Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
MROCZNA MAGIA, RODZĄCE SIĘ WIĘZI I SEKRET, KTÓRY MOŻE ZNISZCZYĆ WSZYSTKO
Roe Damarcus od dziecka ma kontakt ze światem zmarłych, a jej zdolność przywoływania duchów uwodzi gości na wystawnych rodzinnych balach. Dlatego wszyscy są przekonani, że bez trudu przejdzie obowiązkowy proces potwierdzający użyteczność jej magii.
Kiedy jednak dziewczyna oblewa próbę, wszystko się zmienia. Zamiast uznania czeka ją wyrok: utrata magii albo kara na pokładzie Celestial – luksusowego, magicznego statku wycieczkowego, którego członkowie załogi walczą o przychylność pasażerów i szansę na ponowny proces. Jednak Roe szybko przekonuje się, że praca na statku to prawdziwa walka o przetrwanie. Musi mierzyć się z bezwzględną hierarchią, rywalizacją załogi i obecnością irytującego, choć czarującego Ivandera – akrobaty, który wydaje się jej największym konkurentem.
Prawdziwe zagrożenie ujawnia się jednak dopiero po zmroku. Gdy statek zapada w sen, jego korytarze wypełniają się cieniami, a członkowie załogi zaczynają znikać w niewyjaśnionych okolicznościach. Roe coraz wyraźniej czuje, że Celestial skrywa sekret, który może kosztować ją magię. A może nawet i życie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 471
Data ważności licencji: 5/28/2030
Tytuł oryginału: Midnight on the Celestial
Projekt okładki: © Micaela Alcaino
Redaktorka prowadząca: Agata Then
Redakcja: Małgorzata Majkowska
Redakcja techniczna: Grzegorz Włodek
Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Maria Śleszyńska, Barbara Milanowska (Lingventa)
© 2026 by Julia Alexandra
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026
© for the Polish translation by Marta Miazek-Makieła
Drogi Czytelniku / Droga Czytelniczko!
Ta książka porusza tematy i zawiera zachowania, które mogą urazić odbiorców
bądź wywołać niepokój, zalecamy ostrożność podczas czytania.
Wszystkie wydarzenia i postaci przedstawione w książce są fikcyjne.
Ostrzeżenie dotyczące treści: wulgarny język, przemoc psychiczna i fizyczna, śmierć.
ISBN 978-83-287-3921-5
You&YA
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
You&YA
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Dla Caitlyn
Nikt nie tęsknił za magią bardziej niż my.
Odnalazłyśmy ją na kartach wielu książek, a teraz, dzięki Tobie, ktoś odnajdzie ją na stronach mojej powieści.
Ta książka od zawsze należała do nas obu.
Porywa nas morze tancerzy, a rozpacz i przerażenie, które stały się naszym udziałem, znikają pogrzebane w tym jednym zrywie wolności. Ciepło bijące z twarzy osób, które poznałam, o które dbam i o które zamierzam walczyć, ogrzewa mnie niczym moja magia.
− Jak możesz tańczyć, kiedy wszyscy się gapią? − szepcze mi do ucha.
Bliskość jego ust przy moim policzku sprawia, że zalewa mnie fala gorąca. A więc nasz artysta ma tremę, gdy nie odgrywa roli.
− Udawaj, że jesteś na scenie. Możesz krytykować moje kroki, jeśli dzięki temu poczujesz się pewniej.
− Bardzo zabawne.
Obracam się pod jego ramieniem i wtulam w jego pierś. Choć na scenie przepełnia go pewność siebie, przy mnie staje się nieśmiały. I jest w tym coś irytująco pociągającego. Prawda jest taka, że gdy już zebrał się na odwagę, by ze mną zatańczyć, idzie mu to znacznie lepiej, niż mu się wydaje. Siła jego ramion, gibkość nóg i sprężystość ciała sprawiają, że rusza się znacznie lepiej niż ja, która uczyłam się tańca na rodzinnych balach. Wirujemy na parkiecie i mam wrażenie, że unosimy się w powietrzu.
Przez chwilę przysięgłabym, że to prawda.
A wtedy docierają do mnie krzyki.
Sala balowa naszej rodzinnej posiadłości tętni gwarem dobrej zabawy. Jestem główną atrakcją wieczoru. Każdego roku ojciec wydaje przyjęcie, podczas którego przywołuję kilkudziesięciu zmarłych z wielu prowincji.
Wpatruję się z podestu w tłum gości w wytwornych strojach i zastanawiam się, ile dusz będę musiała jeszcze dzisiaj wezwać. Dwadzieścia, może trzydzieści, jeśli ktoś z nich będzie chciał nawiązać kontakt z więcej niż jednym zmarłym. Przez cały rok z niecierpliwością czekam na ten wieczór, ale obecnie umieram z głodu.
Służący, jak zawsze, dali z siebie wszystko. Mahoniowe podłogi lśnią niczym tafla lustra, a z drewnianych łukowych krokwi zwisają złote żyrandole, które oświetlają stół bankietowy. Nakryty bordowym obrusem, ugina się pod ciężarem pieczonych kurcząt, karafek z winem, którego nie tykam, gdy matka patrzy, oraz piętrowych etażerek, na których ułożono trufle czekoladowe nadziewane sosem malinowym. Uwielbiam je, choć wątpię, żeby przed północą udało mi się zjeść choćby jedną.
Kolejka do podestu ciągnie się niemal zza drzwi. Podnoszę głowę, wyciągam szyję i przyglądam się badawczo stłoczonym ludziom. Przywołuję wymuszony uśmiech i wygładzam suknię, by ukryć drżenie rąk. Nie spodziewałam się aż takich tłumów. Matka kładzie dłoń na moim ramieniu, wbijając złote paznokcie w moją skórę.
− Rosaline, weź dłoń lady Sandralyn.
Zaciskam usta, rejestrując jej oschły ton i upór, by przez cały wieczór zwracać się do mnie pełnym imieniem, lecz jedno badawcze spojrzenie ojca spod zmarszczonych krzaczastych brwi wystarcza, bym zrozumiała, że nie pora na sprzeczki.
To ważny wieczór dla rodu Damarcus. Wiem o tym lepiej niż ktokolwiek inny.
Lady Sandralyn staje stopień niżej i podaje mi rękę. Na myśl o jej spoconej dłoni aż skręca mnie w środku, lecz ta chwila obrzydzenia mija. Zamykam oczy, a gdy nasze palce się splatają, moja ręka nieruchomieje. Iskra życia przeskakuje z jej żył do moich. Lady Sandralyn drży ze strachu i podziwu, które buzują pod powierzchnią jej skóry. A ja daję się porwać oszałamiającej euforii, jaka ogarnia mnie, gdy wzywam duchy. W koniuszkach moich palców narasta żar pełznący w górę ramion i wkrótce moją pierś zalewa kojące ciepło, które z każdym kolejnym oddechem rozchodzi się po całym ciele.
Nic nie może się z tym równać.
− Kogo pragniesz ujrzeć? − Moje słowa brzmią łagodnie, choć ze zdenerwowania przewraca mi się w żołądku, jakby kotłowała się w nim chmara świetlików. Jak to możliwe? Podczas przywoływania zawsze udawało mi się zachowywać spokój. Z drugiej strony, być może jest to mój ostatni Bal Wskrzeszenia. Odpycham tę myśl, otwieram oczy i spoglądam na lady Sandralyn. Ojciec twierdzi, że to uspokaja niemorfitów. „Pozwól im spojrzeć sobie w oczy, tak by dostrzegli w tobie człowieka, zanim zorientują się, że nim nie jesteś”, powtarza często.
− Pragnę ujrzeć swego ojca − szepcze lady Sandralyn, jakby wyjawiała mi sekret. − On… zmarł w ubiegłym roku. − Głośno przełyka ślinę. − Przepraszam, nigdy tego nie robiłam. Opisać ci jego wygląd?
− Nie trzeba − odpowiadam, bo naprawdę nie jest to konieczne. Więzy krwi są silne, silniejsze niż więzi z innymi zmarłymi. Mimowolnie wędruję spojrzeniem ku portretowi rodzinnemu, który zajmuje całą przeciwległą ścianę, od podłogi aż do sufitu, i zatrzymuję na nim wzrok.
Przywoływanie członków rodziny jest łatwe, o ile nie są to członkowie mojej rodziny.
Moja dłoń staje się ciepła i mrowi od energii życiowej lady Sandralyn. Sięgam głębiej i przenikam każdą jej cząstkę, by odnaleźć jasny ślad łączący ją z ojcem. Dzisiejszego wieczoru nie mogę sobie pozwolić na żadne błędy.
Gdy próbuję dotrzeć do duszy jej ojca, moje gardło zaciska się z przerażenia, lecz staram się opanować. Wreszcie wyczuwam znajome przyciąganie wzywanego ducha, a moje napięte ramiona się rozluźniają. Jest tutaj. Gorąca bańka ognia w chłodnej energii tej kobiety.
Czuję się, jakbym odrywała się od ziemi, choć stoję twardo w niewygodnych butach na wysokim obcasie. Z mojej zaciśniętej dłoni strzelają smużki białego światła i przybierają kształt ciała.
Obok lady Sandralyn pojawia się duch mężczyzny. Nie ma w sobie nic eterycznego, wygląda jak żywy człowiek.
Kobieta gwałtownie łapie powietrze, a w jej oczach wzbierają łzy. Tłum wstrzymuje oddech, a potem wybuchają oklaski. Mój ojciec promienieje z dumy, a jego oczy błyszczą. Rozkoszuję się tą chwilą, pozwalając, by zalała mnie fala podziwu.
Czekam na ten wieczór przez cały rok, nie tylko z powodu zastrzyku silnych emocji czy też ciepłego spojrzenia ojca. Liczy się także kontrola, jaką mam w tej chwili. Moc, którą władam, sprawia mi większą przyjemność niż jakikolwiek trunek czy najbardziej wyśmienita czekoladowa trufla.
A jednak zachowuję czujność. Jeśli przywołany zmarły zostanie tu zbyt długo, jego niematerialna powłoka zacznie się rozkładać: zjawa wtedy cuchnie i zaczyna wyglądać jak w ostatnich chwilach życia. Taki widok zazwyczaj przeraża gości, więc staram się odsyłać duchy, zanim do tego dojdzie.
− Dziękuję ci, lady Roe, dziękuję − szepcze lady Sandralyn.
Duch jej ojca podpiera się pod boki.
− Co się stało z moją posiadłością? − Spogląda na córkę, zwężając oczy. − Chyba nie pozwoliłaś, by twój mąż zrobił ten remont?
Ta zjawa jest na szczęście rozmowna, niektóre się nie odzywają.
Po kilku minutach matka stuka paznokciem w zieloną klepsydrę, stojącą na niewielkim stoliku tuż obok nas.
− Czas minął − oznajmia cicho.
Lady Sandralyn będzie musiała poczekać rok, zanim znów zobaczy ojca. Prostuję ramiona i unoszę głowę, gdy kobieta schodzi z podestu. Staram się uwierzyć, że będzie kolejny rok. Póki co, nie zawiodłam.
Ojciec kładzie dłoń na moim ramieniu. Uśmiecha się, a wokół jego oczu pojawiają się zmarszczki. Nie każdy ma szansę zobaczyć takie oblicze lorda Cyriona Damarcusa, rezerwuje uśmiech jedynie dla tych, którzy na niego zasłużyli.
− Roe, świetnie sobie radzisz. − Wręcza mi okrągłą szklaną buteleczkę z płynem w kolorze indygo. Rumienię się, lecz wyrywam mu ją z rąk, mając nadzieję, że goście tego nie zauważą. Łykam tę miksturę każdego wieczoru, aby uspokoić nerwy i móc się skoncentrować podczas przywoływania, choć jednocześnie jest mi wstyd, że jej potrzebuję.
Dzięki zdolnościom alchemicznym ojciec tworzy eliksiry, które leczą przeróżne dolegliwości. Zanim udało mu się stworzyć miksturę z odpowiednich składników, przywoływanie mnie przytłaczało. Nie byłam w stanie odesłać niechcianych duchów, które snuły się za mną całymi dniami. W zaciszu naszego domu bywało to uciążliwe, lecz w miejscach publicznych wręcz przerażające, gdyż zjawy czasami wyglądały nieprzyjemnie.
Przełykam eliksir, a gdy ciemnogranatowy płyn z sykiem spływa w dół gardła, rozkoszuję się znajomym smakiem rozgrzanego cynamonu oraz szczypaniem w nosie. Choć moje dzisiejsze podenerwowanie nadało płynowi gorzkawy posmak.
− Roe, na razie wystarczy. − Ojciec zabiera pustą fiolkę z moich rąk i całuje mnie w policzek, po czym machnięciem dłoni wskazuje na zatłoczony parkiet. − Zrób sobie przerwę.
− Dziękuję. − Dygam w kierunku długiego wężyka przyjaciół i znajomych. Za każdym razem, gdy przywołuję zastępy duchów, płacę za to koszmarami o śmierci. Tej nocy na pewno nie zmrużę oka. Tak to już jest z morfią. Każda moc ma swoją cenę.
Goście starają się nie okazać zniecierpliwienia, choć czekają w kolejce już ponad godzinę. Trudno.
Schodzę z podestu, uważając, by nie nadepnąć na ciężką bordową suknię, i ostatkiem sił opanowuję chęć, by rzucić się biegiem w stronę stołu z przekąskami. Przecinam parkiet szybkim krokiem, staję przy bufecie i chyłkiem wypijam dwie szklanki musującego ponczu jagodowego, po czym chwytam garść trufli i dopiero wtedy dociera do mnie, obok kogo stanęłam.
Przeklinam w duchu, lecz na twarz przywołuję promienny uśmiech.
− Dobrze się bawisz, Elizo?
− Oczywiście − odpowiada moja siostra, kładąc splecione dłonie na jasnofioletowym gorsecie, a jej jasnobrązowe loki podskakują, kiedy przytakuje.
Zawsze zazdrościłam jej tych idealnych brązowych pukli i jasnoniebieskich oczu, ale tego szyderczego grymasu na twarzy jak u matki − już nie. Długie przezroczyste rękawy jej sukni zdobią szafiry, z kolei mój złoty gorset wyszywany jest paciorkami, więc gdy stoimy obok siebie, wyglądamy niczym konstelacja gwiazd. Przy takich uroczystościach obie idziemy na całość.
A dzisiejszy wieczór to coś więcej niż zwykłe przyjęcie. Dziś ojciec przypomni wszystkim, że jest lordem Damarcusem oraz członkiem Najwyższej Rady. No i świętujemy też moje osiemnaste urodziny oraz zbliżającą się próbę, która się z nimi wiąże.
Głośno przełykam ślinę i spycham strach tak głęboko, jak się da, wdzięczna, że dzięki eliksirowi będę mogła się skoncentrować. A Eliza nie zobaczy, jak panikuję.
− Mam nadzieję, że dobrze się bawisz, droga siostro − odzywa się. − W końcu to może być twój ostatni raz.
Jej naszyjnik jest zawiązany tak ciasno, że grozi uduszeniem. Marzenie! Zgniatam niewielką serwetkę w dłoni. Nie zamierzam pozwolić, by wszystko zepsuła. Poirytowanie sprawia, że moje słowa brzmią niczym ostry syk:
− Nie teraz. Powinnaś stanąć obok mnie na podeście.
Eliza prycha i wkłada do ust truskawkę oblaną ciemną czekoladą. Na jej blade policzki wypływa jasnoczerwony rumieniec.
− Daj spokój. Oni mają gdzieś niemorfitów. Przyszli tu dla ciebie.
Nie wypowiadam słów, które cisną mi się na język. Że mogła być taka jak ja. Że mogła leczyć połamane kości i uzdrawiać choroby swymi łzami, lecz zrezygnowała z bycia uzdrowicielką, i to na własną prośbę.
Eliza patrzy na mnie z góry. Może sprawia wrażenie damy, lecz potrafi szybko stracić opanowanie, i tym razem kieruje swoją złość przeciwko mnie.
− Dziwi mnie twój spokój. Do próby zostały dwa dni. A nawet mniej. Nie martwisz się?
Podnosi głos, akcentując ostatnie zdanie. Rozkoszuje się tą chwilą. Zazwyczaj nie udaje jej się mi dopiec, lecz tym razem dobrze wie, że mi zależy. Jeśli nie przejdę próby, Najwyższa Rada usunie morfię z mojego ciała. Już nigdy nikogo nie przywołam…
Ukłucie strachu przebija bańkę zadowolenia, w której znalazłam się dzięki dzisiejszemu wieczorowi. Pragnę dać się porwać morzu tańczących ciał, zanurzyć się w kosztowne jedwabie, otulić bezpiecznym kokonem dzisiejszych wydarzeń.
Ignoruję siostrę i szczypcami podnoszę udko kurczaka. Gdybym chwyciła je palcami, służący patrzyliby na mnie z ukosa. Wzdycham, udając obojętność.
− Muszę jedynie udowodnić, że moja morfia nie jest niebezpieczna. Żaden problem.
Eliza krzyżuje ramiona, zadowolona, że na chwilę udało jej się zmącić moją radość. Nachyla się tak blisko mnie, że wyczuwam jej perfumy o zapachu glicynii.
− Reginald ruszył, by poprosić cię do tańca. Baw się dobrze.
Tym razem klnę na głos. Reginald jest synem górnika specjalizującego się w wydobyciu kamieni szlachetnych i niezmiernie szczyci się pozycją ojca. Ja też jestem dumna ze swojego, ponieważ jest jedynym morfitą w Radzie, jednak nie wspominam o tym przy każdej okazji.
Reginald podchodzi, kłania mi się nisko, a gdy pochyla głowę, jego puszyste włosy się kołyszą. Wyciąga dłoń, klejnoty na jego palcach błyszczą w świetle świec.
− Mój ojciec zaproponował, bym poprosił cię do tańca. Znając jego inteligencję, byłbym głupcem, gdybym go nie posłuchał. Podobnie jak ty, Rosaline Damarcus. − Reginald odchrząkuje i poprawia guziki niebieskiego surduta z aksamitu.
Z trudem powstrzymuję się, by nie pokazać obrzydzenia na twarzy i pospiesznie chwytam go za dłoń, aby nie zdążył już nic powiedzieć.
− Dziękuję, sir De’Lacy. To dla mnie zaszczyt. − Ledwie to z siebie wyduszam, słowa pozostawiają gorzki posmak.
− Weź, proszę, tę chusteczkę. Ubrudziłaś sobie twarz czekoladą. − Gładzi moje ramię palcami tłustymi od pieczonego kurczaka. − Na pewno chciałabyś wyglądać jak najlepiej, kiedy będziemy razem tańczyć.
Nawoskowany mahoniowy parkiet trzeszczy pod naporem tancerzy. Na bal organizowany przez ojca zjeżdżają się ludzie z całej prowincji. Podróżują wiele dni, tłocząc się w powozach, by wziąć udział w tej jedynej nocy wskrzeszenia w całym roku. Ojciec twierdzi, że moja zbliżająca się próba przyciągnęła nawet zamożne rody z najdalej wysuniętych na północ prowincji. Większość arystokracji znajduje się obecnie na parkiecie. Zaróżowieni i roześmiani, upajają się perspektywą rychłego spotkania z bliskimi, którzy zmarli.
Przywoływanie jest dla mnie czymś zwyczajnym, jak oddychanie lub mruganie. Nie myślę o tym, chyba że coś idzie nie tak. Wędruję spojrzeniem ku portretowi rodzinnemu.
− Nadepnęłaś mi na stopę.
− Przepraszam − mamroczę.
Reginald pachnie czosnkiem i tłuszczem, więc odchylam głowę w bok, by zaczerpnąć tchu, a następnie ciągnę go na prawą stronę parkietu, ku ogromnym przeszklonym oknom. Na widok blasku gwiazd i zielonych pagórków przed posiadłością mój oddech staje się lżejszy.
Reginald przesuwa dłoń w dół moich nagich łopatek i zatrzymuje ją na plecach.
− Wyobraź sobie, jak wyglądałoby moje znamienite nazwisko rodowe tuż za twoim.
Uciekam przed jego dotykiem, a wtedy docierają do nas łagodne dźwięki skrzypiec. Cholera, to wolny taniec. Będę miała szczęście, jeśli przed jego końcem uda mi się wykręcić od propozycji zaślubin.
Za oknem dostrzegam widmo. Po plecach spływa mu kaskada grubych kasztanowych włosów, kołysząc się na boki z każdym obrotem, a blada skóra jaśnieje trupim blaskiem. Orientuję się, że to moje odbicie w szybie. Upiorne złudzenie pryska, gdy zerkam na swoje prawdziwe ciało i dostrzegam piegi rozsiane na ramionach niczym gwiazdy.
Z zewnątrz wszystko wygląda idealnie, a jednak w moim sercu zieje dziura. Nawet gdy usiłuję dobrze się bawić, pustka, którą odczuwam, może pochłonąć mnie w każdej chwili. Czy tak będzie wyglądać moje życie, jeśli nie przejdę próby? Obtańcowywanie kolejnych mężczyzn i kobiet, by zdecydować, czyją ozdobą zostać?
Eliza od jakiegoś czasu nie ma już takich dylematów. Dobrowolnie zrezygnowała z morfii. Zrobiła to, zanim poszła do szkoły z internatem. Chce być jak matka i wykładać na uniwersytecie Credence. Obie mają inne cele niż ja. Zupełnie inne. I…
Kiedy to Reginald zsunął dłoń na mój tyłek? Z gracją damy zaciskam rękę na jego ramieniu i wykręcam je, unieruchamiając go. Waham się między ucieczką z parkietu a wymierzeniem mu policzka. Obie opcje zdają się równie pociągające.
Omiatam spojrzeniem salę i zatrzymuję je na wysokim chłopaku, stojącym na skraju parkietu. Ma na sobie surdut w głębokim szmaragdowozielonym kolorze, tatuaż pająka na śniadej szyi i kołysze się w rytm muzyki. Złota szpila przedstawiająca pikującego jastrzębia wpięta w klapę marynarki oznacza, że jest łowcą morfitów.
Jasper odwraca głowę, by pochwycić moje spojrzenie, a krzywy uśmieszek znika z jego ust, gdy tylko zauważa moje nieme błaganie, by wybawił mnie z tej sytuacji.
Przeciska się w moją stronę przez tłum, depcząc stopy i potrącając wysoko urodzonych mężczyzn.
− Roe − rzuca, odsuwając mojego partnera i wyciągając dłoń w moją stronę − czy zechcesz ze mną zatańczyć?
Pozwalam mu się porwać z dala od oburzonego Reginalda, a wtedy Jasper jednym efektownym obrotem wprowadza mnie na parkiet z dala od syna górnika.
− Wyglądałaś, jakbyś szukała ratunku, dzieciaku.
Jasper chyba zawsze będzie nazywał mnie dzieciakiem, nawet jak będę mieć pięćdziesiąt lat. On sam ma dwadzieścia pięć. Tyle samo, ile miałby dzisiaj Leith. Jego łagodny wzrok tak bardzo przypomina mi spojrzenie brata, że mam ochotę się rozpłakać. Zmuszam się, by zerknąć przez jego ramię na portret rodzinny. Oto Leith. Na zawsze osiemnastoletni.
Mój brat miał oczy błękitne jak niebo po burzy i krótkie brązowe włosy. Choć wzrostem dorównywał ojcu, to miał długie rzęsy i uśmiech po swojej matce. I chociaż to jedynie mój przyszywany brat, to zawsze zachowywał się jak rodzony. Złota szpila przedstawiona na portrecie oznaczała, że, podobnie jak Jasper, należał do Jastrzębi.
A to znaczyło, że ścigał i wtrącał do więzienia zbuntowanych, niebezpiecznych morfitów, którzy nie przeszli próby i zbiegli. Morfitów, którzy swoją mocą krzywdzili innych ludzi. Twierdził, że robi to dla mnie i dla Elizy, dwóch osób, które kochał najbardziej na świecie. „Nie chcę, by ktokolwiek się ciebie bał”, zwykł mówić. „Dlatego unieszkodliwiamy tych złych. Ty nie jesteś taka jak oni”.
Niestety nigdy nie udało mi się go przyzwać, by choć raz jeszcze z nim porozmawiać. Leith nie przychodzi do mnie tak jak inne duchy.
Jasper daje mi kuksańca w żebra.
− Przestań bujać w obłokach. − Zerka przez ramię, podążając za moim wzrokiem. − Na pewno chciałby, żebyś dobrze się bawiła. Zawsze uważał, że twój dar to coś pięknego.
− Nie tylko coś pięknego. − Unoszę głowę, ośmielona dzisiejszym sukcesem w przywoływaniu. − Mógłby się również na coś przydać. Mogłabym ściągać tu ofiary zbiegłych morfitów, by pomogły nam ich wytropić.
Jasper niepodziewanie obraca mną wokół własnej osi, po czym przechyla w dół, stawiając przy tym efektowne kroki, podczas gdy kilka dziewcząt bacznie się nam przygląda.
− A ty znowu to samo. − Zatrzymuje się i odciąga mnie na bok. Zaciskam szczękę, gotowa na kolejną dobrą radę. − Bycie Jastrzębiem jest niebezpieczne, wiesz to lepiej niż ktokolwiek inny. Poza tym to nie mnie musisz przekonać, a swojego ojca.
Mam zamiar przewrócić oczami tak, że matka mogłaby to zobaczyć z drugiego krańca sali, lecz wtedy na moim ramieniu ląduje czyjaś dłoń.
− Już czas − odzywa się ojciec.
Przydeptuję stopę Jaspera, po czym ruszam za ojcem ku podestowi. Ludzie stojący w kolejce, dotychczas rozmawiający cicho i sączący napoje, milkną na mój widok. Wchodzę po schodkach, żałując, że zjadłam jedynie kilka trufli. Nogi uginają się pode mną, zaschło mi w ustach i nie jestem w stanie przełknąć śliny. Duma, którą zwykle czuję podczas przywoływania, ustąpiła miejsca chęci ucieczki bez oglądania się za siebie.
Ojciec obejmuje mnie ramieniem i ściska lekko, po czym zwraca się do zebranych. Muzyka cichnie, a ja się prostuję.
− Jak zawsze, dziękuję za wasze przybycie. To wyjątkowy czas dla naszej rodziny i jestem niezmiernie wdzięczny, że jesteście tu z nami. Swą obecnością zaszczycili nas goście ze wszystkich dziewięciu prowincji Tamarynthu, choć zdaję sobie sprawę, że to mieszkańcy Credence są szczególnie podekscytowani zbliżającą się próbą Roe. Jestem przekonany, że pewnego dnia zajmie ona miejsce w Najwyższej Radzie.
Wybuchają okrzyki radości, a ja powinnam się uśmiechnąć, lecz przez zawroty głowy ledwie stoję prosto. Słowa ojca o wadze dzisiejszego wieczoru rozbrzmiewają w mojej głowie tak głośno, że oklaski zdają się być przytłumionym szumem. Chwytam dłoń mężczyzny, który w międzyczasie do mnie podszedł, lecz nie potrafię skoncentrować się na jego energii, gdyż rozprasza mnie chropowate zrogowacenie na jego kciuku. Powinnam chyba zażyć kolejną dawkę eliksiru. Kojarzę tego człowieka, jednak nie mogę sobie przypomnieć imienia. Prosi mnie, bym przywołała jego zmarłą żonę.
W mojej głowie kłębią się myśli, zaczynam się pocić i nie mogę złapać oddechu. Dlaczego tu jest tak gorąco? W głowie słyszę cichy, okrutny głosik, tak podobny do głosu Elizy. Mogę oblać próbę, a jeśli tak się stanie, być może odbiorą mi morfię. Lub, co gorsza, wyślą mnie do miejsca bardziej przerażającego niż więzienie dla morfitów − na statek Celestial.
Z mojej dłoni wystrzeliwują oślepiające smugi srebrzystego światła, lecz nie potrafię nad nimi zapanować. Dyszę z wysiłku, próbując ujarzmić swą moc − nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się stracić nad nią kontroli. Czuję się tak, jakby moje podenerwowanie w końcu wyrwało się spod chwiejnej władzy i stało się falą dzikiej energii. Przed oczami zebranych pojawia się postać zmarłej kobiety, lecz jej ciało nie wygląda tak, jak powinno.
Wystające kości jej ramion pokryte są gnijącymi strzępkami ciała, a gdy kobieta otwiera usta, widać jej żółte, popękane zęby. Z oczu zjawy sączy się ciemna maź i kapie na poplamioną koszulę nocną. Jej ręce pokrywa cienka jak papier skóra, jednak przy obojczykach i szyi zieją nagie kości.
Salę wypełnia smród rozkładającego się trupa, a goście natychmiast przykładają chusteczki do ust i rzucają się biegiem w stronę drzwi.
Zmarła drży, przyciskając wątłe ramiona do klatki piersiowej. Krzyczy na męża, a po jej brodzie cieknie śluzowata ślina.
− Derrick, ja spałam! Obudziłeś mnie i znów wszystko mnie boli − jęczy, a na jej koszuli nocnej wykwita plama krwi.
Ludzie wrzeszczą, choć kobieta nie może nikogo skrzywdzić. Jest niematerialna, ale nikt z gości tego nie zauważa. Zamieram i nie jestem w stanie się ruszyć. Moje gardło jest równie suche, co wystające kości ducha. Nie potrafię wykrztusić z siebie słów, które pojawiają się w mojej głowie: „Ona nie może was skrzywdzić. Nie może was dotknąć”. Czuję ucisk w klatce piersiowej i nie mogę zaczerpnąć tchu. Choćbym chciała, nie umiem zapanować nad zmarłą.
Nie jestem przyzwyczajona do widoku śmiertelnie przerażonych gości, a obawa przed tym, co sobie o mnie pomyślą, paraliżuje moje ciało i umysł.
Ojciec szczypie mnie w ramię.
− Przestań. Wszystko będzie dobrze, ale musisz to zakończyć.
Z tłumu wyławiam drwiącą twarz Elizy. Zamykam oczy i zrywam połączenie, jakbym przecinała nić, lecz jest za późno. Goście gapią się na mnie oczami wielkimi z przerażenia, krztusząc się za chusteczkami przytkniętymi do ust. Zastanawiają się nad tym samym, co ja, choć dotychczas nie dopuszczałam takiej myśli do siebie.
Że próba jest za dwa dni, a ja mogę ją oblać.
Wnaszej prowincji większość dzieci i nastolatków, które rujnują przyjęcia i bale, za karę odpisuje przez jeden dzień na listy od niezadowolonych mieszkańców Tamarynthu lub kataloguje ważące dwadzieścia funtów księgi o historii morfii.
Tymczasem ojciec proponuje mi udział w polowaniu.
Przemoczony płaszcz ciąży na moich ramionach, jakby był z ołowiu. Zapach wilgotnej ziemi miesza się z wonią mokrej końskiej sierści i szczypie mnie w nos. Rozkoszuję się doznaniami, jakie zapewnia przebywanie w lesie. I choć żałuję, że nie zdążyłam zapleść włosów i zjeść śniadania, to nie narzekam na wczesną porę.
Pierwszy raz ojciec pozwolił mi pojechać z Jastrzębiami. Choć wcześniej dał jasno do zrozumienia, że oczekuje, iż następne kilka lat spędzę, ucząc się od niego wszystkich rzeczy związanych z zasiadaniem w Radzie, to zaczyna skłaniać się ku pomysłowi, że moja przyszłość może być związana z Jastrzębiami. To, że pozwolił mi się wybrać z nimi na polowanie, jest jego sposobem na zakomunikowanie tego. Muszę tylko znaleźć sposób, by go przekonać, że jestem gotowa dołączyć do nich już teraz.
To nie będzie łatwe. Powracają do mnie słowa, które wypowiedział dzisiaj rano, a moja początkowa ekscytacja zmienia się w kamień w żołądku. „To nie jest kara ani nagroda. To, co wydarzyło się zeszłej nocy, nie ma prawa się powtórzyć. To polowanie ma pokazać mnie oraz Jastrzębiom, czy jesteś gotowa zacząć z nimi trenować”.
Nawet jeśli ojciec pozwoli mi z nimi ćwiczyć, będę miała szczęście, jeżeli będzie to jeden wieczór w tygodniu. Większość dni spędzam, towarzysząc ojcu w jego obowiązkach związanych z Radą, a w pozostałe uczestniczę w różnych wykładach na uniwersytecie. Choć próbowałam argumentować, że Leith zaczął trenować codziennie, gdy miał szesnaście lat, a w wieku osiemnastu został pełnoprawnym Jastrzębiem, ojciec nie dał się przekonać. Warknął tylko, że Leith nie przeżył pierwszego roku. Jakby musiał mi o tym przypominać.
Naszą grupę prowadzi Grayson, dosiadający potężnego, siwego ogiera. Odkąd wyruszyliśmy przed świtem, ani razu nie zaszczycił mnie spojrzeniem. Dwudziestopięcioletni Grayson Caddel wyrósł na muskularnego mężczyznę i ciężko odnaleźć w nim tego tyczkowatego chłopaka o nieśmiałym uśmiechu, jakim niegdyś był. Jego ciemnozłote włosy lśnią, a blada skóra jest zaróżowiona od zimna. Na ułamek sekundy łapię spojrzenie jego zielonych oczu, gdy spogląda na mnie przez ramię, a wtedy przypominam sobie tego wrażliwego osiemnastolatka, którego codziennie widywałam u boku Leitha.
− Żadnej morfii na polowaniu. Roe, nie żartuję.
Gray może i był kochankiem mojego brata, ale to nie znaczy, że zamierza traktować mnie ulgowo. Od śmierci Leitha minęło siedem lat, a Gray już dawno przestał się uśmiechać tak beztrosko, jak wtedy, gdy wymykali się razem do stajni. Jego słowa, lodowate niczym deszcz spływający po karku, zmywają moją pewność siebie.
Przytakuję sztywno i skupiam się na otoczeniu. Jadę na ciemnym gniadoszu czystej krwi, trzymając wodze jedną ręką, podczas gdy druga spoczywa na kołczanie. Jestem gotowa sięgnąć po strzałę na odgłos najcichszego szelestu. Nie obchodzi mnie, że Jastrzębie się ze mnie podśmiewają.
− Ostroooożnie − mówi przeciągle Jasper i puszcza wodze, by zamachać rękami. − W każdej chwili możemy zostać zaatakowani!
Gdyby jechał bliżej, zepchnęłabym go z konia. Nie wszyscy znają mnie tak dobrze jak Gray czy Jasper. Po śmierci mojego brata wielu jego przyjaciół otoczyło mnie opieką, lecz zdaję sobie sprawę, że nie każdy Jastrząb może być zadowolony z obecności nastoletniej córki dowódcy podczas misji. Chciałabym, by postrzegali mnie jak jedną z nich, i nie ma lepszego momentu niż ten, gdy jedziemy wszyscy pod szarym, zasnutym chmurami niebem, z włosami klejącymi się do twarzy od deszczu.
Kilkoro Jastrzębi rzuca mi ukradkowe, niespokojne spojrzenia. Wielu z nich było na balu i widziało mój katastrofalny występ. Usiłuję nie kulić ramion pod ciężarem ich podejrzliwego wzroku. Nie mogę im pokazać, że czuję się dotknięta ich brakiem wiary.
Nagle, zaledwie kilka kroków ode mnie, rozlega się ostry, przeszywający krzyk, który wyrywa mnie z zamyślenia. Choć ten przenikliwy wrzask sprawia, że włosy stają mi dęba, Jastrzębie ani drgną. Usiłuję zachować spokój, choć serce niemal zamiera mi w piersi. Mój koń przestępuje z nogi na nogę i parska nerwowo. Krzyk dobiega z ust młodej kobiety jadącej z przodu, która straciła panowanie nad koniem i prawie wjechała w drzewo.
Dziewczyna wbija we mnie spojrzenie, a ja, widząc jej przerażone bladoniebieskie oczy, mam ochotę ruszyć na pomoc. Lecz zanim zdążę cokolwiek zrobić, jej koń potyka się, a dziewczyna spada na ziemię. Okrzyk zaskoczenia z jej ust natychmiast ginie w głuchym plaśnięciu czaszki uderzającej o kamień. Krew wsiąka w ziemię, koń znika wśród drzew. Nikt nie reaguje, a wtedy powoli dociera do mnie, że to duch, zmora, która pokazuje mi swoją śmierć. Oddycham głęboko, by przypomnieć sobie, że to nie dzieje się naprawdę.
Nienawidzę zmór. Zawsze na końcu wyciągają do mnie ręce i duszą mnie, próbując przedostać się do świata żywych przez moje ciało. Nie jestem w stanie się ruszyć i cieszę się, że mój koń dotrzymuje kroku rumakom pozostałych Jastrzębi, gdy próbuję się uspokoić. Nawet po czternastu latach takich doświadczeń nie potrafię znieść dotyku zmarłych na skórze.
Za każdym razem, gdy za pomocą morfii przywołuję duchy, płacę za to koszmarami na jawie lub we śnie. Najgorsze jest to, że czasami nie potrafię rozróżnić, czy są prawdziwe.
Ogarniają mnie ponure myśli i nie wiem, jak się ich pozbyć. Nie chcę oglądać kolejnej osoby umierającej w lesie, w którym zginął mój brat. Czuję ukłucie rozgoryczenia, które nie znika. Widok dziewczyny ginącej w tym miejscu zdaje się okrutnym żartem, jakby sam las zamierzał mi przypomnieć, że bez względu na to, jak bardzo bym chciała, już nigdy nie ujrzę Leitha.
− Co wiemy o tym morficie? − pytam, rozpaczliwie próbując oderwać myśli od widoku szklistego spojrzenia kobiety i jej rozdziawionych, martwych ust.
Jedna z kobiet uśmiecha się kpiąco i popędza konia.
− Wiemy, że czeka go długi, przyjemny pobyt w Malachitowym Więzieniu.
Ruszamy kłusem, klucząc między wysokimi drzewami. Ich liście lśnią od deszczu i pajęczyn, w których połyskują krople wody. Błoto mlaska pod końskimi kopytami. Tłumię przeszywający mnie dreszcz, udając, że wzdrygam się z zimna.
Malachit to więzienie dla morfitów, którzy uciekli przed próbą lub popełnili przestępstwo. Nigdy tam nie byłam, ale ojciec twierdzi, że to przerażające miejsce. Nasza posiadłość leży niedaleko więzienia, ponieważ ojciec jest zwierzchnikiem Jastrzębi. Matka co drugi wieczór powtarza mu przy kolacji, jak bardzo jest to niebezpieczne. „Cyrionie, to, jak gęsty jest las, nie ma najmniejszego znaczenia. Ci więźniowie dotarliby do nas w mniej niż godzinę. Pomyśl o dzieciach”, rzuca przez zaciśnięte zęby.
− Chodziło mi o to, co zrobił − precyzuję.
Gray unosi rękę i zaciska pięść, dając nam znak, żebyśmy się zatrzymali. Zeskakuje z konia i klepie go po zadzie, po czym kuca, przyglądając się śladom odciśniętym w błocie.
− Uzdrowiciel − oznajmia, podnosząc się, i wskakuje z powrotem na siodło. − Mamił ludzi fałszywymi obietnicami. Brał pieniądze, lecz nikogo nie uleczył.
Ze złości aż ściska mnie w żołądku. Morfia jest dla mnie świętością i nienawidzę, gdy ktoś używa jej, by krzywdzić innych. Właśnie przez takich jak on ludzie się nas boją. Każdy uzdrowiciel musi, przynajmniej w teorii, odbyć dwuletnią służbę w szpitalu w swojej prowincji, czego ten, jak się domyślam, nie zrobił.
− Nie martw się − rzuca Jasper w moją stronę. − Dorwiemy go.
Jak na komendę Gray znów unosi dłoń. Jastrzębie sięgają po łuki oraz strzały i ruszają galopem, trzymając się w siodle jedynie siłą mięśni ud. Morficcy rzemieślnicy, w odróżnieniu od zwykłych wytwórców, potrafią ulepszać broń i zaklinają ich strzały tak, by leciały z prędkością pocisków, ale ta magia szybko się ulatnia. Ojciec by chciał, żeby Jastrzębie nosiły broń palną, lecz Rada nie chce się na to zgodzić.
Ruszam galopem i napinam cięciwę, czując przypływ adrenaliny.
Między drzewami przemyka mężczyzna w ciemnozielonym płaszczu i podartych spodniach. Biegnie cicho, słychać tylko jego ciężki oddech i trzask łamanych gałązek. Gray rozkazuje mu, by się zatrzymał.
Mężczyzna nie reaguje.
Zbliżamy się do niego, choć zbieg wciąż ma nad nami przewagę. Do moich uszu dociera inny dźwięk. Dźwięk, którego Gray, mam wrażenie, chyba nie rozpoznaje. Powietrze rozdziera huk wody rozbijającej się o skały. Znajdujemy się blisko granicy między prowincją Credence i Windmere, co znaczy, że mężczyzna zmierza w kierunku…
− Cholera! − krzyczy Jasper. − Biegnie do Wodospadu Windmere!
Kobieta, która już wcześniej zwróciła moją uwagę, prycha i odkłada łuk, by złapać za wodze.
− Przecież nie skoczy, prawda?
Uciekinier biegnie prosto w stronę wodospadu. Gray wyciąga rękę, by go pochwycić, lecz zarośla są tu gęste, a skały śliskie.
− Nie strzelać! − woła Gray. − Dorwiemy go żywego, chyba że nie będzie innego wyboru.
− Wydaje mi się, że właśnie przestaliśmy mieć inny wybór! − odkrzykuje Jasper.
Jastrząb po mojej prawej wypuszcza strzałę, nie czekając na sygnał Graya. Pudłuje o włos. Kolejna strzała, tym razem gdzieś zza moich pleców, rani mężczyznę w nogę. Krzywię się na widok tryskającej krwi, która przypomina mi o pękniętej czaszce kobiety-zmory.
Zanim zdążę się zastanowić, moje ciało się rozgrzewa. Chłód wywołany przez deszcz znika, a ramiona zaczynają mnie mrowić od białego żaru wewnętrznej energii. Widzę, jak Gray gwałtownie kręci głową, gdy dociera do niego, co zamierzam zrobić, bo nie jest w stanie mnie powstrzymać. W tym tkwi moja siła, do tego zostałam stworzona. Zamykam oczy, pozwalając, by koń mnie prowadził. Sięgam ku duchowi martwego drzewa, które stoi przy wodospadzie, przyzywając je przez zaświaty.
„Wybacz, Gray, jeszcze mi podziękujesz”. Z moich palców strzelają pasma srebrzystego światła i śmigają między drzewami. Koncentruję się na przyzwaniu ducha i posyłam go, by przeciął drogę uciekinierowi.
Z nieba spada ogromny dąb i ląduje z hukiem tuż przed uzdrowicielem. Martwe drzewo zwala się na ziemię, a ja podtrzymuję tę iluzję, wyobrażając sobie jego szorstką, brunatną korę i lepką żywicę w jej bruzdach. Moja moc nie ogranicza się do przywoływania ludzi.
„Proszę, nie zamień się tylko w drzewo-trupa”. Drzewo musi wyglądać jak prawdziwe, by mężczyzna się przestraszył.
Jastrzębie krzyczą z zaskoczenia, a uciekinier zatrzymuje się nagle. Nie wie, że drzewo nie jest prawdziwe. Stoi w miejscu na tyle długo, że udaje nam się go dopaść. Gray zeskakuje z konia i zakuwa go w kajdany wykonane przez rzemieślnika.
Mój pierwszy jeniec.
Mężczyzna prosi nas, byśmy puścili go wolno. Gdy słyszę jego błagania, mój żołądek zaciska się z bólu. Może i kantował ludzi, jednak wolę nie myśleć, co czeka go w Malachitowym Więzieniu. Modlę się cicho do Rivenerów, by mieli go w swojej opiece. Rivenerowie nie tylko odprowadzają dusze do zaświatów, lecz opiekują się nami też za życia. Pragnę wierzyć, że okażą temu człowiekowi choć odrobinę litości. Strażnicy w Malachicie pozbawią go morfii, a słoje z nią umieszczą na statku Celestial. Jeśli nie przejdę próby, to samo może spotkać mnie.
Czuję, jakby na moim gardle zaciskały się zimne, kościste palce, i nie jestem w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Modlę się również za siebie. Być może Rivenerowie ulitują się nad dziewczyną, która, tak jak oni, wędruje między światem żywych a martwych.
Zeskakuję z konia i ruszam w stronę więźnia. Gray cedzi przekleństwa pod nosem, unikając mojego spojrzenia. Jasper szturcha mężczyznę w plecy, a ten niechętnie wsiada na jego konia, w oczach wzbierają mu łzy.
Ogarnia mnie przemożna chęć, by chwycić go za rękę. To dziwne, bo od kiedy przyzywam zmarłych, fizyczny kontakt powoduje u mnie dyskomfort, lecz rozpacz mężczyzny wypływa z niego niemal namacalnymi falami. Ucisk, który czuję w żołądku, rozlewa się na klatkę piersiową.
Jutro może spotkać mnie to samo. Ta myśl sprawia, że zbliżam się nieco do mężczyzny siedzącego na koniu Jaspera.
− Jak mogłaś to zrobić? − syczy, a łzy w jego oczach znikają, gdy ogarnia go gniew. − Komuś takiemu jak ty? − Wie, że to ja przyzwałam drzewo. Kora zaczęła już gnić i odchodzi teraz szarymi płatami, cuchnąc kwaśną zgnilizną.
Uzdrowiciel rzuca się w przód, wyciągając nóż ukryty w bucie. Wciągam gwałtownie powietrze, gdy srebrny błysk przecina powietrze tuż przy mojej piersi. Mężczyzna trzyma broń obiema rękami, lecz dosięga nożem jedynie skraju mojego płaszcza. Jastrzębie stojące wokół mnie wyciągają strzały, lecz tylko jedna przecina powietrze.
Cofam się i potykam, gdy grot wbija się w ramię jeńca. Kobieta z długimi, luźno opadającymi czarnymi włosami nadjeżdża ku nam na grzbiecie masywnej kasztanowej klaczy. Opuszcza ogromny łuk. Więzień osuwa się, a z jego ramienia sterczy pióro strzały.
Lysandra Jamison ściąga wodze i wyhamowuje konia tuż przy nas.
− Ostrożnie, dzikusko − rzuca.
− Wszystko w porządku? − pyta Gray. Gniew, który ogarnął go w obliczu mojego nieposłuszeństwa, znika bez śladu. Gdy milcząco przytakuję, spogląda na Lysandrę. − Ona nie może jechać z nami do więzienia. Odstawisz ją bezpiecznie do domu?
Supeł w moim żołądku zaciska się coraz bardziej. Nie ma mowy, żeby mnie tu zostawił, ale nie potrafię wydusić z siebie choćby jednego słowa. Co we mnie wstąpiło? Od czasu, gdy Leith wyruszył na pierwszą misję, marzyłam o tym, by polować z Jastrzębiami. Może się do tego jednak nie nadaję.
Wszystkie Jastrzębie z mojej prowincji są niemorfitami. Rozumiem, dlaczego większość morfitów nie pali się do polowania na sobie podobnych, ja jednak nigdy nie miałam przed tym oporów. Podobnie jak Leith wierzyłam, że łapanie tych niebezpiecznych sprawi, że ludzie będą się nas mniej bali. Dlaczego więc widok tego mężczyzny w kajdanach tak mną wstrząsnął?
Jednego jestem pewna: nie chcę odwozić go do więzienia. Nawet jeśli Jastrzębie nie mogą wejść do środka, sama myśl o tym miejscu budzi moje przerażenie. Wolałabym, żeby myśleli, że to przez atak mężczyzny. Wolę, by wzięli to za tchórzliwość niż za współczucie względem więźnia.
Lysandra zatrzymuje spojrzenie błękitnych oczu na Grayu. Odkąd jej syn, a mój przyrodni brat Leith, zginął, nie mają sobie zbyt wiele do powiedzenia.
− Oczywiście − rzuca, przytakując.
− Nic mi nie jest − mówię, bo wiem, że Gray nie odjedzie, dopóki nie usłyszy tego z moich ust.
Przez chwilę jego spojrzenie łagodnieje i znów staje się tym samym chłopakiem, który plótł mi wianki z polnych kwiatów, a ja − dziewczynką, która przepędzała szkolnych gnębicieli, strasząc ich duchami szczurów. Kiwa głową w moją stronę i wygląda, jakby chciał coś powiedzieć, lecz najwyraźniej się rozmyśla. Przeszukuje więźnia, by sprawdzić, czy nie ukrył gdzieś innej broni, po czym wskakuje z powrotem na konia.
− Chodź − odzywa się Lysandra. − Odwiozę cię do domu.
Jastrzębie odjeżdżają, a mnie z niepokoju jeżą się włoski na karku i nie mogę pozbyć się wrażenia, że powinnam była pojechać z nimi.
Gabinet ojca, z ciemnymi, bordowymi ścianami i grubym dywanem na drewnianej podłodze nie ma okien. Bardziej przypomina jaskinię niż pokój. Wieki temu, zanim społeczeństwo rozwinęło się na tyle, by pojąć zawiłość morfii, niemorfici nazywali nas wiedźmami. Choć jest to przestarzałe i protekcjonalne określenie, ojciec wykorzystał je jako źródło inspiracji przy urządzaniu gabinetu.
Gdy tylko przekraczamy z Lysandrą jego próg, czuję na skórze żar bijący od warzącego się eliksiru. Ojciec miesza w kotle gołą ręką. Jako alchemik potrafi przygotować przeróżne mikstury, więc jest cennym nabytkiem Rady. Dwadzieścia lat temu wynalazł eliksir, który drąży skały, dzięki czemu można wydobywać klejnoty, nie szkodząc zbytnio środowisku. To oszczędziło Radzie wielu listów z pretensjami i przyniosło ojcu sławę w całym królestwie Tamarynthu. W zeszłym roku stworzył lekarstwo na bezdychawicę, która przetoczyła się przez prowincję Kalenar, na wiele tygodni zapełniając szpitale. Lek ten przyniósł mu szacunek i potwierdził jego przydatność, choć jednocześnie wzbudził pytania o to, jak wielką ma moc. Skoro potrafi leczyć zarazę, czy może ją też wywołać?
Alchemia zapewniła ojcu miejsce w Radzie, która rządzi królestwem, lecz jeden fałszywy krok może to wszystko zaprzepaścić. Choć wielokrotnie dowodził swojej wartości, niektórzy członkowie wciąż obawiają się, że jego magia jest niebezpieczna. Alchemicy to jedyna grupa morfitów, która nie płaci żadnej ceny za użycie magii. Co więcej, istnieją zakazane mikstury, z którymi zarówno przodkowie ojca, jak i on sam nie mogą eksperymentować: eliksiry wydłużające życie, wymazujące wspomnienia, działające jak trucizny.
Pewnego razu jeden mężczyzna z prowincji Laverne zapytał ojca, co powstrzymuje go przed stworzeniem mieszanki, która pozwoliłaby mu kontrolować cudze umysły. Ojciec nie raczył mu odpowiedzieć, jednak później wyjaśnił mi, że dokładnie to samo, co powstrzymuje tego mężczyznę przed zabiciem własnego brata. Fakt, że jest porządnym człowiekiem.
Nie potrafię sobie wyobrazić przywoływania duchów bez zapłaty, czyli bez koszmarów, które nawiedzają mnie zarówno w snach, jak i na jawie. Czasem zazdroszczę ojcu, że może godzinami eksperymentować z recepturami, nie ponosząc żadnych konsekwencji. Choć on sam chętnie przypomina mi, że nawet alchemicy mają swoje ograniczenia. Mój dziadek przed śmiercią przekazał ojcu podstawy alchemii, nauczył go warzyć eliksiry czyszczące, proste lekarstwa, mikstury zwiększające siłę lub szybkość. Lecz stworzenie bardziej skomplikowanej receptury jest trudne i niebezpieczne, wiąże się z niezliczonymi próbami i błędami.
Gdy ojciec nas wreszcie zauważa, wyciąga dłoń z kociołka i wychodzi zza biurka. Wyciera dłoń w szmatkę i obejmuje mnie mocno, opierając podbródek na czubku mojej głowy.
− Nie powinienem był pozwolić ci jechać − szepcze.
− Nic mi nie jest − odpowiadam, choć czuję, że w kącikach moich oczu wzbierają łzy.
Lysandra stoi z dala od nas i wpatruje się w buteleczkę na biurku ojca. Nawet po tym, jak ojciec unieważnił ich związek i poślubił moją matkę, zawsze okazywał szacunek zarówno jej, jak i ich wspólnemu synowi. Leith miał zostać alchemikiem. Dar alchemii przechodzi z ojca na syna, lecz Leith urodził się niemorfitą. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyż morfia płynie przez rodową krew dość przypadkowo, jednak z alchemikami sprawy mają się inaczej. Ojciec i Lysandra byli wstrząśnięci tym faktem, lecz nigdy nie słyszałam, by narzekali. Ojciec wydawał się niemal cieszyć, że Leith nie zostanie obarczony warzeniem eliksirów dla całego królestwa. Słyszę, jak Lysandra głośno przełyka, i widzę, że mruga gwałtownie, próbując powstrzymać łzy. Spotkanie z Grayem i widok eliksirów musiały przywołać bolesne wspomnienia.
Odwracam wzrok, zanim nasze spojrzenia się skrzyżują. Poczucie winy, które zalewa mnie w obecności Lysandry, przyczepia się do mnie niczym duszący smród śmierci. Już nigdy nie zobaczy Leitha. Nigdy nie zazna ukojenia, które przyniosłaby jej rozmowa z synem, ponieważ nie potrafię go przyzwać. Próbowałam wiele razy, tak mocno ściskając jej dłoń, że bielały mi kłykcie. Wszystko na nic. Czułam, że coś blokuje mi dostęp. Za każdym razem ją zawodziłam.
Odsuwam się od ojca, a on marszczy brwi, poprawiając kamizelkę. Cofam się o krok pod jego surowym spojrzeniem. Ktokolwiek poinformował go, że zostałam zaatakowana przez zbiegłego uzdrowiciela, musiał również wspomnieć, że użyłam morfii podczas polowania.
− Jutro musisz dobrze wypaść − burczy. − Nie masz wyboru.
A jednak mam. Wędruję wzrokiem ku obrazowi olejnemu wiszącemu nad kominkiem.
Płótno przedstawia olbrzymi, czarny statek wycieczkowy unoszący się na spokojnych, turkusowych wodach. Jego dziób spowija świetlista, lawendowa mgła.
Celestial zbudowano, by przechowywać morfię zabraną morfitom, którzy nie przeszli próby. Miał być nie tylko miejscem rozrywki dla bogatych klientów, którzy mogliby doświadczać cudów magii bez ryzyka, lecz także statkiem, gdzie morfici dostawaliby ostatnią szansę na zachowanie swoich mocy.
Ojciec podąża za moim spojrzeniem i zaciska usta w kreskę.
− Goście stawiają personelowi nierealne wymagania. Pobyt na statku to kara, i to bardzo surowa. Nie należy o tym zapominać. − Wraca do kociołka z eliksirem i wrzuca szpon orła do bladozielonej, bulgoczącej cieczy. − Obiecaj, że bez względu na to, co będzie, twoja stopa nie stanie na jego pokładzie.
Lysandra kładzie dłoń na moim ramieniu, a ja spinam się pod jej dotykiem i uwalniam się spod jej ręki.
− Twierdzisz, że powinnam pozwolić wyssać morfię ze swojego ciała, żebym stała się…
− Taka jak twoja matka i siostra… i brat, mógłbym dodać − kończy ojciec spokojnie. − Niemorfitką.
Lysandra zastyga na wzmiankę o Leithu, lecz we mnie gotuje się krew. Jak śmie wspominać imię mojego brata, próbując mnie zmanipulować? Moja matka urodziła się niemorfitką i pragnęła, byśmy z Elizą wyrzekły się daru. Eliza chętnie na to przystała, gdyż nie chciała być uzdrowicielką na usługach innych. Ojciec od zawsze wiedział, jak wiele znaczy dla mnie morfia. Gdy przywołuję zmarłych, czuję, że naprawdę żyję.
Myślałam, że ojcu zależy na tym równie mocno, co mnie.
Czuję w żołądku ciężar, który zaczyna mnie przygniatać. Jego słowa budują między nami mur. Przyniosłabym mu wstyd, gdybym trafiła na Celestial.
Nic takiego się nie wydarzy. Ojciec wspomniał o tym wyłącznie dlatego, że wczoraj spanikowałam. Jeśli podczas próby stracę panowanie nad sobą, będzie to moja wina. Jeśli okażę się zagrożeniem, powinnam zostać pozbawiona mocy.
Mimo to nie mogę udawać, że jego uwagi mnie nie dotknęły. Moje zwątpienie jest niczym chwast: karmi się wymówkami, rośnie za każdym razem, gdy czyjeś słowa podlewają jego korzenie, które ja usilnie próbuję wyrugować. Nawet jeśli ojciec ma rację, nie zamierzam tego przyznać.
Wychodzę z gabinetu, zachowując spokój, zanim ojciec zorientuje się, że jego słowa mną wstrząsnęły.
Lysandra rusza za mną. Wychodzimy razem na werandę z widokiem na rozległe ogrody i soczyście zielone trawniki przed domem. Biorę wdech i zaciągam się głęboko ziemistym zapachem grzybów i wonnych ziół, których ojciec używa do warzenia eliksirów. Zamykam oczy, a krakanie kruków i chrzęst kół powozów toczących się po żwirze łączą się w jeden harmonijny ton. Znam tu każdy dźwięk. Wiem, jak skrzypi każda deska podłogowa w posiadłości, i tak przywykłam do zapachu szałwii, że gdy wchodzę do obcego domu, jego brak wydaje się dziwny. A jednak nie potrafię wyobrazić sobie tego wszystkiego bez swojej magii.
− Chciałabym ci coś dać − odzywa się Lysandra. Sięga do torby z plecionki i wyciąga własnoręcznie zrobioną książkę. − Prezent przed twoją próbą.
Biorę książkę z jej rąk i ostrożnie ją oglądam. Na kartkach widzę szkice przedstawiające Leitha i mnie. Musiała się nam przyglądać, choć nigdy nie zauważyłam jej obecności. Leith i ja zanurzający ręce aż po łokcie w lodowatym strumieniu, by złapać rybę. Leith uczący mnie jazdy konnej. Leith i ja siedzący pod drzewem, on czyta mi na głos.
− Dasz sobie radę − mówi. − Jestem tego pewna.
Mrugam gwałtownie, próbując strząsnąć krople z rzęs. Zamykam oczy i przełykam gulę palącą moje gardło, a Lysandra mocno ściska mnie za ramię.
Powóz z herbem królestwa Tamarynth, ciągnięty przez potężne czarne konie, jęczy, podskakując na kocich łbach prowadzących do naszej posiadłości. Zasycha mi w ustach i jedynie dłoń Lysandry powstrzymuje mnie przed wbiegnięciem do środka.
Już tu są.
Sędziowie.
Przybyli dzień wcześniej i spędzą dzisiejszą noc pod naszym dachem. W mojej głowie uporczywie rozbrzmiewa jedna myśl:
„Jutro próba. Jutro próba. Jutro próba”.
koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji
