49,99 zł
Witaj w Polach Makowych, centrum eksperymentalnego leczenia żałoby.
Wiemy, że jest ci ciężko. Śmierć kogoś bliskiego. Rozpad związku. Utrata marzeń, dawnego życia, poczucia sensu… Cokolwiek cię spotkało – jesteśmy tu, by ci pomóc. Za chwilę zaśniesz na wiele tygodni. A gdy się obudzisz, smutek i żal znikną. Tak po prostu. Czy to nie… cudowne?
Do pilnie strzeżonego ośrodka położonego pośród piasków kalifornijskiej pustyni zmierza kanarkowożółty samochód, a w nim grupka nieznajomych, których los postawił sobie na drodze. Ilustratorka Ava chce odnaleźć w Polach Makowych swoją starszą siostrę, strażak Ray szuka ukojenia po śmierci brata, Sasha pragnie dowiedzieć się, dlaczego odrzucono jej podanie o przyjęcie do ośrodka, a Sky…? Sky wplątała się w to wszystko zupełnym przypadkiem.
Choć być może to wcale nie był przypadek i ta czwórka życiowych rozbitków musiała się spotkać? Dlaczego tak naprawdę wyruszyli w drogę? Jaki sekret skrywa każde z nich? Do czego się posuną, żeby posklejać swoje pęknięte serca? I przede wszystkim: czy w tajemniczym ośrodku znajdą to, czego szukają?
Pola Makowe to pełna ciepła i poruszająca opowieść o stracie, miłości i sile ludzkich więzi. Nikki Erlick, autorka bestsellerowej Miary życia ponownie zachwyca emocjonalną głębią i zadaje pytanie: czy ból jest czymś, co należy wymazać – czy przeżyć?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 376
Data ważności licencji: 8/22/2030
Tytuł oryginałuThe Poppy Fields
Copyright © 2025 by Nikki Erlick
Copyright © for the translation by Alicja Halik
Projekt okładki Florian Rychlik
Na okładce wykorzystano obraz Abbotta Handersona Thayera Angel (dostępny w domenie publicznej) oraz obraz Františka Kavána Red Poppies (dostępny w domenie publicznej)
Redaktorka nabywająca Dominika Kardaś
Redaktorka prowadząca Izabela Marszał
Korekta Justyna Ostafin, Ewa Osińska
Opieka promocyjna Bogna Piechocka
Koordynatorka produkcji Ewelina Wójcikowska-Jakubiec
ISBN 978-83-8367-628-9
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Plik przygotował Woblink
woblink.com
Niniejsza powieść to fikcja literacka. Nazwy, bohaterowie, miejsca oraz wydarzenia powstały w wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych wydarzeń, miejsc, organizacji czy osób jest przypadkowe.
Dla mojej siostry Landy, towarzyszki tej wspaniałej podróży, od 1997 roku siedzącej przy mnie na fotelu pasażera
Sen bardzo długi, bardzo długi, sen sławny i niezakłócony, Który nie pokazuje w stronę poranka ani wschodu słońca Choćby niewielkim ruchem ręki, albo powieki poruszeniem, Sen niezależny od wszystkiego, swobodny, nie znający końca (…).
Sen, Emily Dickinson (tłum. W.J. Darasz)
Jest takie miejsce, ukryte pośród rozległych piasków południowej pustyni, gdzie jak okiem sięgnąć widać tylko czerwień.
Jeśli patrzymy z góry może się wydawać, że to niemal szkarłatny dywan. Gdy jednak przyjrzeć się bliżej, okazuje się, że to wcale nie jednolita połać, ale rzędy pojedynczych czerwonych punkcików. Tysięcy punkcików, niemal identycznych. Większość jest cicha i nieruchoma, ale niektóre od czasu do czasu podrygują. Ktoś mógłby pomyśleć, że to pole dzikich maków.
Nic bardziej mylnego.
Czerwone punkciki to nie kwiaty, tylko ludzie.
Ludzie, którzy przebyli wiele mil, by się tu znaleźć. Ludzie, którzy przybyli tu, by pogrążyć się we śnie.
Dziesiątki tysięcy ludzi w świeżych, czerwonych piżamach leży w nie swoich łóżkach.
Niektórzy będą pogrążeni we śnie jedynie przez miesiąc.
Inni zasną na dłużej.
Niektórzy zamykali oczy z gotowością, a nawet zniecierpliwieniem.
Inni zasnęli ze strachem.
Niektórzy czują się tu jak pacjenci.
Inni raczej jak obiekty eksperymentu.
Jeszcze inni nie poczują tego, dopóki nie otworzą oczu – ci obudzą się z objawami efektu ubocznego.
Wielu z nich ma nadzieję, że bliscy wybaczą im wybór tego przedziwnego rozwiązania.
Przeważającą większość z nich zaprowadziło tutaj poczucie, że nie mają jednak żadnego wyboru.
Przed zaśnięciem myślą o matkach i ojcach, rodzeństwie, o przyjaciołach, partnerach i małżonkach. Myślą o wielkich wydarzeniach, opuszczonych przełomowych momentach, ostatnim razie, kiedy ich dłonie zetknęły się z dłoniami bliskich, o słowach – zarówno tych, które wybrzmiały, jak i tych niewypowiedzianych. Myślą o drobnostkach, o tym jednym przekrzywionym zębie, zapachu poduszki o poranku, wybuchu śmiechu w reakcji na jakiś żart. Myślą o ludziach, których utracili.
Smutek przeszywa ich ciała – ciała spoczywające teraz na łóżkach. Ciała, które postanowili wyłączyć, choćby na chwilę.
W zgięcia łokci mają wbite igły, które niczym postronki łączą ich z masą rurek pozwalających zapaść w sen i utrzymać się przy życiu podczas procesu gojenia.
Pewnego dnia każde z nich się obudzi.
Na razie jednak wszyscy śpią – w odosobnieniu na pustyni. Nie są jednak sami. Zmagają się z bólem, który w pewnym momencie życia odczuł, odczuwa lub odczuje każdy z nas, z ciężarem, który nie ominie nikogo. Tutaj, w Polach Makowych, rzadko kiedy zdarza się, by któreś łóżko stało puste.
W tych ostatnich ulotnych momentach, tuż przed tym, nim zmorzy ich sen, zastanawiają się, co dalej.
Sen nie naprawi wszystkiego, co do tego wszyscy się zgadzają. Nie nada sensu bezsensowi, nie wypełni pustki.
Istnieje jednak szansa, choćby niewielka, że po prostu pomoże.
Przecież zawsze tłukło im się do głowy, że życie toczy się dalej, a najlepszym sposobem na cierpienie jest po prostu je przeżyć.
Nikt nie wspomniał jednak, że trzeba cierpieć na jawie.
Ava zbudziła się przy swoim drewnianym biurku, z twarzą odciśniętą na kartce papieru i kawałkiem węgla w dłoni. Poczuła, że PJ ciągnie ją za sukienkę.
Oderwała policzek od szkicownika i przeciągnęła się z grymasem, niemal strącając kubek zimnej, mętnej herbaty z zeszłego wieczoru. Przez szpary w żaluzjach przebijały się promienie słońca. Naprawdę nie słyszała budzika?
Bliska paniki sięgnęła do zegarka, zostawiając ślady węgla na nadgarstku. Wyglądało to tak, jakby pokruszyła i roztarła wszystkie swoje piegi. Na szczęście nie była spóźniona.
PJ-owi należało się podziękowanie, więc schyliła się i delikatnie pogłaskała psa po głowie. W tym samym momencie rozległ się dźwięk budzika w telefonie. Jakimś cudem PJ zawsze budził ją dokładnie minutę wcześniej.
Wcale jej nie dziwiło, że zasnęła przy pracy. Ani poprzedniej, ani wcześniejszej nocy nie spała za dobrze. Właściwie miała problemy ze snem, odkąd kupiła bilet na samolot. Odkąd postanowiła odnaleźć siostrę.
Wsunęła na nos okulary i zerknęła na odbicie w lustrze. Tę stronę twarzy, którą całą noc przyciskała do szkicownika, pokrywała ciemna warstwa. Rozpinany sweter trochę się pomiął w trakcie spania na krześle w niewygodnej pozycji, ale uznała, że może w nim jechać na lotnisko. Łata, którą przyszyła na lewym rękawie, jaskrawa plama fioletu na białym tle, wciąż zakrywała dziurę na łokciu. Bez niej sweter byłby zupełnie gładki. Ava nawet nie starała się dopasowywać tkanin, skoro nie miała na tyle umiejętności, by ukryć szwy. (Babcia Mae nauczyła ją podstaw szycia, ale nie zdołała przekazać Avie talentu).
Ava wzięła szybki prysznic, nakarmiła PJ-a i zagotowała wodę na herbatę. Znalazła też swój ulubiony ceramiczny kubek, pierwszy zrobiony samodzielnie. Szafki były wypełnione własnoręcznie wykonanymi naczyniami, ale to było jednym z najbardziej koślawych w całej kolekcji. W sumie kubek przypominał skurczoną miseczkę – kiedy go formowała, nie potrafiła jeszcze dorabiać uch – lecz zawsze wywoływał uśmiech. Wybrała szarawe szkliwo, które pod różnymi kątami mieniło się odcieniami niebieskiego, niczym niebo przed burzą, a do tego jego powierzchnia była upstrzona cętkami maleńkimi jak gwiazdy, które ukradkiem pojawiły się za dnia. Liczyła, że przyniesie jej dziś szczęście.
Kiedy PJ pochłaniał w kącie kuchni śniadanie, Ava oparła się o blat i popatrzyła na swoje dłonie otaczające parujący kubek, próbując powstrzymać się od odgrywania w głowie każdego możliwego scenariusza wydarzeń w Los Angeles. Swoim dłoniom zawdzięczała wszystko. Dzięki nim już od dziesięciu lat była artystką i mogła sobie pozwolić na kupno domu. Dzięki nim czerpała radość z pracy przy kole garncarskim, przy maszynie do szycia i w ogródku. A mimo to kiedy wracały stany lękowe, to właśnie dłonie kończyły z najbardziej rzucającymi się w oczy śladami. Skórki stawały się zaczerwienione, poszarpane i popękane. Często co najmniej jeden palec miała owinięty plastrem, podczas gdy reszta była wysuszona i brudna po całych godzinach spędzonych nad szkicownikiem albo od używania narzędzi ogrodniczych. Paznokcie oczywiście miała naturalne, nie było szans, by jakikolwiek lakier utrzymał się dłużej niż chwilę. Ava wiedziała, że ma brzydkie dłonie. Ale to właśnie dzięki tym dłoniom udało jej się zbudować piękne życie.
Umyła i wytarła kubek, a następnie przygotowała się do wyjścia. Najpierw zamierzała wyprowadzić PJ-a na spacer, a potem razem z nim ruszyć na lotnisko.
Upewniła się, że zgasiła kuchenkę, na której stał czajnik.
Upewniła się, że wyłączyła z prądu suszarkę.
Upewniła się, że ma przekąski dla PJ-a, przekąski dla siebie, dwie wypożyczone z biblioteki książki oraz oczywiście szkicownik i ołówki.
Wróciła do kuchni i ponownie zerknęła na palnik. Tak dla pewności.
Chwyciła smycz i transporter PJ-a oraz swoją walizkę i wreszcie zamknęła za sobą drzwi.
Upewniła się, że zrobiła to porządnie.
Potem zerknęła na zegarek. Lot mieli za trzy i pół godziny. Najpierw godzinna jazda taksówką z Topeki do Kansas City, później trzyipółgodzinna trasa z Kansas City do Los Angeles. Tam sprawy się komplikowały. Zamówiła kierowcę, który miał ją odebrać z lotniska i zawieźć prosto na pustynię. Ale gdy znajdzie się już na pustyni, to… co dalej?
Ava nie była pewna, czy jej siostra zasługuje na te wszystkie starania po tym, jak ją potraktowała. Ponadto nie miała pojęcia, w jakim Emmy będzie stanie, w końcu nikt tak naprawdę nie wiedział, co się dzieje w Polach Makowych. Miejsce okrywała tajemnica.
Próbowała wyobrazić sobie siostrę pośród kaktusów i kojotów, brudną, zmagającą się z pyłem i kto wie czym jeszcze, pośród tego wszystkiego, co zamieszkiwało dziką pustynię w południowej Kalifornii, gdzie znajdowały się Pola Makowe. (Oczywiście niezapowiedziani goście nie mieli wstępu do placówki, ale to było jedno z tych wyzwań, z którymi miała zamiar zmierzyć się później).
Ponadto istniało wysokie prawdopodobieństwo, że Emmy wcale nie chciała, by siostra ją odnalazła. Ava goniła za kimś, kto całe swoje życie uciekał, i to prędko. Być może powinna zostawić Emmy w spokoju, tak jak ona zostawiła ją.
Zatrzymała się przy drzwiach i spojrzała na PJ-a, który zdawał się wyczuwać u niej brak przekonania. Jak gdyby był w stanie usłyszeć harmider w jej wiecznie niespokojnym umyśle. Wydał z siebie dodające otuchy szczeknięcie i zaczął delikatnie szarpać smycz. Już czas.
Ava zawsze ufała intuicji PJ-a.
Pogrążony w całkowitej ciemności Ray klęczał i podpierał się obiema rękami. Miał pod sobą drewnianą platformę, tyle był w stanie stwierdzić, przez grube rękawice i mnóstwo warstw ubrań nie potrafił jednak określić faktury drewna. Jego skulone ciało obciążał dwudziestokilogramowy, nieporęczny ekwipunek.
Postanowił się powoli czołgać.
Wyczuł, że nachylenie platformy się zmieniło i ostrożnie zaczął piąć się w górę. Nie widział dosłownie nic, ale miał świadomość, że jest obserwowany. Był coraz wyżej i wyżej.
Nagle runął w dół.
A raczej, technicznie rzecz biorąc, rzuciło nim do przodu. Platforma nieoczekiwanie przechyliła się w drugą stronę, niczym najbardziej zdradliwa huśtawka na świecie, i stracił równowagę. Gdy spadał, żołądek podszedł mu do gardła…
…ale wylądował na stosie poduch.
Zaczął się rzucać na wszystkie strony, próbując odzyskać orientację, za chwilę spróbował wstać, lecz ni z tego, ni z owego znalazło się na nim coś, co przypominało sieć rybacką. Młócił rękami powietrze, starając się wydostać spod grubych lin, pchał, ciągnął, ale sieć ani drgnęła. Była za ciężka. Przygniatała go. Został całkowicie spętany, nie mógł się ruszyć.
I wtedy w ciemnej piwnicy rozległ się dochodzący z góry głos:
– Co z tobą? Co teraz?
Oczywiście jeden z protokołów opisywał, co robić w podobnej sytuacji i jak ma się zachować strażak, który nie wie, gdzie jest, znalazł się w potrzasku, został poważnie ranny albo nie może się ruszyć. Trzeba zawołać mayday, ratunku. Wezwać pomoc. I to szybko, natychmiast, zanim skończy ci się tlen, zanim nie będziesz już w stanie mówić.
Ray był zanurzony w stosie poduch i zaplątany w sieć. Odliczanie się rozpoczęło. Nie zamierzał jednak otwierać ust. Wołanie mayday było ostatnią deską ratunku, ale i przyznaniem się do porażki. Momentem, w którym pilot katapultuje się z odrzutowca, kilka sekund przed katastrofą. Ray jeszcze raz spróbował wydostać się z sieci i zmusić mięśnie do współpracy, do tego, by pomogły mu wstać.
Ale dzwonek już rozbrzmiewał. Pojedynczy dźwięk brzmiał jak wyrok.
Skończył mu się czas.
Ray wciąż rozmyślał o tamtym szkoleniu, również teraz, kiedy odjeżdżał spod remizy taksówką. Nieważne, że jak tylko ćwiczenia dobiegły końca, musiał wrócić do pracy i rozpocząć zmianę. Nie miał chwili przerwy, bo w ciągu dwudziestu czterech godzin wezwano go do upadku ze schodów, karambolu z udziałem trzech samochodów, wstrząsu hipoglikemicznego oraz podpalenia ogródka przez dwóch nastolatków świętujących koniec szkoły pokazem własnoręcznie skonstruowanych fajerwerków. Dla niego to była norma.
Nie było jednak normą to, że oblał test.
Pułapka w piwnicy została zaprojektowana w taki sposób, by nikomu nie udało się z niej wydostać. Gra symulacyjna była nie do przejścia. A do tego Ray, podobnie zresztą jak niemal wszyscy z jego zastępu, nie zastosował się do protokołu bezpieczeństwa. Zbyt długo się zastanawiał, czy powinien wezwać pomoc.
Z roztargnieniem bawił się suwakiem ciemnozielonego plecaka leżącego na siedzeniu obok. Był niemal pewien, że w końcu udałoby mu się wydostać. Gdyby tylko dostał jeszcze kilka szans. Gdyby tylko miał trochę więcej czasu.
Tyle że czasu akurat zawsze brakowało.
Ostatnio niewielu rzeczy mógł być w stu procentach pewien, ale w drodze na lotnisko z całą pewnością wiedział, że Johnny nie oblałby testu.
Johnny był tak samo silny i odważny jak reszta załogi, tak samo oddany pracy, a mimo to zawsze wydawało się, że tylko on nie ma w sobie pychy. Wiedziałby, kiedy należy zawołać mayday.
Ray zauważył pierwsze znaki informujące o zjeździe w stronę lotniska i poczuł wyrzuty sumienia. Kumple wiedzieli, że dzisiaj wylatuje, bo wziął większość urlopu oraz pozamieniał się godzinami z resztą załogi. Ale powiedział im, że jedzie na ryby. Nalegał, by nie traktowali go ulgowo, ale i tak wszyscy skwapliwie zaproponowali, że wyrobią dodatkowe zmiany, byle tylko mógł pójść na urlop. Zasługiwał przecież na „czas dla siebie”. Ray nie znosił tego, w jaki sposób wypowiadali te słowa, zawsze z tym samym spojrzeniem. Torturowali go nim od miesięcy. Wydawało się zbyt poważne, zbyt sentymentalne jak na bandę dorosłych skądinąd facetów, którzy na powitanie nowicjuszy nadal owijali muszlę klozetową przezroczystą folią spożywczą. Nawet tego poranka, kiedy wszedł do kuchni, gdzie kilku chłopaków jadło naprędce śniadanie, narzekając przy tym pod nosem na oblane szkolenie, wszyscy życzyli mu powodzenia na rybach i pożegnali go spojrzeniem.
Nigdy wcześniej ich nie okłamał.
Nie mógł jednak powiedzieć prawdy, poinformować ich, gdzie się wybiera. Próbowaliby go przekonać, że to zły pomysł, że przez żałobę nie jest w stanie myśleć trzeźwo. Pytaliby, czy brat na pewno by tego chciał.
Ale na tym właśnie polegał problem. Nikt nie wiedział, czego by chciał Johnny, i nikt nie mógł go zapytać. Już nigdy. Według Raya winić można było za to jedno miejsce. Tylko i wyłącznie.
Ray obrócił się do okna. W oddali zaczęły pojawiać się pasy startowe i niskie, kanciaste budynki lotniska. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, zajechałby na miejsce wcześniej, gaszenie pożaru w ogródku potrwało jednak dłużej, niż się spodziewano. Niebo nad lotniskiem nagle poszarzało i zasnuło się mgłą. Wyglądało złowieszczo. O wiele za szybko zrobiło się ciemno.
– Chyba powinieneś dodać gazu – zwrócił się do kierowcy. – A potem gdzieś zaparkować i schować się w bezpiecznym miejscu.
– Myślisz, że nadchodzi burza? – spytał tamten.
W tej samej chwili ostra błyskawica rozświetliła horyzont. Była niczym jaskrawa srebrna żyła na tle szarawego nieba.
– Coś na pewno nadchodzi – odpowiedział Ray.
Ava jak zwykle była na lotnisku za wcześnie, usiadła więc w jednej z maleńkich kawiarni i wyjęła swoje przybory. Rysowaniem zainteresowała się jako mała dziewczynka, namawiana przez babcię. Dzięki temu zajęciu w szczególnie przytłaczających momentach mogła zająć czymś ręce, a kiedy ściskała w palcach kredki, przynajmniej nie atakowała skórek przy paznokciach. Szybko odkryła, że uwielbia gładkość pokolorowanej strony, zapach ołówków, a także tworzenie na papierze nowych światów i wyobrażanie sobie, że w nich żyje.
Kiedy jeden po drugim zaczęły rozbrzmiewać monotonne komunikaty o przygotowaniu do wejścia na pokład, ostatnie wezwania oraz naprawdę już ostatnie wezwania, Ava bezwiednie zajęła się rysowaniem PJ-a. Wzięła go ze schroniska trzy lata temu, kiedy był jeszcze szczeniaczkiem, a niedługo potem odkryła, że to mieszaniec. Miał kręconą sierść oraz inteligencję właściwą pudlom i przez jakiś czas Ava zastanawiała się, czy nie nazwać go Charley, po słynnym pudlu Steinbecka, jego drogim towarzyszu, ale krótka szyja, kufa i łapy nie pasowały do tej rasy. Uwagę zwracała sierść: kasztanowa jak wypolerowana miedziana jednocentówka. Oddanie tego odcienia na papierze wymagało kilku prób, ale pewnego dnia Avie wreszcie udało się ożywić łapy PJ-a przez połączenie czerwieni, żółcieni i brązów oraz uważny nacisk kredki. Obecnie rysowanie go było proste, instynktowne. Łatwość ta sprawiała jednak, że Ava błądziła myślami i w jej głowie mimowolnie pojawił się obraz siostry, która nie miała pojęcia, że Ava rychło ją odwiedzi.
Ava jako jedyna z rodziny miała talent artystyczny, podczas gdy Emmy była dobra we wszystkim innym – wydawało się, że rola starszej siostry sprawia jej przyjemność: parła do przodu, ale ciągnęła za sobą Avę. Emmy była asertywna, Ava – uległa, Emmy cechował upór, Avę – niepewność. Ava najlepiej czuła się w światach namalowanych przez siebie albo wymyślonych w książkach, podczas gdy Emmy zachowywała się tak, jakby urodziła się z przekonaniem, że ten prawdziwy świat został stworzony właśnie dla niej. Oczywiście nie było to jej zamiarem, ale te wszystkie atuty sprawiały, że Ava czuła się przy niej wybrakowana. Naturalna nieustępliwość Emmy jeszcze bardziej uwypuklała płochliwość młodszej siostry. Emmy była cztery lata starsza, ale zawsze znajdowała się czterysta kroków przed nią. Zaczęła powoli znikać z życia Avy na długo przed tym, nim zniknęła w Polach Makowych.
Ava podniosła głowę i spojrzała na tablicę odlotów i przylotów. Jej lot nadal nie miał żadnego opóźnienia. Przynajmniej to miała z głowy. Mnóstwo innych zmartwień szemrało gdzieś w tle. Czy będą turbulencje? Czy PJ będzie grzeczny? Czy osoba na fotelu obok postanowi zdjąć buty? Nie powiedziałaby, że nie przepada za lataniem, chociaż zawsze wybierała miejsce przy przejściu – lepsze w razie ewakuacji – a podczas ostatniego lotu (w drodze na ślub) kilkukrotnie w panice nacisnęła przycisk przywołujący stewardesę, kiedy zauważyła, że przy jednym z wyjść ewakuacyjnych zbiera się woda. (Kobieta zapewniła ją odrobinę protekcjonalnym tonem, że to „tylko skroplona para wodna”, a nie dowód na to, że wroga atmosfera próbuje wyważyć właz).
Próbując się zrelaksować, Ava zapadła się głębiej w fotelu i skupiła na portrecie swojego psa.
PJ wydawał się jednak niespokojny.
Stanął w transporterze z nosem do góry, jakby coś wywęszył.
– Wszystko w porządku? – Ava ujęła jego pyszczek w dłonie i zapatrzyła się w szkliste brązowe oczy.
PJ odrobinę drżał, był coraz bardziej poruszony. Zaczął też drapać o podłogę.
Oznaczało to, że wyczuł jakąś zmianę i próbował Avę ostrzec.
Wcisnęła szkicownik do torebki i zarzuciła na ramię pasek od transportera.
Zaledwie chwilę później w lotnisko uderzyło tornado.
Sasha włóczyła się między półkami lotniskowej księgarni z lnianą torbą przewieszoną przez ramię, oglądając barwne okładki romansów. Piękne pary stały plecami do siebie, ramię w ramię albo stykały się policzkami. Poczuła, jak do oczu napływają jej łzy. Zazdrościła bohaterom książek. Sprzeczającym się wrogom, którzy po jakimś czasie wdają się w namiętny romans. Najlepszym przyjaciołom odkrywającym, że są w sobie zakochani. Cynikom, którzy nie myśleli, że kiedykolwiek spotkają swą miłość, a tu proszę.
Tym wszystkim szczęściarzom.
Sasha też kiedyś do nich należała, pasowałaby do grona fikcyjnych postaci z okładek. Była główną bohaterką, szczęśliwą i pełną życia. Miała wszystko, co mogła sobie wymarzyć.
Dopóki tego nie zrujnowała.
Nadal wpatrywała się w półkę z książkami, kiedy kątem oka dostrzegła, że na niebie coś mignęło. Przez ogromne okna terminalu ujrzała błyskawicę.
Oczywiście, burza – pomyślała. Kobiety w komediach romantycznych dostawały słońce i kwiaty. Sasha zasługiwała na ulewę.
Westchnęła i zaczęła godzić się z faktem, że jej lot do Kalifornii będzie miał opóźnienie, kiedy nagle ze wszystkich głośników dookoła rozbrzmiał szokujący – choć przekazany spokojnym głosem – komunikat wskazujący na to, że będzie miała większe problemy na głowie: jakieś trzydzieści mil od lotniska zauważono tornado. Wszyscy pasażerowie oraz personel proszeni byli o natychmiastowe udanie się w bezpieczne miejsce.
Sashę oblał zimny pot, a nogi odmówiły jej posłuszeństwa.
– Czy ktoś powiedział tornado? – spytała na głos, choć nikt koło niej nie stał.
Mieszkała w Bostonie i nigdy nie musiała się przejmować tornadami. Czy kiedykolwiek widziała jakieś na własne oczy? Istniały jedynie w wiadomościach i zawsze gdy o nich mówiono, pojawiały się obrazy przedstawiające całkowite zniszczenie, ruiny czegoś, co kiedyś było domami. Na chwilę ogarnęła ją panika: wyobraziła sobie, że wszystkie okna wokół niej roztrzaskują się na kawałki, lotnisko zamienia się w kupę gruzu, a z książek zostają strzępy, które roznosi gwałtowny wiatr.
– Dalej, chodźmy! – Kasjerka z księgarni położyła dłoń na ramieniu Sashy. Była od niej o wiele młodsza, na co wskazywał choćby aparat na zębach, ale na pewno lepiej znała lotnisko.
Sasha odzyskała władzę w nogach.
– Kierujemy się do najbliższego schronu – powiedziała kasjerka i wkrótce wchłonął je szybko poruszający się tłum.
Pasażerowie tworzyli falę ciał i plecaków, która emitowała gwar nerwowych pomruków i stukot ciągniętych walizek na kółkach. Wkrótce jednak tłum zaczął się rozdzielać: jedni kierowali się w stronę klatek schodowych, inni do piwnicy, a jeszcze inni do najbliższej toalety.
Wyglądało na to, że w tym terminalu łazienka dla kobiet była jednocześnie schronem. Plakat przed wejściem przedstawiał czarną jak smoła spiralę symbolizującą koszmarne tornado. Sasha skrzywiła się na ten widok. Przynajmniej mogła być pewna, że trafiła w odpowiednie miejsce.
Znalazła wolny kawałek podłogi i wcisnęła się tam. Wpatrując się w otaczające ją twarze, szukała odrobiny ukojenia. Kiedy tłum zaczął być coraz bardziej niespokojny, coraz bardziej agresywny, straciła z oczu młodą kasjerkę, która jej pomogła.
Usiadła na podłodze i otoczyła ramionami kolana. Opierała się o swoją ogromną czarną torbę, zgniatając ją plecami, bo przecież była prawie pusta. W środku znajdowało się jedynie kilka sztuk ubrań, trochę kosmetyków oraz nuty.
Nie taka miała być moja historia, pomyślała. Jakim cudem skończyła właśnie tutaj?
Minęło niespełna dwadzieścia cztery godziny, odkąd wyszła z mieszkania w Bostonie. Zawinięta w ciepłą i ciężką pościel nie usłyszała dwóch pierwszych budzików. Jej ciało nadal nie było przyzwyczajone do spania w pojedynkę, pragnęło ciepła i ciężaru zimowych koców nawet pod koniec maja. Gdy się wreszcie obudziła, zdała sobie sprawę, że zapomniała się spakować. Mgła mózgowa, tak nazwałaby to jej matka. Jakby Sashę owionęły jakieś upiorne opary. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej byłaby o wiele bardziej skrupulatna, lepiej przygotowałaby się do podróży. Wczoraj jednak, już spóźniona, podbiegła jedynie do szafy, potykając się przy tym, rzuciła okiem na nieliczne ubrania, które aktualnie były czyste, i wybrała czarne legginsy, bluzeczkę na ramiączkach oraz wygodną bluzę z logo Uniwersytetu Tufts, a do torby wrzuciła kilka par majtek i kosmetyczkę.
Na szczęście tam, gdzie się wybierała, nie potrzebowała niczego więcej.
Pierścionek spakowała wcześniej. Przygotowała go sobie kilka tygodni temu. Coś jednak podpowiedziało jej, by zabrać też nuty. Zapatrzyła się na ogromną walizkę, którą ukryła na dnie szafy. Jej nie zamierzała zabierać ze sobą. Nadal tam stała, jakby w oczekiwaniu. Wypełniona po brzegi kostiumami kąpielowymi, kapeluszami plażowymi i kopertowymi sukienkami, tak jakby Sasha wciąż wybierała się na miesiąc miodowy na wyspę Czedżu, walizka była błogo nieświadoma tego, co się wydarzyło, kiedy tak sobie stała. Sasha uklękła i ostrożnie wysunęła kilka stron zapisu nutowego z frontowej kieszeni. Z nabożnym skupieniem wzięła kartki do ręki, wsunęła je do wewnętrznej kieszeni torby na ramię, wyszła z mieszkania i ruszyła w stronę najbliższej stacji metra.
A już następnego dnia znalazła się tutaj, na podłodze w toalecie, ukrywając się przed tornadem, które mogło nawet zerwać dach lotniska.
To dlatego, że Sasha nie była kobietą z kolorowych okładek książek. A jej historia nie była historią miłosną.
Albo raczej dlatego, że jej historia miłosna nie należała do tych, które podobały się czytelnikom.
Większość wolała szczęśliwe zakończenia.
Ray zamienił jeden stan zagrożenia na inny, a dzwonek strażacki na lotniskowy alarm informujący o zbliżającym się tornadzie.
Oczywiście, nie mógł mieć nawet jednego dnia, podczas którego skupiłby się na swojej misji, na tym, co chciał zrobić dla Johnny’ego. Wszechświat zawsze musiał narzucić własne plany.
Zarzucił plecak na plecy.
– Proszę wszystkich o zachowanie spokoju. Unikajcie wind, kierujcie się do najbliższej klatki schodowej albo do wyznaczonych schronów – zawołał, dołączając do kilku pracowników lotniska, którzy kierowali przerażonym tłumem. – I trzymać się z dala od okien!
Znalazł lotniskowy wózek inwalidzki, posadził na nim ciężarną kobietę i zawiózł ją do toalety, a następnie wrócił po starszego mężczyznę, który przesuwał się powoli w jego polu widzenia. Pomógł też komuś z obsługi zaciągnąć do olbrzymiej klatki schodowej tuzin przyjezdnych krzyczących coś o filmie Twister. (Nie miał im za złe, że się boją, po prostu wolałby, żeby poruszali się w sposób bardziej zorganizowany).
Chociaż to pracownicy lotniska kierowali tłumem, wyjątkowo spanikowani i przerażeni pasażerowie szukali pomocy Raya. Obcy ludzie instynktownie szli za nim, mimo że nie miał na sobie munduru strażaka. Wyglądał na osobę pewną siebie, opanowaną, która potrafi zachować trzeźwy umysł, a do tego – co najbardziej rzucało się w oczy – był bardzo umięśniony. W kryzysowych sytuacjach to dodawało innym otuchy. Setki zdezorientowanych ludzi wciąż kłębiły się na lotnisku, a Ray nie przestawał wskazywać uniesionym w górę palcem, w którą stronę należy się udać, aby dotrzeć do najbliższego schronu.
Nagle w jednym z ogromnych okien terminalu zauważył swoje odbicie.
Wyglądał jak ożywiony posąg. Jak rzeźba w Penn Valley Park, fontanna przedstawiająca strażaków, zwana Firefighters Fountain. Łuki wody pojawiały się nad głowami dwóch bardzo realistycznych postaci strażaków: starszy klęczał i trzymał sikawkę, a młodszy stał obok i wyciągał przed siebie rękę, wskazując komuś drogę. Ojciec zabierał tam Raya i Johnny’ego wiele lat przed tym, nim zostali strażakami. Johnny uwielbiał stawać blisko wody, żeby przy zrywach wiatru móc poczuć na sobie chłodną mgiełkę.
Kiedy Ray zobaczył fontannę po raz pierwszy, uznał, że klęcząca postać ze zmarszczkami w kącikach oczu, gęstymi brwiami i jeszcze gęstszym wąsem, a także ukrytymi pod obszernym ubraniem mięśniami, przypomina ojca. Nieco później w młodszym strażaku rozpoznał brata: te same szeroko otwarte ramiona, opiekuńcza postawa, pasja wyrysowana na twarzy.
Ostatnio podczas (teraz już samotnej) jazdy samochodem Ray albo zmieniał trasę, albo dodawał gazu i odwracał wzrok, by uniknąć patrzenia na tamtą część parku. Na fontannę, która była jednocześnie pomnikiem upamiętniającym poległych na służbie.
Wciąż wpatrywał się w swoje szklane odbicie, kiedy tornado zaczęło przybierać na sile.
Po pasie startowym fruwały teraz niczym samoloty kołujące przed startem, różne przedmioty. Na początku tylko śmieci, ale później również kilka pomarańczowych pachołków, a następnie także plastikowe kubły na odpady oraz skrzynki. Wszystko unosiło się w powietrzu, wirowało, a potem gwałtownie znikało z pola widzenia. Bez śladu. Przeminęło z wiatrem. Ray nie był pewien, czy oczy czasem nie płatają mu figli – w końcu dopiero co skończył długą zmianę – ale mógłby przysiąc, że okna w pewnym momencie zadrżały.
Zorientował się, że jest sam.
W terminalu nie było już nikogo, kto potrzebowałby pomocy, ruszył zatem w stronę najbliższej klatki schodowej. Tam usadowił się obok małego chłopczyka i stewardesy. Przechylił głowę do tyłu i opierając się o zimną betonową ścianę, próbował ignorować gorączkowe szepty i rozmowy telefoniczne.
Wyglądało na to, że chłopiec siedzący obok podróżował bez opiekuna. Informowała o tym zawieszona na szyi plakietka zasłaniająca część koszulki, którą kupił pewnie w muzeum historii naturalnej, z obrazkiem T.rexa przycupniętego na asteroidzie.
– Proszę pana, myśli pan, że z lotniskiem będzie wszystko w porządku? – zapytał malec.
– Myślę, że nikomu nic się nie stanie – zapewnił Ray. Wskazał podbródkiem na koszulkę. – To nic w porównaniu z meteorytem.
Chłopiec przytaknął, zgadzając się z Rayem albo przynajmniej dając do zrozumienia, że te słowa dodały mu otuchy.
Być może jednak Ray nie powinien był niczego obiecywać. Porównanie wcale nie było niedorzeczne. Tornado, tak jak meteoryt, niszczy wszystko, co spotka na swojej drodze. Szaleje, wiruje, zrywa dachy i wywraca domy do góry nogami. Niszczy według własnego widzimisię, dotyka wszystkich jak popadło, i to ze skutkiem natychmiastowym.
Ray doskonale wiedział, jak to działa. W końcu niecałe trzy miesiące temu i w jego życie wdarło się tornado. Nagłe, szokujące, atakowało z niszczycielską siłą. To przez nie znalazł się tego dnia na lotnisku i przez nie zmierzał do Pól Makowych.
Sasha nadał słyszała głuche wycie syren, mimo że siedziała w zatłoczonej toalecie wciśnięta pomiędzy tuziny innych pasażerów. Wciąż strategicznie opierała się o torbę. Nie była osobą nerwową, niemniej wcześniej czegoś podobnego nie przeżywała. Maj w Bostonie oznaczał cudowną pogodę. Miasto tonące w słońcu, koniec semestru, czas, kiedy studenci zrzucają z ramion ciężkie plecaki. Maj to pikniki na brzegu rzeki Charles i żaglówki przepływające tuż obok.
Ale maj to najwyraźniej także sezon na tornada na Wielkich Równinach.
Brak okien w toalecie oznaczał, że nie mogli zobaczyć niczego przerażającego. Ale jednocześnie nie widzieli, co działo się na zewnątrz.
– Nie wiem, nadal siedzimy w środku – powiedziała do telefonu kobieta zajmująca miejsce obok Sashy. – Nie wiem, co się dzieje na zewnątrz. – Chwila ciszy. – Nie wiem, co będzie z lotami!
Sasha zastanawiała się przez chwilę, czy nie powinna zadzwonić do rodziców, przeprosić za to, w jaki sposób wyjechała, i powiedzieć, że ich kocha. Jednakże ludzie wokół niej, najprawdopodobniej przyzwyczajeni do tego typu sytuacji, wydawali się bardziej rozdrażnieni niż przestraszeni. Pełna frustracji rozmowa telefoniczna mieszała się ze świstami i dzwonkami z tabletu, na którym grał jakiś nastolatek.
Sasha pomyślała, że w innym życiu opalałaby się teraz na plaży i wpatrywała w morze, a jej nowiutka obrączka błyszczałaby w słońcu.
Uświadomienie sobie, że innego życia nie ma, było równie nagłe i gwałtowne jak uderzenie tornada. W tym życiu, jej jedynym, Sasha utknęła na lotnisku w Missouri, chowała się w toalecie z całym tłumem nieznajomych, a na jej lewej ręce, którą położyła na kolanach, nie było żadnych pierścionków.
Zdawała sobie przy tym sprawę, że nie była jedyną osobą, która przeżywa coś podobnego. Pamiętała jednak dokładnie ostatnie cztery miesiące i zastanawiała się, czy aby sama się do tego wszystkiego nie przyczyniła.
– Przepraszam, może ty wiesz: mała rasa psa na dziewięć liter? – zwrócił się do Sashy starszy mężczyzna.
Siedział na wózku inwalidzkim obok ciężarnej kobiety, która nerwowym gestem pocierała swój brzuch. Wyglądało na to, że razem rozwiązują krzyżówkę.
– Och, yyy, niech no się zastanowię.
– Może pekińczyk? – powiedział ktoś cicho.
Sasha odwróciła się w tamtą stronę i dostrzegła młodą kobietę. Stała w kącie i delikatnie głaskała swojego kasztanowego psa.
– Albo chihuahua? – dodała jeszcze.
Starszy mężczyzna uśmiechnął się i skinął głową.
– Imponujące – powiedziała Sasha.
– Lubię gry słowne – wyjaśniła nieznajoma. – A tak się składa, że to jedna z moich ulubionych kategorii. – Ucałowała psa w czubek głowy.
Ava nie zamierzała siadać na podłodze. Nie potrafiła sobie wyobrazić bardziej ohydnej powierzchni (może poza łazienką w samolocie). W toalecie nie było jednak żadnych miejsc do siedzenia (oprócz muszli klozetowych, które też nie wchodziły w grę), dlatego wraz z PJ-em cały czas stała, uważając, by nie ocierać się o umywalki, do których wciąż ciekło jaskraworóżowe mydło z dozowników.
Nastawiła się na długie oczekiwanie. Nerwy nadal miała napięte jak postronki, w końcu zawsze spodziewała się katastrofy, całkiem nieźle znała jednak sezonowe kaprysy nieba i wierzyła, że tornado szybko przejdzie. W pomieszczeniu byli z PJ-em bezpieczni.
– A to kto? – spytała Sasha. Wstała, by się z nimi przywitać.
– PJ – odpowiedziała Ava. – A właściwie Pelorus Jack.
– Słodziak. Ja mam na imię Sasha. A właściwie Sasha Kim.
Ava nie była pewna, czy dziewczyna sobie z niej nie kpi. W dzieciństwie była gnębiona i wciąż miała problemy z odróżnianiem przyjacielskich żartów od drwin. Ale gdy nieznajoma uśmiechnęła się ciepło, rzuciła:
– Jestem Ava.
– Mieszkasz w pobliżu? – spytała Sasha.
– Całkiem niedaleko. W Topece.
– Czyli… to dla ciebie normalne? – Głos Sashy nieznacznie zadrżał.
– W sumie tak – przyznała Ava. – Ale nie na tyle, żeby przestało być straszne.
Sasha rozluźniła ramiona, jak gdyby te słowa dodały jej otuchy.
– Zgaduję, że ty nie jesteś stąd – rzuciła Ava.
– Nie, mieszkam w Massachusetts – wyjaśniła Sasha.
Obrzuciła nowo poznaną kobietę spojrzeniem. Jakieś trzydzieści parę lat, nijakie jasnobrązowe włosy. Twarz zasłaniały jej wielkie, okrągłe okulary, które chyba były modne wśród dwudziestokilkulatków w Bostonie, lecz Sasha miała wrażenie, że Ava potrzebowała ich do czytania. Bez problemu mogłaby obdarować ją choćby tuzinem porad dotyczących makijażu i kilkoma komentarzami na temat tego, w jaki sposób poprawić stylówkę (miała na sobie luźną sukienkę do kolan, kardigan z naszywkami i białe sneakersy). Jednocześnie Ava wydawała się godna zaufania. I z jakiegoś powodu – może chodziło o wywołaną poczuciem winy nagłą chęć wygadania się, samobiczowania albo o pragnienie odnalezienia bratniej duszy – Sasha postanowiła kontynuować rozmowę.
– Wiesz, mogłam polecieć bezpośrednio z Bostonu do Kalifornii – powiedziała, ściszając głos. Wolała być ostrożna, mimo że większość pasażerów zajmowała się swoimi telefonami. – Ale stwierdziłam wczoraj, że zrobię sobie przystanek. W Columbii. Chciałam… zobaczyć się z rodzicami mojego narzeczonego. Oboje pracują na uniwersytecie, na Mizzou. – Na chwilę zamilkła. – Tak naprawdę to nie miałam w planach żadnego z tych lotów. Chciałam lecieć do Korei na miesiąc miodowy. Koszmarne piętnaście godzin w samolocie, ale byłoby warto dla całych dwóch tygodni…
Sasha przerwała, a Ava, którą zaskoczyło, dokąd zmierza ta rozmowa, mocniej przytuliła PJ-a.
– To miał być jego pierwszy wyjazd do Korei – mówiła dalej Sasha. – Zamierzałam mu pokazać, gdzie urodzili się moi dziadkowie, skąd pochodzi moja rodzina. Podróż mieliśmy zakończyć w takim pięknym kurorcie na jednej z wysp. Ale oczywiście nic z tego nie wyszło. To właśnie dlatego tutaj jestem. I… prawda jest taka… że to wszystko moja wina. Dlatego to całe tornado doskonale pasuje do sytuacji. Czemu niby miałabym odbyć przyjemny lot do Los Angeles? Nie zasługuję na nic takiego. Zasługuję na to, co właśnie się dzieje. – Zaśmiała się słabo. Była spięta.
Ava milczała przez chwilę, nie wiedząc, czy powinna Sashę pocieszyć, zachęcić ją do podzielenia się szczegółami, czy po prostu potakiwać. To był wyjątkowo dziwny zbieg okoliczności: wyglądało na to, że kobieta miała bilet na ten sam lot do Los Angeles co ona.
– Wiesz, sama zaczęłam się zastanawiać, czy to wszystko to czasem nie znak, że robię błąd – wyznała Ava.
– Błąd? Dlaczego? – Sasha spojrzała na Avę z powagą. – Dokąd chciałaś polecieć?
– Yyy… – Ava nie była pewna, co powinna odpowiedzieć.
Jak zareaguje Sasha, jeśli wspomni teraz o Polach Makowych? O nowatorskiejj klinice leczenia snem zaczynało być głośno, a mimo to wiele osób wciąż postrzegało ją jako eksperyment. Miejsce, gdzie ludzie byli traktowani jak króliki doświadczalne i znikali na całe miesiące. Gdzie wykorzystywano pogrążonych w żałobie. Miejsce tylko dla osób na tyle ekscentrycznych, na tyle lekkomyślnych, na tyle słabych, że były w stanie zaakceptować wszelkie skutki uboczne, byle tylko mieć szansę poradzić sobie ze stratą.
W przeciwieństwie do wszystkich innych ludzi na świecie, bo ci potrafili się podnieść i dalej iść przez życie.
Co ta nieznajoma sobie pomyśli, kiedy odkryje, że Ava leci do Pól? I że jej siostra się tam znajduje?
– Tak właściwie to miałam nadzieję, że dostanę się do… do Pól Makowych – powiedziała słabym głosem Ava. – Nie wiem, czy o nich słyszałaś… To nowa placówka lecznicza.
– O mój Boże. – Sasha chwyciła Avę za rękę. Czuła zdumienie i ulgę. – Ja też właśnie tam lecę.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
1
2
3
4
5
6
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
