Pod kanadyjskim niebem. Tom 1 - Małgorzata Kasprzyk - ebook
NOWOŚĆ

Pod kanadyjskim niebem. Tom 1 ebook

Kasprzyk Małgorzata

5,0

86 osób interesuje się tą książką

Opis

Trevor McKinley, bogaty biznesmen z Montrealu, musi pożegnać się z nadzieją na potomka. Jego żona Stella miała wypadek samochodowy i na skutek odniesionych obrażeń nie może zajść w ciążę. Mężczyzna zdecydowanie odrzuca sugestie swojej matki, która cynicznie proponuje mu rozwód lub… romans na boku. Nie dopuszcza też do siebie myśli, że cierpi na depresję ani nie próbuje podejmować prób leczenia. Przypadek sprawia, że poznaje Barbarę – młodą wdowę, która powoli dochodzi do siebie po niespodziewanej śmierci męża. Kobieta wzbudza w nim opiekuńcze uczucia. Pod wpływem tej znajomości Trevor zaczyna oddalać się od żony, chociaż jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy.

Czy tych dwoje zwiąże się ze sobą na stałe? Czy wiadomość o tym, że Barbara jest cudzoziemką, wpłynie na uczucia Trevora? A może pragnienie potomka zwycięży wszystko inne?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 253

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tej autorki w Wydawnictwie WasPos

Ostatnia szansa

Echa przeszłości

Pechowe zauroczenie

Ryzykowne związki

Sekret profesora

Cyniczna i romantyczna

Trzy kobiety doktora W.

Ucieczka z zaścianka

Świąteczna niespodzianka

SAGA RODZINNA

Powrót do źródeł

Powrót do tradycji

POd kanadyjskim niebem

Pod kanadyjskim niebem. Tom 1

Pod kanadyjskim niebem. Tom 2

W przygotowaniu

Desperaci. Tom 1. Wiktoria

Wszystkie pozycje dostępne również w formie e-booka

Copyright © by Małgorzata Kasprzyk, 2025Copyright © by Wydawnictwo WasPos, 2025All rights reservedWszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

Redakcja: Kinga Szelest

Korekta: Aneta Krajewska

Projekt okładki: Adam Buzek

Zdjęcie na 2 stronie: Image by Aleksandra from Pixabay

Zdjęcie na 6 stronie: Image by Kingrise from Pixabay

Ilustracje wewnątrz książki: pngtree.com

Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]

Wydanie I – elektroniczne

Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie

E-book zgodny z dyrektywą o dostępności cyfrowej WCAG 2.2

ISBN 978-83-8290-921-0

Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]

WSTĘP

Montreal uchodził kiedyś za „kanadyjski Nowy Jork”. Tu miały siedzibę największe firmy i koncerny w kraju, tu zawsze poszukiwano nowych pracowników, tu osiedlali się najlepiej wykształceni imigranci. Niestety, w latach osiemdziesiątych czołowi politycy prowincji Quebec zapragnęli oderwania jej od Kanady i uczynienia niepodległym państwem. Podkreślali, że to prowincja francuska, więc nie potrzebuje obcego kapitału ani obcych kulturowo mieszkańców. Rzecz jasna obcy kapitał nie kazał sobie tego dwa razy powtarzać i szybko przeniósł się na zachód – do Toronto i Vancouver. A potem mieszkańcy w referendum zdecydowali o pozostaniu przy Kanadzie – nawet ci francuskojęzyczni nie byli pewni, czy secesja to dobry pomysł…

Niestety, kapitał już nie wrócił, ponieważ przez ten czas zadomowił się gdzie indziej. W ten sposób rozpoczął się powolny upadek Montrealu, który trwa do dziś. Wprawdzie miasto znowu stało się bardziej przyjazne dla ludzi różnych kultur i narodowości, ale statusu „kanadyjskiego Nowego Jorku” nie odzyskało nigdy. Chociaż nadal jest piękne i pełne uroku, nie oferuje już tylu możliwości.

Tylko jedna rzecz nie uległa zmianie w czasie tych zawirowań: dzielnica Westmount nadal uchodzi za „montrealskie Beverly Hills”. Położona na zboczu góry, z dala od gwaru i zgiełku, stanowi idealne miejsce na rezydencje najbogatszych mieszkańców. Obecnie są wśród nich nie tylko angielskojęzyczni Kanadyjczycy, ale również ci, którzy przybyli tutaj z innych krajów Europy i z Azji. Ta mieszanka etniczna niezbicie dowodzi, że nie pochodzenie, lecz stan bankowego konta decyduje o tym, kto może mieszkać w Westmount.

CZĘŚĆ PIERWSZA

ROK 2001

TREVOR

Tego popołudnia czuł się wyjątkowo znużony. Wprawdzie pobyt w Toronto mógł zaliczyć do udanych ze względu na podpisanie korzystnej umowy biznesowej, ale i tak nie potrafił zwalczyć poczucia beznadziejności, które prześladowało go już od dłuższego czasu. Cóż z tego, że jego firma deweloperska wybuduje nowy biurowiec, otwierając sobie drogę do dalszych inwestycji w Ontario? Cóż z tego, że zarobi dzięki temu sporo pieniędzy? Czy to coś zmieni w jego życiu? Czy dzięki temu będzie szczęśliwszy?

W odpowiedzi na te pytania wzruszył ramionami i zamówił szklaneczkę whiskey. Samolot do Montrealu odlatywał dopiero za godzinę, więc miał jeszcze co najmniej kwadrans, aby się zrelaksować. Zanurzył usta w chłodnym trunku z nadzieją, że dzięki temu odzyska humor. Musi mieć lepszy, kiedy dotrze do domu, bo inaczej Stella zauważy jego przygnębienie!

Na myśl o żonie westchnął lekko.

Kiedyś czuł się dzięki niej najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Był zakochany i miał pewność, że ona odwzajemnia jego uczucie. Ta cudowna świadomość w połączeniu z innymi pozytywnymi aspektami życia, takimi jak duże pieniądze, piękny dom i brak jakichkolwiek trosk, czyniły ich wspólną egzystencję bardzo przyjemną.

Przez pierwsze sześć lat korzystali z tego bez żadnych zahamowań: podróżowali, bawili się, prowadzili aktywne życie towarzyskie… Stella przekonała go, aby nie spieszyli się z powiększeniem rodziny – mają przecież na to dużo czasu. Wprawdzie po sześciu latach związku Trevor pragnął już mieć dziecko, ale uznał, że rok czy dwa nie mają większego znaczenia. W końcu rzeczywiście byli jeszcze młodzi: obydwoje dopiero przekroczyli trzydziestkę.

Ten cudowny okres dobiegł końca w siódmym roku po ich ślubie – właściwie przypadkowo. Pewnego dnia Trevor zapomniał ważnych dokumentów, jadąc do biura, więc poprosił żonę, aby mu je przywiozła. Stella była wtedy w domu, zatem nie widziała problemu: spokojnie wsiadła do auta, ruszyła i… kilka kilometrów dalej zderzyła się z pijanym kierowcą.

Tamten zginął na miejscu, a ona wprawdzie przeżyła, lecz miała rozległe obrażenia. Spędziła kilka miesięcy w szpitalu, gdzie lekarze robili wszystko, by wróciła do zdrowia. Rzeczywiście, prawie im się udało – nie odzyskała jedynie sprawności w prawej nodze i musiała chodzić o kuli.

No i nie mogła już mieć dzieci…

Początkowo Trevor nie potrafił w to uwierzyć. Nie będzie miał następcy? Przecież odziedziczył firmę po ojcu, który z kolei odziedziczył ją po swoim… Teraz powinna zostać przekazana kolejnemu potomkowi rodziny!

W przeciwieństwie do niego Stella bardziej przejmowała się swoją nogą niż kwestią bezpłodności. Najpierw ograniczyła życie towarzyskie, bo nie mogła znieść wyrazu współczucia w oczach krewnych i znajomych. Potem zrezygnowała z podróżowania, bo drażniła ją uprzejmość nieznajomych i chęć pomocy oferowana wszędzie: w hotelach, restauracjach, samolotach… Z czasem w ogóle przestała opuszczać ich rezydencję w Westmount, twierdząc, że w domu czuje się najlepiej. Zdaniem Trevora jednak ten dom coraz bardziej przypominał grobowiec…

Oczywiście nadal kochał żonę, a co więcej, miał wobec niej wyrzuty sumienia. Gdyby jej wtedy nie poprosił o przywiezienie dokumentów, nie doszłoby do wypadku – nadal byliby szczęśliwi, może już we trojkę. Ta myśl sprawiała, że sam tracił chęć do życia. Nie miał motywacji do pracy, zarabiania pieniędzy ani robienia interesów. Coraz częściej zadawał sobie pytanie, jaki to wszystko ma sens…

Od pewnego czasu jednak zaczęło do niego docierać, że czuje też w sercu żal. Siedem lat to przecież długo… Czy Stella naprawdę nie mogła zdecydować się na dziecko, czy nie chciała? Może faktycznie była hedonistyczną egoistką, jak twierdziła jego matka? Może dlatego nie spieszyło jej się do rodzicielskich obowiązków…?

On w każdym razie wiedział jedno: gdyby doczekali się potomka przed wypadkiem, to wszystko nie byłoby takie straszne. Ich dom tętniłby życiem za sprawą dziecka. Mieliby dla kogo się budzić i wstawać każdego ranka, mieliby z kim spędzać czas, mieliby perspektywy na przyszłość… Stella na pewno wychodziłaby częściej, a on z większym zapałem oddawałby się pracy.

Tymczasem teraz panowała w ich domu ponura atmosfera, która źle działała na oboje. Wprawdzie rozmawiali ze sobą i uśmiechali się do siebie, ale bardziej z nawyku niż ze szczerej chęci. Podczas pobytu w Toronto Trevor uświadomił sobie, że nawet nie tęsknił za żoną, a zadzwonił do niej jedynie z poczucia obowiązku. Czy to jednak znaczyło, że chciałby się z nią rozstać? Nie, w żadnym razie! Po prostu chciałby, aby było inaczej, tylko nie wiedział, jakie kroki mógłby w tym celu przedsięwziąć. Dlatego właśnie przygniatało go takie poczucie beznadziejności…

W tym momencie przerwał swoje rozmyślania, ponieważ usłyszał komunikat: pasażerów udających się do Montrealu zapraszano na pokład samolotu. Wstał zatem, zapłacił za whiskey i ruszył we wskazanym kierunku.

STELLA

Trzydniowa nieobecność męża spowodowana wyjazdem w interesach bardzo ją zaskoczyła. Nie chodziło o to, że w ogóle wyjechał – znajomy, który przeniósł się do Toronto, już dawno namawiał go, aby zaczął działać na tamtym rynku. Mogła zatem domniemywać, że Trevor prędzej czy później się zgodzi. Czuła się raczej zaskoczona swoimi odczuciami – gdy była sama w domu, miała wrażenie dziwnej swobody…

Nie mogła tego zrozumieć. Przecież kochała męża i wiedziała, że on też ją kocha. A jednak bez jego uważnych spojrzeń, bez okazywanej na każdym kroku troski czuła się zdecydowanie lepiej. Dlaczego? Może przytłaczał ją swoją czułością powodowaną wyrzutami sumienia?

Ona sama nie myślała już o wypadku. Pogodziła się z tym, że nie zostanie matką. Właściwie nigdy się do tego specjalnie nie paliła. Kiedyś często zastanawiała się, z czego to wynika, a wówczas przypominała sobie własną matkę, która chyba żałowała wczesnego urodzenia dzieci. Miała piękny głos, więc wróżono jej piosenkarską karierę, lecz wszystko przekreśliła jedna szalona noc zakończona wpadką.

Oczywiście nie było tragedii ani skandalu. Jej narzeczony pochodził z dobrego domu i umiał zachować się jak uczciwy człowiek. Wkrótce odbył się ślub, a potem… przyszły na świat bliźniaki: Stella i jej brat Simon. Narodziny tej dwójki przekreśliły ostatecznie szanse matki na zostanie sławną piosenkarką. Konserwatywna rodzina oczekiwała, że teraz zajmie się domem i dziećmi, a ona nie potrafiła zaprotestować. Pozostała w niej jednak gorycz niespełnionych marzeń, która powodowała, że często powtarzała swojej córce: „Nie spiesz się do macierzyństwa. Dziecko to koniec swobody i prawa do decydowania o sobie”.

Te słowa spowodowały, iż Stella postanowiła zostać matką dopiero po trzydziestce. Najpierw chciała nacieszyć się życiem i przystojnym, bogatym mężem, który spełniał wszystkie jej zachcianki. Lubiła podróżować, więc zabierał ją na Karaiby, Seszele, Malediwy… Zimą szaleli na nartach w Aspen lub odwiedzali rodzinę na Florydzie. Mieli mnóstwo znajomych, zatem ich życie towarzyskie kwitło.

Teraz, patrząc wstecz, myślała, że to były naprawdę piękne czasy…

Jej wypadek położył temu kres i sprawił, że bardzo się zmieniła. Przestały ją cieszyć zabawy i wyjazdy, może dlatego, że przypominały chwile, które bezpowrotnie minęły. Lepiej się czuła w domu, czytając książki, przesiadując w ogrodzie i słuchając muzyki. Czasami myślała, że nic więcej nie potrzebuje do szczęścia – wystarczy, że już nie jest w szpitalu i nikt jej nie męczy…

Właściwie nie wiedziała, z czego wynikały te złe wspomnienia. Doktor Morrison – chirurg ortopeda, który się nią zajmował – był nie tylko znakomitym lekarzem, ale również bardzo sympatycznym człowiekiem. Poświęcał jej dużo czasu, tłumaczył konieczność każdego zabiegu, starał się ją podtrzymywać na duchu. Nawet on jednak nie był w stanie sprawić, aby przestała uważać szpital za okropne miejsce. Przyzwyczajona do wolności i aktywnego życia, źle znosiła zamknięcie – w zasadzie czuła się jak więzień, którego torturują. Przez cały czas marzyła tylko o jednym: aby wrócić do domu i wreszcie mieć spokój. Może dlatego, gdy doktor Morrison napomknął o kolejnej operacji, zareagowała z wyraźną niechęcią.

– Czy to konieczne? – zapytała wprost.

– Oczywiście, że nie, skoro może pani chodzić o kuli. Poza tym operacja nie przywróci tej nodze pełnej sprawności, może jedynie spowodować, że w ograniczonym zakresie będzie się pani mogła poruszać bez kuli. Na przykład w domu.

Stella pomyślała wtedy, że obiecywana poprawa będzie niewielka w stosunku do ilości cierpień, które ją czekają: zabieg operacyjny, rekonwalescencja, rehabilitacja…

– Zastanowię się – odparła krótko.

Doktor Morrison obdarzył ją przyjacielskim uśmiechem.

– Tak, proszę spokojnie przemyśleć sprawę. To nic pilnego, operację możemy przeprowadzić w każdej chwili. Proszę do mnie zadzwonić, jeśli się pani zdecyduje.

Od czasu tej rozmowy upłynął rok, a ona nie wykonała jeszcze telefonu do swego lekarza. Co więcej, nie wspomniała nikomu o tym, że taka rozmowa miała miejsce. Nawet Trevor nie miał o niej pojęcia! Stella wolała mu nie mówić, gdyż obawiała się, że będzie ją namawiał, aby poszła za radą doktora Morrisona. Chciałby przecież, aby znów normalnie chodziła – przynajmniej po domu. Ona sama w zasadzie też tego chciała, lecz wciąż odkładała ostateczną decyzję.

Przez te trzy dni, kiedy męża nie było w domu, nie wracała myślami do sprawy. W zasadzie zapomniała wtedy o wszystkich kłopotach i rozterkach. Uświadomiła sobie za to, że chyba już przywykła do swojej sytuacji: miała wygodny dom, a w nim gosposię i ogrodnika, więc nie musiała nic robić. Przez te półtora roku, które upłynęły od wypadku, odkryła, że ma też dużo zainteresowań mogących wypełnić jej czas. Żyła zatem spokojnie, unikając konfrontacji z rzeczywistością, chociaż coś jej mówiło, że nie da się tak postępować bez końca…

TREVOR

– Witaj, skarbie.

Ucałował żonę na powitanie i ze zdziwieniem zauważył, że uśmiecha się do niego. Był ciekaw, co spowodowało tę miłą odmianę, bo kiedy wyjeżdżał, miała dość ponury nastrój.

Czyżby tęskniła…?

Nim zdołał zapytać, zaprowadziła go do jadalni, gdzie już czekała powitalna kolacja. Smakowite zapachy pobudziły jego zmysły. Nagle uświadomił sobie, że od lunchu nie miał nic w ustach, jeśli nie liczyć wypitej na lotnisku whiskey.

– Pamiętałam, że nie lubisz jeść w samolocie – powiedziała Stella.

Ta uwaga też go zaskoczyła. Oczywiście, że żona pamiętała o jego niechęci do „papierowego jedzenia” serwowanego przez linie lotnicze – tyle podróży razem odbyli! Na ogół jednak unikała wspominania o wszystkim, co kojarzyło się z dawnymi czasami, czyli tymi sprzed wypadku.

– Dziękuję, z przyjemnością coś zjem – wymamrotał, po czym usiadł do stołu i nałożył sobie sporą porcję swojej ulubionej sałatki z kurczakiem.

Tylko za wino podziękował.

Nie był abstynentem, lecz alkohol pijał sporadycznie, więc uznał, że jeden drink na jeden dzień wystarczy.

Stella odczekała, aż zaspokoi pierwszy głód, po czym zapytała, jak się udały spotkania w Toronto. Trevor opowiedział o nich ze szczegółami, jedząc swoją ulubioną zupę z dyni. Wtedy gosposia podała pieczone żeberka z pikantnym sosem, do których również miał słabość. W tym momencie uznał, że to królewskie powitanie jest trochę podejrzane. Rzucił nawet pytające spojrzenie na żonę, lecz ona udała, że tego nie widzi. Znów uśmiechnęła się do niego i zagadnęła niewinnie.

– Rozumiem, że teraz będziesz częściej wyjeżdżał?

Trevor westchnął lekko.

– No tak, nie mam innego wyjścia. Nie mogę przecież pozostawić projektu bez nadzoru.

– Oczywiście, że nie – odparła spokojnie.

– Ale jeśli miałabyś ochotę, mógłbym cię ze sobą zabierać. W hotelu jest spa…

Stella pokręciła głową, nie dając mu dokończyć.

– Nie chcę ci przeszkadzać. Gdybym była z tobą, czułbyś się w obowiązku spędzać ze mną czas. Lepiej, abyś wyjeżdżał sam, szybko załatwiał wszystko, co trzeba, a potem wracał.

Tu akurat miała rację – gdyby byli razem, na pewno starałby się wygospodarować dla niej trochę czasu, aby się nie nudziła.

– A wiesz, że Chris sugerował mi przeprowadzkę do Toronto na stałe? On sam jest zachwycony tym miastem, nowymi perspektywami, ludźmi, których poznał…

– Mógłbyś porzucić Montreal? – zapytała ze zdziwieniem.

– Sam nie wiem… Nigdy wcześniej o tym nie myślałem.

Rzeczywiście należał do tej grupy mieszkańców Quebecu, którzy w związku z secesyjnymi ciągotami rządu nie przeżywali wielkich dylematów. Jego ojciec pochodził z rodziny bogatych anglofonów, a matka – frankofonów. On sam był naturalnie dwujęzyczny, zatem nie robiło mu większej różnicy, czy rozmawia po angielsku, czy po francusku.

Jak na ironię w Kanadzie nie było zbyt dużo ludzi podobnych do niego. Zdecydowana większość czuła się związana z jednym językiem i jednym środowiskiem, co powodowało wzajemne animozje, przy czym frankofoni okazywali anglofonom większą niechęć.

Wiązało się to z tym, że po opuszczeniu granic prowincji Quebec mieli trudności z porozumiewaniem się po francusku, chociaż nadal byli w swoim kraju. Jeszcze w Ontario mogli trafić na ludzi znających ten język, lecz im dalej na zachód, tym trudniej o nich było. Musieli zatem znać angielski, aby móc funkcjonować.

Tymczasem kanadyjscy anglofoni nie musieli znać francuskiego, aby wszędzie czuć się dobrze. Tylko w Quebecu robiono im trudności, co sprawiło, że wielu z nich wyjechało. Ostatecznie to nie oni na tym ucierpieli, lecz ta zbuntowana prowincja, która w latach dziewięćdziesiątych popadła w kryzys gospodarczy. Obecnie, w początkach nowego tysiąclecia, usiłowała się po nim podnieść, lecz bez angielskiego kapitału było to trudne.

Trevor jednak czuł się związany emocjonalnie z Montrealem: tu się urodził i wychował, tu skończył studia, tu miał rodzinę… Potrzebowałby sporo czasu, aby przywyknąć do życia w Toronto.

– A ty byś chciała się przeprowadzić? – zapytał ostrożnie.

Stella pokręciła głową. Ona też pochodziła z „mieszanej” rodziny i w Montrealu czuła się jak w domu.

– Moim zdaniem dobrze jest tak, jak jest. Z czasem ludzie zapomną o tych secesyjnych głupotach i znowu będzie jak dawniej.

– Miejmy nadzieję. – Trevor się roześmiał. – Pamiętaj, że Amerykanie z południa przez wiele lat po wojnie nienawidzili Jankesów…

– Tak, wiem. Niektórzy podobno nadal ich nienawidzą.

W tym momencie obydwoje się roześmieli. Pod tym względem mieli podobne poglądy i bardzo się cieszyli, gdy mieszkańcy Quebecu zagłosowali w referendum za pozostaniem przy Kanadzie, wykazując się większym rozsądkiem niż mieszkańcy południa Stanów Zjednoczonych przed ponad stu laty.

Tego wieczoru Trevor poszedł spać szczęśliwy. Skoro Stella zaakceptowała fakt, że będzie częściej wyjeżdżał, i nie namawiała go na przeprowadzkę, nie miał na razie powodów do zmartwień. Co więcej, nabrał nadziei, że z czasem wszystko zacznie się trochę lepiej układać, o upragnionym dziecku zaś chwilowo zapomniał…

STELLA

Jej dobry humor spowodowany rozmową z mężem nieoczekiwanie zepsuła matka, która wpadła z niezapowiedzianą wizytą. Charlotte rzadko odwiedzała córkę, ponieważ Stella wyraźnie dawała jej do zrozumienia, że nie jest u niej mile widziana. Kobieta kładła to na karb stresu związanego z wypadkiem i niepełnosprawnością będącą jego konsekwencją. Nie narzucała się zatem córce, lecz teraz czuła pilną potrzebę omówienia pewnego problemu.

– Trevor jest w biurze? – zapytała pro forma.

– Oczywiście.

– To dobrze, bo chciałam z tobą porozmawiać w cztery oczy.

Stella obojętnym gestem wskazała jej fotel i zaproponowała kawę. Z niechęcią skonstatowała, że matka jest w lepszej formie niż ona: zgrabna, elegancka, pełna energii… No i nie ma żadnych problemów z poruszaniem się.

Charlotte wyczuwała niechęć córki, lecz nie zastanawiała się nad nią zbytnio. Wszyscy w rodzinie uważali, że Stella kompletnie zdziwaczała po wypadku, i starali się podchodzić do tego ze zrozumieniem. W końcu miała za sobą trudne przeżycia.

– O czym chciałaś rozmawiać pod nieobecność mojego męża?

– O nim – odparła krótko.

Brwi Stelli uniosły się jak zawsze, gdy była zdziwiona.

– Nie rozumiem…

– Pamiętasz waszą ostatnią wizytę u nas w czasie świąt Bożego Narodzenia?

Skinienie głową musiało jej wystarczyć za odpowiedź.

– Trevor spędził wtedy większość popołudnia, bawiąc się z córeczką Simona…

Stella poczuła irytację. Oczywiście pamiętała, że Trevor bawił się w święta z córeczką jej brata. Mała była zachwycona, bo nikt inny z dorosłych nie poświęcał jej tyle uwagi.

– Myślę, że on chciałby zostać ojcem – oznajmiła Charlotte.

Teraz jej córka zdenerwowała się naprawdę. Jak matka mogła być tak nieczuła? Znała doskonale jej sytuację, w dodatku sama poniekąd do niej doprowadziła, a teraz… Nagle Stella uświadomiła sobie, że matka nie wie o tym, jaki wpływ miały na jej życie komentarze, które słyszała w młodości. Postanowiła wreszcie powiedzieć o tym głośno.

– Ależ ty masz tupet! Przez tyle lat tłumaczyłaś mi, że nie ma sensu spieszyć się z zachodzeniem w ciążę, bo macierzyństwo oznacza koniec wolności i beztroski. To przez ciebie nie zdecydowałam się na dziecko przed wypadkiem, chociaż Trevor już wtedy o tym wspominał. A teraz, kiedy jest za późno, oznajmiasz, że on pragnąłby zostać ojcem…?

Charlotte poderwała się gwałtownie, omal nie przewracając stolika i nie strącając na podłogę serwisu do kawy.

– O czym ty mówisz? Gdybyś naprawdę chciała mieć dziecko, tobyś je miała. Nie zwracałabyś uwagi na moje gadanie. Ale ty wolałaś się bawić, podróżować…

W oczach Stelli nagle błysnęły łzy.

– Wyjdź stąd – zażądała. – Jesteś podła.

Jej matka jednak nie wyszła, lecz opadła z powrotem na fotel.

– Wybaczam ci te insynuacje, bo wiem, jak się czujesz. Szkoda, że nie chciałaś pójść na terapię, ale trudno, to była twoja decyzja. Może psycholog wytłumaczyłby ci, że nie ma sytuacji bez wyjścia.

Widząc, że córka nie reaguje, dokończyła:

– Przecież możecie adoptować dziecko…

– Co…?

– Pomyśl tylko, ile szczęścia wniosłoby do waszego domu takie maleństwo. Wiem, że sama nie mogłabyś się nim zajmować, ale Trevora stać na nianię. On pragnie dziecka, więc na pewno pokochałby je jak własne. Wtedy w święta nie mógł oderwać wzroku od małej Ivonne…

– No nie wiem – westchnęła Stella, oszołomiona tym wywodem. – Musiałabym się zastanowić…

– Oczywiście, zastanów się, to poważna decyzja.

Widząc, że zdołała osiągnąć cel, Charlotte zrobiła się niemal czuła.

– Jestem pewna, że ty również byś je pokochała – powiedziała z dużym przekonaniem w głosie. – Czasami kobieta nie myśli o dziecku, ale kiedy ono przyjdzie na świat, jest szczęśliwa. Zaczyna dostrzegać sens życia, robić plany na przyszłość… W twojej sytuacji miałoby to dodatkową zaletę: przestałabyś wracać myślami do wypadku.

Charlotte mówiła dalej, lecz Stella już jej nie słuchała. Nigdy nie lubiła hipokryzji, więc te wszystkie zalety płynące z tego, że człowiek ma dzieci, postanowiła puścić mimo uszu. Ciekawe, kiedy matka je odkryła? Bo w czasach, gdy ona i Simon byli mali, czuła się uwięziona w domu i pozbawiona możliwości robienia kariery. Może dopiero gdy została babcią, polubiła takie maluchy…? To jednak nie dawało jej prawa do pouczeń!

Stella już miała o tym wspomnieć, gdy nagle Charlotte zmieniła temat.

– Poza tym powinnaś brać pod uwagę wpływ obecnej sytuacji na twoje małżeństwo. Nie chcesz chyba, aby Trevor był z tobą z litości lub poczucia winy?

– Trevor mnie kocha! – oznajmiła stanowczo.

– Tego nie kwestionuję, ale trudno nie zauważyć, że jest trochę rozczarowany. To będzie się z czasem nasilać. Zapewne nawet wtedy nie wystąpi o rozwód, bo ma wyrzuty sumienia, lecz może mu przyjść do głowy coś głupiego…

Teraz Stella chwyciła kulę i poderwała się na tyle gwałtownie, na ile pozwalał na to stan jej nogi.

– Wybacz, ale nie chcę cię więcej słuchać. Skoro wypiłaś kawę, możesz już iść.

Charlotte uświadomiła sobie, że córka właśnie wyrzuciła ją z domu. Mimo to pohamowała gniew i rzuciła jeszcze jedną uwagę, która miała skłonić Stellę do przemyśleń.

– Dobrze, pójdę, ale pamiętaj o jednym: jeśli mężczyzna chce mieć dziecko, to prędzej czy później znajdzie kobietę, która mu je urodzi!

TREVOR

W połowie lat dziewięćdziesiątych firma Trevora wybudowała apartamentowiec we francuskiej części Montrealu, lecz nawet tam nie znalazła nabywców na wszystkie mieszkania. Część z nich nadal była wynajmowana, a on sam od czasu do czasu wpadał do biura, aby sprawdzić, czy wszystko idzie dobrze. Kiedy zjawił się na miejscu tydzień po powrocie z Toronto, portier powitał go, załamując ręce.

– Słyszał pan, jaka tragedia? – zapytał od razu.

Trevor pokręcił głową i rzucił mu pytające spojrzenie.

– Pan Dubois nie żyje. Zmarł na serce, kiedy był w pracy.

– Rany boskie…

Trevor miał okazję kilkakrotnie spotkać Louisa Dubois. Ten przystojny mężczyzna, na oko trzydziestoletni, od dwóch lat wynajmował jeden z apartamentów. Z zawodu inżynier, pracował w Air Canada, gdzie zajmował się kontrolą techniczną samolotów.

Była to bez wątpienia odpowiedzialna praca, lecz chyba nie na tyle stresująca, aby spowodować zawał u tak młodego człowieka.

– On wcześniej chorował na serce? – zapytał, widząc, że portier jest dobrze poinformowany.

– Podobno nie. W każdym razie pani Barbara nic o tym nie wiedziała.

To imię też wywołało u Trevora wspomnienia. Kiedyś Louis Dubois przedstawił mu swoją żonę – piękną kobietę o ciemnoblond włosach i uroczym uśmiechu. Obydwoje robili wrażenie zakochanych i szczęśliwych – zupełnie jak on i Stella w początkach małżeństwa…

– Jak ona się trzyma? – zapytał cicho. – Musiała to strasznie przeżyć.

Portier skinął głową.

– Jest cieniem samej siebie. Prawie nie wychodzi z mieszkania, zapomina o zakupach i chyba nic nie je. Moja żona boi się, że sobie coś zrobi, więc kontrolnie puka do niej każdego dnia.

– Podziękuj żonie za troskę. Cieszę się, że mam takich sumiennych pracowników jak wy.

– Ostatnio pani Barbara wspomniała, że będzie musiała zrezygnować z wynajmu i poszukać sobie mniejszego lokum. Na to już nie będzie jej stać.

Trevor skinął głową i na tym zakończył rozmowę, ale nie potrafił się tego dnia skoncentrować na przeglądaniu dokumentów. Myśl o tragedii, jaka dotknęła tę kobietę, skutecznie go rozpraszała. Pamiętał jeszcze, co sam czuł, gdy usłyszał o wypadku Stelli. On jednak mógł się cieszyć przynajmniej z tego, że jego żona żyje, a jej nie pozostało nic na pociechę…

Po dwóch godzinach odłożył dokumenty i ruszył w kierunku windy. Niewiele mógł zrobić dla młodej wdowy, lecz chciał jej chociaż pomóc w sprawie mieszkania. Zdawał sobie sprawę, że perspektywa przeprowadzki to kolejne źródło stresu, który może ją ostatecznie doprowadzić do załamania nerwowego.

Wysiadł na szóstym piętrze i zadzwonił do drzwi. W pierwszej chwili nikt nie odpowiedział, lecz to go nie zniechęciło – portier mówił przecież, że kobieta prawie nie wychodzi z mieszkania.

Dopiero gdy zadzwonił powtórnie, usłyszał kroki.

– Dzień dobry – powiedział, gdy otworzyła. – Chciałbym zamienić z panią kilka słów. Jestem…

– Tak, pamiętam – przerwała mu. – Pan McKinley.

Skoro wiedziała, że ma przed sobą właściciela apartamentu, Trevor postanowił od razu przejść do sprawy.

– Przyszedłem złożyć pani kondolencje z powodu śmierci męża – zaczął.

– Dziękuję – szepnęła i z jej oczu popłynęły łzy.

Ku swemu zdumieniu poczuł nagłą chęć, aby ją przytulić i pocieszyć. Coś w jej szczupłej, przygarbionej sylwetce, bladej twarzy oraz smutnych oczach niespodziewanie chwyciło go za serce. Zdołał się jednak powstrzymać, a ona otarła łzy rękawem prostej czarnej sukienki.

– Proszę – powiedziała, wskazując mu fotel. – Domyślam się, że chce pan porozmawiać o mieszkaniu.

Skinął głową i już chciał jej przedstawić swoją propozycję, gdy dodała:

– Niestety, będę musiała zrezygnować z wynajmu. Ono jest dla mnie samej za duże i za drogie. Louis je wynajął, ponieważ chcieliśmy mieć dziecko. Dla rodziny byłoby w sam raz…

W jej oczach znów pojawiły się łzy, więc tym razem Trevor przejął inicjatywę.

– Proszę się tym na razie nie przejmować. Zdaję sobie sprawę, jaki to dla pani trudny czas.

– Ale…

– Może pani tu na razie mieszkać, nie płacąc czynszu.

Musiał ją niebywale zaskoczyć, bo spojrzała na niego przytomniejszym wzrokiem.

– Naprawdę?

– To rodzaj premii za skrupulatne wywiązywanie się ze zobowiązań przez ostatnie dwa lata.

Powiedział to, bo nie chciał, aby odniosła wrażenie, że się nad nią lituje.

Ona jednak chyba dobrze zrozumiała, bo na jej twarzy pojawił się blady uśmiech.

– Jest pan bardzo szlachetnym człowiekiem…

Teraz poczuł się trochę niezręcznie.

– To właściwie wszystko, nie będę więcej przeszkadzał – powiedział, wstając.

Oszołomiona kobieta nie zaprotestowała.

Odprowadziła go do drzwi i pożegnała kolejnym bladym uśmiechem.

– Dziękuję panu – wyszeptała jeszcze.

Kiedy zjeżdżał windą do biura, wciąż słyszał jej słowa: „Jest pan bardzo szlachetnym człowiekiem”.

Nie mógł się jednak nimi cieszyć, gdyż zdawał sobie sprawę, że przede wszystkim jest realistą.

Wprawdzie na rynku nieruchomości w Montrealu nastąpiło ostatnio nieznaczne ożywienie, lecz wciąż trudno było o najemców. Gdyby ona się wyprowadziła, apartament pewnie stałby pusty przez jakiś czas i też nikt nie płaciłby czynszu. Czyli na jedno wychodziło…

STELLA

Chociaż Charlotte mocno zirytowała córkę, zdołała skłonić ją do przemyśleń. Stella uświadomiła sobie, że w kwestii dziecka matka mogła mieć rację – przecież przed wypadkiem Trevor namawiał ją, aby się na nie zdecydowali! Potem już do tego nie nawiązywał, podkreślając, jak się cieszy, że przeżyła. Na pewno jednak wiadomość o konsekwencjach wypadku była dla niego ciosem. Musiał być w szoku na wieść o tym, że nie będą mieli potomka, tylko nic nie mówił, widząc, w jakim ona jest stanie…

Czy to jednak oznaczało, że chciałby adoptować dziecko? Co do tego miała poważne wątpliwości. Gdyby chciał, to na pewno wspomniałby o tym! Tymczasem przez ostatni rok w ogóle nie poruszał tej kwestii, zupełnie jakby popadła w zapomnienie. Rzeczywiście, podczas świątecznego obiadu w domu jej rodziców chętnie bawił się z córeczką Simona, lecz po powrocie nie zająknął się na temat dzieci ani słowem. Był tylko dziwnie zamyślony i jakby nieobecny duchem.

Dopiero teraz Stella pomyślała, że mąż celowo unika tematu, nie chcąc sprawiać jej bólu. Na pewno w skrytości ducha przeżywa zaistniałą sytuację, co stanowi jeden z powodów jego przygnębienia. Ostatnio stało się ono szczególnie widoczne, dlatego tak dobrze się poczuła, gdy poleciał do Toronto. Miała wtedy wrażenie, że wreszcie może swobodnie oddychać…

Skoro jednak Trevor myślał o dzieciach, to musiał brać pod uwagę adopcję – innej drogi dla nich nie było. Czemu zatem jeszcze nie wspomniał o tym? Odpowiedź mogła być tylko jedna: najwyraźniej uważał, że jej stan zdrowia wyklucza takie rozwiązanie. Nie mogła przecież chodzić bez kuli, więc nie byłaby w stanie zajmować się dzieckiem, bawić z nim ani nawet wziąć go na ręce. Owszem, stać ich było na nianię, ale nawet najlepsza niania nie zastąpiłaby całkowicie dziecku matki – jej troski i bliskości.

Jeśli taki był jego tok myślenia, to Stella miała w zasadzie tylko jedno wyjście: zgodzić się na operację proponowaną przez doktora Morrisona. Dzięki niej mogłaby swobodnie się poruszać przynajmniej po domu. Wprawdzie rekonwalescencja i rehabilitacja zajęłyby trochę czasu, ale potem byłoby lepiej. Poza tym operacja zmieniłaby jej życie o tyle, że mogłaby znów być trochę bardziej aktywna i chociaż od czasu do czasu wyjeżdżać z mężem. Wtedy on na pewno byłby mniej przygnębiony i może wreszcie sprawy zaczęłyby się układać, a kwestia adopcji wypłynęłaby sama…

Stella nie chciała poruszać tego tematu z własnej inicjatywy. Niestety, pod tym względem Charlotte też miała rację – nigdy nie odczuwała wystarczająco silnie pragnienia macierzyństwa. Kiedyś była gotowa urodzić dziecko ze względu na męża, teraz była gotowa je z tego samego powodu adoptować. Lecz żadne z tych rozwiązań nie stanowiło spełnienia jej własnych marzeń. Chciała jedynie, aby Trevor był szczęśliwy.

Po kilku dniach zdecydowała się wreszcie zadzwonić do doktora Morrisona. Miała jego prywatny numer, gdyż podczas pobytu w szpitalu bardzo się zaprzyjaźnili. Teraz czuła nawet wyrzuty sumienia na myśl, że nie zrobiła tego wcześniej – tak się przecież o nią troszczył, tak dbał, aby wróciła do zdrowia!

Jak się okazało, lekarz nie zapomniał swojej pacjentki.

– Dzień dobry – powiedział, gdy usłyszał jej głos. – Już zaczynałem się zastanawiać, czy zrezygnowała pani z operacji, czy postanowiła poszukać innego specjalisty…

– Innego? W żadnym wypadku. Do nikogo nie miałabym takiego zaufania jak do pana. Po prostu myśl o powrocie do szpitala bardzo mnie przygnębiała, więc odkładałam ostateczną decyzję z dnia na dzień.

– Cóż, lepiej późno niż wcale.

Doktor Morrison zaproponował jej możliwe terminy konsultacji przedoperacyjnej, a ona po chwili zastanowienia dokonała wyboru. Potem zapewnił ją powtórnie, że dołoży wszelkich starań, aby mogła znów w miarę swobodnie chodzić. Oczywiście o zdobywaniu gór czy uprawianiu joggingu nie może być mowy, ale inne lżejsze aktywności będą wchodziły w grę.

Jak zwykle jego pełen ciepła głos i serdeczność, z jaką się do niej odnosił, zrobiły swoje. Stella nabrała wiary, że wszystko będzie dobrze, i nawet zaczęła się dziwić, że tak długo zwlekała z podjęciem decyzji. Nie chcąc od razu kończyć rozmowy, zapytała jeszcze, co u niego słychać.

– Wszystko dobrze – odparł radośnie. – Właśnie się dowiedziałem, że Janet niebawem zamieszka ze mną. Będzie studiować na uniwersytecie McGill.

Stella wiedziała, że doktor Morrison jest rozwiedziony i ma córkę, którą bardzo kocha. Dziewczyna jednak mieszkała z matką, a z nim spędzała tylko niektóre weekendy. Z pewnością się ucieszył, kiedy ze względu na planowane studia postanowiła się przeprowadzić.

Usłyszawszy o tym, Stella poczuła się niemal zazdrosna. Nieoczekiwanie pomyślała, że są jeszcze szczęśliwi ludzie na świecie…

TREVOR

– Jesteś pewna, że nie chcesz mi towarzyszyć?

Stella pokręciła głową.

– Wiesz, że twoja matka mnie nie znosi – powiedziała spokojnie. – Na pewno będzie zadowolona, jeśli się nie pojawię.

Trevor nie był pewny, jak powinien zareagować. Rzeczywiście, jego matka nigdy nie lubiła Stelli, a od czasu wypadku odnosiła się do niej z jeszcze większą niechęcią. Jej zdaniem syn tkwił w bezsensownym małżeństwie z kobietą, która zmarnowała mu życie. Nie chciała wcześniej zdecydować się na dziecko, bo miała pstro w głowie, a teraz…

– Oczywiście mogłabym cię okłamać, że źle się czuję – kontynuowała Stella – ale to nie miałoby sensu. I tak domyśliłbyś się prawdy.