Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
89 osób interesuje się tą książką
Alina cudem uchodzi z życiem z tragicznego wypadku samochodowego. Jej chłopak ginie na miejscu, a ona nie potrafi uwierzyć, że przeżyła śmiertelny wypadek. Dręczona poczuciem winy i żałobą próbuje wrócić do normalności, lecz każdej nocy ma wrażenie, że ktoś ją obserwuje.
Gdy na jej drodze staje tajemniczy Ilian, wszystko, w co dotąd wierzyła, przestaje mieć znaczenie. Mężczyzna skrywa sekret, który może wyjaśnić, co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy. Problem w tym, że Alina nie wie, czy powinna mu zaufać… ani dlaczego właśnie on wydaje się jednocześnie największym zagrożeniem i jednocześnie jedynym ratunkiem.
W rzeczywistości rządzącej się odwiecznymi prawami każdy wybór ma swoją cenę. Aby odkryć prawdę i ocalić samą siebie, Alina będzie musiała zmierzyć się z mrokiem skrywającym się wśród ludzi, własnymi lękami i uczuciem, które rodzi się w najmniej odpowiednim momencie.
„Pokonać mrok” to romantasy z wilkołakami, pełne tajemnic, napięcia i slow burn. Historia o drugiej szansie, przeznaczeniu i miłości, która rodzi się tam, gdzie jeszcze niedawno było miejsce wyłącznie na strach.
Nowelka z Kolekcji zmiennokształtnych Inanny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 129
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Pokonać mrok
Joanna Kurek
Wydawnictwo Inanna
Rozdział 1 Smak mułu
Rozdział 2 Zderzenie z rzeczywistością
Copyright
📖 Informacja o wersji demo
– Nienawidzę cię! – krzyczał w moją stronę Sebastian. – Jesteś ladacznicą!
– I kto to mówi! – odwróciłam się do niego plecami i szybkim krokiem szłam w stronę samochodu.
– Wracaj tutaj!
– Ty lepiej ochłoń, bo zaraz musimy jechać!
– Kurwa! – słyszałam, jak krzyknął i kopnął jakiś większy kamień.
Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy wsiadałam do samochodu. Wiedziałam, że oboje byliśmy zmęczeni i rozdrażnieni zakończoną niedawno kłótnią. A na pewno ja byłam. Jednak jakoś musieliśmy wrócić do domu. Nocleg niestety nie wchodził w grę, bo Natalia nie miała wolnych pokoi, a dodatkowo po takiej kłótni wolałam spędzić noc sama w swoim łóżku. Potrzebowałam ochłonąć. Spojrzałam na zegarek, było blisko dwudziestej, a do przejechania mieliśmy dobre trzysta kilometrów. Zdenerwowana zatrzasnęłam z trzaskiem drzwi. Wiedziałam, że ta podróż nie będzie należała do tych przyjemnych.
Odruchowo włączyłam grzanie fotela i założyłam swoje różowe słuchawki. Zgodnie ze swoją rutyną sięgnęłam po koc leżący na tylnym siedzeniu i owinęłam się nim w bezpieczny kokon. Wzięłam głęboki oddech i zamknęłam oczy. Byłam gotowa do drogi. W telefonie wybrałam jedną z aplikacji i włączyłam przerwanego wcześniej audiobooka. Liczyłam, że delikatny romans uspokoi moje rozszarpane nerwy.
Sebastian wsiadł do samochodu równe dziesięć minut później. Cały czerwony na twarzy trzasnął drzwiami i ruszył z miejsca z piskiem opon. Udawał, że mnie nie widzi, ściskając coraz mocniej kierownicę w swoich rękach. Widziałam, jak jego dłonie zmieniają kolor pod wpływem uścisku. W oczach buzowało mu od wściekłości, a oddech miał przyspieszony.
– Kurwa, nie mogę! – krzyknął, a ja mimowolnie się skuliłam. – Zawsze musisz odwalić jakiś cyrk!
– Przepraszam – odruchowo odpowiedziałam. Jak zawsze w takich sytuacjach przyjęłam pozycję obronną. Nie chciałam go jeszcze bardziej denerwować. Liczyłam, że może za chwilę mu przejdzie. Tak jak zawsze.
– Ciągle tylko przepraszasz! Za to, że tańczysz z innymi, za to, że z nimi rozmawiasz i jakoś nic się nie zmienia! Ciągle to samo! Jakbym nie istniał! – uderzył rękoma w kierownicę, a ja podskoczyłam, czując, jak moje serce przyśpiesza. – Całkowicie mnie lekceważysz! A jesteś moja!
– Przecież nie przyjęłam jego numeru – szepnęłam, wiedząc, że i tak go to nie interesuje. Milczenie jednak tylko by go bardziej wkurzyło.
– Jaja sobie ze mnie robisz! Latają wokół ciebie jak muchy, a ty nic! Tylko się do nich wdzięczysz! Do tego jak ty wyglądasz!
– Normalnie – szepnęłam patrząc przed siebie.
– Jak dziwka! Ladacznica! Tylko krótkie spódnice i wulgarne dekolty! Nigdy nie ubierasz tego, co ja ci kupiłem!
– Przepraszam.
– Od jutra to się zmieni – powiedział wpatrując się wściekle w drogę.
Kłótnia, jak to kłótnia, zaczęła się od jednego drobiazgu, który eskalował do wymiarów niemałej bomby atomowej. Sebastian był bardzo zazdrosnym partnerem, który uwielbiał kontrolę. Wystarczyło, abym tańczyła na imprezie lub by jakiś obcy mężczyzna poprosił mnie o numer telefonu. Zawsze w takich sytuacjach odmawiałam, ale one stawały się katalizatorem do licznych awantur. Duma Sebastiana nie była w stanie sobie z tym poradzić. Miałam być jego i tylko jego. Gdyby tylko mógł, zakazałby mi wychodzenia z domu oraz ubierania się tak jak lubię. Dla niego powinnam chodzić cała zakryta, tak jak kobiety z Bliskiego Wschodu. Frustracja w nim rosła za każdym razem, gdy robiłam coś nie po jego myśli.
Ogólnie rzecz biorąc, był dobrym partnerem. Kochającym i troskliwym, jedyną jego wadą były niekontrolowane wybuchy złości. Nasz związek miał przez to wiele różnych prób, z których zawsze wychodziliśmy zwycięsko. Nawet zapisaliśmy się na terapię dla par, która powoli zaczynała dawać pozytywne efekty. Liczyłam, że się dla mnie zmieni.
Odwróciłam wzrok, wpatrując się w ciemność za oknem, głęboko nabierając powietrze. Nie licząc tych wybuchów niepochamowanej złości, Sebastian był dobrym partnerem. Może nie idealnym, bo jak potarzała moja mama – ideałów nie ma, ale dobrym. A wybuchy złości i tak zawsze przechodziły. Czasami trwały dłużej i były powodem wielu moich łez, ale nauczyłam się z nimi żyć. Zawszę po takich sytuacjach łapała go refleksja i przychodził z wielkim bukietem i przeprosinami. Teraz atmosfera pomiędzy nami była tak gęsta, że można by było ją kroić nożem. Sebastian cały czas coś mruczał z niezadowoleniem pod nosem, jednak ja go już nie słuchałam. Widziałam, jak tylko jego usta się poruszają i wykrzywiają w niekontrolowanym grymasie. Ja pogrążyłam się w świecie stworzonym przez autora, przez co cała zaistniała sytuacja irytowała go jeszcze bardziej. Próbując ujarzmić buzujące w sobie emocje, zaczął coraz bardziej przekraczać dozwoloną prędkość, a w każdy zakręt wchodził zdecydowanie za agresywnie. Widziałam to doskonale, jednak nie miałam odwagi, by zwrócić mu uwagę. Wywołałoby to tylko kolejną kłótnię, tym razem pośrodku niczego. Wolałam nie ryzykować taką awanturą w środku lasu, gdzie nie było żadnych świadków. Sebastian nie był teraz sobą. Wiedziałam, że ogólnie był dobrym kierowcą, a przynajmniej chciałam w to teraz wierzyć.
Mknęliśmy przez otaczającą nas ciemność, widząc tylko światła odbijane przez odblaski na mijanych słupkach kontrolnych. Głośna i agresywna muzyka puszczona przez Sebastiana tylko zachęcała go do jeszcze bardziej brawurowej jazdy. Czułam, jak mocny bas wprawia w wibracje podłogę pojazdu. W Sebastianie emocje buzowały, wręcz dymiły mu z uszu. Dawno nie widziałam go w takim stanie. Nerwowo spojrzałam na zegarek, do celu podróży zostały jeszcze niecałe dwie godziny. Mimowolnie przestałam śledzić historię, którą czytał enigmatyczny męski głos w słuchawkach. Czując jak ze strachu serce podchodzi mi do gardła odruchowo zaczęłam w myślach odmawiać różaniec. Dokładnie tak, jak uczyła mnie dawno temu moja babcia.
Stan nieważkości, kiedy spadaliśmy ze zbocza prosto do rzeki, wydawał się trwać nieskończoność. Przed oczami pojawiły mi się urywki z mojego krótkiego życia. Zarówno szczęśliwe, jak i te smutne i zawstydzające chwile. Widziałam swoją pierwszą jazdę na rowerze, pierwszy zawód miłosny, egzamin maturalny, śmierć ukochanego psa. Uderzenie o lodowatą taflę wody sprawiło mi ogromny ból, zabierając mi dech w piersiach. Spojrzałam rozgorączkowana w lewo, próbując odpiąć pasy bezpieczeństwa. Sebastian był nieprzytomny z krwią spływającą mu z czoła na zamknięte, opuchnięte oczy. Widok ten wywołał u mnie chwilowy napad paniki, który w sekundę przeistoczył się w niepohamowany wystrzał adrenaliny. Nerwowo zaczęłam szarpać za pasy bezpieczeństwa, starając się z całych sił je odpiąć. Niestety zarówno moje, jak i Sebastiana ani drgnęły. Woda podeszła mi już do szyi, wywołując drastyczne poczucie paniki. Każdy oddech mógł być moim ostatnim. Wezwałam w myślach wszystkich bogów, jakich znałam, a zaraz po tym przeszył mnie ból tysiąca wbijających się lodowatych igieł w moje płuca.
Jako nastolatka interesowałam się sprawami nadprzyrodzonymi. Dużo czytałam o duchach, zjawach i demonach. Najbardziej interesowały mnie kwestie związane z życiem pozagrobowym i tym, co się dzieje z człowiekiem po śmierci. Mimo tak dobrego przygotowania, widok tunelu z jasnym niebieskim światłem spowodował u mnie konsternację. Szłam powoli w jego kierunku, wsłuchując się w kojące dźwięki harfy, nie myśląc zupełnie o niczym. Czułam niemożliwy do opisania słowami spokój. Czułam, że wszystko będzie dobrze, że wszystko jest na swoim miejscu. Wiedziałam, że zaraz czeka mnie życie bez bólu i smutku. Byłam po prostu szczęśliwa. Słyszałam wzywający mnie miękki kobiecy głos. Głos mojej nieżyjącej babci. Nagle obraz zaczął mi się rozmazywać.
Przeraźliwy ból rozdzierał moją klatkę piersiową. Przewróciłam się na bok i zwymiotowałam brudną, stęchłą wodą. Z trudem łapałam powietrze. Każdy oddech odczuwałam tak, jakbym połykała rozżarzone do czerwoności węgle. Wszystko mnie bolało, a z moich oczu płynęły wielkie jak groch łzy. Ciało odmawiało mi posłuszeństwa przez drgawki i silny ból wszystkich kończyn. Było mi przeraźliwie zimno.
Dopiero teraz zorientowałam się, że nie jestem już w świetlistym, spokojnym tunelu. Pod rękami czułam zimny, mokry piasek. Leżałam cała mokra i brudna na skraju rwącej rzeki pośrodku niczego. Skołowana rozejrzałam się wokół, szukając pomocy. Przez chwilę wydawało mi się, że widziałam mężczyznę stojącego koło pobliskiego starego drzewa. Nie widziałam jego twarzy, tylko słaby zarys postaci. Wyglądał na wysokiego i dobrze zbudowanego. Zdawało mi się, że wokół niego roztacza się jasna, ciepła poświata mieniąca się różnymi odcieniami różowego. Wyglądał jakby mi się uważnie przyglądał, a jedynym jasnym punktem w tej ciemności był żar z palącego przez niego papierosa. Wzbierając w sobie ostatnie siły lekko podniosłam rękę w jego stronę chcąc prosić o pomoc. Później nie pamiętam już nic.
Pierwszym, co usłyszałam po przebudzeniu, było monotonne i jednostajne piszczenie maszyny. Jeszcze zanim otworzyłam oczy, byłam w stanie zgadnąć, gdzie się dokładnie znajduję. Tych dźwięków nie da się podrobić. Unoszący się wszędzie zapach środków odkażających tylko mnie dodatkowo w tym przekonaniu utwierdził. Powoli otworzyłam oczy. Powieki były całe sklejone i ciężkie, przez co otwarcie ich nie należało do rzeczy przyjemnych i zajęło mi dobrą chwilę. Tak jak podejrzewałam, byłam w szpitalu.
Biel otaczających mnie ścian sprawiła ogromny ból moim nieprzyzwyczajonym do światła oczom. Nabrałam powietrza w obolałe płuca i po chwili podniosłam się na łokciach, aby rozejrzeć się dookoła. Czułam wielką ciężkość w głowie oraz ból w klatce piersiowej, ale nie licząc tych dolegliwości, czułam się szczęśliwa. Nie pamiętałam, jak się tutaj znalazłam. Żyłam i to było najważniejsze.
Oprócz mnie na sali znajdowały się jeszcze dwa łóżka, które były zajęte przez otyłego mężczyznę w średnim wieku oraz rozczochraną, piegowatą nastolatkę. Oboje byli pochłonięci czymś, czego słuchali na swoich słuchawkach. Mimowolnie ucieszyłam się, że to ja mam miejsce przy oknie. Ciepło wpadające przez szybę przyjemnie ogrzewało mój zdrętwiały od leżenia policzek. Przy swoim łóżku zauważyłam jeszcze dwa stare krzesła, na których zostawiona była męska jeansowa kurtka oraz kolorowy damski płaszcz. Wiedziałam już, że są gdzieś tutaj moi rodzice. Wcale mnie to jakoś nie pocieszało. Byli stanowczo za bardzo opiekuńczy.
Położyłam się ponownie na twardej poduszce i złożyłam ręce na brzuchu próbując sobie przypomnieć jak się tu znalazłam. Jednak w głowie miałam zupełną pustkę. Pamiętałam, że byłam na imprezie z Sebastianem i że się mocno pokłóciliśmy, jak zawsze o jaką zwykła głupotę. Im bardziej próbowałam sobie coś przypomnieć, tym większy ból czułam w klatce piersiowej, a gula w moim gardle zaczęła niekontrolowanie rosnąć. Czułam, że nie mogę złapać tchu.
– Janusz, obudziła się! – dobiegł do mnie rozradowany głos matki stojącej w wejściu do sali.
– Widzę, widzę – odchrząknął ojciec stający tuż za nią.
Dźwięk uderzających o kafelki czarnych szpilek rozległ się po całym pomieszczeniu, a chmura waniliowo-tytoniowych perfum opadła na mnie jak pośmiertny welon.
– Jak się czujesz? Wszystko w porządku? – wypytywała gorączkowo.
– Gdzie Sebastian? – zapytałam trzęsącym się od emocji głosem. Powoli zaczynałam sobie wszystko przypominać.
– Córeczko… – zaczęła matka, głaskając mnie po głowie. Miała przyjemnie ciepłe ręce.
– Gdzie jest Sebastian?! – powtórzyłam z paniką w głosie.
– Uspokój się, kochanie – kontynuowała matka. – To cud, że żyjesz. Jemu już nie dało się pomóc. Próbowali. Całe szczęście, że ktoś zadzwonił, bo inaczej by was nie znaleźli. Też byś umarła.
Słowa te przeszyły moje serce jak sztylet. Nie mogłam nabrać powietrza, a świat zawirował mi niepokojąco przed oczami. Kochałam tego idiotę, nawet jeśli wiedziałam, że nie był tym jedynym. Mieliśmy problemy, ale każdy je ma. Walczyliśmy o nas. Poczułam, jak opadłam na poduszkę. Jedynym, co potem usłyszałam, był przerażający kobiecy krzyk, a później znowu nastała nieprzenikniona ciemność.
Obudziłam się, kiedy słońce było już wysoko na niebie. Leżałam przykryta białą kołdrą na tej samej smutnej sali szpitalnej co wcześniej. Cieszyłam się, że tym razem nigdzie nie widziałam rzeczy rodziców, a osoby dzielące ze mną salę były zajęte swoimi sprawami. Nie miałam ochoty w tym momencie z nikim rozmawiać. Głowa pękała mi z bólu wywołanego przez tak silne natężenie emocji. A muszę przyznać, że nie miałam ochoty się z nim mierzyć. Musiałam przetrawić to, co usłyszałam. Słowa matki odblokowały moje wspomnienia, które mimowolnie wyparłam. Wiedziałam już, że mój Sebastian nie żyje. Łzy napłynęły mi ponownie do oczu i zaciskając z całej siły zęby na swojej lewej dłoni, pozwoliłam, by łzy powoli płynęły po moich policzkach. Nie zawsze układało nam się tak, jakbyśmy tego chcieli. Często się kłóciliśmy, to prawda, ale mimo wszystko się kochaliśmy. A na pewno ja go kochałam, jego i jego wiecznie rozczochraną czuprynę. Hamowany szloch potrząsnął boleśnie moim wiotkim ciałem. Przed oczami cały czas miałam jego twarz z brązowymi oczami.
Kilka godzin później pojawili się rodzice, policja oraz lekarz z dodatkową dawką środków uspokajających, po których musiałam przyznać, czułam się zdecydowanie lepiej. Powoli i bardzo delikatnie opowiedzieli mi jak dokładnie wyglądała sytuacja.
Sebastian jechał ekstremalnie szybko i musiał na chwilę stracić panowanie nad pojazdem. Policja podejrzewa, że jakieś dzikie zwierzę wyskoczyło mu przed maskę samochodu. Na wraku odkryli mocne wgniecenie z przodu po stronie kierowcy. Nie znaleźli jednak żadnego ciała dzikiego zwierzęcia. Sebastian po tym uderzeniu gwałtownie odbił w prawo, uderzając się przy tym mocno w głowę i stracił przytomność. Samochód niekontrolowanie zjechał z urwiska i z wielką siłą uderzył w płynącą tamtędy rwącą rzekę. Chłopak utopił się na miejscu. Zagadką nadal pozostawał fakt, jak ja przeżyłam ten wypadek. Biorąc pod uwagę prawa fizyki oraz statystyki, było to niemożliwe. Prawdziwy cud.
Po tych słowach wszyscy czekali na moją wersję wydarzeń. Tuląc się do własnych kolan i powstrzymując emocjonalną rozsypkę opisałam wszystko, co pamiętałam z tamtej nocy. Moja historia pokrywała się z wersją ustaloną przez policję. Jedynym elementem, który świadomie pominęłam była świetlista męska postać paląca papierosa, którą zobaczyłam na skraju lasu. Nie byłam do końca pewna, czy był to sen czy jawa, a może zwykłe omamy wywołane wypadkiem i wycieńczeniem. Nie chciałam, aby wzięli mnie za wariatkę. Nie opowiedziałam też szczegółów naszej kłótni. Nie musieli ich znać.
Przesłuchujący mnie policjant był bardzo miłym i wyrozumiałym mężczyzną w średnim wieku. Zwróciłam uwagę na jego wielkie krzaczaste wąsy oraz ciepłe, współczujące oczy. Nie naciskał na odpowiedzi, nie próbował mnie również na nie nakierować. Spokojnie słuchał, tego co mam mu do powiedzenia. Siedział obok moich rodziców i powoli wszystko notował w małym czarnym notatniku. Wiedział już, że będzie musiał sprawę zakwalifikować jako nieszczęśliwy wypadek. Potwierdziłam jego przypuszczenia i teraz został mu przykry obowiązek wypełnienia wszystkich niezbędnych druczków, a podejrzewam że w pewnym stopniu liczył na ekscytujące morderstwo. Przygoda jak z telewizyjnych kryminałów, która wywinduje jego karierę.
Zdecydowanie to rozmowa z lekarzem i rodzicami należała do tych mniej przyjemnych. Jakimś, nie wiadomo jakim cudem nie utonęłam. Nie znaczyło to jednak, że jestem całkowicie zdrowa. Czekała na mnie kolejka licznych badań, które potwierdzą, że z moim mózgiem i płucami jest wszystko w porządku. Na szczęście nie miałam żadnych złamań oraz krwawień wewnętrznych, bo inaczej już bym nie żyła. Lekarz po nacisku ze strony moich rodziców obiecał, że w ciągu najbliższych dwóch dni wykona wszystkie niezbędne badania. Polecił również pielęgniarce podanie mi leków nasennych oraz z rana kolejnych dawek leków uspokajających, aby łatwiej było mi uporać się z zaistniałą sytuacją.
Rodzice nie zamierzali tak po prostu wyjść. Zostali ze mną, aż czas odwiedzin minął. Zamęczali mnie licznymi pytaniami o to, jak się czuję – zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Ciągle wracali do śmierci Sebastiana i tego, jak bardzo go lubili. Te rozmowy sprawiały mi ból, który chciałam przed nimi ukryć. Mimo ich nadgorliwości kochałam ich. Wiedziałam, że nie wiedzą, jak mają się w tej sytuacji zachować i rozmowy o Sebastianie nie były z ich strony wymierzonym we mnie policzkiem, tylko głupim gadulstwem. Objawem strasznego zamartwiania się moim stanem. Rodzice Sebastiana nie odwiedzili mnie w szpitalu.
Gdy zostałam bez rodziny tylko sama wraz z wespół chorującymi musiałam przed sobą przyznać, że leki, które dostawałam, były wybawieniem. Pozwalały całkowicie odciąć się od tego, co czułam, pozostawiając w mojej głowie błogą pustkę. Dawało mi to czas na pogodzenie się ze stratą. Nadal wypierałam wiedzę o tym, że mój Sebastian nie żyje. O tym, że nigdy nie poczuję już ciepła jego ciała.
W środku nocy obudziło mnie dziwne uczucie bycia obserwowaną. Uczucie, które często towarzyszy nam w miejscach publicznych. Powoli otworzyłam oczy i spojrzałam na ekran ładującego się telefonu, który rodzice mi przynieśli podczas odwiedzin. Nie był to jakiś model z najwyższej półki, jednak na moje aktualne potrzeby powinien całkowicie wystarczyć. Uświadomiłam sobie, że im nie podziękowałam za ten prezent. Byłam w końcu dorosła i rodzice nie mieli obowiązku dawania mi takich drogich prezentów. Zegar na urządzeniu wskazywał trzy minuty po drugiej w nocy.
Podniosłam się na łokciach próbując wygodnie usiąść. Nadal byłam obolała i przez leki nasenne czułam się otumaniona. Byłam pewna, że mój mózg jeszcze spał w najlepsze. Chwilę mi zajęło, zanim wzrok nabrał ostrości i wszystko przestało się chwiać. Spojrzałam na sąsiadujące łóżka. Otyły mężczyzna lekko pochrapywał na swoim, a nastolatka spała zwinięta w kłębek jak mały kociak. W ciszy, która panowała w pomieszczeniu, można było jedynie usłyszeć lekkie piszczenie urządzeń elektrycznych oraz ciche głosy plotkujących pielęgniarek znajdujących się w pomieszczeniu obok.
Odkręciłam stojącą obok plastikową butelkę i wzięłam z niej duży łyk zimnej wody. Woda mimowolnie przypomniała mi o wypadku oraz o śmierci Sebastiana. Znowu nie mogłam z nerwów nabrać powietrza, a szloch dławił mnie w gardle. Wtedy zobaczyłam wysokiego mężczyznę stojącego w drzwiach do sali szpitalnej. Przerażona upuściłam butelkę na podłogę, jednak nikt się nie obudził. Zamarłam w bezruchu.
Mężczyzna stał w rozkroku, mając za sobą migające światło z korytarza. Nie mogłam dostrzec jego twarzy, nie byłam też w stanie stwierdzić, w jakim jest wieku. Miałam jednak głębokie poczucie, że go znam. Czułam też od niego złą energię. Coś mi mówiło, że był niebezpieczny. Momentalnie poczułam, jak mój puls przyśpiesza.
Nie znałam dokładnie procedur szpitalnych, jednak byłam pewna, że w nocy nie ma żadnych odwiedzin. Byłam też pewna, że o tej porze na oddziale powinni przebywać tylko pacjenci oraz personel medyczny. Stojący w drzwiach postawny mężczyzna na pewno nie należał do żadnej z tych grup. Zebrałam w sobie resztki odwagi, wyprostowałam się i postanowiłam się odezwać.
– Kim pan jest? – zapytałam cichym, zachrypiałym od nerwów głosem.
Odpowiedziała mi jedynie cisza. Mężczyzna na moje słowa nawet się nie poruszył, a ja miałam nieodparte poczucie, że się we mnie wpatruje. Zobaczyłam, jak wyciąga w moją stronę rękę. Przestraszona do granic możliwości nacisnęłam przycisk wzywający pielęgniarkę. Charakterystyczny dźwięk rozległ się po sali. Gdy odwróciłam głowę, by ponownie spojrzeć na drzwi, mężczyzny już nie było. Równo po dwóch minutach od alarmu do pomieszczenia wpadła starsza zdyszana pielęgniarka.
– Pani Alino, co się dzieje?
– Przed chwilą w drzwiach stał mężczyzna.
– To niemożliwe – zaprzeczyła stanowczo. – Cały czas mamy uruchomione kamery monitoringu i nikogo tu nie było.
– Ale ja go widziałam. Stał tam i patrzył się na mnie – wskazałam miejsce palcem.
– Pani Alino – zaczęła uspokajającym głosem podnosząc ręce. – Wiem, że dużo pani ostatnio przeżyła i takie urojenia mogą mieć miejsce. Zapewniam panią, że nikogo tutaj nie było. Aby mogła pani jeszcze spokojnie przespać noc, podam pani leki uspokajające.
– Jestem pewna, że widziałam tu mężczyznę – upierałam się.
– Obiecuję, że specjalnie dla pani przejrzymy jeszcze raz kamery oraz polecę ochronie dodatkowy obchód po terenie szpitala. A teraz – powiedziała kobieta stukając palcem w szklaną strzykawkę – podam pani leki i widzimy się rano na śniadaniu.
Lekkie odrętwienie, które nastąpiło chwilę po zastrzyku, rozluźniło moje spięte mięśnie. Oczy mimowolnie zrobiły się ciężkie i zasnęłam głębokim, spokojnym snem. Pamiętam, że śniła mi się piękna kobieta stojąca na łodzi podczas sztormu. Nie widziałam jej twarzy, jedynie jej piękne zaplecione w warkoczyki włosy. Bił od niej uspokajający spokój.
Pokonać mrok
Copyright © Joanna Kurek
Copyright © Wydawnictwo Inanna
Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak
Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.
ebook ISBN 978-83-7995-653-1
Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski
Redakcja: Grażyna Wesołowska | proAutor. pl
Korekta: Agata Nowak | proAutor. pl
Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski
Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor. pl
Skład i typografia: Bookiatryk. pl
Przygotowanie ebooka: Bookiatryk. pl
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
MORGANA Katarzyna Wolszczak
ul. Kormoranów 126/31
85-432 Bydgoszcz
sekretariat@inanna. pl
www. inanna. pl
Książkę i ebook najtaniej kupisz w MadBooks. pl
To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.
Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.
Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl
