Pod kanadyjskim niebem. Tom 2 - Małgorzata Kasprzyk - ebook + książka
NOWOŚĆ

Pod kanadyjskim niebem. Tom 2 ebook

Kasprzyk Małgorzata

4,5

123 osoby interesują się tą książką

Opis

Robert McKinley, syn Trevora i Barbary, wyrasta na niepokornego młodzieńca. Angażuje się w protesty kanadyjskich truckersów, w efekcie czego zostaje tymczasowo aresztowany i… porzucony przez swoją dziewczynę. Rodzice dochodzą do wniosku, że pobyt u rodziny w Polsce pomoże mu odzyskać równowagę psychiczną po tych przeżyciach.

 

W samolocie Robert poznaje Betty – Kanadyjkę polskiego pochodzenia mieszkającą w Toronto. Barbara jest zachwycona nową miłością syna i przekonana, że tym razem trafił na dziewczynę, która go zrozumie. O wiele mniej zachwycony jest Trevor, który od początku traktuje Betty dość nieufnie, jakby miał przeczucie, że ta ekscentryczna piękność spowoduje zamieszanie w życiu ukochanego jedynaka. Nawet on będzie jednak zaskoczony dramatycznymi wydarzeniami, które wkrótce nastąpią.

 

Czy nad rodziną McKinleyów ciąży fatum, które powoduje, że jej członkowie nie potrafią w prosty sposób ułożyć sobie życia?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 244

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (4 oceny)
3
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
halinakonopka

Całkiem niezła

Słabsza niż częðć pierwsza
00
Barbarka75

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00



Copyright © by Małgorzata KasprzykCopyright © by Wydawnictwo WasPos, 2026All rights reservedWszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

Redakcja: Kinga Szelest

Korekta: Aneta Krajewska

Projekt okładki: Adam Buzek

Zdjęcie na 2 stronie: Pixabay

Zdjęcie na 6 stronie: Image by Joe from Pixabay

Ilustracje wewnątrz książki: pngtree.com

Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]

Wydanie I – elektroniczne

Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie

E-book zgodny z dyrektywą o dostępności cyfrowej WCAG 2.2

ISBN 978-83-8290-931-9

Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]

WSTĘP

Toronto przez wiele lat było w Kanadzie na drugim miejscu. Najbardziej znanym i bogatym miastem był Montreal, w którym mieściła się większość wielkich firm i koncernów. Prowincjonalne Toronto nie tylko nie mogło z nim rywalizować, lecz także w pewnym momencie stanęło wobec groźby bycia na trzecim miejscu. Perspektywa powrotu Hongkongu do Chin skłoniła bowiem wielu tamtejszych milionerów do szukania nowego miejsca, w którym mogliby się osiedlić. Jednym z ich ulubionych miast stało się położone na zachodnim wybrzeżu Kanady Vancouver, zyskując tym samym prestiż i bogactwo.

Przed spadkiem na trzecie miejsce uchroniło Toronto zaślepienie separatystów z Quebecu, którzy zapragnęli oderwania tej prowincji od Kanady i uczynienia jej niepodległym państwem. Podkreślali, że to francuska prowincja, która nie potrzebuje angielskojęzycznych mieszkańców ani ich pieniędzy.

Ci ostatni nie mieli zamiaru czekać na wyniki referendum w tej sprawie – szybko przenieśli się na zachód, wyprowadzając z Montrealu swoje firmy i kapitał, a ich pierwszym wyborem stało się położone „po sąsiedzku” Toronto.

I chociaż mieszkańcy Quebecu ostatecznie opowiedzieli się w referendum za pozostaniem przy Kanadzie, montrealscy bogacze nie wrócili już do swego miasta. Pozostali w Toronto, które dzięki napływowi kapitału, zaczęło się rozwijać w niespotykanym dotąd tempie. Wkrótce stało się tak znane, że wielu cudzoziemców uważa je obecnie za stolicę Kanady.

Przybywający do miasta zamożni biznesmeni najbardziej pragnęli zamieszkać w Forest Hill – położonej na północ od centrum dzielnicy luksusowych rezydencji. Pod koniec dwudziestego wieku ceny nieruchomości osiągnęły tam zawrotny poziom.

BETTY

– Tato, wytłumacz mi to jeszcze raz.

Elisabeth Morton, zwana w domu Betty, patrzyła na ojca tak, jakby go widziała po raz pierwszy w życiu.

– Kochanie, sprawa zasadniczo jest prosta. Na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej zostanie za dwa tygodnie odsłonięta tablica pamiątkowa ku czci sławnych architektów przedwojennej Warszawy. Będzie wśród nich nasz przodek. Dostaliśmy zaproszenie na tę uroczystość wraz z pytaniem, czy przedstawiciel rodziny zgodziłby się zabrać głos. Wiesz, wygłosić krótkie przemówienie, podziękować… To wielkie wyróżnienie, więc uznaliśmy, że ktoś powinien pojechać.

– Ale dlaczego akurat ja?

Gerald Morton poczuł się skrępowany tym pytaniem. Spuścił wzrok i odpowiedział cicho.

– Bo tylko ty potrafisz mówić po polsku.

Betty poderwała się z krzesła i obrzuciła go oburzonym spojrzeniem.

– Chcesz powiedzieć, że mam pojechać do Warszawy i podczas uroczystości na politechnice wygłosić przemówienie… po polsku?

– Dobrze by było – wymamrotał w odpowiedzi.

– Chyba zupełnie zwariowałeś! Przecież ja z nikim nie rozmawiałam w tym języku od śmierci babci!

Jej ojciec nagle odzyskał rezon.

– Kochanie, nikt nie będzie od ciebie oczekiwał fachowej przemowy – zapewnił ją. – Po prostu powiesz, jak bardzo się cieszysz, że uczelnia zdecydowała się uhonorować twojego pradziadka.

– Tato…

– Jeśli chcesz, napiszemy ci to po angielsku, a ty tylko przetłumaczysz. Ważne, abyś podkreśliła, że mówisz w imieniu rodziny z Kanady, która kontynuuje tutaj tradycje swojego przodka.

– Kpisz sobie ze mnie? A co powiem, jak zapytają mnie, czym się zajmuję? Przyznam, że nie skończyłam studiów i pracuję jako modelka?

Przez chwilę ojciec i córka mierzyli się wrogimi spojrzeniami – ona była wściekła, ponieważ miała wrażenie, że rodzina chce ją wrobić w ten wyjazd, a on był na nią zły, ponieważ stawiała opór.

– No dobrze, kwestię kontynuowania tradycji możesz sobie darować – skapitulował w końcu. – Skoncentrujesz się na naszej wdzięczności.

Betty wcale się nie ucieszyła z tego połowicznego sukcesu.

– W dalszym ciągu uważam ten pomysł za głupi – powiedziała stanowczo. – Wyszłam już z wprawy, jeśli chodzi o polski. Jeszcze się pomylę albo powiem coś innego, niż zamierzałam…

Gerald Morton lekceważąco machnął ręką.

– Przecież od ciebie trudno wymagać perfekcyjnej polszczyzny – odparł równie stanowczo. – Na pewno wszyscy będą zachwyceni, że w ogóle potrafisz coś powiedzieć. Poza tym do wyjazdu jest jeszcze trochę czasu. Możesz obejrzeć sobie w Internecie jakieś polskie filmy albo poczytać książki, które zostały po babci. Dzięki temu nabierzesz pewności siebie.

– Akurat!

W tym momencie Gerald uznał, że powinien zmienić ton.

– Betty, przemyśl to spokojnie – poprosił. – Cała rodzina na ciebie liczy.

Niestety córka od razu przejrzała jego grę.

– Nie próbuj mnie brać pod włos – zastrzegła.

– Mówię prawdę…

– Dobrze, zastanowię się, ale niczego nie obiecuję.

Znowu zmierzyli się spojrzeniami, ale tym razem tylko w jej oczach migotały gniewne iskry – on czuł, że najgorszą bitwę ma już za sobą. Oczywiście będzie musiał jeszcze popracować nad krnąbrną córką, obiecać jej pokrycie kosztów podróży i wynajęcie luksusowego hotelu w Warszawie, ale może w końcu zdoła ją urobić…

Nie próbował jednak zatrzymywać Betty, która zdecydowanym krokiem opuściła salon i poszła do swojego pokoju. Zamknęła za sobą drzwi, po czym rzuciła się na łóżko i pogrążyła w zadumie.

Przed prawie stu laty jej pradziadek, Witold Grudziński, należał do grona architektów projektujących budynki, które miały uczynić Warszawę nowoczesną europejską stolicą. Dzięki temu stał się na tyle znany, że otrzymał propozycję pracy na uniwersytecie w Toronto. Przez dłuższy czas się wahał, lecz sytuacja polityczna na Starym Kontynencie ostatecznie skłoniła go do emigracji. W początkach lipca tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku przybył do Kanady wraz z żoną Haliną i córką Elżbietą. Dwa miesiące później w Europie wybuchła wojna.

Elżbieta Grudzińska poślubiła w Toronto Williama Mortona, który wychodził z założenia, że powinna zapomnieć o swoich korzeniach – skoro po wojnie władzę w Polsce przejęli komuniści, nie było już sensu rozmyślać o powrocie do tego kraju. Żona z bólem serca się z nim zgodziła i w rezultacie ich synowie: John, stryj Betty, oraz Gerald, jej ojciec, nawet nie opanowali języka matki. Zostali wychowani na Kanadyjczyków i nimi się czuli. Wiedzieli wprawdzie, że jej rodzina pochodziła z Polski, ale nie robiło to na nich większego wrażenia – przecież każda rodzina przybyła do Ameryki z jakiegoś kraju…

Dopiero ona – „mała Betty”, jak nazywała ją babcia – przypadkowo zainteresowała się tym językiem. Kiedy miała pięć lat, poważnie zachorowała. Nie sypiała po nocach z powodu gorączki, a wtedy babcia śpiewała jej zapamiętane z dzieciństwa kołysanki. Betty zachwyciła się nimi i powiedziała, że gdy wyzdrowieje, nauczy się mówić po polsku. Szło jej bardzo dobrze, traktowała to jednak jak zabawę – niewiele wiedziała o historii czy kulturze kraju swoich przodków. Po prostu cieszyła się, że gdy rozmawia z babcią, nikt nic nie rozumie, a jej brat i kuzyn są trochę zazdrośni.

Nie oznaczało to wcale, że czuła się teraz na siłach, by sprostać prośbie ojca. Owszem, mogłaby pojechać do Warszawy, ale tylko turystycznie. Miałaby wówczas okazję zobaczyć miejsca, które babcia kojarzyła z dzieciństwa i o których jej opowiadała. Natomiast myśl o przemawianiu w sali pełnej pracowników naukowych politechniki budziła w niej strach. Czuła, że w krytycznej chwili ogarnie ją trema i nie będzie w stanie nic z siebie wykrztusić – nawet po angielsku…

Chcąc mieć dodatkowy argument w kolejnej rozmowie z ojcem, sięgnęła po laptop i zaczęła szukać polskiego filmu, który mogłaby obejrzeć. Była pewna, że niewiele z niego zrozumie. Trafiła na komedię romantyczną Miłość na wybiegu, która ją zainteresowała, ponieważ z opisu wynikało, że główna bohaterka pracuje jako modelka – tak jak ona. Zaczęła zatem oglądać i… wciągnęła się do tego stopnia, że zapomniała o trudnościach językowych. Nie były one zresztą zbyt wielkie. Ku swemu zdumieniu zrozumiała większość dialogów, a resztę po prostu skojarzyła – być może ze względu na oczywisty kontekst. Postanowiła jednak nie przyznawać się do tego ojcu. Z westchnieniem zamknęła laptop i ruszyła do biblioteki, aby obejrzeć książki, które zostały po babci.

Tym razem sprawa okazała się bardziej skomplikowana. Betty przejrzała wszystkie półki, ale nie dostrzegła nic opublikowanego po polsku. Już miała się poddać, gdy przypomniała sobie, że podczas ostatnich porządków jej matka schowała część starych książek do dolnej szuflady biurka, chcąc wygospodarować miejsce na nowości.

Zajrzała więc tam i znalazła je od razu.

Nie nabrała jednak chęci na lekturę – pożółkłe kartki pokryte drobnym drukiem wcale nie zachęcały do czytania. Zaczęła je zatem wkładać z powrotem do szuflady, gdy nagle coś dziwnego przykuło jej uwagę: jedna z okładek nie miała tytułu. Wtedy Betty odruchowo zerknęła do środka i przekonała się, że kartki tej dziwnej książki nie są pokryte drukiem, tylko wyraźnym odręcznym pismem. Zaczęła czytać.

Nie pojmuję, dlaczego jesień nazywają tutaj indiańskim latem. Wprawdzie ma to logiczne uzasadnienie, gdyż o tej porze roku wszystkie liście na drzewach nabierają ognistej barwy, ale dla mnie mimo wszystko pozostaje niezrozumiałe. Przecież jesień to jesień! Poza tym i tak wolałabym polską. Pamiętam jeszcze żółte liście w Łazienkach, które zbierałam, gdy chodziłam tam z mamą na spacery…

Betty omal nie upuściła książki z wrażenia. Zrozumiała, że trzyma w ręku pamiętnik babci, o którego istnieniu nikt z rodziny nie miał pojęcia. W tym momencie zapomniała o prośbie ojca, o planowanym wyjeździe do Warszawy i o uroczystości na politechnice. Czuła tylko, że musi go przeczytać…

***

Rodzina szybko zauważyła, że Betty jest często pogrążona w lekturze.

– Jednak znalazłaś coś do czytania wśród książek babci? – zagadnął ojciec któregoś dnia przy śniadaniu.

– Tak – odparła krótko. Nie miała najmniejszego zamiaru wprowadzać go w szczegóły swojego odkrycia.

– To świetnie – oświadczył. – Mam nadzieję, że teraz nabierzesz ochoty na wyjazd.

Na wszelki wypadek nie dodał nic więcej – czuł, że nie powinien przesadzać. Jego córka miała bowiem w genach skłonność do buntu, którą już raz objawiła, uciekając z Toronto do Nowego Jorku, aby zostać modelką. Od tamtej pory ojciec starał się zachowywać ostrożność w kontakcie z nią, gdyż nie chciał całkiem zrywać więzi rodzinnych. Pozwolił zatem, by spokojnie dokończyła śniadanie, i nie wspominał więcej o wyjeździe do Warszawy.

Po posiłku Betty wróciła do swojego pokoju, wyciągnęła z szuflady pamiętnik babci i ponownie pogrążyła się w lekturze.

Czasami zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym nie przyjechała z rodzicami do Kanady.Mama nie lubi, gdy o tym mówię, i często przypomina mi, że moglibyśmy po prostu nie przeżyć wojny, gdybyśmy zostali w Polsce. Nie lubi też, gdy pytam o Warszawę.

– Tego miasta już nie ma – powtarza zawsze. – Niemcy je zburzyli po powstaniu. Została tylko kupa gruzów.

Ta wiadomość do mnie nie dociera. Jak to możliwe, że miasto, w którym się urodziłam, przestało istnieć? Czy jakikolwiek naród mógł dopuścić się podobnego bestialstwa? W dodatku zupełnie bezcelowego? Przecież powstanie zostało stłumione, więc nie było konieczności niszczenia wszystkiego wokół!

Do Betty dopiero w tej chwili dotarło, że ona sama prawie nic nie wie o historii Warszawy. Owszem, słyszała o wojnie i przegranym powstaniu, ale nie miała pojęcia, z jakimi tragicznymi skutkami dla miasta te wydarzenia się wiązały. Zostało całkowicie zburzone…?

W głębi duszy przyznała babci rację – to było istne bestialstwo ze strony okupanta. Odbudowa Warszawy musiała potem trwać latami… Postanowiła poczytać na ten temat w Internecie, by dowiedzieć się czegoś więcej, a tymczasem wróciła do przerwanej lektury.

Mimo najszczerszych chęci nie potrafię poczuć się w Kanadzie jak u siebie. Wciąż mam wrażenie, że jesteśmy tu obcy. Zwłaszcza Toronto wydaje mi się konserwatywnym miastem, w którym liczą się tylko dwie rzeczy: pochodzenie i pieniądze. Ci, którzy mieszkają tu od pokoleń, patrzą z góry na nowo przybyłych, a ci, którzy się dorobili, traktują lekceważąco tych, którym się nie udało. Tak bardzo chciałabym się stąd wyrwać, na przykład pojechać do Nowego Jorku i sprawdzić, czy jest inny. Niestety mama mówi, że nas na to nie stać…

Betty z wrażenia aż upuściła pamiętnik. Ona też nie przepadała za Toronto, więc po ukończeniu szkoły uciekła do Nowego Jorku i zaczęła pracować jako modelka. Tam czuła się znacznie lepiej, więc prawie zerwała kontakt z rodziną, która usilnie namawiała ją do powrotu. W każdej rozmowie telefonicznej zapewniała ojca, że świetnie sobie radzi i nie potrzebuje wsparcia finansowego. Dopiero przypadkowe złamanie nogi, sprawiło, że na czas rekonwalescencji wróciła w domowe pielesze i kurowała się wśród bliskich.

Natomiast jej babcia nie miała takich możliwości, być może dlatego, że żyła w innej epoce. Musiała czekać prawie rok na ten upragniony wyjazd.

W końcu wybrała się do Nowego Jorku ze swoją szkolną koleżanką, Amy Stuart, oraz jej matką. One miały rodzinę w tym mieście i zabrały Elżbietę ze sobą, kiedy jechały w odwiedziny.

Betty z przyjemnością czytała opisy jej wrażeń. Babcia zaliczyła oczywiście wszystkie atrakcje turystyczne: Empire State Building, Manhattan, Central Park… Przy swoich towarzyszkach czuła się trochę jak uboga krewna, ponieważ nie mogła pozwolić sobie na żadne zakupowe szaleństwo, lecz nie robiła z tego wielkiego problemu. Miała bowiem w planie podróży jeden punkt, o którym nie powiedziała nikomu. Postanowiła przystąpić do jego realizacji pewnego popołudnia, gdy Amy i jej matka poszły na wczesne przedstawienie do teatru. Sama wymówiła się wówczas bólem głowy, a kilka minut po nich… też wyszła i złapała taksówkę.

Wiedziałam, że nie powinnam w ten sposób marnować pieniędzy, ale nie miałam wyjścia – bałam się, że przy korzystaniu z komunikacji miejskiej mogę zabłądzić. Nie znałam przecież Nowego Jorku na tyle dobrze, aby samodzielnie się po nim poruszać. Tymczasem taksówkarz od razu zawiózł mnie pod wskazany adres. Nie mogłam mieć co do tego wątpliwości, gdyż napis na tablicy zdobiącej drzwi budynku informował przechodniów, że znajdują się pod Konsulatem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Kiedy go zobaczyłam, serce zaczęło mi bić przyspieszonym rytmem. Powtórzyłam jeszcze raz w myślach przygotowaną rolę, po czym weszłam do środka.

– W czym możemy pomóc? – zapytała uprzejmie kobieta w okienku, całkiem niezłą angielszczyzną.

– Dzień dobry pani – odparłam równie uprzejmie. – Ja mam takie hobby: zbieram gazety z różnych krajów. Kiedy przechodziłam i zobaczyłam, że tu mieści się konsulat, postanowiłam wejść. Czy mogłaby mi pani dać jakąś polską gazetę do kolekcji? Nie ma znaczenia jaką, bo ja i tak nic z niej nie zrozumiem…

Tamtego dnia ubrałam się pięknie i skropiłam perfumami pożyczonymi od Amy. Poza tym mówiłam bez śladu obcego akcentu, więc nie było siły, aby ta kobieta zwietrzyła podstęp. Wyglądałam na słodką amerykańską idiotkę i dla podtrzymania tego wrażenia trzepotałam niewinnie rzęsami. Mimo to musiałam ją zaskoczyć, ponieważ przez dłuższą chwilę się nie odzywała.

– Zaczekaj tutaj – powiedziała w końcu.

Po kilku minutach wróciła i podała mi gazetę.

– Proszę, tę możesz sobie wziąć – oznajmiła.

– Dziękuję pani bardzo!

Kiedy wyszłam na zewnątrz, potrzebowałam trochę czasu, by uspokoić swoje szalejące serce. Nie zaczęłam od razu czytać gazety w obawie, by ktoś z konsulatu tego nie zauważył. Znów złapałam taksówkę i wróciłam do hotelu. Dopiero w pokoju odważyłam się na nią spojrzeć i zamarłam, gdy zobaczyłam tytuł: „Życie Warszawy”…

Przez chwilę nie widziałam nawet tekstu, gdyż pokój zawirował mi przed oczami. Opadłam na krzesło i czekałam, aż to niesamowite wrażenie minie. Dopiero gdy poczułam się lepiej, ponownie spojrzałam na pierwszą stronę: było na niej zdjęcie osiedla mieszkaniowego. Składało się ono z prostych, czteropiętrowych budynków przypominających wielkie klocki. W tle było jeszcze widać plac zabaw dla dzieci, zaś napis pod zdjęciem głosił: „CAŁY NARÓD BUDUJE SWOJĄ STOLICĘ”.

Kiedy Betty przeczytała ten fragment, poczuła się niezręcznie. Jaka ironia losu! Babcia tak tęskniła za Warszawą i tak bardzo chciała do niej wrócić, lecz nie mogła, natomiast ona może tam pojechać, ale nie chce. Co z niej za wnuczka? Chyba powinna jeszcze raz przemyśleć swoją decyzję…

***

Kiedy oznajmiła, że jest gotowa pojechać do Warszawy, w rodzinie zapanowało ogromne zadowolenie. Wszyscy ją ściskali i zapewniali, jak bardzo się cieszą z tej decyzji. Ich zachowanie początkowo wydawało jej się dziwne: nie rozumiała, z czego robią takie wielkie halo, skoro każdy mógł tam pojechać i przemówić po angielsku – i tak zostałby zrozumiany. Dopiero po pewnym czasie dotarło do niej, że oni się po prostu wstydzą swojej nieznajomości polskiego, dlatego od początku naciskali, aby wzięła tę sprawę na siebie. Przemówienie, które dla niej przygotowali, dowodziło również, że nie do końca wierzą w jej umiejętności – było bardzo proste i w gruncie rzeczy sprowadzało się do podziękowań.

– Chyba dasz radę przełożyć to na polski? – zapytał ojciec.

– Tak, już się wciągnęłam w ten język, bo ostatnio dużo czytam – odparła spokojnie.

– To świetnie!

Oczywiście nikt nie podejrzewał Betty o czytanie pamiętnika babci. Wszyscy myśleli, że znalazła ciekawą książkę, a ona nie wyprowadzała ich z błędu. Dzięki temu znów czuła się jak w dzieciństwie: miała wrażenie, że rozmawia z babcią, a żaden członek rodziny tego nie rozumie.

Teraz, gdy już podjęła decyzję, czytywała też inne rzeczy: informacje o Warszawie, opisy zabytków i wiadomości z Polski. Jednak najbardziej pochłaniała ją lektura pamiętnika, gdyż doszła do ciekawego okresu: babcia skończyła szkołę i po raz pierwszy się zakochała.

Odkąd spotykam się z Andrew, nawet polubiłam Toronto, które przez tyle lat wydawało mi się nieprzyjemnym miastem. Dzisiaj na przykład odbyliśmy razem długi spacer po High Parku, podczas którego szczerze zachwycałam się wszystkim wokół. Potem poszliśmy do kawiarni na gorącą czekoladę, gdyż zrobiło się chłodno. Kiedy czekaliśmy na przyniesienie napoju, Andrew gładził moją rękę i powtarzał, że bardzo mnie kocha. Słuchając tego, czułam się najszczęśliwszą dziewczyną w Kanadzie. Serce biło mi mocno, policzki oblewały rumieńce, a ciało ogarniało dziwne poczucie nieważkości: miałam wrażenie, że unoszę się nad ziemią!Gdy kelnerka w końcu przyniosła czekoladę, byłam już całkiem rozgrzana – w sumie żałowałam, że nie zamówiłam mrożonej!

Potem Andrew odprowadził mnie do domu, a na pożegnanie po raz pierwszy pocałował. To było niesamowite doznanie! Czułam ciepło jego ciała, zapach skóry, miękkość włosów, w które wsunęłam rękę, no i oczywiście smak ust, łączących się z moimi najpierw delikatnie, a potem coraz mocniej… Nie wiem, ile czasu to wszystko trwało. Myślałam, że wieki całe, ale chyba nie, skoro zdążyłam na kolację. Niestety nie miałam ochoty na jedzenie ani później na spanie – przez całą noc nie zmrużyłam oka, wspominając te cudowne chwile i marząc o kolejnym spotkaniu.

Oczywiście Betty czytałaby miłosne wynurzenia babci z większą przyjemnością, gdyby nie pewien drobiazg: jej dziadek miał na imię William. Należało zatem domniemywać, że tajemniczy Andrew nie okazał się godny uczucia, którym go obdarzyła. To właśnie ciekawość dotycząca jego postępowania pchała Betty do dalszej lektury. Dlaczego nie ożenił się z babcią, skoro tak gorąco zapewniał ją o miłości…? Prawda okazała się banalna.

Po powrocie z przyjęcia nadal czułam niepokój. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że Amy podrywa mojego chłopaka, a jednocześnie nie mogłam w to uwierzyć. Przez tyle lat byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami! Razem chodziłyśmy do szkoły, razem uczyłyśmy się do egzaminów i razem pojechałyśmy na tę wycieczkę do Nowego Jorku, podczas której dowiedziałam się, że moja ukochana Warszawa nie jest już kupą gruzów, tylko zupełnie nowym miastem. Dlaczego zatem teraz miałaby mi zrobić takie świństwo? Przecież nie brakuje jej wielbicieli, nawet przystojniejszych i bardziej interesujących od niego. Tak twierdzi moja mama, bo dla mnie Andrew jest tym naj… Rozumiem jednak, że z obiektywnego punktu widzenia ma rację, i stanowi to dla mnie pewne pocieszenie. Sądzę, że Amy jednak nie zainteresuje się nim poważnie.

Betty przerwała na chwilę czytanie, gdyż przyszło jej do głowy, że babcia była bardzo naiwna. Nie pomyślała, że wchodzi tu w grę zwykła rywalizacja? Naprawdę liczyła na kobiecą solidarność? Jeśli tak było, to szybko musiała porzucić złudzenia…

Nie spałam dziś całą noc. Ciągle płakałam, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Mama pocieszała mnie, mówiąc, że w gruncie rzeczy chodzi o sprawy materialne, a nie o miłość. Amy ma przecież bardzo bogatego wuja, który jest starym kawalerem. Nie ulega wątpliwości, że zostawi majątek jej matce jako swojej najbliższej krewnej. W rezultacie ona sama też w przyszłości będzie bogata. To daje jej zdecydowaną przewagę nade mną. Ja nie mam w Kanadzie żadnej rodziny, ani bogatej, ani biednej, więc nic po nikim nie odziedziczę. Zapewne dlatego Andrew wybrał ją.

To wszystko nie jest jednak w stanie mnie pocieszyć. Wciąż pamiętam jego zapewnienia o gorącym uczuciu – wydawały się takie szczere! Wciąż czuję na swoich ustach jego pocałunki, które były takie gorące! Czy to możliwe, żeby odszedł do innej? Nie mogę w to uwierzyć. Chwilami ulegam złudzeniu, że po prostu dręczy mnie koszmar, z którego niebawem się obudzę, i powiem żartem: „Wiesz, śniło mi się, że bierzesz ślub z Amy…”.

Betty westchnęła i zamknęła pamiętnik babci.

Termin wyjazdu do Warszawy zbliżał się coraz bardziej, więc musiała wreszcie wziąć się do pakowania. W jej pokoju stały już dwie duże walizki, które należało wypełnić odpowiednimi ubraniami: eleganckimi na planowaną uroczystość i wygodnymi na zwiedzanie miasta. Wstała zatem i otworzyła szafę. Kiedy rozpoczęła przegląd swojej garderoby, pomyślała jeszcze, że to nie mogło się udać – babcia była romantyczną Polką, Andrew zaś typowym amerykańskim materialistą: gdy przyszło co do czego, okazało się, że najbardziej na świecie kocha pieniądze…

***

Betty nie cierpiała długich lotów. Była w stanie wytrzymać podróż do Meksyku lub na Karaiby, lecz na myśl o wyprawie do Europy lub, co gorsza, do Azji otrząsała się z niechęcią. Teraz jednak dopisywał jej humor. Wiedziała, że nie będzie się nudzić, ponieważ w bagażu podręcznym umieściła pamiętnik babci, którego lektura miała umilić jej czas spędzony w samolocie. Czytając go, nie tylko wracała do przeszłości, lecz także czuła dziwną więź ze swoją poprzedniczką – pierwszą Elisabeth Morton. Wprawdzie babcia wolała polską wersję swojego imienia, ale jej znajomi preferowali angielską…

Niestety chwilowo wspomnienia, które czytała Betty, były przepełnione smutkiem. Przez długie miesiące po tym, jak Amy i Andrew wzięli ślub, babcia nie mogła dojść do siebie. Nazywała tych dwoje „parą zdrajców” i wyraźnie sygnalizowała swoją gorycz. Ku zaskoczeniu wnuczki pałała też żądzą zemsty.

Czasami chciałabym coś zrobić, aby oboje cierpieli tak jak ja. Pragnęłabym, aby żałowali swojej decyzji i byli razem nieszczęśliwi. Wiem, że to okropne, ale nie mogę się powstrzymać. Tyle łez przez nich wylałam! Tymczasem oni wyjechali w podróż poślubną do Acapulco i podobno świetnie się bawili. Po powrocie kupili dom, który Amy urządziła, nie żałując pieniędzy. Oczywiście wszystko nabyła na kredyt, ale liczy, że szybko go spłaci. Ma powody, żeby tak myśleć: jej wujek, Martin Capwell, jest poważnie chory, a lekarze dają mu najwyżej kilka tygodni życia. To ekscentryczny stary kawaler, który mieszka w Forest Hill. Podobno dorobił się na handlu. Słyszałam, że przez całe życie cierpiał na dziwną fobię: bał się kobiet i zawsze ich unikał. Jego najbliższą krewną jest matką Amy, więc to ona odziedziczy cały majątek. W rezultacie ta para zdrajców będzie sobie teraz wygodnie żyć.

Chyba najbardziej bolesna jest świadomość, że nie mogę nic zrobić, aby im dokuczyć. Jako uboga emigrantka w obcym kraju muszę po prostu pogodzić się z losem. Oczywiście wolałabym się zemścić, ale cóż… Zemsta jest rozkoszą bogów, a dla zwykłych śmiertelników bywa niedostępna.

W tym momencie Betty usłyszała pytanie.

– Wołowina, kurczak czy ryba?

– Kurczak – odparła.

Czerwonego mięsa nie jadała w ogóle, a ryby wolała nie ryzykować w podróży. Odłożyła zatem pamiętnik i postanowiła skorzystać z toalety przed posiłkiem. Znała dzieje swojej rodziny na tyle dobrze, że domyśliła się już, w jaki sposób babcia dokonała tej wymarzonej zemsty. Po powrocie na miejsce mogła więc spokojnie skoncentrować się na jedzeniu. Dopiero gdy skończyła i odpoczęła, powróciła do lektury.

Los zdecydowanie mi nie sprzyja. W zeszłym tygodniu zmarł Martin Capwell, a wczoraj było otwarcie jego testamentu. Kiedy sobie pomyślę, jak Amy i Andrew muszą się cieszyć, to szlag mnie trafia. Tylko rok czekali, by dostać wszystko! Teraz pewnie znów polecą do Meksyku, żeby się zabawić, a po powrocie będą opowiadać, jak tam było wspaniale. Dobrze, że się już z nimi nie widuję, przynajmniej nie będę musiała tego słuchać.

Ku zdumieniu Betty następna kartka robiła wrażenie pogniecionej i była zupełnie pusta. Dopiero na kolejnej babcia pisała dalej.

Przed chwilą mama omal mnie nie nakryła. Zapukała nagle do mojego pokoju i weszła, zanim zdążyłam schować pamiętnik.

Nie zwróciła jednak na to uwagi.

– Słyszałaś niesamowitą nowinę? – zapytała. – Martin Capwell nie zostawił swojej rodzinie ani centa.

Z wrażenia upuściłam pamiętnik na podłogę. To była rzeczywiście niesamowita nowina! Dlaczego wcześniej nie przyszło mi do głowy, że on może inaczej rozporządzić swoim mieniem? Przecież nie musiał kochać krewnych, którzy tylko czekali, by położyć łapę na jego pieniądzach.

– Zapisał wszystko na cele dobroczynne?

– Lepiej – odparła mama. – Zapisał wszystko swojemu nieślubnemu synowi.

Początkowo nie byłam pewna, czy dobrze ją zrozumiałam.

– To on miał syna…? – zapytałam, gdy odzyskałam głos.

– Okazuje się, że miał. – W głosie mamy pobrzmiewała radość. – Podobno jego matką była uboga dziewczyna, która kiedyś pracowała u Capwellów jako pokojówka. Rzecz jasna nie ożenił się z nią, ale o potomka zadbał: wysłał go do najlepszych szkół, a potem na studia do Stanów. No i uczynił swoim jedynym spadkobiercą.

Powoli zaczynał do mnie docierać podtekst tej wiadomości: Amy i Andrew nie dostali nic. Cały majątek, łącznie z rezydencją w Forest Hill, przypadł synowi Capwella, o którego istnieniu rodzina nie miała pojęcia. Ależ oni muszą być teraz wściekli… Ciekawe, jak spłacą kredyt…?

Rzecz jasna nie było mi ich ani trochę żal. Uważałam, że zasłużyli sobie na taki los. Natomiast do mężczyzny, który sprzątnął im majątek sprzed nosa, od razu poczułam sympatię.

– Wiesz, że tata go zna? – kontynuowała mama.

– Naprawdę?

– Tak, to podobno sympatyczny młody człowiek. Nazywa się William Morton.

Te słowa zapadły mi w pamięć na całe popołudnie. Młody… Sympatyczny… Bogaty… W dodatku doprowadził tę parę zdrajców do rozpaczy swoim niespodziewanym pojawieniem się na horyzoncie… Chyba powinnam mu jakoś okazać swoją wdzięczność…?

– Tato, ty podobno znasz syna pana Capwella? – zagadnęłam niewinnie, gdy siadaliśmy do obiadu.

– Tak, spotkaliśmy się kilka razy.

– W takim razie może zaprosisz go do nas na kolację?

Tata spojrzał na mnie z przyjemnym zaskoczeniem w oczach.

– A wiesz, córeczko, że to jest dobry pomysł…

Betty bardzo chciała poczytać o pierwszym spotkaniu babci i dziadka, ale po obfitym posiłku i wypitym do niego winie ogarnęło ją coś na kształt zmęczenia. Nawet nie zauważyła, gdy zapadła w sen.

Obudził ją komunikat o zapięciu pasów. Towarzyszyła mu informacja, że samolot podchodzi do lądowania, więc trzeba wyprostować fotele i zabezpieczyć bagaż podręczny. Zrobiła to wszystko jeszcze półprzytomna. Nawet wiadomość, że temperatura na zewnątrz wynosi szesnaście stopni Celsjusza, a niebo jest zachmurzone, nie zrobiła na niej żadnego wrażenia. Gdy wreszcie doszła do siebie, dreamliner stał już spokojnie na płycie lotniska, a za oknami rozciągał się wielki napis: WARSZAWA.

***

– Do hotelu Novotel Centrum – powiedziała Betty, wsiadając do taksówki.

Dokonała takiego wyboru ze względów sentymentalnych: hotel ten mieścił się w Alejach Jerozolimskich w pobliżu miejsca, gdzie przed wojną mieszkała rodzina Grudzińskich. Zatrzymanie się w nim było jak powrót do korzeni…

Po drodze ze wzruszeniem rozglądała się dookoła. Nie mogła uwierzyć, że jest w Warszawie. Wprawdzie ta Warszawa nie miała wiele wspólnego z przedwojenną, o której marzyła babcia, lecz mimo wszystko znajdowała się w tym samym miejscu. Teraz, kiedy Betty już tu była, nie mogła zrozumieć, czemu wcześniej broniła się przed przyjazdem. Miała wrażenie, że to miasto czekało na nią – wnuczkę pierwszej Elisabeth Morton, która nigdy nie zapomniała spędzonego w nim wczesnego dzieciństwa.

W hotelu otrzymała pokój mieszczący się na dwudziestym piętrze, dzięki czemu mogła podziwiać z okna panoramę Warszawy. Nie był to z pewnością najpiękniejszy widok w jej życiu, gdyż wcześniej widziała dużo imponujących miast, ale znów przyprawił ją o wzruszenie, jakiego dawno nie doznała. Gdzieś tam, po tych samych ulicach, spacerowała babcia ze swoją mamą… Czy to nie cudowne, że ona mogła teraz zrobić to samo?

Wiedziona tą myślą, przebrała się i zjechała do recepcji.

– Przepraszam, czy daleko stąd do ulicy Kruczej? – zapytała.

– Ależ skąd, może pani dojść pieszo – wyjaśniła uprzejmie recepcjonistka.

Betty uznała, że faktycznie się przejdzie, a korzystając z okazji, rozprostuje nogi po wielogodzinnym siedzeniu w samolocie. Wzięła z recepcji darmową mapę miasta, aby nie zabłądzić, po czym ruszyła w drogę. Właśnie tam – na rogu Kruczej i Alei Jerozolimskich – mieściła się przed wojną kamienica, w której mieszkali Grudzińscy. Teraz prawdopodobnie już jej nie było, skoro Warszawa została prawie całkowicie zburzona po powstaniu, lecz Betty chciała zobaczyć to miejsce, niezależnie od tego, jak się zmieniło.

Spacer sprawił jej ogromną przyjemność. Wszystko wydawało się inne od tego, co widziała wcześniej. Wprawdzie miała już okazję odwiedzić Europę i wiedziała, czym różni się od Ameryki, ale po raz pierwszy była w kraju, który przez lata znajdował się za żelazną kurtyną. Patrzyła zatem z ciekawością na mieszankę postkomunistycznych bloków i nowoczesnych wieżowców, które sąsiadowały ze sobą oraz z potężnym budynkiem, który robił wrażenie całkowitej abstrakcji. Dopiero z informacji na mapie dowiedziała się, że to Pałac Kultury, ale nadal nie mogła uwierzyć, że zbudowali go komuniści – zaciekli wrogowie arystokracji i pałaców…

Kiedy dotarła do celu, poczuła zmęczenie, więc usiadła w najbliższej kawiarni i zamówiła swoją ulubioną latte. Piła ją powoli, chłonąc atmosferę ruchliwej ulicy za oknem. To tutaj babcia chciała wrócić… W pamiętniku pisała jeszcze o tym, że chciałaby znów pójść do Łazienek, gdzie przed wojną spędzała wiele czasu ze swoją mamą. Betty wiedziała już, że ta dziwna nazwa oznacza duży park w centrum miasta, ale miała wątpliwości, czy zdoła dotrzeć do niego na piechotę. Postanowiła zatem znów wziąć taksówkę i zajrzeć tam choć na chwilę. Potem będzie mogła wrócić do hotelu i pójść spać…

Łazienki zachwyciły ją od pierwszej chwili. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że wiele z tych starych drzew, które rosły dookoła, pamięta jeszcze czasy przedwojenne. Żółknące powoli liście musiały być identyczne z tymi, które zbierała babcia. Była przyzwyczajona do ich koloru, dlatego nie mogła zrozumieć, czemu w Ameryce jesienią wszystko jest czerwone…

Betty podniosła kilka takich liści i postanowiła zabrać je do hotelu, aby włożyć do pamiętnika babci – niech tam schną i pachną, to odpowiednie dla nich miejsce. Potem poszła coś zjeść do pięknej restauracji mieszczącej się w parku. Pokrzepiona sutym posiłkiem, spacerowała, dopóki nogi nie odmówiły jej posłuszeństwa. Wtedy zdecydowała się wrócić do hotelu. Kiedy po raz kolejny wsiadała do taksówki, obiecała sobie, że przed wylotem jeszcze tu przyjedzie.

Po dotarciu do pokoju hotelowego natychmiast się położyła, gdyż czuła, że jej siły uległy wyczerpaniu. Niestety różnica czasu dała o sobie znać – w Toronto było dopiero wczesne popołudnie, więc mimo zmęczenia nie mogła zasnąć. Postanowiła zatem nie zmuszać się do snu wbrew woli organizmu, który wciąż funkcjonował według czasu wschodnioamerykańskiego. Sięgnęła po pamiętnik babci, która zaczęła właśnie opisywać swoją znajomość z Williamem Mortonem.

Młody człowiek wydawał jej się intrygujący. Nie przejawiał żadnych kompleksów z powodu swego statusu nieślubnego dziecka – podchodził nawet do sprawy z pewną ironią.

Już podczas pierwszej kolacji w domu jej rodziców przyznał, że nie jest w żałobie po śmierci ojca, ponieważ w zasadzie go nie znał i nie traktował jak kogoś bliskiego. Martin Capwell postrzegał swoje obowiązki wobec niego głównie w kategoriach finansowych, dbając, by niczego mu nie brakowało, lecz nie mając odwagi uznać go oficjalnie za swego syna.

W związku z tym William nie omieszkał nazwać ojca starym hipokrytą, co zszokowało państwa Grudzińskich. Niemniej jednak w stosunku do nich przejawiał tyle taktu i kultury, że w końcu wybaczyli mu to faux pas. Co więcej, widząc zachwycone spojrzenie, którym patrzył na ich córkę, zaprosili go do ponownych odwiedzin.Po kilkunastu latach pobytu w Ameryce zrozumieli, że najważniejsze tu są pieniądze, więcwarto podtrzymywać stosunki towarzyskie z dziedzicem sporej fortuny – nawet jeśli zachowuje się nieco ekscentrycznie.

Sama Elżbieta od początku darzyła Williama sympatią z przyczyn oczywistych – w zasadzie dokonał zemsty za nią, pozbawiając Andrew i Amy nadziei na majątek, o którym marzyli. Poza tym w głębi duszy podzielała jego obrazoburcze poglądy, chociaż nie przyznawała się do tego głośno. Na skutek swoich złych doświadczeń miłosnych straciła wiarę w ludzką uczciwość, a nawet w zwykłą przyzwoitość. Nie protestowała zatem, gdy słyszała jego cyniczne wypowiedzi, ani nie udawała oburzonej.

Mimo wszystko podczas oświadczyn zdołał ją zaskoczyć.

– Dlaczego chcesz się ożenić właśnie ze mną? – zapytałam wprost. – Przecież każda dziewczyna w Toronto wyszłaby za ciebie.

– Oczywiście – zgodził się spokojnie. – Każda wyszłaby za mnie dla pieniędzy. A gdy położyłaby już na nich łapę, zaczęłaby żądać, abym się dostosował do jej wyobrażeń. Natomiast ty akceptujesz mnie takiego, jakim jestem.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Tymczasem William najwyraźniej uznał moje milczenie za wahanie.

– Wyjdź za mnie – powtórzył. – Przecież pasujemy do siebie jak dwie połówki jabłka.

– Naprawdę?

– Oczywiście. Mamy takie same poglądy. Na przykład obydwoje jesteśmy zdania, że amerykańska równość to mit.

Znowu udało mu się mnie zaskoczyć. Rzecz jasna podzielałam jego zdanie w tej kwestii, ale nie zdawałam sobie sprawy, że o tym wie.