Pościg - Elle Kennedy - ebook + książka

Pościg ebook

Elle Kennedy

4,2

58 osób interesuje się tą książką

Opis

Pełna namiętności opowieść o dwojgu młodych ludzi, którzy odkrywają, że choć wzajemnie doprowadzają się do szału, nie mogą bez siebie żyć…

Summer to dziewczyna z wyższych sfer, pozornie pochłonięta wyłącznie zakupami i wyglądem. Fitz jest hokeistą, który realizuje swoje marzenia dzięki graniu w drużynie uniwersyteckiej, co zapewnia mu opłacenie upragnionych studiów. To seksowny i ponury facet, którego tatuaże i sposób bycia zupełnie nie pasują do Summer. Jednak obydwoje czują do siebie ogromny pociąg. Wszystko wydaje się iść ku dobremu, jednak kilka nieuważnych słów Fitza sprawia, że urażona Summer odsuwa się od niego, by zacząć flirtować z jego kolegą z drużyny. Jednak obydwoje nie mogą o sobie zapomnieć, zwłaszcza że widzą się codziennie, gdyż zostają współlokatorami. Dzięki temu Fitz poznaje bliżej dziewczynę i radykalnie zmienia o niej zdanie…

„W tej opowieści o życiu na campusie chodzi o wiele więcej, niż tylko o hokeistów, pożary w domach studenckich stowarzyszeń, mrocznych profesorów, bójki w barach i domówki. Summer i Fitzy pracują nad tym, by zrozumieć, że tak naprawdę wkurza ich życie bez drugiej osoby u boku i właśnie tej historii chcemy wysłuchać”.

Hypable.com

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 442

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Elle Kennedy Pościg Tytuł oryginału The Chase ISBN Copyright © 2018 by Elle KennedyAll rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019 Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Redakcja Agnieszka Zienkowicz Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Rozdział pierwszy

Summer

— To jakiś żart? — Wpatruję się z otwartymi ustami w pięć dziewcząt, które właśnie wydają na mnie wyrok. Każda z nich różni się od pozostałych fryzurą, kolorem skóry i oczu, a mimo to wszystkie wyglądają jednakowo, bo mają identyczny wyraz twarzy. Widzę, że spod maski żalu przebija podła radość. Próbują ją ukryć, udając, że naprawdę przygnębiły je przekazywane mi wieści.

Ha. Ależ się napawają tą chwilą.

— Przykro mi, Summer, ale to nie żart. — Kaya uśmiecha się ze współczuciem. — Jako Komitet Standardowy bardzo poważnie podchodzimy do kwestii reputacji Kappa Beta Nu. Dziś rano otrzymałyśmy wiadomość z góry...

— Och, doprawdy? Otrzymałyście wiadomość? Wysłali wam telegram?

— Nie, e-mail — odpowiada, zupełnie nie wyczuwając sarkazmu. Przerzuca przez ramię błyszczące włosy. — Upomnieli komitet, iż każda członkini naszego stowarzyszenia studenckiego musi zachowywać się zgodnie z wyznaczonymi przez nich standardami, inaczej nasz oddział straci dobrą pozycję w kraju.

— Musimy utrzymać dobrą pozycję — włącza się Bianca, rzucając mi błagalne spojrzenie. Ze wszystkich pięciu suk, które stoją przede mną, ona wydaje się najrozsądniejsza.

— Zwłaszcza po tym, co przydarzyło się Daphne Kettle­man — dodaje dziewczyna, której imienia nie mogę sobie przypomnieć.

Zwycięża moja ciekawość.

— Co się stało z Daphne Kettleman?

— Zatrucie alkoholowe. — Czwarta dziewczyna — chyba ma na imię Hailey — ścisza głos do szeptu i szybko rozgląda się wokół, jakby wśród antycznych mebli wypełniających pokój dzienny w willi Kappa ukryto podsłuch.

— Musiała przejść płukanie żołądka — wyjaśnia radośnie dziewczyna bez imienia. Zastanawiam się, czy naprawdę cieszy się z tego, że Daphne Kettleman o mało nie umarła.

Kaya mówi oschle:

— Dość już rozmowy o Daphne. Nie powinnaś nawet poruszać tego tematu, Coral.

Coral! Racja. Tak się nazywa ta dziewczyna. Brzmi to równie kretyńsko teraz, jak i wtedy, gdy przedstawiała się piętnaście minut temu.

— Nie wymawiamy imienia Daphne w tym domu — wyjaśnia mi Kaya.

Jeeezu. Jedno nędzne płukanie żołądka i już biedna Daphne zyskuje status Voldemorta? Oddział Kappa Beta Nu na Uniwersytecie Briar kieruje się znacznie surowszymi zasadami od oddziału w Brown.

Sytuacja przedstawia się następująco: zostaję wykopana za drzwi domu stowarzyszenia, zanim jeszcze zdążyłam się do niego wprowadzić.

— To nic osobistego — ciągnie Kaya, znów obdarzając mnie uśmiechem pełnym udawanego współczucia. — Nasza reputacja jest dla nas bardzo ważna i chociaż twoje dziedzictwo...

— Dziedzictwo prezydentury — uściślam. Ha, a więc rzuciłam ci to prosto w twarz, Kayu! Mama była prezeską oddziału Kappa na pierwszym i ostatnim roku studiów, tak jak i babcia. Kobiety Heyward i Kappa Beta Nu to nierozłączna para, tak jak kaloryfer na brzuchu i dowolny facet o nazwisku Hems­worth.

— Dziedzictwo — powtarza — ale my nie przywiązujemy wagi do powiązań rodowych tak jak onegdaj.

Onegdaj? Kto tak teraz mówi? Czy ona przeniosła się w czasie z zamierzchłej przeszłości?

— Jak już mówiłam, mamy swoje zasady. A ty nie opuściłaś oddziału w Brown w najlepszych okolicznościach.

— Nie wyrzucono mnie z Kappa — upieram się — tylko wydalono mnie ze szkoły.

Kaya wpatruje się we mnie z niedowierzaniem.

— Czy to dla ciebie powód do dumy? Wydalenie z jednego z najlepszych college’ów w kraju?

Odpowiadam przez zaciśnięte zęby:

— Nie jestem z tego dumna. Mówię tylko, jak się sprawy mają. Wciąż jestem członkinią tego siostrzanego stowarzyszenia.

— Być może, ale to nie znaczy, że masz prawo mieszkać w tym domu. — Kaya zakłada ręce na piersiach okrytych białym moherowym swetrem.

— Rozumiem. — Przybieram taką samą pozycję jak ona, dodatkowo krzyżując nogi.

Zazdrosne spojrzenie Kai ląduje na moich czarnych zamszowych butach od Prady, które otrzymałam w prezencie od babci z okazji przyjęcia mnie do Briar. Nieźle się uśmiałam, kiedy wczoraj w nocy otworzyłam paczkę. Bunia Celeste chyba nie rozumie, że będę uczęszczać do Briar tylko dlatego, że wyrzucono mnie z innej szkoły. A może o tym wie, tylko wcale jej to nie obchodzi. Bunia zawsze znajdzie jakiś powód, by założyć coś od Prady. To moja bratnia dusza.

— I nie pomyślałaś — ciągnę, a w moim głosie pojawia się nieprzyjemna nuta — by powiadomić mnie o tym wcześniej, zanim spakowałam rzeczy, przejechałam całą tę drogę z Manhattanu i weszłam tu przez frontowe drzwi?

Tylko Bianca ma w sobie tyle przyzwoitości, by przybrać minę osoby, którą dopadło poczucie winy.

— Naprawdę nam przykro, Summer. Ale tak jak powiedziała Kaya, krajowa rada skontaktowała się z nami dopiero dziś rano. Musiałyśmy głosować i... — Prawie niedostrzegalnie wzrusza ramionami. — Przykro mi — powtarza.

— Czyli głosowałyście i postanowiłyście, że nie pozwolicie mi tu zamieszkać?

— Tak — potwierdza Kaya.

Zerkam na pozostałe dziewczyny.

— Hailey?

— Halley — poprawia mnie lodowato.

Och, co za różnica. Mam zapamiętać ich imiona? Dopiero co się poznałyśmy.

— Halley. — Przenoszę spojrzenie na kolejną dziewczynę. — Coral. — A potem na następną. Szlag. Co za dramat, nie pamiętam, jak się nazywa. — Laura?

— Tawny — odwarkuje.

Porażka.

— Tawny — powtarzam przepraszającym tonem. — Jesteście pewne swojej decyzji?

Wszystkie trzy kiwają głową.

— Fantastycznie. Dzięki za zmarnowanie mojego czasu. — Wstaję, przerzucam włosy za ramię i zaczynam owijać szyję czerwonym kaszmirowym szalem. Prawdopodobnie robię to zbyt energicznie, bo chyba denerwuję tym Kayę.

— Nie dramatyzuj — nakazuje sarkastycznie. — I nie zachowuj się tak, jakby to była nasza wina, że spaliłaś swój poprzedni dom. Wybacz, ale nie chcemy mieszkać z podpalaczką.

Walczę, by zachować nad sobą kontrolę.

— Niczego nie spaliłam.

— Siostry z Brown twierdzą inaczej. — Zaciska usta. — Za dziesięć minut zaczyna się zebranie. Czas już na ciebie.

— Jeszcze jedno spotkanie? O rany! Ale macie dzisiaj napięty grafik.

— Dziś wieczorem zajmujemy się organizacją sylwestrowej imprezy charytatywnej, na której zbierzemy fundusze — odpowiada sztywno Kaya.

Ach, co za strata dla mnie.

— A jaki jest cel?

— Och. — Bianca wygląda na zakłopotaną. — Zbieramy pieniądze, by odnowić piwnicę w willi.

O mój Boże. To one są celem zbiórki.

— Faktycznie lepiej, żebyście się tym zajęły. — Uśmiecham się szyderczo i niedbale macham im na pożegnanie, wychodząc z pokoju.

W holu czuję pierwsze ukłucie łez.

Pieprzyć je. Nie potrzebuję ani ich, ani tego debilnego stowarzyszenia.

— Summer, poczekaj.

Bianca dołącza do mnie przy drzwiach wejściowych. Szybko przywołuję uśmiech na twarz i mrugam, by nie było widać wzbierających mi w oczach łez. Nie pozwolę, by któraś z nich zobaczyła, jak płaczę. Cholernie się cieszę, że zostawiłam wszystkie walizki w samochodzie i przyszłam tu tylko z torebką. Jak bardzo czułabym się poniżona, gdybym musiała taszczyć swoje bagaże z powrotem do samochodu? Pewnie musiałabym kilka razy pokonać tę samą drogę, bo kiedy podróżuję, nie pakuję się oszczędnie.

— Posłuchaj. — Bianca mówi tak cicho, że muszę się wysilić, by ją usłyszeć. — Powinnaś wiedzieć, jakie masz szczęście.

Unoszę brwi.

— Bo jestem bezdomna? O tak, to dla mnie błogosławieństwo.

Uśmiecha się.

— Nazywasz się Heyward-Di Laurentis. Nie jesteś i nigdy nie będziesz bezdomna.

Uśmiecham się z zakłopotaniem. Nie da się temu zaprzeczyć.

— Ale ja mówię poważnie — szepcze. — Nie chcesz tutaj mieszkać. — Spojrzenie jej migdałowych oczu biegnie ku drzwiom. — Kaya zachowuje się jak sierżant przeprowadzający musztrę. To jej pierwszy rok w roli prezeski Kappa i upaja się swoją władzą.

— Zauważyłam — stwierdzam oschle.

— Powinnaś zobaczyć, co zrobiła Daphne! Udawała, że chodzi o tę sprawę z alkoholem, ale tak naprawdę była zazdrosna, bo Daph przespała się z jej byłym chłopakiem, Chrisem, więc uprzykrzyła jej życie. W pewien weekend, gdy Daph wyjechała, Kaya „przez przypadek” — Bianca robi w powietrzu znak cudzysłowu — przekazała wszystkie jej ubrania pierwszo­roczniakom, którzy przeprowadzali doroczną zbiórkę odzieży dla potrzebujących. Daphne w końcu opuściła stowarzyszenie i wyprowadziła się.

Zaczynam sądzić, że zatrucie alkoholowe to najlepsze, co mogło przytrafić się Daphne Kettleman, skoro pozwoliło jej to wyrwać się z tego piekiełka.

— I co z tego. Nie obchodzi mnie, czy będę tu mieszkać, czy nie. Tak jak stwierdziłaś, poradzę sobie — mówię aroganckim tonem, który ma zasygnalizować, że nic mnie w życiu nie dotyka. Doskonaliłam go całymi latami.

To moja zbroja. Udaję, że moje życie przypomina przepiękny wiktoriański dom. Mam nadzieję, że nikt nie przyjrzy mu się z bliska i nie zobaczy pęknięć w fasadzie.

Ale bez względu na to, jak bardzo jestem przekonująca w oczach Bianki, nie potrafię opanować fali niepokoju, która zalewa mnie, gdy pięć minut później wsiadam do samochodu. Sprawia, że oddycham z trudem, a serce bije mi tak szybko, że ledwo mogę jasno myśleć.

Co mam teraz zrobić?

Dokąd pójdę?

Robię głęboki wdech. Nic się nie stało. Wszystko w porządku. Jeszcze raz nabieram tchu. Tak, wszystko sobie poukładam. Zawsze tak robię, prawda? Nieustannie coś zawalam, a potem zawsze znajduję sposób, żeby to naprawić. Muszę tylko się skupić i pomyśleć...

Telefon zaczyna głośno wygrywać przerobioną na dzwonek wersję Cheap Thrills Sii.

Niezwłocznie odbieram.

— Hej — witam mojego brata, Deana. Jestem mu wdzięczna za to, że mi przerwał.

— Hej, Gluciku. Tylko sprawdzam, czy cała i zdrowa dotarłaś do kampusu.

— Czemu miałoby być inaczej?

— Rany, kto cię wie. Mogłaś uciec do Miami z jakąś łapiącą stopa przyszłą gwiazdą rapu, którą zabrałaś z drogi międzystanowej. Zwykle nazywam to sposobem na zostanie dawcą kostiumu z własnej skóry dla jakiegoś seryjnego mordercy. Och, czekaj! Ty to już przecież kiedyś zrobiłaś.

— O mój Boże. Po pierwsze, Jasper był aspirującym piosenkarzem country, a nie raperem. Po drugie, jechałam samochodem z dwiema innymi dziewczynami do Daytona Beach, a nie Miami. Po trzecie, nawet nie próbował mnie dotknąć, a co dopiero zamordować. — Wzdycham. — Lacey się z nim jednak przespała, a on zafundował jej opryszczkę.

Spotykam się z pełną niedowierzania ciszą.

— Wacuś? — Tym przezwiskiem tytułuję Deana od dzieciństwa. Nienawidzi go. — Jesteś tam?

— Próbuję zrozumieć, dlaczego sądzisz, że twoja wersja tej historii jest w jakikolwiek sposób lepsza od mojej. — Nag­le klnie. — Kurwa mać, czy ja nie przespałem się z Lacey na twojej osiemnastce? — Milknie na chwilę. — Wycieczka z opryszczką w tle przydarzyła się przed tamtą imprezą. Do cholery, Summer! Wiesz, zabezpieczyłem się, ale byłoby miło, gdybyś mnie ostrzegła!

— Nie, nie przespałeś się z Lacey. Myślisz o Laney, przez „n”. Przestałam się z nią po tym przyjaźnić.

— Dlaczego?

— Bo przespała się z moim bratem, a miała spędzać ze mną czas na mojej imprezie. To niefajne.

— Prawda. Samolubne posunięcie.

— Właśnie.

Nagle w słuchawce coś głośno trzeszczy. Brzmi to jak powiewy wiatru, odgłosy silników samochodowych i kanonada klaksonów.

— Przepraszam — odzywa się Dean — ale właśnie wychodzę z mieszkania. Zjawił się mój Uber.

— Dokąd się wybierasz?

— Odbieram nasze rzeczy z pralni. Miejsce, dokąd je zawozimy z Allie, mieści się aż w Tribece, ale są świetni, więc warto poświęcić na to czas. Bardzo polecam.

Dean mieszka wraz ze swoją dziewczyną Allie w West Village na Manhattanie. Allie przyznała przede mną, że okolica jest znacznie wytworniejsza od tej, do której była przyzwyczajona, ale dla mojego brata to zejście o szczebel w dół. Nasz rodzinny penthouse mieści się na Upper East Side i zajmuje trzy najwyższe piętra naszego hotelu Heyward Plaza. Ale nowy dom Deana znajduje się w pobliżu prywatnej szkoły, w której pracuje jako nauczyciel, a ponieważ Allie dostała główną rolę w serialu telewizyjnym, kręconym w wielu miejscach na Manhattanie, lokalizacja odpowiada im obojgu.

Pewnie im miło, bo mają gdzie mieszkać.

— Ale to nieważne. Rozgościłaś się już w domu Kappa?

— Niezupełnie — wyznaję.

— Do kurwy nędzy, Summer. Co zrobiłaś?

Z oburzenia otwieram szeroko usta. Dlaczego moja rodzina zawsze zakłada, że to ja jestem wszystkiemu winna?

— Nic nie zrobiłam — odpowiadam sztywno. Ale wtem w moim głosie pobrzmiewa przegrana. — Dziewczyny stamtąd sądzą, że ktoś taki jak ja zaszkodzi reputacji stowarzyszenia. Jedna z nich nazwała mnie podpalaczką.

— Cóż — Dean nie owija w bawełnę — bo nią po trosze jesteś.

— Spadaj, Wacuś. To był wypadek. Podpalacze podkładają ogień rozmyślnie.

— Czyli jesteś przypadkową podpalaczką. Przypadkowa podpalaczka. To wspaniały tytuł książki.

— Cudownie. Napisz ją. — Nie dbam o to, czy zabrzmiało złośliwie. Mam ochotę kąsać, a moje nerwy są zszargane. — Tak czy owak, wykopały mnie za drzwi, a ja muszę wymyślić, gdzie zamieszkać w tym semestrze. — W gardle formuje się nie wiadomo skąd jakaś kula, przez którą przebija się zdławiony odgłos, prawie już szloch.

— Nic ci nie jest? — pyta natychmiast Dean.

— Sama nie wiem. — Przełykam z trudem. — Ja... to niedorzeczne. Nawet nie wiem, co mnie tak przygnębiło. Te dziewczyny są straszne i chyba bym się nie cieszyła, gdybym z nimi zamieszkała. Wiesz, jest sylwester, a one wszystkie tkwią na kampusie! Zamiast imprezować, robią zbiórkę charytatywną! To zupełnie nie moje klimaty.

Nie jestem w stanie dłużej powstrzymywać łez. Po policzkach spływają mi dwie duże krople. Cieszę się, że Deana nie ma przy mnie i nie widzi tego. I tak już jest źle, bo słyszy, jak płaczę.

— Przykro mi, Gluciku.

— Nieważne. — Z wściekłością wycieram mokre oczy. — To nie ma znaczenia. Nie zamierzam płakać z powodu kilku podłych dziewczyn i przeludnionego domu. Nie pozwolę, by to mi zepsuło nastrój. Czy Selena Gomez pozwoliłaby, żeby coś takiego zepsuło jej nastrój? Absolutnie nie.

Mija pełna dezorientacji chwila.

— Selena Gomez?

— Tak. — Wysuwam podbródek do przodu. — Jest symbolem czystości i kobiety z klasą, a ja wzoruję się na niej. Pod względem osobowości. Oczywiście, jeśli chodzi o styl, zawsze będę starać się być taka jak Coco Chanel i zawsze poniosę porażkę, bo nikt nie może być Coco Chanel.

— Oczywiście. — Milknie na chwilę. — O której Selenie Gomez teraz mówimy? Z epoki Justina Biebera czy The ­Weeknd? Czy części drugiej Biebera?

Marszczę brwi, bo nie wierzę w to, co słyszę.

— Mówisz poważnie?

— To znaczy?

— Mężczyźni nie definiują kobiet. Kobietę określają jej osiągnięcia. I jej buty.

Wędruję wzrokiem ku nowym butom, które zawdzięczam buni Celeste. Przynajmniej osiągnęłam wybitny sukces w dziedzinie obuwia.

Na innych polach nie poszło mi tak dobrze.

— Pewnie mogę poprosić tatę, by zadzwonił do ludzi od zakwaterowania i sprawdził, czy jest wolne miejsce w akademiku. — Ponownie czuję smak porażki. — Ale naprawdę nie chcę tego. Już musiał pociągnąć za parę sznurków, żeby mnie przyjęto do Briar.

I wolałabym nie mieszkać w akademiku, jeśli tylko mogę tego uniknąć. Dzielenie łazienki z dwunastoma innymi dziewczynami to mój najgorszy koszmar. Zostałam do tego zmuszona w domu Kappy w Brown, ale dzięki osobnej sypialni cała ta sytuacja była łatwiejsza do zniesienia. Nie ma jednak mowy, by o tej porze w trakcie roku akademickiego zostały jeszcze jakieś pojedyncze pokoje w akademiku.

Jęczę pod nosem.

— Co ja mam zrobić?

Mam dwóch starszych braci, którzy nigdy, przenigdy nie przegapią okazji, by się ze mną drażnić albo wprawić mnie w zakłopotanie, ale czasem i im zdarzają się chwile współczucia.

— Nie dzwoń jeszcze do taty — mówi szorstko Dean. — Najpierw sprawdzę, czy sam dam radę coś znaleźć.

Marszczę czoło.

— Chyba nic nie jesteś w stanie zrobić.

— Po prostu zaczekaj z telefonem do niego. Mam pomysł. — W słuchawce słychać pisk hamulców. — Sekundę. Dzięki, chłopie. To na pewno pięciogwiazdkowy przejazd. — Drzwi zatrzaskują się. — Summer, tak czy owak, wracasz dziś wieczorem do miasta, prawda?

— Nie planowałam tego — przyznaję — ale chyba teraz nie mam wyboru. Muszę znaleźć jakiś hotel w Bostonie do czasu, aż nie rozwiążę swoich problemów mieszkaniowych.

— Nie chodzi mi o Boston. Miałem na myśli Nowy Jork. Semestr zacznie się dopiero za kilka tygodni. Pomyślałem, że zostaniesz do tego czasu w penthousie.

— Nie, chciałam się rozpakować, rozgościć i tak dalej.

— Cóż, dziś nie masz co na to liczyć. To wieczór sylwestrowy, więc równie dobrze możesz wrócić do domu i świętować go ze mną i z Allie. Przyjedzie też do nas kilku starych kumpli.

— Na przykład kto? — pytam zaciekawiona.

— Garret pojawił się w mieście, bo gra mecz, więc wpadnie do nas. I pokaże się też obecna brygada z Briar. Znasz niektórych z nich — Mike Hollis, Hunter Davenport. Tak naprawdę Hunter poszedł do Roselawn Prep. Chyba był rok od ciebie młodszy. Pierre i Corsen, ale chyba nigdy ich nie poznałaś. Fitzy...

Serce zamiera mi w piersiach.

— Pamiętam Fitzy’ego — stwierdzam tak niedbale, jak tylko mogę — czyli wcale mi się to nie udaje. Nawet ja wyczuwam podekscytowanie w moim głosie.

Ale kto mnie może za to winić. Fitzy to skrót od Colina Fitzgeralda, który przez przypadek jest JEDNOROŻCEM. Wysoki, seksowny, wytatuowany męski jednorożec, który gra w hokeja. Być może jestem w nim trochę zakochana.

Dobra, poddaję się.

Jestem w nim cholernie mocno zakochana.

Jest taki... niesamowity. Ale też pozostaje poza moim zasięgiem. Zwykle kumple mojego brata od hokeja przy pierwszym spotkaniu są mną zachwyceni, ale nie Fitz. Spotkałam go w zeszłym roku, gdy odwiedzałam Deana w Briar. Ledwo spojrzał w moją stronę. Kiedy ponownie ujrzałam go na imprezie urodzinowej przyjaciela Deana, Logana, powiedział do mnie może z dziesięć słów. Jestem też święcie przekonana, że połowa z nich obejmowała takie sformułowania jak „cześć”, „siema” i „do zobaczenia”.

Jest irytujący. To nie tak, że spodziewam się, iż każdy facet, który pojawi się na horyzoncie, padnie mi do stóp, ale ja wiem, że mu się podobam. Poznaję to po tym, jak jego oczy błyszczą, gdy na mnie spogląda. Ja pieprzę, jak one się ­błyszczą.

Chyba że widzę to, co chcę zobaczyć.

Mój tata ma takie cholernie pompatyczne powiedzonko: „percepcja a rzeczywistość to dwa zupełnie inne światy. Prawda leży zwykle gdzieś pomiędzy nimi”. Tata użył kiedyś tych słów podczas mowy końcowej w jednym z procesów o morderstwo, a teraz korzysta z nich za każdym razem, gdy choćby w najmniejszym stopniu pozwala na to sytuacja.

Jeśli prawda kryje się gdzieś między wyraźną powściągliwością Colina Fitzgeralda, którą okazuje w stosunku do mnie (nienawidzi mnie), a żarem w jego oczach, to wówczas... chyba powinnam wyciągnąć z tego średnią i uznać, że widzi we mnie tylko znajomą?

Zagryzam wargi.

Nie. Absolutnie nie. Odmawiam znalezienia się we friend­zonie, zanim jeszcze wykonałam jakikolwiek ruch.

— Dobrze się zabawimy — mówi Dean. — Poza tym minęły całe wieki od czasu, gdy znaleźliśmy się razem w tym samym miejscu podczas sylwestra. Zabieraj więc tyłek do Nowego Jorku i wyślij mi wiadomość, kiedy tam dotrzesz. Jestem teraz w pralni. Muszę lecieć. Kocham cię.

Rozłącza się, a ja uśmiecham się tak szeroko, że trudno sobie wyobrazić, jak zaledwie pięć minut temu zalewałam się łzami. W większości sytuacji Dean wydaje się wrzodem na dupie, ale dobry z niego starszy brat. Jest przy mnie, gdy tego potrzebuję, i tylko to się liczy.

I — chwalmy Pana! — czeka mnie impreza, na którą mogę pójść. Nie ma nic lepszego od balangi, która kończy beznadziejny dzień. A ja bardzo jej potrzebuję.

Sprawdzam zegarek. Jest pierwsza po południu.

Szybko obliczam w myślach. Kampus Briar znajduje się około godziny drogi od Bostonu. Stamtąd czeka mnie trzy i pół do czterech godzin jazdy na Manhattan. To oznacza, że dotrę do miasta dopiero wieczorem, co nie zostawia mi wiele czasu na przygotowania. Jeśli mam zobaczyć dzisiaj swojego jednorożca, to zamierzam zrobić się na bóstwo.

Ten chłopak nawet się nie dowie, czym oberwał.

Rozdział drugi

Fitz

— Zatańczysz ze mną?

Chcę odmówić.

Ale też pragnę się zgodzić.

Nazywam to dylematem Summer — frustrującą, spolaryzowaną reakcją, którą wznieca we mnie ta zielonooka, złotowłosa boginka.

Niech to szlag, tak oraz za cholerę, nie.

Rozebrać się do naga przy niej. Uciekać od niej gdzieś daleko, daleko stąd.

— Dzięki, ale nie lubię tańczyć. — Nie kłamię. Taniec to najgorsze, co może mnie spotkać.

Poza tym w przypadku Summer Di Laurentis zawsze zwycięża mój instynkt ucieczki.

— Nie potrafisz się bawić, Fitzy. — Cmoka z ubolewaniem, co przyciąga moje spojrzenie do jej ust. Pełnych, różowych i błyszczących. Tuż nad nimi, z lewej strony, widnieje malutki pieprzyk.

To niesamowicie seksowne usta.

Do diabła, Summer cała ocieka seksem. Nikt nie wątpi, że to najładniejsza dziewczyna w barze. Każdy facet w pobliżu gapi się z zazdrością albo wpatruje we mnie z gniewem, bo jestem z nią.

Tylko że ja z nią nie jestem. Nie jesteśmy razem. Stoję tylko u jej boku w półmetrowej odległości, którą Summer próbuje zmniejszyć, nachylając się ku mnie.

W jej obronie przyznaję, że musi prawie krzyczeć mi w ucho, bym mógł słyszeć jej głos, przebijający się przez dudniącą w sali taneczną elektroniczną muzykę. Nie znoszę tego rodzaju utworów i nie podobają mi się tego typu bary, z parkietem do tańca i ogłuszającym nagłośnieniem. Po co udawać? Nazwij swój lokal klubem nocnym, jeśli chcesz, by nim był. Właściciel pubu Gunner powinien nazwać go klubem Gunner. Wtedy mógłbym obrócić się na pięcie na widok neonu i oszczędzić sobie uszkodzenia bębenków w uszach.

Nie po raz pierwszy tego wieczoru przeklinam moich przyjaciół za to, że ściągnęli mnie w sylwestra na Brooklyn. Wolałbym zostać w domu, wypić piwo albo dwa i oglądać w telewizji noworoczne fajerwerki. Lubię taki spokój.

— Wiesz, ostrzegali mnie, że jesteś mrukiem, ale aż do tej chwili w to nie wierzyłam.

— To znaczy kto? — pytam podejrzliwie. — I, hej, nie jestem mrukiem.

— Hm, masz rację — to określenie jest staroświeckie. Nazwijmy cię Groucho.

— Może lepiej nie.

— Policja Antyzabawowa? Lepiej? — Na jej twarzy gości wyraz czystej niewinności. — Serio, Fitz, co masz przeciwko zabawie?

Na mojej twarzy pojawia się bezwiedny uśmiech.

— Nic nie mam przeciwko zabawie.

— W porządku. W takim razie co masz przeciwko mnie? — rzuca mi wyzwanie. — Bo za każdym razem, gdy próbuję z tobą rozmawiać, uciekasz.

Uśmiech mi rzednie. Nie powinienem się dziwić, że otwarcie stawia mi czoło. Spotkaliśmy się jak dotąd w gigantycznej liczbie dwóch razy, ale to mi wystarczyło, by się zorientować, że to typ dziewczyny, która rozkwita, jeśli tylko może dramatyzować.

Nienawidzę dramatyzowania.

— Nie mam również nic przeciwko tobie. — Wzruszam ramionami i odrywam się od baru, przygotowany, by zrobić to, o co właśnie mnie oskarżyła — uciec.

W jej wielkich zielonych oczach o takim samym odcieniu, jaki ma jej starszy brat, Dean, pojawia się pełen frustracji błysk. I to on jest powodem, dla którego zmuszam się, by zostać. To mój dobry przyjaciel. Nie mogę zachowywać się jak palant w stosunku do jego siostry przez wzgląd na szacunek, jakim go darzę, oraz ze strachu o swoją skórę. Byłem już świadkiem sytuacji na lodzie, kiedy Dean zdejmował rękawice. Ma wredny prawy sierpowy.

— Naprawdę — odpowiadam szorstko — nie mam nic przeciwko tobie. Między nami gra.

— Co? Nie słyszałam twoich ostatnich słów — przekrzykuje muzykę.

Przysuwam usta do jej ucha, zdumiony, że ledwo muszę pochylać głowę. Jest wyższa od przeciętnej dziewczyny. Ma chyba metr siedemdziesiąt pięć albo siedem, a ponieważ sam mierzę prawie metr dziewięćdziesiąt, przywykłem do tego, że patrzę na kobiety z góry. Dla mnie to nowość.

— Powiedziałem, że między nami gra — powtarzam, ale źle oceniłem odległość między wargami a uchem Summer, więc gdy się stykają, czuję, jak jej ciało drży.

Mnie również przeszywa dreszcz, bo moje usta znalazły się zbyt blisko jej warg. Pachnie niebiańsko, fascynującą mieszanką kwiatów, jaśminu, wanilii i — chyba drzewa sandałowego? Można upoić się tą wonią. I lepiej, żebym nie zaczął opowiadać o jej sukience. Biała, krótka, bez ramiączek. Ledwo sięga połowy ud.

Chryste, ratunku.

Szybko prostuję się, zanim zrobię coś głupiego, na przykład pocałuję ją. Zamiast tego biorę duży łyk piwa. Tyle że wpada w złą dziurkę, więc zaczynam kaszleć, jakby znów nastał osiemnasty wiek, a ja okazałem się pacjentem z ­gruźlicą.

Sprytne posunięcie.

— Nic ci nie jest?

Kiedy kaszel przechodzi, dostrzegam tańczące iskry w jej oczach i diabelski uśmiech na ustach. Doskonale wie, co mnie zbiło z tropu.

— W porządku — chrypię w tej samej chwili, gdy trzej mocno zawiani faceci podchodzą chwiejnym krokiem do ba­ru, wpadając na Summer.

Zatacza się i w następnej chwili okazuje się, że trzymam w ramionach cudowną, słodko pachnącą kobietę.

Śmieje się i łapie mnie za rękę.

— Chodź, pójdziemy gdzieś z dala od tego tłumu, zanim ktoś nam zrobi siniaka.

Z jakiegoś powodu pozwalam jej się prowadzić.

Zatrzymujemy się przy wysokim stoliku w pobliżu barierki, która odgradza główną salę barową od małego parkietu tanecznego. Rozglądam się szybko wokół i odkrywam, że większość moich przyjaciół spiła się jak świnie. Mike Hollis, mój współlokator, ociera się biodrami o śliczną brunetkę, której to najwyraźniej nie przeszkadza. To on upierał się, byśmy przyjechali na Brooklyn, zamiast zostać w Bostonie. Chciał spędzić sylwestra ze swoim starszym bratem, Brodym, który zniknął w chwili, gdy się tutaj znaleźliśmy. Pewnie ta dziewczyna jest nagrodą pocieszenia Hollisa za to, że brat go porzucił.

Nasz inny współlokator, Hunter, tańczy w towarzystwie trzech dziewcząt. Tak, trzech. Wszystkie go obcałowują, a jedna najwyraźniej trzyma rękę na jego spodniach. Oczywiście, Hunterowi się to bardzo podoba.

Jeden rok może przynieść zdumiewającą przemianę. W zeszłym sezonie mój przyjaciel stawał się niepewny, gdy interesowały się nim kobiety. Twierdził, że czuje się z tego powodu dość dziwnie. A teraz wygląda na to, że nie przeszkadza mu korzystanie z przywilejów, jakie daje gra w hokeja w drużynie Uniwersytetu Briar. A, uwierzcie mi, jest ich mnóstwo.

Spójrzmy prawdzie w oczy — sportowcy mają najwięcej szans na zaliczanie panienek na większości uniwersyteckich kampusów. Jeśli należysz do drużyny futbolowej, to najprawdopodobniej ustawia się cała kolejka fanek chętnych zrobić loda rozgrywającemu. Koszykówka? Grupka puszczalskich podwaja się i potraja, kiedy nadchodzą mistrzostwa. A w Briar, który szczyci się drużyną hokejową z czterema pucharami Frozen Four i większą liczbą transmisji meczów niż jakikolwiek inny uniwersytet w całym kraju? Zawodnicy hokejowi cieszą się statusem bóstw.

Poza mną. Tak, gram w hokeja. Zdecydowanie jestem w tym dobry. Ale „bóstwo”, „gwiazda” czy „idol” to określenia, z którymi nigdy nie czułem się komfortowo. W głębi duszy jestem strasznym nerdem. Nerdem przebranym za bóstwo.

— Hunter wszedł do gry. — Summer przygląda się towarzystwu mojego kumpla.

DJ zmienił rytmy z elektronicznej sieczki na hity z pierwszej czterdziestki listy przebojów. Na szczęście ściszył nieco muzykę, pewnie czekając na zbliżające się odliczanie. Jeszcze tylko trzydzieści minut i będę mógł zniknąć.

— O tak — przytakuję.

— Jestem pod wrażeniem.

— Naprawdę?

— Oczywiście. Chłopcy z Greenwich tak naprawdę są bardzo pruderyjni.

Zastanawiam się, skąd wie, że Hunter pochodzi z Connecticut. Nie sądzę, by dziś wieczorem zamienili ze sobą więcej niż kilka słów. Może Dean jej to powiedział? A może...

A może, do cholery, nieważne skąd to wie, bo w przeciwnym razie oznacza to, że to dziwne kłucie, które czuję w piersiach, to zazdrość. I szczerze mówiąc, nie podoba mi się to.

Summer ponownie omiata wzrokiem tłum i blednie.

— O mój Boże. Co za ohyda. — Zwija rękę w trąbkę i krzyczy: — Wacuś, trzymaj język w swoich ustach!

Parskam śmiechem. Nie ma mowy, żeby Dean ją usłyszał, ale chyba ma wbudowany jakiś radar, bo nagle odrywa wargi od ust swojej przyjaciółki. Obraca głowę w naszym kierunku. Kiedy jego spojrzenie pada na Summer, pokazuje jej środkowy palec.

W zamian ona posyła mu całusa.

— Ależ się cieszę, że jestem jedynakiem — zauważam.

Uśmiecha się do mnie szeroko.

— Nie, sporo tracisz. Dręczenie braci to jedna z moich ulubionych form spędzania wolnego czasu.

— Zauważyłem. — Nazywa Deana „Wacusiem”. Każda miła osoba dawno przestałaby używać tego dziecięcego przezwiska.

Z drugiej strony Dean nadał Summer przezwisko „Glucik”, więc może dziewczyna ma prawo go torturować.

— Wacuś zasłużył sobie, by go dziś dręczyć. Nie do wiary, że imprezujemy na Brooklynie — zrzędzi. — Kiedy zapowiadał, jak to w Nowy Rok ruszamy w miasto, zakładałam, że mówi o Manhattanie — aż tu nagle razem z Allie zaciągnął mnie na Brooklyn. Czuję się wrobiona.

Chichoczę.

— Co złego jest w Brooklynie? Tata Allie mieszka w okolicy, prawda?

Summer kiwa głową.

— Spędzają z nim jutrzejszy dzień. I w odpowiedzi na twoje pytanie — a czego złego nie ma w Brooklynie? Kiedyś był spoko, zanim nie zajęli go hipsterzy.

— Oni wciąż istnieją? Sądziłem, że ta bzdura już się skończyła.

— Boże, nie. I nie daj się przekonać, że jest inaczej. — Udaje, że przebiega ją dreszcz odrazy. — Aż się od nich roi w okolicy.

Mówi „nich” w taki sposób, jakby byli nosicielami paskudnej nieuleczalnej choroby. Ale może mieć rację — dokładne badanie tłumu ujawnia spore rezerwy staroświeckich strojów, dżinsów boleśnie opinających męskie nogi, retro akcesoriów w towarzystwie lśniącej nowej technologii i całego morza bród.

Sam pocieram własną brodę, zastanawiając się, czy kwalifikuje mnie ona do bycia hipsterem. Całą zimę nosiłem zarost, głównie dlatego, że stanowi dobrą izolację przed nieprzyjemną pogodą, której ostatnio doświadczamy. W zeszłym tygodniu uderzyła w nas najgorsza wichura z północnego wschodu, jaką kiedykolwiek widziałem. Prawie odmroziłem sobie jaja.

— To tacy... — szuka odpowiedniego słowa — palanci.

Muszę się roześmiać.

— Nie wszyscy.

— Większość z nich. Widzisz tamtą dziewczynę? Z warkoczykami i kosmykami opadającymi wokół twarzy? Ma na sobie kardigan od Prady, który kosztował tysiąc dolarów. Zestawiła go z koszulką za pięć dolarów, którą pewnie kupiła w szmateksie, i dziwnymi butami z frędzlami, które sprzedają w chińskiej dzielnicy. Jest kompletnie nieautentyczna.

Marszczę brwi.

— Skąd wiesz, że ten kardigan kosztował patyka?

— Ponieważ mam taki sam, tylko szary. Poza tym potrafię odróżnić Pradę od innych ciuchów, bez względu na zesta­wienie.

Nie wątpię. Pewnie ubrali ją w śpiochy od projektanta zaraz po tym, jak wyskoczyła z łona matki. Summer i Dean pochodzą z obrzydliwie bogatej rodziny. Ich rodzice odnoszą sukcesy jako prawnicy. Jeszcze przed tym, jak się poznali, każde z nich z osobna było bogate, więc obecnie są superbogaczami, którzy pewnie mogliby kupić mały kraik bez nadszarpnięcia stanu swojego konta bankowego. Kilka razy nocowałem w ich manhattańskim penthousie i było to niesamowite przeżycie. Są również właścicielami willi w Greenwich, domu na plaży i paru innych nieruchomości na całym świecie.

Jeśli chodzi o mnie, to ledwo sobie radzę z opłacaniem czynszu za mieszkanie w szeregowcu, które współdzielę z dwoma innymi kolegami. Wciąż szukamy czwartego współlokatora, więc mój udział zmaleje, gdy tylko zapełni się pusty pokój.

Nie będę kłamać — fakt, że Summer mieszka w pent­housie i nosi ciuchy warte tysiące dolarów, nieco mnie peszy.

— Tak czy owak, hipsterzy są do bani, Fitzy. Pięknie dziękuję. Już wolałabym — oooch! Uwielbiam tę piosenkę! Miałam wejściówki za kulisy na jej występ w The Garden w czerwcu. Było niesamowicie.

ADHD jest w niej silne, przyjacielu.

Tłumię uśmiech, kiedy Summer przerywa na dobre swoją tyradę, w której pomstowała na hipsterów, i zaczyna kiwać głową w rytm piosenki Beyoncé. Wysoko upięty kucyk świszczy w powietrzu.

— Na pewno nie chcesz zatańczyć? — błaga mnie.

— Na pewno.

— Jesteś okropny. Zaraz wracam.

Mrugam i już jej nie ma u mego boku. Mrugam ponownie i udaje mi się ją dostrzec na parkiecie. Wyrzuciła ręce w górę. Kucyk podskakuje, a jej biodra poruszają się w rytm muzyki.

Nie tylko ja ją obserwuję. Morze łakomych oczu spogląda w kierunku pięknej dziewczyny w białej sukience. Summer albo ich nie dostrzega, albo nic jej to nie obchodzi. Tańczy samotnie, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, jak wygląda. Jest jej dobrze we własnej skórze.

— Jezu — dyszy chrapliwie Hunter Davenport, podchodząc do stołu. Jak większość mężczyzn w pobliżu gapi się na Summer z wyrazem twarzy, który najlepiej opisać jako „wygłodniały”.

— Zdaje się, że nie zapomniała żadnego z ruchów, których nauczyła się jako cheerleaderka. — Hunter rzuca kolejne pełne uznania spojrzenie w kierunku Summer. Kiedy zauważa mój zdziwiony wzrok, dodaje: — Była cheerleaderką w szkole średniej. I należała do grupy tanecznej.

Kiedy udało mu się zaangażować w na tyle długą rozmowę z Summer, by dowiedzieć się takich szczegółów?

Powraca nieprzyjemne, kłujące uczucie, tym razem pełznąc wzdłuż kręgosłupa.

Ale to przecież nie zazdrość.

— Cheerleaderka i tancerka, hę? — pytam lekko. — Powiedziała ci o tym?

— Chodziliśmy razem na zajęcia przygotowawcze przed wstąpieniem na uniwersytet — wyjaśnia.

— Bez kitu.

— Tak. Byłem rok niżej, ale uwierz mi, każdy heteroseksualny facet ze sprawnym fiutem znał na pamięć układ ćwiczeń Summer Di Laurentis.

Mogę się o to założyć.

Klepie mnie po ramieniu.

— Pójdę do klopa, a potem zamówię jeszcze jednego drinka. Chcesz coś?

— Nie, dzięki.

Nie mam pojęcia dlaczego, ale czuję ulgę, że Huntera nie ma w pobliżu, gdy do stolika wraca Summer. Jej policzki zarumieniły się z wysiłku.

Pomimo niskiej temperatury na zewnątrz nie założyła rajstop i — jakby to ujął mój ojciec — ma nogi do samej ziemi. Długie, gładkie, cudowne nogi, które pewnie wyglądałyby niezwykle seksownie, gdyby owinęły się wokół moich bioder. Biała sukienka podkreśla głęboką, złotą opaleniznę, dzięki której dziewczyna roztacza wokół siebie aurę zdrowia i blasku, niemalże hipnotyzując wszystkich dookoła.

— Czyli... — odchrząkuję. — W tym semestrze rozpoczynasz naukę w Briar, prawda? — Próbuję odwrócić uwagę od jej elektryzującego ciała.

Kiwa entuzjastycznie głową.

— O tak!

— Nie będziesz tęsknić za Providence? — Wiem, że spędziła w Brown pierwszy i drugi rok studiów, plus pierwszy semestr trzeciego, co stanowi połowę kariery uniwersyteckiej. Ja nie chciałbym zaczynać od nowa.

Ale Summer potrząsa głową.

— Nie za bardzo. Nie przepadałam za tamtym miastem i uczelnią. Poszłam tam tylko dlatego, że rodzice chcieli, bym studiowała na uniwersytecie należącym do Bluszczowej Ligi, a ja nie dostałam się na Harvard ani Yale, ich Alma Mater. — Wzrusza ramionami. — A ty chciałeś chodzić do Briar?

— Zdecydowanie. Słyszałem świetnie opinie o tamtejszym wydziale sztuk pięknych. I, co oczywiste, mają niesamowitą drużynę hokejową. Zaproponowali mi całkowite pokrycie czesnego w zamian za to, że będę tam grał, a ponadto mogę studiować coś, co mnie naprawdę interesuje, więc... — W odpowiedzi sam wzruszam ramionami.

— To bardzo ważne. Wiesz, robić to, co się kocha. Wielu ludzi nie ma takiej szansy.

Budzi się we mnie ciekawość.

— A ty co najbardziej chciałabyś robić?

Uśmiecha się, a na jej twarzy pojawia się dezaprobata wobec samej siebie.

— Powiem ci, kiedy sama się tego dowiem.

— Coś ty, musisz się przecież czymś pasjonować.

— Cóż, pasjonowałam się różnymi rzeczami — wystrojem wnętrz, psychologią, baletem, pływaniem. Problem w tym, że nigdy na stałe. Szybko tracę zainteresowanie. Pewnie jeszcze nie odkryłam swojej prawdziwej pasji.

Jej szczerość nieco mnie zdumiewa. Dzisiejszego wieczoru wydaje się bardziej praktyczna niż podczas naszych poprzednich spotkań.

— Chce mi się pić — obwieszcza.

Tłumię chęć, by przewrócić oczami, bo jestem pewien, że to oznacza, bym poszedł i kupił jej drinka. Okazuje się, że nie. Zabiera mi piwo z ręki z niegrzecznym uśmiechem.

Nasze palce stykają się na chwilę, a ja udaję, że nie zauważam gorącej iskry, która mknie wzdłuż mojego ramienia. Obserwuję, jak obejmuje palcami butelkę bud lighta i pociąga spory łyk.

Ma drobne dłonie i delikatne palce. Aż się prosi, by przyciągnąć je i pochwycić w ramiona tę intrygującą kombinację kruchości i pewności siebie. Ma krótkie, zaokrąglone paznokcie z białymi francuskimi końcówkami, czy jak to się tam nazywa. Ten styl wydaje się zbyt skromny jak na kogoś takiego jak Summer. Spodziewałbym się raczej superdługich pazurów, pomalowanych na różowo czy inny pastelowy kolor.

— Znów to robisz. — W jej tonie pojawia się oskarżenie. I nieco irytacji.

— Co takiego?

— Wykluczasz mnie. Wygburowujesz.

— Takie słowo nie istnieje.

— Kto tak twierdzi? — Znów bierze łyk piwa.

Natychmiast skupiam wzrok na jej ustach.

Niech to szlag, muszę przestać to robić. Nie jest w moim typie. Kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz, wszystko aż w niej krzyczało, że należy do elity. Ciuchy od projektantów, burza falujących blond włosów, twarz, na widok której zatrzymuje się ruch uliczny.

Nie ma mowy, bym był w jej typie. Nie mam pojęcia, dlaczego spędza sylwestra z takim niechlujnym, wytatuowanym zakapiorem jak ja.

— Wybacz, nie jestem zbyt rozmowny. Nie odbieraj tego osobiście, dobrze? — Wykradam butelkę z jej rąk.

— Dobrze, nie będę. Ale jeśli nie masz ochoty na rozmowę, zabaw mnie przynajmniej w inny sposób. — Kładzie dłonie na biodrach. — Proponuję, byśmy zaczęli się całować.

Rozdział trzeci

Fitz

Ponownie krztuszę się łykiem piwa.

Och, słodki Jezu. Czy ona naprawdę to powiedziała?

Zerkam na nią. Uniosła jedną doskonałą brew i czeka na moją odpowiedź. No jasne. Powiedziała to.

— Ech, czekaj, hm... — Znów kaszlę.

— Och, wyluzuj! — Summer śmieje się. — To tylko żart.

Mrużę oczy.

— Żart — powtarzam. — Czyli zupełnie nie jesteś zainteresowana całowaniem się ze mną? — Do diabła, po co rzucam jej wyzwanie? Fiut drga mi pod rozporkiem, ostrzegając, bym nie cieszył się pomysłem całowania Summer.

— Wiesz, świat by się nie skończył, gdybyśmy to zrobili — mówi i puszcza do mnie oko. — I zawsze miło jest mieć kogoś, kogo można pocałować o północy. Ale głównie chciałam zażartować. Lubię sprawiać, że się czerwienisz.

— Nie czerwienię się — protestuję, bo jestem facetem, a facetom nie przystoją rumieńce.

Summer wykrzykuje z radością:

— Właśnie, że tak! Teraz się czerwienisz.

— Och, doprawdy? Dostrzegasz ten domniemany rumieniec przez moją brodę? — Wyzywająco pocieram twarz.

— Aha. — Wyciąga rękę i muska mój policzek ponad gęstym zarostem. — Właśnie. Tutaj.

Przełykam ślinę. Penis znów się wierci.

Nie cierpię tego, jak mocno Summer mnie pociąga.

— Fitzy — szepcze mi do ucha, a mój puls zaczyna galopować. — Chyba my...

— Szczęśliwego pieprzonego Nowego Roku!

Ratuje mnie Hollis.

Przyjaciel zatacza się ku nam i składa wilgotny pocałunek na policzku Summer. Spotkali się pierwszy raz dopiero dziś wieczorem, ale wygląda na to, że dziewczyna nie czuje się urażona tym całusem, tylko wygląda na nieco rozbawioną.

— Pospieszyłeś się z tymi czułościami o dwadzieścia minut — informuje go.

— A ty nie masz drinka w ręku! — Karci ją gniewnym spojrzeniem. — Dlaczego ona nie ma drinka w ręku? Niech ktoś przyniesie tej pięknej kobiecie drinka!

— Nie piję zbyt dużo — protestuje Summer.

— Gówno prawda! — rechocze Dean. Podszedł do nas ze swoją dziewczyną, Allie Hayes, u boku. — Kompletnie się skułaś, kiedy spaliłaś dom swojego stowarzyszenia.

— Spaliłaś dom swojego stowarzyszenia? — pyta znajomy głos.

Dean obraca się do tyłu.

— G! — pieje. — Ledwo zdążyłeś na czas!

— Tak, o mały włos by nam się nie udało — potwierdza Garrett Graham, podchodząc do stolika. — Na moście zderzyło się dziesięć samochodów. Tkwiłem tam prawie godzinę, zanim wznowili ruch.

— Han-Han! — wykrzykuje radośnie Allie i obejmuje Hannah Wells. Hannah to dziewczyna Garretta, ale też najlepsza przyjaciółka Allie. — Tak się cieszę, że tu jesteś!

— Ja też! Szczęśliwego sylwestra!

— Wigilii Garretta — poprawia ją jej chłopak.

— Człowieku — odpowiada Hannah — daj sobie z tym spokój. Nie będę tak mówić.

Summer parska.

— Wigilia Garretta?

Dean przewraca oczami pod adresem kapitana naszej dawnej drużyny.

— Pompatyczny dupek. — Zerka na Summer. — Ma urodziny w Nowy Rok.

— Dzień Garretta — odpowiada automatycznie G, a potem obraca się, by przywitać się ze mną i Hollisem, a także z pozostałymi chłopakami z drużyny, którzy wybrali się na Brooklyn. Przez chwilę przytula Summer i całuje ją w policzek. — Fajnie cię widzieć, Summerciu. Podpaliłaś dom stowarzyszenia?

— O mój Boże. Nie. Niczego nie podpaliłam. — Wpatruje się gniewnie w swojego brata.

— Ziom, wszyscy patrzą na ciebie — odzywa się nagle Hollis, uśmiechając się szeroko do Garretta.

Hollis ma rację — w naszą stronę obróciło się kilka głów. Większość ludzi tutaj spiła się tak bardzo, że nie zwraca za bardzo uwagi na otoczenie, ale kilku z nich rozpoznało Garretta. Chłopak zalicza jeden z najlepszych sezonów nowicjuszy w historii Bruins, więc nie dziwię się, że przyciąga uwagę nawet poza Bostonem.

— Pewnie za chwilę zaczną mnie wyzywać — stwierdza ponuro. — Przegraliśmy wczoraj wieczorem z Islandersami. Ostateczny wynik to pięć do czterech.

— Tak, ale tobie udało się zdobyć hat-tricka — odpiera Hannah. — Jeśli ktoś zwyzywa zdobywcę hat-tricka, to jest głupim idiotą.

— A czy idiota może nie być głupi? — pyta Dean z szerokim uśmiechem.

— Och, zamknij się, Di Laurentis. Wiesz, co chciałam powiedzieć.

Kiedy jeszcze kilka innych osób zaczyna spoglądać na Garretta i wskazywać na niego, Allie droczy się z nim:

— Jak to jest być sławnym?

— Sama mi o tym opowiedz — odpowiada jej żartobliwie G.

— Ha. Ja nie jestem taka sławna — stwierdza osoba, która gra w produkcji HBO.

Scenariusz serialu, w którym występuje Allie, oparto na książce, która bardzo mi się podobała. Chociaż cieszę się, że dziewczyna Deana pracuje jako aktorka, w głębi duszy uważam, że książka była lepsza.

Książka zawsze wygrywa.

— Przestań być taka skromna! — Summer otacza ramieniem Allie, która jest prawie o głowę od niej niższa. — Chłopaki, widziałam, jak dzisiejszego wieczoru dawała cztery autografy. To gwiazda.

— Jak na razie puścili tylko pół sezonu — protestuje Allie. — Może nawet nie będzie kontynuacji.

— Oczywiście, że będzie — stwierdza Dean, jakby to nie ulegało wątpliwości.

Summer uwalnia Allie z uścisku i podchodzi do mnie, kładąc mi rękę na ramieniu. W żadnym razie nie jest to zaborczy uścisk, ale nie umyka mojej uwadze sposób, w jaki Garrett i Hunter zaczynają mu się przyglądać. Dzięki Bogu, Dean tego nie zauważa, bo odciąga go Allie, która nalega, by zatańczyć jeszcze raz, zanim zacznie się odliczanie.

Hollis, stojący obok mnie, bada salę zdumiewająco uważnie jak na pijanego faceta.

— Muszę zdecydować, czyj język chcę mieć w ustach o północy — obwieszcza.

— Co za klasa — stwierdza Summer.

Szczerzy się do niej lubieżnie.

— Świetny ruch, to może być twój język.

W odpowiedzi dziewczyna odrzuca głowę w tył i się śmieje.

Całe szczęście ego Hollisa zbudowane jest z kevlaru. Chłopak wzrusza ramionami i odchodzi, co jest sygnałem dla reszty chłopaków, by rozproszyć się po sali. Pierre, nasz rezydent z Kanady Francuskiej, i Matt Anderson, obrońca z trzeciego roku, kierują się do baru. Zostają tylko Garrett i Hannah. Oraz Hunter, który trzyma piwo w jednej ręce, a telefon w drugiej. Filmuje tłum, by umieścić swoją relację na Snapchacie.

— A ty? — pyta Huntera Summer. — Widziałam, jak tańczyłeś dzisiaj z siedmioma różnymi dziewczynami. Z którą z nich będziesz się całował?

— Z żadną. — Opuszcza telefon, a w jego błękitnych oczach pojawia się śmiertelna powaga. — Nie całuję się z okazji Nowego Roku. Laski zawsze próbują doszukać się w tym znaczenia, którego tam nie ma.

Summer przewraca oczami tak przesadnie, że dziwię się, gdy nie naciąga sobie żadnego mięśnia.

— Jasne, przecież wszystkie kobiety zaczynają planować ślub po jednym pocałunku. — Rzuca spojrzenie w stronę roześmianej Hannah. — Chcesz pójść do toalety? Powinnam poprawić sobie makijaż przed odliczaniem. Mój błyszczyk do ust musi być doskonały, gdy o północy pocałuję swego przyszłego męża. — Jeszcze raz przewraca oczami w kierunku Huntera.

Puszcza do niej oko, niewzruszony.

— Pospiesz się, blondyneczko. Zostało tylko szesnaście minut. — Wskazuje skinieniem głowy wielki cyfrowy zegar, wiszący nad konsolą DJ-a.

— Zaraz wracam. — Hannah całuje Garretta i idzie za Summer.

— Potrzebuję dolewki — mówię Garrettowi. Wskazuję na jego puste ręce. — A ty drinka.

Kiwa głową. Zostawiamy Huntera przy stoliku i idziemy w stronę baru. Zatrzymujemy się przy odległym, znacznie spokojniejszym końcu, w pobliżu łukowatego przejścia, które prowadzi do toalet.

Zamawiam dwa piwa i podaję gotówkę. Odwracam się i dostrzegam, że Garrett mi się przygląda.

— Co się stało? — pytam niezręcznie.

— Co się dzieje między tobą a Summer?

— Nic. — Kurde. Czy nie odpowiedziałem za szybko?

— Kłamczuch. Za szybko odpowiedziałeś.

Niech to szlag.

Zaczyna mówić ostrożnie:

— Wyglądało na to, że nie miałeś nic przeciwko, kiedy... cię dotykała.

Ma rację. Nie miałem nic przeciwko temu. Ostatnim razem, gdy widziałem Summer, w pełni świadomie starałem się, zachować dystans. Dziś wieczorem pozwoliłem, by dotknęła mojego ramienia. Dzieliłem się z nią drinkiem. Szczerze mówiąc, gdybym lubił tańczyć, pewnie pozwoliłbym jej się zaciąg­nąć na parkiet.

— Ona... Cóż, podobam się jej — odpowiadam powoli.

Garrett prycha.

— Ziom, nie pieprz. Laska chce ci wskoczyć na kutasa.

— Wiem. — Czuję w gardle palenie poczucia winy. Mam nadzieję, że jej dzisiaj nie zwodziłem.

— Nie martw się — zapewniam go. — Nie zrobię tego.

Wygląda na zaskoczonego.

— Czemu miałbym się martwić? — Marszczy brwi. — Czekaj. Chyba się nie zrozumieliśmy. Nie ostrzegam cię przed nią. Sądzę, że to coś dobrego.

Wykrzywiam usta.

— Naprawdę?

— Pewnie. Wiesz, przede wszystkim: nigdy nie zaliczasz panienek.

Tłumię śmiech. To nieprawda. Trafia mi się sporo akcji. Tyle że o nich nie opowiadam.

— Po drugie, Summer to ślicznotka. Jest zabawna. Miło się z nią gada. — Wzrusza ramionami. — Może okazać się dokładnie tym, czego potrzebujesz. Ale najpierw musisz uprzedzić o tym Deana. Uważa ją za nieznośną, ale opiekuje się nią.

Uprzedzić Deana? Czyli co, zapytać go, czy mogę puknąć jego siostrę? Garrett chyba zupełnie oszalał, jeśli...

Tok mojego myślenia zatrzymuje się.

— Mówisz teraz o czymś więcej niż numerek bez zobowiązań — stwierdzam.

— Cóż, tak. To siostra Deana. Inaczej by cię zabił.

— Nie zamierzam się z nią umawiać, G.

— Czemu nie? — Wyciąga rękę po nasze piwa i podaje mi jedno.

Odkręcam kapsel i pociągam spory łyk, zanim mu odpowiem.

— Bo to nie mój typ. Nie mamy ze sobą nic wspólnego.

— Lubi hokej — zauważa. — To jakiś początek.

— I sądzę, że to może być też koniec — stwierdzam oschle. — Projektuję i recenzuję gry komputerowe. Interesuję się sztuką. Jestem cały wytatuowany i oglądam namiętnie seriale kryminalne na Netfliksie. A ona... Sam nie wiem. — Szukam w myślach informacji. — Ma obsesję na punkcie butów. Tak twierdzi Dean. I powtarza, że jest uzależniona od zakupów.

— Dobra. Interesuje się modą. Niektórzy ludzie twierdzą, że to forma sztuki.

Parskam śmiechem.

— Naciągasz.

— A ty osądzasz. To dobra dziewczyna, Fitz.

— Ziom, wykopali ją z Brown, bo za dużo balowała. To imprezowiczka. Należy do stowarzyszenia.

Ponosi mnie, bo fiut wciąż mi prawie stoi, i rozpaczliwie szukam powodów, by nie przelecieć Summer.

— Ma fiu-bździu w głowie — kończę.

— Fiu-bździu?

— Tak, fiu-bździu. — Wzruszam bezradnie ramionami — Wiesz, niczego nie traktuje poważnie. Pływa tylko po powierzchni.

Garrett milczy przez dłuższą chwilę, szukając czegoś na mojej twarzy.

Gapi się na mnie tak długo, aż zaczynam bawić się rękawem swojej bluzy z kapturem. Czuję się jak obiekt pod mikroskopem. Nie podoba mi się ta przenikliwość, z jaką jego oczy wwiercają się we mnie. Z dzieciństwa pozostała mi skłonność do tego, by zlewać się z tłem, by nikt mnie nie dostrzegł.

Dwie sekundy dzielą mnie od powiedzenia mu, by przestał, gdy zaczyna się śmiać.

— Och, już rozumiem. Marnowałem czas, by ci ją sprzedać. Ty już jesteś kupiony. — Jego oczy rozświetlają się radoś­nie. — Coś czujesz do siostry Deana.

— O nie — odpowiadam, ale moje zaprzeczenie brzmi nieprzekonująco.

— Naprawdę? Bo wygląda to na próbę przekonania samego siebie, że to niewłaściwa dziewczyna. — Uśmiecha się szeroko — I co, działa?

Wzdycham, pokonany.

— Chyba tak. Wiesz, udało mi się trzymać ręce z dala od niej przez całą noc.

Słyszę w odpowiedzi śmiech.

— Słuchaj, Colin — mogę ci mówić Colin? — Otwiera usta. — Właśnie zdałem sobie sprawę, że nigdy nie nazywałem cię Colinem.

Garrett nagle milknie, zaskoczony samym sobą, aż w końcu stękam z niecierpliwością.

— Wybacz. Straciłem wątek. Nieważne. Fitzy. Formalnie rzecz biorąc, nie wydaje się, żeby mnie i Wallsównie się razem udało, prawda? Ale jest inaczej, nie sądzisz?

Ma rację. Kiedy ujrzałem ich po raz pierwszy razem, nie mogłem tego pojąć. Hannah była uduchowioną studentką muzyki. Garrett przemądrzałym mięśniakiem. Różni ich tak wiele, a jednak dogadują się jako para.

Ale Summer i ja... Nie znajdujemy się nawet w tym samym wymiarze. Z tego, co widziałem i co mi opowiadał Dean, Summer uwielbia cały czas dramatyzować. Pragnie światła reflektorów, a ja ich unikam. Nie odpowiada mi nawet to, że nasze mecze są transmitowane w każdy piątkowy wieczór w lokalnej telewizji sieci New England. A poważniejsze zawody trafiają nawet do ESPN. Aż się wzdrygam na myśl, że jacyś obcy ludzie oglądają na wielkim ekranie, jak jeżdżę na łyżwach, strzelam i szaleję.

— Mówię tylko, żebyś zachował otwarty umysł. Nie walcz z tym. — Klepie mnie po ramieniu. — Pozwól, by to się działo.

Pozwolić, by to się działo.

Kurwa, to naprawdę mogłoby się zdarzyć. Wystarczy, bym się tylko uśmiechnął w kierunku Summer, a ona wpad­łaby mi w ramiona. Non stop wysyła mi znaki, że jest mną zainteresowana. Ale...

Sądzę, że wszystko sprowadza się do tego, iż jest spoza mojej ligi.

Gram w hokeja. Jestem dość inteligentny. Dobrze wyglądam, sądząc po moich sukcesach z laskami.

Ale koniec końców okazuję się nerdem, który zaszywa się w swoim pokoju i gra na konsoli, próbując udawać, że jego rodzice nie drą ze sobą kotów.

W szkole średniej przez jakiś czas próbowałem poszerzać swoje horyzonty. Zacząłem spędzać czas z nihilistyczną ekipą, która buntowała się z byle powodu. Ale to się nagle skończyło, gdy jej członkowie wdali się w bójkę z paroma dzieciakami z sąsiedniej szkoły i połowę grupy aresztowano za napaść. Po tym szybko wróciłem do swojego statusu samotnika, nie tylko po to, by zachować miejsce w drużynie hokejowej, ale też by nie dostarczyć moim rodzicom nowej amunicji do walki. Przez dwie godziny słuchałem, jak wrzeszczą na siebie, próbując znaleźć winnego, że wpadłem w „złe towarzystwo”. Łatwiej być samotnikiem.

Nie trzeba mówić, że wtedy dziewczyny takie jak Summer nie rzucały się na mnie. I nie imprezowałem z członkami mojej drużyny po meczach, więc nawet drużynowe zdziry nie marnowały na mnie energii.

Na uniwersytecie włożyłem więcej wysiłku w to, by być bardziej towarzyskim, ale w głębi duszy wciąż jestem człowiekiem, który woli pozostawać niewidzialny.

Summer to najbardziej widoczna osoba, jaką znam.

Ale Garrett ma rację. Osądzam innych. Dziewczyna może wydawać się czasem trochę rozpuszczona i powierzchowna, ale zasługuje na szansę. Jak wszyscy.

Kiedy wracam z Garrettem do stolika, Hannah już tam jest.

— Omal nie przegapiliście — napomina, wskazując na wielki zegar. Za dwie minuty dwunasta.

Marszczę brwi, bo nie ma z nią Summer. Niech to szlag. Gdzie ona jest?

Postanowiłem przyjąć radę G i przestać z tym walczyć. Zamierzam się poddać i całować ją do utraty tchu, gdy zegar wybije północ. Zobaczę, dokąd mnie to zaprowadzi.

— Chłopcy i dziewczęta, została jedna minuta! — grzmi głos DJ-a.

Omiatam wzrokiem salę. Wciąż nigdzie nie mogę znaleźć Summer.

Chcę zapytać Hannah, gdzie ona jest, ale Hannah zarzuciła ramiona na szyję G. Obydwoje nie odrywają od siebie oczu.

— Trzydzieści sekund! — wykrzykuje DJ.

Wokół mnie wszyscy łączą się w pary albo gromadzą z przyjaciółmi. Allie i Dean już się całują. Hollis połączył się z brunetką, z którą wcześniej tańczył.

Wciąż ani znaku Summer.

— DZIESIĘĆ! — wrzeszczą wszyscy.

Czerwone cyfry na zegarze odliczają czas w rytm okrzyków tłumu.

— DZIEWIĘĆ!

Każda mijająca sekunda przynosi kolejne ukłucie rozczarowania.

— OSIEM! SIEDEM!

I nagle dostrzegam ją. A przynajmniej myślę, że to ona. Stroboskop zgasł, a snop światła omiata morze ciał stłoczonych przy barze. Każdy rozbłysk pomaga mi uformować wyraźniejszy obraz dziewczyny opartej o ścianę.

— SZEŚĆ! PIĘĆ!

Biała sukienka. Czerwone baleriny. Kucyk.

— CZTERY! TRZY!

To zdecydowanie Summer.

— DWA!

Ale nie stoi tam sama.

— JEDEN!

Odrywam od niej wzrok w chwili, gdy wygłodniałe usta Huntera przywierają do doskonałych warg Summer.

— SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki