Opis

Znakomita powieść o trudnych ludzkich relacjach w jeszcze trudniejszych czasach.

Jest rok 1938, świat jeszcze śpi spokojnie. Lwów, tygiel narodowości, tętni gwarem i rozbrzmiewa beztroską radością, nie przejmując się tym, że na niebie gromadzą się czarne chmury. Zanim Ukraińców, Polaków i Żydów podzielą narodowościowe animozje, wciąż są tylko sąsiadami, którzy życzliwie uśmiechają się do siebie na ulicy.

Lilka wraz z koleżankami przygotowuje się do matury i nie ma pojęcia, że to będzie ostatnia szczęśliwa wiosna. Tęskni za ukochanym, chodzi do szkoły i jak niepodległości próbuje bronić swojej dorosłości, nie wiedząc, że wkrótce przejdzie przyspieszony kurs dorastania, że będzie zmuszona pożegnać beztroskę i zmierzyć się z upiorami wojny. Spośród znanych od urodzenia osób nauczyć się rozpoznawać wrogów. Wiedzieć, komu zaufać i co zrobić, żeby nie stracić wiary, ponieważ wojna okaże się sprawdzianem człowieczeństwa, który nie będzie miał nic wspólnego z narodowością, językiem ani z wyznawaną religią.

We Lwowie urodzili się moi dziadkowie. Po wojnie przyjechali na Ziemie Odzyskane, ale do końca życia nosili w sercu tamten świat katulających się tramwajów, śpiewnie zaciągających handełesów i burzliwej młodości, spędzonej w tym najpiękniejszym z miast.

Magdalena Kawka – z wykształcenia socjolog, z zamiłowania pisarz, z upodobania wolny strzelec. Szczęśliwa, że z tych klocków dało się zbudować spójną przestrzeń. Współpracowała z magazynami zajmującymi się problematyką wychowania. Jest autorką poradnika dla rodziców „Przygody Kosmatka kilkulatka” i powieści „Sztuka latania”, „Alicja w krainie konieczności”, „Wyspa z mgły i kamienia”, „W zakątku cmentarza, czyli koniec wieczności” oraz „Rzeka zimna”, za którą dostała nagrodę na FLK w Siedlcach w 2012 r. Wspólnie z Robertem Ziółkowskim napisała książkę „Tuż za rogiem”, traktującą o trudnych relacjach w małżeństwie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 588

lub

Copyright © Magdalena Kawka, 2016

Projekt okładki

Agata Wawryniuk, Robert Sienicki/Firma Belego

Zdjęcia na okładce

© Patricia Turner/Arcangel Images;

Anastasiya Domnitch/Shutterstock.com; Biblioteka Narodowa

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Grażyna Narocka

ISBN 978-83-8097-559-0

Warszawa 2016

Wy­daw­ca

Pró­szyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Część pierwsza

PORA WESTCHNIEŃ

Pilnujcie, pilnujcie ostatnich dni lata,

Kiedy jeszcze zielone bije zegar chwile,

w które się już nieżywy karmin gęsto wplata…

M. Pawlikowska-Jasnorzewska

I

Do Truskawca tego lata z pewnością nie pojedziemy, pomyślała z goryczą Lilka, ściągając mocniej cugle.

Niemrawa Szmonka wlokła się ospale, z trudem podnosząc nogi, i co kilka kroków zwieszała smętnie łeb. Najwyraźniej nie miała dziś ochoty na przejażdżkę. Z posiwiałych chrap wydobywały się kłęby pary, by za chwilę rozpłynąć się w mroźnym powietrzu. Dolna warga klaczy zwisała w sposób charakterystyczny dla wiekowych koni, a przejrzyste niegdyś oczy, ocienione długimi rzęsami, z dnia na dzień coraz bardziej zasnuwały się mleczną mgłą, jakby Szmonkę powoli przestawał interesować świat. Nawet gdyby dziewczyna wbiła jej w bok ostrogi, i tak nie zmusiłaby zapewne klaczy do żwawszego ruchu.

Mama z trudem znosiła fakt, że Lilka jeździ konno, i mowy nie było, żeby dostała prawdziwe buty z ostrogami. Zresztą, co tu mówić o butach, skoro nawet nie wolno jej było dosiadać Huragana, najpiękniejszego ogiera w całym województwie lwowskim, a kto wie, może i na całym Podolu.

Na Szmonce mogła jeździć, bo klacz była stara i mądra. Mama po cichu uważała, że to zwierzę ma więcej rozsądku niż jej córka. Szmonkę przyprowadził kiedyś stary Żyd. Już wtedy lata źrebięctwa miała za sobą. Kupiona za grosze od gospodarza, który zamierzał strzelić jej w łeb, gdy po złamaniu nogi niezbyt prędko dochodziła do siebie, narażając go jedynie na koszty, dorastała wraz ze swoją właścicielką i była powierniczką wszystkich jej sekretów. Była spokojną kobyłką o dość niemrawym temperamencie, z której Lilka swego czasu usiłowała bez większych efektów zrobić konia wyścigowego. Gdy ojciec kolejny raz przegrał w kasynie większość pieniędzy i jak zwykle przyszli po meble i inwentarz – jedynie Szmonki nie zabrali. Powiedzieli, że więcej byłoby z nią zachodu niż pieniędzy z jej sprzedaży. Chyba że na mięso…

Lilka, wówczas nie więcej niż ośmioletnia, z płaczem przypadła do kolan ojca. Gustaw Lindner, mimo że utracjusz i lekkoduch, miał miękkie serce. Szczególnie rozczulała go jego mała królewna i chociaż nie przeszkadzało mu to w powierzaniu doli całej rodziny kapryśnym rękom hazardowej wróżki, co wieczór kusząco unoszącej się pod szklaną kopułą kasyna przy Mickiewicza, nie umiał córce niczego odmówić. Jakimś więc cudem Szmonka została.

Na szczęście ojciec oprócz słabości do kart miał również głowę do interesów, odziedziczoną zapewne po pradziadku, pruskim junkrze, zatem chude czasy nigdy nie trwały zbyt długo. Owa kombinacja cech powodowała, że życie rodziny jawiło się jako niekończące pasmo spektakularnych wzlotów i równie efektownych upadków. Jednego dnia jechali do wód i jedli kawior, by następnego spoglądać ze zgrozą w czarno malującą się przyszłość.

Gustaw traktował te chwilowe przestoje w dobrej passie jak przystało na rasowego hazardzistę: uśmiechał się i oświadczał, że za kilka miesięcy znów będzie dobrze, lecz gdy następowały lata chude, tylko dzięki Mariannie, znającej na wylot swojego lekkomyślnego męża, mieli gdzie mieszkać i co jeść. Kiedy na świecie pojawiły się dzieci, posłała po rejenta i stanowczo zażądała, żeby przepisać na nią dom we Lwowie, na Żółkiewskim Przedmieściu. Zadbała również, by zaprzyjaźniony z Lindnerami mecenas Załucki zabezpieczył część majątku, na wypadek gdyby Gustawowi przyszło do głowy kolejny raz pozbawić rodzinę wiktu i opierunku.

Ojciec zgodził się bez szemrania. Kochał żonę i w domowym zaciszu chętnie poddawał się jej dyktatowi. W efekcie dobrze na tym wyszedł. Kiedy rodziły się dzieci, najpierw Jakub, potem Lilka, a na końcu mały Michaś, było pewne, że zawsze będą miały dach nad głową i pieniądze, bo zapobiegliwa mama skrzętnie je gromadziła, gdy ojcu dobrze szły interesy. A gdy było trzeba, bez żalu sprzedawała biżuterię, futra i inne dowody mężowskiej hojności, prosząc, żeby następnym razem obdarowywał ją wyłącznie złotem i diamentami jako najlepszą lokatą kapitału, a jednocześnie najłatwiejszą do ukrycia.

Mimo kryzysu, jaki ogarnął świat na początku lat trzydziestych dwudziestego wieku, w rodzinie Lindnerów trwały lata tłuste. Gustaw wszedł w spółkę z bogatymi przedsiębiorcami z Turcji i zajął się hodowlą koni czystej krwi arabskiej. Interes kręcił się jak złoto, stadniny powstawały jedna po drugiej, konie całymi stadami podążały na Bliski Wschód, a wracało stamtąd czyste złoto. Lilka była zachwycona, że co niedziela może dosiadać innego wierzchowca. Oczywiście z wyjątkiem Huragana. Zarówno ojciec, jak i Jakub, który miał rękę do koni, twierdzili zgodnie, że Huragan to diabeł wcielony w końskim wydaniu.

Jeszcze nigdy rodzinie tak dobrze się nie powodziło. Widmo biedy i niepewność jutra przestały straszyć po nocach, ich miejsce zajęły marzenia o realizowaniu tych wszystkich zamierzeń, na które do tej pory brakowało pieniędzy. Długodystansowo, dalekosiężnie. Mama już wybierała najlepsze uczelnie i rozglądała się za kamienicami wystawionymi na sprzedaż, by dzieci nie zaczynały dorosłego życia z pustymi rękami. Początkowo zamierzano sprzedać dom na Żółkiewskim Przedmieściu, by przenieść się do jakiejś bardziej reprezentacyjnej i eleganckiej dzielnicy Lwowa, ale w końcu pomysł został zarzucony. Zarówno mama, jak i ojciec lubili zieloną ciszę niskich domków położonych w cieniu góry Zamkowej, i mimo bliskości hałaśliwego i ordynarnego Zamarstynowa, postanowili nie pozbywać się kamienicy.

Ojciec, zajęty interesami, ograniczył do minimum wizyty w kasynie, a nawet gdy tam zaglądał, starał się trzymać z dala od wysokich licytacji. Od czasu do czasu widywano go jeszcze w loży toru wyścigów konnych na Persenkówce, jednak twierdził uparcie, że to z powodów zawodowych i miłości do koni, nie do hazardu. Wychowany na wsi, kupił duży majątek w niewielkich podlwowskich Winniczkach i więcej czasu, szczególnie latem, rodzina spędzała właśnie tam.

Najszczęśliwszy z tego powodu był Jakub. Coraz rzadziej wracał z rodzicami do Lwowa, przedkładając wiejskie uroki nad pęd miejskiego życia. Całe dnie spędzał w siodle lub pomagał chłopom w gospodarstwie. Razem z wieśniaczkami wyłapywał kury i kaczki, gdy opodal Winniczek rozbił obóz cygański tabor i wyciągał krowy z bagna, kiedy zabłądziły w drodze na pastwisko. Lubił rozrechotane odgłosy stawu za domem, a mroźnymi, zimowymi porankami wymykał się na tokowiska cietrzewi, żeby posłuchać ich czuhania i gulgotów.

Marzył, by jego przyszły folwark był nowoczesny, na miarę czasów. Z nowymi domami o większych oknach i podłogach zamiast klepiska, i z angielską kuchnią, którą można przykryć stalową płytą, a dym odprowadzać przewodem kominowym. Gospodarze zaczną posyłać dzieci do szkoły i nie będą się obawiać biedy na przednówku. Podczas wakacji w byłym zaborze pruskim widywał czyste, nowoczesne wsie, ozdobione ukwieconymi ogródkami, zamieszkane przez coraz bardziej wykształconych, aktywnych społecznie chłopów, którzy poprzez liczne organizacje gospodarcze i kulturalne świadomie uczestniczyli w życiu publicznym. Mówili „teraz to nasze”, i robili wszystko, żeby owo „nasze” rozwijało się coraz lepiej i bardziej świadomie.

Pod tym względem Kresy prezentowały się raczej marnie. Ludzie na wsiach niejednokrotnie żyli w skrajnej biedzie, a pola uprawiali metodami swoich przodków. Kultura agrarna stała na bardzo niskim poziomie. Lata spędzone pod zaborem austriackim nie przyczyniły się do rozwoju rolnictwa. Życie chłopów nadal wypełniała apatia i bezradność. Na maszyny i modernizację nie mieli ani pieniędzy, ani chęci. Brak wiedzy i świadomości powodował, że wiele małych gospodarstw rolnych prowadzono nieefektywnie. Galicja była krainą zabiedzoną, przeludnioną, bez przemysłu, komunikacji i handlu, a uwłaszczonych chłopów pozostawiono własnemu losowi. O ich położenie nie dbał ani rząd austriacki, ani tym bardziej dwór. Kiedy nadeszła wolność, sytuacja niewiele się poprawiła, choć gdzieniegdzie widać już było pierwsze jaskółki postępu. Niespełna dwudziestoletni Jakub zamierzał dokonać radykalnych zmian. Mieszkańcy Winniczek, zarówno Polacy, jak i Rusini, lubili go i traktowali jego zapał z wyrozumiałą pobłażliwością.

Mama początkowo protestowała, z czasem jednak pogodziła się z faktem, że jej najstarszy syn jest już dorosły i nic nie wskazuje na to, żeby chciał związać swoją przyszłość z intratnym zawodem bankiera, co po cichu jej się marzyło. Owszem, ukończył gimnazjum, zdał maturę z bardzo dobrym wynikiem, lecz o studiach już nie chciał słyszeć. Gustaw usprawiedliwiał go, choć w głębi ducha marzył, że syn po maturze zdecyduje się na szkołę podchorążych rezerwy we Włodzimierzu Wołyńskim lub w Grudziądzu. Tłumaczył wszakże małżonce, że lepiej, iż Jakub czuje pociąg do natury i pracy na roli, niżby miał całymi dniami przesiadywać u Szałabojdka, kiwając się smętnie nad kieliszkiem wódki.

W zeszłym miesiącu wpadł na któregoś z dawnych kolegów syna, niejakiego Spirydiona, i usłyszał od niego, że tamci co czwartek spotykają się w szynku i urządzają konkurs na najmocniejszą głowę oraz najbardziej wytrzymały pęcherz. Zwycięzcą zostaje ten, kto w ciągu godziny wypije najwięcej butelek Marcowego, nie korzystając z toalety, na ten czas komisyjnie zamykanej. Zawody nosiły dumną nazwę akademickich, jako że głównymi uczestnikami byli studenci, a zwycięzca otrzymywał tytuł Wielkiego Marcowego Akademika.

Mama co prawda wątpiła, żeby jedynym zajęciem studentów były wizyty u Szałabojdka, ale z biegiem czasu i ona zrozumiała, że Jakub po prostu kocha wieś.

Szczególnie wiosną i latem okolica była pełna uroku i tak różna od głośnego i zatłoczonego Lwowa: łagodne pagórki porośnięte gdzieniegdzie lasami, ciągnące się bez umiaru łąki poprzecinane migotliwymi wstążkami rzeczek i rwących strumieni. Za wsią rozciągały się żyzne czarnoziemy, tłuste i urodzajne, na których kręcili się chłopi, zapobiegliwym okiem doglądając młodych zbóż i zielonych rzędów ziemniaczanych naci ginących hen, na horyzoncie.

Początkowo Lilka była trochę zła. Nie chciała na dobre wynosić się na wieś, lubiła miasto i jego uroki. Nie wyobrażała sobie życia bez cotygodniowego seansu w „Muzie” albo „Marysieńce”, bez koncertów organizowanych przez Polskie Towarzystwo Muzyczne, bez kolorowych, gwarnych ulic, pełnych roześmianych ludzi albo bez tego przyjemnego podniecenia, gdy na placu przy Pełczyńskiej, naprzeciwko Cytadeli, rozbijał swój kolorowy namiot cyrk braci Staniewskich, a ona wraz z koleżankami od rana zajmowała kolejkę, by zdobyć bilet na jak najlepsze miejsce, oczywiście najbliżej areny.

Lubiła poranne odgłosy budzącego się Lwowa. Początkowo jakby nieśmiałe, pojedyncze, niesione przez echo po pustych zaułkach i placach, z każdą chwilą nabierały intensywności, żeby w końcu zaginąć w południowym brzęczeniu rojnego, ludzkiego ula. Nawoływania przekupek, brzęk butelek mleczarza i śpiewne zaciąganie handełesów odwiedzających podwórza kamienic. Do ostrzenia noży! Tani opał! Garnki drutuję, kości kupuję! Odgłosy z pobliskiej remizy tramwajowej, bicie zegara u bernardynów. W drodze do szkoły gonił ją stukot końskich kopyt, gdy podchmielony fiakier, bujając się sennie na koźle, zjeżdżał z nocnej zmiany, litościwie ciągnięty przez zmęczoną chabetę, na pamięć znającą drogę do domu.

Ogarniało ją wówczas uskrzydlające poczucie radości, że jest nieodłączną częścią tego miasta. Może drobną i jeszcze niewiele znaczącą, ale już to czuła, zrośniętą z nim na zawsze.

Od września miała zacząć ostatni rok nauki, kończący się tym, co już teraz śniło się po nocach jej i jej koleżankom z „Magdusi”, czyli gimnazjum Świętej Marii Magdaleny, mieszczącego się przy ulicy Sapiehy. Zwłaszcza od czasu, gdy w „Chwili” zaczęto drukować w odcinkach dramatyczną powieść pod tytułem Kurt Gelber zdał maturę. Biegały po gazetę do trafiki za rogiem, a następnie z wypiekami na twarzy śledziły losy nieszczęsnego Kurta maturzysty, wyobrażając sobie, bliskie omdlenia, że już niedługo doświadczą tego samego.

Wszystkie uważały się za postępowe, nowoczesne i na dodatek ambitne młode kobiety i nie zamierzały wzorem swoich matek oraz babek oddawać się w mężowską opiekę i dyspozycję.

– Niedoczekanie! – oświadczyła kiedyś ruda i piegowata jak indycze jajo Janka Szymonowiczówna. – Sama będę decydować, na co wydaję pieniądze.

– Najpierw sama musisz je zarobić – zauważyła przytomnie Wanda Daszyńska. – A do tego, moje panienki, potrzebna nam matura, bez dwóch zdań, bo teraz najwyżej możemy stanąć na Korsie i śpiewać piosenki o Mańce Pryszcz, licząc, że ktoś nam wrzuci grosik do kapelusza.

– Jeśli już, to co najmniej na Zamarstynowie. Albo jeszcze dalej – roześmiała się Janka. – Tam moja matka nie zagląda, a na Korsie co niedzielę razem z ojcem wydeptują szlaki. Zachwycona by raczej nie była…

Na Zamarstynowie nie bywał nikt, kto zaliczał się do tak zwanej lepszej sfery. Zamarstynów włączono do Lwowa dopiero niedawno i od razu zyskał sobie złą sławę. Dzielnica miała opinię siedliska robotniczej biedy i lumpenproletariatu, a więc miejsca zupełnie nieodpowiedniego dla młodych panienek z dobrych domów.

– Tak czy siak maturę trzeba mieć, nie ma innej możliwości.

Od wielu miesięcy wszystkie rozmowy kończyły się w podobny sposób.

Egzamin dojrzałości był patentem wielkiej wagi, przepustką do wyróżnionej grupy społecznej. Matura stała się modna, „ludzie z maturą” cieszyli się różnymi przywilejami, pozycją towarzyską i szansą na karierę w wybranej przez siebie dziedzinie. Dla Lilki i jej koleżanek z „Magdusi” matura była również swego rodzaju manifestem kobiecej emancypacji i obwieszczeniem światu, że zamierzają wziąć życie we własne ręce.

Jeszcze do niedawna mogłyby jedynie zgłębiać arkana haftów, uczyć się przyrządzania półgęsków oraz sprawnego zarządzania służbą, bo tego świat wymagał od dobrej pani domu.

Mama kiedyś po cichu marzyła, że Lilka skończy tę samą pensję dla dziewcząt – u sióstr sakramentek – na którą ona uczęszczała w latach młodości i wspominała z wielkim sentymentem przy każdej okazji. Wykładano tam głównie przedmioty odpowiednie dla młodych panienek oraz takie, które mogły się przydać przyszłym matkom Polkom. Przesadne wykształcenie uważano nie tylko za niepotrzebne, jako że dziewczęta i tak nie miały nigdy pracować, ale wręcz za szkodliwe. Panna zbytnio wyedukowana i wymądrzająca się na salonach mogła zyskać opinię emancypantki, co odstraszało kandydatów do małżeństwa.

Uczono więc historii Polski, szczególny nacisk kładąc na postawy patriotyczne, biologii, oczywiście w okrojonym zakresie ze względu na przyzwoitość, podstaw matematyki i, rzecz jasna, języka francuskiego, który każda należycie wykształcona panna z dobrego domu powinna znać. Posługiwano się nim w wyższych sferach i znalezienie się tam bez biegłej jego znajomości było niemożliwe. Oprócz francuskiego za niezwykle istotny element wykształcenia panny uważano grę na fortepianie.

Biedna mama! Ten element edukacji wspominała niechętnie, jako nieprzerwane pasmo upokorzeń. Niestety, Bóg nie obdarzył jej ani słuchem, ani talentem muzycznym, więc godzinami, z zaciśniętymi zębami i łzami w oczach, bębniła w fortepian, ćwicząc gamy i wprawki, katując tym samym siebie i domowników, a później także gości, gdyż nieuniknionym elementem każdego przyjęcia był popis artystyczny młodej panienki, którym przybyli mieli obowiązek należycie się zachwycić. Na szczęście dla Lilki, również nieposiadającej słuchu muzycznego, za to często prezentującej własne zdanie, siostry sakramentki zamknęły pensję, zanim dziewczynka doszła do wieku szkolnego.

W „Magdusi” ostał się jeszcze pewien relikt minionej epoki, czyli przedmiot zwany w skrócie elegancją. Uczennice traktowały go raczej jak przeżytek, zabawne kuriozum.

– Czy ja jestem gorsza od mężczyzny, że nie wolno mi w towarzystwie założyć nogi na nogę? – oburzała się Lilka. – I dlaczego jak z kimś rozmawiam, mam skromnie spuszczać oczy? Nawet moja babcia była bardziej postępowa niż panna Duszenko! Czy ona nie zauważyła, że czasy się zmieniły i świat wygląda inaczej niż w latach jej młodości? Sufrażystki już dwadzieścia lat temu walczyły o równouprawnienie, a ta mi każe oczy spuszczać!

Mówiło się, że dyrektor z litości, a może z sentymentu, zatrzymał pannę Duszenko na posadzie, choć osiągnęła już wiek pozwalający jej udać się na zasłużony odpoczynek. „Magdusia” była jej całym życiem, tu spędziła swoją młodość i późniejsze lata, najpierw jako uczennica, potem nauczycielka. Chodziły słuchy, że jej narzeczony zginął w wielkiej wojnie zaraz po tym, jak poprosił o jej rękę, i od tamtego czasu nie przestała go opłakiwać.

Chuda, niemal przezroczysta, w niemodnej, czarnej sukni, snuła się korytarzami wpatrzona w dal, owinięta kilometrami tiulowych czarnych szali. Zdawała się wiecznie zamyślona i jakby nieobecna. Zagadnięta, najpierw przystawała, obrzucając rozmówcę niewidzącym spojrzeniem, i dopiero po chwili w jej oczach pojawiały się przytomniejsze błyski. Nieodmiennie sprawiała wrażenie, jakby właśnie powróciła z zaświatów.

Dziewczęta uwielbiały płatać jej figle. Gdy się zorien­towały, że starsza dama, delikatnie mówiąc, nie jest ­entuzjastką nowoczesnej Wesołej Lwowskiej Fali, Marysia Szczurko, zwana powszechnie Szczurkiem, bardziej z powodu wyglądu niż nazwiska, przyniosła gramofon na wystawę zorganizowaną w szkolnej świetlicy i poprosiła pannę Duszenko, żeby po lekcjach pokazała im kroki walca wiedeńskiego. Nauczycielka ożywiła się nieco i nawet nabrała rumieńców. Była szczęśliwa, że dziewczęta przestały wreszcie rozmawiać o jazzie i charlestonie i zapragnęły poznać taniec, który powinna umieć tańczyć każda dama.

Szczurek już czekała. Kiedy panna Duszenko w swoich zwiewnych, czarnych szatach niemal wpłynęła do świetlicy, z gramofonu popłynął lwowski bałak dwóch batiarów: Szczepcia i Tońcia. Panna Duszenko najpierw złapała się za gors, otwierając i zamykając usta jak ryba wyrzucona na brzeg, a następnie zrobiła uczennicom długi wykład o kulturze ulicy, a raczej jej braku.

Skończyło się na tym, że dyrektor ukarał dziewczęta i przez kolejny miesiąc nie urządzano wystaw, a panna Duszenko, chociaż pozwoliła się w końcu przeprosić, przez dłuższy czas patrzyła na swoje podopieczne z bolesnym wyrzutem w oczach.

W ciszy zimowego lasu rżenie Szmonki poniosło się echem nad drzewami. Lilka porzuciła rozmyślania i uniosła głowę. Sanie z rodzicami zostały nieco w tyle. Widocznie gdy ona błądziła po zakamarkach swego umysłu, Szmonka postanowiła pokazać, co potrafi. Czasem jej się to zdarzało, ale nie robiło na Lilce większego wrażenia. Już dawno pogodziła się z faktem, że konia wyścigowego z niej nie będzie.

– I gdzie gonisz? – mruknęła, ciaśniej owijając się chustą. Styczniowy poranek był rześki, ale mroźny. – Jeszcze kawał drogi, lepiej oszczędzaj siły, potem znów przez tydzień będziesz nie do życia.

Z tyłu dobiegło wołanie mamy. Lilka zawróciła i zrównała się z saniami.

Ojciec niedawno kupił auto i był z niego niezmiernie dumny. Piękny mercedes-benz 320D lśnił niklem i czerwienią, ale zimą, gdy zjeżdżali na wieś, wygodniej było korzystać z sań. Zwłaszcza gdy wybierali się w odwiedziny do wujostwa do Sosnówki. Droga prowadziła przez ośnieżony las i jedynie powóz, przerobiony na sanie przez pomysłowego Jakuba, dawał radę śnieżnym zaspom.

– Kochanie, nie oddalaj się tak. – Mama uśmiechnęła się do Lilki i poprawiła bezkształtny tobołek owinięty w futra i koce, który na co dzień był jej najmłodszym synkiem Michasiem. – Stary Kuryłło mówił, że w tych lasach zimą pojawiają się watahy wilków, lepiej trzymajmy się razem.

– Ależ moja droga, jesteśmy zaledwie kilka kilometrów od Lwowa – odparł ojciec. – Stary bajdurzy, co mu ślina na język przyniesie, a ty to łykasz jak kura ziarno! – Roześmiał się zadowolony z trafnego porównania.

Żona czasami naprawdę przypominała mu kurę; nieco nerwowa i energiczna, jak kwoka trzęsła się nad swoją rodziną. Najbardziej nad małym Michasiem, choć i dorosłego Jakuba nie omijała nieco uciążliwa matczyna troska. Mimo nadpobudliwości Marianna Lindnerowa miała również skłonności do melancholii. Bywały dni, gdy zaszywała się w swojej sypialni, w której stał niewielki regał z oprawionymi w skórę dziełami Schillera, Goethego, Balzaka, a przede wszystkim jej ukochanego Stendhala i przez długie godziny czytała francuskich klasyków, tęskniąc za Paryżem i podróżami.

Przy tym wszystkim potrafiła być operatywna i zapobiegliwa. Kiedy wstępował w nią duch działania, z energią zabierała się do plewienia ogrodu, smażenia powideł i wietrzenia pościeli albo dyrygowała służbą, jeśli akurat ją mieli, aż furczało.

Nawet wyglądem nieco przypominała kurę, co na szczęście nie ujmowało jej urody, a wręcz dodawało swoistego uroku. Miała małą zgrabną główkę osadzoną na smukłej szyi i niedużą, trójkątną twarz z nosem trochę zbyt ostro zakończonym i uroczymi dołeczkami w policzkach. Dołeczki odziedziczyła po niej Lilka, która oprócz tego dostała w spadku również piękne brwi, ciemne jak skrzydła jaskółki, kontrastujące z jasnymi, popielatymi włosami, identycznymi w odcieniu jak włosy mamy. Marianna Lindnerowa pomimo trzech ciąż wciąż była szczupła, a figury mogłaby jej pozazdrościć niejedna młoda panna.

Gustaw nieodmiennie odczuwał dumę, gdy towarzyszyła mu na spotkaniach z kontrahentami czy oficjalnych przyjęciach. Na tle innych żon wypadała nad wyraz korzystnie. Z czasem przyzwyczaił się nawet do jej oszczędnego i skromnego sposobu ubierania się i zaczął doceniać klasę, którą prezentowała. W prostej sukni ozdobionej jedynie sznurem pereł i białą różą przy dekolcie wyglądała oszałamiająco, przyciągając zachwycone spojrzenia panów i budząc zazdrość ich żon.

– Ja to bym chciał spotkać wilka – doleciało z tobołka. – Mamo, mogę jechać z Lilusią? Mamo, proszę, jestem już duży!

– Duży jak łeb kurzy! – zażartował ojciec. Widać nie dane mu było odczepić się dziś od kur.

– Nie gadaj tyle! – Mama ofuknęła Michasia, naciągając mu czapkę głębiej na oczy. – Mówiłam, żebyś oddychał przez nos. Jeszcze zapalenie gardła mi potrzebne.

– Oddycham przez nos! – oburzył się malec. – Nie wciskaj mi tak tej czapki, przecież przez oczy nie oddycham.

– Michał! Jak ty się zwracasz do matki! – skarcił go ojciec.

W głębi duszy poczuł jednak dumę z synka: taki malec, a już potrafi walczyć o swoje!

Gustaw Lindner był dumny z całej swojej rodziny. Kochał ich wszystkich ogromnie, choć nie zawsze umiał to okazywać. Miał szczęście, że trafiła mu się taka mądra, wyrozumiała żona, która wiedziała, że w każdym mężczyźnie, niezależnie od wieku, jest coś z małego chłopca, a szczęście małżeńskiego stadła w dużej mierze zależy od tego, czy będzie się owego chłopca tolerować i przymykać oko na jego wybryki, czy też bezdusznie zażąda, by dorósł.

Marianna, wyposażona w geny swoich prababek, tolerowała mężowskie wybryki i Gustaw nieba by jej przychylił, nawet jeśli tu, na ziemi, nie zawsze zachowywał się jak wzorowy małżonek.

Na szczęście już mu przeszła złość. Zamierzał w inny sposób świętować koniec roku, ale Marianna uparła się, żeby jechać całą rodziną do Sosnówki, majątku swojej starszej siostry Elizy i jej męża. Zaproszenie czekało już od połowy listopada, ale wcześniej Gustaw zawsze miał jakąś wymówkę: a to interesy, a to konie trzeba było odstawić albo podjąć wykwintną kolacją w hotelu „George” nowego wspólnika w interesach, co niechybnie zakończyło się wizytą w pobliskim kasynie.

Tym razem jednak Marianna się uparła, a że czyniła to niezmiernie rzadko, Gustaw wolał nie przeciągać struny, zwłaszcza że obawiał się, iż ktoś w końcu doniesie małżonce, że podczas wizyty w kasynie panom towarzyszyły damy, których nie przyjmowało się w towarzystwie.

Początkowo Lilka również była niechętna wyprawie. Wujostwo Strońscy nie mieli dzieci, mieszkali w leśnej głuszy, ponieważ wuj był leśniczym, bała się więc, że zanudzi się u nich na śmierć. Marianna jednak nie chciała słyszeć, żeby córka została sama w domu. Nie pomogło tłumaczenie, że nie będzie sama, tylko z panią Helenką – kucharką – i starym koniuszym Kuryłłą, a kilka domów dalej, we wsi, mieszka ogrodnik i kowal Antoni, obsługujący stadninę w Winnikach.

– Ani kowal, ani ogrodnik nie są odpowiednim towarzystwem dla młodej panienki – oświadczyła mama krótko, tym samym ucinając dalszą dyskusję.

Do tej pory nie miała nic przeciwko ogrodnikowi ani kowalowi, lecz skoro teraz użyła tego argumentu, Lilka zrozumiała, że nie ma szans. W duchu pożegnała się ze spotkaniem z koleżankami, westchnęła ciężko i poszła spakować podręczniki szkolne. Mimo że trwały ferie świąteczne, postanowiła, że skoro na kilka dni zostanie odcięta od cywilizacji i pozbawiona rozrywek, to chociaż pożytecznie spędzi ten czas.

Ale gdy Jakub szepnął jej do ucha, żeby się nie martwiła, bo razem z wujem zaplanowali moc atrakcji: kulig z pochodniami, ognisko, a nawet pokaz z kinematografu – humor jej się poprawił. Zwłaszcza kiedy się dowiedziała, że wujostwo zaprosili również rodziców Olgi Niementowskiej, a tak się składało, że Olga była jedną z ulubionych koleżanek Lilki ze szkoły. Mama Olgi, Leokadia Niementowska, była rodzoną siostrą wuja Strońskiego, a tym samym przyszywaną ciotką trójki rodzeństwa Lindnerów.

Wbrew wcześniejszym obawom Lilka bawiła się doskonale. Podczas kuligu jechała w jednych saniach z Olgą. Otulone ciepłymi futrami zachłannie chłonęły atmosferę ciemnego, nocnego lasu i rozgwieżdżonego nieba. Było w tym coś dekadenckiego. Coś, co pachniało spirytyzmem i kuszącym życiem cyganerii.

– Mogłabym tak jechać w nieskończoność, bez celu. Noce pod gwiazdami, obozowiska na polanach. Taniec, śpiew i miłość – rozmarzyła się Olga, szeroko rozkładając ręce, jakby w nadziei, że od samego mówienia wyrosną jej skrzydła i wyfrunie z sań.

– Już to widzę, szybko by ci tyłek przemarzł – roześmiała się bardziej pragmatyczna Lilka. Jednak i ona dała się ponieść nastrojowi.

Dwie pary sań wesoło sunęły zaśnieżoną drogą, oświetlone księżycem i ciepłą łuną pochodni umocowanych z boku. Gdzieś z przodu, przed nimi, Jakub z wujem Strońskim nawoływali się ze śmiechem, a mroźne powietrze niosło echa głosów. Spod kopyt rozpryskiwał się na boki śnieg. Zewsząd dobiegały dźwięki dzwonków i parskanie koni. Ojciec, w baranicy i futrzanej czapie z lisich ogonów, jak zawsze elegancki, siedział na koźle i powoził z zapałem.

– Jak tam, panienki?! – Odwrócił się do dziewcząt. – Nie zmarzłyście? Jeszcze jedno okrążenie i wracamy! W domu czeka ciepła kolacja i grzaniec. Ech, ty, życie! Piękne jesteś! – wyrwało mu się na koniec.

Córka uśmiechnęła się do niego z czułością. Mama to mama, wiadomo, ale Lilka najbardziej na świecie kochała ojca. Była dumna, że jest tak różny od ojców jej koleżanek: szarmancki, wysoki, przystojny, a przy tym pełen fantazji i zawsze skory do zabawy. Choć skończył już czterdzieści pięć lat, w niczym nie przypominał szacownych, łysiejących panów z brzuszkami, których spotykała, gdy zdarzało jej się odwiedzać koleżanki. Miał nienaganną, wysportowana sylwetkę, a konno jeździł lepiej niż niejeden ułan.

Gdy czasem zabierał ją na pączki do cukierni Zalewskiego na Akademicką albo do jej ulubionej „Szkockiej” na bitą śmietanę z czekoladą, była dumna jak paw. Mimo że miała dopiero szesnaście lat, Gustaw traktował ją z atencją, jak damę: podsuwał krzesło, odwieszał palto i adorował jak prawdziwą, dorosłą kobietę. Lilka nieraz chwytała przelotne spojrzenia pań i jeszcze bardziej puchła z dumy, że ma takiego ojca.

Jadzia Cwinarska i Marysia Szczurko utrzymywały nawet, że jest podobny do Aleksandra Żabczyńskiego, w którym kochała się cała żeńska społeczność „Magdusi”. Lilka i Olga aż trzy razy były w kinie na Pani minister tańczy, a w tym roku szykowały się na nowy film z jego udziałem. Plakaty na wszystkich lwowskich słupach krzyczały o tym od tygodni.

– On jest taki cudny! – jęczały dziewczęta, pokrywając soczystymi pocałunkami fotosy z filmów.

Wzdychały do Żabczyńskiego prawie wszystkie koleżanki z klasy Lilki, oprócz Janki Szymonowiczówny, Marysi Baczyńskiej i Niny Dejnis. One wolały Eugeniusza Bodo. Na pauzach bez przerwy przerzucały się argumentami, przy czym zwykle wygrywała frakcja Bodo, bo mimo że mniej liczna, była bardziej wygadana.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI