efekcie na tle śnieżnobiałej koronki bukiet wyglądał jak żółta kula. Marta czuła, jak wzbiera w niej złość. Pogoda była do dupy, ale nic nie mogła na to poradzić. Do kościoła pójdzie w swoich nowych, praktycznych i brzydkich butach, a piękny koronkowy tren sukni będzie musiała trzymać w ręku, żeby po zrobieniu kilku kroków nie wyglądał jak szmata. Na bank zmarznie w szykownej etoli i według wszelkiego prawdopodobieństwa jej czerwony nos będzie jedynym barwnym akcentem we wszechobecnej burości. Z całej siły cisnęła bukietem o ziemię. Paskudny żółty florystyczny żart. Zbiegła po schodach, rzuciła jakieś zdawkowe wyjaśnienia domownikom, chwyciła torebkę i kluczyki i wybiegła z domu.

Już w samochodzie ponownie wybrała numer Łukasza. Chciała się upewnić, że odebrał tort weselny. Cukiernia była dziś czynna do piętnastej. Naprawdę nie potrzebowała więcej przykrych niespodzianek. Wciąż nie mogła się do niego do­dzwonić. Często odkładał gdzieś wyciszony telefon i godzinami nie było z nim kontaktu. Starała się trzymać nerwy na wodzy. Pomyślała, że zadzwoni do cukierni i spyta, czy zamówienie zostało zrealizowane. W ostateczności sama podjedzie po tort, wracając z kwiaciarni. Zaparkowała w dużej kałuży przed blokiem na Powstańców Śląskich. Wokół znajdujących się na parterze pawilonów kłębiło się mnóstwo ludzi. Kilka osób dopiero kupowało choinki. Trochę ją zdziwił taki ruch raptem kilka godzin przez zapadnięciem zmroku i pojawieniem się na niebie pierwszej wigilijnej gwiazdy. Zresztą nie ma co się oszukiwać. Dziś i tak nikt jej nie zobaczy.

Pchnęła drzwi do kwiaciarni. Powieszony przy wejściu dzwoneczek wdzięcznie poinformował o jej przybyciu. W środku nie było nikogo oprócz florystki. Kiedy drzwi zamknęły się z cichym mlaśnięciem, odcinając lokal od ulicznego gwaru, Marta zapadła się w idealną ciszę. Wdychała intensywną woń kwiatów. Mimo że w niczym nie przypominała zapachu ukwieconego latem ogrodu, i tak było to przyjemne i świeże doznanie o tej martwej porze roku.

Wzrok Marty prześlizgiwał się po ustawionych w całym pomieszczeniu wazonach w poszukiwaniu najczystszej bieli. Poczuła wibrujący w kieszeni telefon. Wyjęła go i mechanicznym ruchem odblokowała wyświetlacz, nawet na niego nie zerkając. Uśmiechnęła się, bo właśnie wypatrzyła róże, które były tak białe jak jej suknia ślubna i jak śnieg, o którym zawsze marzyła, a który niestety nie był jej dany. Przeniosła spojrzenie na telefon. Była to wiadomość od jej narzeczonego. Otworzyła ją. Patrzyła na zdjęcie, nic nie rozumiejąc. Obraz przedstawiał leżącego na podłodze Łukasza. Jego oczy były zamknięte. Wyglądał, jakby spał. Dłonie miał ułożone na brzuchu, nogi złączone. To zdjęcie nie miało sensu. Taka była pierwsza myśl, która przebiegła Marcie przez głowę. Dopiero kiedy jej mózg zaczął rejestrować szczegóły, składać informacje i formułować wnioski, poczuła, że robi jej się duszno. Nie mogła złapać oddechu. Patrzyła na wielką czerwoną plamę rozlaną na błękitnej koszuli Łukasza. Patrzyła tak długo, aż zaczęła jej wirować przed oczami. Czerwona plama i ułożona na niej gałązka gęsto oblepiona pękającymi pąkami. Tylko jeden kwiat był w pełni rozwinięty. Była to drobna róża w najczystszym odcieniu bieli.

2

Adam Lorenz ściągnął rękawicę bokserską i odebrał telefon. Gdyby dzwoniła jego mama, siostra albo jeden z nielicznych znajomych, którzy się jeszcze przy nim utrzymali, na pewno pozwoliłby wybrzmieć całej melodii do końca. Pięć sygnałów. Potem przyszedłby jeszcze esemes informujący o tym, że ma nową wiadomość w poczcie głosowej.

To też by zignorował. Był tu po to, żeby wprowadzić się w trans. Zmuszał swoje ciało do ekstremalnego wysiłku, bo tylko wtedy jego umysł wchodził w miły i błogi stan odrętwienia. Kiedy paliły go mięśnie, płuca łapczywie dopominały się o większą dawkę tlenu, a serce tłukło tak mocno, że słyszał jego głośne rytmiczne uderzenia, jakby znajdowało się w czaszce, a nie w klatce piersiowej, Adam odczuwał ulgę. To było lepsze niż złe myśli. Rozmowy były ostatnią rzeczą, na którą miał ochotę. Przywracały go do rzeczywistości, od której uciekał.

Tylko jedna osoba mogła się do niego zawsze dodzwonić, Paweł Lesicki — naczelnik stołecznego Wydziału do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw.

— Cześć. Przed chwilą rozmawiałem z Zadrożnym.

Adam wytarł czoło ręcznikiem i ledwo zauważalnie skinął głową. Prokurator na pewno nie zadzwonił z życzeniami świątecznymi. Czekał na konkrety.

— W mieszkaniu na Elekcyjnej odkryto zwłoki mężczyzny. — Lesicki od razu przeszedł do rzeczy. To był jeden z powodów, dla których Adam odbierał jego telefony. — Prokuratura przekazuje nam śledztwo. Chcę, żebyś ty przejął tę sprawę. — To był drugi powód.

Jedyne, o co Adam spytał, to adres. Niczego innego nie potrzebował. Było kilka minut po trzeciej. Wszyscy normalni ludzie szykowali właśnie białe obrusy i sprawdzali, czy galareta na karpiu już stężała. Biura świeciły pustkami, powoli wyludniały się ulice. Wezwanie na miejsce zbrodni o tej porze byłoby przekleństwem dla każdego. Jednak obaj mężczyźni wiedzieli, że dla Adama to błogosławieństwo.

— Na miejsce już jadą technicy i patolog — dodał Lesicki.

— Na razie wystarczy. Nie lubię pracować w tłoku.

— Ze wstępnej relacji wynika, że sprawca odpierdolił tam jakąś szopkę, więc wysłałem jeszcze jedną osobę. Nie znasz. Miała zaczynać dopiero w styczniu, ale może przydać się w tym śledztwie. A skoro tak, to niech uczestniczy we wszystkim od początku. Dopilnuj, żeby ją wpuścili.

— Psycholog? — zapytał Lorenz krótko. Od dawna próbował przekonać Pawła, żeby wyrzeźbił etat dla profilera.

— Możesz potraktować to jako gwiazdkowy prezent.

Po ustaleniu kilku technicznych szczegółów zakończyli rozmowę. Adam odwiesił rękawice na haczyk koło drabinek i poszedł do szatni, a w zasadzie udającej szatnię małej ciemnej kanciapy z jedną ławką i kilkoma wieszakami. W samym rogu pomieszczenia był natrysk oddzielony plastikową kotarą. Cienkie rury doprowadzające wodę biegły po wierzchu burej glazury. Adam wszedł pod prysznic. Woda jak zawsze ciurkała cienkim strumieniem. Nie przeszkadzało mu to.

Namydlił energicznie całe ciało, a potem stał i czekał, aż wątła stróżka letniej wody zmyje pianę. Pomacał skórę głowy. Czuł pod palcami odrastające włosy. Powinien się ogolić. Może jutro. Pierwszy raz zrobił to osiem lat temu. Kiedy włosy zaczęły się przerzedzać, tworząc coraz bardziej wyraźną łysinę, stwierdził, że nie będzie z trwogą przyglądał się, czy nie powiększają się zakola na czole, nie będzie kupował szamponów zapobiegających łysieniu i na pewno nie będzie szukał technik zaczesywania włosów, które dają złudzenie, że jest ich więcej niż w rzeczywistości. To już tylko jeden krok od żałosnej fryzury na pożyczkę. Zbyt wiele razy patrzył z zażenowaniem, jak znajomi i obcy mężczyźni łapią uciekające na wietrze cienkie, długie kosmyki i usiłują zmusić je do leżenia na gładkiej błyszczącej skórze. Postanowił, że on będzie łysiał z godnością i na własnych warunkach. Wziął maszynkę i ogolił się na zero. Nie konsultował tego z Olą, ale nie była zaskoczona. Może odrobinę — jego odmienionym wyglądem, ale nie tym, że to zrobił. To było w jego stylu. Szybka decyzja. Szybkie działanie. Pamiętał, że przytuliła się do jego pleców i powiedziała mu, że wygląda bardzo męsko. A potem pocałowała go w kark.

Lorenz zdecydowanym ruchem zakręcił wodę, jakby chciał w ten sposób odegnać przelotne wspomnienie, które podstępnie wynurzyło się na powierzchnię. Pośpiesznie narzucił na siebie ubranie i pogasił światła. Dziś już na pewno nikt tu nie przyjdzie. Pozamykał drzwi i wsiadł do zaparkowanego na tyłach budynku starego mitsubishi pajero.

Nie musiał wpisywać adresu w nawigację. Znał drogę. To było jego miasto.

3

Dziedziniec nowego trzypiętrowego bloku przy Elekcyjnej był bardziej rozświetlony niż dwa srebrzyste świerki, które rosły przed wejściem na klatkę. Ciepła biel migoczących świątecznych lampek przegrywała z zimnym niebieskim światłem kogutów trzech radiowozów stojących na chodniku. Adam zeskoczył z szerokiego aluminiowego progu terenówki i skierował się w stronę budynku. Pomiędzy dwa wozy policyjne wciśnięty był dziesięcioletni mercedes cls z naklejonym na tylnym zderzaku napisem „Limuzyna tygrysa”. Tygrys Zadrożny najwyraźniej śpieszył się na Wigilię, w przeciwnym razie jak zwykle kazałby godzinami czekać na siebie na miejscu zdarzenia. Prokurator miał zawsze przyklejony do gęby amerykański uśmiech, wszystkich klepał po plecach i sypał drętwymi dowcipami z równą lekkością jak Karol Strasburger w „Familiadzie”. Adam wyjątkowo nie trawił gościa. Na szczęście ich drogi nie przecinały się zbyt często. Zadrożny najbardziej lubił nadzorować wszystko zza swojego ciężkiego antycznego biurka. Trochę więcej zaczął się błąkać po mieście, odkąd kupił mercedesa. Złoty, w środku drewno i jasna skóra. Tygrys musiał być z niego bardzo dumny. Napis na zderzaku odziedziczył ponoć po poprzednim właścicielu, chociaż sądząc po maleńkich naklejkach serwisowych znajdujących się na tylnych szybach, auto było sprowadzone z Niemiec. Ale może tam też limuzynami jeżdżą tygrysy.

Adam przecisnął się między samochodami i wszedł na jasną klatkę schodową. Jego kroki odbijały się echem od wyłożonych trawertynem ścian holu. Pokonując po dwa stopnie jednocześ­nie, wbiegł na drugie piętro i ruszył korytarzem w kierunku, z którego dobiegał odgłos rozmów pracujących w otwartym mieszkaniu policjantów.

Kiedy przybywał na miejsce zbrodni po raz pierwszy, zawsze tak się ustawiał, żeby wzrokiem objąć jak najszersze pole widzenia. Przez chwilę rejestrował wrażenia. Nie zwracał uwagi na techników zabezpieczających ślady, błyski fleszy aparatu utrwalającego każdy szczegół ani na patologa pochylającego się nad ciałem. To wszystko blokował. Skupiał się jedynie na zwłokach i scenografii, w jakiej się znajdowały. Tak właśnie to postrzegał. Oprawa plastyczna, tło rozgrywającego się dramatu. Przeważnie obraz był spójny. Wszystko na swoim miejscu. Można było iść po śladach i odtwarzać ostatnie chwile ofiary sekunda po sekundzie. Przewrócone krzesło, kilka kropli krwi na podłodze, kawałek dalej obryz­gana na czerwono ścinana, rozbity talerz i brudne krwiste zacieki na drzwiach lodówki. Na końcu tej ścieżki ofiara, której nie udało się dosięgnąć leżącego na blacie noża i ostatkiem sił zawalczyć z napastnikiem. Każde obrażenie odkryte podczas sekcji zwłok można połączyć z elementem scenografii. Te kilka kropel na podłodze to płytka rana kłuta na prawym barku, wielka czerwona plama na ścianie to cios w tętnicę szyjną. Krew wystrzeliła z rany pod ciśnieniem, dlatego znajdowała się dużo dalej niż miejsce szamotaniny. Potem ofiara robi ostatni krok w swoim życiu, opiera się o lodówkę i ciężko osuwa się na ziemię. Więcej ran kłutych, więcej krwi. Ale ta nie tryska już daleko. Za małe ciśnienie. Serce nie ma już siły pompować. I koniec. Wszystko na swoim miejscu.

Tym razem było inaczej. Tak naprawdę tu też wszystko było na miejscu. I właśnie dlatego obraz był niespójny. Mieszkanie wyglądało nieskazitelnie. Przy lekkim stole z jasnego drewna stały równo dosunięte kultowe krzesła Charlesa i Ray Eamesów. Na prostej szarej sofie leżało świąteczne wydanie „Polityki” i otwarta książka. Stolik kawowy, fotel w miękkim pastelowym odcieniu, lekka lampka i wszystko inne, co znajdowało się w mieszkaniu, wyglądało, jakby czekało na sesję zdjęciową do jakiegoś eleganckiego magazynu o wystroju wnętrz. Tylko jedna rzecz nie pasowała do całości. Leżące na środku salonu zwłoki mężczyzny.

Młody funkcjonariusz przerwał spisywanie protokołu i podszedł do Adama.

— Dzień dobry, panie komisarzu… — Zawiesił głos, jakby chciał dać Lorenzowi szansę na odwzajemnienie uprzejmości. Ten jednak nawet na niego nie spojrzał. Policjant chrząknął i podjął: — A więc tak, denat nazywał się Łukasz Kos, miał trzydzieści jeden lat, ciało znalazła jego narzeczona. Ze wstępnych oględzin patologa wynika…

Adam odwrócił się w stronę policjanta i przerwał jego wywód:

— Brylant, powiedz mi jedną rzecz. Czy ja wyglądam, jakbym już skończył? — Lorenz nie był pewien, czy ksywka wzięła się od nazwiska kolegi, czy od dużej ilości brylantyny na fryzurze w stylu Leonarda DiCaprio na gali wręczenia Oscarów, ale przylgnęła do niego na dobre.

Marcin Brylski wyglądał jak żywy znak zapytania. Lorenz widział, jak chłopak poci się, żeby wymyślić jakąś rozsądną odpowiedź, ale nie zamierzał ułatwiać mu sprawy. Niech się skręca w przedłużającej się niezręcznej ciszy. Może się czegoś nauczy.

— Skończył? Co skończył? Przecież dopiero pan przyszedł… — wydukał wreszcie.

— No właśnie. Dopiero przyszedłem. Czy zdajesz sobie sprawę, jak ważny jest ten moment, kiedy pierwszy raz trafiasz na miejsce zbrodni? — Lorenz nie liczył na to, że Brylski odpowie. Odczekał chwilę, a potem odezwał się, przesadnie podkreślając słowa: — Jest bez-cen-ny. Twój mózg rejestruje masę nieuchwytnych rzeczy. Zapachy, atmosferę miejsca, jego sens i logikę. Pierwsze wrażenie, które potem może pchnąć cię w kierunku prawdy. Wszystkie dane, ślady i przedmioty zostaną dokładnie sfotografowane i opisane. Każdy, kto bierze udział w śledztwie, będzie je niedługo znał na pamięć. Możesz to bez końca oglądać, sprawdzać, mierzyć i porównywać.

Marcin Brylski skinął głową i cofnął się o pół metra. Stanął w lekkim rozkroku i splótł dłonie na brzuchu, jakby chciał przekazać mową ciała komunikat, że oddaje Adamowi jego przestrzeń.

Lorenz westchnął zniecierpliwiony i wyjął z ręki funkcjonariusza rozpoczęty protokół.

— Widzisz, Brylant, jak ty nic nie rozumiesz. Sztuczka polega na tym, że pierwsze wrażenie można chłonąć tylko raz. Ta bańka już pękła. A skoro ją rozpierdoliłeś, to teraz możesz równie dobrze podać mi szczegóły sprawy.

Policjant wyprostował się jak na apelu. Wyglądał na zdeterminowanego, żeby zmyć z siebie wstyd popełnionej przed chwilą gafy i pokazać się komisarzowi z dobrej strony. Nigdy wcześniej nie pracowali razem, ale Brylski słyszał o Lorenzu wystarczająco dużo, żeby cieszyć się na myśl o współpracy. Komisarz mimo stosunkowo młodego wieku był już legendą. Od dawna miał reputację świetnego śledczego, a odkąd jego życie osobiste rozsypało się w pył przed czterema laty, Adam praktycznie przeprowadził się do swojego pokoju w pałacu Mostowskich, gdzie mieściła się Komenda Stołeczna Policji, a w niej Wydział do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw. Lorenz wypełnił pracą całego siebie, oddał się jej bez reszty. Jednak nie dlatego był najlepszy. Swoje sukcesy zawdzięczał w dużej mierze gorzkiej lekkości postępowania osoby, która nie ma nic do stracenia.

— A więc tak, denat nazywał się Łukasz Kos. Miał trzydzieści jeden lat.

— To już wiem.

— Tak… — Brylski odchrząknął zbity z tropu.

— Wiem też, że ciało odkryła jego narzeczona. Powiesz mi teraz coś nowego?

Młody funkcjonariusz był wściekły na siebie. Zachowywał się jak jakaś nastolatka, która czeka w kolejce po autograf do swojego idola, a potem nie potrafi wykrztusić, jak ma na imię. Ale, do diabła, przed nim nie stał Justin Bieber, a on nie miał dwunastu lat. Nie rozumiał, czemu się tak zestresował. Zaczął kolejny raz:

— Ze wstępnych ustaleń patologa wynika, że zgon nastąpił między dwunastą a czternastą. Górną granicę możemy uściślić nawet do trzynastej czterdzieści siedem.

Lorenz spojrzał zaciekawiony na Brylskiego, ale nie wchodził mu w słowo.

— To wtedy narzeczona dostała esemesa ze zdjęciem.

— Jakiego esemesa?

— Wiadomość została wysłana o trzynastej czterdzieści siedem z telefonu denata i wtedy na pewno już nie żył.

— A to wiadomo, bo…? — Lorenz patrzył pytająco na sierżanta.

— Bo zdjęcie przedstawiało jego zwłoki.

— Ustaliliście już, czy został zamordowany tutaj?

Brylski skinął głową.

— Badanie luminolem ujawniło ślady krwi w prawie całym mieszkaniu. Jedynie w sypialni nic nie wykryto. Dokładna analiza zajmie technikom jeszcze kilka godzin, ale ze wstępnych ustaleń wynika, że został zastrzelony w salonie. Najwięcej śladów wyszło przy komodzie. — Wskazał ręką mebel stojący na prawo od wejścia.

Adam podszedł do martwego mężczyzny i ukucnął. Naczelnik miał rację. To nie było typowe zabójstwo. Ciało Łukasza Kosa zostało precyzyjnie ułożone. Nic nie pozostawiono przypadkowi. Nogi złączone, łokcie zgięte pod kątem prostym, dłonie ułożone na brzuchu. W rozlanej na błękitnej koszuli plamie krwi ziały trzy kratery. Dziury pozostawione przez kule, które pozbawiły chłopaka życia. Pomiędzy nimi leżała obsypana pąkami gałązka miniaturowej róży. Jeden kwiat bielił się groteskowo na bordowym tle.

Adam chciał sprawdzić zawartość kieszeni zamordowanego, ale musiał poczekać, aż technik skończy robić szczegółowe zdjęcia ułożenia zwłok. Kiedy sięgał po lateksowe rękawiczki z pudełka, podszedł do niego prokurator.

— Ładne święta nam się szykują — powiedział, wyciągając z kieszeni kluczyki do samochodu. Zakołysał się breloczek z charakterystyczną trójramienną gwiazdą. — Pamiętaj, że cały czas czuwam nad śledztwem. Chcę codziennie dostawać raport o postępach. Teraz muszę jechać coś sprawdzić.

Pewnie co dostałeś pod choinkę, pajacu, pomyślał Adam, ale się nie odezwał. Jeśli o niego chodziło, Zadrożny mógł polecieć na miesiąc na Mauritius. Przynajmniej miałby spokój.

Prokurator przystanął w drzwiach i się odwrócił.

— Jeszcze jedno — powiedział głośno. Kilka par oczu zwróciło się w jego stronę. — Wiecie, jak samobójca spędza święta Bożego Narodzenia? — zapytał. — Wiesza się na choin­ce! — Zaśmiał się i nie czekając na reakcję ekipy pracującej w mieszkaniu, wyszedł.

Adam skończył oglądać salon i poszedł rozejrzeć się po innych pomieszczeniach. Łukasz Kos mieszkał sam, ale wszędzie znajdowały się przedmioty należące do kobiety: damskie kapcie, kilka kosmetyków, różowe dresy ułożone równo na fotelu w sypialni, najnowszy numer magazynu „Elle” na stoliku nocnym. Zapewne często bywała tu narzeczona zmarłego, czasami nocowała. A jednak zabójca spędził w mieszkaniu sporo czasu. Skąd wiedział, że może sobie na to pozwolić? Natrudził się, żeby zmyć wszystkie ślady krwi. Przy trzech ranach postrzałowych na pewno nie było to zajęcie na pięć minut. Ale on się nie śpieszył. Nie wpadł tu, żeby dokonać egzekucji i zniknąć. Spokojnie wypełnił swoją misję. I ten kwiat położony na piersi zmarłego. Co miał symbolizować? Czy to była wiadomość od zabójcy? Jeśli tak, do kogo była skierowana? Pytania mnożyły się w głowie Adama. Nie zdążył się zastanowić nad jedną kwestią, a już pojawiały się dwie kolejne.

Z rozmyślań wyrwał go głos Brylskiego:

— Panie komisarzu, jest psycholog. Tak mówi, ale ja nie znam. Wpuścić?

Lorenz nie lubił lania wody. Zawsze go drażniło, kiedy współpracownicy dostawali słowotoku, z którego on musiał wyławiać ważne informacje, oddzielać ziarna od plew jak jakiś cholerny młocarz. Teraz jednak sierżant za bardzo zredukował liczbę użytych słów.

— Kto mówi?

— Psycholog, że pan naczelnik Lesicki dzwonił i uprzedził, że ma przyjść.

Lorenz odetchnął głęboko, zirytowany. Miał ochotę potrząs­nąć Brylskim. Może wtedy zacząłby wyrzucać z siebie słowa w odpowiedniej kolejności i on nie musiałby się domyślać, kto co powiedział, kto dzwonił, a kto ma przyjść. Teraz jednak nie miał na to czasu.

— Dawaj tu tego psychologa — powiedział bardziej na podstawie własnej rozmowy telefonicznej sprzed godziny niż skrótów myślowych Brylanta.

Sierżant otworzył usta, jakby chciał coś jeszcze dodać, ale pod wpływem spojrzenia komisarza rozmyślił się i bez słowa odszedł.

Po chwili wrócił do salonu ze szczupłą brunetką w luźnym białym swetrze i dżinsach. Kobieta nie miała makijażu ani żadnej biżuterii, a jej ciemnobrązowe włosy były upięte nad karkiem w niedbały kok. Zrezygnowała ze wszystkich sztuczek, które służą podkreśleniu urody, a mimo to promieniowała od niej kobieca zmysłowość. Wyciągnęła do Adama smukłą dłoń i przedstawiła się:

— Iza Rawska, cieszę się, że będziemy razem pracować. Dużo o panu słyszałam.

Z bliska widać było, że zarówno przy dużych szaroniebieskich oczach, jak i przy pełnych kształtnych ustach pojawiły się już pierwsze zmarszczki, ale nie zmieniało to faktu, że Iza Rawska była piękną kobietą. Sposób, w jaki się poruszała i mówiła, a nawet patrzyła, był niezwykle pociągający, ale jednocześnie naturalny i niewymuszony. Adamowi przemknęło przez myśl, że być może tu właśnie leżała przyczyna kłopotów Brylskiego ze zbudowaniem logicznego zdania. Wcześniej przecież mówił składnie.

— Adam Lorenz. — Komisarz uścisnął jej dłoń. Nie mógł odwzajemnić komplementu, więc nie powiedział nic więcej. Tak naprawdę było mu wszystko jedno, skąd Lesicki ją wytrzasnął. Już nieraz widział świetne cv, za którymi kryli się mdli ludzie bez iskry i talentu, i odwrotnie, całkiem przeciętne opisy doświadczenia zawodowego, które zredukowane do kilku suchych i niezbyt imponujących faktów, nie oddawały świetnych predyspozycji i umiejętności przesądzających o udanej współpracy.

— Miałam zacząć po Nowym Roku — powiedziała psycholog, wyswobadzając dłoń z uścisku Lorenza — ale przed godziną zadzwonił do mnie naczelnik z pytaniem, czy mog­łabym o kilka dni wyprzedzić umowę. Przypuszczam, że nie wzywałby mnie do pijackiej burdy?

— Nie. — Lorenz pokręcił głową i podszedł do zwłok. Założył rękawiczki i ukucnął obok ciała Łukasza Kosa. Nie chciał nic sugerować Rawskiej. Niech sama wyrobi sobie opinię. Skinął do Brylskiego, żeby wprowadził ją w szczegóły sprawy. Brylantowi najwyraźniej wróciła zdolność konstruowania sensownych wypowiedzi, bo już po dwóch minutach psycholog dołączyła do Lorenza. Stanęła tak blisko niego, że poczuł delikatny zapach jej perfum.

— Zabójca chciał okazać zmarłemu swój szacunek — powiedziała po chwili cicho. — To dlatego tyle uwagi poświęcił ułożeniu zwłok. Zobacz, ten chłopak zachował po śmierci godność. Ma zamknięte oczy, ręce złożone na brzuchu. Nie tonie w kałuży własnej krwi. I ta biała róża… — Na moment zawiesiła głos.

— Symbol niewinności? — zgadywał Lorenz.

— To też. Na przestrzeni wieków ten kwiat pojawiał się w tak wielu kontekstach, że jego symbolika nie jest jednoznaczna. W Anglii wysłanie takiego bukietu do ukochanej formalnie rozpoczynało okres zalotów. Oczywiście to było sto lat temu, ale ten kwiat do dziś towarzyszy młodej niewinnej miłości, nowożeńcom.

— Makabryczny żart mordercy? — Lorenz wypróbowywał nową hipotezę. Rawska spojrzała na niego pytająco. — Kos miał jutro brać ślub — wyjaśnił.

— Być może, ale białe róże to też symbol pokoju, szacunku, nadziei.

— Czyli zasadniczo, bez względu na rozwiązanie sprawy, będą pasowały jak znalazł — podsumował Brylski. — Pewnie pierdyknął ten kwiat, żebyśmy się zastanawiali, i tyle.

— Nawet jeśli jest tak, jak mówisz, to powinniśmy zadać sobie pytanie, dlaczego to zrobił — odpowiedziała Rawska spokojnie. Była przyzwyczajona do takich reakcji. Pracowała jako profilerka ponad dziesięć lat i mimo że jej spostrzeżenia wielokrotnie pomagały doprowadzić do ujęcia sprawcy, wciąż stawali na jej drodze policjanci, którzy traktowali jej analizy jak wróżenie z fusów.

— Takie pytanie zawsze można zadać — odparł Brylski tonem zarezerwowanym dla niby mądrych, a tak naprawdę pustych sloganów.

— Dobra, Brylant, dzięki za nieoceniony wkład. Już dziś parę razy błysnąłeś, więc teraz możesz się spokojnie zająć protokołem — rzucił Lorenz i odprawił sierżanta niecierpliwym ruchem ręki.

Pochylił się nad ciałem Łukasza Kosa. Przez cienki bladoniebieski materiał kieszeni przebijała ciemna plama, tak jakby w środku coś było. Adam ostrożnie przesunął na bok gałązkę róży i sięgnął do kieszonki. Wewnątrz znajdowała się stara czarno-biała fotografia przedstawiająca młodą dziewczynę z długim jasnym warkoczem. Jeden brzeg papieru był poszarpany, jakby to był jedynie fragment oderwany z większej fotografii.

— Zabijasz młodego mężczyznę, układasz go jak na katafalku i czyścisz miejsce zbrodni ze wszystkich śladów krwi. A potem przystrajasz go kwiatami i wkładasz do kieszeni kawałek starego zdjęcia — powiedział Adam zamyślony, wciąż wpatrując się w fotografię. Po chwili dodał: — Po co?

Rawska pochyliła się nad Lorenzem, żeby przyjrzeć się znalezisku.

— Skąd wiesz, że to zabójca włożył zdjęcie? Być może z jakiegoś powodu zrobił to Kos.

— Jest możliwe, choć mało prawdopodobne, że zrobił to ktoś inny niż zabójca, ale z całą pewnością nie zrobił tego Łukasz Kos. Przyjrzyj się tej fotografii — powiedział Adam, podsuwając ją Rawskiej pod nos. — Co widzisz?

— Kobietę w mundurze — zmrużyła oczy, żeby się lepiej przyjrzeć emblematom — skrzydła, Poland. Nie mam pojęcia, o jaką formację może chodzić.

— Prawdopodobnie była w Pomocniczej Lotniczej Służbie Kobiet — wyjaśnił Adam mechanicznie — ale nie o to mi chodzi. Zwróć uwagę na papier. Jest prawie czysty. Ma tylko niewielką rozmazaną smugę krwi na spodzie. Gdyby Kos miał to zdjęcie przy sobie, kiedy padły strzały, utonęłoby we krwi, tak jak lewa połowa kieszeni koszuli.

Rawska pokiwała wolno głową.

— Jedno jest pewne — powiedziała. — Zabójca ma w swojej głowie bardzo spójną historię. Znajdziemy go tylko, jeśli ją zrozumiemy.

W tym momencie podszedł do nich jeden z techników uwijających się w mieszkaniu.

— Znaleźliśmy telefon denata.

Lorenz wiedział, że to niepozorne urządzenie może dostarczyć ogromną ilość informacji na jego temat. Historia połączeń, otwarte karty przeglądarki internetowej, zdjęcia, aplikacje — wszystko, co się tam znajdowało, rzucało światło na to, czym Kos się zajmował, co lubił, jak wyglądały jego ostatnie godziny przed śmiercią. Na pewno ktoś to dokładnie przejrzy i przeanalizuje, ale to później. Teraz interesował go tylko ten esemes, o którym mówił Brylski. Wybrał biało-zieloną ikonę na wyświetlaczu. Na samej górze listy znajdowała się wiadomość wysłana do Marty. Lorenz otworzył zdjęcie na pełnym ekranie. Przedstawiało ten sam widok, który roztaczał się przed jego oczami. Przesunął się o pół kroku w lewo. Teraz mógłby zrobić dokładnie takie samo zdjęcie, jakie dostała narzeczona Kosa. Odwrócił telefon w stronę Izy Rawskiej. Tym razem nic nie ważyła w myślach. Zapytała bez zastanowienia:

— Dlaczego zabójca wysłał to zdjęcie właśnie do narzeczonej?

Lorenz ledwo zauważalnie skinął głową. Iza Rawska umiała postawić właściwe pytanie.

— Ja też się cieszę, że będziemy razem pracować — powiedział i poszedł oddać telefon technikom.

4

Kiedy Lorenz opuścił miejsce zbrodni, na dworze było już zupełnie ciemno. Przynajmniej nie dostrzegało się wszechobecnej burości. Tylko zapalone latarnie uliczne niepotrzebnie wyciągały z mroku smutne nagie drzewa i poszarzałe trawniki. Adam wcisnął głowę w ramiona. Nie przeszkadzał mu padający śnieg z deszczem, ale nie znosił wiatru, który przenikał go teraz do szpiku kości. Najgorsza pogoda. Mimo że było kilka stopni powyżej zera, marzł bardziej niż przy największych mrozach. Wsiadł do samochodu i włączył ogrzewanie, ale przestał drżeć dopiero, gdy mijał kościół św. Wawrzyńca. Stary budynek górował nad ulicą Redutową, jakby na przekór historii, która tyle razy wciągała go w zawieruchę niespokojnych czasów. Wciąż brała go na świadka kolejnych krwawych wydarzeń. Ale teraz nie było widać żadnych śladów dramatów z przeszłości. Krzyki cierpienia już dawno ucichły. Pozostało kilka zbiorowych mogił, jakieś tablice pamiątkowe i poemat Mickiewicza.

O tej porze na ulicach nie było żadnego ruchu, więc po zaledwie kilku minutach Adam wjechał na ciche osiedle, gdzie małe szare powojenne domki przeplatały się z brzydkimi willami z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Mijał kolejne budynki, szukając właściwego numeru. Wreszcie zaparkował przed dużym, niezbyt ładnym domem. Na sąsiedniej posesji stała drewniana chata, która wyglądała na opuszczoną. Pewnie niedługo zastąpi ją luksusowa willa. Lokalizacja była dobra.

Lorenz nacisnął guzik przy furtce. Po chwili domofon zabrzęczał. Komisarz wszedł na podwórko. Minął dużego świątecznego renifera. Jego nos pulsował wesołym czerwonym światłem, jakby nikt mu nie wytłumaczył, że takie zachowanie nie przystoi w domu żałobnym. W otwartych drzwiach czekała na niego zadbana kobieta koło pięćdziesiątki.

— Komisarz Adam Lorenz — przedstawił się i pokazał służbową legitymację. — Chciałbym porozmawiać z Martą Kamińską.

Kobieta nie wyglądała na zaskoczoną. Na pewno spodziewała się takiej wizyty.

— To moja córka — powiedziała, dyskretnie ocierając łzę z policzka, i przepuściła Adama w drzwiach. — Proszę wejść.

W domu paliły się wszystkie światła, jakby gospodarze próbowali żarówkami odgonić ciemność, która niespodziewanie wkradła się w ich życie.

Na środku salonu stał stół przykryty białym haftowanym obrusem. Wyglądał równie pięknie, co smutno. Na talerzach ułożono zwinięte lniane serwety, utrzymywane w ryzach przez srebrne pierścienie. Nie było sztućców, a skromne stroiki i świece stały wszystkie razem z boku stołu.

— Zaprowadzę pana do pokoju Marty. Siedzi tam, odkąd przywiózł ją radiowóz. Nie chce wyjść. Teraz jest z nią mój mąż.

Kobieta delikatnie zapukała i otworzyła drzwi do pokoju córki. Adam wszedł do środka. Nie zamierzał składać Marcie kondolencji. To nie miało sensu. Wiedział, że słowa współczucia są jak natrętne muchy, które chce się jak najprędzej odgonić, żeby móc z powrotem zapaść się w głąb siebie. W pustkę. Pamiętał.

— Martusiu, to jest komisarz Lorenz — odezwała się matka cicho. Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale głos uwiązł jej w gardle. Patrzyła na martwą twarz córki i jej opuchnięte czerwone oczy, w których nie było już łez, i czuła, że to ją przerasta. Mogła tylko stać z boku i patrzeć, jak jej dziecko cierpi. Nie miała mocy, by ukoić jej ból. Pogłaskała ją delikatnie po policzku. Tylko tyle mogła zrobić.

Kiedy rodzice wyszli z pokoju, dziewczyna popatrzyła na Lorenza i skinęła głową, jakby chciała wyrazić swoją gotowość do współpracy. Potem jej spojrzenie powędrowało w kierunku leżącego na dywanie bukietu kremowych róż.

— Chciałbym rozpocząć od uporządkowania informacji — odezwał się wreszcie komisarz. — Łukasz Kos był pani narzeczonym, jutro mieliście brać ślub.

Marta Kamińska skinęła głową, nie odrywając wzroku od wiązanki.

— To pani znalazła jego zwłoki?

Zaczęła jej drżeć broda, ale zacisnęła kurczowo szczęki, żeby zapanować nad słabością.

— Dziś mieliśmy się wcale nie spotykać. Rano Łukasz miał jeszcze iść na chwilę do pracy, żeby coś dokończyć, a Wigilię postanowiliśmy spędzić osobno. Ostatni raz. Kiedy dostałam tego esemesa, przez chwilę w ogóle nie rozumiałam, na co patrzę.

— Co było dalej?

Marta długo milczała. Gdy się wreszcie odezwała, jej głos był zupełnie pozbawiony wyrazu.

— Próbowałam się do kogoś dodzwonić, do kogokolwiek, ale nikt nie odbierał. Wsiadłam do samochodu i pojechałam na Elekcyjną. Łukasz leżał na podłodze. Tak samo jak na zdjęciu. Nie odpowiadał, na nic nie reagował. Zadzwoniłam po karetkę.

Lorenz wiedział z relacji policjantów, którzy pierwsi dojechali na miejsce zbrodni, że ratownicy medyczni zastali ją zwiniętą na podłodze tuż obok ciała Łukasza Kosa. Była w szoku.

— Kiedy ostatni raz widziała się pani z narzeczonym?

— Wczoraj wieczorem. Byłam u niego. U nas — poprawiła się. — Kupiliśmy to mieszkanie rok temu. Łukasz wprowadził się od razu, gdy je urządziliśmy. Razem mieliśmy zamieszkać dopiero po ślubie.

— Czy zauważyła pani coś dziwnego w jego zachowaniu?

Marta odwróciła się i popatrzyła Adamowi w oczy.

— Byliśmy szczęśliwi. Żyliśmy ślubem… — Zawiesiła na chwilę głos. Przez jej twarz przemknął przelotny uśmiech. Zniknął równie szybko jak wspomnienie, które go wywołało. — Ja żyłam ślubem — uściśliła. — Łukasz mniej. Jemu było wszystko jedno, czy oprócz rosołu na weselu podamy krem z borowików, czy żurek w chlebkach. Dla niego takie szczegóły nie miały żadnego znaczenia, ale znosił wszystko cierpliwie. Nie chciał odbierać mi radości… On zajął się planowaniem podróży poślubnej. Mieliśmy lecieć do Nowej Zelandii.

Ostatnie zdanie wypowiedziała szeptem. Głos odmówił jej posłuszeństwa. Wyglądała, jakby potrzebowała chwili na to, by się pozbierać, ale Adam wiedział, że moment wytchnienia może przynieść dokładnie odwrotny efekt. Nie zwlekając, przeszedł do kolejnego pytania.

— Czy pani narzeczony miał jakichś wrogów? Może był z kimś w konflikcie albo ktoś mu źle życzył?

Marta kręciła głową w milczeniu.

— Może miał jakieś zatargi w przeszłości? Nieszczęśliwa miłość? Złe towarzystwo? Ktoś chciał się na nim zemścić?

Lorenz rzucał hasła, jakby chciał obudzić w Kamińskiej jakieś skojarzenie. Nie liczył na wiele, ale być może zasiane teraz ziarno za jakiś czas zakiełkuje i Marta przypomni sobie coś, co może mieć znaczenie.

— Częstym motywem zabójstw są pieniądze. Może Łukasz był komuś winien jakąś znaczącą kwotę albo odwrotnie, to on miał dłużnika?

— Nie — powiedziała cicho. — Łukasz chodził codziennie rano do pracy, oglądał Ligę Mistrzów, planował dalekie podróże… Wściekał się na korki w Warszawie i hipokryzję polityków. — Zamilkła i popatrzyła w ciemne okno, ale zobaczyła tam jedynie swoją własną smutną twarz. — Był zwyczajnym chłopakiem. Miał obowiązki i pasje. Przyjemności i frustracje. Jego przeszłość nie skrywała żadnych mrocznych tajemnic. — Jej wzrok przesunął się w bok i zatrzymał na odbiciu komisarza. Ich spojrzenia się spotkały. — On odszedł, a ja muszę żyć dalej — wyszeptała tak cicho, że Lorenz nie był pewien, czy dobrze ją zrozumiał.

Sięgnął do kieszeni.

— Jeśli pani coś sobie przypomni, proszę do mnie zadzwonić — powiedział, podając jej wizytówkę. W drugiej ręce trzymał szczelnie zamkniętą torebkę strunową, w której znajdowała się fotografia znaleziona przy ciele Łukasza Kosa.

— Czy wie pani, kim jest ta kobieta?

Marta Kamińska pochyliła się nad zdjęciem i uważnie mu się przyjrzała. Po chwili rzekła:

— Nie wiem. Nigdy wcześniej nie widziałam ani tej kobiety, ani tej fotografii.

Lorenz schował torebkę do wewnętrznej kieszeni kurtki i podziękował Marcie. Ostatni raz spojrzał na wiszącą na drzwiach szafy suknię ślubną i wyszedł.

5

Agnieszka Lenartowicz włożyła ostatnią partię naczyń do zmywarki i włączyła szybki program. W środku nie było żadnych tłustych garnków ani talerzy z pozasychanymi resztkami, zmywarka nie musiała więc furczeć przez trzy godziny.

Wigilia się udała. Agnieszka martwiła się trochę, czy jej ojciec nie pokłóci się z teściem, jak co roku, ale na szczęście, kiedy zaczęli się ocierać o tematy polityczne, Marysia ogłosiła, że pora na jej świąteczny występ. Otworzyła futerał i zapytała, od której kolędy ma zacząć, a potem zagrała Cichą noc. Skrzypce, na które uparł się ojciec dziewczynki, były instrumentem, który nie wybaczał błędów, a ponieważ umiejętności Marysi wciąż pozostawiały wiele do życzenia, efekty mogłyby wywołać ból zębów u postronnego słuchacza. Agnieszce jednak nie przeszkadzało, że córka zarzyna skrzypce. Oni śpiewali wcale nie lepiej. Najważniejsza była spokojna radość świąt, którą mogli razem przeżywać.

Przetarła wilgotną szmatką kuchenny blat. Słyszała, że Bartek już kończy czytać dzieciom na dobranoc. Kiedy chowała do lodówki resztkę kompotu z suszu, jej wzrok padł na wystającą zza tostera kopertę. Teraz przypomniała sobie, że wczoraj wyjęła ze skrzynki list. Była tak objuczona siatkami, że przyniosła go do domu w zębach, po czym rzuciła na toster i zaczęła rozpakowywać zakupy, a potem o nim zapomniała.

Koperta była starannie zaadresowana niebieskim długopisem. Pewnie jakieś życzenia świąteczne. Nie wiedziała, kto mógł je wysłać. Nie było nazwiska nadawcy, a charakteru pisma nie rozpoznawała. Rozcięła kopertę. W środku znajdowały się złożone kartki A4, do których przyklejono małą żółtą samoprzylepną karteczkę. Ta sama ręka, która zaadresowała kopertę, napisała na niej równymi literami:

Czy myślisz, że twoje życie jest takie duże? Jesteś pchłą.

Agnieszka zmarszczyła brwi. Co to, do licha, ma znaczyć? Rozłożyła złożone na cztery kartki i zaczęła czytać wydrukowany tekst.

Co czujesz, kiedy słyszysz, że w dwa dni zastrzelono czterdzieści tysięcy ludzi? Pewnie myślisz sobie: to dużo. A może masz w sobie więcej empatii? Wtedy popadniesz na chwilę w zadumę i powiesz: mój Boże, cóż za tragedia! A potem wrócisz do swojego życia. Do swoich problemów, które tak cię przecież przytłaczają. Gdybyś stanął nad zbiorową mogiłą i przeczytał nazwiska niektórych z nich: starych, młodych i całkiem maleńkich. Gdybyś mógł wyobrazić sobie tych ludzi, ich strach, ich rozpacz i ich koniec, być może wtedy melancholia spowiłaby cię na kilka godzin. Całe rodziny, które zniknęły jak pył zdmuchnięty przez wiatr. Zaczynasz rozumieć, że ci ludzie doświadczyli piekła, jakiego ty nawet nie potrafisz sobie wyobrazić. Ani ja. I jeśli teraz myślisz, że los nie może być bardziej okrutny, zaskoczę cię.

Otóż niektórzy to piekło przeżyli.

Agnieszka przewróciła kartkę i pobieżnie przebiegła wzrokiem treść pierwszego akapitu: „Opowiem ci pewną historię. Kiedy wybuchło powstanie warszawskie, Basia miała zaledwie sześć lat. Jej matka…”. Gwałtownie odsunęła od siebie list. Nie zamierzała tego czytać dalej.

— Co to za świr? — burknęła pod nosem. Ze złością zgniot­ła kartki, otworzyła szufladę pod zlewem i wyrzuciła dwie papierowe kulki do pojemnika z recyklingiem.

Drzwi do pokoju dzieci zamknęły się z delikatnym szczęknięciem. Agnieszka usłyszała ciche kroki męża w korytarzu, a po chwili Bartek wszedł do kuchni.

— Wiem, że to już szczyt obżarstwa, ale muszę ukroić sobie jeszcze kawałek makowca… — powiedział wesoło, ale kiedy spojrzał na żonę, urwał. — Coś się stało? — zapytał. Jego głos miał zupełnie inny ton niż przed chwilą.

Agnieszka potrząsnęła przecząco głową. Była wściekła, że ten list tak ją zdenerwował. A może dlatego, że nie udało jej się ukryć zmiany nastroju przed mężem? Nie wiedziała. Mocno potarła palcami czoło, jakby chciała odgonić natrętne myśli, i odpowiedziała mu, siląc się na to, by jej głos brzmiał jak najbardziej beztrosko:

— Nie, nic mi nie jest. Po prostu dogoniło mnie zmęczenie. Nastaw dvd. Ukroję ciasto i zaraz do ciebie dołączę.

Kiedy usłyszała pierwsze takty przeboju The Pointer Sisters, nogi same zaczęły jej podrygiwać, a na usta wypłynął uśmiech. Tanecznym krokiem podeszła do kanapy. Mimo że znali już ten film na pamięć, co roku po Wigilii oglądali To właśnie miłość, a ich tradycją stało się, że zaczynali od sceny, w której Hugh Grant zaprezentował bezkonkurencyjną choreografię do utworu Jump. Ta scena była po prostu zbyt dobra, żeby obejrzeć ją tylko raz.

Dziś, tak samo jak w ubiegłych latach, magia tego filmu znów udzieliła się Agnieszce. Ale mimo że siedziała na kanapie przytulona do męża i z mieszanką rozbawienia i wzruszenia śledziła losy dobrze znanych sobie bohaterów, jej mózg bez przerwy świdrowały słowa z żółtej karteczki: „Czy myślisz, że twoje życie jest takie duże? Jesteś pchłą”.

Jesteś pchłą.

6

Adam wrócił do pustego mieszkania w kamienicy na Poznańskiej. Minął stojący w korytarzu wielki karton dokładnie zaklejony brązową taśmą. Był tak ustawiony, że utrudniał przejście, a drzwi wejściowe dało się otworzyć jedynie do połowy. Przez te lata Adam tak się do niego przyzwyczaił, że nawet go nie zauważał. Wiedział, jak daleko może pchnąć drzwi, wracając do domu, żeby nie trącić pudła, a kiedy w nocy szedł po ciemku do łazienki, pamiętał, w którym miejscu musi się prześlizgnąć blisko ściany, żeby nie zawadzić o przeszkodę.

Odziedziczył to mieszkanie po babci i tego samego dnia wystawił je na sprzedaż. Nie chciał tu mieszkać. Drażnił go hałas. Podobno można się do tego przyzwyczaić. Nawet czytał o tym jakiś pseudonaukowy artykuł. Habituacja. Tak to się nazywało. Osłabienie fizjologicznych i psychologicznych reakcji na znane bodźce. Ale on w zasadzie nie chciał się przyzwyczajać. Jemu było dobrze z tymi bodźcami, które miał na co dzień. Nie potrzebował oswajać nowych.

To Ola zakochała się w tym mieszkaniu. A potem on zakochał się w Oli. Zdziwił się, kiedy ją zobaczył przed wejściem na klatkę o umówionej godzinie. Miała może dwadzieścia lat, nie więcej niż dwadzieścia dwa. Nie wyglądała na osobę, którą by było stać na zakup takiej nieruchomości, ale Adam już nieraz się przekonał, że pozory mogą mylić. Zaprowadził ją na górę. Patrzył na jej nieudawany entuzjazm i błysk w oczach, kiedy podziwiała przedwojenną architekturę i mówiła o bogatej duszy mieszkania. On zbyt mocno stąpał po ziemi, żeby zastanawiać się nad tym, jakie historie mogłyby opowiedzieć stare mury, gdyby ktoś dał im głos. Kiedy się żegnali, przyznała mu się skruszona, że w ogóle nie planuje zakupu. Przepraszała go za to, że zmarnowała jego czas. Nie umiała wytłumaczyć, co jej strzeliło do głowy. Tydzień później zaprosił ją na kawę. Po trzech miesiącach przestał odpowiadać na wiadomości osób zainteresowanych kupnem mieszkania, a kilka tygodni później w ogóle usunął ogłoszenie.

I faktycznie, coś było w tej całej habituacji. Po paru dniach hałas przestał mu przeszkadzać, a potem już go w ogóle nie słyszał. Dziś był wręcz jego przyjacielem. Kiedy w bezsenne noce Adam leżał godzinami, wpatrując się w sufit, otwierał szeroko okno i wsłuchiwał się w gwar uliczny. Był inny latem, inny zimą. Różne dni tygodnia też miały swoją charakterystykę. Ale w centrum Warszawy zawsze coś się działo. Wsłuchiwał się w odgłosy, skupiał na nich całą swoją uwagę. Tylko w ten sposób udawało mu się nie dopuszczać do siebie złych myśli.

Wiedział, że dziś nie będzie musiał otwierać okna i wpuszczać do środka wiatru i zimnej wilgoci. Uśpi go praca. W jego głowie będą się przewijały obrazy z miejsca zbrodni, pytania, łzy Marty Kamińskiej. Więcej pytań. Ten młyn będzie się kręcił bez przerwy, tak długo, aż zacznie brakować w nim logiki. Wkradnie się chaos, sen zacznie się mieszać z jawą, aż wreszcie wszystko zniknie.

Otworzył lodówkę. W środku był kawałek sera i pomar­szczona papryka. Wyjął ser, ukroił sobie kromkę chleba, a następnie zasiadł z tym na kanapie. Jutro rano powinien dostać dokładny raport na temat śladów zabezpieczonych na miejscu zbrodni. Może nawet będą już wyniki sekcji zwłok. Przyczyna śmierci była wprawdzie znana, ale dokładna analiza patologa może rzucić światło na to, jak rozgrywał się dramat.

O ósmej miał się spotkać na komendzie z Rawską i Brylskim, ale wiedział, że będzie potrzebował więcej rąk do pracy. Komenda, tak jak szpitale, nigdy nie spała, ale Adam nie chciał przypadkowego dyżurującego policjanta. Do tego śledztwa potrzebował kogoś sprawdzonego. Sięgnął po telefon i wybrał numer Mateusza Corsettiego. Odebrał po czterech sygnałach.

— Oglądałeś w niedzielę Legię? — zapytał Adam zamiast przywitania. Rozmowy o Ekstraklasie były dla nich rodzajem gry wstępnej. — Pięć do koła pojechała Łęczną.

— E tam, same szmaty. Bramkarz się obciął. Ino Ruch, chopie! Widziałeś, jak załatwili Wisełkę? To samo zrobią z Legią. Jak chcesz zobaczyć z bliska, to możemy iść razem na mecz.

Mimo że nazwisko wskazywało na coś zupełnie innego, Corsetti był Ślązakiem z krwi i kości. Miał ojca Włocha, ale jedyne, co po nim odziedziczył, to nazwisko. Nawet jego oczy i brązowe włosy nie były na tyle ciemne, żeby jego typ urody określić jako południowy. Miał mocną budowę ciała i taki charakter. Wiele osób uważało, że jest opryskliwy, ale Adamowi to nie przeszkadzało. Traktował to jako skutek uboczny tego, że Corsetti był konkretny i prostolinijny.

— Nie pójdę z tobą na mecz, bo znowu mi będziesz pół godziny płakał na ramieniu, jak wam wklepiemy.

— Dobra, co tam cię niesie?

Czas na grę wstępną dobiegł końca.

— Jutro o ósmej jest zebranie.

— Cieszę się. Ja jutro o ósmej śpię. A jeśli wstanę wcześniej, to będę z wami myślami. Coś jeszcze?

— Matteo, nie zachowuj się jak diwa.

— Mam trzydzieści siedem dni niewykorzystanego urlopu, a ty mnie ściągasz do pracy jeszcze w święta?

— Jak skończymy tę sprawę, to możesz sobie wykorzystać cały urlop na raz. Wyjedziesz sobie gdzieś z Ewą. Podobno Malediwy są ładne. Zadrożny ostatnio był. Bardzo mu się podobało.

Mateusz wysypał z siebie wiązankę niecenzuralnych słów, które nie wiadomo, czy komentowały konieczność zjawienia się w pracy w święta, czy była to reakcja na wzmiankę o prokuratorze. Rozłączył się w pół słowa, ale Lorenz nie musiał dzwonić ponownie. Wiedział, że Corsetti przyjdzie o ósmej. Punktualność była jedną z jego zalet.

Odłożył niedojedzoną kromkę chleba na kuchenny blat i poszedł umyć zęby, a potem rozłożył stojącą pod oknem kanapę.

W głowie wirowały mu wrażenia minionego dnia. Ponownie odgrywał rozmowę, którą odbył z Martą Kamińską. Miał poczucie, że powiedziała coś znaczącego. Że wśród suchych słów relacjonujących zdarzenia i lakonicznych odpowiedzi na pytania pojawiło się coś ważnego. Nie mógł tego wyłowić. Sen otaczał jego umysł coraz gęstszą mgłą.

Chwilę później zasnął.

7

List stał na stole oparty o szklankę z herbatą. Herbata musiała być w szklance. Nie w kubku. Tak zawsze podawała ją mama. Tak było dobrze. Mocna i bez cukru, z cienkim plasterkiem cytryny, której skórka dodawała herbacie nutkę cierpkiej goryczy.

List trzeba wysłać. Tak naprawdę nie było pośpiechu, bo ani jutro, ani pojutrze nikt nie opróżni skrzynek pocztowych. Były przecież święta. Ale lepiej pójść już teraz.

Koperta była zaadresowana starannie. Niebieskie litery układały się w równe rzędy. Tak jak poprzednio. Dobrze było robić rzeczy starannie. Mama to lubiła.

A jeśli skrzynka nie ochroni przesyłki przed wszechobecnym wilgotnym chłodem? Koperta się pofałduje albo błękitny atrament się rozmaże? List będzie wtedy zniszczony. A jest przecież taki ważny. Musi dotrzeć do adresata w idealnym stanie.

Może lepiej poczekać i wysłać go pojutrze? Pójdzie w poniedziałek wieczorem i wtedy go wrzuci?

Nie. Lepiej pójść od razu. Wtedy nie trzeba będzie więcej zaprzątać tym sobie myśli. Ma przecież bardzo ważne zadanie przed sobą. Lepiej skupić się na tym.

Wypije teraz herbatę, póki ciepła, i pójdzie. A list włoży do książki, żeby się nie pogniótł.

I pójdzie teraz. Przy okazji wyrzuci doniczkę z różą, która po odcięciu jednego z pędów straciła swoją symetrię. Teraz była niedoskonała. Szpeciła, zamiast zdobić. Taka szkoda… Przepięknie obsypała się kwiatami.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki