Podróż ku słońcu: Opowieść o drodze do siebie - Anna Dubik - ebook

Podróż ku słońcu: Opowieść o drodze do siebie ebook

Anna Dubik

0,0

Opis

Co robisz, gdy życie, które zbudowałaś, przestaje być twoje?

Anna miała wszystko: męża, dzieci, stabilność. Aż do dnia, w którym w lustrze zobaczyła obcą kobietę – zmęczoną, przytłoczoną i uwięzioną w cudzych oczekiwaniach.

Jeden dzień zmienił wszystko. Rozwód stał się nieoczekiwanym prezentem na Dzień Kobiet. Emigracja na Maltę – skokiem w przepaść bez spadochronu. Została sama z dwiema córkami, bez pracy i planu, trzymając się jedynie kurczowo nadziei, że życie może wyglądać inaczej.

„Podróż ku słońcu” to brutalnie szczera historia o:

  • Przetrwaniu rozpadu małżeństwa bez utraty własnej godności.
  • Budowaniu domu od zera w obcym kraju, gdzie nikt na Ciebie nie czeka.
  • Miłości, która pojawia się nieproszona, gdy już przestałaś w nią wierzyć.

To nie jest kolejna bajka o kobiecej sile. To opowieść o słabości, która stała się fundamentem nowego życia. O tym, że czasem trzeba stracić wszystko, by w końcu odnaleźć siebie.

Ta książka jest dla Ciebie, jeśli:

  • Tkwisz w trudnym związku lub właśnie zbierasz kawałki siebie po rozstaniu.
  • Marzysz o zmianie, ale paraliżuje Cię strach przed pierwszym krokiem.
  • Chcesz uwierzyć, że po czterdziestce życie może się dopiero zacząć.

Pamiętaj – nie musisz iść tą drogą sama.

 

 

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 316

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Anna Dubik

Podróż ku słońcu

Opowieść o drodze do siebie

Copyright © 2026 by Anna Dubik

All rights reserved. No part of this publication may be reproduced, stored, or transmitted in any form or by any means, electronic, mechanical, photocopying, recording, scanning, or otherwise without written permission from the publisher. It is illegal to copy this book, post it to a website, or distribute it by any other means without permission.

First edition

This book was professionally typeset on Reedsy Find out more at reedsy.com

Contents

1. Chapter 1

Notes

1

Chapter 1

PODRÓŻ KU SŁOŃCU

Opowieść o drodze do siebie

Anna Dubik

Tytuł wersji angielskiej:

Chasing the Sun: A Journey Back to Myself

Projekt okładki

Anna Dubik, Zuzanna Galicka

Fotografia na okładce

Anna Dubik

Opieka redakcyjna

Beata Lachowska

Tłumacz wersji angielskiej

Mark Causon

Druk i oprawa:

Franklin Cauchi

InPrint Malta

ISBN: 978-9918-0-1511-5

Copyright © 2026 by Anna Dubik

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Książka ani jej część nie może być przedrukowywana, kopiowana lub reprodukowana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody autorki.

Niniejsza książka zawiera osobiste opinie oraz doświadczenia autorki. Informacje w niej zawarte mają charakter wyłącznie informacyjny i nie powinny być traktowane jako profesjonalne porady zdrowotne, medyczne, psychologiczne czy terapeutyczne.

Autorka nie jest lekarzem ani wykwalifikowanym terapeutą. Przed podjęciem jakichkolwiek decyzji dotyczących zdrowia fizycznego lub psychicznego, należy skonsultować się z odpowiednim specjalistą. Autorka nie ponosi odpowiedzialności za jakiekolwiek skutki wynikające z bezpośredniego lub pośredniego zastosowania informacji zawartych w tej publikacji.

DEDYKACJA

Tę książkę dedykuję Zuzi, Zosi i Markowi.

Zuzaniu, kiedyś powiedziałaś mi, że jeśli nie ma książki, którą chciałabym przeczytać,

to powinnam ją napisać. No więc zrobiłam to.

Dziękuję za wsparcie moim córkom i mojemu Markowi.

Bez Was poddałabym się już po pierwszym rozdziale.

Mam nadzieję, że dzięki niej poznacie lepiej moją historię.

Kocham Was najmocniej na świecie.

PODZIĘKOWANIA

Korzystając z okazji, chciałabym podziękować mojej cudownej pani edytor za wielogodzinne poprawianie moich cudzysłowów i spójników.

Beatko – dziękuję Ci nie tylko za to, że pomogłaś tej książce powstać, ale też za to, że znalazłaś mnie na Gozo. Nie zgub się, proszę.

Mojej polskiej rodzinie w Gharb – Agnieszce i Gosi za to, że zawsze możemy na sobie polegać.

Dziękuję wszystkim osobom, których życie splotło się z moim – w tych trudnych, ale też pięknych momentach – w Nawodnej, Chojnie, Gryfinie, Pyrzycach, w Niemczech i na Gozo. Ale są osoby, które mimo lat i odległości pozostają blisko serca. Muszę więc wymienić: Olga, Sylwia, Lidia, Beata, Gosia, Ania, Ola, Bożenka, Beata, Ela, Basia i wiele innych.

Bez względu na czas, narodowość i język – zostawiłyście we mnie swój ślad.

I pamiętajcie: dotykając czyjegoś życia, zostawiamy ślad, który idzie dalej. Mamy wpływ nie tylko na tę osobę, ale także – pośrednio – na wszystkich, których ona spotka.

Szczególnie dziękuję moim wieloletnim przyjaciółkom Asi i Emilce (kolejność według stażu przyjaźni), które mimo tysięcy kilometrów i znania każdego zakątka mojej duszy wciąż nie chcą mnie wykopać ze swojego życia.

Dziękuję też Sylwii – którą, jak sama mówi, zesłał mi sam Duch Święty – za wspólne projekty i porozumienie bez słów.

Dziękuję mojej rodzinie – i tym, którzy się nią stali – za to, że mimo upływu czasu i mimo wszystko są przy mnie.

Szczególnie:

Mamuś – Tobie za wszystkie odcienie naszej relacji, która ponoć jest tą najtrudniejszą dla kobiety – przez te całe 47 lat.

Pani Józiu, Panie Stasiu – za Waszą obecność przy mnie i dziewczynkach wtedy, gdy było najgorzej.

Daniel – Ty wiesz…

Dziękuję znanym osobom, z którymi moje życie skrzyżowało się na dłużej lub krócej i które pokazały mi, że mimo sławy można pozostać wspaniałym i normalnym człowiekiem.

Dziękuję pani reżyser Julii Groszek za stałą obecność w moim życiu i za inspirowanie mnie do „umysłowego trawienia” wielu spraw.

Dziękuję Marcie Lech-Maciejewskiej i chłopakom, którzy sprawili, że nagrywanie programu było nie tylko niezwykłą przygodą, ale też świetną zabawą.

Dziękuję Kasi Kucewicz za rok wspólnej pracy, który – mimo innego zamierzenia – zostawił trwały ślad na mojej osobowości i poczuciu własnej wartości.

Dziękuję Gosi Ohme za to, że odpowiadając na moją wiadomość, sprawiła, że poczułam się widziana – a moja historia potrzebna.

Dziękuję dziewczynom ze Stowarzyszenia (Ewa, Stasia, Wiesia, Ela, Kamila, Ewa, Agnieszka, Gosia, Agnieszka, Zuzia) – za to, że są blisko.

Dziękuję dziewczynom z pierwszej Oazy za to, że dały twarz mojemu projektowi i sprawiły, że moja misja nabrała realnych kształtów

Tereska, Ewa, Beatka, Iza, Gosia, Ola, Karola, Iwonka, Malwina, Lena– rozdział o Oazie to Wy.

Szczególnie dziękuję Oazowej Ewie – za to, że jest przy mnie od spotkań w przedszkolu wiele lat temu, przez komentarz do pierwszego fragmentu książki, Oazę, aż po to dzisiejsze poczucie, że jest blisko.

Z całego serca dziękuję każdej dziewczynie, która skomentowała lub napisała do mnie w odpowiedzi na fragmenty książki publikowane na Facebooku i Instagramie.

To Wy jesteście powodem i motywacją, dla których ta książka powstała.

Wasze historie i to, jak odnajdywałyście się w moich przeżyciach i emocjach, dały mi największą lekcję o kobiecej duszy – o tym, jak mimo różnorodności jesteśmy do siebie podobne i jak bardzo siebie nawzajem potrzebujemy.

OD AUTORKI

O Polsce i moich doświadczeniach

Ta książka opisuje moją osobistą podróż – z małej wioski w postkomunistycznej Polsce do nowego życia na Gozo. To są tylko moje doświadczenia, nie uniwersalna prawda o Polsce.

Kiedy piszę o „polskiej mentalności” czy „życiu na polskiej wsi”, mam na myśli konkretne miejsce i czas: prowincjonalną Polskę lat 1980–2000, przekonania otaczających mnie osób, rzeczywistość okresu transformacji, kulturę klasy robotniczej i społeczność, w której dorastałam.

Polska jest ogromna i różnorodna. To, co było normą w moim miejscu zamieszkania, niekoniecznie było prawdą w Warszawie, Krakowie czy Gdańsku. To, co działo się w latach 80. i 90., nie jest rzeczywistością dzisiejszej Polski. Mówię wyłącznie w swoim imieniu – jako jedna kobieta w jednym momencie historii.

Jeśli opisuję trudne aspekty swojego wychowania albo presję społeczną, którą odczuwałam, robię to nie po to, by umniejszać Polskę, lecz by uczciwie pokazać okoliczności, które ukształtowały moją drogę. Mój wyjazd nie był odrzuceniem ojczyzny – był szukaniem życia, którego nie mogłam znaleźć tam, gdzie byłam.

Do moich polskich czytelniczek: to jest historia jednej Polki, a nie historia wszystkich Polek. Piszę z głębokim szacunkiem dla siły i rezylencji, które charakteryzują nasz naród.

Do moich zagranicznych czytelników: nie pozwólcie, by moja historia stała się jedynym obrazem Polski w waszej wyobraźni. Ten piękny, złożony i dynamicznie zmieniający się kraj zasługuje na to, by poznawać go z wielu punktów widzenia – nie tylko mojego.

O moich córkach

Moje córki są częścią tej historii, ponieważ były częścią mojej przemiany. Ale to, co przedstawiam, jest moją perspektywą, a nie ich. Gdy dorosną, mogą pamiętać tamte czasy zupełnie inaczej. Być może chciałyby, żebym niektóre fragmenty opowiedziała inaczej – albo wcale. To ich prawo.

Starałam się uważnie wybierać to, czym się dzielę, skupiając się na mojej drodze jako matki, a nie na wewnętrznych przeżyciach moich dzieci. Niektóre szczegóły zmieniłam, by chronić ich prywatność. Ich historia należy do nich.

Do moich córek: jeśli kiedyś zechcecie opowiedzieć swoją wersję, będę was wspierać całym sercem. Wasza prawda jest równie ważna jak moja. Jeśli czujecie, że podzieliłam się czymś, co wolałybyście zachować dla siebie – przepraszam. Nasza relacja jest dla mnie ważniejsza niż jakakolwiek książka.

Jesteście bohaterkami tej historii. Wszystko robiłam z myślą o was. Kocham was bardziej, niż potrafię to wyrazić.

O pamięci i prawdzie

Pamięć jest subiektywna. Zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, by opowiedzieć swoją historię prawdziwie – wiem jednak, że inni ludzie, którzy tam byli, mój były mąż, rodzice, przyjaciele, mogą te same wydarzenia pamiętać zupełnie inaczej.

To jest moja prawda. Nie jedyna, ale moja.

Przytaczane rozmowy oddają istotę tego, co zostało powiedziane – tak jak to pamiętam – choć po tylu latach nie mogę ręczyć za dosłowną treść cytatów. Niektóre imiona i szczegóły zostały zmienione, by chronić prywatność osób, które pojawiają się na tych stronach.

Jeśli czytasz tę książkę i byłaś albo byłeś częścią mojej historii, a pamiętasz wszystko inaczej – to też jest w porządku. Każdy z nas nosi w sobie swoją prawdę.

O szukaniu profesjonalnej pomocy

W książce dzielę się narzędziami i praktykami, które pomogły mi przejść przez najtrudniejsze chwile – ale nie jestem psychologiem ani terapeutką. Jestem kobietą, która przeszła przez ciemność i znalazła światło. Oferuję nadzieję i towarzyszenie innym kobietom w podobnej drodze.

Nie zastąpię jednak profesjonalnej opieki psychologicznej. Jeśli zmagasz się z depresją, traumą, myślami samobójczymi lub innymi poważnymi trudnościami – proszę, sięgnij po pomoc wykwalifikowanego terapeuty lub psychiatry. Narzędzia, które opisuję, mogą być wartościowym uzupełnieniem terapii, ale nie powinny jej zastępować, gdy jest naprawdę potrzebna.

Proszenie o pomoc nie jest oznaką słabości. Sama korzystałam z profesjonalnego wsparcia i jestem za to głęboko wdzięczna.

Z miłością i szacunkiem dla wszystkich, którzy odważają się iść własną drogą,

Ania

SPIS TREŚCI

Wstęp

Rozdział 1. Życie za brudnymi oknami

Rozdział 2. Krótko o mnie, chomikach i motylach

Rozdział 3. Dzieciństwo w postkomunistycznej Polsce

Rozdział 4. Młodość, Nosowska i wysoka wrażliwość

Rozdział 5. Małżeństwo bez happy endu

Rozdział 6. Poronienie

Rozdział 7. A tymczasem w moje głowie

Rozdział 8. Jak szorstki jest język cielaka

Rozdział 9. Lęk – wierny duch czy rzep na ogonie

Rozdział 10. Gruzy i fundamenty

Rozdział 11. M jak Mark

Rozdział 12. Śródziemnomorski romans czy wielka klapa

Rozdział 13. Kopciuszkiem być

Rozdział 14. Rozwód (czyli prezent na Dzień Kobiet)

Rozdział 15. Voucher na nieograniczoną liczbę lotów

Rozdział 16. Cztery kółka i małpa, czyli o tym jak staliśmy się rodziną

Rozdział 17. Praca pracy nierówna

Rozdział 18. Pandemia lekiem na całe zło

Rozdział 19. Sceny z pandemii

Rozdział 20. Oswajanie

Rozdział 21. Decyzja

Rozdział 22. Proces zmiany

Rozdział 23. Nowe początki

Rozdział 24. Pierwsze pół roku

Rozdział 25. Gdy Bóg zaciąga hamulec ręczny

Rozdział 26. Lekcja od życia

Rozdział 27. I nagle świat się zatrzymał

Rozdział 28. Dusza (czyli o tajemnicy życia i śmierci)

Rozdział 29. Bongu Betty (luźne myśli z Gozo)

Rozdział 30. Piasek w garści

Rozdział 31. Powroty do domów

Epilog. Zwykła niezwykła niedziela

WSTĘP

Cześć!

Jeśli sięgasz po tę książkę, e-booka czy jakkolwiek nazwiesz moją historię i przemyślenia, to pewnie też jesteś kobietą w drodze do siebie.

Miło mi Cię poznać! Cieszę się, że zajrzałaś tu do mnie. Może przyłączysz się do krótkiego spaceru, którego celem jest odkrywanie siebie i poszukiwanie nowych dróg do spełnienia?

Nie jestem psychologiem, terapeutką ani żadnym innym doradcą. Jestem zwyczajną kobietą, tak jak Ty. Kobietą realizującą się w:

• byciu matką,

• pracy,

• związku,

• trosce o siebie,

• rozwoju duchowym i mentalnym.

Te obszary ustawione są w przypadkowej kolejności, ponieważ w zależności od momentu życia, stanu psychiczno-emocjonalnego, a nawet nastroju zmieniają swoje miejsce i priorytet, czasem przeskakując tak szybko jak obrazki w maszynie do blackjacka.

Ciekawa jestem, w jakim punkcie życia Ty teraz jesteś?

Pisanie tej książki dojrzewało we mnie przez długi czas. Od dzieciństwa lubiłam przelewać swoje myśli i uczucia na papier – najpierw w formie pamiętnika, potem w opowiadaniach czy wierszach. Moja głowa i serce rzadko zaznawały spokoju, a nadmiar emocji wylewał się strumieniem słów. Codzienne obowiązki dorosłości próbowały je uciszyć, ale udawało się to tylko na chwilę, bo tłumione myśli i emocje powracały w najmniej spodziewanych momentach. Aż wreszcie nadszedł ich czas.

Miały poczekać do emerytury, ale udział w programie Polsatu „Znalazłam miłość za granicą” sprawił, że zapragnęłam podzielić się swoją historią z innymi kobietami. Całą moją historią, której kulminacyjny moment można było obejrzeć w telewizji.

Nie chciałam, by ludzie oceniali mnie tylko przez pryzmat domu z basenem na wyspie w ciepłym kraju. Choć wiem, że wielu właśnie tak zrobiło. Pomyślałam wtedy:

„Skoro wszyscy, w których domach zagościłam tamtego wieczoru, uznali, że tej to się powiodło, to teraz pokażę im, jak było naprawdę”.

Bardzo bałam się odsłonić to wszystko – szczególnie przed rodziną i przyjaciółmi. Obawiałam się ich oceny i tego, że odkryję karty, których być może nie powinnam w ogóle ruszać. Najtrudniejsze było jednak otwarcie się na tyle głęboko, by dotrzeć do najciemniejszych zakątków mojej duszy.

Zapytasz: po co to robię, skoro nie powinnam ruszać?

Robię to dla tych kobiet, które, tak jak ja, kiedyś były na życiowym zakręcie, miały wszystkiego dość, a czasem nawet chciały po prostu zniknąć. Jeśli choć jedna z nich zdecyduje się spróbować jeszcze raz, posklejać swoje życie i złapać w nim oddech, uznam, że spełniłam swój cel.

Jeśli zechcesz podzielić się swoją historią, usłyszeć dobre słowo albo zadać pytanie, napisz do mnie: [email protected].

Może trzeba najpierw poznać ciemność, żeby móc docenić światło.

— Madeleine L’Engle

Rozdział 1

ŻYCIE ZA BRUDNYMI OKNAMI

Szopka z brudnymi oknami

Nasze życie bywa czasem jak szopka z brudnymi oknami, za którymi rozciąga się najpiękniejszy ogród. Kwiaty kwitną wszystkimi możliwymi kolorami, ich zapach unosi się w powietrzu…, ale Ty go nie czujesz. W Twoich nozdrzach jest jedynie kurz i woń pleśni, która narastała latami. Z każdym dniem, kiedy zaniedbywałaś te okna, traciłaś z oczu blask i światło, które mogły rozświetlić Twoje życie.

Ta pleśń – to wszystkie niespełnione obietnice. Niewypowiedziane słowa. Lęki i rozczarowania, które odkładały się warstwa po warstwie, aż zaczęły ciążyć. Każdy dzień, gdy patrzyłaś na ogród, ale nie miałaś siły otworzyć okna, by wpuścić świeże powietrze, tylko potęgował tę gęstą ciemność wewnątrz.

A jednak ogród za szybą wciąż jest. Czeka cierpliwie, aż zdecydujesz się przetrzeć brud, wpuścić promień słońca i poczuć zapach życia na nowo.

Możesz wciąż siedzieć w środku, na tym chwiejnym taborecie z połamanymi nogami. Udawać, że to wystarczy. Że to normalne. Że do szczęścia nie potrzeba wygody.

Możesz się rozsiąść w tej szopce. Usiąść na brudnym taborecie z nadłamaną nogą i udawać, że jest ci wygodnie. Możesz przetrzeć stół rękawem, zjeść byle jaki posiłek na kawałku blatu kleistego od brudu zbieranego przez lata. Możesz się z tym pogodzić. Powiedzieć sobie: „no cóż, takie mam życie”. Ale czy na pewno będzie Ci tam dobrze?

Nie jesteś sama

Każda z nas ma w sobie takie „szopki”, poukrywane w ciele na różnych etapach życia. Ja też ją miałam. Nie raz. Momentami nawet nie chciało mi się wydrapać palcem czystej drobinki okna, żeby wyjrzeć na zewnątrz. Nie wspominając o lustrze, w którym już nawet nie mogłam dojrzeć swojego odbicia.

Lustro. Jednego dnia budziło mój lęk, że może już całkiem zniknęłam. Innego czułam ulgę, bo chciałam zniknąć. Położyć się na brudnej podłodze w mojej „szopce”, przykryć starą narzutą pachnącą stęchlizną smutnych chwil i złych doświadczeń.

Też tam byłaś? A może jesteś właśnie teraz? A może wchodzisz i wychodzisz, nie wiedząc, gdzie do końca jest Twoje miejsce?

Pobądź tam sobie, jeśli musisz. Tylko pamiętaj – nie jesteś sama. Jesteśmy w tym razem. Niektóre z nas już wyszły i wiedzą, że nie chcą nigdy wrócić. Inne dopiero trafią, opłakując trudne momenty swojego życia. Jeszcze inne siedzą właśnie w swoich „szopkach”, próbując zebrać siły na pierwszy krok.

Linia kobiet

Przetrzyj lustro i zobacz w nim twarze. To nasze matki, babki, prababki. Cała linia pokoleń kobiet, które zawsze są przy Tobie, które doskonale wiedzą, co czujesz, czułaś lub będziesz czuła. Jeśli nie możesz jeszcze znaleźć siły w sobie, poszukaj jej w nich. W swojej przeszłości, w przeszłości kobiet przed Tobą.

Byłaś częścią swojej matki jeszcze wtedy, gdy ona była we wnętrzu swojej. Twoja córka była częścią Ciebie jeszcze wtedy, gdy Ty byłaś w swojej matce. Splątane wstążeczkami genów, połączone dziedzictwem komórek – nigdy nie jesteśmy same. Nigdy nie będziemy same.

Nawet jeśli jesteś w momencie, kiedy nie widzisz przebłysku światła, nie jesteś sama. Nawet jeśli cisza w twojej „szopce” jest tak gęsta, że ledwo słyszysz własny oddech. Nawet wtedy.

Pierwszy krok

Poleżmy chwilę na tej brudnej podłodze. Zniknijmy pod kocem złych wspomnień. Dajmy sobie prawo do odpoczynku, do żalu, do bólu. A potem zbierzmy siłę – od wszystkich przed nami i wszystkich, które przyjdą po nas.

Może zaczniesz od przetarcia lustra? Żeby zobaczyć wspierający uśmiech swoich przodkiń, poczuć ich poklepanie po plecach. Nawet jeśli nie czujesz ich troski, dostałaś od nich największy możliwy dar. Życie.

Obudź się. Strzep z siebie smutek, stres, żal, ból. Nie musisz pozbyć się ich wszystkich naraz – wystarczy, że zrzucisz choć jedną warstwę.

Uchyl okno. Poczuj zapach świeżego powietrza na swojej twarzy. Usłysz śpiew ptaków, szum liści, odległe głosy życia, które trwa tam, za szybą.

Otwórz drzwi i stań w progu. Nie wychodź na razie. Postój tu sobie. Zamknij oczy. Poczuj świat. Usłysz wiatr. Poczuj ciepło słońca na skórze.

Głos intuicji

A potem poszukaj swojej duszy i usłysz głos swojej intuicji. Ten cichy szept, który zawsze tam był, nawet gdy go zagłuszałaś. Daj mu się prowadzić. Zaufaj temu wewnętrznemu kompasowi, który wie, dokąd masz iść.

A potem zrób krok. Wpadnij w ramiona Matki Natury, Boga, Wszechświata – w kogo tam lubisz wierzyć. Poczuj, że jesteś częścią czegoś większego.

I idź. Idź w świat, po spokój, po ulgę, po szczęście, po miłość, po śmiech. Idź po swoje życie, które czeka tam, w tym ogrodzie za oknem. Ogród, który jest również w Tobie.

Zaufaj sobie. Zaufaj nam – tym, które już wyszły i tym, które wyjdą po Tobie.

I idź. Biegnij. Skacz. Tańcz. Żyj.

Do zobaczenia w drodze.

Moja droga

A teraz chcę podzielić się z Tobą moją historią. Nie dlatego, że jest wyjątkowa – wręcz przeciwnie. Jest zwyczajna, pełna błędów, potknięć i momentów, w których sama siebie osądzałam najsurowiej.

Ale to właśnie w tej zwyczajności jest jej siła. Bo jeśli ja mogłam przejść przez swoją „szopkę” i znaleźć drogę do światła, ty też możesz.

Zanim przeczytasz moją historię, chcę, żebyś zrobiła coś dla mnie – a właściwie dla siebie.

Zatrzymaj się na chwilę.

Nie musisz nic wiedzieć. Nie musisz nic rozumieć. Nie musisz być gotowa.

Jeśli chcesz – zostaw tu kilka słów, które w sobie teraz nosisz.

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

A potem czytaj. Taka, jak jesteś dzisiaj. Z tym, co w masz w sobie.

Bo ta historia jest też Twoja.

Rozdział 2

KRÓTKO O MNIE, CHOMIKACH I MOTYLACH

Chomik, który wypadł z kołowrotka

45, prawie 46 lat życia.

Ponad 20 lat w biegu. Studia, praca, rodzina, poronienie, rozwód, samotne macierzyństwo. Wstawanie do pracy o 4, 5, 6 rano. Gotujący się piec, z którego trzeba wyciągać ogień, żeby nie wybuchł. Szambo zalewające łazienkę. Dwie wspaniałe, mądre i piękne córki. Mężczyzna bardziej opiekuńczy niż anioł stróż. Dom z basenem na maleńkiej wyspie w ciepłym kraju pod palmą.

Taki bilans.

A zapomniałam o jednym.

2 ataki epilepsji.

Hamulec od Boga.

Niełatwo jest wyhamować po takim pędzie.

Językowa inwestycja (czyli o tym, jak tata nie spodziewał się, że będzie dziadkiem na odległość)

Nigdy nie byłam dobra z fizyki. Z matematyki zresztą też nie bardzo. Najlepiej wychodziło mi podkreślanie kolorowym długopisem tematów, czego oczekiwała pani profesor od matematyki w szkole średniej. Na szczęście mama jest chemiczką, więc korepetycje z przedmiotów ścisłych były darmowe i regularne.

Za to byłam świetna w językach. Maturę zdawałam z polskiego, niemieckiego i angielskiego, chociaż tego ostatniego uczyłam się tylko na zajęciach pozalekcyjnych. Podobno kiedyś powiedziałam tacie, który narzekał, że wydaje tyle pieniędzy na moje dokształcanie językowe, że to inwestycja w moją przyszłość.

Ciekawe, czy wciąż uważa to za dobrą inwestycję, skoro od kilkudziesięciu miesięcy przeważnie spotyka swoje wnuczki na ekranie komputera lub telefonu.

Dzięki Ci, Marku Zuckerberg, za Facebooka i Messengera. Sprawiłeś, że tysiące kilometrów znikają w sekundę, a ludzie stają się zbyt wygodni, by pokonać kilka metrów i odbyć rozmowę w cztery oczy. Po co otwierać usta, skoro można kliknięciem wyrazić swoje uczucia bez słów?

Plany, plany, plany (czyli jak Pan Bóg się śmiał)

Opowiadając swoją historię, postaram się zachować jakiś sens i chronologię. Chociaż znając siebie, wiem, że może być z tym ciężko.

Kierując się słowami Marii Dąbrowskiej1, że

dzisiaj jest dzień, aby być szczęśliwym!

Wczoraj: już przeminęło.

Jutro: dopiero nadejdzie,

staram się nie rozpamiętywać przeszłości ani nie martwić o przyszłość.

To dla mnie zupełnie nowe podejście i ciągle się w nim wprawiam, gdyż do niedawna musiałam mieć w zanadrzu nie tylko plan A, w razie czego B, a tak na wszelki wypadek jeszcze C. Wszystko w moim życiu musiało być dokładnie zaplanowane i przewidywalne. Szkoła, studia, praca, samochód, rodzina, dom z ogródkiem, aż do… żyła długo i szczęśliwie, rozwijając swoje pasje i zainteresowania.

Jednak plany planami, a życie życiem. Jak mówi stare żydowskie przysłowie: Człowiek planuje, a Pan Bóg się śmieje lub w innych wersjach: Człowiek planuje, a Pan Bóg krzyżuje/kreśli.

Każda z kolejnych niespodzianek na mojej życiowej drodze - a czasami sytuacji skrajnie nieprawdopodobnych – sprawiała, że przecierałam oczy ze zdumienia i skreślałam kolejne rzeczy z mojej listy i cele do osiągnięcia, bo okazywało się, że zmierzam już w zupełnie innym kierunku.

Perfekcjonizm (czyli jak stworzyć pozory idealnego życia)

Mój wrodzony perfekcjonizm – nie pytajcie, czy dziedziczony, ale z przerażeniem odnajduję jego ślady w mojej córce – nie ułatwiał sprawy. Wszystko miało być idealne. Ja miałam być idealna: idealna uczennica, idealna nauczycielka, idealna żona, idealna matka, idealne dzieci, idealny mąż, idealne życie w idealnym domu.

Aaa, zapomniałam o idealnych zwierzętach domowych.

Niemożliwe?

Ee tam, zawsze można dążyć w kierunku perfekcjonizmu. Nawet jeśli się nie uda tam dojść, to można przecież stworzyć pozory, że się tam jest. Dzisiejszy social mediowy świat doskonale temu sprzyja. Można wymazać rozstępy, zmarszczki, podkręcić męża, dodać uroku dzieciom, podkoloryzować psa, a nawet przy pomocy AI przerobić go w rasowego kota.

Praca? Połowa ludzkości w dzisiejszych czasach zmienia swoją na tę idealną, w której można nie tylko podróżować i poznawać świat, ale jeszcze zarabiać krocie.

Dom? Wystarczy zrobić zdjęcie pod odpowiednim kątem i nikt nie zauważy kurzu na szafkach, niepościelonego łóżka czy śmieci zamiecionych pod dywan.

Zamiatanie pod dywan (i inne olimpijskie dyscypliny)

A zamiatamy coraz więcej. Im więcej zamiatamy, tym mniej przyznajemy przed innymi – a koniec końców sami przed sobą – że mamy prawo do błędów, do porażek, do odczuwania nie tylko tęczowej radości i brokatowego szczęścia, ale też szaroburego smutku, zwykłego ludzkiego bólu i totalnie nieinstagramowego wkurwu.

Bo przecież co ludzie pomyślą, jak poznają nas naprawdę? Tych nieidealnych, czasem nieuczesanych, nieumalowanych, z plamą na koszulce i rozstępem na tyłku. Bo skoro wszyscy inni są tacy idealni, to jakże ja mogę pozwolić sobie na nieidealne życie, nieidealną łzę, nieidealną mnie?

Latami dążyłam do tego ideału, nawet jeśli był on tylko na pokaz. Aż przyszedł dzień, w którym pozwoliłam tej prowizorycznej doskonałości – jak magicznej szklanej kuli – wypaść z moich rąk i rozpaść się na miliony nieidealnych, maleńkich, różnokolorowych chwil, z których misternie ciągle sklejam swoje nowe nieperfekcyjne, ale za to bardzo prawdziwe i do szpiku kości MOJE życie.

Podróż w przeszłość (czyli spotkanie z sobą sprzed lat)

Pisząc te słowa, staram się cofnąć pamięcią w czasie. Ze zdziwieniem zdaję sobie sprawę z tego, jak długą drogę już przebyłam i zastanawiam się, jaką jeszcze mam przed sobą.

Refleksja nad przeszłością to nie tylko obudzenie wspomnień. To podróż w głąb siebie, wędrówka po ścieżkach dawno przebytych, spotkanie siebie z minionych czasów. To przytulenie i zaopiekowanie się tą dziewczynką z przeszłości, zapewnienie jej, że przyszłość – mimo wszystko, albo wbrew wszystkiemu – będzie też dobra.

Wspominając, możemy spojrzeć na siebie z innej perspektywy, zrozumieć, kim byliśmy i jak staliśmy się tymi, kim teraz jesteśmy. To czas na wybaczanie – sobie i innym – oraz na pogodzenie się z tym, co minęło.

W tej podróży przez przeszłość i wspomnienia odkrywam, że każde doświadczenie, nawet te najtrudniejsze, ma swoje miejsce w mojej historii. To właśnie one ukształtowały moją tożsamość, stworzyły człowieka, którym jestem teraz i zaprojektowały moją przyszłość.

Co ze mną było nie tak? (czyli nienasycenie)

Patrząc wstecz, widzę, że przez ponad połowę mojego życia zastanawiałam się, czy coś ze mną było nie tak. A może nawet dokładniej: co było nie tak?

Dlaczego ciągle gdzieś biegłam? Cały czas czegoś szukałam i do czegoś dążyłam? Nieustannie musiałam sobie coś udowadniać, sprawdzać się, pokonywać nowe wyzwania. Dlaczego nie mogłam tak po prostu usiąść i powiedzieć sobie: „Uff, jest dobrze”. Najzwyczajniej odpuścić i być?

NIENASYCENIE– czy zespół niezaspokojenia emocjonalnego.

Jedno z tych określeń na pewno oddaje moje uczucia. Plan na życie powoli się realizował. Mąż, dziecko, samochód, dom, stabilna praca, wakacje raz w roku… nie dawały mi jednak permanentnego szczęścia, którego tak bardzo pragnęłam.

Dawno temu natrafiłam na cytat, który towarzyszył mi przez długi czas:

Szczęście jest motylem: próbuj je złapać, a odleci. Usiądź w spokoju, a ono spocznie na twoim ramieniu. – Anthony de Mello, „Przebudzenie”.2

Zmumifikowany motyl (czyli jak próbowałam zatrzymać szczęście)

Dziś rozumiem ten cytat w pełni, ale przez wiele lat skupiłam się wyłącznie na jego pierwszej części: szczęście jest jak motyl. Wydawało mi się, że szczęście jest ulotne i trudne do uchwycenia, tak jak motyl. Nawet kiedy udało mi się je złapać, nie potrafiłam zatrzymać go na dłużej.

Czy w przeciwieństwie do szczęścia złapanie i zatrzymanie piękna motyla jest możliwe? Czy zdarzyło się wam kiedyś odwiedzić wystawę motyli?

Przygotowanie motyli do eksponowania to delikatny proces, wymagający ostrożności, by zachować ich kształt i barwę. Najpierw chwytane są one za pomocą siatek entomologicznych, a następnie szybko uśmiercane przy użyciu eteru lub acetonu. Przed suszeniem są zmiękczane poprzez umieszczanie w szczelnych pojemnikach z wilgotnym papierem, aby ich skrzydła i ciała pozostały elastyczne. Potem motyle układane są na specjalnych deskach, a ich skrzydła rozkładane i przypinane szpilkami entomologicznymi. Suszenie odbywa się w suchym, ciepłym miejscu i trwa od kilku dni do kilku tygodni. Po wyschnięciu motyle są montowane na szpilkach w pozycjach ekspozycyjnych i umieszczane w gablotach chroniących je przed kurzem, wilgocią i światłem. Każdy okaz jest etykietowany z informacjami o gatunku, miejscu i dacie zbioru oraz osobie, która go złapała.

Myślałam, że tak jak motyla, szczęście również trzeba ścigać, złapać, a potem trzymać mocno w dłoni, by przypadkiem nie uleciało.

W przeciwieństwie do motyli, które po wysuszeniu mogą zachować swoje piękno na wiele lat, szczęście nie zawsze jest w stanie utrzymać swoją formę. Czy możliwe jest, że zmumifikowane szczęście nadal jest prawdziwe? A może szczęście to jedynie krótkotrwały blask, moment, który zapiera dech w piersiach?

Ulotność emocji (czyli melodia, która nie chce wyjść z głowy)

Mówi się, że każde uczucie z czasem przemija.

Z perspektywy czasu dostrzegam, jak niewiele emocji potrafi trwać we mnie dłużej. Znacie to uczucie, gdy melodia usłyszana w radiu wplątuje się w wasze myśli, nie chcąc odejść? Prędzej czy później zastępujemy ją inną lub po prostu zapominamy.

Wszystkim nam towarzyszą wspomnienia chwil, które były pełne intensywnych emocji i które wciąż potrafią wywołać ucisk w żołądku lub sprawić, że na naszej twarzy zagości delikatny uśmiech. Przypomnijcie sobie chwile, gdy osiągnęłyście cel, do którego dążyłyście z całych sił. Może była to zmiana pracy, kupno wymarzonych butów, zgubienie kilku kilogramów –cokolwiek, co jeszcze teraz budzi w was lekkie motyle w brzuchu.

Ja pamiętam, że wtedy moje serce biło szybciej, a ekscytacja niemal rozsadzała mnie od środka. Przez kilka następnych dni czy tygodni unosiłam się na adrenalinowym haju, a wspomnienie tej chwili długo napełniało mnie radością. Jednak z upływem kolejnych miesięcy i lat moje myśli zaczynały koncentrować się na nowych celach, a szczęście z przeszłości ulatywało jak motyl, który ucieka od próbującej go złapać ręki.

A może każda chwila szczęścia jest jak motyl –ulotna, delikatna, zbyt krótka, by mogła trwać wiecznie, a jednak pozostawiająca w nas głęboki ślad?

Jeśli chcesz – zostaw tu kilka słów, które w sobie teraz nosisz.

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

Rozdział 3

DZIECIŃSTWO W POSTKOMUNISTYCZNEJ POLSCE

Ciężar przeszłych pokoleń (czyli co nosimy w swoim DNA)

My, dzieci lat 70., 80. i 90., dźwigamy w sobie ciężar przeszłych pokoleń. Jesteśmy wnukami i prawnukami tych, którzy przetrwali koszmar wojny, powstań, deportacji i obozów, tych, którzy doświadczyli niewyobrażalnych prób i cierpień.

W sercach naszych rodziców i dziadków wciąż żywe są opowieści o wojnach, obozach i gettach. Pamiętam, jak będąc małą dziewczynką, słuchałam opowieści mojej babci, która drżącym głosem wspominała brutalność, jakiej ona i jej nastoletnie koleżanki doświadczyły z rąk żołnierzy przechodzących przez ich wieś. Historie o spalonych domach, zgwałconych kobietach i zabitych mężczyznach wydawały mi się wtedy tak nierealne i odległe, jak baśnie czy koszmary senne – coś, co istniało tylko w wyobraźni i kompletnie nie miało związku z rzeczywistością.

Jak bardzo się myliłam.

Chmury nad życiem naszych przodków

Ocaleńcy często dźwigali ciężar traumy, ból i lęki, które wpływały na ich codzienność, relacje i zdrowie. Wspomnienia z przeszłości, jak mroczne chmury, wisiały nad życiem naszych pradziadków, dziadków i rodziców, formując ich postawy i przekonania i mimowolnie wplatając się w DNA naszej tożsamości.

Nieprzepracowane traumy z historii rodzinnej przechodzą na kolejne pokolenia, zlewając się z naszymi emocjami, reakcjami i wyborami w sposób, który jest dla nas zupełnie naturalny. Zakładamy, że wszystkie te doświadczenia biorą początek w nas samych. Nie widząc ich prawdziwego źródła, nie potrafimy często odróżnić tego, co należy do nas, od tego, co nie jest nasze. – Mark Wolynn3

Zastanawiałaś się kiedyś nad tym?

Zamiast obwiniać mamę…

W dzisiejszych czasach często szukamy przyczyn naszych niepowodzeń i lęków w dzieciństwie, traktując je jako źródło naszych problemów. Jednak może warto sięgnąć jeszcze głębiej?

Zamiast obwiniać swoją mamę za to, że nie zapewniła ci idealnego dzieciństwa, warto przyjrzeć się jej własnym doświadczeniom. Zrozumienie jej przeszłości, wyzwań i trudności, z jakimi się zmagała, może pomóc lepiej pojąć jej decyzje i sposób, w jaki cię wychowała.

Badania pokazują różne podejścia do wychowania w rodzinach ocalałych:

Rodziny emocjonalnie zimne – dominował w nich chłód i bierność, co prowadziło do zaniedbania i braku bliskości w wychowaniu dzieci.

Rodziny przepełnione lękiem – obciążone lękami i poczuciem bezradności, przekazywały te uczucia swoim dzieciom, ucząc je radzenia sobie w niepewnym świecie.

Rodziny walczące – z determinacją dążyły do sukcesu, starając się uciec od cienia przeszłości.

Rodziny sukcesu – promowały wartości edukacji i ambicji, często kosztem zaniedbania bólu przodków.

Układanie puzzli

Patrząc wstecz, staram się poukładać puzzle mojego życia. Może to właśnie w przeszłości powinniśmy szukać zrozumienia naszych własnych historii, by otworzyć drzwi nowych możliwości dla przyszłych pokoleń. Może rozumiejąc, jak trauma przodków wpływa na nasze życie, jesteśmy w stanie przełamać ten cykl i zbudować przyszłość pełną światła i nadziei.

Ciekawa jestem, co sądzisz na ten temat?

Jajka i kiełbasa w pociągu (czyli jak głód przodków żyje we mnie)

Odkryłam w sobie głębokie przekonanie o tym, jak ważne jest zapewnienie pożywienia swojej rodzinie. Od drobnej przekąski i butelki wody na małą wycieczkę, przez pełen zamrażalnik i zapasy mąki, makaronu oraz wody na co najmniej dwa tygodnie, po obficie nakryty stół podczas każdej wizyty gości.

Czy to polska gościnność? Może i tak.

Gdy Mark żartuje, że Polacy nie ruszają się w drogę bez jedzenia, odpowiadam z przekąsem, że moi przodkowie doświadczyli głodu i biedy, więc ja zawsze muszę mieć coś, aby w razie potrzeby móc nakarmić swoje dzieci.

Czy pamiętasz to? Ja, zarówno ze swojego dzieciństwa, jak i z licznych polskich filmów oddających życie w czasach PRL-u, wspominam sceny, gdy podczas podróży pociągiem wyciągaliśmy jajka i kiełbasę. Już zanim pociąg ruszył, prosiliśmy z bratem o kanapki. Nie sądzę, żebyśmy byli naprawdę głodni. To był raczej rytuał, który dziś wspominam z nostalgią.

Zima stulecia - witaj na świecie, Aniu

Urodziłam się 1 grudnia 1978 roku, w zimę stulecia. Ekstremalnie niskie temperatury, ogromne opady śniegu, paraliż komunikacyjny i kryzys energetyczny były ówczesną rzeczywistością.

To rok, w którym kardynał Karol Wojtyła z Krakowa został wybrany na papieża, przyjmując imię Jan Paweł II. Jako pierwszy Polak w historii stanął na czele Kościoła Katolickiego. Jego wybór wzbudził ogromne emocje i zasiał ziarenko nadziei w zmęczonych polskich sercach. Jan Paweł II stał się symbolem wiary, pokoju i otwartości, a jego pontyfikat zapoczątkował nową epokę w historii Kościoła i Polski.

To rok, w którym Edward Gierek, I sekretarz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR), kontynuował swoje rządy. Choć władza wciąż pozostawała w jego rękach, społeczne i gospodarcze napięcia zaczynały pulsować niczym nadchodząca burza. Narastające niezadowolenie, zrodzone z trudności ekonomicznych i niedoboru towarów, niczym ciemne chmury kładło się cieniem na codziennym życiu Polaków. To właśnie w tej atmosferze narastało poczucie niepokoju i pragnienie zmiany, które przygotowywało grunt pod przyszłe wydarzenia – stan wojenny oraz działalność Lecha Wałęsy i rodzącej się „Solidarności”.

Czasy mojego dzieciństwa były okresem dynamicznych zmian politycznych i gospodarczych w Polsce. Surowość zimy, w której przyszłam na świat, dla wielu stała się metaforą trudności, z jakimi borykał się kraj. Był to czas, kiedy ludzie musieli stawić czoła wyzwaniom codzienności, szukając nadziei i siły wśród mroźnych wiatrów przemian.

Sklep z octem i pustymi półkami

Wspomnienia z czasów mojego dzieciństwa układają się w obrazek pełen niedomówień: puste półki w sklepach. No, prawie całkiem puste - przecież ocet był zawsze obecny.

Pamiętam też kartki żywnościowe, niczym symboliczne bilety do świata podstawowych dóbr - chleb, mąka, mięso, mleko, jaja, cukier, olej, kawa, herbata, konserwy, sól, kasza, ryż, a także odzież i obuwie. Był to czas, gdy codzienne zakupy stanowiły wyzwanie, a proste rzeczy nabierały wyjątkowego znaczenia w obliczu niedostatku dotykającego większość polskich domów.

A tak swoją drogą, wyobrażasz sobie dzisiaj sklep, w którym można kupić tylko ocet? Dzisiejsze pokolenie pewnie nie, nawet w najgorszych koszmarach sennych.

Przed Googlem (czyli świat, którego dzisiejsza młodzież nie zrozumie)

Zastanawiam się, na ile moje córki będą w stanie wyobrazić sobie moje dzieciństwo.

Właśnie dzisiaj Zosia z ogromnym zdziwieniem oznajmiła, że urodziłam się przed Google’em. W jej zdziwieniu usłyszałam pytanie: jak to w ogóle możliwe, że cokolwiek istniało przed erą Google’a? Może dla przyszłych pokoleń Google i sztuczna inteligencja będą traktowane jako stwórcy wszystkiego, na wzór jakiegoś nowoczesnego bóstwa?

Czuję się szczęściarą, pamiętając jeszcze ten poprzedni „nieztechnologizowany” świat.

PRZED: dzieci zwisające z trzepaka.

W TRAKCIE: dzieci siedzące pod trzepakiem, każde ze swoim telefonem w ręku. O ile w ogóle są na zewnątrz.

Miejmy nadzieję, że nie będzie żadnego PO.

Chociaż widząc, jak sceny, które my – dzieci okresu transformacji systemowej w Polsce – oglądaliśmy jedynie w filmach science fiction, zaczynają stawać się rzeczywistością, ogarnia mnie lekkie przerażenie.

Wiele z tych wizji nie miało bowiem happy endu.

Świat papierowych wspomnień

To była zupełnie inna rzeczywistość. Rzeczywistość, w której każda chwila była cennym skarbem, uchwyconym na kliszy fotograficznej.

Pamiętam, jak z namaszczeniem przyglądałam się palcom fotografa, które precyzyjnie zakładały i wyciągały film z aparatu. Wystarczył jeden nieostrożny ruch, by film się naświetlił - czego absolutnie nie chcieliśmy, bo każde zdjęcie miało ogromną wartość. Często nieostre, zrobione pod światło lub w zbyt ciemnym pomieszczeniu, ale zawsze unikalne i niepowtarzalne.

Kilka dni czekaliśmy na wywołanie kliszy przez fotografa, a potem z ekscytacją oglądaliśmy papierowe zdjęcia tuż po wyjściu z zakładu fotograficznego. Każde było wyjątkowe i niepowtarzalne. Każda chwila zatrzymana na czarno-białej kliszy, bez możliwości retuszu czy filtrów.

Brak dzisiejszych udogodnień – automatycznego wyostrzania obrazu, setek ujęć do wyboru najlepszego, nagrywania filmów czy opcji bumerang. W tę i z powrotem, w tę i z powrotem. Zdjęcie w ruchu. Kilkusekundowe. W biegu, w pośpiechu. Esencja dzisiejszego świata.

Tamten świat był inny. To był świat papierowych wspomnień, wklejanych w wielkie kartonowe albumy. Świat filmów na kasetach wideo, które trzeba było przewinąć przed zwrotem do wypożyczalni, aby uniknąć kary.

Telefon na kablu i telewizor bez pilota

Świat telefonów przymocowanych do ściany, ze słuchawką na kablu i obrotową tarczą. Samo wybieranie numeru było lekcją uważności. Szczególnie przy wybieraniu cyfry 9 lub 0 trzeba było poczekać, aż tarcza wróci na miejsce, by móc wybrać kolejną cyfrę. Kto dzisiaj miałby cierpliwość i czas na kilkuminutowe wybieranie numeru? A co, jeśli linia była zajęta?

Świat telewizorów z dużymi kineskopami, które nie miały pilota, więc rodzice wykorzystywali dzieci do zmiany programu, regulacji głośności czy dostosowania obrazu.

Moja starsza córka zapytała kiedyś, czy jeśli obraz w telewizorze był czarno-biały, to znaczy, że świat też taki był? Z uśmiechem odpowiedziałam: nie, świat nie był czarno-biały, choć na pewno był o wiele mniej skomplikowany.

Codziennie o 19:00 siadaliśmy z bratem przed telewizorem, by oglądać Dobranockę. Reksio, Bolek i Lolek, Miś Uszatek – to był święty czas. W piątkowe popołudnia leciał „Piątek z Pankracym”, a w sobotnie poranki – „5-10-15”.

To był święty czas. W tamtych dniach chwile były jak skarby, a programy telewizyjne – jak rytuały, które łączyły nas z codziennością. Czas płynął wolniej, a każdy moment przed ekranem, choć krótki, miał swoją wartość. A może właśnie dlatego, że były tak rzadkie i niepowtarzalne, docenialiśmy je jeszcze bardziej.

Podwórko i klucz na szyi

Poza tym było podwórko i klucz na szyi.

Życie na blokowisku było wyzwaniem i szkołą życia. Niewielu miało szczęście mieszkać w miastach gdzie indziej niż w bloku i uniknąć noszenia klucza na szyi. Dlatego trzeba było odnaleźć się w mikrospołeczności, gdzie każdy znał każdego, a dzieci tworzyły „bandy podwórkowe”. To tutaj rodziły się pierwsze przyjaźnie i związki.

Moje córki ze zdziwieniem pytają, jak w takim razie komunikowałam się z rówieśnikami. No cóż… Nawet jeśli było się szczęściarzem i miało telefon stacjonarny, opłaty za rozmowy były na tyle wysokie, że rodzice nie pozwalali nadużywać czasu spędzanego na rozmowach.

Jak więc się komunikowałam?

Tak jak każde dziecko w tamtych czasach – stałam pod blokiem i krzyczałam. Mieszkałam na 4. piętrze, więc wołałam też do mamy, żeby rzuciła mi kanapkę, a mama odkrzykiwała z góry, żebym przyszła na obiad czy kolację.

Oranżada z dyfuzora (czyli przygoda w Szczecinie)

A od święta jechaliśmy do Szczecina, gdzie na placu stał sprzedawca oranżady z dyfuzora. To jedno z najpiękniejszych wspomnień dzieciństwa.

Z zafascynowaniem obserwowałam, jak bierze szklaną szklankę, nalewa odrobinę soku, a potem rurką wystającą z maszyny dolewa wodę gazowaną. Ciągle pamiętam ten różowy kolor, słodycz na języku i drobinki gazu pękające w ustach. To była rozkosz dla kilkulatki.

Punktem kulminacyjnym wycieczki był fast food tamtych czasów, czyli zapiekanka z ciągnącym się serem i pieczarkami lub gofr z cukrem pudrem, który unosił się jak biała chmura nad moim nosem przy każdym kęsie.

Jak bardzo doceniałam te chwile! Teraz pieczemy gofry prawie w każdy sobotni poranek. Wtedy w domu mieszano kogel-mogel z żółtka lub sklejano biszkopty dżemem. To była prawdziwa rozpusta.

PEWEX (czyli raj dla wybranych)

Z czasów PRL pamiętam jeszcze raj na ziemi, czyli sklepy PEWEX4. Było to miejsce dla wybranych - tylko szczęściarze posiadający bony lub walutę obcą, czyli ówczesna elita, mieli dostęp do tych sklepów.

Można tam było kupić rzeczy absolutnie niedostępne dla zwykłego śmiertelnika: importowane artykuły spożywcze, jak czekolady czy cytrusy, odzież, np. dżinsy, elektronikę, kosmetyki czy alkohol. Te kilka razy, kiedy miałam zaszczyt robić tam zakupy z moją mamą, zapamiętam do końca życia.

Dziewczynka powinna być skromna

Oprócz tych beztroskich mam jeszcze kilka wspomnień, które raczej wolałabym wymazać z pamięci.

Pamiętam, jak podczas jednej z lekcji wychowawczych w szkole podstawowej poproszono mnie o dokonanie samooceny. Jeśli jesteście bliscy mojemu pokoleniu, zapewne pamiętacie, jak na zakończenie każdego semestru uczniowie musieli ocenić siebie i swoich kolegów, a następnie „przyjąć na klatę” oceny innych na swój temat. To niełatwe zadanie dla każdego młodego człowieka, szczególnie w okresie dojrzewania, gdy buduje się swoją tożsamość i jest szczególnie wrażliwy na to, jak jest postrzegany przez innych.

Nie pamiętam dokładnie, co powiedziałam na swój temat. Patrząc na tę dziewczynkę na zdjęciu, z dużą białą kokardą we włosach, myślę, że musiało to być coś pozytywnego. W końcu byłam postrzegana jako grzeczna uczennica, z dumą nosząca na fartuszku odznakę wzorowego ucznia.

W odpowiedzi usłyszałam od wychowawczyni, kobiety, którą bardzo ceniłam i do tej pory darzę ogromnym szacunkiem, że dziewczynka powinna być skromna.

DZIEWCZYNKA POWINNA BYĆ SKROMNA.

DZIEWCZYNKA…

POWINNA…

BYĆ SKROMNA…

Grzeczna dziewczynka

Wracam myślami do małej Ani, wzorowej uczennicy i grzecznej dziewczynki. Grzecznej…, czyli takiej, która nie rzuca się w oczy, nie ma swojego zdania, a nawet jeśli je ma, to na pewno nie okazuje, że tak jest. Grzecznie odpowiadającej na pytania nauczycieli i aprobującej każde ich słowo.

Grzeczne dzieci mojego pokolenia długo żyły w przekonaniu, że tak właśnie powinno być. Pani wychowawczyni również została tak wychowana, więc oczekiwała ode mnie… niewinności, uległości, posłuszeństwa.

Jak długo nosiłam w sobie to przekonanie, bojąc się nie tylko mówić, ale nawet myśleć o sobie dobrze… Przecież nie powinnam być ani próżna, ani zarozumiała. A poczucie własnej wartości, zapytacie? Cóż, w tamtych czasach, w obliczu zmian systemowych, nie postrzegano go ani jako ważnego elementu zdrowia psychicznego, ani tym bardziej rozwoju osobistego.

Emocje to słabość (czyli jak nas uczono nie czuć)

Złość piękności szkodzi, Chłopaki nie płaczą, Dzieci i ryby głosu nie mają – te powiedzenia z pokolenia na pokolenie tłumią gniew. Jest on spychany w najdalsze zakątki duszy, wciskany w ciało, które może początkowo nie zdradza jego obecności, ale pamięta… Oj, wszystko pamięta.

Ja – podobnie jak wielu ludzi z mojego pokolenia, noszę w sobie ciężar przeszłości, który przez lata kształtował moje życie, a może wciąż to robi. Stanie w kącie za karę, klęczenie na grochu, siedzenie w oślej ławce, kary fizyczne w postaci ciągnięcia za ucho czy uderzeń linijką w dłoń były codziennością.

Poniżanie było przyjmowane z zaciśniętymi ustami, bo przecież okazywanie bólu było oznaką wstydu. Tylko bezsilnie zaciśnięte pięści i drżące wargi zdradzały burzę złości, która rozpętywała się w naszych ciałach. Emocje były równoznaczne ze słabością. A kto chciał chodzić z etykietką „mięczak” na plecach?

Odkrywanie uczuć (czyli o tym czego nas nie nauczono)

Wpojono nam przekonanie, że emocje mogą być dobre i złe, a te złe – najlepiej, aby nie były okazywane wcale. Dopiero w trakcie pracy pedagogicznej, a potem wychowywania własnych dzieci, uczyłam się razem z nimi, że unikanie okazywania emocji, jakiekolwiek by one były, jest błędem.

Matka Natura nie na darmo wyposażyła nas w uczucia, żebyśmy odczuwali strach w momencie zagrożenia czy miłość w celu nawiązywania relacji i podtrzymania gatunku. Emocje są wynikiem złożonych procesów biologicznych, psychologicznych i społecznych, stanowiąc integralną część ludzkiego doświadczenia.

Niektóre z nich są lekkie i przyjemne, inne ciężkie i bolesne, ale wszystkie są potrzebne. Dzięki nim możemy w pełni przeżywać życie, zrozumieć siebie i innych, a także reagować na świat wokół nas. Akceptowanie i wyrażanie emocji, nawet tych trudnych, to klucz do pełniejszego i autentycznego życia.

Przełom w rozumieniu inteligencji emocjonalnej, znaczeniu uczuć i ich roli w prawidłowym rozwoju dziecka nastąpił dopiero w latach 90. XX wieku. Ani ówczesna szkoła, ani rodzinny dom nie zajmowały się takimi „głupotami”. Cały system, zarówno polityczny, jak i edukacyjny, kładł nacisk na dyscyplinę. Liczyło się przetrwanie i służba społeczeństwu, a nie rozwijanie inteligencji emocjonalnej czy wsparcie dla rozwoju wewnętrznego dziecka.

Odnajdywanie siebie

Może dlatego przez lata tak trudno było mi odnaleźć własny głos, pragnienia i marzenia. Przekonanie, że musiałam być „grzeczna” i spełniać oczekiwania innych, sprawiało, że przez wiele lat nie tylko ukrywałam swoje prawdziwe ja, ale w ogóle nie wiedziałam, kim tak naprawdę jestem.

Nieumiejętność rozpoznawania i zarządzania własnymi emocjami przejawiała się nawet w dorosłym życiu, powodując problemy z budowaniem relacji interpersonalnych i radzeniem sobie ze stresem. Każde niepowodzenie odczuwałam jako osobistą klęskę, a sukcesy traktowałam jak obowiązek.

Dziś rozumiem, jak ogromny wpływ miało to na moją osobowość i jak dużo pracy kosztowało mnie rozplątanie poplątanego motka uczuć oraz wydzierganie na nowo swojego emocjonalnego wnętrza, nie gubiąc przy tym zbyt wielu oczek i nie myląc rzędów.

Jeśli chcesz – zostaw tu kilka słów, które w sobie teraz nosisz.

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

Rozdział 4

MŁODOŚĆ, NOSOWSKA I WYSOKA WRAŻLIWOŚĆ

O tym, jak przy obiedzie walczyłam z patriarchatem

Lata 80. w Polsce to czas dynamicznych zmian i wyzwań, zarówno politycznych, jak i społecznych. Był to okres stanu wojennego, kryzysu gospodarczego oraz rosnącej opozycji wobec reżimu komunistycznego. Czas protestów i walki o wolność, kiedy to społeczeństwo, mimo represji, coraz odważniej wyrażało swoje niezadowolenie. Wydarzenia te utorowały drogę do przemian, które ostatecznie doprowadziły do upadku komunizmu i odzyskania suwerenności przez Polskę.

Czas buntu

W podstawówce nie buntowałam się. Byłam grzeczna, wzorowa i posłuszna – przynajmniej w szkole. W domu natomiast ostro walczyłam o prawa kobiet i pokonanie patriarchatu a przynajmniej o równouprawnienie.

Każda dyskusja z tatą o równouprawnieniu, tolerancji, niezależnie od rasy, płci czy narodowości, kończyła się moimi nerwami, a często także płaczem. W tamtych czasach nie było wujka Google’a, który podsuwałby natychmiastowe rozwiązania i argumenty. Trzeba było szukać ich w bibliotece, czasopismach i w sobie.

Po latach potrafię spojrzeć na te nasze dyskusje z dystansem, a nawet obrócić w żart. Wtedy jednak walczyłam do ostatniej łzy, a tata wybuchał śmiechem. Była to moja szkoła życia i kształtowania poglądów.

Poczet sztandarowy z kolczykami (czyli forma kontra „pupa”)

Czas zewnętrznego buntu przyszedł w liceum i na studiach. Ciężkie buty, długie ciemne falujące spódnice, włosy obcięte na zapałkę. Chyba tylko moja mama – również nauczycielka – naprawdę wie, ile razy „przynosiłam jej wstyd”.

Czasem wracam pamięcią do apelu szkolnego, podczas którego dumnie stałam przy sztandarze. Zgodnie ze statutem szkoły jako reprezentantka pocztu sztandarowego, byłam ubrana w białą bluzkę, czarną spódnicę, a na dłoniach grzecznie ułożonych na udach w geście „do hymnu” naciągnięte miałam białe rękawiczki. Idealny postkomunistyczny model wzorowej uczennicy.

Z pozoru wszystko zgadzało się z odgórnie narzuconą normą i spełniało społeczne oczekiwania. Jednak coś tu nie do końca pasowało: włosy obcięte na męsko, króciutka grzywka ledwie ujarzmiona wsuwkami i po cztery kolczyki w każdym uchu – ironiczna kontrabanda w tym pozornie idealnym obrazku.

Pamiętasz to napięcie między formą a „pupą” w ujęciu Gombrowicza5? Z jednej strony ułożona do bólu, sztuczna fasada, którą wszyscy chcą widzieć. Z drugiej coś wewnątrz, co nie może się całkowicie podporządkować, co uparcie wyrywa się spod kontroli. Ta „pupa”, choć na pierwszy rzut oka niewidoczna, stale się wyzwala – w geście, w szczególe, w mikroskopijnym akcie oporu.

Można próbować uformować człowieka według wzorców, przyszyć mu białe rękawiczki, ale wystarczy jedno spojrzenie na te wsuwki i kolczyki, by dostrzec absurd tej maskarady. To walka, w której ani forma, ani „pupa” nie wygrywają – obie są na wieczne potykanie się skazane. Przynajmniej według Gombrowicza – i chyba mojej mamy również.

Mimo że nie była dumna z mojego wizerunku, umiała dobrze ukryć swoją dezaprobatę, bo nigdy nie dała mi jej odczuć.

Keith Flint w moim lustrze (czyli historia jednej fryzury)

Chyba że mówimy o tamtym epizodzie, gdy, zainspirowana Kaśką Nosowską, poprosiłam brata, żeby obciął mi włosy.

Nie, mój brat nie jest fryzjerem, ale potrafił obsługiwać maszynkę do włosów. Odważnie poprosiłam go o cięcie na 6 mm. Mama, widząc, co się dzieje, próbowała interweniować, ale niestety, brat zaczął od środka głowy. Kiedy nas przyłapała, byłam już na etapie, w którym wyglądałam jak Keith Flint z Prodigy. Katastrofy nie dało się już zatrzymać, więc nie pozostało nic innego, jak pozwolić mu skończyć dzieło.

Doskonale pamiętam reakcję profesora psychologii na uniwersytecie, który, patrząc na moją nową fryzurę, powiedział, że potrzeba odwagi, aby zdecydować się na coś takiego. Jego słowa były jak balsam dla mojej wtedy wątpiącej duszy, która znajdowała się w epicentrum protestu okresu dojrzewania.

Czy to była odwaga czy głupota?

Zawsze wychodziłam z założenia, że włosy to nie ręka – odrosną, dlatego przez lata poddawałam je licznym eksperymentom. Obcinanie, farbowanie na wszystkie dostępne wtedy kolory, kręcenie, prostowanie, a także karbowanie. Jednak po kilkunastu, góra kilkudziesięciu minutach, włosy wracały do swojej pierwotnej, do bólu prostej formy.

Dwie wersje mnie (czyli kogo zadowalać w życiu)

Jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym, mottem, które towarzyszy mi przez życie (również w sprawie zmiany fryzury), jest: „Wolę żałować, że coś zrobiłam, niż że tego nie zrobiłam”.

Zawsze, gdy staję przed ważnymi decyzjami, wyobrażam sobie siebie na łożu śmierci (teraz za każdym razem dodaję: „daj Boże, staruszkę z długim i pięknym życiem na koncie”) i zastanawiam się, czy ta przyszła ja byłaby zadowolona z tej decyzji, czy raczej by jej żałowała.

Ostatnio natknęłam się na niezwykle trafny cytat, który głosi, że w życiu powinniśmy dążyć do zadowolenia tylko dwóch osób. Ciekawe, czy zgadniesz, o kogo chodzi? Rodziców? Dzieci? A może partnera?

Nie chodzi tu ani o rodziców, ani o dzieci czy partnera. Tylko o siebie: siebie ośmioletnią i siebie osiemdziesięcioletnią.

Od tego momentu, podejmując decyzje, staram się wyobrazić sobie dwie wersje siebie: staruszkę Anię, z życiowym doświadczeniem i mądrością, oraz małą Anię z dużą białą kokardą, pełną dziecięcego entuzjazmu i niewinności. Zadaję im pytanie, co sądzą o moich wyborach. Czy obie moje wersje byłyby ze mnie dumne? Czy może miałyby zastrzeżenia co do moich planów?

W ten sposób staram się ocenić swoje decyzje, biorąc pod uwagę zarówno mądrość wieku, jak i czystość dziecięcej radości, by znaleźć równowagę między tym, co ważne teraz, a tym, co będzie miało znaczenie w przyszłości.

Puzzle bez obrazka (czyli wiara w wyższy plan)

Wiem, że przez takie podejście czasami mieszam w nawigacji mojego losu, ale głęboko wierzę, że gdzieś tam na górze ktoś już dawno rozsypał puzzle mojego życia i tylko ukrył przede mną pudełko z obrazkiem, bym musiała się trochę pomęczyć, dopasowując klocki.

Ufając tej wyższej mądrości, wierzę, że każda decyzja podjęta w zgodzie z głosem mojej duszy jest dla mnie korzystna. Nawet jeśli na początku wydaje się trudna i bolesna, w ostatecznym rozrachunku przynosi zmianę na lepsze.

Wierzę, że moja historia pisze się przeze mnie, niosąc ze sobą głębszy sens i cel, który wciąż jeszcze pozostaje dla mnie tajemnicą. Mimo że czasem czuję się zagubiona, jestem przekonana, że prędzej czy później uda mi się dopasować te ostatnie kawałki w sposób, który był od zawsze zaplanowany.

Nadwrażliwość to mój wróg (czyli cytat na maturze)

Wróćmy jednak do fryzury na Nosowską6. Jak pewnie się domyślacie, w tamtym okresie uwielbiałam ją ponad wszystko. Jej teksty poruszały moje dojrzewające serce tak głęboko, że nie mogłam ich pominąć nawet na maturze. Pisząc wypracowanie na temat „Cierpienie w literaturze”, zacytowałam jej słowa:

Obciąża moją krew

Przemierza żył korytarze

Całego świata jęk

Każda ludzkości obawa

Udeptuję skórę tej

Skąpanej w mroku planety

Z naiwnością, na którą stać

Stać chyba tylko dziecko

Nadwrażliwość to mój wróg

Przerost duszy nad rozumem

W głowę kopcie mnie

Może, może ozdrowieję

Zawsze czułam się trochę inna, nie do końca pasująca, zbyt głęboko przeżywająca. W szkole, w pracy, w związkach. Podczas gdy inni dawno machnęli ręką na problem, ja wciąż go analizowałam i trawiłam.

Dziś wiem, że nie mam wpływu na myśli ani słowa innych – mogę jedynie kontrolować własne reakcje.

Wysoka wrażliwość (czyli mój dar i przekleństwo)

Od kilku lat powtarzam sobie jak mantrę: jeśli na coś nie mam wpływu, to po co tracić czas na zamartwianie się tym? Staram, naprawdę się staram, ale jak już myślę, że odrobiłam tę lekcję, to staję w sytuacji, kiedy życie pokazuje mi, że przede mną jeszcze długa droga, zanim rzeczywiście dojdę w tym do perfekcji.

Dzisiaj już wiem, że należę do kobiet o wysokiej wrażliwości. Zbyt mocne światło, zbyt głośna muzyka, tłum ludzi, a ja czuję się przytłoczona, zagubiona, pozbawiona energii. Znasz to uczucie?

Wysoka wrażliwość to cecha, którą posiada około 15-20% populacji, więc jeśli czytasz moje rozważania, istnieje duża szansa, że również czujesz świat bardziej intensywnie niż inni.

Koncepcja wysokiej wrażliwości została wprowadzona przez amerykańską psycholog Elaine N. Aron,7 która w latach 90. XX wieku przeprowadziła szczegółowe badania na ten temat. Aron jest autorką książki „The Highly Sensitive Person”, w której dogłębnie opisuje tę cechę i jej wpływ na życie osób wysoko wrażliwych.

Określenie „wysoko wrażliwi” odnosi się do osób, których układ nerwowy jest bardziej rozwinięty i wyczulony, co sprawia, że intensywniej reagują na bodźce zewnętrzne i wewnętrzne. Takie osoby żyją głębiej, mocniej odczuwają emocje i są bardziej podatne na stres, ale jednocześnie potrafią czerpać ogromną radość z drobnych, codziennych przyjemności.

Ich zdolność do zauważania niuansów oraz odczuwania życia w pełni, zarówno w jego blaskach, jak i cieniach, sprawia, że przeżywają świat z większą intensywnością i wrażliwością.

Życie przez filtr podkręcający kolory

Chcesz więcej przykładów? Potrafię wzruszyć się do łez nawet przy bajce Disneya, a łzy szczęścia często napływają mi do oczu w najmniej spodziewanych momentach – gdy słucham ulubionej piosenki, oglądam wschód słońca czy słucham czyichś opowieści.

Czasami, rozmawiając z kimś, mam wrażenie, że wyczuwam emocje i nastawienie drugiej osoby, zanim jeszcze otworzy usta. Zwracam uwagę na drobiazgi, które dla większości pozostają niezauważone subtelna zmiana tonu głosu czy minimalna zmarszczka na czyimś czole od razu dają mi sygnał, że coś jest nie tak.

Bywa to cholernie męczące, bo ciągle analizuję te niuanse, ale moja „ułomność” ma w sobie także coś pięknego.

Wysoka wrażliwość pozwala też dostrzegać i doceniać to, co innym może umknąć. Zachwyt nad delikatnością rozkwitającego pączka, kroplą rosy lśniącą na liściu czy ciepłem promieni słonecznych o poranku to moja codzienność.

Być wysoko wrażliwym – to tak, jakby widzieć świat przez filtr podkręcający kolory, dźwięki, smaki i zapachy.

Balans i regeneracja

Ale wysoka wrażliwość to dar, który bywa również wyzwaniem. Długo uczyłam się szukać balansu między przebodźcowaną codziennością a izolacją, która w codziennym funkcjonowaniu rodzinnym i zawodowym jest właściwie niemożliwa.

Dzięki wieloletnim autoeksperymentom wiem już, że powrót do równowagi bywa bolesny, a ceną za przestymulowanie może być kilkudniowa migrena. Dlatego po intensywnych momentach potrzebuję przynajmniej jednego samotnego popołudnia w otoczeniu przyrody, by wyciszyć układ nerwowy.

Las, łąka, plaża czy ścieżka wzdłuż pól to najlepsi sprzymierzeńcy, wspomagający regenerację i umożliwiający powrót do codzienności, która ze wszystkich stron ocieka bodźcami.

Urlop z większą przyjemnością spędzam z dala od tłumów i wielkich miast, najchętniej „napychając się zielenią i ciszą”. Przed snem wybieram lekką komedię zamiast brutalnego horroru. Sporty, które uprawiam, powinny mnie wyciszać, a nie powodować wybuchy kortyzolu i nakręcać.

Joga, która pojawiła się w moim życiu po poronieniu, nauczyła mnie nie tylko elastyczności, ale także oddechu i odnajdywania równowagi między ciałem a duchem.

Nie walczyć, tylko współpracować

Zrozumienie swojej wysokiej wrażliwości i zaakceptowanie jej jako integralnej części siebie było kluczowym momentem w moim życiu. Dziś widzę w niej nie tylko wyzwanie, ale i niezwykły dar, który pozwala mi żyć pełniej i bardziej autentycznie.

Dzięki niej dostrzegam piękno w detalach, głębie w relacjach i wartość w chwili obecnej. Choć czasami zmagam się z przestymulowaniem, wiem, jak dbać o siebie, by wracać do równowagi. Cenię sobie te momenty wyciszenia i kontaktu z naturą, bo to właśnie w nich odnajduję spokój i wewnętrzną harmonię.

Moja wrażliwość, kiedyś postrzegana jako słabość, teraz jest dla mnie źródłem siły i wewnętrznej mądrości.

To podróż, która wciąż trwa, ale nauczyła mnie jednego – nie muszę walczyć ze swoją naturą. Wystarczy, że nauczę się z nią współpracować.

Jeśli chciałabyś sprawdzić, czy Ty lub twoje dziecko jest osobą wysoko wrażliwą, rozwiąż test: https://hsperson.com/test/8. A jeśli chciałabyś poczytać więcej na ten temat, to gorąco polecam książki cudownej psycholożki Kasi Kucewicz9, z którą miałam zaszczyt pracować przez ostatni rok i bez której najprawdopodobniej długo jeszcze dojrzewałabym do napisania tej książki.

Czarownica czy wariatka?

Wracając do wrażliwości… Jeszcze nie tak dawno mogłabym zostać uznana za „wariatkę”, kilka stuleci temu – za czarownicę, a w czasach bliższych współczesności zapewne opisano by to jako zaburzenie lub dysfunkcję.

Kto jest bez winy, niechaj pierwszy rzuci kamień.

Znasz dziś kogoś, kto jest całkowicie i zupełnie normalny?

Zapytasz pewnie, co rozumiem przez „normalność”. Szczerze mówiąc, sądzę, że jej znaczenie jest uzależnione nie tylko od szerokości geograficznej czy społeczności, do której należymy, ale również od czasów, w których żyjemy. W różnych epokach i miejscach „normalność” przybierała różne formy. To, co dziś uznajemy za normę, mogło być w przeszłości dziwaczne, a nawet niebezpieczne. I być może w przyszłości to, co teraz wydaje się oczywiste, stanie się obiektem kontrowersji lub niezrozumienia.

A czym dla ciebie jest normalność?

Kim jestem? (czyli pytania bez odpowiedzi)

Kim jestem? Kim powinnam być? Jakie jest moje przeznaczenie? Czy gdzieś tam czeka na mnie bratnia dusza? Czego pragnie moja dusza? Czy w ogóle mam duszę?

Pełne wątpliwości pytania wieku dojrzewania zalewały mnie falami w czasach studiów, gdy próbowałam odnaleźć swoje miejsce w świecie, sama sobie stawiając wysoko poprzeczkę. Chciałam być dobrą koleżanką, wzorową studentką, idealną córką i wymarzoną dziewczyną. Czułam, że każda z tych ról miała mnie zdefiniować, a ja miałam obowiązek sprostać tym wszystkim oczekiwaniom naraz.

Odpowiedzi na pytania o moje prawdziwe „ja” wydawały się nieosiągalne, schowane gdzieś głęboko pod warstwami wątpliwości i oczekiwań – zarówno moich własnych, jak i tych narzucanych przez otoczenie.

Nie pamiętam, czy ktoś wtedy po prostu powiedział mi: „Bądź sobą”.

Może ktoś rzucił to mimochodem, ale jeśli nawet, to słowa te nie przebiły się przez chaos myśli i emocji, które mną targały. Nikt też chyba nie próbował przekonać mnie o czymś, co dzisiaj wydaje się tak oczywiste:

JESTEŚ JEDYNA, WYJĄTKOWA, NIEPOWTARZALNA.

Dziś te słowa brzmią niemal jak banał, ale w tamtym czasie mogłyby mieć moc zmieniającą życie.

Postkomunistyczna rzeczywistość (czyli kto miał czas na psychologię)

Może chęć usłyszenia, że jestem cudem, to przesada, ale na pewno potrzebowałam wtedy usłyszeć coś, co dodałoby mi otuchy i pewności siebie. Szukałam kogoś, kto pomógłby mi zaakceptować siebie taką, jaką jestem – ze wszystkimi moimi niedoskonałościami, błędami i trudnymi emocjami. Kogoś, kto powiedziałby mi, że nie muszę ciągle starać się być idealna, że mogę sobie odpuścić, że nie muszę nakładać na siebie kolejnych masek, by zasłużyć na akceptację czy miłość.

Tylko kto mógłby mi to powiedzieć w latach 90., w postkomunistycznej Polsce, gdzie 30% społeczeństwa żyło poniżej granicy ubóstwa, a kolejny duży procent egzystował z dnia na dzień, koncentrując się jedynie na przetrwaniu do kolejnej wypłaty?

W świecie, w którym marzenia o samorealizacji i odkrywaniu swojego „ja” często ustępowały miejsca codziennym troskom o podstawowe potrzeby. Zazdrościłam tym nielicznym „bogatym”, którzy mogli sobie pozwolić na kupno zarówno kurtki, jak i zimowych butów z jednej pensji. Dla mnie taki zakup na długo stał się wyznacznikiem sukcesu, czymś niemal nieosiągalnym, a jednak upragnionym celem, do którego przez wiele kolejnych lat dążyłam.

Jednak czy nawet ci, których stać było na luksusowe zakupy, jakimi wówczas była na przykład stojąca na co dzień na stole patera owoców cytrusowych, zastanawiali się nad zasadami wychowania, rozumieniem emocji czy prowadzeniem rozmów z dziećmi? Rozmów, które byłyby głębsze i bardziej złożone niż rutynowe pytanie: „Jak było dziś w szkole?”

I absolutnie nie obwiniam tutaj rodziców z tamtych czasów. Próbuję tylko przedstawić ówczesną rzeczywistość.

Dzieci z kluczami na szyi

Nie były to czasy, kiedy poranne programy telewizji śniadaniowej przeplatały porady psychologiczne z gotowaniem zgodnie z dietą keto. Po pierwsze, niewielu było takich, którzy oglądali coś więcej niż wiadomości o 19:30, a po drugie, telewizja śniadaniowa dopiero zaczynała raczkować w weekendowe poranki.

Mimo całej tej oczywistości i dostępności rad psychologiczno-pedagogicznych wyskakujących z każdego social media, wciąż wielu rodziców zadaje tylko takie pytanie, więc dlaczego obwiniać ówczesnych?

My, dzieci z kluczami na szyi, nie wiedziałyśmy, że mamy prawo oczekiwać czegoś więcej. W postkomunistycznej Polsce nie mówiło się o uczuciach. Uczucia się okazywało. Dach nad głową, ciepły posiłek na stole, do tego półko-tapczan były spełnieniem marzeń według tamtych standardów. I zgodnie z nimi dzieciom powinno to wystarczyć, aby czuły się kochane. No, może tylko jeszcze jakiś ciuch – lepszy na niedzielę i zwykły na co dzień – pod fartuszek szkolny.

Czy chcieliśmy więcej, czy marzyliśmy o czymś innym? Nie bardzo wiedzieliśmy, o czym można jeszcze marzyć. No, może o jakimś fajnym resoraku czy lalce Barbie.

Amerykański sen w polskiej rzeczywistości

Świat mojego dzieciństwa i młodości był bardzo ograniczony. Zawężał się do sąsiedniego osiedla czy najbliższego miasta. Comiesięcznie wyczekiwane czasopisma, takie jak „Bravo”, „Bravo Girl” czy „Dziewczyna”, odsłaniały przed nami kurtynę, za którą skrywał się wielki świat sławnych ludzi.

Teledyski zespołów Backstreet Boys, Spice Girls, New Kids on the Block, a później Britney Spears czy Christiny Aguilery, uzupełnione scenami z kultowych amerykańskich seriali, jak „Beverly Hills 90210” czy „Przyjaciele”, kształtowały tożsamość polskich nastolatek lat 90.

Szaroburość polskiego klimatu, zarówno pogodowego, jak i polityczno-gospodarczego, choć na chwilę przyćmiewała tęcza kolorów amerykańskiego snu.

Rasz, rasz, hari, hari (czyli Paula Abdul fonetycznie)

Jeszcze gdzieś mam zeszyt, w którym z zapałem zapisywałam słowa piosenek Pauli Abdul. Oczywiście zapis był fonetyczny, bo dopiero zaczynałam marzyć o nauce języka angielskiego.

Rasz, rasz, hari, hari, lawer, kam tu mi, rasz, rasz, aj łona si, aj łona si ja get fri łif mi, rasz, rasz, aj ken fil it, aj ken fil ju ol tru mi, rasz, rasz, oł łot ju did tu mi…

Rush, rush

Hurry, hurry lover come to me

Rush, rush

I wanna see

I wanna see ya get free with me

Rush, rush

I can feel it

I can feel you all through me

Rush, rush

Ooh what you do to me

Pamiętam siebie z zapałem śpiewającą do szczotki do nakręcania włosów. Nic wtedy nie miało znaczenia – ani brak luksusów, ani codzienne troski. Wystarczyło zamknąć oczy i na chwilę przenieść się na scenę z dala od szaroburej rzeczywistości.

Czasem zadaję sobie pytanie, czy brak pieniędzy, małe mieszkanie w bloku i ogólna surowość polskiej rzeczywistości tamtych czasów zubożyły nas, czy może wzbogaciły?

Podróż, nie cel

Dziś rozumiem, że każda z tych rzeczy, które wydawały się wówczas nieosiągalne, była częścią mojego osobistego procesu odkrywania siebie. Odpowiedzi na pytania o to, kim jestem i kim powinnam być, nie przyszły z dnia na dzień. Wymagały czasu, refleksji i doświadczeń.

Teraz wiem, że nie ma jednej uniwersalnej odpowiedzi na te pytania. To, co jest naprawdę ważne, to ciągłe poszukiwanie własnej ścieżki, słuchanie siebie i odkrywanie, co naprawdę sprawia, że czuję się spełniona i szczęśliwa. I choć nadal zadaję sobie te pytania, nauczyłam się, że najważniejsza jest podróż, a nie tylko jej cel.

Może prawdziwe zrozumienie siebie i innych nie polega na materialnych dobrach, lecz na umiejętności odkrywania i pielęgnowania tego, co wewnętrzne. To, co najważniejsze, nie zawsze jest widoczne na powierzchni. Wewnętrzny świat, który tworzymy, kształtuje nasze życie i daje sens naszym działaniom.

Cyganka na rynku (czyli wróżba, która się nie odbyła)

Ponad dwadzieścia lat temu, na rynku w Szczecinie, cyganka obiecała mi wróżbę z ręki. Niestety albo stety, całe wydarzenie zakończyło się moim krzykiem, który rozbrzmiał na pół miasta i udaremnił kradzież zawartości mojego portfela.

Wprawdzie w czasach studenckich mój portfel rzadko był pełny, mimo że dostawałam stypendium za dobre wyniki w nauce i dorabiałam korepetycjami, odkąd pamiętam.

Tego dnia w portfelu miałam pieniądze, które były przeznaczone na ratę za kurs w szkole jazdy. Nie mogłam sobie pozwolić na żadne czary mary, które mogłyby sprawić, że znikną.

Chociaż z perspektywy czasu zastanawiam się, czy ta kobieta rzeczywiście potrafiłaby przewidzieć wszystko, na spotkanie czego czekałam w życiu. Może nawet najlepsza wróżka miałaby z tym trudności, bo czasami, patrząc wstecz, sama się dziwię, że to nie tragikomedia czy harlequin, lecz najprawdziwsza rzeczywistość.

Jeśli chcesz – zostaw tu kilka słów, które w sobie teraz nosisz.

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………………………..

Rozdział 5

MAŁŻEŃSTWO BEZ HAPPY ENDU

Pierwszy i ostatni (czyli 20 lat w związku, który nie miał szansy przetrwać)

Jak już wiesz, w tle mojej młodości zawsze grała muzyka zespołu „Hey” z Kasią Nosowską na czele. Słuchając ich „Listu”, wchodziłam w pierwsze zauroczenie. Zauroczenie, które przerodziło się w zakochanie, siedmioletni „związek” i trzynastoletnie małżeństwo.

I proszę, nie zrzucajmy jego końca na barki pechowej trzynastki.

Skok na główkę w nieznaną głębię